Chciałam mieć tę odmianę odkąd tylko po raz pierwszy ujrzałam jej fotkę. Od razu wiedziałam że jest z tych innych, trochę różni się od tzw. najnowszych trendów ale jest oryginalna i ma w sobie to coś co sprawia że jej kwiatów tak łatwo się nie zapomina. Myślę że to nie tylko sprawa wybarwienia ale w tym przypadku przede wszystkim sprawa substancji kwiatu. Fotki nie oddają nawet jednej drugiej urody kwiatów tego irysa, tej półprzejrzystości przy górnej części płatków kopuły. Są irysowe kwiaty o aksamitnej teksturze płatków, ten irys jest "żorżetowy". Teraz metryczka - 'Dama dworu' została zarejestrowana przez Roberta Piątka w roku w 2009 roku, powstała w wyniku krzyżowania odmian 'Acoma' X 'English Charm'. dorasta do 85 cm wysokości, kwitnienie zaczyna dość wcześnie ale określa się ją jako odmianę kwitnącą na początku środka sezonu irysów TB. Do Alcatrazu ( bardziej właściwe byłoby na Podwórko ) przyjechała w ubiegłym roku i w przeciwieństwie do sporej części ubiegłorocznych irysowych zakupów w pierwszym sezonie na nowym miejscu pokazała kwiaty.
środa, 23 maja 2018
poniedziałek, 21 maja 2018
Codziennik - Pan Hrabia i insze sprawy
Z Lalentym nieustanne jazdy - od Himalajów optymizmu po depresję zwątpień. Jutro odbieram podstawowe i nie tylko wyniki, znów ma włączony zestaw antyzapalny ( nowe zapalenie przyzębia mu wylazło ). No jest się czym martwić. Nie jest z nim jednak na tyle źle żeby nie okazał obrazy za to że musiał mieć pobieraną krew. Patrzy teraz na mnie złym oczkiem, jak dla mnie to dobrze bo najbardziej boję się Lalczynego neptusiowania czyli spokoju wynikającego ze słabości. Póki widać po nim wnerw to znaczy że są siły, że w Lalusiu życie terkocze. Oczywiście wiem że Lalek ma swoje lata, że wyniki mogą być takie sobie a nawet gorzej, że każde z nas żywych istnień ma termin przydatności zapisany w sobie kodem spiralnym i naszego wpływu na możliwość wydłużenia terminu nie należy przeceniać, no ale chciałabym żeby było nam dane z Lalkiem pobyć jeszcze chwilę ( oby jak najdłuższą ) na tym świecie. W oczekiwaniu na solidniejszą diagnozę Pana Hrabiego zajmuję się wszystkim i niczym. Znaczy robię mnóstwo rzeczy ale mało co mi wychodzi. Wiecie jak to jest Wy wszyscy mieszkający ze zwierzętami, uzależnieni od mruków, pomiaukiwań, szczekań, mokrych nosów i tym podobnych niezbędności życiowych.
W ramach majowych celebracji komunijnych kupiwszy sobie mirt. Z jego gałązek pleciono kiedyś tam wianki komunijne, podobnie jak weselne, póki tiule, sztuczne kwiatki i inne radości modniarki nie wyrugowały go z wianków, bukiecików czy tam innych ozdóbstw świecy. Fuckicjanowi mirt się rzecz jasna nie spodobał ale na szczęście też mu nie smakował. Niestety była próba podlania, jednak szybko ukrócona ( tym niemniej roślinę zaraz przesadziłam ) i została zapodana groźba obcięcia sekatorem zdradzieckiego, kociego fiutka. Dlaczego zdradzieckiego? Ucieleśniona niewinność czule patrząca mi w oczy oglądała ze mną roślinkę, co prawda na zielone gapiła się z odrazą ale o mnie to były ocierki i przymruczenia słodyczne. Pogłaskałam potwora i odeszłam nalać sobie kawy, kątem oka złowiłam ten uniesiony ogon, sprytne przysiadanie i usatysfakcjonowany wyraz sznupy - złapałam go w trakcie lania! Zdradzieckiego bo uśpił moją czujność tym przymilaniem! Zdradziecki właściciel zdradzieckiego fiutka. Najgorsze że pozostała czwórka obserwująca całe zdarzenie wyglądała jakby chciała powtórzyć Fuckicjanową próbę dewastacji zieleni domowej, nawet Pan Chorowity wyglądał hym...tego... zagadkowo.
A teraz ogrodowo - ogrodowo to jest tak:
Podwórkowo to jest tak:
Co do szerokich planów zdjęciowych dla Kurry Naczelnej - trza ogarnąć ogród to będą plany. Tylko ogarnianie mnie cóś słabo idzie.
W ramach majowych celebracji komunijnych kupiwszy sobie mirt. Z jego gałązek pleciono kiedyś tam wianki komunijne, podobnie jak weselne, póki tiule, sztuczne kwiatki i inne radości modniarki nie wyrugowały go z wianków, bukiecików czy tam innych ozdóbstw świecy. Fuckicjanowi mirt się rzecz jasna nie spodobał ale na szczęście też mu nie smakował. Niestety była próba podlania, jednak szybko ukrócona ( tym niemniej roślinę zaraz przesadziłam ) i została zapodana groźba obcięcia sekatorem zdradzieckiego, kociego fiutka. Dlaczego zdradzieckiego? Ucieleśniona niewinność czule patrząca mi w oczy oglądała ze mną roślinkę, co prawda na zielone gapiła się z odrazą ale o mnie to były ocierki i przymruczenia słodyczne. Pogłaskałam potwora i odeszłam nalać sobie kawy, kątem oka złowiłam ten uniesiony ogon, sprytne przysiadanie i usatysfakcjonowany wyraz sznupy - złapałam go w trakcie lania! Zdradzieckiego bo uśpił moją czujność tym przymilaniem! Zdradziecki właściciel zdradzieckiego fiutka. Najgorsze że pozostała czwórka obserwująca całe zdarzenie wyglądała jakby chciała powtórzyć Fuckicjanową próbę dewastacji zieleni domowej, nawet Pan Chorowity wyglądał hym...tego... zagadkowo.
A teraz ogrodowo - ogrodowo to jest tak:
Podwórkowo to jest tak:
Co do szerokich planów zdjęciowych dla Kurry Naczelnej - trza ogarnąć ogród to będą plany. Tylko ogarnianie mnie cóś słabo idzie.
niedziela, 20 maja 2018
'Wedding Belle' - irys TB "z zaświatów powrócony"
'Wedding Belle' to odmiana autorstwa Keitha Keppela zarejestrowana w 2007 roku i wprowadzona do handlu rok później. Wysoka, dorasta do 117 cm wysokości, kwitnienie zaczyna na początku środka sezonu, czasem zalicza się tę odmianę do odmian wcześnie kwitnących. 'Wedding Belle' powstała w wyniku krzyżowania odmian 'Fogbound' X 'Heaven'. Irys Keppela otrzymał Honorable Mention 2010 i Award of Merit 2013. To piękny irys o paskudnym charakterze. Podchodziłam do niego dwa razy, choć bardziej właściwie byłoby liczyć to jako dwa razy i pół. Pierwsza próba sprowadzenia 'Wedding Belle' ze szkółki ( boszsz... jaka mam sklerozę, nie pamiętam bez notatek czy to było z Mid - America czy z Tempo Two ) spełzła na niczym. Rok gdzieś tam w świecie był ponoć deszczowy i nasadzenia odmiany trza było ratować a nie dzielić do sprzedaży. Już samo to powinno mnie ostudzić, skoro najlepsi w branży majo z francowatym iryskiem problem to u mnie na pewno nie będzie lepiej. Jednak czasem budzi się we mnie demon uporu, robię się głucha i ślepa na tzw. rozsądne argumenty i brnę. Przyznaję bez bicia że tak było w tej konkretnej irysowej sprawie. Następne zamówienie ściepkowe i 'Wedding Belle' przyjechał do miasta Odzi.
Przyjechał jako sadzonka na tyle duża że postanowiłam zmniejszyć ryzyko nieudania się uprawy. Podzieliłam kłącze na dwie części i wyznaczyłam Mamelona na drugą uprawiającą. Stąd podejścia do uprawy odmiany liczę jako dwa i pół. Mamelon zniosła zaszczyt z godnością mamiona wizją różowo - złotawych kwietnych łanów. Początkowo uprawa szła jej dobrze, znacznie lepiej niż mnie. Po dwóch miesiącach jednak okazało się że kłączko w ogrodzie Mamelona podstępnie wygniło od spodniej strony mimo przeraźliwie suchego lata. Moje dychało ale nie był to oddech głęboki i "szerokopierśny". Rosło sobie i aklimatyzowało się w najcieplejszej części Podwórka przez długi czas balansując na granicy zanikania. Kiedy wreszcie zdecydowało się na życie przyszła zeszłoroczna mokra jesień a ja przerażona stanem liści odmiany namiętnie drenowałam okolicę stanowiska coby woda arystokracie nie zaszkodziła. W tym roku 'Wedding Belle' wreszcie zakwitł. No tak, warto było choć prosty w uprawie nie jest. Francowatość i paskudyzm przypisuje genom tatusia - 'Heaven' to irys Jo Ghio, irysy tego hybrydyzera najlepiej udają się w cieplejszym niż ódzki klimacie ( oczywiście nie wszystkie odmiany Ghio są delikatesami, ale sporo z nich rośnie lepiej gdy w kłączko ciepło a deszczu tak sobie ).
Przyjechał jako sadzonka na tyle duża że postanowiłam zmniejszyć ryzyko nieudania się uprawy. Podzieliłam kłącze na dwie części i wyznaczyłam Mamelona na drugą uprawiającą. Stąd podejścia do uprawy odmiany liczę jako dwa i pół. Mamelon zniosła zaszczyt z godnością mamiona wizją różowo - złotawych kwietnych łanów. Początkowo uprawa szła jej dobrze, znacznie lepiej niż mnie. Po dwóch miesiącach jednak okazało się że kłączko w ogrodzie Mamelona podstępnie wygniło od spodniej strony mimo przeraźliwie suchego lata. Moje dychało ale nie był to oddech głęboki i "szerokopierśny". Rosło sobie i aklimatyzowało się w najcieplejszej części Podwórka przez długi czas balansując na granicy zanikania. Kiedy wreszcie zdecydowało się na życie przyszła zeszłoroczna mokra jesień a ja przerażona stanem liści odmiany namiętnie drenowałam okolicę stanowiska coby woda arystokracie nie zaszkodziła. W tym roku 'Wedding Belle' wreszcie zakwitł. No tak, warto było choć prosty w uprawie nie jest. Francowatość i paskudyzm przypisuje genom tatusia - 'Heaven' to irys Jo Ghio, irysy tego hybrydyzera najlepiej udają się w cieplejszym niż ódzki klimacie ( oczywiście nie wszystkie odmiany Ghio są delikatesami, ale sporo z nich rośnie lepiej gdy w kłączko ciepło a deszczu tak sobie ).
piątek, 18 maja 2018
Majowe padanie - Podwórko
Nareszcie popadało i z lekka się ochłodziło. W tym roku Zimną Zochę witałam entuzjastycznie, w końcu normalne majowe temperatury i niebo podlewa za darmo ( no prawie, zważywszy na pomysły rzundzoncych ). Co prawda lejący deszcz spowodował zaniechanie naszej ( znaczy Mamelona i mła ) cotygodniowej wyprawy odstresowującej na rynek w Pabianicach ale za to wszystko zielone pięknie umyte i co najważniejsze, solidnie napojone. Nawet zmokłe kwiaty majowych róż nie osłabiły mojego entuzjazmu dla majowego deszczu i ochłodzenia, w końcu ich urodą cieszę się już od dłuższego czasu. Zresztą nie tylko urodą, co prawda ich zapach jest delikatny, ginie przytłumiony "omdlewającą" wonią lilaka vel bzu czy słodką nutą jaką wydzielają kwiaty robinii zwanej akacją.
Jednak w bezpośrednim sąsiedztwie krzewów majowych róż daje się wyczuć delikatną różaną woń. Nic ciężkiego ani przejmującego jak zapach róż alba, dzikusy i półdzikusy kwitnące majową porą pachną obietnicą różanego sezonu, takie zapachowe preludium. Jeszcze chwileczka i rozwiną się ich bardziej skomplikowane genetycznie krewne, różany zapach zrobi się silniejszy, przenikliwy, w niektórych wypadkach wręcz ciężkawy. No i wtedy nadejdzie lato, niezależnie od tego jaka to data będzie widniała w kalendarzu. Nie ma zmiłuj, masowe kwitnienie róż zwiastuje lato, to koniec roślinnej wiosny. Kalendarz sobie, przyroda sobie a ogrodnik skołowany. No bo jakże to tak, już po wiośnie?! To kiedy te cebulki krokusów sadzić, byliny dzielić, przycinania uskuteczniać? A co będzie jak susza, a co będzie jak deszcz? Ech, pokręcenie!
Na Suchej - Żwirowej swoje wielkie chwile przeżywają teraz irysy kategorii IB. Rzecz jasna nie wszystkie posiadane przeze mnie odmiany zakwitły, niektóre bezczelnie grymaszą jak te primadonny. Jednak parę niezawodnych pokazało kwiaty i porobiło solidne kępy więc jest na czym oko zawiesić. mam nadzieję że w przyszłym roku dołączą do tych kwitnień pauzujące odmiany i wreszcie będę miała sezon irysów IB taki jak należy. Bezczelnie przyznam że szczególnie liczę na irysy w ciepłych barwach, które wyjątkowo źle zniosły przeprowadzkę z Alcatrazu ( z wyjątkiem "kosiarkowej" - kosiarką przejedziesz a on irysek się zbierze i jeszcze spróbuje cóś na kształt kwiatu wydać - odmiany 'Ask Alma' ).
Powolutku rozkręcają się też irysy kategorii TB. Cóś się im porobiło bo kwitną nietypowo, tzn. nie zaczynają tego kwitnienia od najwcześniej zakwitających odmian tylko tak "od środka" czyli od kwitnienia odmian średnio - późnych. Tak się kończą wariacje Wielkiego Ogrodowego na temat uletnienia wiosny - 'Misty Lady' i 'Fogbound' kwitną pospołu! No, może to nie jest groza i ból zęba ale lekkie niedogodnościowanie uprawiającej irysy i piszące te słowa to na pewno. Przy okazji rozwijania się irysowych kwiatów widzę działania srok sprzed dwóch lat. Złodziejstwo srocze czyli podprowadzenie znaczników dało straszliwe efekty kolorystyczne na irysowej części rabaty. Nie ma zmiłuj, szpadel pójdzie w ruch i chyba poproszę Wujka Jo o wykonanie dla mnie procy. Tym biało - czarnym skrzeczącym ptasim małpom naprawdę się należy! Będę strzelała do nich z grochu, niech wiedzą że napieprzyły.
Oczywiście na irysach kwiatowe Podwórko się nie kończy, powoli zaczyna się kwitnienie bodziszków.
Jednak w bezpośrednim sąsiedztwie krzewów majowych róż daje się wyczuć delikatną różaną woń. Nic ciężkiego ani przejmującego jak zapach róż alba, dzikusy i półdzikusy kwitnące majową porą pachną obietnicą różanego sezonu, takie zapachowe preludium. Jeszcze chwileczka i rozwiną się ich bardziej skomplikowane genetycznie krewne, różany zapach zrobi się silniejszy, przenikliwy, w niektórych wypadkach wręcz ciężkawy. No i wtedy nadejdzie lato, niezależnie od tego jaka to data będzie widniała w kalendarzu. Nie ma zmiłuj, masowe kwitnienie róż zwiastuje lato, to koniec roślinnej wiosny. Kalendarz sobie, przyroda sobie a ogrodnik skołowany. No bo jakże to tak, już po wiośnie?! To kiedy te cebulki krokusów sadzić, byliny dzielić, przycinania uskuteczniać? A co będzie jak susza, a co będzie jak deszcz? Ech, pokręcenie!
Na Suchej - Żwirowej swoje wielkie chwile przeżywają teraz irysy kategorii IB. Rzecz jasna nie wszystkie posiadane przeze mnie odmiany zakwitły, niektóre bezczelnie grymaszą jak te primadonny. Jednak parę niezawodnych pokazało kwiaty i porobiło solidne kępy więc jest na czym oko zawiesić. mam nadzieję że w przyszłym roku dołączą do tych kwitnień pauzujące odmiany i wreszcie będę miała sezon irysów IB taki jak należy. Bezczelnie przyznam że szczególnie liczę na irysy w ciepłych barwach, które wyjątkowo źle zniosły przeprowadzkę z Alcatrazu ( z wyjątkiem "kosiarkowej" - kosiarką przejedziesz a on irysek się zbierze i jeszcze spróbuje cóś na kształt kwiatu wydać - odmiany 'Ask Alma' ).
Powolutku rozkręcają się też irysy kategorii TB. Cóś się im porobiło bo kwitną nietypowo, tzn. nie zaczynają tego kwitnienia od najwcześniej zakwitających odmian tylko tak "od środka" czyli od kwitnienia odmian średnio - późnych. Tak się kończą wariacje Wielkiego Ogrodowego na temat uletnienia wiosny - 'Misty Lady' i 'Fogbound' kwitną pospołu! No, może to nie jest groza i ból zęba ale lekkie niedogodnościowanie uprawiającej irysy i piszące te słowa to na pewno. Przy okazji rozwijania się irysowych kwiatów widzę działania srok sprzed dwóch lat. Złodziejstwo srocze czyli podprowadzenie znaczników dało straszliwe efekty kolorystyczne na irysowej części rabaty. Nie ma zmiłuj, szpadel pójdzie w ruch i chyba poproszę Wujka Jo o wykonanie dla mnie procy. Tym biało - czarnym skrzeczącym ptasim małpom naprawdę się należy! Będę strzelała do nich z grochu, niech wiedzą że napieprzyły.
Oczywiście na irysach kwiatowe Podwórko się nie kończy, powoli zaczyna się kwitnienie bodziszków.
czwartek, 17 maja 2018
Cascais
No urocza, Panie tego, mieścina. Parque Marechal Carmona, Casa de Santa Maria, XVI wieczna Fortaleza da Citadela, Muzeum Condes de Castro Guimarães to takie punkty które tzw. rasowy turysta czuje że musi. Na jedno szczęście nasza grupka to takie wesołe kundlowate stadko które nie zwiedza wg. bedekera jak XIX wieczne Angielki. Znaczy oglądaliśmy co chcieliśmy, spokojnie i niespiesznie spacerując zacienionymi wąskimi uliczkami czy promenadami zalanymi południowym słońcem. Każdy z nas znalazł w miasteczku "swoje" miejsce, coś co trwale zapisało mu się w pamięci. Gosię, Mamelona i Piotrka oczarował Parque Marechal Carmona, ja zostałam zauroczona drogą do Guincho okraszoną latarniami morskimi i widokiem Oceanu ( dodatkowym bonusem była możliwość przymilania się do kota będącego "na wyposażeniu" Casa de Santa Maria ) . Jak widzicie moje wspominkowe Cascais jest mało miejskie, najbardziej przemawiało do mnie miejsce za cyplem z latarnią morską pięknie po portugalsku zwaną Farol de Santa Marta. Promenada i owszem, z jednej strony wypasione "wylle" z drugiej strony poszarpane skały i spieniona oceaniczna woda. Największy tłumek na odcinku od kiepsko usytuowanej mariny ( fale oceaniczne ją niszczą, ponoć stare wilki morskie z Cascais mają wcale nie cichą satysfakcję typu "A nie mówiłem!" ) do atrakcji geologicznej Boca da Inferno ( na nasze nasze tłumacząc to Usta Piekieł choć chyba bardziej trafione byłoby tłumaczenie Gęba Piekieł ). Potem turyści na ogół odpuszczają a Avenida Rei Humberto II de Itália pustoszeje.
Droga wzdłuż wybrzeża piękna, od czasu do czasu można zejść z avenidy i podreptać po czerwonym podłożu usianym szaro - czarnymi skałami. Oczywiście trzeba uważać gdzie się stawia stopy bo teren wprost wymarzony dla tych pragnących bliskiego kontaktu z portugalską medycyną ( rodzice pozwalają latoroślom hulać po skałkach dopóki się nie orientują że w skałki Ocean zapuszcza co i raz jęzor, jak już się zorientują to jest szybka ewakuacja całej familii i karne dreptanie aleją ). Ja ku zgrozie Mamelona jak zwykle trepkowałam czyli chodziłam w obuwiu powszechnie uznanym za narażające noszącą je osobę na wszelkie urazy. Cóż, kostki to ja skręcałam łażąc w tzw. obuwiu sportowym, ze stopkami w trepkach cóś jestem bardziej ostrożna i stąpam z większą rozwagą co przekłada się na nienaruszalność moich stawów i kości. Po skałkach chodziłam jak ten mnich Zen, głęboko zastanawiając się nad każdym krokiem i unikając tzw. wyzwań. Nie oznacza to że skupiona na bezurazowym pokonywaniu skalnej materii nie cieszyłam się jej urodą. Nie da się jej nie widzieć! Ciemno szare skały, podłoże w barwie czerwieni dobrze wypalonej terakoty, koło skał zieloność mikra za to w parunastu odcieniach, mocno niebieskie niebo i głęboko niebieska barwa Oceanu. Raj dla oczu zmęczonych zimową szarzyzną!
Mamelon z resztą towarzystwa dzielnie avenidowała, rzucając od czasu do czasu kontrolne spojrzenia w moim kierunku ( cóś jak rodzice hulających latorośli ). Oglądała miasteczko od bardzo eleganckiej, "lepszopensjonatowej" strony. Wokół zieleń, zarówno ta nasadzana przez miasto, jak i ta widoczna zza ogrodzeń prywatnych ogrodów ( Piotrek z lubością śledził różne gatunki południowych sosen ). Lekki, wiosenny podmuch od Oceanu sprawiał że skwar nie istniał, wręcz idealne warunki do spacerowania wyczynowego. Można iść i iść i iść, oczywiście dopóki żołądek nie upomni się o swoje prawa. Trzeba uważać żeby nie upomniał się za blisko tzw. atrakcji turystycznych bo nigdzie tak klientów "nie kroją" jak w takich miejscach.
Boca da Inferno niewątpliwie atrakcją turystyczną jest. Ma to tę złą stronę że ktoś tam zawsze w tzw. sezonie się kręci. Czasem ilość kręcących się bywa zatrważająca ale nam się jeszcze jakoś udało zobaczyć to miejsce bez asysty niepoliczalnych tłumów. Piekielna Gęba to formacja skalna, naturalnie "wyerozjowany" łuk i jaskinia wyrzeźbiona przez Ocean w skałach wapiennych, które tworzą wybrzeże w tej części Cascais. Niegdyś Boca da Inferno było jaskinią wietrzeniowo-erozyjną ale jej sklepienie się zawaliło tworząc dziurwę w dość wysokim klifie. Utworzyła się dzięki temu procesowi niezwykle malownicza formacja skalna składająca się z ww. wspomnianego łuku oraz otwartej od strony oceanu zatoki napełnianej przez wody przypływu. Nazwa tego miejsca wzięła się od piekielnego odgłosu uderzających zimą w skały fal Atlantyku, ponoć Gęba wydaje diabelskie ryki. Wierzę, choć oglądałam Gębę w słoneczny, wiosenny dzień. Przebieżka po Guincho uświadamia człowiekowi co może się dziać na styku Oceanu z lądem w wietrzny dzień. Zimą wiatr kołysze Oceanem nieporównanie mocniej niż przy najgorszej wiosennej czy letniej pogodzie, fale na wybrzeżu portugalskim osiągają olbrzymie rozmiary ( dlatego to takie dobre miejsce do ekstremalnego surfingu ) i Gęba wyje.
Po drugiej stronie miasteczka Ocean jakby bardziej spokojny. Zmierzające w stronę Tagu fale nie mają za bardzo o co się rozbijać. Owszem skałki są ale mikrawe, ujarzmione dawno temu przez współpracę rzeki i Oceanu. Nad wodami promenada do Estoril miejscami biegnąca tuż nad piaszczystymi plażami, miejscami nad porośniętymi wodorostami skałami. Ta droga skłania bardziej do obserwacji ludzi niż podziwiania Oceanu. Jest tu wszystko co powinno być w południowym kurorcie: damy opalające się toples, zbieracze małż, ludzie rzucający psom piłki, panie starsze spacerujące z wielopiętrowymi lodami w rożkach, biegające bachores, zapach smażonych ryb wypełzający ze smażalni i barów położonych tuż przy promenadzie. W tle odgłosy pociągu dowożącego z Lizbony turystów którzy postanowili "wpaść na dzień do Tomaszowa". No, jest już bardzo blisko promenady w Brighton. Nie są to moje klimaty ale z obowiązku załączam foty i tej "twarzy Oceanu".
środa, 16 maja 2018
Podsumowanie sezonu irysów SDB w 2018 roku
No i się skończyło. Dobra, prawie bo dogasają ostatnie kwiaty najpóźniejszych odmian. Sezon dobry bo bez przymrozków niszczących kwiaty choć nieidealny bo majowe upały przyspieszały wykwitanie. Niespodziewanki owszem były ale raczej z tych przyjemnych. Znaczy zastanawiam się co to za jedne te nowo zakwitłe odmiany i skąd ja je mam. Hym... nie przypominam sobie żebym kupowała tego iryska z fotki obok. Podejrzewałam że to 'Mikey Likes It' Terrego Aitkena, odmiana z 2003 roku ale cóś mnie się nie zgadza. Wicie rozumicie szczególiki się liczą a to tzw. kfiot nieswoisty, znaczy niby wszystko ma ale po uważnym obejrzeniu ma za mało żeby go tak na sto procent zakwalifikować jako kwiat tej a nie innej odmiany. Niezidentyfikowany maluch nie jest taki zły choć bezczelnie przyznam że chciałabym żeby wśród przeniesionych z Alcatrazu irysów wreszcie objawiły się kwitnąco moje staruszki - 'Hi Sailor' i 'Gentle Grace'. Tęsknię za chłodną bielą ich płatków tak ładnie przyozdobioną niebieskimi plamkami.
Jeszcze gorszą zagwozdkę mam z odmianą iryska z tego zdjątka ( no, tej fotki po lewej ) bo cóś mi świta ale ptocy się nie obudzili i nie ćwierkajo, słońca nie widać bo to świt mglisty i w ogóle jakby go prawie nie było. Mózg cóś mi tam podpowiada, nawet jakby pamiętał że plicaty zamawiałam ale ten sam mózg doprowadził do tego że nie wiem gdzie mam notatkę zakupową więc nie bardzo mogę mu ufać. Przez te problemy z mózgiem bezczelnie pamiętającym mocno wybiórczo irysek nienazwany. A szkoda bo odmiana świetna, jedna z ciekawszych plicat SDB jakie u mnie kwitną. Na pewno zagości na stałe, znaczy przestanie być gościem a zostanie tego... ten... rabatownikiem. Wyobrażam sobie solidną kępę tej odmiany kwitnącą koło moich esdebiastych fioletów. Pięknie rozjaśni a jednocześnie jak to mawia Mamelon - nawiąże.
Teraz o staruszkach przeniesionych z Alcatrazu. Powolutku zaczynają się odliczać, w tym sezonie całkiem sporo ich zakwitło. Nie było to to co prawda kwitnienie spektakularne ale człowiek się cieszy że te odmiany nie zaginęły podczas przeprowadzki. To takie miłe uczucie kiedy z poranną kawą włóczę się po Suchej - Żwirowej i natykam na znajomy kwiat uroczego brudasa 'Serendipity Elf' na ten przykład. Zaczynam mimowolne planowanie ( racjonalnym nazwać go nie sposób bo sporo w nim nadziei ) że za parę lat kępisko tej odmiany znajdzie się tu i tu, w sąsiedztwie kolejnej ocalonej z Alcatrazu odmiany, która na pewno gdzieś się na Suchej - Żwirowej objawi.
Nadzieja na taki obrót spraw grzeje i pobudza jak ta kawa podchłeptywana podczas przeglądu rabaty. Sklerotyczny mózg zajmuje się wizjami kolorowych nasadzeń, cóś skręcających w stronę LSDowskich objawień. Taa, du holde Kunst! Szczęśliwie że wyobraźnia jeszcze mi nie szwankuje, dzięki temu jestem w stanie wybaczyć tej mojej galaretce "zaniechania" pamięci ( indolencja to jak na razie za mocne słowo ) w sprawach tak poważnych notatki zakupowe. Póki jestem w stanie sobie wyobrazić kwitnące irysowe łany to nie jest źle! Nie żebym miała w doopie zapiski ( w końcu dobrze wiedzieć która odmiana dobrze sprawdza się w naszych warunkach a która jest paskudna i niewdzięczna ) ale nie to jest najważniejsze w moim irysowaniu.
A tak à propos łanów irysowych to niektóre kępy będą wymagały w tym roku odnowienia. Odmiana 'Wish Upon A Star' rozrosła się solidnie. Nie należy do moich ulubieńców ale jedno trzeba jej przyznać, tempo przyrostu ma znakomite. W masie nie wygląda źle, choć białe bródki na fiolecie to nie jest mój ulubiony zestaw ( cóś preferuję biel z granatem ). Na koniec tego wpisu tzw. mocny debiut na Suchej - Żwirowej - fotka odmiany jeszcze niezarejestrowanej. 'Paź Królowej' tak się to będzie nazywać, nowa, bardzo delikatna plicata autorstwa Roberta Piątka. No a potem doklejka z fotek starych odmian co to się objawiły po dłuższej przerwie i żegnającej ten udany sezon odmiany 'My Cher'
Subskrybuj:
Posty (Atom)