sobota, 9 sierpnia 2014

'Charles Austin' - angielska róża kosiarkowa

'Charles Austin'  to jedna z moich pierwszych róż angielskich. Natychmiast została okrzyknięta  "Objawieniem Sezonu" i powielona na różnych rabatach. Mam parę krzaków rosnących w Alcatrazie i w pseudo - różance pod moimi oknami. Nie tylko kolor i solidne kwitnienie przemówiły za tą  różą, przede wszystkim jest to odmiana, którą zaliczam  do tzw.  roślin kosiarkowych ( znaczy  kosiarką przejedziesz a  roślina odrośnie i będzie się prezentowała jeszcze piękniej ). "Charlie" okazał się też odporny na zimowe ekscesy  pogodowe,  bardzo  dobrze zniósł upiorny  luty 2012 roku, mimo tego że nie było kopczyków ( starszych krzaków róż angielskich  nie okrywam, lenistwo mam we krwi ). Odbudowywał się powoli ale żaden z krzaków nie wyleciał ( a taki 'Pilgrim' czy  'Sweet Julie' odfrunęły z  królikami ). Wraz z 'Mary Rose' i  'Graham Thomas', 'Charles Austin' stanowi moją trójcę półświętą róż angielskich ( trójca chyba zmieni się niedługo w kwartecik bo 'Crocus Rose' z każdym rokiem uprawy zyskuje coraz większe uznanie ). Z pewnym zdziwkiem przeczytałam swego czasu na forum  że nie w każdym ogrodzie "Charlie" zachowuje się jak na dobrą różę  przystało! Były pretensje o to że odmiana prawie wcale nie raczy kwitnąć, że  mimo tego iż w gruncie siedzi ze dwa lata to bezczelnie się nie rozkrzewia a pędy ma  rachityczne jak  klasyczny niedożywieniec. I nie były te zarzuty wypisywane przez świeżo  upieczonych różankowych lecz przez doświadczonych rosomanes. No zgroza i ból zęba!

Jak ogólnie nie wiadomo o co chodzi,  to chodzi o pieniądze,  a w przypadku róż o podkładki ( czyli też  chyba o kasę ). Moje różyczki zostały pozyskane od znajomych szkółkarzy i wiem że szczepione  były na dobrych, odpornych podkładkach ( no i nie dających niemal  w ogóle odrostów, którą to cechę niezmiernie sobie cenię ). Odmiana najlepiej prezentuje się posadzona  na półcienistym stanowisku, kwiaty długo  utrzymują wtedy pierwotną barwę ( oj, nie zgadzam się ja z Sołtysem Marianem że płowiejące kolorki nieciekawe, znam gorsze "schodzenia" róż ). Tnę tę różę bardzo silnie, wtedy ma zadowalającą ilość kwiatów na pędzie. Nie dopuszczam do tego żeby "Charlie"  zamienił się w klimbera ( ma do tego tendencję ), to jest  róża krzaczasta  i w takiej formie wygląda najlepiej. Robienie z niej w naszych warunkach klimatycznych na siłę róży pnącej nie zdaje egzaminu - nie te klastry, nie to kwitnienie,w ogóle nie ta bajka! W moim  ogrodzie róża bez problemu powtarza kwitnienie ale jak i w przypadku innych angielek, usuwam  przekwitłe kwiaty i zasilam krzaki  dwa razy w czasie wegetacji. Szczególnie cenię sobie jesienne kwitnienie, kwiaty są wówczas wspaniale wybarwione. Teraz metryczka - wprowadzona przez Davida Austina w 1973 roku, krzyżówka róży 'Chaucer' i mieszańca herbatniego 'Aloha' ( odmiany Boerner'a z 1949 roku ). Nazwana na cześć ojca Davida - Charles'a. Dorasta od 1,5m  do 3 metrów wysokości  i około 1,20 m  - 1, 85 m szerokości. Kwiaty o średnicy około 10 cm, składające się z blisko 70 płatków. Liście w kolorze  "średniej zieleni", na ogół zdrowe. Napiszę krótko - kocham  "Charlie'go" !




'Crocus Rose' - pastelowy angielski hardcore

Po raz  pierwszy zobaczyłam tę różę w ogródku Mrówki Z. Wirytualnie zobaczyłam ale "natentychmiast" wiedziałam że to jest róża która zagości  w podokiennej różnace. Rozbielone kremo  - róże, budowa kwiatu jak  żywo  przypominająca róże historyczne, sylwetka  krzaczora w niczym z kolei nie przypominająca "szklarniowych" mieszańców  herbatnich. No i do tego wszystkiego dobrego zapewnienia mrówczyne o hardcorowatości tej  odmiany. Długo z kupnem nie zwlekałam, w tym samym roku jesienną porą wybrałam się z Mamelonem do Rosarium. Dokonałyśmy  wtedy tzw.  obfitych zakupów.  Była to wspaniała, długa i słoneczna jesień, taka wręcz wymarzona na sadzenie róż. Niestety  po tych  jesiennych rozkoszach nastała jedna z najpaskudniejszych dla ogrodników zim - słynna zima 2012, z tym cholernie mroźnym a bezśnieżnym lutym. Nastąpiła prawdziwa hekatomba ogrodowa, róż też nie oszczędziło. Mimo okrycia, kopczykowania i zmawianych paciorków z posadzonych różanych  nówek niemal nic się nie ostało. Niemal bo 'Crocus Rose' trwał na posterunku! Łatwo mu nie było, zbierał się długo i co i raz traciłam nadzieję na jego dojście do siebie. U Mamelona  bylo podobnie, z tym że jej  egzemplarz  róży tej odmiany wyglądał jakoś  lepiej niż mój. I u Mamiego  była to jedyna odmiana posadzonej  jesienią róży, która ocalała po zimie. Niestety z biegiem czasu krzaczek różany w Mamelonoison zaczął zmieniać barwę pędów z pięknie jasnozielonych na żałobną czerń. Moja  różyczka miała pędy szaro zielone ale wyraźnie zieleniała wraz z wiosną. Przypuszczam że rosnąc blisko domu była mniej narażona na wiosenne wahania temperatury niż mamelonowy egzemplarz, rosnący w "szczerym ogrodzie".

Biedny 'Crocus Rose' Mamelona przetrwał zimę ale był niestety tak  osłabiony że nie zdzierżył  wiosennych przymrozków.  Tym niemniej fakt jest faktem - świeżo posadzone jesienią krzaki róży angielskiej 'Crocus Rose' przeżyły luty 2012 roku. Znaczy Mrówka Z. prawdę pisała  - hardcore a nie zwyczajna róża! Teraz  trochę o pochodzeniu czyli metryczka. Odmianę wyhodował David Austin. Zalicza się ją do tzw. róż angielskich  nazywanych też inaczej różami Austina. To grupa róż o nostalgicznym charakterze, powstała  z krzyżowania XIX wiecznych róż z nowoczesnymi odmianami ( angielki to  pierwsze nowoczesne róże nostalgiczne, po nich  przyszły te wszystkie grupy Romantica i inne Märchenrose ). 'Crocus Rose' została wprowadzona do handlu w roku 2000, jest krzyżówką nienazwanej siewki z odmianą 'Golden Celebration'. Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty średniej wielkości  ( 8 cm - 10 cm ) o około 40  płatkach, kwitną w małych klastrach ( 3 do  5  kwiatów w klastrze  ). Jak to się mówi  "kwitną  rzutami przez cały sezon" czyli przynajmniej parę razy począwszy od czerwca można się cieszyć  kwiatami tej odmiany. Liście matowe, takie  "średnio -zielone", odporne na choroby  grzybowe. U mnie  rośnie trzeci sezon bez oprysków!  Przycinam  tę różę stosunkowo wysoko, ma wtedy ładniejszy pokrój, bardziej pasujący do dużych krzewów róż w sąsiedztwie. Nazwa odmiany ma upamiętniać organizację  "Crocus  Trust" zajmującą się pomocą ludziom cierpiącym z  powodu nowotworów jelita grubego. Inna nazwa tej róży, pod którą dość często występuje w handlu to 'Emmanuel'


środa, 6 sierpnia 2014

Sierpniowe kwitnienia

Ten sezon jest solidnie pokręcony, aura oszalała ( niemal  jak w pamiętnym roku1648 hym...tego.... ). Zimy prawie nie było ( i to mnie akurat cieszy ), wiosna przyszła w tempie ekspresowym, Zimni Ogrodnicy w związku z tym byli wyjątkowo paskudni, lato jest upalne jak rzadko. Rośliny dostosowały się do aury i też wariują. O tej porze roku kwitły jeszcze w Alcatrazie liliowce i lilie, szalały  floksy, w pełni kwitnienia bieliła się  hortensja 'Anabelle'. W tym roku  liliowcowo już niemal po ptokach, lilie zakończyły spektakl, floksy takoż  żałośnie schodzą, 'Anabelle' zaczyna zielenieć. No zgroza i ból zęba! Początek sierpnia, lato w pełni a ja na plecach czuję niepokojący jesienny dreszczyk. Oj, nie jest to dreszczyk spowodowany temperaturą. To raczej przeczucie marcinkowych kwitnień zbliżających się w   szybkim tempie i niepokoju o to jakimi  kwitnieniami przyjdzie mi się cieszyć  we wrześniu i październiku?! Chyba zainwestuję w sztuczne kwiaty he, he i na wzór jednej  z sąsiadek Cio Mary urządzę wiecznie kwitnące rabaty  ( taki ogrodowy odpowiednik kościelnej wiecznej  lampki )! Na rabatach dają jeszcze  czadu bodziszki z genami Geranium  psilostemon    jak sfocona odmiana 'Patricia' i bodziszki Wallicha. Te ostatnie  będą musiały zmienić stanowisko, obecne  jak widzę  nie jest  dla nich najlepsze. Całkiem dobrze radzi sobie za to w tym miejscu Geranium wlassovianum 'Lakwijk Star', jak widać i wśród bodziszków bywają  humorzaste i kapryśne i  "zwyczajne" bezprobemowce.

Stanowczo za wolno rozrastają mi się werbeny. Ani patagonka Verbena bonariensis , ani hastata  Verbena hastata nie robią u mnie łanów. A tak dobrze wyglądałyby z floksami. Nie tracę nadziei że  jeszcze będę miała solidne stanowiska  tych roślin. Mamelon podtrzymuje mnie na duchu, u niej w  ogrodzie patagonki dłuuuugo stały w miejscu a obecnie zaczyna się już powoli walka z siewkami ( w ramach wojny nasiennej wspomogłam Mamelona przez założenie obozu jenieckiego dla niepokornych i nie całkiem legalnych i oczekiwanych, takich jak siewki  kłosowca Agastache foeniculum 'Golden Jubilee' czy właśnie werbeny patagońskiej ). U mnie natomiast bezczelnie sieje się przegorzan pospolity  Echinops ritro , cholera morbus nie roślina. Ścinam szybko kwiaty ale jak się zazwyczaj następną wiosną okazuje, nie dość szybko. Roślina z niego ozdobna ale nie da się ukryć że z kategorii "ziółek upierdliwych". Kiedyś  miałam pokuszenie na  ciemno kwitnącą odmianę przegorzanu,  na szczęście szybko mi przeszło (  po wiosennym pieleniu przegorzanowej dziatwy ). Pozbyć się rośliny najlepiej wtedy kiedy młodziutka, korzenie dorosłego przegorzanu są stworzone do testowania siły wykopującego. Z drugiej strony do tej byliny chętnie zlatują się motyle, kwiaty kwitną długo a wielkich wymagań ona nie ma. Znaczy mam ambiwalentne uczucia w stosunku do przegorzanu. Są chwile kiedy uznaję że nie ma właściwe lepszej rośliny dla "ochłodzenia" lipcowo - sierpniowych rabat, ale bywa też że i mniej przyjazne dla przegorzanu myśli przelatują mi  przez głowę.

Teraz będzie o cienistej stronie Alcatrazu i kwiatach host. Generalnie to ja jestem raczej miłośnikiem  hostowych liści, większość  kwiatów host  mnie urodą nie powala. Niektóre odmiany mają kwiaty tak dla mnie paskudne że latam z sekatorem jak tylko zobaczę wyłażące pędy. Są jednak hostki, które kwitną na tyle miło że ich kwiaty są "wliczane" w rabatowe kwitnienia. Niestety w tym roku kwitnienie było z gatunku błyskawicznych - " Trzask, praski po wszystkim"  - jak mawiał Dziadek  Poszepszyński.. Podobnie zareagowały na upał posadzone na  słonecznych  stanowiskach  floksy, było pięknie przez krótką chwilę ( a zazwyczaj floksy dość długo zdobiły moje rabaty ). Zakwitły mi moje własne siewki  floksowe, niestety wszystkie różowe do zarzygania, łeeeee! A tak liczyłam na jakieś miłe dla oka chłodnawe pastele. Nic to, ściągnę  siewki Mamelona,  u niej floksy mają  ciekawsze barwy niż te  posadzone w Alcatrazie. Na koniec wspomnę o groszku szerokolistnym  Lathyrus latifolius , bardzo lubię to niewymagające pnącze. Minimum wysiłku, maksimum efektu! Żywotny, obficie kwitnący ma tylko dla mnie jedną wadę - brak zapachu.  Gdybyż on jeszcze woniał jak pachnący krewniak to byłby rośliną niemal doskonałą!  Niemal bo różyk i biel to niezbyt  obfita paleta barw. No niestety Wielki Ogrodowy poskąpił mu  upojnej woni i rozwiniętej kolorystyki, pozostaje  cieszyć się obficie pokrywającymi pnącze kwiatami w odcieniach różu i bieli. I to by było na tyle o wczesnych sierpniowych kwitnieniach.



wtorek, 5 sierpnia 2014

Wielkie sadzenie irysów

No i nie ma zmiłuj! Upał  i  żar z nieba się lejący a tu zbliża się  termin irysowego rozsadzania, przesadzania i sadzenia nówek Ze względu na klimat i tzw. ogólne warunki moje irysy powinny najpóźniej do końca sierpnia znaleźć się na właściwych miejscach. Przy takim sadzeniu mają największe szanse na ucieszenie mnie w przyszłym roku  kwiatami. Przy okazji  roszad irysowych będzie paczkowanie i wymiany. Muszę kupić jakieś bardzo  solidne znaczniki, takie antysrokowe. Co prawda  w tym roku nie było aż tak wielkiego zainteresowania labelkami  jak zazwyczaj  ( nie było bo  ptaszyska skoncentrowały się  na katowaniu cebulek tulipanów! ) ale nigdy  nie wiadomo co tam srokom wpadnie do łepków. Co prawda Małgoś  Sąsiadka snuje  jakieś ponure proroctwa znacznikowe typu "Bez cementu się nie obejdzie" ale ja mam zawsze kretyńską nadzieję że  sroki zajmą się  wojną z kawkami a nie moimi labelkami.
Na rabatach w tym roku sporo nowości, dzięki Ewandce trafiły do mnie irysy  pana Zbyszka Kilimnika. Mocno kręci mnie wspaniały self  'Czarna Madonna'. Widziałam zdjęcia i słyszałam opowieści - piękny, niemal naprawdę czarny fiolet! Absolutnym przeciwieństwem kolorystycznym jest  'Biały  Łabędź' ( Mamelon  natychmiast zapowiedział mi że ten irys musi  kiedyś trafić  do Mamelonoison  ). Za bardzo o irysach pana Zbyszka nie będę się teraz rozpisywać bo mam nadzieje że w przyszłym roku poświęcę im mnóstwo wpisów ( obdarowano mnie  imponującą ilością odmian - yes, jestem kolekcjonerką ).
Wczoraj odebrałam z poczty paczuszkę od Roberta. I tu będzie dygresja pocztowa. Robert wysyłał paczkę nieco wcześniej niż Ewandka, obie paczuszki w piątek były na mojej poczcie. Paczkę od Ewandki przyniesiono, po paczkę od Roberta musiałam się zgłosić sama. Hym....tego...... podejrzewam że nasz listonosz jest we mnie ciężko zakochany  he, he  i nie dostarcza mi paczek nadawanych przez facetów. No bo jak można inaczej wyjaśnić tzw. selektywne podchodzenie do problema? W paczce od Roberta oprócz naszych  ściepkowych hamerykańskich zakupów od Paula i Thomasa śliczne maluszki od Roberta. Przede wszystkim urodna  i doskonale przyrastająca siewka nr 199 A  ( najprawdopodobniej zostanie awansowana do rangi odmiany, nawet ma już  wybraną  nazwę - 'Zazdrośnik'  ). Powinnam robertowe karzełki posadzić na rozsadniku, zalabelkować i prowadzić  ostrą obserwację całodobową ale nie mam serca. Posadzę od razu na rabatach, w miłym towarzystwie przy którym będą się należycie prezentować. Wiem że to tak  nie całkiem profi ale nic na to nie poradzę że ja  już sieweczki widzę  z innymi roślinami skomponowane.
Niedługo doczekam się swoich własnych pierwszych siewek SDB, już zaczęłam  pouczać koty że "tej trawki" z doniczek nie wyjadamy ( moje potwory nie gustują w wysiewanej kociej trawce ale będą  się starały  pożreć wszystko inne, choćby kolce miało ). Sprawa sieweczek  przypomina mi  że powinnam zapłłacić MEIS - ową składkę,  rany co  za skleroza!


niedziela, 3 sierpnia 2014

Anemonopsis w Alcatrazie czyli nie taki diabeł straszny jak go malują


Urodność anemonopsisów ( Anemonopsis macrophylla ) jest sprawą kontrowersyjną. Są tacy, i ja do nich należę, których wdzięki tych kwitnących w lipcu i sierpniu roślin totalnie rozwalają a są i tacy , którzy w kwitnących anemonopsisach jakoś urody dostrzec nie mogą. No cóż, o gustach się nie dyskutuje, moim zdaniem anemonopsis jest rośliną nie tylko ciekawą ale i pięknie kwitnącą. Nie da się ukryć że po namiętnym irysowaniu, gdzie silne pędy dźwigające duże, ufryzowane kwiaty są jak najmilej widziane, kręcą mnie inne rośliny, które nie są tak cywilizowane, ogrodowo wypasione a za to są pełne łąkowo - leśnej delikatności, uroku dziczyzny - krótko pisząc rośliny o delikatnych pędach i drobnych kwiatach. Stąd moje wszystkie rutewkowe zachwyty, radości z wysiewania się w Alcatrazie dzwonków okrągłolistnych i moje anemonopsisowanie. Przyznam że ze wszystkich tych subtelnych " w wyrazie" kwitnących w lecie roślin anemonopsis jawił mi się jako największa "niesłychana trudność hodowlana". Oj, naczytałam i nasłuchałam się o niewdzięczności tego "ziółka", o zerowych przyrostach czy wręcz zanikaniu rośliny, o tym że kwiatów nie można się doczekać, o bezczelnym padaniu podczas łagodnych zim. Znaczy chodząca klęska a nie roślina do uprawiania przez zwykłego ogrodnika. Natura moja jest z tych lubiących wyzwania ( do czego doszłam dość późno, ku ciężkiemu własnemu zdumieniu i jeszcze cięższemu niezadowoleniu ) więc wiadomym się stało że będę anemonopsisy testować w warunkach alcatrazowych.

Z roślinami uważanymi za rarytety bywa różnie, niektóre to rzeczywiście cholera ciężka, inne po bliższym poznaniu okazują się całkiem "zwyczajnymi" roślinami, bez fum i kaprysów ( taki cyklamen bluszczolistny na przykład , do którego podchodziłam jak pies do jeża, nawet zaczął się wysiewać ). Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, takiemu z opadnięciem szczęki, moje anemonopsisy okazały się prościuchami hodowlanymi, niemal "samograjami" na równi z miodunkami czy brunnerami. Gdzie to zanikanie kęp i złośliwa odmowa kwitnienia?! Rozrastają się normalnie, kwitną obficie, zimowały bez problemów ( tfu, tfu, tfu! ). Pierwszy z moich anemonopsisów, Uszczkniołek podarowany przez Martę, przerósł zdaje się już kępę mateczną, rosnącą w Glińsko - Żabiańskich i kwitnie na całego. Pozostałe dwa anemonopsisy, angielskiej proweniencji, powypuszczały osiemdzięsieciocentymetrowe pędy. Nie dziwcie się zatem że czarny PR anemonopsisów uważam za mocno przesadzony.

Podstawowy problem w hodowli anemonopsisów to zdaje się problem glebowy. Mam wrażenie że w naszej szerokości geograficznej roślina poradzi sobie na stanowisku gdzie będzie miała więcej słońca ( powinna rosnąć na miejscu półcienistym albo zacienionym ) ale nie zdzierży nieodpowiedniej gleby. Anemonopsis macrophylla pochodzi z górskich liściastych lasów japońskiej wyspy Honsiu, gleba w której rośnie powinna być zatem próchnicza, przepuszczalna, o kwaśnym odczynie. W glebie gliniastej czy w zbyt kwaśnej anemonopsis będzie się męczył aż do padnięcia. Anemonopsis lubi wilgoć letnią porą ale zimą nie daj Wielki Ogrodowy żeby miał zbyt wilgotno ( i to jest moim zdaniem główną przyczyną niepowodzeń uprawy na ciężkich glebach ). Wytrzymałość rośliny na mróz to strefa 4 ( czyli można go hodować w Polsce bez większych obaw ). Jeśli chodzi o dostęp światła trzeba uważać żeby ekspozycja nie powodowała przypaleń liści i kwiatów. Najlepiej mnożyć anemonopsisy przez podział, na kwitnienie rośliny uzyskanej z nasion trzeba czekać około pięciu lat. Istnieją formy anemonopsisów o białych kwiatach ( np. 'White Swan' o nieco większych kwiatach niż u gatunku ) i o zwiększonej liczbie płatków. Odmiany rzecz jasna mnoży się wyłącznie przez podział. Anemonopsisy uprawia się w ogrodach od 1877 roku, jednak zawrotnej kariery jak widać nie zrobiły. Myślę sobie że wielkie chwile jeszcze przed nimi.

Alcatrazowe rutewki - delavayki i ich "pokrewni"

O wdzięku letnich kwiatów nie wie nic ten kto nie widział kwitnącej Thalictrum delavayi! Pochodzi z Chin, z górskich lasów i łąk środkowych prowincji. Przydomek łaciński zawdzięcza Pierre Jean Marie Delavay, trojga imion francuskiemu misjonarzowi, odkrywcy wielu roślin, który w XIX wieku "działał" w Chinach. Pierwsze rutewki Delavay'a zaczęto hodować w Europie pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku. Gatunek jest przepiękny i wart hodowli, mimo tego że pędy rośliny wymagają podpierania. Rutewka Delavay'a dorasta do 120 - 150 cm, jest rutewką wyższą ale do olbrzymów jej nie zaliczam. W Alcatrazie uprawiam gatunek i odmiany ogrodowe - selekty 'Album'i 'Hewitt's Double', oraz krzyżówki z udziałem gatunku - 'Splendide' i 'Splendide White'.

Najpaskudniej rośnie mi biało kwitnący selekt. Zazwyczaj liście odziomkowe rośliny zaczynają zanikać wraz z wybijaniem pędów, w przypadku mojego "białego karła" ( tego nie da się nazwać inaczej ) zanikanie liści zaczyna się zanim pęd się pojawi a kwiaty pokazały się raz i śmiem twierdzić że mnie nie powaliły urodą ( trudno było tym pięciu biedakom coś zdziałać, siła urody rutewkowych kwiatów leży w ich masie a nie tylko w samym wdzięku pojedyńczego kwiatu ). Na zdjęciu obok są kwiaty rutewki 'Splendide White', mieszańca Thalictrum delavayi z Thalictrum elegans, odkrytego przez francuskiego hodowcę żurawek ( he, he - obydwie "Splendidki" są de domo Niby Heuchera! ) Thierry Delabroye. Krzyżówka rośnie znacznie silniej, bezproblemowo produkuje większą ilość pędów a co za tym idzie, bardziej obficie kwitnie i jest bardziej dekoracyjna niż gatunki rodzicielskie.

Niestety obie krzyżówki, 'Splendide' i 'Splendide White' odziedziczyły "nieszczęsny gen pokładającego się pędu". Nadrabiają za to kwiatami, to są po prostu chmury kwiatowe. Obydwa mieszańce są sterylne i nie produkują nasion. Podobnie jest w przypadku Thalictrum delavayi 'Hewitt's Double', odmiany ogrodowej o kwiatach pełnych, nagrodzonej Award Of Garden Merit. Ta rutewka jest szczególnie bliska memu sercu, jej pierwszy egzemplarz przytachałam z Albionu. Rośnie u mnie bardzo dobrze, stosunkowo mało się pokłada. Dokupiłam jeszcze dwie rośliny bo żal mi było dzielić angielską kępę, a zakochałam się w delikatnych pomponikach kwiatów tej odmiany. Na pokładanie się rutewek jest jeden dobry sposób - sadzenie przy innych wysokich roślinach, które podtrzymują wiotkie pędy. Nie trzeba wtedy wiązać pędów, który to sposób  podtrzymywania uważam za "ostateczną ostateczność". Delavayki i ich mieszańce mają takie wymagania jak wiekszość rutewek - żyźnie ale nie ciężko, wilgotnawo ale nie zalewowo, półcieniście, bez przesadyzmu w żadną stronę jeśli chodzi o ekspozycję świetlną. Trzeba pamiętać że te rutewki wychodzą po zimie nieco później niż inne i nie panikować że wszystkie rutewki już wylazły a delavayki wzięły i zdechły. Rośliny dzielimy  wiosną, pamiętamy że kochają kompościk i od czasu do czasu nie pogardzą gnojóweczką.



Czy zakończę moją przygodę z delavaykami na tym co już rośnie w Alcatrazie? - raczej nie. Kusząco wygląda legendarna odmiana holenderskiego hodowcy Coena Jansena - 'Ankum'. Niebieskawe liście, wigor i wzrost, ciemno zabarwione pędy, że o chmurach kwiatowych ledwie napomknę. Jest jeszcze tajemnicza a pociągająca Thalictrum delavayi var. decorum, o nieco większych od gatunku kwiatach ( jak znam życie to ta dopiero się pokłada ). Znaczy łowy w toku!



sobota, 2 sierpnia 2014

Z Krainy Tajojów - mało poważny minidziennik podróżny


Tajojowo to absolutny hicior podróżniczy! Po pierwsze Tajoje, lud zamieszkujący wschodnie rubieże Polski są kwintesencją gościnności. Będąc gościem Tajojów człowiek nabiera przeświadczenia że  Tajojowie to głównie zajmowali się przez stulecia przyjmowaniem gości i w związku z tym wiekowym procederem wszelkie czynności związane z gościowaniem doprowadzili do perfekcji, przy której blednie nawet japońska sztuka kucia mieczy. Trzeba przeżyć  żeby uwierzyć! Zwyczajem Tajojów jest solidne karmienie wizytujących zgodnie z regułą przez żołądek do serca.

Tajojowie lubią dobrze zjeść, więc jeżeli człowiek chce poznać nowe, ciekawe smaki polsko - orientalne to najlepiej poszukać i znaleźć "własnego" Tajoja, którego można bezczelnie najechać ( Tajojowie mi znani nie uważają wizytek za dopust boży czy karę za grzechy ciężkie ) albo choć załapać się na knajpkę gdzie  serwuje się coś co  Tajoje  lubią  ( gustom kulinarnym Tajojów można  ufać ). Do zadowolenia gościa z kulinarnej części pobytu  w Tajojowie przyczynia się wstępny wywiad przeprowadzony przez wizytowanego. Wizytujący  może być lekko zdziwiony  pytankiem o to co najbardziej  lubi jeść, ale prawdziwy szok to przeżywa  dopiero  przy stole! Uwaga, Tajojom nigdy, podkreślam to z całą mocą, nie należy dawać odpowiedzi że właściwie  to lubicie wszystko. Taka odpowiedź może spowodować że na stole  rzeczywiście znajdzie się wszystko! Niespróbowanie potraw przez wizytującego  może wpędzić wizytowanego w depresję z powodu podejrzeń że nie jest dostatecznie tajojskim Tajojem. Na Tajojszczyznę zabieramy więc luźnawe rzeczy, w razie dłuższego pobytu nie będziemy zmuszeni do zakupów odzieży, której numeracja zaczyna się powyżej...hym...tego, powyżej.
Nie będę tutaj szczegółowo opisywać potraw, które przyszło mi próbować w gościnnym domu Ewandki i Krzysia bo po pierwsze primo długa by to była lista, po drugie drugo mogłoby to być groźne dla gospodarzy - w dobie neta ludzie  już nie są tak anonimowi, jeszcze bym jakiś najazd chluniów  spowodowała.

Poprzestanę na stwierdzeniu że  Ewandka jest jak to się kiedyś mawiało "gospodynią zawołaną"a jej kuchnia łączy tradycję regionu ( no jednak wyciągnę na  publiczny blog genialną przystawkę śledziową ) z nowinkami kulinarnymi ( przystaweczka szpinakowa ). Ciastologia Tajojów to osobna bajka, do tematu wrócę później ( znaczy jak wyciagnę od dziewczyn przepisy ), teraz zajmę się nalewkami. Tajojowie są mistrzami nalewkowania. Namiętnie zalewają różne owocki, w tym także te jeszcze rosnące na drzewie. Prawdziwy  Tajoj musi mieć baaaardzo silną wolę, bo tajojskie nalewki wg. przepisu muszą solidnie  poleżakować. Taka nalewka na korzeniach pięć latek oczekująca na wlanie do gardzioła to jest już kategoria ambrozyjna, coś co wychodzi poza "zwyczajne" nalewkarstwo.

Nalewki miodne, śliweczkowe, pigwówki czy korzenne, bajki musiałam na dobranoc Dżizaasowi opowiadać i ten męczywołek domaga się teraz wyciągnięcia tajnych ewandkowych przepisów. Postraszyłam że pięć lat abstynencji ją czeka, żeby zimową porą naleweczkę trzasnąć ale w Dżizaasa złe wstąpiło i plótł coś na temat swojej cierpliwości ( uśmiałam się jak norka ). Profilaktycznie przemilczałam bardzo delikatne tiramisu pożarte u Vitalisa bo Dżizaas mogłaby pęc z powodu nabzdyczenia. Otóż wg. Dżizaasa ja Tajojszczyznę zwiedzam nie tak jak trzeba - po ogrodach i szkółkach się włóczę, krajobrazy i zabytki podziwiam, ploteczkuję z cooleżankami a "ludzi i ich kucharzenie" ( najważniejszy punkt wypraw Dżizaasa ) traktuję po macoszemu. Żeby zadać kłam tym pomówieniom, pierwszy wpis o Kraju Tajojów właśnie gościowo - kulinarnej stronie mojej podróży poświęcam.