Gdyby nie paskudna, dziwna zima ( dlaczego nasze zimy muszą być takie wredne? ) to na Suchej - Żwirowej powinien zaczynać się lawendowy festiwal. Niestety jest jak jest, jak to swego czasu śpiewały niejakie siostry Panas ( pewnie mało kto to ten przebój pamięta bo ja ledwie pamiętam ). No niestety, z lawendowych pól nici, co nie oznacza że totalnie lawendy wymiotło. Są, wiele fajnych odmian przetrwało, głównie te sadzone dwa lata temu i wcześniej. Zeszłoroczne sadzonki lawendowe, mimo tego że kupione i wsadzone na początku ogrodowego sezonu okazały się zbyt słabe. Hym... w naszym klimacie lepiej jak sadzona lawenda nie jest zbyt młoda i podpędzona w szklarni. I nie ma tu specjalnie znaczenia czy to lawenda czy lawandyna, młodziutkie rośliny nawet jak spędzą cały sezon w gruncie zimą mają kłopoty. Nie ma zmiłuj, trza sadzić starsze egzemplarze albo wymodlić zimę ze śnieżną okrywą, niezbyt niskimi temperaturami i trwającą tyle ile zima trwać powinna. A potem jeszcze najlepiej domodlić brak wiosennych przymrozków! Kiedy za główną atrakcję rabaty zaczął robić chabrowo kwitnący przetacznik siwy Veronica incana zatęskniło mi się za siwymi listkami zdechłych lawend i podjudzana przez Mamelona bezmyślnie rzuciłam się w wir netowych zakupów. Taa... a tak się zaklinałam, tak ćwierkałam że może jednak cóś inszego posadzę a wystarczyła pierwsza zakwitająca lawenda i kolorek przetacznikowych kwiatów i siwizna listków żebym znów miała pomysły na nasadzenia z lawendą. No nie moja winna że w upalne dni mnie się w głowie śródziemnomorskie marzonka lęgną.
Teraz zastanawiam się co otrzymam i jakie akcje z okrywaniem roślin czekają mnie zimą. Radosne sadzenie latem a potem zimowy stres. A Wielki Pogodowy tak jakoś głupio pogodą ostatnio zarządza że wiosny i lata mamy jak w jakiej Prowansji za to zimy z mroźnymi pozdrowieniami z Syberii. Tylko w zeszłym roku było w miarę mokro ale za to wiosną długo zimno. No i co tu sadzić żeby taką huśtawkę auralną przechytrzyć? Niby wiem - rośliny prerii i stepów, one znoszą bardzo mroźne zimy i bardzo gorące lata. Niektóre to nawet niewielką ilość opadów znoszą. No to są jeżówki i preriowe trawy, przetacznikowce i krwawniki, krwawnice, sedumki i żeleźniaki. W zasadzie to baaardzo książkowo i prawilno.
Tylko że one wszystkie schowają się przed mroźną zimą pod ziemię, jak na przyzwoite rośliny prerii i stepów przystało. Znaczy mumie niby zostają ale nie wszystkie są trwałe i ozdobne. A ja mam takie mało racjonalne oczekiwanie że zimową porą nie będę oglądała rozmoczonych i rozwalonych traw tylko pooglądam sobie zimową kompozycję z roślin zachowujących jakiś kształt i tworzących przyjemną dla oka strukturę nasadzeń. No i co? Szałwia lekarska, lawenda, solidnie rozrośnięta perowskia robią za tło dla mumii sedumków czy jeżówek, szczerze pisząc cóś nie wyobrażam sobie mojego podwórka bez krzewinek czy tam inszych półkrzewów. Uprawa półkrzewów to w naszym klimacie tzw. stresor, zimą wiecznie uprawiam pogodę, zupełnie jak ogrodnik o którym pisał Hašek.
Na szczęście lawendową posuchę pięknie wynagrodził kwitnący rozchodnik biały Sedum album. To skromna roślinka, bardzo przeze mnie lubiana za zadarnianie gleby na Suchej - Żwirowej. Dużo słońca, w miarę przepuszczalne podłoże i jazda! Jest parę odmian tego rozchodnika o różnych barwach liści - 'Coral Carpet' uprawiana w pełnym słońcu cieszy oko jak mało który niski rozchodnik, 'Murale' wpada bardziej w zielono - miedziane tony, 'Laconicum' rośnie bardzo bujnie, jej liście mają sporo czerwieni, za to 'Micranthum Chloroticum' jest niziutka, drobniutka, mało ekspansywna i szaro - zielona. Można wybierać kolorek na dywan, he, he.
wtorek, 12 czerwca 2018
niedziela, 10 czerwca 2018
'Bloomfield Abundance' - róża zagadkowa
Chyba najbardziej tajemnicza róża w moim ogrodzie, taki różany sfinks. Obecnie zaliczana do grupy Floribunda, zarejestrowana w roku 1920 w Stanach Zjednoczonych Ameryki przez niejakiego Captain Georgea C. Thomasa ( nie wiem dlaczego ten kapitański stopień taki ważny, prawie jak tytuł szlachecki w Zjednoczonym Królestwie ). Na rynek wprowadziła tę odmianę firma Bobbink &Atkins i w tym samym 1920 roku pod tą samą nazwą która nadał jej hodowca. 'Bloomfield Abundance' zaliczana była do różnych różanych grup - China / Bengale, Floribunda, Hybrid Tea, Polyantha. Tak sobie pachnąca, nie zapach jest jej mocną stroną a jak to ładnie ujął David Austin- najładniejsze miniaturowe kwiaty w typie klasycznego mieszańca herbatniego. Te kwiatowe cuda liczą sobie od 41 do 56 płatków, pojawiają się rzutami przez prawie cały sezon. Osiągają średnicę około 5 cm. Krzewy tej odmiany dorastają w optymalnych warunkach do ponad dwóch metrów wysokości, u nas na takie rozmiary raczej nie ma co liczyć ( będzie dobrze jak dojdzie do 120 cm wysokości ) bo to ciepłolubna róża ( jeżeli mieszkacie w zimniejszej strefie niż 6b to z uprawą tej róży będą problemy ). Odmiana powstała ze skrzyżowania róż 'Sylvia' (Paul 1911) x 'Dorothy Page Roberts'. 'Sylvia' to stosunkowo niewysoka hybryda wichuraiana, 'Dorothy Page Roberts' to mieszaniec herbatni. Po mamusi 'Bloomfield Abundance' odziedziczyła pokrój, wiotkie pędy i wielkość kwiatów, po tatusiu mieszańcu herbatnim kolor kwiatów, ich zapach i przede wszystkim ciągłość kwitnienia. Liście pięknie zielone, niestety nieodporne na mączniaka.
Teraz będzie o zagadce. W 1941 roku w Stanach Zjednoczonych, w szkółce Howard Rose Co. odkryto róże bardzo podobną do odmiany 'Cécile Brunner'. Nazwano ją 'Spray Cécile Brunner' i w tymże 1941 roku wprowadzono ją do handlu. Przez wiele lat panowało solidne różane zamieszanie, uważano bowiem że odmiana 'Bloomfield Abundance' jest tożsama z odmianą 'Spray Cécile Brunner'. W handlu używano obu nazw jako synonimów. Dopiero analiza DNA przeprowadzona przez Florida Southern College potwierdziła że 'Spray Cécile Brunner' jest praktycznie identyczny zarówno z 'Cécile Brunner', jak i z 'Cl.Cécile Brunner', co sugeruje, że 'Spray Cécile Brunner' jest sportem róży 'Cécile Brunner'. Z 'Bloomfield Abundance' ten sport ma wbrew pozorom bardzo mało wspólnego. Jak dla mnie te pomyłki to zdziwna sprawa bo kwiaty "Cecylki" na tzw. zwykły ogląd różnią się od kwiatów 'Bloomfield Abundance'. Hym... może to nie tyle była tajemnica różana co tajemnica handlowa?
Teraz będzie o zagadce. W 1941 roku w Stanach Zjednoczonych, w szkółce Howard Rose Co. odkryto róże bardzo podobną do odmiany 'Cécile Brunner'. Nazwano ją 'Spray Cécile Brunner' i w tymże 1941 roku wprowadzono ją do handlu. Przez wiele lat panowało solidne różane zamieszanie, uważano bowiem że odmiana 'Bloomfield Abundance' jest tożsama z odmianą 'Spray Cécile Brunner'. W handlu używano obu nazw jako synonimów. Dopiero analiza DNA przeprowadzona przez Florida Southern College potwierdziła że 'Spray Cécile Brunner' jest praktycznie identyczny zarówno z 'Cécile Brunner', jak i z 'Cl.Cécile Brunner', co sugeruje, że 'Spray Cécile Brunner' jest sportem róży 'Cécile Brunner'. Z 'Bloomfield Abundance' ten sport ma wbrew pozorom bardzo mało wspólnego. Jak dla mnie te pomyłki to zdziwna sprawa bo kwiaty "Cecylki" na tzw. zwykły ogląd różnią się od kwiatów 'Bloomfield Abundance'. Hym... może to nie tyle była tajemnica różana co tajemnica handlowa?
'A Shropshire Lad' - o słodyczy pełnej nostalgii
Śmietana i truskawka, jak w Eton Mess, do tego mocno brzoskwiniowe tony przy odpowiedniej pogodzie, słodki do bólu zapach, taki z owocowymi nutami, wigor i zdrowie. Skąd więc ta nazwa kojarząca się z nostalgią i przemijaniem wyzierającym z wierszy Alfreda Housmana? Przeca to musi być coś więcej niż tylko data introdukcji róży w setną rocznicę wydania zbioru poezji "A Shropshire Lad". Trochę to by było za proste, przecież Austin mógł w roku 1997 wypuścić na rynek całkiem inną różę, co roku parę nowych odmian jego szkółka wprowadza na rynek. Dlaczego właśnie ta, tak pełna życia, kwitnąca "słodkim" kwiatem odmiana została uhonorowana nazwą tego konkretnego tomiku wierszy? Na pewno to coś więcej niż tylko klasyczna rozetowa budowa kwiatów tak miła sercu miłośników różanej nostalgii, tych dawnych dobrych czasów kiedy róże pachniały własnym zapachem w ogrodach i oranżeriach a nie były przemysłowo uprawiane i skrapiane olejkami ( podejrzanymi mieszankami z geraniolem w roli głównej ) w celu nadania im odpowiedniego zapachu. Nikt w owych czasach nie naświetlał nasion w celu uzyskania niespotykanych mutacji, nie grzebał urządzeniami High Tech w kodzie genetycznym, nie uprawiał krzewów w ilości paru milionów sztuk jednej pokupnej odmiany. Tęsknota za minionym a pięknym?
A może to apoteoza przetrwania, wszak wiersze Housmana nie zachwycały wielu wybitnych krytyków poezji w XX wieku, trzeba było czasu który pozwolił ocenić je nie tylko jako tzw. wykwit epoki. No a w tej róży jest wszystko co najlepsze mogła nam dać epoka róż wiktoriańskich, cały ten spadek zamknięty w jednej nowoczesnej odmianie. A może to po prostu tęsknota za młodością, śmietankowo - różową, pachnąca nam obłędnie w pamięci jak nic realnego nie jest w stanie pachnieć? Tajemnicą tajemnic jest dlaczego akurat potomek odmiany 'Leander' był dla Davida Austina godnym tej a nie innej nazwy. Teraz o samej różycy - krzew dorasta optymalnie do 185 cm ale to raczej nie w naszym klimacie, szerokość osiągana to tak na maksa 150 cm ale częściej krzew jest znacznie węższy. Kwiat pełny , potrafi mieć około dziewięćdziesięciu płatków, o średnicy ośmiu centymetrów. Odmiana jest dość wytrzymała na mrozy, w moich miejskich warunkach jej nie kopczykuję ani nie okrywam na zimę. Przyuważyłam ze bardziej brzoskwiniowe tony kwiaty przybierają podczas jesiennego kwitnienia. Tegoroczne czerwcowe fotki nie oddają pełni urody tej róży, jest po prostu za ciepło a to nie robi dobrze różom na coolorek. No takie czasy mamy że róże fotkować tak aby uchwycić ich tożsamość jest ciężko!
A może to apoteoza przetrwania, wszak wiersze Housmana nie zachwycały wielu wybitnych krytyków poezji w XX wieku, trzeba było czasu który pozwolił ocenić je nie tylko jako tzw. wykwit epoki. No a w tej róży jest wszystko co najlepsze mogła nam dać epoka róż wiktoriańskich, cały ten spadek zamknięty w jednej nowoczesnej odmianie. A może to po prostu tęsknota za młodością, śmietankowo - różową, pachnąca nam obłędnie w pamięci jak nic realnego nie jest w stanie pachnieć? Tajemnicą tajemnic jest dlaczego akurat potomek odmiany 'Leander' był dla Davida Austina godnym tej a nie innej nazwy. Teraz o samej różycy - krzew dorasta optymalnie do 185 cm ale to raczej nie w naszym klimacie, szerokość osiągana to tak na maksa 150 cm ale częściej krzew jest znacznie węższy. Kwiat pełny , potrafi mieć około dziewięćdziesięciu płatków, o średnicy ośmiu centymetrów. Odmiana jest dość wytrzymała na mrozy, w moich miejskich warunkach jej nie kopczykuję ani nie okrywam na zimę. Przyuważyłam ze bardziej brzoskwiniowe tony kwiaty przybierają podczas jesiennego kwitnienia. Tegoroczne czerwcowe fotki nie oddają pełni urody tej róży, jest po prostu za ciepło a to nie robi dobrze różom na coolorek. No takie czasy mamy że róże fotkować tak aby uchwycić ich tożsamość jest ciężko!
sobota, 9 czerwca 2018
Codziennik - coby nam się nie nudziło!
Życie mnie ostatnio nie pieści - Felicjan ma uczulenie i bardzo tęskni za Wiadomo Kim, Sztaflik jest chora bo latała nie wiadomo gdzie, żarła nie wiadomo co i w ogóle jest mocno podejrzana bo wątróbka powiększona ( cóś nie wychodzimy od dohtora ), Małgoś - Sąsiadka wybrała się na nielegalu do sklepu, zaliczyła glebę bo potknęła się o wystającą płytę chodnikową, po czym powiadomiła mnie głośno na SORze że właściwie to powinnam się już przyzwyczaić bo to tak było, jest i chyba będzie że rok bez zrobionego po urazie CTR właściwie się dla niej nie liczy. W ogóle to powinnam być szczęśliwa bo ona sobie badania poza kolejnością "załatwia", krew, rentgeny i w ogóle wszystko. Tak że nie trzeba po żadne skierowania chodzić. Szczwana dziewięćdziesięciolatka! Taa, zmieniony Felicjan jest odczulany, Sztaflik jest kłuta i dietowana, Małgoś ma trzy szwy i niewyjściową twarz ( "Wyglądam jak kosmita a przecież upadłam z tego, no, no z tego poziomu własnego. No patrz a jak spadłam z tych wysokich schodów w Porcie to wyglądałam zupełnie tak samo, to pewnie przez starość. Zobacz na tym wypisie czy mi się mózg nie zregenerował bo kiedyś napisali że zanikał. Pamiętasz kiedy, to jak się rozwaliłam na przyjęciu. Nie, to chyba było wcześniej jak wyrżnęłam głową w futrynę, wtedy jak miałam podbite tylko jedno oko" ). Staram się nie zamordować kotów i Małgosi ale zaczyna się we mnie gotować i jeszcze trochę a wykipi! Pralka nadal niekupiona, Ciotka Elka męczeńsko pierze ( znaczy zabiera mi odłożone rzeczy do prania "Bo ty jesteś teraz zajęta" ).
Mamelon mnie wspiera choć sama nie ma łatwo, Krysia gaśnie i to tak jak nikt z nas nie chciałby być gaśniętym. Odstresowujemy się niby w ogrodzie ale obie mamy swoje garby i garbiki, które czasem przygniatają nas do ziemi. Jak robi się bardzo ciężko udajemy się po ogrodowe zakupy, albo i te nieogrodowe - czasem lepiej degustować czereśnie na straganie niż myśleć co to się jeszcze może przydarzyć. Celebrujemy też wyczynowo życie kuchenne, planujemy domowe obiady, wybieramy kapustki i sałaty, pitulimy radośnie o tym co na temat różnych form terapii żarciowych powiedziała Dorota. Tak poza tym to gaworzymy o firankach w motylki dla Lucyny, o tym że Gosi i Piotrkowi trzeba kupić nową różę, o słodkich ręczniczkach do łazienki i wytrawnych espadrylach na lato - o wszystkim co pozwoli zapomnieć nam o naszych kłopotach w ciężkim realu. A ciężki real co i raz nas dojeżdża! My się za to twardo nie poddajemy tzw. pociskom zawistnego losu. W związku ze związkiem mam dwa nowe wiciokrzewy, uroczego goździka a Mamelon ma całkiem nowe róże. I teraz trzeba to wszystko posadzić i podlewać oraz chronić przed upałem. Całkiem sporo nowych kłopotów które przykryją prawdziwe zmartwienia. No i bardzo dobrze!
Żebym się nie nudziła to Alcatraz tak się przejął swoją nową rolą ogrodu grądowego że zaprosił sarnę. Myślałam że mam omamy wzrokowe ale ślady kopytek, pasiejstwa oraz zalegania uprawdopodobniły omamy. Dodatkowo Maciek upewnił się że nie zwariowałam, znaczy widział tyłek dzikunka ( mam wrażenie że obaj z Attilą, naszym kamienicznym Półbiczem Niebożym, podejrzewali że widziałam smoka - no takie mieli miny gdy im oświadczyłam że trza nam dzwonić po kawalerię bo jeże - nietoperze to dla Alcatrazu za mało i sarniaczek nam się zalągł ). Nalałam wody do dodatkowych mich i porozstawiałam po ogrodzie, wyraziłam w myślach chciejstwo żeby dzika żywina oszczędziła hosty a skoncentrowała się na podagryczniku ( bodziszki łąkowe oraz ich mieszańce i owszem smacznawe, znaczy dzikunek nie pogardził ), wybaczyłam ciężko rannego Wolfganga, zamknęłam Alcatraz na cztery spusty i czekam na odsiecz kawalerii. Koty co do jednego siedzą w ogrodzie i śledzą! To się wzięło i gdzieś w Alcatrazie zaszyło a my staramy się nie straszyć ( zero koszenia, sąsiedzkie kosiarki też milczą, Pan Dzidzio weekenduje bez przeboju "Ramona" ). Oczywiście jesteśmy atrakcją dla dzieci które przyszły z wizytą do sąsiedzkich dzieci ( "Proszę Paniom mogę zobaczyć jelonka?" - taa, powinnam zacząć na tym zarabiać - "Możesz zobaczyć z daleka to miejsce gdzie jelonek się ukrywa, jak dasz dwa złote" ).
"A poza tym nic na działkach się nie dzieje!" - że zacytuje mistrza Jeremiego. A mnie się marzy jak na łobabrazku poniżej... spokój i damskość stosowana.
Mamelon mnie wspiera choć sama nie ma łatwo, Krysia gaśnie i to tak jak nikt z nas nie chciałby być gaśniętym. Odstresowujemy się niby w ogrodzie ale obie mamy swoje garby i garbiki, które czasem przygniatają nas do ziemi. Jak robi się bardzo ciężko udajemy się po ogrodowe zakupy, albo i te nieogrodowe - czasem lepiej degustować czereśnie na straganie niż myśleć co to się jeszcze może przydarzyć. Celebrujemy też wyczynowo życie kuchenne, planujemy domowe obiady, wybieramy kapustki i sałaty, pitulimy radośnie o tym co na temat różnych form terapii żarciowych powiedziała Dorota. Tak poza tym to gaworzymy o firankach w motylki dla Lucyny, o tym że Gosi i Piotrkowi trzeba kupić nową różę, o słodkich ręczniczkach do łazienki i wytrawnych espadrylach na lato - o wszystkim co pozwoli zapomnieć nam o naszych kłopotach w ciężkim realu. A ciężki real co i raz nas dojeżdża! My się za to twardo nie poddajemy tzw. pociskom zawistnego losu. W związku ze związkiem mam dwa nowe wiciokrzewy, uroczego goździka a Mamelon ma całkiem nowe róże. I teraz trzeba to wszystko posadzić i podlewać oraz chronić przed upałem. Całkiem sporo nowych kłopotów które przykryją prawdziwe zmartwienia. No i bardzo dobrze!
Żebym się nie nudziła to Alcatraz tak się przejął swoją nową rolą ogrodu grądowego że zaprosił sarnę. Myślałam że mam omamy wzrokowe ale ślady kopytek, pasiejstwa oraz zalegania uprawdopodobniły omamy. Dodatkowo Maciek upewnił się że nie zwariowałam, znaczy widział tyłek dzikunka ( mam wrażenie że obaj z Attilą, naszym kamienicznym Półbiczem Niebożym, podejrzewali że widziałam smoka - no takie mieli miny gdy im oświadczyłam że trza nam dzwonić po kawalerię bo jeże - nietoperze to dla Alcatrazu za mało i sarniaczek nam się zalągł ). Nalałam wody do dodatkowych mich i porozstawiałam po ogrodzie, wyraziłam w myślach chciejstwo żeby dzika żywina oszczędziła hosty a skoncentrowała się na podagryczniku ( bodziszki łąkowe oraz ich mieszańce i owszem smacznawe, znaczy dzikunek nie pogardził ), wybaczyłam ciężko rannego Wolfganga, zamknęłam Alcatraz na cztery spusty i czekam na odsiecz kawalerii. Koty co do jednego siedzą w ogrodzie i śledzą! To się wzięło i gdzieś w Alcatrazie zaszyło a my staramy się nie straszyć ( zero koszenia, sąsiedzkie kosiarki też milczą, Pan Dzidzio weekenduje bez przeboju "Ramona" ). Oczywiście jesteśmy atrakcją dla dzieci które przyszły z wizytą do sąsiedzkich dzieci ( "Proszę Paniom mogę zobaczyć jelonka?" - taa, powinnam zacząć na tym zarabiać - "Możesz zobaczyć z daleka to miejsce gdzie jelonek się ukrywa, jak dasz dwa złote" ).
"A poza tym nic na działkach się nie dzieje!" - że zacytuje mistrza Jeremiego. A mnie się marzy jak na łobabrazku poniżej... spokój i damskość stosowana.
piątek, 8 czerwca 2018
Kwitnące Podwórko
Odkąd postanowiliśmy z Alcatrazem że on zostanie ogrodem grądowym sporo roślin kwitnących późną wiosną i wczesnym latem przeniosłam na Podwórko. Tam są zdecydowanie bardziej na miejscu. Sucha - Żwirowa, okolice Różanki, rabata Podjarząbkowa, Lilakowy Zagajnik różne podwórkowe kąty, różne glebowe stanowiska z mniejszym lub większym oświetleniem - znaczy można sadzić całkiem sporo kwitnących roślin. No to sadzę, jak zwykle ekstremalnie zapełniając roślinami wszelki "gołygrunt". Po mojemu "gołygrunt" jest bardzo do mnie niepaszący i absolutnie niepolecany dla czystości kocich futer ( nie ma to jak dobrze tarzanko na "gołogruncie" a potem szybki bieg do domku na wyro albo choć krzesło ).
W tym roku pierwsze kwitnienia roślin przeniesionych do Różanki ( właściwie Różanka nie jest już Różanką tylko rabatą bylinową z krzewami różanymi ), szałwije, czyśćce, goździczki i tam insze macierzanki. Wszystko w zeszłym roku przeniesione się porozrastało i większość roślin zakwitła. Cały czas mimo niesprzyjającej aury utykam jeszcze zieloności na każdym kawałku "gołogruntu". Zawsze to lepiej kiedy pod oknem kwitną mi bodziszki a nie glistnik ( tak, jestem bodziszkomaniakiem ). Moja niby Różanka nie wygląda jeszcze tak jak powinna wyglądać ale powoli zyskuje na urodzie. Teraz zastanawiam się gdzie by tu jeszcze wcisnąć urodne przymiotno żeby zrobiło się prawdziwie rabatowo, tak w brytolskim stajlu.
Zrobiwszy troszki zakupów uzupełniających, w tym roku pożegnałam się z jedną z gipsówek ( przesadzałam z rozsadzaniem a ona biedaczka po tym przesadzeniu i podziale nie zdzierżyła tegorocznej dziwnej zimy ) i wreszcie dokupiłam kolejnego mikołajka nadmorskiego. Niestety będę musiała dokupić także mikołajki alpejskie, luty przerzedził mikołajkowo rabaty! Choruje też morinia, w sumie nie wiem dlaczego bo pogoda niby dla niej wymarzona. Hym... jak nie znajduję widocznej przyczyny to zazwyczaj podejrzewam ukryte i zdradzieckie działania mrówek. W ośmiu przypadkach na dziesięć mam rację, mrówki to bezczelne małpy, zawsze chcą zakładać domki przy najbardziej rarytetnych roślinach!
Po zacynamonowaniu i wrotyczowaniu mrówkowych squatów czeka mnie przesadzanie floksów wiechowatych na "lepsze" ( znaczy takie nie z piochami tylko z nieco lepszą, silniejszą glebą ) miejsca Suchej - Żwirowej. Operacja długo odwlekana, no nie składało się, teraz niespecjalnie łatwa do przeprowadzenia ( znaczy z całym ziemskiem oblepionym wokół bryły korzeniowej będę te floksy przenosić ). Weekend ponoć znów ma być upalny ale tym razem się zawzięłam i nie ma że nie ma ! Chyba mi przyjdzie bladym świtkiem te przesadzania urządzać. Hym... taa, "jak dobrze wstać skoro świt". Osobiście to jutrzenki blask mnie się średnio podobie, preferuję wstawanie o tzw. ludzkich porach ( w weekend to bladym świtkiem koło południa, he, he, he ) ale mus to mus.
wtorek, 5 czerwca 2018
Różane opowieści
Bajka o tysiącu i jednej róży, szybko opowiadana bo upał wypala kwiaty. Wielka szkoda że kwitnienie trwa w tym roku tak krótko, rano widzę rozwijający się z pąka kwiat, wieczorem zastaję kapeć z opadającymi płatkami. Praży, żarzy i w ogóle wypala a róże i owszem lubieją ciepełko ale nie znoszą upału. Na zapachowe odkrycia też nie ma co liczyć, gorące powietrze to nie jest to samo co powietrze ciepłe, zapachy się nie rozchodzą tylko zanikają. Jedynie rano coś tam pachnie ale wielkich ochów i achów z tego powodu nie ma. Te poranne wonie unoszące się nad różanką są mało intensywne. Suche powietrze, oto dlaczego nie ma czego niuchać. Ponieważ Wielki Pogodowy postanowił być złośliwy i pada we wszystkich dzielnicach miasta Odzi poza moją, na wąchanie kwiatów róż chyba będę musiała się wybrać do znajomków.
Najszybciej wykwitają róże posadzone na Suchej - Żwirowej. Tam mają swoje stanowiska głównie róże historyczne, kwitnące troszkę wcześniej od róż nowoczesnych. Zazwyczaj to te jeden raz w sezonie kwitnące, dłuuugo trzymają kwiaty bo nasza ódzka majowo - czerwcowa pogoda im sprzyja ( na ogół jest średnio ciepło i popaduje ) ale w tym roku tak nie jest. Zakwitły bardzo, zaprawdę bardzo wcześnie i słońce tak im dało że właściwie już po kwiatach. W tym roku wiosenne letnie temperatury i brak opadów nie sprzyjały moim dzikunom i historyczkom. Może lepiej poradzą sobie angielki, zapowiadają wszak lekkie ochłodzenie. Hym... ciągle jeszcze jestem pełna nadziei że przynajmniej część róż pokaże się z tej najlepszej strony. Oczywiście mimo tzw. niesprzyjających okoliczności nadal sobie snuję różane marzenia - a to 'Old Port' a to jakaś szkocka piękność, a to urocza austinka, taa - Podwórko się rozciąga w tych moich marzeniach jakby z gumy było. No i pogoda na nim zawsze odpowiednia, he, he, he.
Błyskawiczne wykwitanie róż historycznych i nie najlepszą jak do tej pory długość kwitnienia angielek rekompensują mi całkiem niezłe kwiaty tzw. chińskich róż. Tak nazywa się dość skomplikowane mieszańce ze znaczną ilością genów róż pochodzących z Chin. Na ogół są to odmiany niespecjalnie dobrze rosnące w naszym klimacie, nie służą im nasze zimy a wiosenne przymrozki to dla nich hardcorowe przeżycie. Posadziłam te moje chińczyki w najbardziej zacisznej części różanki w nadziei że jakoś tam wytrzymają i jak do tej pory radzą sobie całkiem nieźle. Jedyne co spędza sen z powiek to ich niezbyt wysoki wzrost. Marzą mi się takie krzakory jak widziałam w ogrodzie Beth Chatto. Cóś mi się zdaje że w pogoni za takim angielskim wyglądem krzewów przyjdzie mi bardziej solidnie chocholić te róże na zimę. Może dzięki wyczynowemu opatulaniu róż doczekam się właściwego rozmiaru krzewów z mnóstwem drobnych, ślicznych różyczek na wiotkich bezkolcowych pędach.
Szczęśliwie nie będę musiała chocholić niczego więcej, mój nowy piżmak ( no dobra, średnio nowy - przyjechał dwa lata temu, jest na fotce powyżej ) i mój zeszłoroczny zakup, róże zwane florystycznymi ( te z fotki poniżej ) okazały się całkiem wytrzymałymi krzewami. Nie tyle zdumiewa mnie piżmacza odporność co fakt że róże przeznaczone dla kwiaciarni okazały się całkiem przyzwoitymi różami ogrodowymi. Tfu, tfu, tfu! - żeby nie zapeszyć. Kto wie, może wymyślą wreszcie dobrą "niebieską różę" dla naszego klimatu? I tym optymistycznym akcentem kończę tą różaną opowieść.
Najszybciej wykwitają róże posadzone na Suchej - Żwirowej. Tam mają swoje stanowiska głównie róże historyczne, kwitnące troszkę wcześniej od róż nowoczesnych. Zazwyczaj to te jeden raz w sezonie kwitnące, dłuuugo trzymają kwiaty bo nasza ódzka majowo - czerwcowa pogoda im sprzyja ( na ogół jest średnio ciepło i popaduje ) ale w tym roku tak nie jest. Zakwitły bardzo, zaprawdę bardzo wcześnie i słońce tak im dało że właściwie już po kwiatach. W tym roku wiosenne letnie temperatury i brak opadów nie sprzyjały moim dzikunom i historyczkom. Może lepiej poradzą sobie angielki, zapowiadają wszak lekkie ochłodzenie. Hym... ciągle jeszcze jestem pełna nadziei że przynajmniej część róż pokaże się z tej najlepszej strony. Oczywiście mimo tzw. niesprzyjających okoliczności nadal sobie snuję różane marzenia - a to 'Old Port' a to jakaś szkocka piękność, a to urocza austinka, taa - Podwórko się rozciąga w tych moich marzeniach jakby z gumy było. No i pogoda na nim zawsze odpowiednia, he, he, he.
Błyskawiczne wykwitanie róż historycznych i nie najlepszą jak do tej pory długość kwitnienia angielek rekompensują mi całkiem niezłe kwiaty tzw. chińskich róż. Tak nazywa się dość skomplikowane mieszańce ze znaczną ilością genów róż pochodzących z Chin. Na ogół są to odmiany niespecjalnie dobrze rosnące w naszym klimacie, nie służą im nasze zimy a wiosenne przymrozki to dla nich hardcorowe przeżycie. Posadziłam te moje chińczyki w najbardziej zacisznej części różanki w nadziei że jakoś tam wytrzymają i jak do tej pory radzą sobie całkiem nieźle. Jedyne co spędza sen z powiek to ich niezbyt wysoki wzrost. Marzą mi się takie krzakory jak widziałam w ogrodzie Beth Chatto. Cóś mi się zdaje że w pogoni za takim angielskim wyglądem krzewów przyjdzie mi bardziej solidnie chocholić te róże na zimę. Może dzięki wyczynowemu opatulaniu róż doczekam się właściwego rozmiaru krzewów z mnóstwem drobnych, ślicznych różyczek na wiotkich bezkolcowych pędach.
Szczęśliwie nie będę musiała chocholić niczego więcej, mój nowy piżmak ( no dobra, średnio nowy - przyjechał dwa lata temu, jest na fotce powyżej ) i mój zeszłoroczny zakup, róże zwane florystycznymi ( te z fotki poniżej ) okazały się całkiem wytrzymałymi krzewami. Nie tyle zdumiewa mnie piżmacza odporność co fakt że róże przeznaczone dla kwiaciarni okazały się całkiem przyzwoitymi różami ogrodowymi. Tfu, tfu, tfu! - żeby nie zapeszyć. Kto wie, może wymyślą wreszcie dobrą "niebieską różę" dla naszego klimatu? I tym optymistycznym akcentem kończę tą różaną opowieść.
niedziela, 3 czerwca 2018
Codziennik - przyziemności
Z powodu upałów siedziałam w domu i coby się oderwać od smutnych myśli zaglądałam do neta. Niestety na portale informacyjne mi się zajrzało i natentychmiast jeszcze mi smutniej zrobiło. Kolejne zabite z jakichś kretyńskich powodów foki, paskudne, obrzydliwe komentarze "postępowych i tolerancyjnych" pod wiadomościami o chorobie nadprezesa, sezon na wyrzucanie zwierząt domowych rozpoczęty, produkcja głupoty w wykonaniu matki niepełnosprawnego której się wydaje że sytuację własnego dziecka polepszy kiedy na świecie będzie więcej dzieci z podobnym schorzeniem. W polityce jak zawsze surrealistycznie tzn. nasz premier udaje towarzysza Gierka tylko mu się wyraźnie plącze czy on późny czy on wczesny, rzund znalazł nową mafię i się cieszy nie chcąc dopuścić do siebie myśli już niemal dla wszystkich oczywistej, że suweren jest coraz bardziej przekonany że prawdziwą mafię tworzą rzundzący. Nasz własny polski Kościół Matka Nasza odleciał w rejony tak dalekie od chrześcijaństwa jak buta odległa jest od miłosierdzia i robi obecnie za byłą PZPR w ostatnim stadium, opozycja wyczekuje aż rzundzący " się sami załatwią" i zamiast myśleć o tym jak wykorzystają z pożytkiem dla nas władzę skupiają się tylko na jej przejęciu.
W "prawdziwej Europie" nadal udają że chodzi o politykę otwartych drzwi dla uchodźców a nie o marzących o lepsiejszym jutrze migrantów z afrykańsko - azjatyckiej bidy. Tamtejsi politycy zapewniają wyborców że status quo sprzed pół wieku nadal będzie istnieć bo wszak zawracanie rzeki kijem to prosta sprawa. No i wszystko będzie dla wszystkich. Taa, damy radę, he, he, he. Macki mi opadajo na myśl o tym ile to niechęci do realnego spojrzenia na świat, ile złej woli, braku empatii, głupoty wokół krąży. Nic mi się nie zmieniło, nadal uważam że prawacy, lewacy, różnica żadna bo większość jednako bezczelnie poszukuje koryta. A tzw. antysystemowcy to wręcz kwiczą ze szczęścia jak się na nie załapią. U nas mamy dwa sosiki w którym politycy się sprzedają - albo narodowy albo europejski, ale pod sosikiem ten sam nieświeży mielony. Coś jednak wisi w polskim powietrzu, chyba się zbliża schyłek tego politycznego duopolu wyrosłego z jednego styropianu, no i bardzo dobrze! Tylko jak tak sobie poczytam nie tylko polityczne wiadomości z kraju to wcale mi się optymistycznie na przyszłość nie patrzy. Politycy są tacy jakie jest społeczeństwo a po tej prasówce widać że zatracamy umiejętność tworzenia więzi i że ta niecudna cecha narodowa jaką jest zawiść ma się świetnie, no do doopy jest. Trochę się pocieszam tym że bad news is good news i że przegląd prasowy to tylko takie szybkie spojrzenie na naszą kondycję a nie dokładne obejrzenie z podszewką włącznie. Oby tak było i gdzieś tam w nas jeszcze dobre się czaiło, takie niewidoczne od razu ale jednak uparcie istniejące.
W domu powolutku dochodzimy do siebie. Felicjan który tyle Lalkowi dokuczał teraz wyraźnie za nim tęskni , dziewczynki szczęśliwie zajęły się czyhaniem w okolicach poidełka ( musiałam je ustawić tak żeby ptaki miały dostęp a koty co najwyżej mogły się od dołu pogapić ), Małgoś - Sąsiadka mocno rozstanie z naszym Najsłodszym przeżywa co jest niepokojące bo wiek u niej nieodpowiedni na silne przeżycia. Mnie w rozpraszaniu smutków pomogła wizyta Doro, mojej przyjacióły wyemigrowanej do tzw. Reichu. No i przyziemności które muszę odfajkować. W przyszłym tygodniu nie ma zmiłuj trza kupić tę pieprzoną pralkę bo ileż mogę wykorzystywać Ciotkę Elkę. W związku z tym planowanym zakupem zapamiętale studiuję pralkologię bo sprzętu AGD lepiej w ciemno nie kupować. No i na dzień dobry mnie ta pralkologia uświadomiła że automaty do prania to są teraz ekologiczne bo baaardzo energooszczędne i do enegrooszczędnej ekologiczności głównie służą.
Po solidniejszym wgryzieniu się w temat doszło do mnie że dlatego są tak energooszczędne bo funkcja prania w dziewięćdziesięciu lub dziewięćdziesięciu i pięciu stopniach Celsjusza w większości proponowanych modeli nie istnieje. No tak, pięknie ale po cholerę mi automat służący do prania wybiórczego. Jako konserwatywny stary rupieć jestem przyzwyczajona do prania niektórych rzeczy w temperaturze znacznie przekraczającej sześćdziesiąt stopni. Eko pralka wcale nie jest eko tylko upieprzająca piorącą bo energię na grzanie wody do odpowiedniej temperatury i tak bym musiała zużyć a co gorsza poświęcić na pranie więcej czasu ( no tak, ja jestem z tego pokolenia które było przekonane że automat ma oszczędzać czas a nie zapewniać o tym że jesteśmy przyjaźni dla środowiska ). Producenci AGD robią się naprawdę bezczelni, nie dość że sprzęt z klejonymi łożyskami, z cudnie przewidzianą śmieciorodną żywotnością na ledwie parę lat, z ograniczoną liczbą funkcji to jeszcze nazywany energooszczędnym i proekologicznym! Taa, gówno nazwane stolcem, coby się człowiek nie zorientował z czym ma do czynienia
Dosyć tego narzekania, na świecie na szczęście żyją nie tylko tzw. ciężkie przypadki, politycy czy producenci sprzętu AGD. tak, mimo wszystko wierzę że "normalsi" istnieją tylko są mniej głośni, mniej szumogenni, mniej medialni i po prostu mniej bo są więcej. I dzięki za to! Dzisiejszy wpis to sprawozdanie fotkowe z okolic, znaczy nasze pięknie zapuszczone miejskie tyrawniki. Fajnie że w tym roku zieleń miejska nie wydoliła i tylko pobocza tuż przy jezdniach udało jej się wygolić. Tyrawniki dzięki temu brzęczą owadzimi głosami, pachną i ciągną oczy kolorami. Pewnie przed lipcem skoszą ale co się udało zielonemu normalnie pożyć to się udało.
W "prawdziwej Europie" nadal udają że chodzi o politykę otwartych drzwi dla uchodźców a nie o marzących o lepsiejszym jutrze migrantów z afrykańsko - azjatyckiej bidy. Tamtejsi politycy zapewniają wyborców że status quo sprzed pół wieku nadal będzie istnieć bo wszak zawracanie rzeki kijem to prosta sprawa. No i wszystko będzie dla wszystkich. Taa, damy radę, he, he, he. Macki mi opadajo na myśl o tym ile to niechęci do realnego spojrzenia na świat, ile złej woli, braku empatii, głupoty wokół krąży. Nic mi się nie zmieniło, nadal uważam że prawacy, lewacy, różnica żadna bo większość jednako bezczelnie poszukuje koryta. A tzw. antysystemowcy to wręcz kwiczą ze szczęścia jak się na nie załapią. U nas mamy dwa sosiki w którym politycy się sprzedają - albo narodowy albo europejski, ale pod sosikiem ten sam nieświeży mielony. Coś jednak wisi w polskim powietrzu, chyba się zbliża schyłek tego politycznego duopolu wyrosłego z jednego styropianu, no i bardzo dobrze! Tylko jak tak sobie poczytam nie tylko polityczne wiadomości z kraju to wcale mi się optymistycznie na przyszłość nie patrzy. Politycy są tacy jakie jest społeczeństwo a po tej prasówce widać że zatracamy umiejętność tworzenia więzi i że ta niecudna cecha narodowa jaką jest zawiść ma się świetnie, no do doopy jest. Trochę się pocieszam tym że bad news is good news i że przegląd prasowy to tylko takie szybkie spojrzenie na naszą kondycję a nie dokładne obejrzenie z podszewką włącznie. Oby tak było i gdzieś tam w nas jeszcze dobre się czaiło, takie niewidoczne od razu ale jednak uparcie istniejące.
W domu powolutku dochodzimy do siebie. Felicjan który tyle Lalkowi dokuczał teraz wyraźnie za nim tęskni , dziewczynki szczęśliwie zajęły się czyhaniem w okolicach poidełka ( musiałam je ustawić tak żeby ptaki miały dostęp a koty co najwyżej mogły się od dołu pogapić ), Małgoś - Sąsiadka mocno rozstanie z naszym Najsłodszym przeżywa co jest niepokojące bo wiek u niej nieodpowiedni na silne przeżycia. Mnie w rozpraszaniu smutków pomogła wizyta Doro, mojej przyjacióły wyemigrowanej do tzw. Reichu. No i przyziemności które muszę odfajkować. W przyszłym tygodniu nie ma zmiłuj trza kupić tę pieprzoną pralkę bo ileż mogę wykorzystywać Ciotkę Elkę. W związku z tym planowanym zakupem zapamiętale studiuję pralkologię bo sprzętu AGD lepiej w ciemno nie kupować. No i na dzień dobry mnie ta pralkologia uświadomiła że automaty do prania to są teraz ekologiczne bo baaardzo energooszczędne i do enegrooszczędnej ekologiczności głównie służą.
Po solidniejszym wgryzieniu się w temat doszło do mnie że dlatego są tak energooszczędne bo funkcja prania w dziewięćdziesięciu lub dziewięćdziesięciu i pięciu stopniach Celsjusza w większości proponowanych modeli nie istnieje. No tak, pięknie ale po cholerę mi automat służący do prania wybiórczego. Jako konserwatywny stary rupieć jestem przyzwyczajona do prania niektórych rzeczy w temperaturze znacznie przekraczającej sześćdziesiąt stopni. Eko pralka wcale nie jest eko tylko upieprzająca piorącą bo energię na grzanie wody do odpowiedniej temperatury i tak bym musiała zużyć a co gorsza poświęcić na pranie więcej czasu ( no tak, ja jestem z tego pokolenia które było przekonane że automat ma oszczędzać czas a nie zapewniać o tym że jesteśmy przyjaźni dla środowiska ). Producenci AGD robią się naprawdę bezczelni, nie dość że sprzęt z klejonymi łożyskami, z cudnie przewidzianą śmieciorodną żywotnością na ledwie parę lat, z ograniczoną liczbą funkcji to jeszcze nazywany energooszczędnym i proekologicznym! Taa, gówno nazwane stolcem, coby się człowiek nie zorientował z czym ma do czynienia
Dosyć tego narzekania, na świecie na szczęście żyją nie tylko tzw. ciężkie przypadki, politycy czy producenci sprzętu AGD. tak, mimo wszystko wierzę że "normalsi" istnieją tylko są mniej głośni, mniej szumogenni, mniej medialni i po prostu mniej bo są więcej. I dzięki za to! Dzisiejszy wpis to sprawozdanie fotkowe z okolic, znaczy nasze pięknie zapuszczone miejskie tyrawniki. Fajnie że w tym roku zieleń miejska nie wydoliła i tylko pobocza tuż przy jezdniach udało jej się wygolić. Tyrawniki dzięki temu brzęczą owadzimi głosami, pachną i ciągną oczy kolorami. Pewnie przed lipcem skoszą ale co się udało zielonemu normalnie pożyć to się udało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



