wtorek, 12 czerwca 2018

Z nieba żar na Suchej Żwirowej kwiatów czar

Gdyby nie paskudna, dziwna zima ( dlaczego nasze zimy muszą być takie wredne? ) to na Suchej - Żwirowej powinien zaczynać się lawendowy  festiwal. Niestety jest jak jest, jak to swego czasu śpiewały niejakie siostry Panas ( pewnie  mało kto to ten przebój pamięta  bo ja ledwie pamiętam ). No niestety, z lawendowych pól nici, co nie  oznacza  że totalnie lawendy wymiotło. Są, wiele  fajnych odmian przetrwało, głównie te sadzone dwa lata temu i wcześniej.  Zeszłoroczne sadzonki lawendowe, mimo tego że kupione i wsadzone na początku  ogrodowego sezonu okazały się zbyt słabe.  Hym... w naszym  klimacie lepiej  jak sadzona lawenda nie jest zbyt młoda i podpędzona w szklarni. I nie ma tu specjalnie znaczenia  czy to lawenda czy lawandyna, młodziutkie rośliny nawet jak spędzą cały sezon w gruncie zimą mają kłopoty.  Nie ma zmiłuj, trza sadzić starsze egzemplarze albo wymodlić zimę ze śnieżną okrywą, niezbyt niskimi temperaturami i trwającą tyle ile zima trwać powinna.  A potem jeszcze najlepiej domodlić  brak wiosennych przymrozków! Kiedy za główną atrakcję rabaty zaczął robić chabrowo kwitnący przetacznik siwy Veronica incana zatęskniło mi się za siwymi listkami zdechłych lawend i podjudzana przez Mamelona bezmyślnie  rzuciłam się w  wir netowych zakupów.  Taa... a tak się zaklinałam, tak ćwierkałam że może jednak cóś  inszego posadzę a wystarczyła pierwsza zakwitająca lawenda i kolorek przetacznikowych kwiatów i siwizna listków żebym znów miała pomysły na nasadzenia z lawendą.  No nie moja winna  że w upalne dni mnie się w głowie śródziemnomorskie marzonka lęgną.




Teraz zastanawiam się co  otrzymam i  jakie akcje z okrywaniem roślin czekają mnie zimą. Radosne sadzenie latem a potem zimowy stres. A  Wielki  Pogodowy tak jakoś głupio pogodą ostatnio zarządza  że wiosny  i  lata mamy jak w  jakiej Prowansji za to zimy  z mroźnymi pozdrowieniami z Syberii.  Tylko w zeszłym roku było w miarę mokro ale za to wiosną długo zimno.  No i co tu sadzić żeby taką huśtawkę auralną przechytrzyć? Niby wiem - rośliny prerii i stepów, one znoszą bardzo  mroźne zimy i bardzo gorące lata.  Niektóre to nawet niewielką ilość opadów znoszą. No to są jeżówki i preriowe trawy, przetacznikowce i krwawniki, krwawnice, sedumki  i żeleźniaki. W zasadzie to baaardzo książkowo i prawilno.




Tylko że one wszystkie schowają  się przed mroźną zimą pod ziemię, jak na przyzwoite rośliny  prerii i stepów przystało. Znaczy mumie niby zostają ale nie wszystkie  są trwałe i ozdobne. A ja mam  takie mało racjonalne oczekiwanie że zimową porą nie będę oglądała rozmoczonych i rozwalonych traw tylko pooglądam sobie zimową kompozycję z roślin zachowujących jakiś  kształt i tworzących przyjemną dla oka strukturę nasadzeń.  No i co? Szałwia lekarska,  lawenda, solidnie rozrośnięta perowskia robią za tło  dla mumii  sedumków czy jeżówek, szczerze pisząc  cóś nie wyobrażam sobie  mojego  podwórka  bez  krzewinek czy tam inszych półkrzewów. Uprawa półkrzewów to w naszym klimacie tzw. stresor, zimą wiecznie uprawiam pogodę, zupełnie jak ogrodnik  o którym pisał  Hašek.




Na szczęście lawendową posuchę pięknie wynagrodził kwitnący rozchodnik biały Sedum album. To skromna roślinka, bardzo przeze mnie lubiana za zadarnianie gleby na Suchej - Żwirowej. Dużo słońca,  w miarę przepuszczalne podłoże i jazda! Jest parę odmian tego rozchodnika o różnych barwach liści - 'Coral Carpet' uprawiana w pełnym słońcu cieszy oko  jak mało który  niski rozchodnik, 'Murale' wpada bardziej w zielono - miedziane tony, 'Laconicum' rośnie bardzo bujnie, jej liście mają sporo czerwieni, za to  'Micranthum  Chloroticum' jest niziutka, drobniutka, mało ekspansywna i  szaro - zielona.  Można wybierać kolorek na   dywan, he, he.


niedziela, 10 czerwca 2018

'Bloomfield Abundance' - róża zagadkowa

Chyba najbardziej tajemnicza róża w moim ogrodzie, taki  różany sfinks. Obecnie zaliczana do grupy Floribunda, zarejestrowana w roku  1920 w Stanach  Zjednoczonych Ameryki przez niejakiego Captain Georgea C. Thomasa ( nie wiem dlaczego ten kapitański stopień taki ważny, prawie jak tytuł szlachecki w Zjednoczonym  Królestwie ).  Na rynek wprowadziła tę odmianę firma Bobbink &Atkins i w tym samym  1920 roku pod tą samą nazwą która nadał jej  hodowca.  'Bloomfield Abundance' zaliczana była do różnych różanych grup - China / Bengale, Floribunda, Hybrid Tea, Polyantha. Tak sobie pachnąca, nie zapach jest jej mocną stroną a jak to ładnie ujął David Austin- najładniejsze miniaturowe kwiaty w typie klasycznego mieszańca  herbatniego.  Te kwiatowe cuda liczą sobie od 41 do 56 płatków, pojawiają się rzutami przez prawie cały sezon. Osiągają średnicę około 5 cm. Krzewy tej odmiany dorastają w optymalnych warunkach do ponad dwóch metrów wysokości, u nas na takie rozmiary raczej nie ma co liczyć ( będzie dobrze jak dojdzie do 120 cm wysokości ) bo to ciepłolubna róża ( jeżeli mieszkacie w zimniejszej strefie niż 6b to z uprawą tej  róży  będą problemy ). Odmiana powstała ze skrzyżowania róż 'Sylvia' (Paul 1911) x 'Dorothy Page Roberts'. 'Sylvia' to stosunkowo niewysoka hybryda wichuraiana, 'Dorothy Page Roberts' to mieszaniec  herbatni.  Po mamusi 'Bloomfield Abundance' odziedziczyła pokrój, wiotkie pędy i wielkość kwiatów, po tatusiu mieszańcu herbatnim kolor kwiatów, ich zapach i przede wszystkim ciągłość kwitnienia. Liście pięknie zielone, niestety nieodporne na mączniaka.

Teraz będzie o zagadce. W 1941 roku w Stanach Zjednoczonych, w szkółce Howard Rose Co. odkryto róże bardzo podobną do odmiany 'Cécile Brunner'.  Nazwano ją 'Spray Cécile Brunner' i w tymże 1941 roku wprowadzono ją do handlu.  Przez wiele lat panowało solidne różane zamieszanie, uważano bowiem że odmiana 'Bloomfield Abundance' jest tożsama z  odmianą 'Spray Cécile Brunner'. W handlu używano obu nazw jako synonimów. Dopiero analiza DNA przeprowadzona przez Florida Southern College potwierdziła że ​​'Spray Cécile Brunner' jest praktycznie identyczny zarówno z 'Cécile Brunner', jak i z 'Cl.Cécile Brunner', co sugeruje, że 'Spray Cécile Brunner'  jest sportem róży 'Cécile Brunner'.  Z 'Bloomfield Abundance' ten sport ma wbrew pozorom bardzo mało wspólnego. Jak dla mnie te pomyłki to zdziwna sprawa bo kwiaty  "Cecylki" na tzw. zwykły ogląd różnią się od kwiatów 'Bloomfield Abundance'. Hym... może to nie tyle była tajemnica różana co tajemnica handlowa?

'A Shropshire Lad' - o słodyczy pełnej nostalgii

Śmietana i truskawka, jak w Eton Mess, do tego  mocno brzoskwiniowe tony przy odpowiedniej pogodzie, słodki do bólu zapach,  taki z owocowymi nutami, wigor i zdrowie. Skąd  więc  ta nazwa kojarząca się z nostalgią i przemijaniem wyzierającym  z wierszy Alfreda Housmana? Przeca to musi być  coś więcej niż tylko data introdukcji róży w setną rocznicę wydania zbioru  poezji  "A Shropshire  Lad".  Trochę to by było za proste, przecież  Austin mógł  w roku 1997 wypuścić na rynek całkiem inną różę, co roku parę nowych odmian  jego szkółka wprowadza na rynek.  Dlaczego właśnie ta, tak pełna życia, kwitnąca "słodkim" kwiatem  odmiana została uhonorowana nazwą tego konkretnego tomiku wierszy? Na pewno  to coś więcej niż tylko klasyczna rozetowa budowa kwiatów tak miła sercu miłośników różanej nostalgii, tych dawnych dobrych czasów kiedy róże pachniały własnym zapachem  w  ogrodach i oranżeriach a nie były przemysłowo uprawiane i skrapiane olejkami ( podejrzanymi  mieszankami z geraniolem w roli głównej ) w celu nadania im  odpowiedniego zapachu. Nikt w owych czasach nie naświetlał nasion w celu  uzyskania niespotykanych mutacji, nie grzebał urządzeniami High Tech w kodzie genetycznym, nie uprawiał krzewów w ilości paru milionów sztuk jednej pokupnej odmiany. Tęsknota za minionym a pięknym?

A może to apoteoza  przetrwania, wszak wiersze  Housmana nie zachwycały wielu wybitnych krytyków poezji w XX wieku, trzeba było czasu który pozwolił ocenić je nie tylko jako tzw. wykwit epoki. No a w tej róży jest wszystko co najlepsze mogła nam dać epoka róż wiktoriańskich, cały ten spadek zamknięty w jednej nowoczesnej odmianie. A może to po prostu tęsknota za młodością, śmietankowo - różową, pachnąca nam obłędnie w pamięci jak nic realnego  nie jest w stanie pachnieć? Tajemnicą tajemnic jest dlaczego akurat  potomek odmiany 'Leander' był dla Davida Austina godnym  tej a nie innej nazwy. Teraz  o samej  różycy - krzew dorasta optymalnie  do 185 cm ale to raczej nie w naszym klimacie, szerokość osiągana to tak na maksa 150 cm ale częściej krzew jest znacznie węższy. Kwiat pełny ,  potrafi mieć około  dziewięćdziesięciu płatków,  o średnicy ośmiu centymetrów. Odmiana jest dość wytrzymała na mrozy, w moich miejskich warunkach jej  nie kopczykuję ani nie okrywam na zimę. Przyuważyłam ze bardziej  brzoskwiniowe tony  kwiaty przybierają  podczas jesiennego kwitnienia. Tegoroczne czerwcowe fotki nie oddają pełni urody tej róży, jest po prostu za ciepło a to nie robi dobrze różom na coolorek. No takie czasy mamy że róże fotkować tak aby uchwycić ich tożsamość jest ciężko!

sobota, 9 czerwca 2018

Codziennik - coby nam się nie nudziło!

 Życie mnie ostatnio  nie pieści - Felicjan ma uczulenie i bardzo tęskni  za Wiadomo Kim, Sztaflik jest chora bo latała nie wiadomo gdzie, żarła nie wiadomo co i w ogóle jest mocno podejrzana bo wątróbka powiększona ( cóś nie wychodzimy od dohtora ), Małgoś - Sąsiadka wybrała się na nielegalu do sklepu, zaliczyła glebę bo potknęła się o wystającą płytę chodnikową, po czym powiadomiła mnie  głośno na SORze że właściwie  to powinnam się już przyzwyczaić bo to tak  było, jest i chyba będzie  że  rok bez zrobionego po urazie CTR  właściwie się dla niej nie liczy.  W ogóle to powinnam  być szczęśliwa bo ona sobie badania poza kolejnością "załatwia", krew, rentgeny i  w ogóle wszystko. Tak że nie trzeba po żadne skierowania chodzić. Szczwana dziewięćdziesięciolatka! Taa, zmieniony  Felicjan jest odczulany, Sztaflik jest kłuta i dietowana,  Małgoś ma trzy  szwy i niewyjściową twarz  ( "Wyglądam jak  kosmita a przecież upadłam z tego, no, no  z tego  poziomu własnego.  No patrz a jak spadłam z tych wysokich  schodów w Porcie to wyglądałam zupełnie tak samo, to pewnie przez starość.  Zobacz na tym wypisie czy mi się mózg nie zregenerował bo kiedyś napisali  że zanikał.  Pamiętasz kiedy,  to jak się rozwaliłam na przyjęciu. Nie, to chyba  było wcześniej jak wyrżnęłam głową w futrynę, wtedy jak miałam podbite tylko jedno oko" ). Staram się nie zamordować kotów i Małgosi ale zaczyna się we mnie gotować i jeszcze trochę a wykipi! Pralka nadal niekupiona, Ciotka Elka męczeńsko pierze ( znaczy zabiera mi odłożone rzeczy do prania "Bo ty  jesteś teraz zajęta" ).

Mamelon mnie wspiera choć sama nie ma łatwo,  Krysia  gaśnie i to tak jak nikt z nas nie chciałby być gaśniętym. Odstresowujemy się niby w ogrodzie ale obie mamy swoje garby i garbiki, które czasem przygniatają nas do ziemi. Jak robi się bardzo ciężko udajemy się  po ogrodowe zakupy, albo i te nieogrodowe - czasem lepiej degustować czereśnie na straganie niż myśleć co to  się jeszcze może przydarzyć. Celebrujemy też wyczynowo życie kuchenne, planujemy domowe obiady, wybieramy kapustki  i sałaty, pitulimy radośnie o tym co na temat różnych  form terapii żarciowych  powiedziała  Dorota. Tak poza tym  to gaworzymy  o firankach w motylki dla  Lucyny, o tym że Gosi i  Piotrkowi trzeba kupić nową różę, o słodkich ręczniczkach do łazienki i wytrawnych espadrylach na lato -  o wszystkim co pozwoli zapomnieć nam o naszych kłopotach w ciężkim realu. A ciężki real co i raz nas dojeżdża! My się za to  twardo nie poddajemy tzw. pociskom zawistnego losu. W związku ze związkiem mam dwa nowe  wiciokrzewy, uroczego  goździka a Mamelon ma całkiem nowe róże. I teraz  trzeba to wszystko posadzić i podlewać oraz chronić przed upałem. Całkiem sporo nowych kłopotów które przykryją prawdziwe zmartwienia. No i bardzo dobrze!


Żebym się nie nudziła to Alcatraz  tak się przejął swoją nową rolą ogrodu  grądowego że  zaprosił sarnę.  Myślałam  że mam omamy wzrokowe ale  ślady kopytek, pasiejstwa oraz zalegania  uprawdopodobniły omamy.  Dodatkowo Maciek upewnił się  że nie zwariowałam, znaczy widział tyłek dzikunka ( mam wrażenie że obaj z Attilą, naszym kamienicznym  Półbiczem Niebożym, podejrzewali że widziałam smoka - no takie mieli miny gdy im  oświadczyłam że trza nam dzwonić po kawalerię bo jeże - nietoperze  to dla Alcatrazu za mało i sarniaczek nam się zalągł ). Nalałam wody do dodatkowych mich i porozstawiałam po ogrodzie, wyraziłam w myślach chciejstwo żeby dzika  żywina oszczędziła hosty a skoncentrowała się na podagryczniku ( bodziszki  łąkowe oraz ich mieszańce i owszem smacznawe, znaczy dzikunek nie pogardził ), wybaczyłam ciężko  rannego Wolfganga, zamknęłam Alcatraz na cztery spusty i czekam na odsiecz kawalerii.  Koty co do jednego siedzą w ogrodzie i śledzą! To się wzięło i gdzieś  w Alcatrazie zaszyło a my staramy się nie straszyć ( zero koszenia, sąsiedzkie kosiarki też milczą, Pan Dzidzio weekenduje  bez przeboju  "Ramona" ). Oczywiście jesteśmy atrakcją dla dzieci które przyszły z wizytą do sąsiedzkich dzieci ( "Proszę Paniom mogę zobaczyć jelonka?" - taa, powinnam zacząć  na tym zarabiać - "Możesz zobaczyć z daleka to miejsce gdzie jelonek się ukrywa,  jak dasz dwa złote" ).
 "A poza tym nic na działkach się nie dzieje!" - że zacytuje mistrza  Jeremiego. A mnie się marzy jak na łobabrazku poniżej... spokój i damskość stosowana.

piątek, 8 czerwca 2018

Kwitnące Podwórko


Odkąd postanowiliśmy z Alcatrazem  że on zostanie ogrodem  grądowym sporo roślin kwitnących późną wiosną i wczesnym latem przeniosłam na Podwórko. Tam są zdecydowanie bardziej na miejscu. Sucha - Żwirowa, okolice Różanki, rabata Podjarząbkowa, Lilakowy  Zagajnik różne podwórkowe kąty, różne glebowe stanowiska z mniejszym  lub większym oświetleniem - znaczy można sadzić całkiem sporo kwitnących roślin.  No to sadzę, jak zwykle ekstremalnie zapełniając roślinami wszelki  "gołygrunt". Po mojemu "gołygrunt" jest bardzo do mnie niepaszący i absolutnie niepolecany dla czystości kocich futer ( nie ma to jak dobrze tarzanko na "gołogruncie" a potem szybki bieg do domku na wyro albo choć krzesło ).

W tym roku pierwsze kwitnienia roślin przeniesionych do Różanki ( właściwie Różanka nie jest już  Różanką tylko rabatą bylinową z krzewami  różanymi ), szałwije, czyśćce, goździczki i tam insze macierzanki. Wszystko w zeszłym roku przeniesione się porozrastało i większość roślin  zakwitła. Cały czas mimo niesprzyjającej aury  utykam jeszcze  zieloności na każdym kawałku "gołogruntu". Zawsze to lepiej kiedy pod oknem kwitną mi bodziszki a nie glistnik ( tak, jestem bodziszkomaniakiem ). Moja niby Różanka nie wygląda  jeszcze tak jak powinna wyglądać ale powoli zyskuje na urodzie.  Teraz zastanawiam się gdzie by tu jeszcze wcisnąć urodne przymiotno żeby zrobiło się prawdziwie  rabatowo, tak w brytolskim stajlu.


Zrobiwszy  troszki zakupów uzupełniających, w tym roku pożegnałam  się z jedną z gipsówek ( przesadzałam z rozsadzaniem a ona biedaczka  po tym przesadzeniu i podziale  nie zdzierżyła tegorocznej dziwnej zimy ) i wreszcie dokupiłam kolejnego mikołajka nadmorskiego.  Niestety będę musiała dokupić także  mikołajki  alpejskie, luty przerzedził mikołajkowo rabaty! Choruje też morinia, w sumie nie wiem dlaczego bo pogoda niby  dla niej wymarzona.  Hym... jak nie znajduję widocznej  przyczyny to zazwyczaj podejrzewam ukryte i zdradzieckie działania mrówek. W ośmiu  przypadkach na  dziesięć mam rację, mrówki to bezczelne małpy, zawsze chcą zakładać domki przy najbardziej rarytetnych roślinach!

Po zacynamonowaniu i wrotyczowaniu mrówkowych squatów czeka mnie przesadzanie floksów wiechowatych na "lepsze" ( znaczy takie nie z piochami tylko  z nieco lepszą, silniejszą glebą ) miejsca Suchej  - Żwirowej. Operacja długo odwlekana, no nie składało się, teraz niespecjalnie łatwa do przeprowadzenia ( znaczy z całym ziemskiem oblepionym wokół bryły korzeniowej będę te floksy przenosić ). Weekend ponoć znów ma być upalny ale tym razem się zawzięłam i nie ma że nie ma ! Chyba mi przyjdzie bladym świtkiem te przesadzania urządzać. Hym... taa, "jak dobrze wstać skoro świt". Osobiście to jutrzenki blask mnie się  średnio podobie, preferuję wstawanie  o tzw. ludzkich porach ( w weekend to bladym świtkiem koło południa, he, he, he  ) ale mus to mus.

wtorek, 5 czerwca 2018

Różane opowieści

Bajka o tysiącu i jednej róży, szybko  opowiadana bo upał wypala kwiaty. Wielka szkoda  że kwitnienie trwa w tym roku tak krótko, rano widzę rozwijający się z pąka kwiat, wieczorem zastaję kapeć z opadającymi płatkami. Praży, żarzy i w ogóle wypala a róże i owszem lubieją ciepełko ale nie znoszą upału. Na zapachowe odkrycia też nie ma co liczyć, gorące powietrze to nie jest to samo co powietrze  ciepłe, zapachy się nie rozchodzą  tylko zanikają.  Jedynie rano coś tam pachnie ale wielkich ochów i achów  z tego powodu nie ma. Te poranne wonie unoszące się nad różanką są mało intensywne. Suche powietrze,  oto dlaczego nie ma czego niuchać. Ponieważ  Wielki  Pogodowy postanowił być złośliwy i pada we wszystkich dzielnicach  miasta Odzi poza moją, na wąchanie kwiatów róż chyba  będę musiała się wybrać do znajomków.


Najszybciej wykwitają róże posadzone na Suchej - Żwirowej. Tam  mają swoje stanowiska głównie róże historyczne, kwitnące troszkę wcześniej od róż  nowoczesnych. Zazwyczaj  to te jeden raz w sezonie kwitnące, dłuuugo trzymają kwiaty bo  nasza ódzka majowo - czerwcowa pogoda im sprzyja ( na ogół jest średnio ciepło i popaduje )   ale w tym roku tak  nie jest.  Zakwitły bardzo, zaprawdę bardzo  wcześnie i słońce tak  im dało że właściwie  już po kwiatach.  W tym roku  wiosenne letnie temperatury i brak opadów nie sprzyjały moim dzikunom i historyczkom. Może  lepiej poradzą sobie angielki, zapowiadają wszak lekkie  ochłodzenie. Hym... ciągle jeszcze  jestem pełna nadziei  że przynajmniej część róż pokaże się z tej najlepszej strony. Oczywiście mimo tzw. niesprzyjających okoliczności nadal sobie snuję różane marzenia - a to 'Old Port' a to jakaś szkocka piękność, a to urocza austinka, taa - Podwórko się rozciąga w tych moich marzeniach  jakby z gumy  było. No i pogoda  na nim zawsze odpowiednia, he, he, he.




Błyskawiczne wykwitanie  róż historycznych i nie najlepszą  jak do tej pory długość kwitnienia angielek rekompensują mi całkiem niezłe kwiaty tzw. chińskich róż.  Tak nazywa się dość skomplikowane mieszańce ze znaczną ilością genów róż pochodzących z Chin.  Na ogół są to  odmiany niespecjalnie dobrze rosnące w  naszym  klimacie, nie służą im nasze  zimy a wiosenne przymrozki to dla nich  hardcorowe przeżycie. Posadziłam te moje chińczyki   w najbardziej zacisznej części różanki w nadziei  że jakoś tam wytrzymają i jak do tej pory radzą sobie  całkiem nieźle.  Jedyne co  spędza sen  z powiek to ich niezbyt  wysoki  wzrost.  Marzą mi się takie  krzakory jak widziałam w ogrodzie  Beth Chatto. Cóś mi się zdaje  że w pogoni za takim angielskim wyglądem krzewów przyjdzie mi bardziej solidnie chocholić  te róże na zimę. Może dzięki wyczynowemu opatulaniu róż doczekam się właściwego rozmiaru  krzewów z mnóstwem drobnych, ślicznych różyczek na wiotkich bezkolcowych pędach.



Szczęśliwie nie będę musiała chocholić niczego więcej, mój nowy  piżmak ( no dobra, średnio nowy - przyjechał dwa lata temu, jest na fotce powyżej ) i mój zeszłoroczny zakup,  róże zwane florystycznymi ( te z  fotki poniżej ) okazały się całkiem wytrzymałymi krzewami.  Nie tyle zdumiewa mnie  piżmacza odporność co fakt że róże przeznaczone dla kwiaciarni okazały się całkiem przyzwoitymi  różami ogrodowymi. Tfu, tfu, tfu!  - żeby nie zapeszyć. Kto wie, może wymyślą wreszcie dobrą "niebieską różę" dla naszego klimatu?  I tym optymistycznym akcentem kończę tą różaną opowieść.


niedziela, 3 czerwca 2018

Codziennik - przyziemności

Z powodu upałów siedziałam w domu i coby się oderwać  od smutnych myśli zaglądałam do neta. Niestety na portale informacyjne mi się zajrzało i natentychmiast jeszcze mi smutniej zrobiło. Kolejne zabite z jakichś  kretyńskich powodów  foki, paskudne, obrzydliwe komentarze "postępowych i tolerancyjnych" pod wiadomościami o chorobie nadprezesa, sezon na wyrzucanie zwierząt  domowych rozpoczęty, produkcja głupoty w wykonaniu matki niepełnosprawnego  której się wydaje że sytuację własnego dziecka polepszy kiedy na  świecie będzie więcej dzieci z podobnym schorzeniem. W polityce jak zawsze surrealistycznie tzn. nasz premier udaje towarzysza Gierka tylko mu się wyraźnie plącze czy on późny czy on wczesny, rzund znalazł nową mafię i się cieszy nie chcąc dopuścić do siebie  myśli już niemal dla wszystkich oczywistej, że suweren jest coraz bardziej przekonany że  prawdziwą mafię tworzą rzundzący.  Nasz własny  polski Kościół Matka Nasza odleciał w rejony tak dalekie  od chrześcijaństwa jak buta  odległa jest od miłosierdzia i robi obecnie za byłą PZPR w ostatnim stadium, opozycja wyczekuje aż rzundzący " się sami załatwią" i  zamiast myśleć  o tym jak wykorzystają z pożytkiem dla nas władzę skupiają się tylko na jej przejęciu.

W "prawdziwej Europie" nadal udają  że chodzi o politykę otwartych  drzwi dla uchodźców a nie o marzących o lepsiejszym  jutrze migrantów z afrykańsko - azjatyckiej  bidy. Tamtejsi politycy zapewniają wyborców że status quo sprzed pół wieku nadal będzie istnieć bo wszak zawracanie rzeki kijem to prosta sprawa. No i wszystko będzie dla wszystkich. Taa, damy radę, he, he, he. Macki mi opadajo  na myśl o tym ile to niechęci do realnego spojrzenia na świat, ile złej woli, braku empatii, głupoty wokół krąży. Nic mi się  nie zmieniło, nadal uważam że prawacy, lewacy, różnica  żadna bo większość jednako bezczelnie poszukuje koryta. A tzw. antysystemowcy to wręcz kwiczą ze szczęścia  jak się na nie załapią.  U nas mamy dwa sosiki w którym politycy się sprzedają - albo narodowy albo europejski, ale pod sosikiem ten sam nieświeży mielony. Coś jednak wisi w polskim powietrzu, chyba się zbliża schyłek tego politycznego duopolu wyrosłego z jednego styropianu, no i bardzo dobrze! Tylko jak tak sobie poczytam nie tylko polityczne wiadomości z kraju to wcale mi się optymistycznie na przyszłość nie patrzy. Politycy są tacy jakie jest  społeczeństwo a po tej prasówce widać że zatracamy  umiejętność tworzenia więzi i że ta niecudna cecha narodowa jaką jest zawiść ma się świetnie, no do doopy jest. Trochę się pocieszam tym że bad news is good news i że przegląd prasowy to tylko takie szybkie spojrzenie na naszą kondycję a nie  dokładne obejrzenie z podszewką włącznie. Oby tak było i gdzieś tam w nas jeszcze dobre się czaiło, takie niewidoczne od razu ale jednak uparcie istniejące.




 W domu powolutku dochodzimy do siebie. Felicjan który tyle Lalkowi dokuczał teraz wyraźnie za nim tęskni , dziewczynki szczęśliwie zajęły się czyhaniem w okolicach poidełka ( musiałam je  ustawić tak żeby  ptaki miały dostęp a koty co najwyżej mogły się od  dołu pogapić ), Małgoś - Sąsiadka mocno rozstanie z naszym Najsłodszym przeżywa co jest niepokojące bo wiek u niej nieodpowiedni na silne  przeżycia.  Mnie  w rozpraszaniu smutków pomogła  wizyta Doro, mojej przyjacióły wyemigrowanej do tzw.  Reichu. No i  przyziemności które muszę odfajkować. W przyszłym tygodniu nie ma zmiłuj trza  kupić tę pieprzoną pralkę bo ileż mogę  wykorzystywać Ciotkę  Elkę. W związku z tym planowanym zakupem zapamiętale studiuję pralkologię bo sprzętu AGD lepiej w ciemno nie kupować. No i na dzień dobry mnie ta pralkologia uświadomiła że automaty do prania to są teraz ekologiczne bo  baaardzo energooszczędne i do enegrooszczędnej ekologiczności głównie służą.

Po solidniejszym wgryzieniu się w temat doszło do mnie że dlatego  są tak energooszczędne  bo funkcja prania w dziewięćdziesięciu lub  dziewięćdziesięciu i pięciu stopniach Celsjusza w większości proponowanych modeli nie  istnieje.  No tak, pięknie ale po cholerę mi automat służący do prania wybiórczego.  Jako konserwatywny stary rupieć jestem przyzwyczajona do prania niektórych rzeczy w temperaturze znacznie przekraczającej sześćdziesiąt stopni. Eko pralka wcale nie jest eko tylko upieprzająca piorącą bo energię na grzanie wody do odpowiedniej temperatury i tak  bym musiała zużyć a co gorsza poświęcić  na pranie więcej czasu ( no tak, ja jestem z tego pokolenia które było przekonane że automat ma oszczędzać czas a nie zapewniać o tym że jesteśmy przyjaźni dla środowiska ).  Producenci AGD robią się naprawdę bezczelni, nie dość że sprzęt z klejonymi łożyskami, z cudnie przewidzianą śmieciorodną żywotnością na ledwie parę lat, z ograniczoną liczbą funkcji to jeszcze nazywany energooszczędnym i proekologicznym! Taa, gówno nazwane stolcem, coby  się człowiek  nie zorientował z czym  ma do czynienia




Dosyć tego narzekania,  na świecie na szczęście żyją nie tylko tzw. ciężkie przypadki, politycy czy  producenci sprzętu AGD.  tak, mimo wszystko  wierzę że "normalsi" istnieją tylko są mniej  głośni, mniej  szumogenni, mniej  medialni i po prostu mniej bo są  więcej. I dzięki za to! Dzisiejszy  wpis  to sprawozdanie fotkowe z okolic, znaczy nasze pięknie zapuszczone miejskie tyrawniki. Fajnie że w tym roku zieleń miejska nie wydoliła i  tylko pobocza tuż przy jezdniach udało jej się wygolić. Tyrawniki dzięki temu  brzęczą owadzimi głosami, pachną i ciągną oczy kolorami.  Pewnie przed lipcem skoszą ale co się udało  zielonemu normalnie pożyć to się udało.