sobota, 8 czerwca 2019

Upalnie, czerwcowo, truskawkowo!


No i mamy afrykańskie upały! Niektórzy wyraźnie  cieszą się aurą  i nie chcą wracać do domu.  Nawet na  noc  nie chcą! Inni się też  cieszą ale relaksują się  w chłodku, niestety uznali że stoły i umywalki to miejsca najodpowiedniejsze na relaks.  Wyrzuty mła ich nie obchodzą, zalegają twardo mimo tego że stół i umywalka to sprzęty "pierwszej potrzeby" dla mła.  Nie mam siły wykłócać się z kotami o to że zalegają gdzie  nie trzeba, że   żyją na dziko i na podwórku udają że mła nie znają, że niemal całostadnie zachowują się w stosunku do mła paskudnie. Niemal całostadnie bo Szpagetka jest trochę grzeczniejsza od reszty  towarzystwa, znaczy w domu przebywa głównie w  wyrze.  Oczywiście dogrzebana do pościeli  bo narzuta parzy szlachetny  koci  tyłek. Jedyne  na co się antykotowego w tym tygodniu zdobyłam to na wetknięcie koło nowo posadzonych kłączy  irysków mnóstwa małych patyczków, tak żeby nie można było wykopków  uskuteczniać. Byłam z Mamelonem na rynku i przywiozłam  łupy - tym razem trafiłam  na nieużywane drewniane foremki  do pierników i  foremki do ciasteczek  zwanych springerle. To taki klasyczny wypiek na święta Bożego Narodzenia pochodzący z południowych  Niemiec, a konkretnie to ze Szwabii. Foremeczki drewniane  potraktowawszy mocnym roztworem sody i solidnie wypłukawszy, szczęśliwie w upały drewienko  szybko  schnie. Mamelon wróciła  do domu z kolejnym słoikiem z wytłaczanym napisem ( chyba w języku francowatym ). Stwierdziłyśmy obie że mamy solidne fiksum dyrdum na puncie grzebania w śmieciach.  Właściwie to minęłyśmy się z powołaniem, powinnyśmy wybrać szlachetny zawód śmieciarza.  Taa... chcesz nie pracować to rób to  co naprawdę lubisz, he, he, he.



Przeżywamy truskawkowy szał, mła kupuje takie plantacyjne a nie straganowe.  Może dlatego udało nam się z  Małgoś  - Sąsiadką ( mam wspólniczkę w truskawkowym obżarstwie ) uniknąć tego co trafiło się  Naczelnej  Kurze  i Ciotce Elce - truskawek które wcale nie smakowały truskawkami ( ale wygląd miały że ho, ho, przynajmniej te  kupione przez Ciotkę Elkę bo truskawek Naczelnej  nie oglądałam ). Jemy owocki namiętnie, obecnie jesteśmy na etapie wykonywania deserków ( znaczy pierwszy głód  truskawkowy został zaspokojony, to jest etap  "wydziwiania", kiedy sama truskawka już tak nie kręci i trzeba ją oblodzić, ośmietanować, ogalarecić ). Trochę martwię się czy taka  ilość surowizny nie zaszkodzi  Małgoś  Sąsiadce, nawet lekko zasugerowałam spożywanie  owocków ugotowanych.  Małgoś Jednak  stoi twardo na stanowisku że jak się ma dziewięćdziesiąt lat to trzeba jeść surowe "prawdziwe" ( znaczy  nie ze szklarni ) truskawki jak tylko trafi się okazja bo kto wie kiedy i czy w ogóle się jeszcze powtórzy. No tak,  to jest argument z którym  nie śmiem polemizować. Orgia truskawkowa zatem się dzieje! Na wszelki wypadek schowałam  wagę łazienkową, wicie rozumicie - wskaźnik mógłby mnie położyć trupem po tym  nieżałowaniu sobie. Taa... panna cotta ( z lekka nieudana  bo z foremek  nie chciała wyleźć ), garaletka z bitą śmietaną w stylu wiktoriańskim, lody śmietankowe z truskawkami. Zdaje się że Małgoś - Sąsiadka znów "popsuła" swój  glukometr. Znaczy chwilo trwaj! Potem będzie wodzianka i szesnastogodzinny dzień pracy w ogrodzie ( i nie będzie to praca konceptualna ). A Małgoś będzie pracowicie liczyć cukry i zgodnie z sumieniem i indeksem glikemicznym jeść kiszoną kapustę.





Ogród pachnie czerwcowo jaśminowcami i goździkami. Zaczynają solidnie kwitnąć róże.  Niestety mija mój  ulubiony czas w ogrodzie, czas kwitnienia irysów. Sezon widocznie chyli się ku końcowi, ech... jeszcze nie było sobótkowej nocy  a ja  mam lekko jesienne odczucia.  Zawsze tak jest kiedy wykwitają ostatnie kwiaty irysów bródkowych. Jenak lato przed nami, jeszcze przede mną  sporo irysowych radości ( uwielbiam sadzenie kłączy ).   Na razie jednak mniej  przyjemne sprawy - będę musiała zrobić lekki roztwór sody wspomagany  gnojówką z wrotycza i porozmawiam sobie z mszycami. Z dużym trudem znoszę je na różanych krzewach ( no, biedronki też muszą z czegoś żyć )  ale sosen nie dam bezczelnie podżerać. Właśnie na sosenkach pojawił się szkodnik, co prawda to nie on załatwił widoczną na fotce poniżej kosówkę ale to niczego nie zmienia - wyrok na podstępnych podżeraczy został  wydany, ponieważ cóś za masowo u mła wystąpiły.  Nie chcę jechać  ostrą chemią, spróbujemy najpierw domowych trucizn ( wiem, jednak trucizn ale walczę o przeżycie moich małych sosenek ). Normalnie trucicielstwo jak w jednym serialu zagramanicznym co w nim smoki latali. He, he, he ja też mam smoka a właściwie smoczycę - Sztafilk starannie upozowana na kamorze może śmiało robić za smoczą królową. Człowiek się zastanawia - nóżęta to czy skrzydła kotemu wyrośli? Koty bardzo  kochają kamlota,  wieczorną porą odbywają się prawdziwe gry o tron, wszystkie dziewczyny chcą pogrzać tyłki na  nagrzanym  granicie. Dziewczyny, bo Felicjan wieczorkiem zdecydowanie preferuje nasłoneczniony po południu  parapet zewnętrzny.




piątek, 7 czerwca 2019

'Matters Of The Heart' - irys TB który jest "pozytywnym skutkiem łakomstwa"

'Matters Of The Heart' to odmiana która Barry Blyth zarejestrował w roku 2011. W australijskim sezonie 2012/2013 trafiła do handlu za pośrednictwem szkółki Tempo  Two. Dorasta do 97 cm wysokości, kwitnie w środku sezonu irysów TB.  Odmiana powstałą w wyniku krzyżowania 'Kissable You' X 'Are We In Love'. Tyle metryczki. 'Matters Of The Heart' to kolejna odmiana  produkująca kwiaty podobne  do tatusinych ( kwiaty mamusine są zdecydowanie bardziej wyraziste, kontrastowo  wybarwione ).  Jako dziadek i babcia od strony tatusia pojawia się odmiana 'Decadence', od strony mamusi też ta odmiana robi za dziadka. Potomkowie 'Decadence' którzy zasłużyli na bycie odmianą prawie zawsze są irysami wartymi uwagi, ten nagrodzony Wister Medal w 2010 roku irys jest przodkiem naprawdę niesamowitych bródek. Których byśmy zresztą w żaden sposób nie łączyli z praszczurem, kudy tam słodziakowi jakim jest 'Matters Of The Heart'  do wyrazistego jak  cholera antenata. Tak szczerze pisząc nie do końca byłam zdecydowana  na zakup  kolejnej słodzizny, gdyby nie te kreseczki urocze, niemal wspomnienie luminaty na dolnym płatku to nie wiem czy  'Matters Of The Heart'  zagościłby na mojej  rabacie.  Jednak  łakomstwo u mła straszliwe i mła się skusiła.  Po tegorocznym kwitnieniu śmiem twierdzić że łakomstwo wcale nie jest takie be jak je malują, to jeden z ładniejszych  irysów kwitnących  przy mojej różance.



 

czwartek, 6 czerwca 2019

'Leaps And Bounds' - irys TB "na pocieszenie"

'Leaps And Bounds'  został zarejestrowany przez O. Davida Niswongera w roku 2001. W tym samym roku został wprowadzony do handlu przez szkółkę Cape Iris. Odmina jest wynikiem  krzyżówki  'Betty Dunn' X 'Imprimis'. Dorasta do 76 cm wysokości ( u mnie jest troszeczkę wyższa bo rośnie na półcienistym stanowisku ). Kwitnie w połowie sezonu  irysów  TB.Kolorystykę ma zdecydowanie po tatusiu, u mnie rośnie niespecjalnie posadzony tzn.  przy takich "słodziakach" w odcieniach różu  i brzoskwini.  Przesadzę go w pobliże tatusia, będzie tam jakby  bardziej na swoim  miejscu ( w części ścierkowej rabaty irysowej ).  Przybył do mojego ogrodu jako rekompensata za biedną 'Magharee', piękną odmianę Blytha z 1986 roku, która u mnie złośliwie nie chce rosnąć ( na żadnym stanowisku, po prostu nie  i już ). To jest taki  irys pocieszycielski, na otarcie łez. Razem z  'Imprimis' i  'Sherbet Bomb' będzie tworzył ładną grupę. Jak te  irysy będą się dobrze rozrastały czyli będą grzeczne to może  dokupię im 'Adoree' do towarzystwa. W nagrodę.  Na razie mam  miejsce pod  kolejnego słodziaka, bo przeca nie zostawię stanowiska po  'Leaps And Bounds' niezairysowanego. Może rozsadzę któregoś  ze  "słodziaków" i zrobię większą grupę. Nie lubię ja specjalnie  irysowych  singli czyli jednego kłącza jednej  odmiany, wolę porządne kępy. Duże i silne!

środa, 5 czerwca 2019

Mła a "ujarzmiona energia atomu"

Obejrzelim ostatni odcinek nowego  hiciora HBO ( z przyjemnością ) i tak się teraz zastanawiam co będzie tematem wykłócań rodzinnych a może nawet ogólnospołecznych. Po mojemu to problem skali skażenia i co się  z tym wiąże bezpieczeństwa energetyki  jądrowej. Racjonaliści a nawet racjonalizatorzy w rodzinie mła podzielają pogląd prezentowany przez profesora Jaworowskiego, człowieka  zorientowanego w temacie. Znaczy było groźnie ale nie aż tak bardzo jak myśleliśmy że jest i że będzie.  I w tym miejscu jest wstawka  familijnych racjonalnych  o promieniowaniu tła czyli tym występującym naturalnie, dobroczynnych skutkach małych dawek promieniowania, dzikiej naturze odrodzonej  w zonie, dowodach naukowych itd. Mła nie jest aż taką optymistką jak jej  familia, której się wydaje  że zdemaskowanie kłamstwa spowoduje że  przestanie się kłamać. Dżizu, gdyby to było takie proste to świat chyba  działałby lepiej. Jakoś jej  się przypominają takie głupawe historie z DDT co  to miało być dobre na wszystko i jeszcze parę innych rzeczy, które tak "racjonalnie" były cacy.  Przez jakiś czas.  Mła jest strasznie niezawierzająca, nie żeby  płaska ziemia  i jaszczury ale wyznaje zasadę ograniczonego zaufania. Właśnie po katastrofie czarnobylskiej  u niej takie  przekonanie wcześniej obecne,  solidnie  okrzepło. Mła nie jest aż tak ciężko  głupia coby wierzyć  w wysyp deformacji u dzieci i wyrastanie skrzydeł u wilków  mieszkających w  zonie.  Jednakże mła wie  że informacje na temat stanu zdrowia obywateli danego państwa organizacje międzynarodowe otrzymują poprzez służbę zdrowia w nim działającą. I tyle. Ciekawe jak te organizacje weryfikują pozyskane informacje. Może tak jak MAEA weryfikowała info o bum w  Czarnobylu?  Jak się dokładnie  człowiek zapozna z procesem pozyskiwania informacji  przez tę organizację o rzeczywistym poziomie skażenia na terenie  ZSRR w 1986 to przechodzi chęć zawierzania jak ręką odjął. Towarzysze radzieccy kręcili międzynarodowym szacownym gronem  jak karuzelą ( nawiasem pisząc  - zastanawiam się nad poziomem naiwności, nie można być aż tak głupim, to raczej było robienie dobrej miny do złej  gry - no bo co by taka MAEA mogła  jednemu z XX wiecznych supermocarstw narzucić? ). Dziś świat nauki bagatelizuje długofalowe skutki niezbyt wysokich dawek promieniowania jonizującego na organizm, skupiając się głównie na zachorowalności na nowotwory. Przytaczają te dane dotyczące ludności  narażonej  na skażenie a ja się ciągle zastanawiam jak po rozpadzie  Sowietów, migracjach, paru wojnach prowadzonych przez Rosję z sąsiadami można uważać je za wiarygodne.  Pewnie bym się ucieszyła z danych o długofalowych skutkach promieniowania jonizującego pochodzących z Japonii gdyby nie to że o jego niewielkiej szkodliwości zaczęliśmy tak naprawdę dowiadywać się dopiero po katastrofie w Fukuszimie.  Być może jest tak że ludzie zajmujący się tym problemem i twierdzący że w sumie  promieniowanie  nie było aż tak szkodliwe mają rację, ale za wiele już było wtop ze strony  tzw. świata  nauki żeby bezkrytycznie mu zawierzać. Cała  historia czarnobylska to jest taka wtopa. Oczywiście można sobie  po sprawie dywagować  po co  Ukrainie  zona wykluczenia  skoro można w niej  mieszkać ( witaj pomocy dla ofiar ), można się domyślać czy  za  tzw. racjonalnym podejściem do tematu   Rosji  nie kryje się przypadkiem  chęć uniknięcia niechcianego spadku po ZSRR ( wszak długi się dziedziczy ) ale nie zmienia to faktu że była to katastrofa której rzeczywisty przebieg od początku fałszowano dla celów politycznych. O tym co tak naprawdę działo się trzydzieści trzy lata temu i z czym  mieliśmy i nadal mamy do czynienia wiemy tyle na ile odtajniono archiwa, na ile badania prowadzone są rzetelnie, na ile jak i komu  opłaca się ujawnić jakieś konkrety.  I tak, dotyczy to również teraźniejszych badań w zonie i na terenach które były najbardziej skażone. Polityka. Ciekawe co się dziś komu opłaca? A co do racjonalizmu naukowców będącego w kontrze do  histerii zwykłych  ludzi. Taa... racjonalnie  i optymistycznie założono że reaktor nie zrobi  bum a jednak zrobił. Bo miał wadę konstrukcyjną o której  niby wiedziano z tym że nie do końca bo nie opłacało się wiedzieć. Zrozumienie istoty natury materiałów promieniotwórczych jakoś nie zmieniło natury ludzkiej. Problem znaczy nie w uranie a w ludziach. W związku z tym mam pewne zastrzeżenia do  bardzo racjonalnego, naukowego  podejścia do kwestii wykorzystania  energii jądrowej  i zdecydowanie preferuje wpadanie w histerię. Jest takie  stare przysłowie o dmuchaniu na zimne, ja jestem z tych którzy wolą dmuchać. Zachowanie cząstek w reaktorze można przewidzieć, zachowania ludzi  - he, he, he. Popieram medyczne wykorzystanie pierwiastków i promieni bo  jakoś to da się ogarnąć i kontrolować, natomiast większe zabawki to po mojemu są do zabrania. Jak coś się raz zdarzyło to może zdarzyć się ponownie znaczy jak nic człowieka historia nie nauczyła to  będzie ją przerabiał bez końca. Aż za przeproszeniem piendrolnie tak że nie będzie komu zbierać danych o skutkach kolejnej awarii reaktora, która okazała się wyrąbaniem  go w powietrze.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Pomieszanie z poplątaniem - coroczna porcja narzekań

Nie wiem czy pamiętacie jak odmiany 'American Maid' ( ta ze zdjątka obok ) i  'Burnt Toffee' wywołały  u mnie silne ogrodnicze zaniepokojenie?  To teraz ten niepokój eskalował! Do mojego własnego bałaganiarstwa doszły pomyłki zakupowe. Zdarza się w najporządniejszych szkółkach. Gorzej  jak człowiek który z racji  wieku powinien być  doświadczony, takich pomyłek  nie wychwytuje tylko "z zawierzenia"  tworzy opisy (  nie wszystkie  irysy zarejestrowane  w AIS mają zrobione dobre  foty a opisy są  na tyle dokładne na ile hybrydyzer uzna  że muszą ).  I tak przez jakis czas  odmianie  Suttona 'Bugleboy Blues' udało się uchodzić za odmianę Seidla 'Modry Trn' na tym blogim.  Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to że odmiana  Suttona rosła sobie u mnie na inszym stanowisku prawilno oznaczona i złośliwie nie kwitła.  Dopiero na podstawie starych fot kwiatów  tej  prawilno oznaczonej  kępy doszłam do tego że zakupiony parę lat  temu czeski irys jest tak naprawdę hamerykański.

Na tym nie koniec. Od ładnych paru lat kupuję odmianę  Mego 'Zlatovlaska', taa... kupuję ale niekoniecznie sadzę. Zakupione "zlatovlaski" okazują się  ślicznymi i  rarytetnymi odmianami ale cóś nie bardzo w "zlatovlaskowym" typie, że tak eufemistycznie rzecz  ujmę. Jakoś nie mam szczęścia do tego  irysa a przeca taki  motyli 'Karibik' czy pięknie ścierkowy 'Bratislavian' u mnie porastają. A 'Zlatovlaska' cóś przyjechać nie chce, za to zamiast jej złotawo - lawendowych kwiatów pojawiają się  urodne słodkie pastelowe kwiaty inszych odmian.  W zasadzie  nie powinnam mieć aż takiego nerwu, w końcu irys jest irys ale wkurza mnie gdy na mojej ścierkowej części rabatki wyłazi taki słodziaczek. No, złe się we mła budzi i zaczyna kąsać. A złość jak  wiadomo  piękności szkodzi  i dlatego wyglądam rano w "zwierciadełku co to mówi kto jest najpiękniejszy w świecie" nie jak  Marilyn M. w szczytowej  formie, tylko jak  Pan Zbyszek z hydraulicznego po szczególnie  ciężko obchodzonej rodzinnej pierwszokomunii. Do doopy!



Irysowych rozterek nie osładza też  Felicjan.  Stare numery w nowej odsłonie. Narzekałam w zeszłym roku a to zaledwie  uwertura była, przedsmaczek mojego absmaku. Wiem że  teraz to nie pora na przesadzanie irysów ale to nie oznacza że trzeba mła koniecznie w tym przeszkadzać! Kłączy irysów jak wiadomo nie sadzi  się zbyt  głęboko, znaczy świeżo posadzoną roślinę jest stosunkowo  łatwo wykopać.  Kocia gadzina  łazi za mną i wykopuje wszystko co tylko zdążyłam posadzić.  Dosłownie wszystko, znaczy  co do sztuki! Na bezczela - ledwie posadzę on już wykopuje. Wszystko co do tej  pory było prezentowane przez koty w dziedzinie złośliwego wykopalnictwa blednie  przy tegorocznej działalności jednego tylko Felicjana! Małgoś - Sąsiadka twierdzi że dobrze że jedynie wykopuje a nie  podsikuje albo i gorzej bo widać po nim że same wykopki  go nie zadowalają. Poniszczyłby  jeszcze. W każdym razie jestem na Felicjana mocno wkurzona z czego on sobie oczywiście  nic  nie robi. Jeszcze jakieś miaukliwe pretensje  zgłasza że niby  się  nim nienależycie zajmuje ( znaczy nie poświęcam tej świni 100% mojego czasu ) i że głoduje ( te prawie siedem  kilo to z powodu tego głodowania osiągnął ).

Musiałam znów na irysowych liściach markerem  wypisać nazwy  odmian, bo te kocie  wykopki dopiero by mła misz masz na rabacie zrobiły!  Szukaj sobie charakterystycznych cech  kłącza ( taa... ja z kfiotami mam problem, identyfikacji kłączy nie wyobrażam sobie w ogóle ) albo czekaj  do kwitnienia  żeby przekonać się że odmiany zostały we właściwym porządku naniesione  na mapkę nasadzeniową. No a ja głupia sobie  myślałam  że po przeprowadzce srok do sąsiadów to  problem z prawilnym oznaczaniem odmian może  nie tyle się skończy, co znacząco zmniejszy. A tu proszę - przestępcza działalność  Felicjana trwa w najlepsze, wręcz się rozwija  jak ten pierwiosnek  na wiosnę a ja nadal  bazgrzę na mieczowatych liściorach. Felicjan, kuźwa, sroka naczelna!  Ja rozumiem, wykopać jedno świeżo posadzone kłącze, zdarza się,  ale wszystkie?! Oczywiście tylko  patrzeć jak  chórek towarzyszący weźmie przykład z solisty, już były jakieś niecne próby w wykonaniu Sztaflika.  Na szczęście teraz zrobiło się gorąco, więc jest  szansa że kocie wieprze przedłożą zaleganie w słonecznych promieniach  na goździkowych  kępach i co rarytetniejszych  bodziach zamiast pochłaniających energię wykopków. Taa... nadzieja jeszcze jest! Ale one ostatnio prowadzą nocny tryb  życia, co to będzie jak zaczną wykopywać  kłącza nocą?



P.S. Usiłowałam zająć  Felicjana wędką z myszką ( już nie liczę którą z kolei  ), zakupiłam zabawkę specjalnie  dla kota wiecznej  troski. Głupio  bo mogłam sama skonstruować ale czasu mi zabrakło i forsą na zabawki uśpiłam wyrzuty sumienia że  kociszcze takie  zaniedbane. No i co? Wędka zgryziona, znaczy ten kyjek, sznureczek się wala, myszka uprowadzona, wywnętrzona i schowana za pralką - pieniędze poszły a Felicjan znów się nudzi. Czyżby czas na migające światełka? Bo jak nie to pobawi się w ogrodnika? Ech...

niedziela, 2 czerwca 2019

Sucha - Żwirowa nadal bez żwiru!





No i mamy czerwiec! Cóś  ciepło się nam zapowiada, oby tylko nie było straszliwie upalnie i straszliwie sucho.  Jak na razie pogoda z tych dających się przeżyć więc potupałam "w piel".  Padło na  Suchą - Żwirową bo zawsze mnie ciągnie coby  pielić koło roślin które akurat kwitną.  Wyrywając nieustannie wschodzące gwiazdnice i  nawłocie myślałam o tym planowanym żwyrku, "któren pokryć miał" i zastanawiałam się czy ze żwyrkowiska lepiej by mi się chwaścidła wyciągało.  Cóś mła mówi że byłoby dokładnie tak samo jak teraz, jak chwaścidła chcą to się po prostu sią i żwyrek im  w niczym nie przeszkadza.  Żwyrek po mojemu obsadzony pewnie by się  bardzo niewielu osobom kojarzył z czymś co się nazywa ogrodem żwirowym bo po pierwsze primo - "mój" żwyrek nie byłby jasny ( nie wiem dlaczego utarło się że jasny  być musi ), po drugie secundo - żwyrek byłby  w zasadzie widoczny jakieś  pół roku i to pod warunkiem  że zima  będzie bezśnieżna.

No bo, no bo! Znaczy kiedy w maju zaczyna  się porządna wegetacja to rabatę wypełniają rośliny a żwyrek może robić co najwyżej za rodzaj podłoża a nie za ozdóbstwo ( czyli prawilno bo to że on u nas powszechnie robi za ozdóbstwo to jest nieporozumienie ogrodowe ). Poza tym nie jestem tak do końca pewna czy charakter całej rabaty pasi do żwyrkowego klimatu. Owszem rosną na niej  rośliny typu irys bródkowy sztuk "zastraszająca ilość", szałwie lekarskie, lawendy, rozchodniki, trawska  preriowe i rozplenice ale są też róże, bodziszki mieszańcowe ( takie z udziałem  łąkowego ), jeżówki i przetacznikowce.  No nie jest to taki zestaw który kojarzy się z rabatami żwirowymi. Szczególnie te róże  historyczne  to są jakby z inszej bajki.  Niby robią za tło ale co tu dużo gadać - zdecydowanego charakteru żwyrowego to tej mojej rabacie nie nadają! Ona właściwie nie powinna się nazywać Sucha - Żwirowa tylko Pólsucha - Półżwirowa.





Wczoraj troszki usiłowałam ogarnąć  sytuację na rabacie, ususzyć i użwirowić - znaczy posadziłam irysy bródkowe, he, he, he. Oczywiście  nie w czasie kiedy się je sadzić powinno. Dosadziłam  brudnawo mglistą odmianę 'Opposing Forces' Keitha  Keppela z 2002 roku w okolice  gdzie rośnie  'Haunted Heart' tego samego hybrydyzera i 'Tango Amigo' Barrego Blytha.  Pierwotny  plan był taki  żeby posadzić  'Opposing Forces'  koło inszej odwróconej amoeny  Keppela, odmiany 'Fogbound' i  blisko iryska Johnsona 'Brussels',  ale mła się bała  że  przy czystych  odcieniach  tych irysowych kwiatów  'Opposing Forces' wyda się zbyt szmatława. Myślę  że lepiej będzie się prezentowała  wśród innych "złamasów" ( to nie moje określenie irysów o nietypowych odcieniach, licentia  poetica by Ciotka  Elka ).  Było  też  przesadzanie  - przyszło mła ratować irysa 'Jealous Guy' który zapadł był na mokrą zgniliznę kłącza ( zgniłe wycięte, chlor był w użyciu, posadzony na najbardziej suchym miejscu - piaseczku w okolicy brzóz ).  To delikatna odmiana, bardziej wilgotna zima ( mniej  śniegu, więcej deszczu ) i bum! - jest problem.

Jeszcze troszkę, już za chwileczkę zaczną kwitnąć insze róże  niż majowe dzikuny.  Pączki róż mchowych w pełnym pogotowiu, uwielbiam ten typ róż. Kwitną co prawda raz ale za to jak kwitną! No i te pąki urodne i pachnące ( tak żywicznie ).  Jeśli chodzi o "prawdziwe kwitnienie" to na razie cieszę się  głównie mocno rozwiniętymi kwiatami mojej podwórkowej rugosy ( gęstokolczaste róże w tym roku kwitły bardzo króciutko,  nawet nie zdążyłam im zrobić  fotek w ogólnym zalataniu ). Trochę trwało zanim się u mnie zaaklimatyzowała ale jak już się zaogrodziła to tak na całego. Widzę że  mocno się rozrasta, kto wie czy za jakiś czas nie zmieni się w prawdziwego kolczastego potwora! To będzie bardzo  urodny potwór, taki z czerwonymi owockami i  piękną barwą jesiennych liści.  Hym... właściwie to czuję pewien rugosowy  niedosyt, może bym coś jeszcze z tej grupy róż dosadziła. W końcu  akurat róże rugosy jak najbardziej  paszą do sucho - żwirowych klimatów.





sobota, 1 czerwca 2019

' I’m All Shook Up' - irys TB "roztrzęsiony"

"I'm in love
I'm all shook up
Mm mm oh, oh, yeah, yeah!"

Zdanie z refrenu starej  piosenki Elvisa zostało nazwą rzeczywiście wibrującej  kolorami odmiany autorstwa Paula Blacka.  'I'm All Shook Up' została zarejestrowana w roku 2013.  W tym samym roku wprowadzono ją do  handlu, rzecz jasna przez szkółkę  Mid - America. ' I’m All Shook Up' zaliczana jest do odmian zaczynających kwitnienie  w środku sezonu irysów  TB i kończących swoje kwitnienie wraz  z końcem sezonu tej kategorii irysów. Jak dla mnie to fajna bo niezbyt wysoka ( osiąga tylko76 cm wysokości ) i tym samym mająca mniej problemów z utrzymaniem  pionu. Ma przy tym dostateczną liczbę pąków kwiatowych ( produkuje przeważnie 9 - 10 pąków ). Historia powstania tej odmiany zaczyna się od skrzyżowania  irysów 'Meritage; i  'Faraon's Spirit', które zapoczątkowało powstanie trzech odrębnych  pasm koloru na płatkach kopuły. W 'I All Shook Up' oprócz tej dziedzicznej cechy dochodzi jeszcze  kolorystyczna orgia na płatkach dolnych.  Czegóż tu nie ma - niebieskości, żółcienie, fioletowe hafty! A jednocześnie nie jest to straszny papagaj. No i jak twierdzi Paul Black - tej odmiany nie da pomylić się z inną. ' I’m All Shook Up'  jest wynikiem  następującego krzyżowania: Siewka R113A: ( Bold Encounter x Foreign Legion ) X ( Meritage x Pharaoh’s Spirit ) Siewka # O11J: ( 'Bold Encounter' x 'Foreign Legion' ) X siewka # M23A: ( 'Meritage' x 'Pharaoh’s Spirit' ). Rodowód jak widać mocno skomplikowany. Odmiana otrzymała Honorable Mention w 2015 roku. Jak dla mnie to ten  irys jest zdecydowanie "Mm mm oh, oh, yeah, yeah!".