poniedziałek, 7 listopada 2022

Rozmówki okołożyciowe z kotowskimi

 

Mła przeprowadza rozmówki z kotami, jak najbardziej życiowe. Rozmówki są konieczne bo nasza Okularia przeżywa zawód miłosny z tych ciężkich, Kituchna powędrował pod okno takiej jednej lafiryndy, która  raz uciekła z domu i pojawiła się w fabryce i mu zawróciła w głowie. No i to tam u niej, od czasu  sprowadzenia  nazad małpy do chałupy, Kituchna drze sznupę siedząc albo na chodniku albo, o zgrozo, na parapecie. Podobno nawet jest dokarmiany i wystąpiła chęć przysposobienia "tego biednego kotka". Lafirynda jest tricolorką, dość szczupłą. Okularia wie, bowiem udała się nielegalnie za Kituchną na tę ulicę gdzie Kituchna wysiaduje i widziała tamtą. Muam udała się za Okularią, stąd wie o  chęci przysposobienia Kituchny.  Jest gryplan że muam też Okularię przemocą w domu zamknie i Kituchna zobaczy  kogo stracił i karnie przywędruje pod  nasze okno, żeby tym razem u nas drzeć sznupę.  Hym... mła jest za, choć wolałaby  żeby zasiadywanie  przez Okularię w domu się obyło  bez przemocy. Insza rzecz że mła nie wie jak chłopaki, w tym Sztaflik,  zareagowałyby na pojawienie się Kituchny pod oknem. W ogrodzie to i owszem pełna tolerancja ale  na Podwórko dopuszczani są tylko Epuzer i Pusio. Cóś  nie jestem pewna czy aby zespół samiczo - samczy nie pogoniłby Kituchny, mła chciałaby żeby ze względu na Okularię wyjątek  jakby co zrobiły. Szpagetka i mła pocieszamy   Okularię jak umiemy po odkryciu zdrady Kituchny, a to przytulaski, a to wątróbka dodatkowa. Okularia po tych dodatkowych porcjach żarełka jakby bardziej puchata i Marilyniasta.

Sercowe problemy Okularii nie są tymi  jedynymi, kotostwo daje mła popalić aż niemiło. Mruti postanowił zająć się tresurą synów Małgosi  ( synowych nie musiał tresować - od razu wiedziały kto tu zarzundza ) i niestety odnosi sukcesy. Mła wczoraj znalazła Mrutiego we wnętrzu Małgosinego kredensu, wygłosiłam pogadankę skierowaną zarówno do Mrutiego  jak i do synków. Są miejsca które dla kotów są zakazane i nie ma że nie ma! Synkowie Małgosi nie pyskowali, natomiast Mrutek to dał popis - pyszczył głośno i dobitnie. Było nawet o tym że on jest czarnym panterem, melaninowanym jaguarem i  black pumonem ( mła zapodała mu krótko że  nie jest rasistką i wszystko jej jedno czy pierze tyłek pasiasty, ryży, biały czy czarny ). Mrutek zapodał na to mła że on do kredensu wróci jak tylko mła nie będzie w pobliżu a obecnie to mła olewa i idzie fikać do ogrodu razem ze Sztaflikiem, która bardzo szuka komu by tu dowalić. Mła zastanowiło że nie widziała podążającego w tym samym kierunku Pasiaka i czym prędzej  poszła sprawdzić  co się dzieje w chałupie, co okazało się nader słuszną czynnością, bowiem Pasiak właśnie uwalał się na świeżo wypranych firankach. Mła pomna jego strasznych obraz, które mogą zahaczyć o protestacyjny brak łaknienia, zdusiła w sobie wrzask  i po prostu przeniosła Pasiaka na wyro. Wzrok sznupy kociny po tej eksmisji firankowej załączam na fotce poniżej - "Dlaczego to muam zrobiłaś, dlaczego? Tam było świeżo a kocyk jest do dupy! Dwa dni leży.".

Kiedy Pasiak odczekał na  nowym miejscu dla przyzwoitości z kwadrans, po czym polazł do ogrodu, mła postanowiła przebrać pościel - w końcu nikt nie pretendował do zalegania  na wyrze. Tak się mła tylko wydawało, w starej pościeli na absolutnym nielegalu, starannie zawinięta  spała sobie Szpagetka. Jej Trójłapność  była raczej zaskoczona niż oburzona młowymi wytrzepywaniami, w końcu któż by śmiał aktualnie zalegiwaną przez nią pościel przebierać. Mła nauczona doświadczeniem zawinęła Szpagetkę błyskawicznie w kocyk zanim zaskoczenie przemieniło się we wkarw, no i  zostało mła wybaczone. Nawet nie było wracane  do tematu dwóch kuwet. Ostatnio bowiem Szpagetka  zapragnęła mieć dwie kuwety, na to i na to. Jeżeli nie ma dwóch to albo to albo  jest robione poza kuwetą. Insze koty podziwiają, dla nich to jak znać się na zegarku. Mła składa dziękczynienia Najwyższemu Kotowemu że reszta jej stada preferuje glebę pod kasztanowcem i walczy w ten sposób ze szrotówkiem kasztanowiaczkiem  ( znaczy Mrutkowi się tak wydawa ). Szpagetka tyż poleżała w kocyku z kwadrans dla przyzwoitości, po czym wypruła do ogrodu. Mła widziała jak słysząc ryki Mrutkowe w ogrodzie  Szpagetka  zamieniła się w Czarną Szczałę, znaczy przyspieszenie było na pograniczu prędkości kosmicznej. Potem z ogrodu różne kocie wrzaski  dobiegały, mła się wydawało że słyszy charakterystyczny charkotliwy miauk  Kituchny.  Czyżby stado lało niewiernego?

Teraz  troszki o codziennościach mła. Mła była dostała od synowej Małgoś osłonko - doniczkę, do której czym prędzej posadziła cóś słabiej rosnące gatunki gruboszy. Osłonka jest zupełnie w stajlu mła, ciekawe skąd synowa wiedziała?  Czyżby Małgoś knuła? Mła sobie pozwoliła była wydać w sobotę piniądz na chryzantemkę.  Jak się domyślacie piniądz był  taki że mła by się tramwajem porządnie za to nie przejechała. Mła zresztą i tak  chodzi  gdzie może na  własnych nogach, w związku z czym oszczędzi na kupowaniu nowych spodni. Stare, z których  i mła i Mamelon wyrosły, nagle są całkiem dobre. Niestety nie oszczędzi na szewcu, zelówki ściera. Robótki krzyżykowe cóś mła stanęły w miejscu ale mła za to naprawiła starą  serwetkę robiona techniką filet, znaczy pracowicie cerowała lilijkę francuską i to było cerowanie wyczynowe ponieważ Mruti domagał się uwagi. W ogóle kiedy mła  bierze do łapy igłę z nitką to Mrutek czuje się w obowiązku asystować. Mła mało co jest w stanie zrobić kiedy czarny łepek barankuje a czarna łapka jest kładziona  na tamborku. Dlatego mła wyjęła z czeluści szafy w schowku stare ususzone dyńki i granaty, wyciągnęła z pudełka farby akrylowe i robi sobie "wieczny listopad". Zainspirowała mła Mamelon, która zrobiła sobie dyńki z gipsu do odlewów szczękowych ( i z miejsca tak smętnego jak gabinet protetyczny można czerpać jakaś radość  ). Na razie kładę coolory podstawowe, co dalej z tego wyjdzie nie wiem bo koncepcja jeszcze się do końca nie uplingła. Zdaniem Małgoś powinno być ogniście, zdaniem Ciotki Elki złoto, zdaniem mła mocno coolorowo. W Muzyczniku Elżbieta Towarnicka śpiewa tekst Papuszy do muzyki Jana Kantego Pawluśkiewicza. 

P.S. Trzymajcie kciuki z całych sił  za Kocurrkowego Mefju, będzie miał operację!

niedziela, 6 listopada 2022

Rozmówki okołośmiertne

Temat cóś stosowny w ten listopadowy czas. Małgoś i mła prowadzą rozmówki na temat Największej Niewiadomej, nie takie filozoficzne i głębokie jak studnia na posesji Małgosinego dziadka, tylko takie hym... życiowe ( bardziej właściwe wydaje się określenie zwykle śmiertelne ).  Małgoś doświadczona, właśnie się otarła o śmierć więc ma jako zaznajomiona z tematem swoje  przemyślenia, którymi ze mła się dzieli. Otóż zdaniem Małgoś najgorsze w umieraniu jest kończenie się życia. Raz  że świadomość końca egzystencji, jestestwa i wszystkiego znanego człowieczego, dwa strona fizyczna aż do momentu "umierania właściwego" często jest do doopy. Jak to Małgoś zapodała mła - "Nie dość  że stres bo czujesz że to chyba  już, to jeszcze ta kłuta ręka boli jak  diabli". Małgoś jednakże twierdzi że jest taki próg, granica umieranie kiedy "bólność" odpuszcza i to jest umieranie właściwe.  Wg. niej "bólność" psychiczna odpuszcza razem z cierpieniem fizycznym i człowiek przeżywa tą swoją śmierć w spokojności. Małgoś ze  swoich prawie wiekowych doświadczeń życiowych wyciągnęła wniosek że takie zjawisko dotyczy wszystkich zgonów z wyjątkiem tych bardzo gwałtownych. Nawet dawniej ludzie bardzo cierpiący, bez  zapodawanej miłosiernej głębokiej  sedacji,  nie czuli bólu i uspokajali się rozpoczynając umieranie. Po Małgosinemu wychodzi na to że wszystko czego się boimy jest raczej związane z życiem niż ze śmiercią. Hym... to by się zgadzało z tym co  na ten temat ględzą neurolodzy, o czym  mła Małgoś powiadomiła. Na co Małgoś zaćwierkała że do pozyskania takiej wiedzy  to niekoniecznie trzeba  być ciężko uczonym,  bo jej własna  niepiśmienna babcia była świadoma że umieranie to proces,  choć samo słowo proces jej się tylko z sądem kojarzyło,  i "ta chwilka" ma różny czas trwania. Małgoś patrzyła tymi swoimi  prawie niewidzącymi ślepkami na mła, kiwała głową, robiła minę starej sowy i skrzeczała - "Mądrość ludowa". No cóś w tym jest, mądrość ludowa  wszak opiera się na iluś tam latach obserwacji. O wiele dłuższej  niż stricte medyczne badania.


Mła tyż postanowiła być mundra  i zaćwierkała Małgoś o pięciu etapach umierania: zaprzeczeniu, gniewie, negocjacjach, depresji i akceptacji. Małgoś na to że to nie żadne etapy umierania tylko etapy kończącego się życia i to się powinno jakoś inaczej nazywać, np. pięć etapów godzenia się z uciekającym życiem. Oczywiście Małgoś ma rację, pojęcia wprowadzone do psychologii  odejścia przez Elisabeth Kübler-Ross odnoszą się do przygotowania do śmierci a nie do niej samej. Przeca samą śmierć i tak musimy przyjąć do wiadomości  i wziąć na klatę chcąc nie chcąc, bo podobnie jak nasze narodziny nie jest ona od nas zależna. Owszem jak się uprzemy możemy wybrać sobie moment odejścia ale tego że musimy odejść nie możemy zmienić  ( wydawa mię się że świadomość  braku sprawczości jest dla nas źródłem dodatkowej udręki ) . Mła wcale nie jest pewna czy nie bać się tego  co poniektórzy medyczni twierdzą, znaczy że  nie możemy zmienić "na razie". Owszem żywot nam się wydłuża ale w przeważającej liczbie wypadków ten bardzo mocno wydłużony to jest taka egzystencja na poziomie  nie wiadomo  na ile świadomej wegetacji. Mało jest rzeczy smutniejszych  niż sala w ZOLu pełna kończących życie  staruszków, którzy jeszcze nie umierają ale już nie żyją bez wspomagania.
 
Zapewniamy odżywianie, ciepło, wydobywamy z organizmu mocz, niby jest OK ale Małgoś, która widziała taką salę z bliska podczas swojego  pobytu na rehabie po rozwalonym bioderku,  miała do mła prośbę że jakby co to dyskretnie poduszka na twarz albo jeszcze dyskretniejsze zostawienie  na 72 godziny bez żadnej opieki. Strasznie mła tym wtedy zaskoczyła,  kiedy stwierdziła  że taka opieka podtrzymująca życie powinna być stosowana przy młodych osobach w śpiączce ale nie przy staruszkach kole dziewięćdziesiątki, bo to dla staruszków  nic dobrego. Ona nie chce tak skończyć. I mówiła to naprawdę poważnie, żadne tam deklaracje, które przestają obowiązywać kiedy człowiekowi zagląda śmierć w oczy. Zdaniem Małgoś procedury medyczne w przypadku bardzo starych i ewidentnie kończących życie ludzi często służą zarobkowi DPS czy ZOL a niekoniecznie dobru pacjenta.  Cóś w tym jest, bo mła zna  przypadki z takich instytucji podpadające pod terapię uporczywą. Cóż, nasze szpitalnictwo  staruszków wykańcza, DPSy i ZOLe za to tych prawie wykończonych hodują jak długo się da a człowiek kombinuje jakby tu w tryby medycznej maszynki nie wpaść i ze szpitala prosto do DPSu  czy innego ZOLu nie trafić, Choćby z tego powodu że członkowie  rodziny pracują i nie są w stanie zapewnić opieki takiej żeby nie skończyło się to odleżynami czy tam innym zachłystowym zapaleniem płuc.

Małgoś ma swoją ulubioną, domową wizję śmierci - "Przychodzisz do mnie raniutko a ja już sztywna, umarłam kiedy sobie  przyjemnie śniłam o przyjęciu z O.". Oczywiście są pewne zagwozdki ponieważ przy zesztywnieniu pośmiertnym może być problem z otwartą japą, niektórzy bowiem sypiają z otwartą paszczą i chrapią, chrapania zresztą się wypierają jak żaba  błota. Stanowczo odmówiłam opracowania systemu podwiązującego żuchwę śpiącej Małgoś, po moim trupie takie ustrojstwo sobie założy. Złośliwie na noc ściągam ten  bandaż elastyczny, który ma zawieszony nad łóżkiem na drążku do ćwiczeń ( pomocny jest bo Małgoś ma na nim czasem podwieszaną nogę, którą radośnie macha ). Ponieważ nie mam ochoty na wyłamywanie stawów wprowadziłam korektę do słodkich marzeń - Ja przychodzę a Ty tu jeszcze  prawie że ciepła. Szybko sprowadzam koty na ostatnie pożegnanie i zawiadamiam  gołębie. Dalej następuje ulubiona część Małgoś, znaczy po wizycie lekarskiej naszykowanie rzeczy i uzgadnianie szczegółów jej wyglądu z pogrzebnikiem. Oczywiście ukochane  klejnociki mła ma założyć na ostatnie pożegnanie z rodziną a potem dyskretnie zdjąć i rozdać zgodnie z rozpiską. Małgoś cóś nieufna w kwestii drogocenności i słusznie bo tu pogrzebników nie trzeba, Mamelonowa Ciotka Danka wróciła ze szpitala bez  medalika i łańcuszka, nikt nic nie wie czeski film.

Obecna najaktualniejsza kreacja pogrzebowa to popielata szarość i kremowa biel. Małgoś dopuszcza dyskretne położenie delikatnego różu na policzki i "naturalnej" szminki na wargi, poza tym żadnego malowania twarzy. Mła ma za to zlecić pomalowanie  paznokci u rąk na jasny róż, ponieważ biaława siność paznokci zdaniem Małgoś  będzie psuła ogólny efekt stylizacji. Po najbardziej interesującej części Małgoś  tradycyjnie gryplanuje kremację, pochówek i stypę. Z trumną do kremacji za wiele się nie wymyśli  ale za to urna elegancko ciemna, stroik z róż jasnych, nic krzykliwego. Preferowane są kwiaty w odcieniach złota lub kremu, różowość teraz jest dopuszczalna ale to opcja drugiego wyboru. Wieńców nie za dużo, bez ostentacji. Stypa to obecnie obiadek składający się z czerwonego barszczu z domowymi  uszkami i pieczeni w garniturze. Alkohol i owszem ale nie żeby lał się strumieniami. Po obiedzie kawa, herbata, ciasta i jakaś słodkość dla najmłodszych, najlepiej taka żeby  pogrzeb prababci mile im się kojarzył i zapadł w pamięć. Jest bicie się z myślami czy tort  to odpowiedni wypiek na pogrzeb. Taa... Małgoś wyraźnie i na całego delektuje się swoimi sprawami okołośmiertnymi, w zasadzie słusznie bo kiedy niby ma się nimi delektować?


Mła ma wrażenie że przez to planowanie "tego co potem" Małgoś jakimś cudem przeżyje własną śmierć. Pewnie że nie fizycznie ale będziemy grali wg. jej zasad.  No tak, brak sprawczości zdawa się nie będzie spędzał Małgoś  snu wiecznego z powiek. Zdziwnie  z nami jeszcze pobędzie przez to zarzundzanie okołośmiertnością. Jak to zapodała - "Mnie to już  będzie wszystko jedno ale przecież wy jakoś musicie żyć i mnie się wydaje że to co było na stypie teściowej J.  to nie jest dobry sposób na życie. Zupa z ersatzu po  pogrzebie, też coś! To już lepiej tylko jakiś bigos było podać, to pasuje. Jakby na  mojej stypie taki brak szacunku był dla żałobników to ja bym chyba ze wstydu drugi raz umarła".

Dzisiejszy wpis macie zapodany z dzisiejszymi fotkami ogrodowymi. Już jest poważnie listopadowo. W Muzyczniku jesienna piosenka.

piątek, 4 listopada 2022

Gduńsk, Gdańsk, Danzig - część szósta

Mła wraca do zapisków z wypraw, zacznie od gdańskich specyficzności -  od przedproży . Choć tak po prawdzie to  nie była drzewiej tylko gdańska specyficzność, przedproża to w czasie średniowiecza była zwyczajność w miastach niemieckich, zwłaszcza tych położonych w pobliżu Bałtyku. Do Gdańska najprawdopodobniej przyszły wraz z napływem ludności z Lubeki. Na zachodzie Europy zaczęły zanikać  pod koniec średniowiecza a w Gdańsku przeszły transformacje i stały się elementem architektonicznym wyróżniającym miasto.  Na ziemiach polskich  niewiele zachowało się tego typu konstrukcji, można zobaczyć pojedyncze przedproża w Krakowie czy w Toruniu. Kiedyś  były też  w Elblągu ale tam zdawa się nic nie ostało, ponoć też w Olkuszu. Wg. profesora Andrzeja Januszajtisa, znawcy historii Gdańska, oprócz tzw. Starego Portu to przedproża są najbardziej charakterystycznym elementem  wizerunku miasta, czymś unikatowym.  Dobra, to teraz do tego czym właściwie jest przedproże. Przedproże to taki parterowy taras od strony ulicy, wysunięty przed  fasadę i często ogrodzony balustradą. Zazwyczaj o szerokości takiej samej jak fasada ale to nie jest regułą. Geneza tych konstrukcji nie jest do końca jasna, jest parę teorii dotyczących ich powstania, z czego trzy są  tzw. teoriami poważnymi. Najulubieńszą zdawa mła się ta, która przypisuje ich powstanie zagrożeniu powodziami. Miano  budować przedproża po to, żeby wezbrane wody Motławy nie zalewały wnętrza domu przez drzwi wejściowe. Znaczy miało to wyglądać tak - wejście do domu  urządzano wysoko nad poziomem ulicy, w związku z czym pojawiały się schody. Ponieważ schody zajmowały część ulicy przed domem, więc właściciele domów w szczwany sposób wykorzystywali resztę miejsca, budując przy schodach taras, który ułatwiał transport towarów, a po wzniesieniu balustrady mógł zamienić się w salon na wolnym powietrzu.

Za powodziową teorią  w przypadku powstania gdańskich przedproży przemawia choćby to że na schodzącej ku Motławie ulicy Mariackiej, zwiększa  się wysokości przedproży w miarę zbliżania się do rzeki. Hym... jakby oczywista oczywistość, że tak polecę klasykiem. Jednakże i insze teorie powstania   przedprogowych  konstrukcji są ciekawe i przemawiają za nimi niegłupie argumenty, np. teoria zwana piwniczną. Otóż wg. teorii  piwnicznej, ciasnota w piwnicach kopanych na wąskich działkach spowodowała budowanie zejść do nich nie z sieni, tylko z terenu znajdującego się na zewnątrz domów, znaczy prosto z ulicy. Zejścia do piwnic obmurowywano, tworząc tzw. szyję piwniczną i uzyskując tym samym dodatkowe metry. Nad tymi konstrukcjami wznoszono taras, najlepiej taki  zajmujący całą przestrzeń przed domem. Trzecia teoria dotycząca powstania przedproży zwana jest teorią śmieciową , zakłada ona że przedproża pojawiły się z powodu narastania podłoża wokół domów spowodowanego  przez wyrzucane przez mieszkańców odpadków,  na skutek czego trzeba było coraz wyżej przemieszczać wejście i umieszczać przed nim taras ze schodkami. Taa... ależ gdzie i jak tak można imputować, przodki przeca nie były  brudasami. Okazuje się jednak że teoria śmieciowa nie jest pozbawiona  podstaw. W ten sposób przyjęło się wyjaśniać  powstanie przedproży, odkrywanych pod ziemią w Krakowie, Olkuszu i innych miastach. Wykopki miały na to wskazywać. Czy w przypadku Gdańska tyż tak  było? Mła przyznawa że nie ma tak do końca wyrobionego zdania w tej kwestii, choć najbliżej  jej do teorii powodziowej, co związane jest z bliskością Motławy. W końcu podczas powodzi śmieci by odpływały, choć z drugiej strony powódź mogla nanosić  szlam, który wymieszany ze śmieciami był trudny  do  usunięcia. Na pewno "jakby co" to rzeczy przechowywane w piwnicy łatwiej było przenieść na taras przedproża i uchronić je przed zniszczeniem. Wydawa się to mła logiczne i najbardziej prawdopodobne. Jednakże jak to było z gdańskimi przedprożami naprawdę nikt nie wie, tylko sobie gdybamy.


No to już wiemy że partery gdańskich budynków  z powodu położenia miasta na terenach zalewowych były znacznie wyżej usytuowane niż to miało miejsce w innych miastach, wysoko ponad poziomem ulicy, co zmuszało do budowy schodów do drzwi wejściowych. Przedproże gdańskie  wykształciło się w XV wieku, w czasie kiedy miasto wybijało się na samodzielność. Nie bez znaczenia były względy estetyczne powiązane z prestiżem.  Utrzymywano lepiej  porządek przed wejściem do własnego kantoru lub mieszkania z  ulic, które wówczas często gęsto bywały błotniste. W czasie średniowiecza wykształciły się dwa typy przedproży. Pierwszy z nich  to tzw. siedzisko schodkowe, w którym drewniane schody składające się z kilku stopni prowadziły do niewielkiej platformy przed drzwiami wejściowymi. Kamienne płyty  wolnostojące   stanowiły wyłącznie oparcie dla drewnianych poręczy, schody zaś przerzucone były ponad rynsztokiem. Tego typu przedproże nie obejmowało z reguły całej szerokości kamienicy ( podobnego typu przedproże znajduje się np. przy obecnej ul. Straganiarskiej 19 ). Drugi typ przedproża, częściej występujący,  składał się z połączonych ze sobą dwóch form architektonicznych: niskiego podestu i przylegającego do niego, obudowanego wejścia do piwnicy. Na ten  podest prowadził pomost lub schody przerzucone nad rynsztokiem ( do dziś możemy to przerzucanie nad rynsztokiem na ul. Mariackiej zobaczyć, choć teraz to jedynie wody opadowe tymi rynsztokami płyną ). W zależności od szerokości elewacji  budynku schody na podest umieszczone były w  osi wejścia lub z boku.  Tego typu przedproże obejmowało najczęściej całą szerokość elewacji.  Przybudówki,  w których mieściły się zejścia  do piwnic, najczęściej nie łączono z elewacjami

Początkowo przedproża budowano z drewna, przede wszystkim dębowego, bardzo odpornego na wilgoć. Wraz z bogaceniem się miasta sięgnięto po bardziej trwały materiał. Pojawiła się też potrzeba uwidocznienia  prestiżu co bogatszych członków społeczności miejskiej. Tak pojawiły się  rozbudowane, płaskorzeźbione płyty kamienne, które  ustawiano przed schodami ( np. przy obecnej  ul. Mariackiej 1 co mła umieścila na fotce nr.  5, czy też pozostałości płyt kamiennych odkryte przy obecnej  ul. Chlebnickiej, zrekonstruowane przez  Macieja Kilarskiego ). Stanowiły one wówczas główny element dekoracyjny przedproży. Najczęstszym motywem rzeźbiarskim występującym na  tych płytach były motywy religijne i przedstawienia roślinne. Wykonane w jednej płycie kamiennej,  z wapienia  lub z piaskowca,  składały się z dwóch elementów kompozycyjnych: prostokątnej płyciny ( niekiedy  bez dekoracji rzeźbiarskiej ) i okrągłego zwieńczenia ( tu zawsze występowało  dekorowanie  rzeźbą ). Czasem płyty były rzeźbione po obu stronach, choć nie występuje to często - ekstrawagancja dla lepiej uposażonych. Wielkość płyt była zróżnicowana, często ich wysokość dochodziła  lub nawet przekraczała wysokość dwóch metrów.   Zespół gotyckich płyt przedprożnych, odnalezionych na terenie Gdańska, prezentowany jest w lapidarium na dziedzińcu Dworu Artusa, a także w Muzem Narodowym, w tym samym oddziale, gdzie znajduje się tryptyk Memlinga. Już w XVI wieku zaczęto zabudowywać przedproża drewnianymi budami, które stanowiły przedłużenie kramu czyli sklepu, znajdującego się w budynku.Wraz z rozwojem handlowej potęgi Gdańska rosły wymagania Rady Miejskiej względem wyglądu Nowego Miasta. W drugiej  połowie XVI wieku Rada Miejska wydawała zarządzenia nakazujące burzenie szpecących budynki przybudówek. Ten ruch bardzo przyczynił  się do rozwoju wystroju przedproży, choć tak po prawdzie to dopiero w 1597 roku Rada Miejska ostatecznie zezwoliła na  urządzanie przed budynkami. Innego wyjścia nie miała jak przyklepać stan istniejący.

To właśnie wówczas, na przełomie XVI i XVII wieku,   wykształciła się ostatecznie tarasowa forma przedproży obejmujących całą szerokość elewacji kamieniczki, od sąsiedniego budynku oddzielonych tylko wąskim murkiem granicznym. Wszystko oczywiście było podpiwniczone, magazyny znajdujące się w piwnicy, dostępne były bezpośrednio z ulicy i połączone z piwnicami budynku o innym przeznaczeniu. W zależności od wysokości przedproży nad poziomem ulicy, zejście do piwnicy wystawało ponad poziom tarasu ( tak się działo jeżeli na taras wchodziło się po  mniej niż 7 stopniach ) lub nie wystawało. Taras otrzymał bogatą balustradę, wszak wysoko było a tarasy zmieniły swoją funkcję - zamiast składowaniu towarów i prowadzeniu handlu coraz częściej służyły wypoczynkowi  mieszkańców domu. W początkowym okresie balustrady były drewniane lub metalowe, czasem bardzo ozdobne z pięknych gdańskich krat.  Konstruowano taka balustradę z prostokątnych, na ogół kwadratowych kwater,  wypełnionych spiralami. Pojawiał się też  często motyw z centralnie umieszczoną rozetą, którą otaczają drobne spirale ( takie balustrady dziś możemy zobaczyć na ul. Katarzynki 1–3  i na ul Mariackiej  13, gdzie odtworzono balustradę  z około 1630 roku  fotka nr. 18 ). Niekiedy te balustrady były uzupełnione  kutymi, płaskimi elementami w formie groteskowych główek albo i inszych form. Konstrukcję balustrady stanowiły również kute słupki i poręcze.

Stojące przy pierwszym stopniu po obu stronach schodów  bogato rzeźbione słupki kamienne lub typowe  dla Gdańska duże, granitowe kule ( niekiedy o średnicy 80–100 cm ),  łączono z balustradą kutą poręczą. W tym czasie murki graniczne uzyskały kamienne nakrywy z wyżłobioną rynną odprowadzającą wodę z dachu na ulicę poprzez rzeźbione, wystające 50–60 cm przed lico murku kamienne rzygacze o fantastycznych kształtach. Otrzymywały one formę smoków, delfinów, rybich paszcz  itp. Drzwi wejściowe do pomieszczeń pod przedprożami zaczęto otaczać   kamiennymi  portalami . Ponadto w ścianach wysokich przedproży umieszczano okna, które doświetlały pomieszczenia magazynowe i warsztaty pod przedprożami. Na takim ganku biesiadowali majster Schultz  z porucznikiem Kazimierzem Koryckim w ramotce XIX wiecznej autorstwa Deotymy - "A naprzód część jej dolna wysuwała się do widza tarasem ( tak zwanym przez miejscowych mieszkańców beischlagiem), na który prowadziło pięć schodków kamiennych. Taras był ubrany w kwitnące donice i obwiedziony kratką wykutą, a raczej wydzierganą z żelaza; sploty jej pogięte w zakrętne gałązki, miały nawet wiele części suto pozłacanych, zwłaszcza tam, gdzie kowacz powypuszczał z nich liście, szyszki i jabłuszka. Pozłocił on i poręcze od schodków oparte na dwóch kamiennych kulach, owych sławnych ku-lach przedgankowych, które zawsze stanowiły jedną ze znamiennych cech budownictwa gdańskiego. Na tarasie, wzdłuż kraty, pomiędzy zielenią biegły dębowe ławy o rzezanych oparciach. W pośrodku wznosił się stół okrągły, raz na zawsze już wmurowany i wyrżnięty z tegoż samego szarego granitu, co i olbrzymie przedgankowe kule."

Niby  XIX wieczne wyobrażenie ale coś prawdziwe  bo to w tym okresie, w którym się toczy akcja powieści, czyli w pierwszym trzydziestoleciu XVII wieku,  przedproża stały się przedłużeniem reprezentacyjnej sieni kamieniczki mieszczańskiej i w pogodne dni stanowiły swoisty salon. W związku z tym pojawiły się na nich nawet kamienne ławeczki, w "lepszych" kamienicach wsparte na rzeźbionych konsolkach.  Dalej za Deotymą - "Chwal przedawając, gań kupując. Kupca Nie chciej mądrego, szukaj sobie głupca... Tu śpiew został przerwany przez ogromne śmiechy i oklaski. Pan Kazimierz, który siedział odwrócony od ulicy, obejrzał się i teraz dopiero postrzegł, że na wszystkich tarasach, jak mógł okiem sięgnąć i w prawo, i w lewo, siedziało także mnóstwo osób: gospodarze przy szklenicach, panie i panny z robótkami; dzieci bawiły się na schodkach. Wszystkie te grona słuchały z wysokim zajęciem nie znanej dla wielu pieśni Klonowicza, a ostatnie słowa, dobrze trafiające do ich kupieckiego zmysłu, wywołały wielką wesołość. Zaraz też towarzystwa innych ganków odpowiedziały na ten śpiew innym śpiewem: jedni wykrzykiwali pustackie Gaudeamusy, drudzy niemieckie bajeczki o Mądrym Lisie. Na poprzecznej ulicy ozwał się nawet któryś z chorałów Lutra."

Kolejnym etapem rozwoju przedprożalnictwa w Gdańsku było  pojawienie się pełnych balustrad kamiennych na tarasie, tworzonych przede wszystkim z piaskowca, rzadziej z wapienia. oczywiście w co lepszych kamienicach te płyciny kamienne były płaskorzeźbione.  Konstrukcję balustrady stanowiły kamienne słupki, na których wspierała się masywna, również kamienna, profilowana  poręcz. Początkowo leżała wyłącznie na słupkach, później pojawiły się płyciny. Te pierwotne konstrukcje jeszcze bezpłycinowe, często gęsto miały wspaniałe rzeźbienia, poręcze zaś były  opracowane  tak że i w Rzymie by się takiej kamieniarki nie powstydzili.  Kiedy pojawiły się  płyciny, coraz ciekawiej zdobione, często ażurowe, bogato rzeźbione balustrady ( np. przedproże  przy obecnej ul. Piwne 60, odtworzone wg. stanu z roku 1660 ). stały się równie ważne jak elewacje budynków. Zatem  przedproże zaczęło odgrywać taką samą rolę w ideowej wymowie wystroju kamienicy mieszczańskiej jak jej fasada. Motywy płaskorzeźb  nie  były sobie a muzom tworzone, klient płacił, klient wymagał. Na  płycinach balustrad znajdowały się takie motywy   ikonograficzne, które świadczyły o  religijności właścicieli budynków lub ich znajomości świata, kultury. Mamy zatem przedstawienia   biblijne ( ul. Mariacka 17, Długi Targ 18 ), wyobrażenia sztuk wyzwolonych (ul. Mariacka 26 i 36 ), pór roku ( ul. Korzenna 43, ul. Chlebnicka 14, ul. Ogarna 15 ), motywy nawiązujące do mitologii grecko - rzymskiej.  Od czasu balustrad tworzonych z kutych krat nie zmienił się  układ przestrzenny przedproży i zasady wystroju, stały się jednak o wiele bogatsze, bardziej barocco, że tak  rzecz ujmę. 

 

Przedproża rzecz jasna stawiano nie tylko  przed patrycjuszowskimi kamieniczkami, wyrastały też wzdłuż ulic uboższego  Starego Miasta,  na Starym Przedmieściu czy w Dolnym  Mieście. Pojawiły się dość wcześnie, lecz więcej informacji na ich temat mamy dopiero z końcówki wieku XVI i z wieku XVII. na ogół były wykonane z materiałów mniej trwałych, ich wymiary były znacznie mniejsze a wystrój zdecydowanie uboższy. Najczęściej występowały w tych "gorszych" dzielnicach  balustrady drewniane z toczonych tralek lub wyrzynanych desek ( np. balustrady przy ul. Karpia ). Oczywiście  gdyby nie ikonografia z epoki i zapiski kto komu za co to by sobie można tylko gdybać. Przedproża wykonane z drewna nie miały szans z historią, nawet taką w której by nie było  żołnierzy. A co się działo z przedprożami z Nowego Miasta w wieku XVIII?  Zrobiły się rocococococco, znaczy  bogaty wystrój się utrzymał a płyciny wzbogaciły się w motywy zdobnicze charakterystyczne dla stylu  rococco. W połowie XVIII wieku utrzymywała  się moda  pełne balustrady płycinowe o różnej formie, np.  tarcz herbowych. Wszystko  obwiedzione wstęgami i wolutami, z dekoracją rocaille. Motywy płaskorzeźb to nadal tematyka  biblijna, religijna lub alegoryczna, to się nie zmieniło. Głęboki relief płyt ( tak głęboki ze niekiedy płyty sprawiają wrażenie ażurowych ) często podkreślany był barwną polichromią lub złoceniami ( np. przedproże  przy ul. Długi Targ 15 ). Słupki przed schodami miały głównie formy waz ozdobionych motywem rocaille lub motywami roślinnymi. Poręcze otrzymały błyszczące, mosiężne przewiązki.

W drugiej  połowie XVIII wieku Gdańsk zaczął się nieco dusić, znaczy pojawił się problem charakterystyczny dla powstałych w średniowieczu miast Europy, których nie zmógł żaden kataklizm - w obrębie murów miejskich zaczęło brakować terenów budowlanych. Na obszarze Głównego Miasta, bardzo duża część przedproży ( a szczególnie na Długim Targu ) zabudowywana była ponownie drewnianymi budami i to takimi, które nierzadko  osiągały wysokości dwóch kondygnacji budynku.  Te konstrukcje pełniły funkcje usługowe, niekiedy drewno zastępowano murowaną konstrukcją, np. kioskiem z pokojem mieszkalnym ( tak zdarzyło się np. w budynku przy ul. Ogarnej 31, czy w kamieniczce  przy  Targu Drzewnym 3 ). Podobnie jak w XVI wieku ten pęd  do  przekształcania przedproży tak naprawdę w  kamienicę przerwała Rada Miejska, w roku  1761zakazała wznoszenia takich przybudówek. Taa... ale to nie były już czasy wszechpotęgi Rady Miejskiej,   początku XIX wieku przybudówki  na przedprożach wznoszono właściwie masowo. Te przedproża które wznoszono wg. klasycznych, gdanskich prawideł tez nieco się zmieniły w czasie  przełomu XVIII i XIX wieku.  Kamienne balustrady przedproży stały się mniej ozdobne, spokojniejsze w formie, kamienne płyty przedprożne dekorowano charakterystycznymi dla sztuki klasycystycznej  motywami wieńców czy  festonów. Słupkom przedprożnym nadawano formę kanelowanych kolumn lub waz ( takie można zobaczyć przy  ul. Długiej 13 czy  ul. Piwnej 69 ). Triumfalnie  powróciły metalowe kraty, choć w już innej formie - bardzo  geometryczne, często stylizowano je na na formy gotyckie (  no wicie rozumicie - ostrołuki i inne żabki ).

Wiek XIX nie był dla przedproży gdańskich  łaskawy, zmiany w charakterze zabudowy miasta,  szczególnie w drugiej  połowie wieku, walnie przyczyniły się do upadku przedproża jako charakterystycznego elementu gdańskiej ulicy. Stało się tak za sprawą konieczności poszerzenia szlaków komunikacyjnych i  budowy nowoczesnego układu kanalizacyjnego, która miała miejsce  pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku.  Zmieniały się też gdańskie  kamienice, przebudowywano ich partery  na lokale sklepowe czy gastronomiczne, montowano w budynkach duże witryny. Po raz pierwszy o likwidacji przedproży pomyślano  już w pierwszej ćwierci XIX wieku, jednakże to były raczej tzw. zarządzenia papierowe. Dopiero w latach sześćdziesiątych do sprawy zabrano się na poważnie - w roku 1861 wydano administracyjny zakaz budowy nowych i remontowania już istniejących. W roku 1868 nakazano usunięcie w ciągu pięciu następnych  lat wszystkich przedproży, z wyjątkiem mających wyjątkowe wartości artystyczne. Ostatnie przedproże z solidnie zaprzedprożonej   ul. Długiej usunięto w roku 1873. Przy Długim Targu zachowano część przedproży, zwłaszcza w szerszej części placu, po jego zachodniej stronie. Tutaj także, dzięki staraniom działającego w Gdańsku Towarzystwa Ochrony Zabytków, zaczęto montować co lepsze przedproża rozbierane na innych ulicach. Gromadzono rozbierane elementy cennych przedproży z myślą o kolekcjach muzealnych lub odtwarzaniu ich w przyszłości, podczas rekonstrukcji. Gdańszczanie  zapobiegliwi byli. Do końca lat siedemdziesiątych  XIX wieku usunięto z Gdańska około 1800 przedproży. W 1897 roku, kiedy tak to masowe rozbieranie ruszyło historyków, architektów i miłośników zabytków że zaczęły się protesty i akcja w prasie, władze miejskie  ugięły się i  wydały zarządzenie nakazujące pozostawienie w spokoju przedproży na ul. Piwnej, Chlebnickiej, Mariackiej i św. Ducha.

Zarządzenie zarządzeniem a proces likwidacji przedproży trwał.  W roku 1906 na przykład, po regulacji ul. Piwnej, która to niby miała być chroniona przed odprzedprożowaniem,  zlikwidowano na niej wszystkie dotychczas zachowane przedproża. Dopiero na  przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, w czasie kiedy  Gdańsk zachłysnął się  swoją tożsamością,  rozpoczęto proces przywracania przedproży, przede wszystkim   ulicom wokół   kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Przywrócono je na ul. Piwnej i Mariackiej ( nr 9, 10, 18, 19, 20, 22, 32 ). Wykorzystano przy tym przywracaniu zgromadzone przez Towarzystwo Ochrony Zabytków elementy przedproży z rozebranych w XIX wieku. Na realizację całego planu niestety nie pozwoliła fascynacja gdańszczan  Wujkiem Adim, która ściągnęła na miasto grozę II Wojny Światowej w wydaniu  żołnierzy sowieckich. Zniszczenie Gdańska w 1945 roku przeca nie ominęło przedproży, a czego nie zniszczyli Sowieci to zniszczyli tacy, którzy odgruzowywali miasto. Władzom konserwatorskim udało się uratować jedynie niewielką część autentycznego wystroju kamieniarskiego, resztę odtwarzano. Powstał plan odbudowy Głównego Miasta, który  zakładał zachowanie przedproży tam, gdzie istniały przed wojną, oraz odtworzenie ich przy ul. Piwnej, Mariackiej i Długim Targu.

Pierwsze przedproża odtworzono przy Długim Targu. Wykorzystywano przy tym odtwarzaniu  autentyczne elementy wystroju kamieniarskiego i to nie nie tylko z Długiego Targu, także z innych ulic, np. płyty przedproża przy Długim Targu 7 z około roku 1700 pochodzą z ul. Szerokiej 33, jest to jednakże zgodne ze stanem z końca XIX wieku, w którym Długi Targ stanowił miejsce gromadzenia  co lepszych elementów architektonicznych przedproży gdańskich. Wykonywano też kopie utraconych w czasie wojny elementów ( tak zrekonstruowano przedproże przy Długim Targu 5, które tak naprawdę jest kopią  przedproża z ul. Długiej 20 ).  Pojawiły się też całkiem nowe projekty, niektóre z nich zachowywały historyczną formę ( np.  przedproże przy Długim Targu 16 ) a czasem tworzono przedproża współczesne, z wykorzystaniem elementów rekonstruowanych ( jak to przy Mariackiej1 czy Mariackiej 13, gdzie użyto kopii obiektów muzealnych  ). Są też przedproża z dekoracją powstałą w latach sześćdziesiątych XX wieku. Najbogatszą w przedproża  jest ulica Mariacka, gdzie odtworzono stan cóś jakby dawny wykorzystując bogatą historyczną ikonografię i detal kamienny. Przedproża spotkamy też na Długim Targu,  Piwnej, Chlebnickiej, św. Ducha, Ogarnej i na Targu Rybnym. Poza Główny Miastem, przedproża możemy zobaczyć  przy ul. Katarzynki na Starym Mieście. Dziś z przedprożami  kłopot, należą  jak kamienice do  prywatnych właścicieli, czy wspólnot mieszkaniowych. Sypią się, remontować trza a koszty niemałe. Jak znam życie zaraz wlezie jakiś projekt typu sto kamienic czy cóś.