wtorek, 27 grudnia 2022

Roma - Villa Medici

Nie sposób przeoczyć  Villa Medici w Rzymie, nie dość  że rzut beretem od późnorenesansowych dzwonnic francuskiego kościoła ( tak dosłownie francuskiego, bo do budowy pierwszego gotyckiego kościoła użyto kamienia z Narbonne ) i Scalinata di Trinità dei Monti, czyli Schodów Hiszpańskich i stojącego na wzgórzu kościoła Trinità dei Monti,  to jeszcze widoczna z wielu inszych wzgórz  Rzymu. Dlatego dla mła było pewna zagadką dlaczego akurat ta willa jest pomijana przez turystów. Teraz mła jest mundra ale  o tym jak ona sobie  tłumaczy cóś mniejsza popularność  Villa Medici wśród zwiedzających Rzym  będzie później. Na razie tzw. rys historyczny. Od zawsze w tej części Rzymu było willowo i wypoczynkowo. Bo tak po prawdzie to nie był przez długi czas Rzym, część Monte Pincio dopiero za czasów cesarstwa, a konkretnie to za cesarza Aureliana, w latach 270–273, znalazła się wewnątrz murów miejskich.  

Od czasów republiki więcej było tu ogrodów niż budynków - Horti Salustiani ( pierwotnie własność historyka Sallustio , w epoce cesarstwa połączona z  zw słynnymi ogrodami Lukullus, Horti Lucullani,  w jedną posiadłość zwaną Pincis ), Horti Pompeiani i Horti Aciliorum. Ze względu na obecność tych willowych ogrodów  wzgórze było znane w starożytności jako Collis Hortulorum ( dosłownie wzgórze ogrodów ). Tam gdzie od pięciuset lat  stoi willa,  w starożytności znajdowały się Horti Luculliani ( tak, tak, ten sam ogródek  wspomniany  przy okazji opisywania Villa Borghese, miejsce w którym w starożytności stała sobie insza willa gdzie  zamordowano puszczalską Messalinę, żonę Klaudiusza ). Wzgórze przeszło proces urbanizacji ale nigdy nie było tu aż tak miejsko jak  w starym Rzymie. I owszem, było to miejsce osiedlania się prominentów, np. to na tym wzgórzu Agryppa miał Campus Agrippae, willę i swój grobowiec,  na zboczach wzgórza znajdował się też grobowiec Domizi , w którym spoczęły prochy Nerona. W  II wieku naszej ery zrobiło się mniej ekskluzywnie, teren Monte Pincio został  przekształcony w intensywnie zabudowany obszar z domami.

Sporadyczne wykopaliska w kilku miejscach odsłoniły pozostałości dużych, wielopiętrowych budynków z cegły ( insulae ), z kolumnowymi arkadami wzdłuż ulicy, na którą otwierały się sklepy. W kolejnych stuleciach zabudowywano wzgórze dość intensywnie różnego rodzaju budowlami, Aurelian, oprócz murów., wzniósł wielką świątynię Słońca, z portykami  i wszystkim co rzymska świątynia posiadać powinna, Przy jednym z portyków odbywała się bezpłatna dystrybucja wina ( vino fiskalna ). Cesarz Honoriusz ( 395-423 ) umieścił swój pałac w ogrodach na wzgórzu, a w roku 537 ne Belizariusz, bizantyński wódz, osiadł tam, aby bronić Rzymu przed Ostrogotami. Prawda smętna była jednak taka ze wraz ze zmierzchem starożytności wzgórze zaczęło pustoszeć, do końca XVIII wieku  Pincio było praktycznie niezamieszkane, zajęte przez dużą winnicę z gospodarstwem augustianów Santa Maria del Popolo , przez ogrody i winnicę Villa Medici , a także z ogrodów klasztoru Minimów przy kościele  Trinità dei Monti . Takie peryferie miasta znów się tu zrobiły, bardziej przypominało to wieś niż to co kojarzy się z nazwą Rzym. W 1564 roku, kiedy posiadłość nabyli siostrzeńcy kardynała Giovanniego Ricciego z Montepulciano , była ona od dawna raczej winnicą z niewielkim casino zwanym Casina Crescenzi, które zamieszkiwał kardynał Marcello Crescenzi, wiceprotektor Polski w latach 1543 -1547. Kardynał usiłował cóś tam działać , rozpoczął modernizację willi pod kierunkiem florenckiego architekta Nanni Lippi , znanego jednak bardziej jako Nanni di Baccio Bigio. Architekt z tych zasłużonych, był autorem projektu Palazzo Salviati alla Lungara, kierował przebudową zamku Sant'Angelo oraz zbudował Porta del Popolo. Niestety, szybko po zleceniu  pracy się Nanniemu zmarło, no i prace nie posunęły się daleko.


Nowi właściciele willi postanowili, powierzyć kontynuowanie prac wg. planów Nanniego,  jego synowi, Annibalowi.  Podobno maczał w tym palce stareńki  Michał Anioł . W 1576 roku majątek został sprzedany kolejnemu Toskańczykowi, kardynałowi  Ferdinando de' Medici, synowi księcia Cosimy I, który być może stał za zleceniem  dokończenia prac przez Bartolomeo Ammannatiego, jednego z najbardziej docenianych artystów epoki. Hym... bardzo florencko  się zrobiło. Ferdinando de' Medici   kardynałem był ćwierć wieku, w 1588 roku zrzekł się tej godności i został Wielkim Księciem Toskanii. Niegłupim zresztą i dbałym o prestiż rodu i Toskanii. To on stał za politycznie ważnym małżeństwem Henryka IV, króla Francji, ze swoją bratanicą, Marią. Kiedy kardynał został Wielkim Księciem Toskanii nie pozbył się willi,  przez półtora wieku willa była jedną z najbardziej eleganckich  miejscówek w Rzymie, po Palazzo Firenze robiła za siedzibę ambasadorów Wielkiego Księstwa Toskanii na dworze papieskim.


W 1633 roku przebywał w tu Galileo Galilei jako gość Ferdynanda II Medyceusza, najpierw taki dobrowolny gość, a następnie było goszczenie  przymusowe, bo wytoczono mu  proces przed Trybunałem Inkwizycji. Ten czas w którym willa należała do toskańskich książąt uchodzi za złote lata jej historii. Była wówczas wypełniona po  brzegi starożytnymi artefaktami a jej ogrody uchodziły za niezwykle wyrafinowane. Było tak urodnie i modnie że sam Diego Velázquez fragment ogrodów wokół Villa Medici uwiecznił ich fragment na jednym ze swoich płócien. Mła znała ten obraz od dzieciństwa, więc ani willi ani ogrodom nie mogła przepuścić, choć miała świadomość że obecnie willa i przyległości są cieniem tej świetności XVI i XVII wiecznej. A to dlatego że kiedy w 1737 roku wymarła linia wielkich książąt Medyceuszy, willa przeszła w ręce dynastii z Lotaryngii, podobnie jak Wielkie Księstwo Toskanii. No i wtedy się zaczęło wielkie wywożenie. Ostateczne wyantykowienie zbiorów przechowywanych w  willi nastąpiło na polecenie Wielkiego Księcia Lotaryngii Piotra Leopolda , który pragnął zgromadzić wszystkie kolekcje Medyceuszy we Florencji. W ten sposób wszystko, co tylko można było przetransportować, zostało zapakowane i wysłane drogą morską do stolicy Toskanii. 

Do najcenniejszych skarbów  w zbiorach medycejskich należały rzymskie posągi w Loggia dei Lanzi, tzw. Wenus  Medici - hellenistyczne dzieło Kleomenesa, syna Apollodorosa, znalezione w łaźniach Trajana, eksponowana obecnie  w Uffizi, Krater Medyceuszy czyli  ogromny krater neoattycki,  również eksponowany w Uffizi, obelisk Ramzesa II z różowego granitu zwany dziś obeliskiem Boboli czy misa z szarego granitu, być może pochodząca z łaźni aleksandryjskich. To jest   zaledwie ułamek ( lista wywiezionych antyków jest znacznie dłuższa i obejmuje dużą liczbę antyków znajdujących się obecnie w zbiorach w Uffizi, Palazzo Pitti i Muzeum Archeologicznym we Florencji - w zbiorach rzymskich rzeźb w willi znajdowało się około stu siedemdziesięciu dzieł zakupionych z dwóch rzymskich kolekcji - Capranica i della Valle ) zbiorów które trafiły po Florencji. Po wypatroszeniu willi ze skarbów, w 1787 roku Pietro Leopoldo wystawił ją na sprzedaż. 

Wcale prosto z tą sprzedażą nie było, po dwunastu latach, w okresie wielkiego napięcia politycznego po kampanii włoskiej, własność willi została przeniesiona na rząd  Francji. W 1803 roku Napoleon Bonaparte podpisał umowę kupna i przeniósł Académie de France à Rome, której poprzednia siedziba spłonęła w 1793 roku, do Villa Medici. Od tego czasu willa jest kawałkiem Francji w Rzymie, co nie wszystkim się podoba choć trzeba przyznać  że historia willi za czasów francuskich posiadaczy to jest cóś. Ta prestiżowa instytucja kultury miała wśród swoich dyrektorów Ingresa i Balthusa. Willa gościła zdobywców Prix de Rome, no działo się. Mła dalej do tematu wróci bo ciekawy jest. Z tą  willą to jest tak że nawet to co zostało, zrobiło na mła naprawdę duże wrażenie. No i mła nie ma tu na myśli pierwszego przedstawienia indyka w malarstwie zachodnioeuropejskim,  autorstwa Jacopo Zucchi, który to urokliwy bohomaz  znajduje się murowanej wolierze z freskami, położonej w ogrodach formalnych. Mła ma na myśli całość, czyli willę z ogrodami, jej wtopienie w rzymski pejzaż i zadziwiającą odporność tej urodnej jak rzadko przestrzeni  na odgłosy miasta, które przecież jest tuż, tuż. 

To tak niedaleko od Piazza Spagna, niedaleko od Piazza del Popolo czy via Sistina a nawet od  zatłoczonej via Veneto. Takie wyłączenie z rzeczywistości jak w przypadku brugijskiego begijnhofu, człowiek z tego miejsca z lekka zdziwiony przygląda się światu, który pędzi na przód zapominając o przeszłości.  Znajduje się nagle czas by wyciszyć się i  pomyśleć, np. o tym dlaczego Ferdinando zadowalał się przez lata gipsowymi  kopiami posagów rzymskich w swoim florenckim palazzo. Rzymskie rzeźby, tzw. Grupa Niobe i Zapaśnicy, odkryte w 1583 roku i natychmiast zakupione przez kardynała Ferdinando,  zdobiły rzymską willę po wyprowadzce kardynała do Florencji. Jest taka teoria że kiedy  kardynał został Wielkim Księciem Toskanii był w pełni  w pełni świadomy prestiżu, jaki przyniosły Medyceuszom utrzymywanie tak wspaniałej kolekcji w mieście, którego znaczenie znacznie przewyższało jego własną stolicę. Prawdopodobne bo Ferdinando był dobrym politykiem,  wiedział że trzeba się pokazać w mieście uznawanym przez katolików za pępek świata.  

Ród zyskiwał przy takim postępowaniu najwyższego rangą przedstawiciela, uprzywilejowaną pozycję międzynarodową, która nie odpowiadała wcale ekonomicznej czy militarnej rzeczywistości.  To byli ci Medyceusze posiadający ambasadę w Rzymie przy której  ambasady krajów potężnych i nieskończenie od Toskanii bogatszych, takich jak Hiszpania czy Francja, były takimi se palazzi. A że Toskańczycy wojska mieli gówniane i z kasą bywało różnie to szczegół. O ile wnętrza i ogrody zostały przez Dom Lotaryński ograbione niemal do szczętu, to z samą willą im na szczęście za dobrze nie poszło. Wewnętrzna fasada budynku głównego od strony ogrodów jest  warta ceny biletu i ględzenia przewodniczki czy przewodnika, bo niestety jest to  jedno z tych miejsc w Rzymie, które musowo zwiedzać z przewodnikiem ( miałyśmy z Mamelonem szczęście bo nas pozostawiono samopas,  dlatego że grupa zebrana na godzinę na którą miałyśmy wykupiony miesiąc wcześniej przez net bilet,  już była za duża - trza nam było czekać około dwóch  godzin, no to się dyskretnie oddaliłyśmy i pozwiedzałyśmy na własną rękę - organizacja w tej francuskiej placówce taka że na Sycylii jest bardziej konkretnie ).

Fasada ogrodowa powala, mła zrobiła mnóstwo jej zdjęć i całkiem sporo ich w tym wpisie zamieściła, tak żebyście i Wy drodzy blogoczytacze mogli nacieszyć się jej antyczną urodą.  Tak, tak, nie przewidzieliście się, antyczną bowiem mury zdobią liczne starożytne  płaskorzeźby, i to takie z górnej półki, jak choćby para girland z Ara Pacis Augustae, ołtarza wzniesionego przez pierwszego rzymskiego cesarza, Oktawiana Augusta, na wschodnim krańcu Pola Marsowego,  po zachodniej stronie via Flaminia, na pamiątkę zakończenia długotrwałych wojen domowych i zaprowadzenia Pax Romana. Fundamenty i resztki ołtarza odkryto podczas budowy pałacu w 1568 roku, fragmenty zdobiących niegdyś Ara Pacis dekoracji rzeźbiarskich rozdrapali kolekcjonerzy. Dziś są rozproszone po licznych muzeach we Florencji, Paryżu czy Wiedniu. Fasadzie nie zaszkodziło bo nie mogło, legendarne wydarzenie - ponoć w 1656 roku Krystyna, królowa Szwecji , wystrzeliła z jednego z dział na szczycie Zamku Świętego Anioła, nie celując wcześniej czyli Panu Bogu w okno. Złośliwa kula uderzyła w willę, niszcząc jedną z florenckich lilii, które zdobiły fasadę od strony Rzymu. Taa... wróćmy lepiej do realu. Mła szczególnie przypadły do gustu tzw. lwy Medyceuszy ustawione  przy schodach do  loggii, otwartej na ogród łukiem serliana. Mła wie że to kopie  starożytnej rzeźby lwa i takiej dodanej dla towarzystwa  rzeźby autorstwa Flaminio Vacca z 1589 roku.

Te "prawdziwe" lwy zostały  przeniesione do Florencji pod koniec XVIII wieku wieku i umieszczone w  Loggia dei Lanzi.  No i co z tego, kopie i tak wyglądają "na miejscu". Również w Loggia dei Lanzi znajdują się duże posągi Sabinek, które w Villa Medici zostały umieszczone w niszach za lwami. Merkury, który dzisiaj fruwa bosko  nad fontanną  to też kopia. Ten prawdziwy, czyli oryginalny brąz autorstwa Giambologna znajduje się w Muzeum Bargello we Florencji. Jednakże te kopie przydają willi urody i tworzą atmosferę tego miejsca, mła była zauroczona. Nic we wnętrzu willi nie jest tak ciekawe jak to co jest na zewnątrz. Nawet apartamenty kardynała na piętrze wykonane wg, projektu Bartolomeo Ammannatiego i Jacopo Zucchi. Najpiękniejsza w willi jest struktura budynku i jego otoczenie. Zdaniem mła, która troszki rzymskich willi już widziała, Villa Medici, pod tym względem bije inne rzymskie wille na głowę. I to mimo tego że  musiano ją "reanimować", czyli  doprowadzić do stanu  przypominający ten  z czasów Medyceuszy, z pomocą kopii bo inaczej się nie dało.  Nie ma bata, dla mła to najpiękniejsza z rzymskich willi.

Przy willi z boku dobudowano galerię, w której eksponowano kolekcję rzeźb. Dziś tyż się tam eksponuje ale raczej kopie starożytnych klasyków. Ogród został pomyślany  na wzór ogrodów botanicznych Medyceuszy we Florencji i Pizie,  ozdobiony był starożytnymi rzeźbami i wzbogacony roślinami rzadkimi w XVI i XVII wieku, rarytasami ogrodniczymi. Jednakże najwięcej rosło w nim cyprysów, dębów i pinii. W czasach kiedy w Rzymie uskuteczniano namiętnie wykopki w ogrodach wokół Villa Medici zasypano i to starannie, ruiny świątyni Fortuny i zbudowano na nich belweder Parnas, kształtem nawiązujący do kurhanu etruskiego władcy, No cóż, Medyceusze twierdzili, że jako Toskańczycy wywodzą się ( jak opowiada  historia Chimery z Arezzo ) od Etrusków. Żeby do tego kurhanu dojść trza wleźć po schodkach cud urody na olbrzymi taras, wicie rozumicie taki na którym bankieciki można było urządzać ciesząc się przy okazji widokiem ogrodu i panoramy miasta.  Na punkcie schodków z mozaiką układaną z nieobrobionych kamyczków mła ma lekkiego fioła, stąd tyle ich zdjęć.

Kiedy człek wlezie na taras i się rozejrzy  zaczyna się dopiero orientować z jak dużym założeniem ma do czynienia. Ogrody Villa Medici  rozciągają się z północy na południe na ponad 7 hektarach, nadal w dużej mierze zachowuje swój XVI wieczny wygląd, choć tak po prawdzie ten stan zawdzięczają renowacjom. Dobra, przeleźmy do historii bo inaczej to tylko oczy nacieszyć ale nic zrozumieć się nie uda.  Kiedy w 1564 roku kardynał Ricci z rodzinką kupli Casina Crescenzi, położoną na collis hortulorum, to był to budynek z zapleczem gospodarczym, posadowiony  pośrodku  winnic. Już wówczas podjęto pierwsze  wielkie prace tarasowe. Pamiętacie tarasy Villa d'Este w Tivoli, której mła poświęciła parę wpisów. Kardynałowie rzymscy chcieli mieć rezydencje w typie jaki stworzyli architekci Ippolito d'Este, mus było posiadać tarasy. Utworzono zatem otoczony murem ogród wielopoziomowy, przylegający od północy do winnicy Santa Maria del Popolo . Plan ogrodu, podzielonego na szesnaście kwadratów i sześć parterów, które tworzą plac przed willą.  Jest to podział dość prosty, zgodny z ówczesnymi zasadami kompozycji. Tak samo proste żywopłoty, zarówno te  boskietowe  jak i te niskie na parterach. Nie haftowano wówczas skomplikowanych wzorów zieleniną, to przyniesie dopiero kolejne, XVII stulecie.

Dzięki pracom irygacyjnym Camilla Agryppy, mediolańskiego matematyka i inżyniera, posiadłość została wyposażona w  liczne baseny  i fontanny. To też w klimacie Villa d'Este. Wydaje się że od 1570 na południe od ogrodu, między aleją via Pinciana na zachodzie, Murami Aureliana na wschodzie i tarasem zamykającym ogród od północy urządzono woodland znaczy cóś co po włosku nazywa się silva, po naszemu niby las a tak naprawdę jest parkiem.  Na  tym terenie były i nadal są   pod ziemią  pozostałości rzymskiej świątyni, najprawdopodobniej poświęconej Fortunie. Kiedy Ferdinando de'Medici kupił ziemię od spadkobierców Ricciego w 1576 roku, podjął się dokończenia kampanii prac rozpoczętych przez kardynała i jeszcze nie zakończonych. Zakup winnicy Giulio Bosco w 1580 roku, na południe od silvy, pozwolił Ferdinando ostatecznie zamknąć teren willi między Murami Aureliańskimi i via Pinciana. Stworzono nową oś północ-południe ( tzw. długą aleję ), która połączyła ogród z tym małym,  sztucznie utworzonym  wzgórzem grzebiącym ruiny starożytnej świątyni, które nazwał Parnasem. Wydaje się, że wraz z Parnasem nowy właściciel oddał te miejsca pod opiekę Apolla. Tym gestem Ferdinando de 'Medici dał się poznać jako protegowany Apolla i beneficjent Fortuny, pasiło  chrześcijańskiemu kardynałowi, he, he, he. 

Pod koniec XVI wieku podczas wykopalisk archeologicznych odkryto tę słynną grupę Niobidów ( przedstawiających nie tylko córkę Tantala i jej synów, ale także konnego posłańca śmierci ), która w 1770 roku została uwieziona  do Florencji.  Ferdinando de' Medici zakupił i kazał umieścić na placu przed budynkiem studiolo.  Pasiło mu do    urobku z wykopków z Palazzo Valle, które starannie uzupełnione stiukami wmontowano   na jego usilne nalegania w ogrodową fasadę casino. Fragmenty płaskorzeźb na portykach pod tarasem  maja różne pochodzenie, mła  zetknęła się  z takim info, o którym rzetelnie pisze że nie wie czy źródełko je zapodające należy do krystalicznie czystych,  które zapodaje że spora część  z tych artefaktów została wykopana przy okazji urządzania tarasów. Mła odnotowuje ale  możecie  w to wierzyć lub nie. O tym co znajdowało się w niszach loggi mła tyż nie napisze bo to zdobi  insze muzea i kolekcje i do Villa Medici nie wróci. Zamiłowanie Medyceuszy do rzeźb wszelakich, mamy w końcu do czynienia z rodem protegującym  największych rzeźbiarzy  doby renesansu, sprawiło że  ogród ozdobiono siedemdziesięciu dwu hermami, wyznaczającymi kształt parterów i boskietowanych kwadratów zwanych carrés. Te się ostały. No cóż, po tych wszystkich dopiększeniach ten konkretny ogród to już było cóś więcej niż echo ogrodów  florenckich.

Całe założenie willi stało się obiektem podziwu, teraz to wszyscy kardynałowie chcieli mieć cóś takiego w typie Villa Medici, najmodniejszej rezydencji Rzymu. Dlatego około trzydziestu lat po zbudowaniu willi i stworzeniu ogrodów  wyrosła nieopodal  Villa Borghese, zespół budynków i ogrodów  inspirowany mieszkankiem  Medyceuszy. Teraz troszki o studiolo. Na obwodzie murów aureliańskich,  na północny wschód od ogrodu,  zbudowano ogrodowy pawilon, składający się z większej sali zwanej Salą Ptasią , przedsionka zwanego Salą Zorzy,  oraz niewielkiego tarasu. Budynek zwany studiolo służył Ferdinando de 'Medici do rozmyślań religijnych, Obecnie pokoje pawilonu wychodzą na ogrody Borghese, ale w czasach Ferdinando z okien można było podziwiać  widok  rzymskich okolic, takich bardziej wsiowych i sielskich. Te jak naprawdę wyglądają  te dwa pokoje zostało nam dane  dopiero w 1985 roku przez konserwatorkę Geraldine Albers, która pod  kryjącym bielidłem chroniącym i  i  świetnie konserwującym malatury, odkryła wspaniałą dekorację freskową Niedawne renowacje ujawniły calą urodę Sali Ptasiej, namalowanej przez Jacopo Zucchi w latach 1576-1577, przedstawiającej pergolę  zamieszkałą przez ptaki i inne zwierzęta. Uwaga, jest kot.  W Sali Zorza możemy zobaczyć wśród groteskowej dekoracji trzy ciekawe widoki willi, świadectwa tego jak kiedyś wyglądało to założenie. O ile dzisiejsze ogrody za murem spoko dają się rozpoznać o tyle front casino i jego otoczenie od strony vialle della Trinità dei Monti są zupełnie inne. Owszem jest cóś takiego jak Fontana di Trinità dei Monti w pobliżu ale to nie jest nic tak spektakularnego jak fontanna widoczna na fresku.


Podobnie jak przylegająca do ogrodów Villa Medici ogrody Villa Borghese, te w zasadzie podmiejskie założenia były bardziej otwarte na sielskość niż założenia miejskie, choćby takie takie jak Palazzo Farnese w sercu miasta. Dziś określamy Villa Medici, Villa Borghese, Villa Farnesina czy Villa Pamphilj - Dori jako wille rzymskie, trzeba jednak mieć świadomość że obiekty te w chwili powstania były w zasadzie założeniami wiejskim albo półwiejskimi, jak w przypadku Vila Farnesina. Po wykonaniu tarasów i nasadzeń pod koniec XVII wieku ogród północny i lasy uległy jedynie częściowym zmianom, np. wprowadzono haftowanki roślinne  na parterach. Pozbawione większości rzeźb pod koniec XVIII wieku ogrody zachowały jednak swój pierwotny układ aż do początku XIX wieku. Za czasów dyrekcji Ingresa układ klombów przed willą został nieco zmodyfikowany i posadzono wiele sosen, które dziś stanowią o  do dziś o  specyfice tego miejsca. Renowacji podjął się młody architekt Auguste-Henri-Victor Grandjean de Montigny.  Malarz Balthus, dyrektor Willi, pragnąc przywrócić temu miejscu dawną świetność, przestawił kwietniki przed Willą, pozbawiając ogród wyglądu z XIX wieku. Ze względu na degradację fitosanitarną dużych sosen a także innych nasadzeń w  2000 roku postanowiono przywrócić ogrody  do pierwotnego wyglądu. Renowacją kierował architekt Giorgio Galletti, specjalizujący się w ogrodach Medyceuszy.


Teraz będzie o Akademi Francuskiej bo bez tego cniżko zrozumieć jak to dziś  jest ten rzymski obiekt niemalże eksterytorialny jest, he, he, he. No i w dodatku wyjaśnimy pewne nieporozumienia związane z nawą akademia Francuska. Académie française to towarzystwo naukowe założone w 1635 roku w Paryżu. Była to pierwsza tego typu instytucja w nowożytnej Europie, później została przekształcona w instytucję państwową. Za jej powstaniem stoi nie kto inny tylko kardynał Richelieu, pitolenia że Ludwik XIII to bajki z mchu i paproci. Kardynał budował Francję, wiec zaczął od zwalczania regionalizmu. Pierwotna misją Akademii Francuskiej, powierzoną jej statutowo w chwili powołania, było stworzenie jednego języka francuskiego, praca nad zachowaniem niezmienionego kształtu tego języka, tak aby stał się on wspólnym dziedzictwem Francuzów i wszystkich tych, którzy używają języka francuskiego. Państwem w którym mówi się jednym językiem jest o wiele łatwiej zarządzać, kardynał był szczwany. Drugą funkcją Akademii Francuskiej był mecenat - początkowo nie przewidywano by cóś takiego mogło mieć miejsce ale dzięki dotacjom i zapisom testamentowym na rzecz Akademii mogła ona przyznawać nagrody. Do dziś Akademia przyznaje każdego roku około 60 nagród literackich. wszystko zaczęło się od literatury, Akademia bowiem wyrosła ze spotkań literatów, które kardynał Richelieu zapragnął wykorzystać ku chwale ojczyzny.

Kiedy Francuzom tak dobrze poszło z językiem to zapragnęli by do rydwanu francuskiej władzy powożonego przez Króla Słońce, Ludwika XIV, zaprząc sztukę. I tak powstała Académie royale de peinture et de sculpture czyli Królewska Akademia Malarstwa i Rzeźby. Za je powstaniem stał kolejny z wielkich, francuskich polityków, Jean-Baptiste Colbert, który porządnie zorganizował powstałe w 1663 lub w 1664 roku, z lekka amatorskie przedsięwzięcie Charlesa Le Bruna. Akademia sztuki stała się wówczas instytucją państwową, podporządkowaną królowi, której członkowie zostawali malarzami nadwornymi, otrzymywali pensje albo inne przywileje. Na jej czele tej Akademii stanął Le Brun, który władzę nad nią sprawował do 1683 roku, a jej siedzibą został Luwr. Królewska Akademia Malarstwa i Rzeźby wzorowana była na rzymskiej Accademia di San Luca powstałej w 1577 roku i bolońskiej Accademia degli Incamminati powstałej około roku 1600. Sama stała się wzorem dla powstających akademii sztuk pięknych, zakładanych w Europie w XVII i XVIII wieku. Począwszy od roku 1664 wyróżniającym się uczniom przyznawano nagrodę Prix de Rome, która umożliwiała im dalsze artystyczne studia we Włoszech, uznawanych za jedyne miejsce w którym można się sztuki  "nauczyć". Takie złudzenie epoki, która usiłowała sztukę traktować trochę jak naukę. W 1793 roku Akademia została rozwiązana jako instytucja związana z ancien régime, a w jej miejsce utworzono Commune des Arts. W XIX wieku podobną funkcje sprawowały: Académie des Beaux-Arts i École nationale supérieure des beaux-arts. A tymczasem w Rzymie...


W 1803 roku Napoleon Bonaparte, cesarz Francuzów,  przeniósł twór zwany Akademią Francuską w Rzymie do Villa Medici z zamiarem zachowania instytucji zagrożonej niegdyś przez rewolucję francuską. Francuzi twierdzą że  Napoleon Chciał w ten sposób zachować dla młodych artystów francuskich możliwość oglądania i kopiowania arcydzieł starożytności i renesansu. Włosie twierdzą ze chciał pokazać Włochom i  Kościołowi Katolickiemu kto tu rządzi. Przez ponad wiek   w willi  gościli w  laureaci  nagrody Prix de Rome, aż do zniesienia tej  nagrody w 1968 roku przez André Malraux.  Konkurs przerwano też w czasie I wojny światowej, a później było ostro. Benito Mussolini skonfiskował willę w 1941 roku, zmuszając Akademię Francuską w Rzymie do wycofania się aż do 1945 roku. Benito wychodził z założenia ze prawo własności może przegrać z tzw. interesem narodowym, uznał że willa należy do Włoch i basta. Po  wojnie wszystko wróciło do stanu poprzedniego ale do dziś wielu włochów uważa ze Benito  mylił się  w wielu sprawach ale akurat w tej  miał rację.  No cóż, rzymskie budynki nalezą  do dziś  do wielu zagranicznych instytucji kulturalnych, taka była rzymska. Lgnęli  ludzie sztuki i kultury do tego miejsca.

W 1968 roku  Académie des Beaux-Arts w Paryżu i Institut de France straciły  opiekę nad Villa Medici na rzecz Ministerstwa Kultury i Państwa Francuskiego. Teraz troszkę nie wiadomo jak te instytucje traktować, attachat kurtularny czy cóś?  Wszyscy nadal ćwierkają  że Villa Medici to Akademia Francuska i nikogo nie dziwie że zamiast posągu kardynała Richelieu w westybulu natyka się na rzeźbę przedstawiającą Ludwika XIV w pełnej niekrasie.  Francuskie to francuskie, nie ważne czy język czy malarstwo, kurtula jest  francuska i to się liczy.  Cóś w tym jest  bo Francja nie stawia już tylko  na tradycyjne dyscypliny sztuki takie jak: malarstwo, rzeźba, architektura, grafika,  komponowanie muzyki itp., ale na dyscypliny takie jak: historia sztuki, archeologia, literatura, rzemiosło sceniczne, fotografia, filmy, wideo, renowacja dzieł sztuki,  a nawet na  gotowanie bo sztuka kulinarna we Francji rzecz święta. W roku 2003 roku, dla uczczenia dwusetnej rocznicy powstania Akademii Francuskiej w Rzymie, wystawa "Le Maestà di Roma"  została zaprezentowana w trzech miejscach w Villa Medici, Scuderie del Quirinale i w GNAM.  Mła żałuje że nie widziała bo  wówczas liczne arcydzieła rozproszone obecnie po całej Europie powróciły na dawne miejsca.


W latach 1961-1967 stojący wówczas na czele Akademii artysta malarz  Balthus, czyli Balthasar Kłossowski de Rola,   przeprowadził szeroko zakrojoną konserwację pałacu i ogrodów, wprowadzjąc troszki nowego. Balthus uczestniczył we wszystkich fazach przebudowy. Tam, gdzie zniknął historyczny wystrój , Balthus zaproponował tzw. osobiste wybory. Taka alternatywa dla nieistniejących już w tym miejscu skarbów willi. Stworzył wystrój , który był hołdem dla przeszłości, a jednocześnie radykalnie współczesny. Dziś ten tajemniczy, melancholijny wystrój Balthusa, stał się z kolei historyczny i przechodził renowację w 2016 roku . Prace kontynuowano pod kierunkiem poprzedniego dyrektora Richarda Peduzziego, a Villa Medici wznowiła organizowanie wystaw i pokazów tworzonych przez jej artystów rezydentów. No bo Akademia kontynuuje program zapraszania młodych artystów, którzy otrzymują stypendium na dwanaście miesięcy pobytu w Rzymie, gdzie wystawia swoje prace. Aplikują i się załapują. Ci artyści-rezydenci są dokarmiani i nie płacą za mieszkanko. Takie stypendium. W Villa Medici znajduje się kilka pokoi gościnnych, które są otwarte dla ogółu , o ile nie są one używane przez emerytów Akademii lub oficjalnych gości.

Jakie mła miała odczucia łażąc po francuskim kawałku Rzymu? Zdziwne.  Samo casino, galeria i portyki pod tarasem, tzw. wiszące ogrody z Parnasem, resztki Muru Aureliana, nawet domki ogrodników i szopy, wszystko było takie jakie powinno być. Problemy zaczęły się dla mła przy rekonstrukcji ogrodowych rzeźb.  Lwy Medyceuszy ją nie raziły a te ogrodowe instalacje jakoś do mła nie przemawiają, takie dydaktyczne są. Jedyne co we mła budziły to cinżką niechęć do dynastii z Lotaryngii, której przedstawicielowi przyszło do głowy  niszczyć stworzoną z ruin starożytności doskonałą willę, po to by napchać muzea. No cóż, to że mła nie przepada za Maison de Lorraine-Vaudémont to jedna sprawa, druga że w tym zniszczeniu willi mamy swój udział. Księstwo Toskańskie dostało się Lotaryńczykom dlatego że utracili Księstwo Lotaryngii i Baru na rzecz zdetronizowanego króla polskiego Stanisława Leszczyńskiego. Zięciunio naszego zdetronizowanego króla urobił Karola IV, szczwanie się zakręcił coby na mocy traktatu wiedeńskiego z 1735 roku kończącego wojnę sukcesyjną polską, Lotaryńczycy, skoligaceni wielokrotnie z Habsburgami, wylecieli z ziem Francji. Stasiu był w Chambord a Franiu pierwszy przystąpił do robienia stada dzieci Marii Teresie z domu Habsburg. Jedno z nich, Piotr Leopold, było niezłym politykiem ale wyczucia sztuki to miało za grosz. Prestiż się liczył. I tak pośrednio polski król przyczynił się do znisty. Ech...

 

niedziela, 25 grudnia 2022

Brugia - o urodzie beginaży


Podczas tegorocznych podróży  mła naszła dwa miejsca które wywołały efekt wow! Jedno krańcowo odmienne od drugiego ale jednocześnie w jakiś sposób podobne. Mła myśli że chodzi o to że w obydwu człowiek znajduje się w krainie harmonii. Nie że złotkiem po gałach, jak już to złoty podział. No i to wtopienie w pejzaż, takie bardzo, bardzo mocne, znaczy nie sposób sobie wyobrazić po oblookaniu tych miejsc że mogło ich kiedyś w tych okolicznościach przyrody nie być. Dziś pokażę Wam jedno z nich - begijnhof w Brugii, dla mła  absolutny must see. Po polsku takie miejsca nazywano beginażami, tak bardziej z francuskiego béguinage. Zacznijmy jednak nie od opisu beginaża a od historii od której cała idea zgromadzeń beginardzkich się zaczęla.  Bega z Andenne, czasem nazywana Begue. Urodziła się koło roku  620 w Landen w Belgii, zmarła dnia  17 grudnia,  w  691 lub 693 roku w Andenne. Mła Begę lubi już za samą rodzinę, w której przyszła  na świat,  młodszą siostrą Begi jest  święta Gertruda z Nijvel, mniszka, święta Kościoła katolickiego i patronka kociarzy. Świętym został też ich brat Bawo. Czwórka rodzeństwa a troje z nich zostało kanonizowanych, niezły osiąg.  Bega i Gertruda  były  córkami Pepina z Landen, majordoma Austrazji ( to była kraina, do której za czasów Merowingów  należały ziemie wschodniej Francji, zachodnich Niemczech, Belgii i Holandii i której głównymi  ośrodkami  były Metz i Reims, w którym w później,  nawiązując do dynastycznych powiązań z Merowingami, koronowali się królowie francuscy) i jego żony świętej Idubergi ( Itty ). Prowadziła  świeckie życie, wydano ją za mąż za Ansegizela, syna Arnulfa, biskupa Metzu. Niech Was nie dziwi ten syn u Arnulfa, to nie było jego jedyne dziecko.   Arnulf był mężem Dody i ojcem Ansegisela, Chlodulfa i Martina, formalnie to wszystko jak  w liście do Tymoteusza pisał święty Paweł - "Biskup więc po­winien być bez zarzutu, mąż jednej żony, trzeź­wy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania, nieprzebierający miary w pi­ciu wina, nieskłonny do bicia, ale opanowany, niekłótliwy, niechciwy na grosz, dobrze rzą­dzący własnym domem, z całą godnością trzy­mający dzieci w uległości".  Unius uxoris vir było stosowane nieraz  prosto, dopiero następne  tysiąclecie stworzyło kler katolicki jaki dziś znamy. 

W przypadku Arnulfa wyglądało to już tak bardziej nowożytnie,  że  rzecz tak określę, kiedy jego małżonka Doda postanowiła wstąpić do zakonu, to on natentychmiast tyż chciał pójść do klasztoru, jednak w 614 został obwołany biskupem Metzu. Nie wiadomo czy z powodu aury świętości otaczającej rodzinę czy po prostu był popularny, bo w kraju piwoszy, facet w cudowny sposób mnożący piwo ma spore szanse na zostanie biskupem a nawet świętym. Arnulf zakończył żywot jako świętobliwy pustelnik a rodzinną misję bycia świętym człowiekiem przejęła  jego synowa Bega. Ansegizel i Bega  dali początek dynastii Karolingów, tak, tak, to praszczury Karola Wielkiego.   Byli jednymi z najznamienitszych możnych Austrazji, ich  małżeństwo  zapewniło rodowi takie znaczenie że córka, Klotylda z z Herstalu,  została wydana za króla a synowie Pepin z Herstalu i  Martin z Laonu mieli aspiracje że ho, ho.   Po śmierci męża Bega postanowiła resztę życia spędzić w zakonie, to był popularny trynd wśród wdów z arystokracji. Bega oprócz ufundowania paru kościołów,  zbudowała klasztor w Andenne pod Namur, gdzie spędziła resztę swych dni jako ksieni. W XI wieku została wprowadzona do Martyrologium, a jej wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 17 grudnia. W zbiorach wilanowskich znajduje się obraz autorstwa nieznanego malarza według obrazu Petera Paula Rubensa który powstał w latach 1612–1615 , które to malowidło  z kolei miało być  inspirowane obrazami Huberta van Eycka, co widać po strojach portretowanych na nim postaci. To Podwójny portret Ansegisusa i św. Begi z Brabantu, której kult w XV wieku miał się we Flandrii nieźle.

W końcu XI wieku  i na początku wieku XII  w Europie dzieją się zdziwne sprawy, mamy do czynienia z taką zapomnianą rewolucją. Zostaje przełamana dominacja kleru w życiu duchowym społeczeństw i rodzą się pierwsze oddolne ruchy heretyckie. Oczywiście to nie jest tak że od tej i tej daty to koniec, zamykamy klasztory i wogle.  To jest raczej rewolucja z tych pełzających, wielu mogłoby to nazwać ewolucją , jednakże mła postrzega sposób zmiany  myślenia jako rewolucyjny.  W wieku XIII ta pełzająca rewolucja zaowocuje w Zachodniej Europie powstaniem ruchów kontestujących jedynie słuszną, papieską wersję chrześcijaństwa. Beginat, będzie jednym z nich. Będzie miał więcej szczęścia niż ruch katarów vel albigensów i wiele pomniejszych ruchów, które kościół mniszył lub bardzo szybko eksterminował. Czasy wypraw krzyżowych sprawiły że w Zachodniej Europie wiele kobiet, nie tylko z możnych rodów rycerskich,   zostało wdowami lub nie miało możliwości  wyjścia za mąż. W beginacie takie  osoby odnalazły swoje miejsce w życiu. Dlaczego nie klasztory?  Klasztory nie były w stanie wchłonąć tak dużej liczby kobiet, doszła jeszcze kwestia wkładu własnego czyli wiana, którego nie było dla klasztoru  odpowiednie no i uchwały Soboru Laterańskiego IV z 1215 zakazywały tworzenia nowych zakonów. Jak  beginki się pojawiły to tylko czekać  trza było żeby pojawili się  begardzi, mężczyźni wywodzący się  z tych samych klas społecznych co beginki. Dobra, teraz do konkretów - czym był właściwie beginat?

Ruchem  religijno - społecznym, pokrewnym  ruchowi  franciszkańskiemu, którego uczestnicy uważali  że człowiek może osiągnąć doskonałość bez pośrednictwa Kościoła, jeżeli będzie prowadził życie w duchu cnót chrześcijańskich ( tzw. vita apostolica - życie apostolskie czyli życie jak  żyli apostołowie ),  proste i ubogie.  Taa... niebezpieczne poglądy. Te grupy ludzi świeckich, którzy decydowali się na życie we wspólnocie i ubóstwie ( na podobieństwo zakonów żebraczych ),  których  członkowie nie składali ślubów wieczystych ( a szczególnie ślubów posłuszeństwa wobec hierarchii kościelnej ) tworzyły miejsca dla siebie. Ci ludzie  nie odcinali się całkowicie od życia świeckiego ale nie zanurzali się w niej całkowicie. Wiedzieli że są odrębni i dla własnego spokoju a także spokoju innych  ( przeca jasne że  byli solą w oku hierarchii kościelnej  ) osiedlali sie w miejscach wydzielonych, najpierw poza miastami a później  w przestrzeni miejskiej. Te osiedla nazywamy beginażami. No i rzeczywiście żyli  prosto, begardzi zajmowali się głównie pracą rzemieślniczą, a beginki dziełami miłosierdzia, znaczy pielęgnowaniem chorych w szpitalach, czasem nauczaniem dzieci.Wspólnoty beginek i begardów były autonomiczne i rządziły się własnymi, specyficznymi dla każdej j wspólnoty prawami.  Mieli  swojego przełożonego wspólnotowego, który kierował funkcjonowaniem beginażu i reprezentował beginat czasem  sam a czasem z radą. Najczęściej były to matka  przełożona, wielka panna ale najczęściej  nie oznacza zawsze bo istnieli wszak begardzi. Wspólnota  utrzymywała się z własnej pracy, posiadała wspólną kasę, budynki. Jadano wspólne posiłki i rzecz jasna odprawiano wspólne nabożeństwa. Dziś byśmy to określili  jako komunę ale nie określimy bo ostatnia  beginka, niejaka Marcella Pattyn, Belgijka, zeszła z tego świata w wieku lat 91 w roku 2013.
 

 
Kościół katolicki miał  z gryz z takimi religijno - społecznymi ruchami,  z jednej strony tolerował je, a niekiedy nawet wspierał, bo jakoś jeszcze te beginaty wydawały się  tej instytucji  alternatywą wobec ruchów bardziej odlecianych od  doktryny, typowo heretyckich ( np. w Tuluzie, gniazdku katarów, beginaty były cacy  ). Z drugiej strony ten nieuregulowany status kanoniczny  wspólnot sprawiał, że  hierarchia kościelna nie  mogła beginatów kontrolować w sposób jaki chciała to robić. Ruch beginek i begardów od zawsze  budził podejrzliwość ze strony  duchowieństwa. Zarzucano im  hipokryzję, rozwiązłość seksualną, a także  naruszenia dyscypliny kościelnej, szczególnie  nieautoryzowane głoszenie kazań bo tu monopol był zagrożony. Generalnie to za słodko beginatowi z Kościołem nie było, zwłaszcza że niektóre wspólnoty znalazły się pod wpływem potępionych przez Kościół myśli albigensów oraz tzw. Herezji Wolnego Ducha. Kościół się wówczas bardzo mocno pultał, czego skutkiem było przejście całkiem sporej  liczby  beginatów  na tercjarstwo franciszkańskie i przyjęcie przez te wspólnoty  reguły trzeciego zakonu św. Franciszka z Asyżu.  Wspólnoty będące pod  duchową opieką franciszkanów były zabezpieczone przed oskarżeniami o sprzyjanie  heretykom. Inne wspólnoty zdecydowały się przyjąć taką opiekę od  dominikanów  czy karmelitów, przyjmując tercjarstwo dominikańskie lub karmelitów. Wspólnoty które pozostawały  pod wpływem flagelantów  czyli biczowników zostały ostatecznie uznane przez Kościół za heretyckie.
 

 
W 1311 papież Klemens V oskarżył ruch beginek o rozprzestrzenianie herezji. Wszystko przez niejaką   Marguerite  Porète z Hainaut, która w roku 1306 napisała Speculum simplicium animarum co tłumaczy się jako "Zwierciadło dusz prostych". Nie dość że kobieta nie będąca mniszką tworzy literaturę jakby teologiczną to jeszcze nie uznaje autorytetu Kościoła. To nie mogło skończyć się dobrze, Sanctum officium vel Inquisitio haereticae pravitatis zainteresowało się Małgorzatą. Skutek był taki że po procesie prowadzonym przez  inkwizytora Wilhelma z Paryża, w którym beginka nie zgodziła się uznać autorytetu duchowego Kościoła i odmówiła składania zeznań, została ekskomunikowana i 1 czerwca 1310 roku na Place de Grève w Paryżu zapłonął stos na którym spalono ją wraz z jej dziełem. Na wiele to się nie zdało, Kościół stworzył męczennicę, której słowa poszły w świat. Wraz z nastaniem ery druku to w ogóle było przerąbane i praca Małgorzaty stała się jedną z podwalin reformacji. Książka nie dość że była drukowana, to była tłumaczona na języki nowożytne. Zgroza. Tak beginka została babką reformacji. Na początku XIV wieku w ogóle  władze kościelne wykonały szereg ruchów wymierzonych w tzw. heretycki mistycyzm, po prostu te ruchy oddolne, które w olbrzymiej większości były skierowane przeciw doktrynie Kościoła, zaczęły wyrastać jak  grzyby po deszczu i Kościół czuł że przestaje ogarniać. To właśnie na to stulecie przypada największy rozwój beginatów.



Podczas obrad Soboru w Lyonie w 1274 przeciwnicy begardów i beginek przeprowadzili propagandowy atak na wspólnoty. Udało im się doprowadzić  do odnowienia i potwierdzenia postanowień z 1215 o zakazie tworzenia nowych zakonów i zaczęto się zastanawiać czy aby nie rozwiązać wspólnot. Baby, bo był to głównie ruch babski,  miały podporządkować się nakazowi zamążpójścia albo wstąpienia do uznanych prawnie zakonów, które w XIV stuleciu to już mogły przyjmować panie jak leci. W roku 1290 w Kolmarze postawiono  pierwsze formalne oskarżenia o herezję wobec beginatu, nieortodoksyjne podejście do religii oparte na mistycyzmie, nowe koncepcje teologiczne niekoncesjonowane przez papiestwo - wszystko to działało na kler jak płachta na byka. Największe procesy o herezję spod znaku Wolnego Ducha miały miejsce w w Strasburgu w roku 1317, zainicjowany  przez miejscowego biskupa Jana z Zürichu oraz w Kolonii około roku 1326 z inicjatywy miejscowego arcybiskupa Henryka z Virneburga. W pierwszym z nich wynik był taki se dla biskupa,   chyba wszystkim begardom udało się myknąć ze Strasburga, więc i owszem spokój ale zero satysfakcji.  W drugim Kościołowi poszło lepiej - księdza związanego z beginatem spalono na stosie, a osiem innych osób skazano na więzienie. U nas tyż tak  było,  beginki w liczbie 16 - 20,  które mieszkały na Śląsku, we wrześniu 1332  miały nieprzyjemność bycia oskarżonymi w procesie, który wytoczył im inkwizytor Jan Schwenkenfeld.  W latach  1293 -  1300 rokiem włocławski biskup Wisław osadził w swoich dobrach pięciu begardów, którzy wznieśli  jedyny na ziemiach polskich kościół i klasztor, od którego zresztą powstała nazwa miejscowości Kaszczorek ( dziś jest to dzielnica Torunia ). Po potępieniu begardów na soborze w Vienne następca Wisława Gerward wywalił beginat z Kaszczorka, na mocy  wyroku sądowego zatwierdzonego przez  papieża Jana XXII w 1321 roku a te resztki begardów przeniósł do swoich dóbr w Dobrzejewicach, gdzie przebywali do śmierci. Dopiero następne stulecie przyniosło uspokojenie stosunków na linii beginaty   - Kościół,  ruch beginatów i jego pierwotne idee, został zrehabilitowany przez papieża Eugeniusza IV w XV wieku, Kościół już wówczas wiedział że lepiej mieć beginaty po swojej stronie niż przeciw sobie. na wiele  się to nie zdało bowiem w następnych stuleciach  ich zgromadzenia zostały w większości rozwiązane w ramach ruchów reformacji. Po prostu beginki, które przeszły na protestantyzm, zostały diakonisami.
 


Najbardziej znane beginaty, w których żyło   nieraz tysiące ludzi znajdowały się w: Mechlin, powstały w roku 1207, Brukseli powstał w 1245, Leuven powstał około roku  1232, Antwerpii  w 1234, Brugii w 1244, Lier, Kortrijk, Gandawie, Amsterdamie. Najczęściej beginaże powstawały na terenie północnej i dzisiejszych: północno-wschodniej Francji, Belgii, Holandii oraz zachodnich i północno-zachodnich Niemiec. Jak taki  begijnhof wyglądał? Zwykle to były niewielkie domki zgrupowane  wokół prostokątnego lub trójkątnego placyku, takiego dziedzińca, choć nie zawsze to tak wyglądało, niektóre beginaże miały domki budowane w dwóch  rzędach wokół trawiastego placu. Begijnhof brugijski to około trzydziestu pomalowanych na biało domów, z których większość pochodzi z końca wieku XVI a także wieków XVII i XVIII. Te domy są wszystkie zgrupowane wokół dużego centralnego dziedzińca. Domy w beginażach mogły być jedno- lub wieloosobowe ( niby wszyscy równi ale domy wieloosobowe były dla mniej zamożnych beginek i nowicjuszek ). Kiedy zamożna kobieta albo zamożny mężczyzna zostali przyjęci do wspólnoty mogli  wynająć  lub kupić jeden ze wspólnotowych domów. Po ich śmierci dom ponownie stawał się własnością  beginatu. W każdym begijnhofie znajdował się  mały kościółek lub kaplica. W Brugii begijnhofkerk  jest poświęcony Świętej Elżbiecie Węgierskiej. Najstarsza, wczesnogotycka budowla kościelna w tym miejscu w 1245 roku, kiedy hrabina Flandrii,  Małgorzata II z Konstantynopola kazała przenieść nieczynną kaplicę wicehrabiego Burgii do niedawno założonego begijnhofu.
 
No i przeniesiono dosłownie,  oprócz wyposażenia  w miarę możliwości ponownie wykorzystano również materiały budowlane. W styczniu 1584 roku, za czasów administracji kalwińskiej w Brugii, budynek kościelny, który pełnił wówczas funkcję magazynu zboża i słomy został strawiony przez  pożar. Uniknął szczęśliwie całkowitego zniszczenia i już od 1587 roku mógł być ponownie używany. Całkowita renowacja trwała kilkadziesiąt lat i została zakończona w latach 1604-1609. Wnętrze, które zostało wzbogacone dziełami sztuki w ciągu XVII i XVIII wieku, jest typowo barokowe. Na mła zrobił sympatyczne wrażenie  bowiem śpiewały w nim dwie siostrzyczki zakonne, jedna staruszka a druga młodsza, czarnoskóra. Obie radośnie  fałszowały, kościół lekko pachniał pleśnią, tak jakoś naturalnie i z lekka omszało było. W wielu wspólnotach znajdowały się budynki szpitalne, w pobliżu szpitala lokowano często dom matki przełożonej.  Beginaż otoczony był murem, w którym znajdowała się jedna lub więcej bram, łączące beginaż z miastem. Do głównego bramy wejściowej brugijskiego bejginhofu można dotrzeć przez kamienny most z trzema łukami, który nosi cud nazwę - Wijngaardbrug. W niszy nad wejściem można zobaczyć figurę św. Elżbiety Węgierskiej, patronki wielu beginaży.  Brama wjazdowa jest stosunkowo nowa, została zbudowana w 1776 roku przez znanego W Brugii i okolicy  mistrza murarskiego Hendrika Bultyncka w stylu modnego klasycyzmu. Druga brama zapewnia dostęp przez most Sasbrug do  czegóś zwanego Sashuis, co mła tłumaczy sobie jako przedbramie ( na pierwszej fotce poniżej ). W beginażach znajdowały się zwykle takie miejsca jak: izolatka dla zakaźnie chorych, stajnia, kurnik, browar, ogrody i łąki W brugijskim jest winnica powierzona opiece świętego Aleksego z Edessy.
 
 
Begijnhof  w Brugii powstał pod patronatem hrabiny Flandrii Małgorzaty II z Konstantynopola. Jeszcze przed 1240 rokiem społeczność pobożnych kobiet osiedliła się w miejscu zwanym de Wi(j)ngaard na południu miasta. Ta nazwa oznaczała ponoć z lekka bagniste łąki. Pierwszymi beginkami były, podobnie jak w innych miejscach, dziewczęta o skromnym pochodzeniu, wspólnota której  źródłem utrzymania było sukiennictwo. Wytwarzanie sukna wymagało dużej ilości wody, więc osiedlono się blisko cieku wodnego. Beginki z Brugii otrzymały wsparcie kaznodziejów, którzy osiedlali się w Brugii od 1235 roku. Działali oni mocno u władz kościelnych i świeckich  na rzecz uznania begijnhofu za odrębną parafię, co pozwoliłoby wspólnocie na niezależność. W 1245 roku ich starania zostały uwienczone powodzeniem i uznano begijnhof za samodzielną parafię. W 1299 roku przeszedł pod bezpośrednią władzę króla Francji Filipa Pięknego i otrzymał tytuł Béguinage Princier czyli Beginaża Książęcego, pod którą to nazwą znany jest do dziś. Kolejni hrabiowie Flandrii i książęta Burgundii podtrzymali ten przywilej. Od 1300 roku begijnhof rządził się regułą ostateczną, ustanowioną na podstawie kilku następujących po sobie reguł prowizorycznych. Okres prześladowań ( lata 1311-1318 ) utrudnił życie beginkom ale bez przesadyzmu, miały możnych patronów. W XIV i XV wieku begijnhof brugijski przeżywał swoje złote lata.  Kościół parafialny obsługiwał proboszcz i siedmiu kapelanów. W ambulatorium i  szpitalu beginki opiekowały się chorymi współobywatelami, ciesząc się bardzo dobrą opinią. Kres temu złotemu wiekowi położyła reformacja i niepokoje religijne. Podobnie jak  klasztory, beginjnhof przeżywał ciężkie chwile w latach Republiki Kalwińskiej ( 1578-1584 ). Co prawda beginki nie  zostały zmuszone do ucieczki, jak  zakony, ale ingerowano mocno w ich prawa majątkowe, choćby przez zamianę budynku ich kościoła na magazyn siana i zbóż.
 
W XVII wieku było już lepiej,  wspierane przez władze kościelne, w tym arcybiskupa Mechelen Jana Hauchunisa, beginki ponownie doprowadziły  to miejsce do rozkwitu. Nie było tak jak za dawnych , dobrych czasów, kiedy Brugia była jednym z najbogatszych miast Europy, ale było nieźle.  Wspólnota w  Brugii skupiła się całkowicie na życiu kontemplacyjnym. W rezultacie takiego podejścia   że ora cóś ważniejsze  niż labora do begijnhofu przybywało coraz więcej dziewcząt z zamożnych rodzin, które miały własne środki do życia. Begijnhof nabrał więc z lekka arystokratycznego wdzięku. Domy wokół dziedzińca zostały gruntownie wyremontowane lub wybudowane na nowo. Gmina weszła również w posiadanie wielu majątków. W XVIII wieku beginek nie dotknęła kasata klasztorów, którą cesarz Józef II Habsburg leczył bolączki państwa, wszak one nie do końca były  zakonem. Beginki udostępniły część swoich domów zakonnicom, które zostały bez klasztorów, odbyło sie to bez sprzeciwu ze strony rządu. W 1796 roku po ustanowieniu Republiki Francuskiej begijnhof nagle okazał  się być własnością rządu. Beginki miały wybór między wywłaszczeniem i wydaleniem lub włączeniem ich  majątku do sieci "mieszczańskich przytułków" administrowanych przez gminę, przy jednoczesnym zachowaniu wspólnoty  jako usługodawców dla opieki nad osobami starszymi organizowanej na tym terenie. Beginat wybrał rzecz jasna drugą opcję. Następne stulecie nie sprzyjało wspólnocie. Przez cały okres rządów francuskich, a także czas kiedy te ziemie należały  do Zjednoczonego Królestwa Niderlandów a potem przez pierwsze lata Królestwa Belgii, beginkom co prawda  pozwolono dalej mieszkać w begijnhofie, ale nie było mowy, nawet gdy katolicy rządzili zarówno państwem, jak i miastem, o ponownym przeniesieniu własności na wspólnotę.
 
Przy minimalnych dochodach i malejącej liczbie członkiń nadal jednak beginat funkcjonował. W XX wieku społeczność skurczyła się do zaledwie kilku starszych beginek. Ich wielką panną była Geneviève de Limon Triest, członkini szlacheckiej rodziny Ghent i córka Esquire Alfreda de Limon Triest . Wraz z proboszczem Begijnhofkerk kanonikiem Rodolphem Hoornaertem i Domem Gasparem Lefébvre wielka panna pracowała nad utworzeniem bardziej współczesnej wspólnoty monastycznej, która mogłaby ponownie być atrakcyjna dla młodych dziewcząt. Wymyślono  Córki Kościoła, wielka panna  Geneviève de Limon Triest została pierwszą przeoryszą tego zgromadzenia w roku 1927.  Wiele domów przekształcono w pomieszczenia klasztorne, rozbudowano by  można było wynajmować je na rekolekcje i spotkania duchowe. Liczne domy w tzw. dolnej części, która opustoszała, po renowacji wynajmowano samotnym damom. W 1974 roku własność całego obszaru została przekazana miastu Brugia, bowiem mogło zapewnić solidniejsze finansowanie prac konserwatorskich prawie 800 letniego założenia. W roku 1998 begijnhof książęcy Ten Wijngaerde, jedyny zachowany beginaż w Brugii, został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

sobota, 24 grudnia 2022

Najświąteczniejszego żłóbkowego i wogle!

Kochani, mła zaganiana ale Małgoś zadowolniona i co najważniejsze utrzymana w należytym stanie, ku zdziwieniu niektórych mendycznych, wg. których powinna zejść z tego świata z początkiem listopada najpóźniej bo tak jest w mundrych książkach napisane. Na szczęście czasem medycyna bywa  bezsilna. Mła nie  będzie komentować tego  bo sił nie ma i nie chce się denerwować. W związku z przygotowaniami "ostatnich świąt" Małgoś, z paczkami mła nie zdążyła. Nawet Dżizaas mieszkająca niedaleko mła dostanie swoje prezenty po śniętach. No nie ma lekko. Mła postara się cóś dla Was do czytania podróżniczego napisać  na śnięta, w XIX wieku książki podróżnicze  były mile  widziane pod chujinkami. Życzę  Wam Czytacze i Waszym Rodzinom i Waszym Stworzeniom wszystkiego naj, naj. No i w ogóle abyśmy zdrowi byli i nie przeżarli się w śnięta. Na wszystkie komenty odpowiem jak tylko znajdę chwilkę na to pisania blogowe, na razie mam bulgotanie w kociołku i muszę lecieć. 

poniedziałek, 19 grudnia 2022

Crazy crisis czyli o szaleńtwach świata w przedświątecznej prasóweczce


Mła ma lekko odpuszczone i troszki wincyj czasu to sobie poczytała nieco info, coby wiedzieć na jakim świecie żyje. Trochę jej to zajęło bo wraz z rozwojem społeczeństwa informatycznego coraz mniej rzetelnych informacji w obiegu. Ponoć wszystko przez biednego Roniego Reagana, któren powołał niewłaściwy skład Sądu Najwyższego a ten ustalił że dziennikarze to w zasadzie nie muszą zachowywać zasady obiektywizmu podając info. I dlatego 40 lat później zamiast informacji  często gęsto czytamy cudze  opinie o tym co tyż się wydarzyło. Biedny Ronie, to druga wtopa po tej czepionkowej. Mła różności wyczytała, najbardziej ją zmartwiły info z Budapesztu bo nasze kretynozy zarzundowe zawsze chciały mieć Budapeszt w Warszawie. Mła jest temu przeciwna ze względów zasadniczych. Mimo włażenia Wujkowi Wowie bez mydełka i tanizny paliwowej Węgry mają inflację wyższą od nas, sporo wyższą bo to ponad 22%. Na Wujka Wowę zwalić się nie da choć Baron Cygański cóś tam zaczął dulczyć. O socjalizm dobólny raczej zarzund węgierski trudno oskarżyć, oni parę lat temu wprowadzili tzw. zapis niewolniczy, znaczy zlikwidowali prawie prawo pracy, żeby przypodobać się niemieckimi koncernom motoryzacyjnym.

No wicie rozumicie, nie jedź z to produkcjo do Chin, Węgry so bliżej. Jednakaże, jak się tak głębiej zastanowić to ograniczanie praw pracowniczych jest charakterystyczne dla realnego socjalizmu. Taa... i to zamrożenie cen. No reglamentację produktów rozumiem, to się zdarza w każdym typie gospodarki ale walka ze spekulacją poprzez gwarantowane przez rząd ceny produktów? Rany. Chodzą ploty że Baron Cygański chce przejąć zagraniczne sieci handlowe i wypchnąć je z Węgier. Hym... one same wylezą, tylko czy będzie co jeszcze po nich przejmować? Teraz bratanki majo jakby kłopot, z ich zarzundu padły nawet takie słowa - "Deficyt produktów jest spowodowany nadmiernymi zakupami węgierskich klientów". Mój boszsz... co za niewdzięczny naród, żre niepatriotycznie bez opamiętania. Obrodziło geniuszami ekonomicznymi na południe od nas, jak nie Baron Cygański to ten Półsułtan, który tak działa jakby zamierzał zrobić w kraju Orientu Najbliższego inflację rzędu 1000 i 1%. Nasze ludzie się cieszą, wspominki wypraw handlowych na Węgry i tych późniejszych do Turcji w narodzie odżywają. Co prawda pojawiają się ponoć na Węgrzech niepokojące pomysły żeby zamiast cen zamrozić Barona Cygańskiego, ale może jeszcze zdążymy sobie pojeździć. Mła naprawdę ma problema żeby zjawisko zrozumieć, za cenę bycia kolabo mieli uzyskać spokój gospodarczy. No i są kolabo i mają biedę? 


Te zachodnie innostrańce to kryzys po całości mogo zwalić na Wujka Wowę, z ulgą ichnie zarzundy przyjęły słówko wojna do planów budżetów.  Kochana wojna, jak ładnie przykryła to wywalanie kasy i zwyczajne złodziejstwo ery covida złego. Niektóre ludzie prominentne  już się co prawda przestawiły na złodziejstwo wojenne ale jeszcze takie nieduże jakby, bo ten kryzys i ludzie jakby znerwowane. Jeszcze fikną zarzundom albo co. Włochy się obraziły, na razie na bank nasz główny europejski ale tak naprawdę to Włochy obrażone są na Niemcy że wiszą ich bankom kasę. Będzie się działo. Tym bardziej że na Niemcy to właściwie obrażeni są wszyscy, z tym że za różne sprawy. Na wschodzie kontynentu tyż kłótliwie ale nie po tych liniach co my się przyzwyczaili.  Podobno Donieckie pokłóciły się z Rosjanami. Mła nie dowierza ale to jest druga wiadomość z przeglądu, którą mła znalazła w ciągu minionego miesiąca i słyszała z pantofla że Donieckie i Ługańskie się wkurzyły za taktykę spalonej ziemi, tym razem nie na Ukraińców. Tego też nie rozumiem bo Rosjanie nie  bombardują terenów  Ługandy i Dombabwe. Jak nie wiadomo o co chodzi to pewnie o piniądze. Z łobowiązku zapodaję ale o prawdziwość tych info mła nie pytajcie, to mogą być tylko opinie o wydarzeniach. Na wschodzie to teraz nagminne.

Wujek Wowa ponoć jedzie do Ciepłego Człowieka. Na zdjęciu ilustracyjnym miał czarny krawat w białe kropeczki, szczegółów przyjęcia nie omawiano, zadowolono się tradycyjnym straszeniem eskalacją. Za to administracja  Śpiącego Joe przecieka, tematy te same co zawsze  -  Ukraina do boju, huzaaar! Ukraina przyjmuje to ze stoickim spokojem jako niezbędny dodatek do broni za którą amerykański podatnik płaci amerykańskim koncernom zatrudniającym amerykańskich podatników płacących amerykańskiemu fiskusowi, który płaci podatkami amerykańskich podatników amerykańskim koncernom za broń dla Ukrainy. Wojna zapowiada się na długą. W UK nie mają  dużych zakładów zbrojeniowych i podwykonawców, dlatego zamiast z kolędą chodzą ze strajkiem. O ile kłopoty Węgier są u  nas nagłaśniane na zasadzie a  dobrze tak tym kolabo o tyle o tym co się dzieje w Windsorlandzie cisza. A mła tak sobie myśli że niedługo  łatwiej będzie wymienić kto jeszcze na wyspach nie strajkował niż tych którzy strajkowali bądź strajkują. Tu się wszystko naraz posypało, pocovidostwo, posocjalstwo, pobrexitostwo ( UK jako jedyny kraj z anglosfery ma problem z samodzielnością gospodarczą pozwalającą utrzymać życie mieszkańców na dotychczasowym poziomie ). A teraz przechodzimy do Gwiazdora - Elon działa a wszyscy zastanawiają się po co w ten a nie inny sposób. No cóż, dla piniądzów, których  przypływu wszystkim na te święta życzę. Ho, ho, ho!
 

niedziela, 18 grudnia 2022

Codziennik - "radości" minionego tygodnia

Ten tydzień nie należał do najłatwiejszych. Co prawda Sławencjusz wrócił ze szpitala z nowymi lekami i lepszym samopoczuciem, za to Małgoś się staranie rozłożyła bo jej syn odebrał wnuczka z przedszkola. Zawsze wiedziałam że dzieci to zaraza ale Kubusia nie podejrzewałam. A tymczasem  Małgoś miała zapodanego najnowszego wirusa dziecięcego, i dostała leki  z antybiotykiem osłonowym włącznie. Obecnie już mówi, na ogół same  brzydkie rzeczy o mła i katowaniu jedzeniem. Mła załatwia sprawę krótko, zdawało się Małgoś a w ogóle to ma rozmiękczenie mózgu. Małgoś na to mła  że rozmiękczenie to  ma nasz komendant  główny policji a Małgoś to ma co najwyżej lekką niedyspozycję mentalną. No nie wiem czy to krzywienie się , machanie łapkami i usiłowania ryczenia niemym gardziołkiem to jest lekka niedyspozycja, dla mła to wyraźnie mózg miękki jak  niedogotowane jajko. Jak widzicie nie było pierniczenia bo Małgoś leczona, młą nieco zajechana i wogle się działo. Na ten przykład sąsiad Maciuś wrócił był z pracowej wigilii o drugiej nad ranem  i zaliczył glebę przed wejściem. Dobrze że mła kole drugiej  w nocy ostatnio na nogach bo ten dureń by zamarzł.  Mła jak zobaczyła  zwłoki leżące przed domem, to czym prędzej wybiegła na to  - 11 i zbierała idiotę z dużym trudem, bo jemu się wydawało że mła chce  go wyrzucić z tramwaju. Tak mła wkurzył że udałam się po parasol i moim starym sposobem przećwiczonym na dużych  facetach z zaburzoną świadomością, zapędziłam do kojca, znaczy na korytarz. A potem zaczęły się schody, dosłownie. Tak w połowie drogi przyszło mła do głowy żeby się zorientować  czy Maciejuchna  ma  klucze przy tyłku, oczywiście nie miał i twierdził że współpracownicy mu  ukradli, ponoć z zazdrości o mniłość kotki do jego osoby. 

Potem niepokój nim targał czy aby kotka Czarnuszka nie głoduje i czy nie trzeba  natentychmiast wzywać ślusarza albo straż pożarną, coby drzwi  wystawiła . Na wszelki wypadek odebrałam komórkę grożąc parasolem i na kopach wciągałam dalej. Pod drzwiami jego mieszkania, w korytarzyku, który jest ciepły, pościeliłam psie kocyki, ułożyłam, pozwoliłam sobie przyjąć wyznanie że jestem najukochańszym administratorem  nieruchomości, przypierniczyłam  parasolem bo mną nosiło i Maciuś zachrapał. Rano było mu głupio jak cholera i dobrze. Małe  elfy zrobiły odśnieżanie  po całości za mła i wylizały schody. Ot, nieoczekiwane obowiązki administracyjne mła w nocy dopadajo i nerwujo. Dla mła niby to nic nowego, w końcu jest zaprawiona w bojach od czasu kiedy jeden z jej lokatorów przeczytał na monitorze kompa że powinien udać  się do admina w celu  przywrócenia czegóś tam z systemu. Mła nie przepuściła Maćkowi, odbyła rozmowę z nieodpowiedzialnym opiekunem kota, który to opiekun jak się okazało klucz od mieszkania miał przezornie schowany w skarpetce. Ulałam się Ciotce Elce, która czym prędzej chciała pożyczyć parasol, bowiem Włodzimierz coś tam bredził o pracowym opłatku. Ku jej rozczarowaniu wrócił bez promili i cały zdziwiony był tym że oczekiwała go w progu z parasolem. Zapodał info że nie śnieży i z tą zadymką to przesada. I jedno szczęście bo jego kolega Snuj się był urżnął z okazji świątecznej   i Włodzimierz jako jedyny trzeźwy na  pracowej fieście musiał go do domu zaholować. Włodzimierz rozmówkę później ze mła prowadził na temat złego humoru Ciotki Elki,  objawiającego się chodem sztywnym  jak u Jaruzelskiego i jadem z ust spływającym jak u Urbana Jerzego. Cóż, mła nie wyjaśniała sprawy ciotczynych oczekiwań i parasola, pomyślała sobie tylko że Włodzimierz ma troszki racji, kiedy mawia że Elunia jest z tych wybrednych, które ciężko byle czym zadowolić.

czwartek, 15 grudnia 2022

Jak szuria staje się mainstreamem

Powolutku choć wcale nie po cichutku do mainstreamu przedostaje się prawda o obeszczeniach covidowych. Już nie ma opowiastek że to Wujek Wowa stoi za straszliwymi antyczepionkowcami, bo widać coraz wyraźniej  że propaganda Wujka Wowy tylko korzystała z okazji, jaką stworzyła jej głupota, chciwość i zacietrzewienie ideolo wśród zarzundzających masami. Wujek Wowa robił za skutek a nie za przyczynę. Mocno przeżywają Niemce, tam podskórnie zaczyna bulgotać i mainstream niemieckiego  info nasiąka  realem.  Znaczy przez osmozę nasącza się tym wszystkim przez  niemiecki zarzund niechcianym, wyłazi ten kretynizm  obeszczeń po całości i zarzund Niemiec zalicza właśnie trójcę nieświętą porażek politycznych - dali doopska w sprawie zarazy, pomogli wywołać wojnę i za rogiem widać już krach tzw. polityki klimatycznej. Zarzund niemiecki udaje że nie widzi, kanclerz bredzi, służby usiłują ratować sytuację Heinrichem którymś tam, bez powodzenia zresztą. A tymczasem na Deutche Welle - "Zagadkowo wysoka liczba zgonów. W tym roku Niemcy mają do czynienia z wysoką nadumieralnością. W październiku zmarło aż o 19 proc. więcej osób niż w poprzednich latach. Zdaniem ekspertów nie da się tego wytłumaczyć samym koronawirusem." Taa... Krótkopamiętliwym przypominam że w zeszłym roku szalała srandemia z którą zarzundy walczyły z całych sił wciskając ludziom zdziwne preparaty za pomocą źle maskowanej przemocy instytucjonalnej. No a teraz to larum grają bo ubezpieczyciele niemieccy raban robią  w sprawach zgonów, które są tak duże że srandemia to jakiś pryszczyk. Tak, tak, w październiku tego roku zmarło o prawie 1/5 Niemców więcej, niż w tym miesiącu  podczas lat srandemii,  w której zresztą Niemcy nie mieli jakiegoś specjalnego wychylenia statystycznego jeśli chodzi o umieralność. Smród  z Niemiec idzie w Europę, więc mła przypuszcza  że dla odwrócenia uwagi od niektórych członków KE poświęca się pomniejszą łapówkobierczynię z PE.

Ponieważ u nas o koronawirusowych sprawach tak ostatnio półgębkiem i tylko z okazji dopuszczenia berbeluchy dla dzieci czy napadu zakoronawirusowanego Rosattiego na  nasz parlament, któremu to napadowi pewnie większość rodaków kibicuje, to mła Wam troszki napisze co u somsiadów. "Według Instytutu Roberta Kocha w październiku w Niemczech zmarły z powodu infekcji koronawirusem łącznie 4334 osoby, znacznie więcej niż w poprzednich latach ( 2021: 2493 osoby; 2020: 1482 ). Również latem, gdy też występowała nadmierna umieralność, w tym roku zmarło na koronę znacznie więcej osób niż w latach poprzednich."  Taa... lato to taki typowy sezon grypowy w naszej szerokości geograficznej. Tego zjawiska  nie mogą wyjaśnić, jak na razie, nawet eksperci. He, he, he, nie ma to  jak eksperckość  grantowa. "W internecie zaczynają krążyć teorie spiskowe, że powodem były szczepionki na koronawirusa. Tymczasem eksperci twierdzą, że za wcześnie jeszcze na ostateczne stwierdzenia".  Uwaga, za wcześnie na ostateczne stwierdzenia. Nie że łyżka na to niemożliwe. W końcu społeczeństwo wyczepione  po kokardę nie powinno schodzić w ilości większej niż podczas srandemii, zwłaszcza z powodu wrażego koronawirusa. 

No to jedziemy dalej - "Jednak sam wzrost liczby zgonów z powodu koronawirusa nie wystarczy, aby wyjaśnić ogólnie wysoką liczbę za październik. ( ... ).  To, co widzimy, to dwa wydarzenia zbiegające się w czasie: z jednej strony zgony koronawirusowe, które nasiliły się wczesną jesienią. Z drugiej strony infekcje układu oddechowego, które również gwałtownie wzrosły". To Jonas Schoeley z Instytutu Maxa Plancka. Dalej jest jeszcze ciekawiej "To, co widzimy teraz coraz częściej, to fakt, że inne miesiące również mają wysoką śmiertelność"  - to Sebastian Kluesener z Federalnego Instytutu Badań Ludnościowych ( BiB ).  "Lato jest dla mnie bardziej niejasne niż to, co stało się w październiku" to znów  Jonas Schoeley, po czym słodko pituli  że część z tych zgonów można wyjaśnić falami upałów. Realy?  Pewnie to co się dzieje teraz wyjaśnią falami mrozu. To jednakże nie wystarczy. "Możliwe, że wyraźniej widzimy pośrednie skutki pandemii. Chodzi m.in. o przeciążony system opieki zdrowotnej w wyniku stresującego okresu pandemii." Za wszelką cenę  któś tu stara się unikać takiego pojęcia  jak dług zdrowotny, w kraju namiętnie wprowadzanych  lockdownów  i wiecznie noszonych maseczek to przeca brzydkie słowa. "Jonas Schoeley uważa jednak, że korelacja między szczepionką na koronawirusa a nadmierną śmiertelnością jest prawie niemożliwa. - Jako naukowiec chcę mieć otwarte wszystkie możliwości, ale po prostu nie widzę związku - mówi. Gdyby szczepionki prowadziły do zwiększonej liczby zgonów, to już dawno zostałoby to udowodnione w badaniach medycznych i epidemiologicznych." To mła rozśmieszyło, czepionka została wprowadzona w grudniu roku 2020, od kiedy to ledwie po dwóch latach masowych czepień, dających zresztą największy w historii medycyny odsetek powikłań i nieskutecznych, co  widać po danych dotyczących zgonów, można twierdzić że,  to Panie tego, jakby cóś było to już by dawniej wyszło? Raczej nie można  bo czepionki się bada latami ale mła cóś tak czuje że przede wszystkim trza wszystko co  o czepionkach nieciekawego już wiemy starannie ignorować bo Bayer i spółka jeszcze Instytutowi Maxa Plancka granty cofną. 

Mimo tych słodyczastych zapewnień  że  chyba jednak nie czepionka, że chyba jednak nie dług zdrowotny, że upały straszne były i wogle, należy odnotować że dane statystyczne są w Reichu takie że nie da się dłużej o nich nie pisać, nie mówić i udawać że wszystko jest OK. Nie jest i do społeczeństwa niemieckiego to dociera, więc mainstream informacyjny musiał się tym zająć bo jeszcze troszki takiego ignorowania tematu a przestałby być mainstreamem. Tym bardziej  że zza Wielkiej Wody płyną ze strony przedstawicieli  Big Pharmy  takie słowa że można  by je spoko w niektóre szurnięte usteczka włożyć, które drzewiej mówiły że my cóś słabo znamy długofalowe skutki czepień i  jakby nie do końca widzimy zależności które mogą spowodować taką  a nie inną reakcję na wstrzykniętą substancję. Szurnięta mła, która ma mózg jak płaskoziemiec, przesadza? No to sobie poczytajcie co o zbyt licznych przypadkach uszkodzenia  mięśnia serca pisze doktor Paul Burton, główny lekarz firmy Moderna - "Nie mamy jeszcze konkretnej odpowiedzi na pytanie o to, co wywołuje taki stan u niektórych osób. Możliwe, że za stan zapalny odpowiada białko kolczaste wirusa wytworzone w komórce po szczepieniu. Nie rozumiemy jednak jeszcze tego mechanizmu, dlatego trwają badania." No tak, doktor Burton, szurostwo zalęgło się nawet w Big Pharmie. Zgroza. A tak by było spoko gdyby władze Bergamo pozwoliły na normalne pochówki a nie trzymały zmarłych tak długo w chłodniach, że trzeba  było wywozić później te zwłoki ciężarówkami. Ciężarówki z Bergamo to nie groza pandemii, to  groza głupoty władz, które pozwoliły na takie bordello, następstwem którego mieliśmy  mendiami napędzaną panikę. Większości problemów z tym nowym wirusem by nie było, ot ostrzejsza  choroba grypopodobna, która raz na parędziesiąt lat  kosi ludzi w sezonie przeziębieniowym.