Łobśnieżyło, przywiało, przyzimowało - nie w porę, złośliwie i "żeby dobić". Tak odczuwam ten przyłażący ze wschodu atak zimy. W domu stoją ciemierniki, których z powodu ich handlowego podpędzenia nie ma co wystawiać na mróz. Pod śniegiem znalazły się świeżo zakwitłe przebiśniegi i pierwsze kwiaty krokusów botanicznych. Wiatr duje, łeb pęka, śnieg sypie, mróz chwyta. I to ma być, kuźwa, przedwiośnie?! O ile byłam w miarę tolerancyjna w stosunku do ataku zimy pod koniec lutego o tyle stwierdzam że cóś się we mnie łamie, kiedy solidnie śnieży i mrozi w marcu. Myśl się we mnie zalęga brzydka o wyprowadzce z miasta Odzi w cieplejsze rejony ( znacznie cieplejsze ), hen, do kraju gdzie cytryna dojrzewa. Jedynie koszty przeprowadzki i okrojona mocno możliwość utrzymania się i nie tylko się na niezbyt bogatym południu kontynentu powstrzymuje człowieka przed wzięciem udziału w konkursie i zakupem domiszcza za jednego eurosa, gdzieś tam na zapadłej Sardynii czy w innej części cieplejszej Europy. Real skrzeczy że żyć z czegoś trzeba, kierunki pracowe klimatycznie tyż mało ciekawe i jedyne co mi pozostaje to powściekać się na ten przedwiośniany śnieg z mrozem, zacisnąć zęby i liczyć dni do wyjazdu nad portugalski Ołszyn.
Wiem niby że ten stan rzeczy długo nie potrwa ale wkurza mnie kiedy po ciężkim tygodniu jestem skazana na przebywanie w chałupie i uprzątanie mandżura. A wcale nie chce mi się! Chce mi się do ogrodu, do babrania w ziemi, do przycinania paciorów a zamiast tego to sobie mogę podwórko odśnieżyć. Do doopy jest tegoroczna zima, wszystko w niej nie tak - grudzień ciepławy i wilgotnie listopadowy, styczeń bezpłciowy, luty mroźny pod koniec a nie prawilno na początku, marzec rozhuśtany ponad miarę. Nie podoba mi się taka "poprzestawiana" zima, wołałabym mroźniejszy grudzień i styczeń niż mrożenie pod koniec zimy. Niestety jedyne co mogę zrobić to ulać nieco jadu pod adresem Wielkiego Pogodowego na blogu i tyle. Na szczęście w nieszczęściu nie czuję się wyalienowana, koty są wyraźnie wkurzone na powrót śniegu i mrozu. Przyzwyczaiły się już do cieplejszych dni ( czytaj do przyjmowania i odbywania wizyt u kociego sąsiedztwa ). Były już przeprowadzone pierwsze polowania ( dwie obudzone myszy i hym... to był chyba szczur ), wspólne wyjścia całonocne ( Felicjan i lubieżna Okularia ), stoczono pierwsze potyczki ( Lalek vs Epuzer ). No a teraz trzeba siedzieć w domu i tyłki na kaloryferach grzać. A tak już było wiosennie! Nie ma co, pozostaje przeczekać zjawisko.
piątek, 16 marca 2018
niedziela, 11 marca 2018
Ciemierniki - ciężki epizod zakupowy
Wraz z ociepleniem pojawia się wpis na wpół ogrodowy. Wpół bo rośliny jeszcze doma ale żadna z nich domowizna, rzetelne ogrodowce nabyłam drogą kupna. Odwiedziwszy przy okazji kocich zakupów ( karma ) znajdującego się w pobliżu kociego zakupowiska Leroja. No a tam w dziale ogrodowym ciemiernicze szaleństwo. Ciemierników niby u mnie dostatek ale widok kwitnących już roślin zrobił swoje, pozwoliłam się skusić demonowi handlu i to w wigilię pierwszej niedzieli bez handlu ( niby bo "oni" wyprodukowali bubla prawnego jak to majo w zwyczaju ). Ciemierniki nówki są z serii 'Double Ellen' , której przedstawiciele rosną już sobie gromadnie na Ciemiernikowszczyźnie. Nowo nabyte sadzone będą jednak w innym miejscu, na Ciemiernikowszczyźnie 2 czyli półcienistej rabacie budowanej na części byłego Landryna. Majo tam robić za ciemiernicze rarytety, bo większość ciemierników które planuję w tym miejscu posadzić to rośliny o kwiatach z pojedynczym okółkiem płatków. Przyznam że przy zakupach doszło do pewnego rozbestwienia, no ale czułam się ostatnio poszkodowana bo czytałam o zakupach różnistych na inszych blogach i moja dusza zakupoholika ucierpiawszy nieco. Puściłam się po tym dusznym ucierpieniu w te ciemierniki jak ogar w las, wywołując popłoch wśród personelu tzw. ogrodu zewnętrznego. Przytargałam do domu sporo dobra, doniczuszki dwie tytki zajęły a portfel czyli porpona cóś znacznie schudł. Tak się kończy zaleczanie ran po życiu w biegu, bez okazji na ogrodowanie bo brak czasu i pogoda nie sprzyjają.
Namiastkę kosztowną ogrodowania człowiek robi sobie w budowlanym markecie. Roślinki które kupiłam pochodzą z dwóch źródeł, jedno z nich produkuje rośliny w tym cholernym substracie co oznacza otrzepywanie z niego korzonków ( ciemierniki nie przepadają za tym zabiegiem, wolniej się adaptują ), drugie posadzono w porządnej ziemnej mieszance. Śliczne są natomiast wszystkie, sam cud, miód i malina. Oczywiście pomna paskudnego poczucia humoru Wielkiego Pogodowego nie będę sadzić pędzonych przeca roślin w gruncie. Zapowiadane w trzeciej dekadzie marca ochłodzenie rzędu kilkunastu stopni zniechęca mnie skutecznie do takiego działania. Teraz trochę o serii - 'Double Ellen' to ciemierniki mające dobrą odporność na choroby, bardzo żywotne i dobrze kwitnące. Co ważne kwitną też solidnie jednolicie ( 95% podwójnych kwiatów i 70% w pierwszym roku uprawy ). Seria jest chroniona patentem, znaczy tak naprawdę to 'Double Ellen®', jej twórcami są szkółkarze z Holandii Ellen, Peter i Gerda Akerboom ( szkółka a właściwie szkoła Kwekerij de Nachtvlinder w Ter Aar, jakby to kogoś interesowało ). W serii występują prawie wszystkie rodzaje wybarwienia, są czerwienie, różyki, "spotted" czyli kropkowania płatków o różnym nasileniu, "picotee" czyli brzeg płatka w innym kolorze niż cała reszta, pojawiają się już pierwsze ślicznie użyłkowane kwiaty. No jest w czym wybierać.
Namiastkę kosztowną ogrodowania człowiek robi sobie w budowlanym markecie. Roślinki które kupiłam pochodzą z dwóch źródeł, jedno z nich produkuje rośliny w tym cholernym substracie co oznacza otrzepywanie z niego korzonków ( ciemierniki nie przepadają za tym zabiegiem, wolniej się adaptują ), drugie posadzono w porządnej ziemnej mieszance. Śliczne są natomiast wszystkie, sam cud, miód i malina. Oczywiście pomna paskudnego poczucia humoru Wielkiego Pogodowego nie będę sadzić pędzonych przeca roślin w gruncie. Zapowiadane w trzeciej dekadzie marca ochłodzenie rzędu kilkunastu stopni zniechęca mnie skutecznie do takiego działania. Teraz trochę o serii - 'Double Ellen' to ciemierniki mające dobrą odporność na choroby, bardzo żywotne i dobrze kwitnące. Co ważne kwitną też solidnie jednolicie ( 95% podwójnych kwiatów i 70% w pierwszym roku uprawy ). Seria jest chroniona patentem, znaczy tak naprawdę to 'Double Ellen®', jej twórcami są szkółkarze z Holandii Ellen, Peter i Gerda Akerboom ( szkółka a właściwie szkoła Kwekerij de Nachtvlinder w Ter Aar, jakby to kogoś interesowało ). W serii występują prawie wszystkie rodzaje wybarwienia, są czerwienie, różyki, "spotted" czyli kropkowania płatków o różnym nasileniu, "picotee" czyli brzeg płatka w innym kolorze niż cała reszta, pojawiają się już pierwsze ślicznie użyłkowane kwiaty. No jest w czym wybierać.
sobota, 10 marca 2018
Codziennik - weekendowy narzekalnik
Pogoda zrobiła się wiosenna, co prawda zmrożona przyroda wolno się budzi ale odczuwamy tzw. fluidy. Koło mnie niestety kolejna wycinka drzew, pewnie w ramach upiększania miasta przed kolejnym etapem starań o zielone expo. Ja zalatana w biegu rejestruję początki przedwiośnia, szczerze pisząc nie składało się do tej pory tak żebym mogła choć chwilę poświęcić na spokojne oblookanie stanu rzeczy. Boję się snucia planów bo snucie planów cóś mi się ostatnio rozsnuwa. Ale co ja tam narzekam, inni mają prawdziwe problemy - proszę zajrzyjcie Prawdziwy wyścig z czasem . Wszelkie moje narzekania to w porównaniu z taką sprawą są tylko pitoleniem starszej pańci, której real nieraz może i doskwiera ale nie zagraża. Ech, straszny wkurw mnie bierze kiedy czytam ile wokół forsy się marnuje na jakieś bzdetne projekty typu fundacja do wspierania utrwalenia głupich skojarzeń, komisje do wyjaśnienia sprawy pękających parówek czy wywindowane świadczenia "za pracę" kretynów z politycznego nadania ( taa, bo na większość z nich to headshunterzy światowych superkorporacji czyhają z propozycjami finansowymi nie do odrzucenia i państwo konkurować cenowo musi żeby gwiazdy swoich grup zawodowych nam nie umknęły - nawet najbardziej tępy elektorat cóś nie wierzy ). Nie będę dalej pluć jadem bo kóń jaki jest każdy widzi. Spuszczam zasłonę pełnego wzgardy milczenia.
Dobra, coś pogodniejszego bo nie można dopuścić do powstania doła nastrojowego nie do zasypania spowodowanego przez wciskających się z przekazem podprogowym politycznych ( co otworzę neta, co usłyszę radyjo to mną rzuca ta atakująca polityczna pulpa ). Przelazłwszy się nieco po normalnych, ludzkich blogach i widzu że się dzieje - a to kamizelka rdzawa u Ewy ( co prawda nie na Ewie a na większym modelu ) a to cud kolorystyczny pod postacią chusty ( tym razem na wieszaku ), a to kury w Tupajowisku chorzały jako i kozy u Agatka. Ikony są malowane, mebelki i torebusie kupowane, wyczyny piekarniczo - garncarskie odchodzą. No a u mnie nic! Po prostu NIC! Po prawdzie chorzenia żywiny to nie koniecznie ten ... tego ale zakupów wyczynowych czyli łowiectwa, podmalowywań i cośrobień to zazdraszczam. Jeno na nasłuch i naczyt mnie tylko zmęczoną stać ( a pulpa polityczna czyha ). U mnie z cośrobienia mało poważnego czyli mikroroba , to jeno kawa parzona odświętnie w tygielku i ustawianie w wazonie tulipków dzieńkobietowych a poza tym rutyna podlewań siewek, obiadków ekspresowo gotowanych na odwal się, pospiesznych prań i prasowań, tej całej cholernej domowizny którą chętnie zwaliłabym na kogoś innego. Tym bardziej że po zimie mam w domku tzw. mandżur.
Mamelona domowizna tyż przytłacza w związku z czym obie czekamy na rozpoczęcie działań ogrodowych. Może uda się w przyszłym tygodniu doskoczyć z sekatorkiem w co bardziej strategiczne punkty krzakowe ale trzeba by załapać się na dzień bez opadów. Paskudne mrozy z przełomu miesiąca zostawiły brzydkie znamiona na niektórych liściastych zimozielonych, urody ogrodowi to nie dodaje jednak nie zamierzamy się spieszyć z kasacją mrozowych pamiątek. Z niepokojem patrzę na leszczynowe baźki, przed mrozami w mojej okolicy miało się leszczynom na kwitnienie, zaczynały się lekko złocić. Teraz wyglądają jesiennie smętnie, znaczy ich kotki są w kolorze drewna palisandru. Zaczynam się zastanawiać jak to będzie w tym roku z orzechami laskowymi, może być cieniutko. No nie ma co, żadnego zawierzania Wielkiemu Pogodowemu, cóś ma ostatnimi czasy przewrotne poczucie humoru. Prognoza długoterminowa przewiduje straszne spadki temperatur w trzeciej dekadzie miesiąca, to nie jest jeszcze właściwy czas na prawdziwe ogrodowanie. Zatem tylko lekkie przycinania, żadnych grabień wyczynowych, odsłaniania roślin, zero sadzeń i kto wie czy nie ponowna przeprowadzka doniczek do kotłowni ( to się zadoniczkowane napodróżują ). Jak zabawy z zielskiem to tylko z tym domowym, na szczęście przy takim też można odpłynąć, he, he.
Na koniec koty. Wiecie że można robić groźnego baranka? Tak, tak , baranki Sztaflika są ostatnio wykonywane przemocą, z bardzo brzydkimi śpiewami a nawet pultaniem. Sztaflik zapatrzona w Felicjana stacza się po równi pochyłej, usiłuję podejmować środki zaradcze w związku z czym mam podrapki bo francowata kota myśli że jej wszystko wolno. Jako pańcia wielokotna znów wyraźnie sobie nie radzę z co bardziej bezczelnymi i grubszymi członkami bandy. Dobrze że w nadchodzącym tygodniu będzie trochę cieplejszych dni bo do repertuaru kar za złe prowadzenie wprowadzam eksmisję pod chmurkę. W domowych pieleszach a już szczególnie w łóżkowych bambetlach mają prawo przebywać ci którzy nie pokazują mi zębów, nie grożą wściekłym barankiem, nie drapią przy próbach wywalenia ich z wyra i nie pyskują. Powinnam napisać bestiom regulamin porządku domowego ale one nieczytate, ponoć wszystko kapują przez mowę ciała i wąchanie zapachu wydzielin. Mowę ciała już mam opanowaną, znaczy jestem nastroszona , zdaje się że zostało mi jeszcze tylko dosikanie regulaminu do końca ( może podleję co nieco w Alcatrazie, dom ze względów oczywistych odpada ) . Niech kocie małpy wiedzą co im wolno a czego never i pod żadnym pozorem!
A tera dzisiejsze "foty" - Mona Lisa czyli Lisa Gherardini, małżonka Francesco del Giocondo ( stąd La Gioconda ), najdoskonalsza, według Vasariego, realizacja renesansowego mimetyzmu. Autor uznany i wielbiony czyli Leonardo da Vinci. Obraz zrobił się znany za sprawą reprodukcji w drugiej połowie XIX wieku,z czasem znajomość dzieła stała się powszechna. A jak dzieło sztuki jest powszechnie znane to robi się z nim wszystko żeby nie spowszedniało do cna, he, he.
Dobra, coś pogodniejszego bo nie można dopuścić do powstania doła nastrojowego nie do zasypania spowodowanego przez wciskających się z przekazem podprogowym politycznych ( co otworzę neta, co usłyszę radyjo to mną rzuca ta atakująca polityczna pulpa ). Przelazłwszy się nieco po normalnych, ludzkich blogach i widzu że się dzieje - a to kamizelka rdzawa u Ewy ( co prawda nie na Ewie a na większym modelu ) a to cud kolorystyczny pod postacią chusty ( tym razem na wieszaku ), a to kury w Tupajowisku chorzały jako i kozy u Agatka. Ikony są malowane, mebelki i torebusie kupowane, wyczyny piekarniczo - garncarskie odchodzą. No a u mnie nic! Po prostu NIC! Po prawdzie chorzenia żywiny to nie koniecznie ten ... tego ale zakupów wyczynowych czyli łowiectwa, podmalowywań i cośrobień to zazdraszczam. Jeno na nasłuch i naczyt mnie tylko zmęczoną stać ( a pulpa polityczna czyha ). U mnie z cośrobienia mało poważnego czyli mikroroba , to jeno kawa parzona odświętnie w tygielku i ustawianie w wazonie tulipków dzieńkobietowych a poza tym rutyna podlewań siewek, obiadków ekspresowo gotowanych na odwal się, pospiesznych prań i prasowań, tej całej cholernej domowizny którą chętnie zwaliłabym na kogoś innego. Tym bardziej że po zimie mam w domku tzw. mandżur.
Mamelona domowizna tyż przytłacza w związku z czym obie czekamy na rozpoczęcie działań ogrodowych. Może uda się w przyszłym tygodniu doskoczyć z sekatorkiem w co bardziej strategiczne punkty krzakowe ale trzeba by załapać się na dzień bez opadów. Paskudne mrozy z przełomu miesiąca zostawiły brzydkie znamiona na niektórych liściastych zimozielonych, urody ogrodowi to nie dodaje jednak nie zamierzamy się spieszyć z kasacją mrozowych pamiątek. Z niepokojem patrzę na leszczynowe baźki, przed mrozami w mojej okolicy miało się leszczynom na kwitnienie, zaczynały się lekko złocić. Teraz wyglądają jesiennie smętnie, znaczy ich kotki są w kolorze drewna palisandru. Zaczynam się zastanawiać jak to będzie w tym roku z orzechami laskowymi, może być cieniutko. No nie ma co, żadnego zawierzania Wielkiemu Pogodowemu, cóś ma ostatnimi czasy przewrotne poczucie humoru. Prognoza długoterminowa przewiduje straszne spadki temperatur w trzeciej dekadzie miesiąca, to nie jest jeszcze właściwy czas na prawdziwe ogrodowanie. Zatem tylko lekkie przycinania, żadnych grabień wyczynowych, odsłaniania roślin, zero sadzeń i kto wie czy nie ponowna przeprowadzka doniczek do kotłowni ( to się zadoniczkowane napodróżują ). Jak zabawy z zielskiem to tylko z tym domowym, na szczęście przy takim też można odpłynąć, he, he.
Na koniec koty. Wiecie że można robić groźnego baranka? Tak, tak , baranki Sztaflika są ostatnio wykonywane przemocą, z bardzo brzydkimi śpiewami a nawet pultaniem. Sztaflik zapatrzona w Felicjana stacza się po równi pochyłej, usiłuję podejmować środki zaradcze w związku z czym mam podrapki bo francowata kota myśli że jej wszystko wolno. Jako pańcia wielokotna znów wyraźnie sobie nie radzę z co bardziej bezczelnymi i grubszymi członkami bandy. Dobrze że w nadchodzącym tygodniu będzie trochę cieplejszych dni bo do repertuaru kar za złe prowadzenie wprowadzam eksmisję pod chmurkę. W domowych pieleszach a już szczególnie w łóżkowych bambetlach mają prawo przebywać ci którzy nie pokazują mi zębów, nie grożą wściekłym barankiem, nie drapią przy próbach wywalenia ich z wyra i nie pyskują. Powinnam napisać bestiom regulamin porządku domowego ale one nieczytate, ponoć wszystko kapują przez mowę ciała i wąchanie zapachu wydzielin. Mowę ciała już mam opanowaną, znaczy jestem nastroszona , zdaje się że zostało mi jeszcze tylko dosikanie regulaminu do końca ( może podleję co nieco w Alcatrazie, dom ze względów oczywistych odpada ) . Niech kocie małpy wiedzą co im wolno a czego never i pod żadnym pozorem!
A tera dzisiejsze "foty" - Mona Lisa czyli Lisa Gherardini, małżonka Francesco del Giocondo ( stąd La Gioconda ), najdoskonalsza, według Vasariego, realizacja renesansowego mimetyzmu. Autor uznany i wielbiony czyli Leonardo da Vinci. Obraz zrobił się znany za sprawą reprodukcji w drugiej połowie XIX wieku,z czasem znajomość dzieła stała się powszechna. A jak dzieło sztuki jest powszechnie znane to robi się z nim wszystko żeby nie spowszedniało do cna, he, he.
sobota, 3 marca 2018
Przedwiośnie zawieszone i rozmyślania ogólnołódzkie
Cóś ciężko pisać o aktualnościach ogrodowych w marcu kiedy za oknem temperatura osiąga o poranku minus piętnaście. Do najbliższych kwitnień przebiśniegów to ho, ho i jeszcze trochę. Co najwyżej można podlać lekko schowane przed mrozami w kotłowni przyszopne doniczki z roślinami. O cięciach solidnych i przycinaniach lżejszych nawet nie myślę ze względu na tzw. dobro własne. Dzielnie straszę domowe roślinki ale w kółko ich przeca przesadzać nie mogę a do pikowania wysiewek jeszcze daleko więc nawet uprawa zielonego w domu polega na podlewaniu donic, doniczek, doniczuszek i kiwaniu głową z zadziwieniem że oto zielone rośnie mimo tego że Felicjan coraz śmielej podchodzi do szklarenki. Na rozpamiętywanie ogrodowych dni chwały nie mam ochoty ( bo mnie nerw bierze ), przegląd sprzętu ogrodowego uczyniony dawno temu, za bardzo nie ma co oglądać na zielonych stronach bo zima mrozi nawet w necie. Jakby było mało tego bezruchu ogrodowego to progu sezonu zielonego, przedwiosenną porą zastanawiam czy aby nie dokupić jeszcze paliwka do ogrzania chałupy - groza! Zostaje ustrajanie wazonów pędami drzew i krzewów oraz "wyrobem cieplarnianym" ale co to za wiosna? Ersatz, ludzie kochane, ersatz!
Humor psuje mi dodatkowo zarąbista pełnia, co prawda uroczo oświetlająca zmrożony zaokienny świat, ale powodująca wzmożoną aktywność kotów około drugiej nad ranem ( "Bezwzględnie muszę wyjść na pięć minut, wrócić i wyjść ponownie na jeszcze dwie minuty." ). Niedospana jestem przez kocie wyjścia i inne sierściuchowe zabawy. Pokładam się przy jakichś próbach uskuteczniania wiosennych porządków, których potrzeba wali mnie mnie po oczach z kątów i nie tylko z kątów. No nie jest na początku marca mi lepiej niż było w ostatnich dniach lutego, nadal ogólna doopanda i smętne wyczekiwanie na coś co już powinno mieć miejsce ( takie kwitnienie leszczyn na ten przykład ). Przedwiośnie w zawieszeniu, brzydkie zjawisko.
Doczytuję różne i różniste info na temat najnowszego pomysłu naszego magistrata czyli zielonego expo. Niestety, tak jak przypuszczałam nie idzie to wszystko w tym kierunku co powinno. Na wuj jeden centralny park w miejsce parków 3-Maja i Baden-Powella, po cholerę ogrody tematyczne i nowo budowane pawilony w istniejących już dotąd parkach ( taa, zabudować pawilonami trwałymi tę zieleń ), wystarczyło mi zobaczyć dwa projekty renowacji historycznych parków łódzkich żebym zawyła ze zgrozy nad poziomem wykształcenia architektów zieleni. Kuźwa, kur bym nawet nie pozwoliła szczać prowadzać ich autorom! Zero szacunku dla tkanki historycznej i zielonej, brakuje tylko siłki tuż obok zabytkowej fontanny. A jednocześnie nasz magistrat kombinuje jakby tu sprzedawać pod zabudowę tereny przylegające do parków i wchodzące w nie. Kogo oni chcą oszukać?! Czytam, słyszę, widzę że nie tylko ja się zapieniłam z powodu cudownych pomysłów magistrata, po prostu bezczelność rzundzących lokalsów posunęła się ciut za daleczko.
Wim rozumim, w przyszłym roku wybory samorządowe ale nie sądzę żeby magia tzw. wielkich inwestycji zadziałała na wyborców sama z się. Mamy już lotnisko z paroma terminalami i coś około dziesięciu lotami wykonywanymi w tygodniu, olbrzymi dworzec piękny jak z obrazów Giorgio Chirico ( surrealistyczny klimacik olbrzymich , pustych przestrzeni ), teraz budujemy tunel średnicowy przez miasto ( za miastem kolejowe tory dłuuugo i wytrwale remontowane przez nasze dzielne spółki skarbu państwa są jakie są, w najbliższym czasie nic po nich szybciej nie pojedzie ), Nowe Centrum Łodzi w Nieustannym Projekcie ( stare centrum bez prawdziwych, solidnych inwestycji może się posypać ) i zamierzamy budować w naszym zoo Orietarium. Do wszystkiego radośnie zabieramy się od zadka strony.
Odnawiamy kamieniczne elewacje na których osadza się węglowy pył i syf z rur wydechowych bo ogrzewamy ódzkie domy jak ogrzewamy a rozwiązania komunikacyjne mamy jakie mamy, gdzie się da robimy woonerfy bo to tak fajnie wygląda i jest tryndne a potem się dziwimy że "są pewne problemy", wydajemy bez głowy pozwolenia deweloperce i bez głowy zabetonowujemy przestrzeń tak że za jakiś czas , wcale nie tak odległy, wody opadowe uniosą naszą Ódź na falach. Do matołków z UMŁ cóś tam z niezadowolnienia ogólnego pasażerów naszej łódki zdaje się musiało docierać bo ostatnio zaczynają ćwierkać o zmniejszeniu ilości pozwoleń na budowę w co bardziej zielonych częściach miasta, odległych od centrum ( rychło w czas ), o skorygowaniu planów rozwoju urbanistycznego w związku z postępującą depopulacją, o wprowadzeniu zieleni w starych kwartałach miasta ( da się bo sporo kamienic o nieustalonym statusie prawnym, dzięki zarządzaniu nimi przez miasto nadaje się już tylko do wyburzenia ).
Nie biadam jak inni nad wyludnieniem miasta, uważam że wbrew pozorom stajemy przed pewną szansą na poprawę jakości życia w mieście, w którym na stosunkowo małej przestrzeni mieszkało zbyt wielu ludzi. Dobre do życia miasto to nie jest moloch, w każdym olbrzymim mieście na ogół w miarę dobrze rozwiązane jest tylko centrum ( o ile nie jest zapyziałym zabytkiem urbanizacji ), reszta dzielnic to satelity żyjące własnym rytmem, miasta w mieście "z wszystkim własnym" ( w bogatych krajach ) albo slumsy ( niby w krajach biednych ale nie tylko ). W Odzi mamy straszne zadęcie, wielkomiejskość się z nas wylewa drugopokoleniowa i usiłujemy namiętnie "miastować" budując klockowate biurowce i domy mieszkalne z trzydziestometrowymi apartamentami ( tzw. apartament łódzki czytaj mieszkanie wynajęte przez firmę dla pracownika ). W parkach koniecznie plac zabaw dla staruszków ( dzieci u nas coraz mniej i bawią się w centrach handlowych żeby syfu zawartego w powietrzu nie wdychać ) i siłka dla onych seniorów ( nie mam nic przeciwko siłkom tylko nie rozumiem dlaczego ustawia się je tuż przy ruchliwej ulicy, właściwie nie tyle w parkach co na skwerkach ).
No miasto, Panie tego, miasto. Expo zielone zróbmy, sto baniek eurosów jest do wydania "na wszystko" ( nie trzeba będzie pieniędzmi z opłat za wycięcie drzewa kasy magistrackiej wspomagać ). Cóś czuję jak w moim mieście powoli rośnie ruch oporu przeciwko wszelkim "wspaniałym, nowym inwestycjom" , nieinspirowany polityką ogólnokrajową buncik ( jeszcze nie tak wielki że nie do zatrzymania ) przeciwko robieniu przez rzundzących interesów życia kosztem zwykłych mieszczuchów. Dwa razy odzianie zatrzymali planową dewastację terenów zielonych, do trzech razy sztuka. Ciekawe czy nasz magistrat sobie przypomni o tym powiedzonku na rok przed wyborami? No zawsze może być pierwszą lokalną władzą w dużym mieście przeżynającą nie z innopartyjnymi tylko z ruchem miejskim. Znaczy będą innowacyjni i prekursorscy, zdaje się że zawsze chcieli, he, he. Tak przynajmniej zapewniali.
Dzisiejsze foty to Ódź retro. Jak widzicie mamy prawdziwą smogową tradycję, mieliśmy całkiem niezłe zadrzewione aleje, parki ( na rewitalizację Parku Helenowskiego się nie zanosi, zawsze za mało głosów ale być może to jest właściwa droga żeby Helenowski nie zamienił się w zespół restauracyjno - rozrywkowy - taa, to byłby powrót do korzeni bo czymś takim kiedyś był ) i miłe dla oka dworce kolejowe ( za to co zrobiono z dawnym Dworcem Kaliskim pięć lat ciężkich robót co najmniej, bez przedawnienia bo niektórzy z nas muszą to świństwo codziennie oglądać ).
czwartek, 1 marca 2018
Moje domowe paprocie
Paprocie jakoś się tam u mnie trzymają, głównie dlatego że nie stoją na parapetach czyli miejscach przynależnych kotom i że kotom nie smakują. Paprocie owszem, bywają nawiedzane ( "Leżę w tym nefrolepisie, do sznupy mi w zielonym" ), ale nie są obgryzane czy maltretowane w inny sposób. Postanowiłam rozszerzyć uprawę i zapuścić paprociumy w szkle. Taki szklano - vivaryjny sposób uprawy jest dla niektórych gatunków tym najwłaściwszym sposobem. Do tej pory w domu rosły trzy paprocie - wiekowy nefrolepis wyniosły vel nerczyłusk wyniosły Nephrolepis exaltata ( pilnie wymagający odmłodzenia ) i paprotnik sierpowaty Crytomium falcatum, który został zakupiony niby do Alcatrazu ale którego bałam się wsadzić do gruntu przeczytawszy że w naturalnym stanie porasta nie tylko przyjazne paprociom rejony Chin, Korei i Japonii ale i wyspy Polinezji ( taa, Honolulu w Odzi ). Od niedawna uprawiam też pochodzące z cieplejszych stron obu Ameryk flebodium złociste Phlebodium aureum w odmianie 'Blue Star'. Uprawa tej błękitnej paproci idzie mi średnio, może lepiej będzie w cieplejszych porach roku. No a teraz to zaszalawszy, kupiwszy cóś o okropnej nazwie niekropień klinowaty pod którą ukrywa się adiantum klinowate czyli Adiantum raddianum. Trafiła mi się odmiana 'Fragrans' vel 'Fragrantissimum', zdaje się że od gatunku różni się ona liśćmi w barwie jasnej limonki. Pędy są ciemne, niemal czarne. No wali po oczach, że się tak wypiszę. Udało mi się dociec jakie to ma rozmiary ta odmiana w wieku dojrzałym - 'Fragrans' dorasta po dziesięciu latach do wysokości 75 cm i osiąga rozpiętość około 100 cm. Uchodzi za najłatwiejszego w uprawie domowej przedstawiciela gatunku. Hym...pożyjemy, zobaczymy - coś mi się wydaje że u mnie takowych osiągów jeśli chodzi o rozmiar to nie będzie. W każdym razie paprocium idzie od razu do szkiełka. Zero przeciągów, nie ma takich problemów z utrzymaniem wilgotności i jeszcze wygląda w szkiełku ekscytująco egzotycznie. W końcu pochodzi z Indii Zachodnich czyli z wysp "bardzo tropikalnych" pomiędzy obiema Amerykami. Nazwę gatunkową ( raddianum ) roślina otrzymała na cześć Giuseppe Raddi, włoskiego botanika żyjącego na przełomie wieków XVIII i XIX.
Prawdziwy egzot ale przy kolejnej paproci przeznaczonej do uprawy w szkle adiantum nie wydaje się aż tak bardzo egzotyczne. Nagółka jarzębolistna Hemionitis arifolia to jest dopiero egzot! Zachodni botanicy poznali tę paproć w szczycie pterydowej gorączki na Wyspach Brytyjskich, opisano ją po raz pierwszy w 1859 roku. Hemionitis arifolia pochodzi z obszaru Azji Południowo-Wschodniej. W naturze jej stanowiska spotyka się w Laosie, Sri Lance, Wietnamie, południowych Chinach i na Tajwanie. Preferuje jeszcze bardziej mokre ciepełko niż ciepłolubne adiantum, natentychmiast idzie do szkła! I nie ma że nie ma bo w tzw. pokojowych warunkach to weźmie i padnie! O ile podsuszone adiantum można przywrócić do życia ( skądś się ta nazwa paproć Łazarza wzięła ) o tyle z nagółką nie jest to taka prosta sprawa - lepiej nie ryzykować. Moja trzecia nowa paproć to paprocium nieznany, znaczy opisana jako paproć mix. Nic o niej nie wiem, frond zidentyfikować nie umiem, pracownicy działu roślinnego w markecie poinformowali mnie tylko niezwykle profesjonalnie że na pewno jest to paproć ( uprzednio przeczytali naklejkę na doniczce ) i tyle.
No a teraz o wykonaniu szklanej paprociarni - miało być pięknie a wyszło jak zawsze. Paprocie okazały się zbyt krowiaste do słojów, mimo tego że one słoje duże. Hym... muszę złożyć wizytę szklarzowi z okazji szkła do biblioteczki udającej serwantkę i szkła na blat stołu, zgadnijcie na jakie jeszcze szklane zamówienie mnie kusi ? No nie ma że nie ma, nabywszy delikutaśne paprociumy więc wypadałoby zapewnić im cóś na kształt większego inspekta ( ciekawe jak szybko zastanę w nim Felicjana? ). Tak sobie tłumaczę tę chęć posiadania domowego inspektu . Nawet wymyśliłam już jak powinno to to wyglądać - takie większe akwarium ale z uchylną szybą i wyższe niż przeciętne akwaria. Rozmiar w sam raz na mebelek niedaleko mojego wyra ( obserwacje czynione na leżąco, rozproszone światło, klasyczny inspektowy wygląd, tak miły dla oka ogrodnika - no są plusiki ). Mogłabym zamszyć, zapaprocić, stworzyć sobie mini las ( znacie mnie , upieprzę brzozowe paciory gdzie się da ). Pomysł wydaje mi się na tyle dobry że na rozruch przeznaczyłam w ciężkim finansowo marcu cóś kole stówy. W kwietniu dozbieram więcej i może uda mi się ruszyć z tym pomysłem, znaczy negocjacje poprowadzę ze szklarzem i zobaczę jak to się finansowo kształtuje. Szklarenki domowe to był hicior XIX wieku, chciałabym odgrzać tradycję! Mamelon przerażona moim pomysłem ale ona ma traumę postakwarystyczną ( znaczy Sławencjusz miał akwaria a Mamelon robiła za oprzątającą i nasadzającą roślinki, wszystkie bzdety techniczne oraz rybiarstwo Sławencjusz zarezerwował dla naczelnego technologa i ichtiologa ). U mła akwarium raczej wykluczone z przyczyn oczywistych, szklarence i słojom koty jak na razie darowują.
Prawdziwy egzot ale przy kolejnej paproci przeznaczonej do uprawy w szkle adiantum nie wydaje się aż tak bardzo egzotyczne. Nagółka jarzębolistna Hemionitis arifolia to jest dopiero egzot! Zachodni botanicy poznali tę paproć w szczycie pterydowej gorączki na Wyspach Brytyjskich, opisano ją po raz pierwszy w 1859 roku. Hemionitis arifolia pochodzi z obszaru Azji Południowo-Wschodniej. W naturze jej stanowiska spotyka się w Laosie, Sri Lance, Wietnamie, południowych Chinach i na Tajwanie. Preferuje jeszcze bardziej mokre ciepełko niż ciepłolubne adiantum, natentychmiast idzie do szkła! I nie ma że nie ma bo w tzw. pokojowych warunkach to weźmie i padnie! O ile podsuszone adiantum można przywrócić do życia ( skądś się ta nazwa paproć Łazarza wzięła ) o tyle z nagółką nie jest to taka prosta sprawa - lepiej nie ryzykować. Moja trzecia nowa paproć to paprocium nieznany, znaczy opisana jako paproć mix. Nic o niej nie wiem, frond zidentyfikować nie umiem, pracownicy działu roślinnego w markecie poinformowali mnie tylko niezwykle profesjonalnie że na pewno jest to paproć ( uprzednio przeczytali naklejkę na doniczce ) i tyle.
No a teraz o wykonaniu szklanej paprociarni - miało być pięknie a wyszło jak zawsze. Paprocie okazały się zbyt krowiaste do słojów, mimo tego że one słoje duże. Hym... muszę złożyć wizytę szklarzowi z okazji szkła do biblioteczki udającej serwantkę i szkła na blat stołu, zgadnijcie na jakie jeszcze szklane zamówienie mnie kusi ? No nie ma że nie ma, nabywszy delikutaśne paprociumy więc wypadałoby zapewnić im cóś na kształt większego inspekta ( ciekawe jak szybko zastanę w nim Felicjana? ). Tak sobie tłumaczę tę chęć posiadania domowego inspektu . Nawet wymyśliłam już jak powinno to to wyglądać - takie większe akwarium ale z uchylną szybą i wyższe niż przeciętne akwaria. Rozmiar w sam raz na mebelek niedaleko mojego wyra ( obserwacje czynione na leżąco, rozproszone światło, klasyczny inspektowy wygląd, tak miły dla oka ogrodnika - no są plusiki ). Mogłabym zamszyć, zapaprocić, stworzyć sobie mini las ( znacie mnie , upieprzę brzozowe paciory gdzie się da ). Pomysł wydaje mi się na tyle dobry że na rozruch przeznaczyłam w ciężkim finansowo marcu cóś kole stówy. W kwietniu dozbieram więcej i może uda mi się ruszyć z tym pomysłem, znaczy negocjacje poprowadzę ze szklarzem i zobaczę jak to się finansowo kształtuje. Szklarenki domowe to był hicior XIX wieku, chciałabym odgrzać tradycję! Mamelon przerażona moim pomysłem ale ona ma traumę postakwarystyczną ( znaczy Sławencjusz miał akwaria a Mamelon robiła za oprzątającą i nasadzającą roślinki, wszystkie bzdety techniczne oraz rybiarstwo Sławencjusz zarezerwował dla naczelnego technologa i ichtiologa ). U mła akwarium raczej wykluczone z przyczyn oczywistych, szklarence i słojom koty jak na razie darowują.
wtorek, 27 lutego 2018
Ogrodowe podsumowanie miesiąca
Za oknem pogoda taka że myśli zamarzają na samą myśl o wyściubieniu nosa a w domu szaleństwo wysiewowe. Szklarenka, słoje, doniczuszki - wszystko obsiane, Panie tego, jak mało którego roku. Pierwsze kiełki już widać, wylazły groszki nieznanej odmiany, co to mają mieć kwiaty w kolorze lawendy. Na wszelki wypadek zachowałam opakowanie nasionkowe coby pyszczyć jakby mi na rabacie się pojawiła jaka czerwień wściekła w groszkowym wydaniu. Posiałam łubin trwały i lwie paszcze, i wszelkie inne odmiany groszków pachnących które chciałam mieć i które były u nas dostępne. Oprócz tego co wysiałam w domu na swoją kolej ( czytaj na nowe doniczki rozkładalne ) czekają nasturcje, malwy i naparstnice. Postanowiłam je wysiać podpędzićje domowo, choć dwuletnie czyli malwy i naparstnice mi nie zakwitną to zrobią się zażyte. Wiadomo zażyta roślina kwitnie lepiej. Do gruntu będę w tym roku siać nagietki, maciejkę i rezedę wonną. No i koper 'Szmaragd', przywabiacz dla motyla zwanego Paziem Królowej. Dużo tego a ja jeszcze cóś nienasycona. A to aminek egipski kusi, a to arcydzięgiel wabi - no tak jakoś mnie w tym roku przynasienniło. Na wysiewie się nie kończy - w dużym słoju podpędzam wietlicę japońską 'Burgundy Lace' i nerecznicę czerwonozawijkową 'Brilliance'. To do Alcatrazu.W kotłowni powoli rozpoczynają wegetację schowane przed mrozami rośliny które stały na przyszopiu. Szczerze pisząc wolałabym żeby te schowane w kotłowni wstrzymały się z tym budzeniem do życia, zaraz po największych mrozach wylatują z powrotem do ogrodu - nie ma domowego zalegania!
O ile wysiewy i podpędzania idą aż miło to insza ogrodowa robota odłogiem leży. Zero przycinań i docinań, aura nie sprzyja a zdrowie szwankuje. Może uda mi się zagnać do cięższej pracy Włodzimierza i kuzyna Tomka, na Pana Andrzejka nie ma co liczyć - wyrabia przedemerytalne "okresy składkowe" coby móc przeżyć w przyszłości za świadczenie. Za dużo forsy na cięższe roboty ogrodowe w tym roku ni ma, w końcu i mnie się też cóś od życia należy ( czytaj Ołszyn, fale i mgliste lasy Sintry ) a to cóś kosztuje. Zrobi się to co się uda zrobić, bez napinania i stresu.
Przeglądam nadal zielone oferty , teraz głównie pod kątem drzew do Alcatrazu ( ciągle nie jest ich tyle co być powinno ). Przyuroczyła mnie brzoza chińska Betula albosinensis w odmianach różnych. Brzózków o białej korze mam sporo, bardziej mną teraz rzuca w korowe różowości i czerwienie. Odmiana brzozy chińskiej 'Pink Champagne' zdaje się będzie u nas do dostania, 'Red Panda', 'China Ruby' jeszcze nie jest "robiona" przez naszych szkółkarzy. Pierwsza z tych odmian nie jest zbyt duża, jak na brzozę osiąga średni rozmiar ( w dobrych warunkach dorasta do 9 m wysokości ). Marzy mi się zespół złożony z trzech brzózek, ciekawe ile kosztowałyby drzewka? W ogóle przyuważyłam u siebie fascynację drzewkami o czerwonej korze, ten klon cynamonowy Acer griseum zakupiony w zeszłym roku zwiastował po prostu solidniejsze zainteresowanie azjatyckimi "kolorowymi" gatunkami. Na razie luty i gdybanie ale powoli narasta we mnie chciejstwo, tym bardziej że miejsce pod brzózki już jest. Mój boszsz... tu konieczne przycinania, tu planowane nasadzenia z drzew, niezły kołowrotek. A na dworze mróz i coś jakby widmo padającego śniegu ( drobne płateczki w ślimaczym tempie spadające z nieba ) a przede mną niemiła rozmowa z Okularią i Szpagetką. No nie wiem czy powinnam pozwolić na robienie z mła baranka osobom polującym na sikorki?!
poniedziałek, 26 lutego 2018
Codziennik - doopiasta końcówka lutego
No i oszczędzam się, zaleguję dorywczo, wielkich czyszczeń nie urządzam, staram się regenerować siły przed wiosennym ogrodowaniem. Bo wiosna kiedyś w końcu przyjść musi, nie wypada żeby w marcu człowiekowi tyłek przymarzał do parkowej ławki bo luty mróz wziął i ściął. Obecnie jest jeszcze do doopy ale pierwsze symptomy ocieplenia widać. Co prawda na razie w blogosferze. Kurnik się reaktywował z Kurreirą Naczelną, zwierzyńcem, nowym gumnem i wszystkim. U Psicy w swetrze tyż ciepło za sprawą małej Magdy i jej rosnącego kociego stadka, więc jakby pierwsze wiosenne podmuchy rozgrzały nieco atmosferę. No i dobrze bo dość mam już tej zdziwnej tegorocznej zimy, która udoopia człowieka w tym momencie kiedy powinien śpiewać "Hej ho, hej ho , do pracy by się szło" i dziarsko chwytać za grabie. I jeszcze ta cholerna grypa panosząca się wokół, uziemiająca człowieka który akurat nie chce być uziemiony. U progu wiosny zaleganie w wyrze to nie jest to co tygrysy lubią najbardziej. Ech! Może te arktyczne mrozy wyjdą nam jednak na dobre i przemrożą grypowe siejstwo, tak się pocieszam patrząc na termometr za oknem.
W mieście Odzi tyż już wiosna oczekiwana, jak na razie to magistrat dyszy oczekiwaniem na zielone expo czyli Expo Horticultural. Nie wiem czy się powinnam martwić czy cieszyć, na razie zastanawiam się jak ten planowany cud wystawienniczy ma się do zmniejszania zanieczyszczeń. Takiego na przykład przekroczenia w moim mieście normy pyłów PM10 przez 50 do 80 dni w ciągu roku - cóś to zielone wystawiennicze pomoże w sezonie grzewczym ? O pyle PM2,5 często gęsto wiszącym w atmosferze nad moim osiedlem ledwie napomknę. A o podłączaniu osiedli do magistrali elektrociepłowni cicho za to głośno o tym że nam zrobią Central Park. Może i malkontencę ale doświadczenie mnie nauczyło że żadnej władzy nie można wierzyć, rzucajo hasło zieleń w mieście a potem się okaże że to dużo betonu na pawilony wystawowe, nowych urzędniczych stanowisk do spraw rozprowadzania kasy i fotek władzy na pierwszych stronach gazet a zielone to jest w ilościach śladowych, żeby alibi było. Zastanawiam się czy nie lepiej postarać się o dofinansowanie z tej przebrzydłej Unii na jakiś mniej spektakularny ale bardziej przydatny dla środowiska projekt i dalej po staremu sadzić drzewa jak Wielki Drzewny przykazał ( od pewnego czasu miejskie ludzie zrobiły się cóś wrażliwe w temacie drzewostanu i toczą boje z tzw. planami wycinki i domagajo się od urzędników nie tylko przycinań i wycinań ale i nasadzeń ). Cóż, zobaczymy jak nam się ta sprawa z zielonym expo rozwinie, w praniu wylezie o co naprawdę kaman. Na razie mamy w Odzi Nieka Roozena, faceta od projektów dużych zielonych przestrzeni wystawowych ( obecnie uzielenia Chiny ). Mam nadzieję że Niek i Judith podczas wizyty w zimowej porze nie będą oddychali zbyt głęboko, choć po Pekinie to może oni zaprawieni w oddychaniu zapylonym powietrzem.
Dzisiejsze fotki to przechowywańce ogrodowe i domówki i szaro - beżowa okoliczność przyrody ( ten płotek malowniczo zatopiony w rzeczce, ta nie mniej malownicza cudna dętka rzucona ozdobnie pod dżefo - sam urok miejskiej dziczyzny ).
W mieście Odzi tyż już wiosna oczekiwana, jak na razie to magistrat dyszy oczekiwaniem na zielone expo czyli Expo Horticultural. Nie wiem czy się powinnam martwić czy cieszyć, na razie zastanawiam się jak ten planowany cud wystawienniczy ma się do zmniejszania zanieczyszczeń. Takiego na przykład przekroczenia w moim mieście normy pyłów PM10 przez 50 do 80 dni w ciągu roku - cóś to zielone wystawiennicze pomoże w sezonie grzewczym ? O pyle PM2,5 często gęsto wiszącym w atmosferze nad moim osiedlem ledwie napomknę. A o podłączaniu osiedli do magistrali elektrociepłowni cicho za to głośno o tym że nam zrobią Central Park. Może i malkontencę ale doświadczenie mnie nauczyło że żadnej władzy nie można wierzyć, rzucajo hasło zieleń w mieście a potem się okaże że to dużo betonu na pawilony wystawowe, nowych urzędniczych stanowisk do spraw rozprowadzania kasy i fotek władzy na pierwszych stronach gazet a zielone to jest w ilościach śladowych, żeby alibi było. Zastanawiam się czy nie lepiej postarać się o dofinansowanie z tej przebrzydłej Unii na jakiś mniej spektakularny ale bardziej przydatny dla środowiska projekt i dalej po staremu sadzić drzewa jak Wielki Drzewny przykazał ( od pewnego czasu miejskie ludzie zrobiły się cóś wrażliwe w temacie drzewostanu i toczą boje z tzw. planami wycinki i domagajo się od urzędników nie tylko przycinań i wycinań ale i nasadzeń ). Cóż, zobaczymy jak nam się ta sprawa z zielonym expo rozwinie, w praniu wylezie o co naprawdę kaman. Na razie mamy w Odzi Nieka Roozena, faceta od projektów dużych zielonych przestrzeni wystawowych ( obecnie uzielenia Chiny ). Mam nadzieję że Niek i Judith podczas wizyty w zimowej porze nie będą oddychali zbyt głęboko, choć po Pekinie to może oni zaprawieni w oddychaniu zapylonym powietrzem.
Dzisiejsze fotki to przechowywańce ogrodowe i domówki i szaro - beżowa okoliczność przyrody ( ten płotek malowniczo zatopiony w rzeczce, ta nie mniej malownicza cudna dętka rzucona ozdobnie pod dżefo - sam urok miejskiej dziczyzny ).
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















