piątek, 16 marca 2018

Śnieżne przedwiośnie

Łobśnieżyło, przywiało, przyzimowało - nie w porę, złośliwie i "żeby dobić". Tak odczuwam ten przyłażący ze wschodu atak zimy. W domu stoją ciemierniki, których z powodu  ich handlowego podpędzenia nie ma co wystawiać na mróz.  Pod  śniegiem znalazły się  świeżo zakwitłe przebiśniegi  i pierwsze kwiaty krokusów botanicznych. Wiatr duje, łeb pęka, śnieg sypie, mróz chwyta. I to ma być, kuźwa, przedwiośnie?! O ile byłam w miarę tolerancyjna w stosunku do ataku zimy pod koniec lutego o tyle stwierdzam że cóś się we mnie łamie, kiedy solidnie śnieży i  mrozi w marcu. Myśl się we mnie zalęga brzydka o wyprowadzce z miasta Odzi w cieplejsze rejony  ( znacznie cieplejsze ), hen, do kraju  gdzie cytryna  dojrzewa.  Jedynie  koszty przeprowadzki i okrojona mocno możliwość utrzymania się i nie tylko się na niezbyt  bogatym południu kontynentu powstrzymuje człowieka przed wzięciem udziału w konkursie i zakupem domiszcza za jednego eurosa, gdzieś tam na zapadłej Sardynii czy w innej części cieplejszej  Europy. Real skrzeczy że żyć z czegoś trzeba, kierunki pracowe klimatycznie tyż mało ciekawe i jedyne co mi pozostaje to powściekać się na ten przedwiośniany śnieg z mrozem, zacisnąć zęby i liczyć dni do wyjazdu nad portugalski Ołszyn.



Wiem niby że ten stan rzeczy długo nie potrwa ale wkurza mnie kiedy po ciężkim tygodniu jestem skazana  na przebywanie w chałupie i uprzątanie mandżura. A wcale nie chce mi się! Chce mi się do  ogrodu, do babrania w ziemi, do przycinania paciorów a zamiast tego to sobie mogę podwórko odśnieżyć. Do doopy jest tegoroczna zima, wszystko w niej nie tak - grudzień ciepławy i wilgotnie listopadowy, styczeń  bezpłciowy, luty mroźny pod koniec a nie prawilno  na początku, marzec rozhuśtany ponad miarę. Nie podoba mi się taka "poprzestawiana" zima, wołałabym mroźniejszy grudzień i styczeń niż mrożenie pod koniec zimy. Niestety jedyne  co mogę zrobić  to  ulać nieco jadu pod adresem Wielkiego Pogodowego na blogu i tyle.  Na szczęście w nieszczęściu  nie czuję się  wyalienowana, koty są wyraźnie wkurzone na powrót  śniegu i mrozu. Przyzwyczaiły się już do cieplejszych dni ( czytaj do przyjmowania i odbywania wizyt u kociego sąsiedztwa ). Były już przeprowadzone pierwsze polowania ( dwie obudzone  myszy i  hym... to był chyba szczur ), wspólne wyjścia całonocne ( Felicjan i lubieżna Okularia ), stoczono pierwsze potyczki ( Lalek vs Epuzer ).  No a teraz trzeba  siedzieć w domu i tyłki na kaloryferach grzać. A tak już było wiosennie! Nie ma co, pozostaje przeczekać zjawisko.


niedziela, 11 marca 2018

Ciemierniki - ciężki epizod zakupowy

Wraz z ociepleniem  pojawia się  wpis na wpół ogrodowy. Wpół bo rośliny jeszcze doma ale żadna z nich  domowizna, rzetelne ogrodowce nabyłam  drogą kupna. Odwiedziwszy przy okazji kocich zakupów ( karma ) znajdującego się w pobliżu kociego zakupowiska Leroja.  No a tam w dziale ogrodowym ciemiernicze szaleństwo. Ciemierników  niby  u mnie dostatek ale widok kwitnących  już  roślin zrobił swoje, pozwoliłam się skusić demonowi handlu i to w wigilię pierwszej niedzieli bez handlu ( niby bo  "oni" wyprodukowali  bubla prawnego jak  to majo w zwyczaju ). Ciemierniki nówki są z serii 'Double  Ellen' , której przedstawiciele rosną już sobie gromadnie na Ciemiernikowszczyźnie. Nowo  nabyte sadzone  będą jednak w innym miejscu, na Ciemiernikowszczyźnie 2 czyli półcienistej rabacie  budowanej  na części byłego Landryna. Majo tam robić za ciemiernicze rarytety, bo większość ciemierników które planuję w tym  miejscu posadzić to rośliny  o kwiatach z pojedynczym okółkiem płatków.  Przyznam że przy zakupach doszło do pewnego rozbestwienia, no ale czułam się ostatnio poszkodowana bo czytałam o zakupach różnistych na inszych  blogach i moja  dusza zakupoholika ucierpiawszy nieco. Puściłam się po tym dusznym ucierpieniu w te ciemierniki jak ogar w las,  wywołując popłoch wśród personelu tzw. ogrodu zewnętrznego. Przytargałam do domu sporo dobra, doniczuszki dwie tytki zajęły a portfel czyli  porpona cóś znacznie schudł. Tak się kończy zaleczanie ran po życiu w biegu, bez okazji na ogrodowanie bo brak czasu i pogoda nie sprzyjają.

 Namiastkę kosztowną ogrodowania człowiek robi  sobie w budowlanym markecie. Roślinki które kupiłam pochodzą z dwóch źródeł, jedno z nich produkuje rośliny w tym cholernym substracie co oznacza otrzepywanie z niego korzonków ( ciemierniki nie przepadają za tym zabiegiem, wolniej się adaptują  ),  drugie posadzono w porządnej ziemnej mieszance. Śliczne są natomiast wszystkie, sam cud, miód  i malina. Oczywiście  pomna paskudnego poczucia humoru Wielkiego Pogodowego nie będę sadzić pędzonych przeca roślin w gruncie. Zapowiadane  w trzeciej dekadzie marca ochłodzenie rzędu kilkunastu stopni  zniechęca mnie   skutecznie do takiego działania. Teraz trochę o serii - 'Double Ellen' to ciemierniki mające dobrą odporność na choroby, bardzo żywotne i dobrze kwitnące. Co ważne kwitną też solidnie jednolicie ( 95% podwójnych kwiatów i 70% w pierwszym roku uprawy ). Seria jest chroniona patentem, znaczy tak naprawdę to 'Double Ellen®', jej twórcami są szkółkarze z Holandii Ellen, Peter i Gerda Akerboom ( szkółka a właściwie szkoła Kwekerij de Nachtvlinder w Ter Aar, jakby to kogoś interesowało ). W serii występują prawie wszystkie rodzaje wybarwienia, są  czerwienie, różyki, "spotted" czyli kropkowania płatków o różnym  nasileniu, "picotee" czyli brzeg płatka w innym kolorze  niż cała reszta, pojawiają się już pierwsze  ślicznie użyłkowane  kwiaty. No jest w czym wybierać.






sobota, 10 marca 2018

Codziennik - weekendowy narzekalnik

Pogoda zrobiła się wiosenna, co prawda  zmrożona przyroda wolno się budzi ale  odczuwamy  tzw. fluidy. Koło mnie niestety kolejna wycinka drzew, pewnie w ramach upiększania miasta przed kolejnym etapem starań o zielone expo. Ja zalatana w biegu rejestruję początki przedwiośnia, szczerze pisząc nie składało się do tej pory tak żebym mogła choć chwilę poświęcić na spokojne oblookanie stanu  rzeczy. Boję się snucia planów  bo snucie planów cóś mi się ostatnio rozsnuwa. Ale co ja tam narzekam, inni mają prawdziwe problemy - proszę zajrzyjcie Prawdziwy wyścig z czasem . Wszelkie moje narzekania to w porównaniu z taką sprawą są tylko pitoleniem starszej pańci, której real nieraz może i doskwiera ale nie zagraża. Ech, straszny wkurw mnie  bierze kiedy czytam ile wokół forsy  się marnuje na jakieś bzdetne projekty typu fundacja do wspierania utrwalenia  głupich skojarzeń, komisje do wyjaśnienia sprawy pękających parówek czy wywindowane świadczenia "za pracę"  kretynów z politycznego nadania ( taa, bo na większość z nich to headshunterzy światowych superkorporacji czyhają z propozycjami finansowymi nie do  odrzucenia i państwo konkurować  cenowo  musi żeby gwiazdy swoich grup zawodowych nam nie umknęły - nawet najbardziej tępy elektorat cóś nie  wierzy ). Nie będę dalej pluć jadem bo kóń jaki  jest każdy widzi. Spuszczam zasłonę pełnego wzgardy  milczenia.

Dobra, coś pogodniejszego bo nie można  dopuścić do powstania  doła nastrojowego nie do zasypania spowodowanego przez wciskających się z przekazem podprogowym  politycznych ( co otworzę neta, co usłyszę radyjo to mną rzuca ta atakująca polityczna pulpa ). Przelazłwszy się nieco  po normalnych, ludzkich  blogach i widzu że się dzieje - a to kamizelka rdzawa u  Ewy ( co  prawda nie na  Ewie  a na większym  modelu ) a to cud kolorystyczny pod postacią chusty ( tym razem na wieszaku ), a to kury w  Tupajowisku chorzały jako i kozy  u Agatka. Ikony są malowane, mebelki i torebusie  kupowane, wyczyny piekarniczo - garncarskie odchodzą. No a u mnie nic! Po prostu NIC! Po prawdzie chorzenia  żywiny to nie koniecznie ten ... tego ale zakupów wyczynowych czyli  łowiectwa, podmalowywań i cośrobień to zazdraszczam. Jeno  na nasłuch i  naczyt mnie tylko zmęczoną stać ( a pulpa polityczna czyha ). U mnie z cośrobienia mało poważnego   czyli  mikroroba ,  to jeno kawa parzona odświętnie w tygielku i ustawianie  w wazonie tulipków  dzieńkobietowych a poza tym rutyna podlewań siewek, obiadków ekspresowo  gotowanych na odwal się, pospiesznych prań i prasowań, tej  całej cholernej domowizny którą chętnie zwaliłabym na kogoś innego. Tym bardziej że po zimie mam w domku tzw. mandżur.

 Mamelona domowizna tyż  przytłacza  w związku z czym obie czekamy na rozpoczęcie działań ogrodowych. Może uda się  w przyszłym tygodniu doskoczyć z sekatorkiem w co bardziej  strategiczne punkty krzakowe ale trzeba by załapać się na dzień bez opadów.  Paskudne mrozy z przełomu  miesiąca zostawiły brzydkie  znamiona na niektórych liściastych zimozielonych, urody ogrodowi to nie dodaje  jednak nie zamierzamy się spieszyć z kasacją mrozowych pamiątek.  Z niepokojem patrzę na leszczynowe baźki, przed mrozami w mojej  okolicy miało się leszczynom na kwitnienie, zaczynały się lekko złocić. Teraz  wyglądają jesiennie  smętnie, znaczy ich kotki są w kolorze drewna palisandru. Zaczynam się zastanawiać jak to będzie w tym roku z orzechami laskowymi, może być  cieniutko. No nie ma co, żadnego zawierzania  Wielkiemu Pogodowemu, cóś ma ostatnimi czasy przewrotne  poczucie humoru. Prognoza długoterminowa przewiduje  straszne spadki temperatur w trzeciej dekadzie miesiąca, to nie jest jeszcze właściwy czas na prawdziwe ogrodowanie. Zatem tylko lekkie przycinania, żadnych grabień wyczynowych, odsłaniania roślin, zero  sadzeń i kto wie czy nie ponowna przeprowadzka doniczek do kotłowni ( to się zadoniczkowane  napodróżują ).  Jak zabawy z zielskiem to tylko  z tym  domowym, na szczęście  przy takim też można odpłynąć, he, he.

Na koniec koty. Wiecie  że można  robić groźnego baranka? Tak, tak ,  baranki  Sztaflika są ostatnio wykonywane przemocą, z bardzo brzydkimi  śpiewami  a nawet pultaniem. Sztaflik zapatrzona w  Felicjana stacza się po równi  pochyłej, usiłuję podejmować  środki zaradcze w związku z czym mam  podrapki bo francowata kota myśli że jej  wszystko wolno. Jako pańcia wielokotna  znów wyraźnie sobie nie radzę z co bardziej  bezczelnymi i grubszymi  członkami bandy.  Dobrze że w nadchodzącym tygodniu  będzie trochę cieplejszych  dni bo do repertuaru kar za złe prowadzenie  wprowadzam eksmisję pod  chmurkę. W domowych pieleszach a już szczególnie w łóżkowych bambetlach mają prawo  przebywać  ci którzy nie pokazują mi zębów, nie  grożą wściekłym barankiem, nie drapią przy próbach wywalenia  ich z wyra i nie pyskują. Powinnam napisać  bestiom  regulamin porządku domowego ale one nieczytate, ponoć wszystko kapują przez mowę ciała i wąchanie zapachu wydzielin. Mowę ciała już  mam opanowaną, znaczy jestem nastroszona , zdaje się  że  zostało  mi jeszcze tylko dosikanie regulaminu do końca    ( może podleję co nieco w  Alcatrazie, dom ze względów  oczywistych  odpada ) . Niech kocie małpy wiedzą co im wolno a czego  never i pod  żadnym pozorem!

A tera dzisiejsze "foty" - Mona Lisa czyli Lisa Gherardini, małżonka Francesco del Giocondo ( stąd La Gioconda ), najdoskonalsza, według Vasariego, realizacja renesansowego mimetyzmu. Autor uznany i wielbiony czyli Leonardo da Vinci. Obraz zrobił się znany za sprawą reprodukcji w drugiej połowie XIX wieku,z czasem znajomość dzieła stała się powszechna. A jak dzieło sztuki jest powszechnie znane to robi się z nim wszystko żeby nie spowszedniało do cna, he, he.

sobota, 3 marca 2018

Przedwiośnie zawieszone i rozmyślania ogólnołódzkie


Cóś ciężko pisać o aktualnościach ogrodowych w marcu kiedy za oknem temperatura osiąga o poranku minus piętnaście. Do najbliższych kwitnień przebiśniegów to ho, ho i jeszcze trochę. Co najwyżej można podlać lekko schowane przed mrozami w kotłowni przyszopne doniczki z roślinami.  O cięciach solidnych i przycinaniach lżejszych nawet nie myślę ze względu na tzw. dobro własne. Dzielnie straszę domowe  roślinki ale w kółko ich przeca przesadzać nie mogę a do pikowania wysiewek  jeszcze daleko więc nawet uprawa zielonego w domu polega na podlewaniu donic, doniczek, doniczuszek i kiwaniu głową z zadziwieniem  że oto zielone  rośnie mimo tego że Felicjan coraz  śmielej podchodzi do szklarenki.  Na rozpamiętywanie ogrodowych dni chwały nie mam ochoty ( bo mnie nerw  bierze ), przegląd sprzętu ogrodowego  uczyniony dawno temu, za bardzo nie ma co  oglądać na zielonych stronach bo zima mrozi nawet w necie.  Jakby było mało tego bezruchu ogrodowego to  progu sezonu zielonego, przedwiosenną porą  zastanawiam czy aby nie dokupić jeszcze paliwka do ogrzania chałupy - groza! Zostaje ustrajanie wazonów pędami drzew i krzewów oraz "wyrobem cieplarnianym" ale co to za wiosna? Ersatz, ludzie kochane, ersatz!
Humor psuje mi dodatkowo zarąbista pełnia, co prawda uroczo oświetlająca zmrożony zaokienny świat, ale powodująca wzmożoną aktywność kotów około drugiej nad ranem ( "Bezwzględnie muszę wyjść na pięć minut, wrócić i wyjść ponownie  na jeszcze dwie minuty." ). Niedospana jestem przez kocie wyjścia i inne sierściuchowe zabawy. Pokładam się  przy jakichś próbach uskuteczniania wiosennych porządków, których potrzeba wali mnie mnie po oczach z kątów i nie tylko z kątów. No  nie jest na początku marca mi lepiej niż było w ostatnich dniach lutego, nadal ogólna doopanda i smętne wyczekiwanie na coś co już powinno mieć miejsce ( takie  kwitnienie leszczyn na ten przykład ). Przedwiośnie w zawieszeniu, brzydkie zjawisko.



Doczytuję różne i różniste info na temat najnowszego pomysłu naszego magistrata  czyli zielonego expo. Niestety, tak jak przypuszczałam nie idzie to wszystko w tym kierunku co powinno. Na wuj jeden  centralny park w miejsce parków  3-Maja i Baden-Powella, po cholerę ogrody tematyczne i nowo budowane pawilony w istniejących  już dotąd parkach ( taa, zabudować pawilonami trwałymi tę zieleń ), wystarczyło mi zobaczyć dwa projekty renowacji historycznych  parków łódzkich żebym zawyła ze zgrozy nad poziomem wykształcenia architektów zieleni.  Kuźwa, kur bym nawet nie pozwoliła szczać prowadzać ich autorom!  Zero szacunku dla  tkanki historycznej i zielonej, brakuje tylko siłki tuż obok  zabytkowej  fontanny. A jednocześnie  nasz magistrat kombinuje jakby tu sprzedawać pod zabudowę tereny przylegające do parków i wchodzące w nie. Kogo oni chcą oszukać?! Czytam, słyszę, widzę że nie tylko  ja się zapieniłam z powodu cudownych pomysłów magistrata, po prostu bezczelność rzundzących lokalsów posunęła się ciut za daleczko. 

 Wim rozumim,  w przyszłym roku wybory samorządowe  ale nie sądzę żeby magia tzw. wielkich inwestycji zadziałała na wyborców sama z się. Mamy już lotnisko z paroma terminalami i coś około  dziesięciu lotami wykonywanymi w tygodniu, olbrzymi dworzec piękny jak z obrazów Giorgio Chirico ( surrealistyczny klimacik olbrzymich , pustych przestrzeni ), teraz budujemy  tunel średnicowy przez miasto ( za miastem kolejowe tory dłuuugo i wytrwale remontowane przez nasze dzielne spółki skarbu państwa są jakie są, w najbliższym czasie nic  po nich szybciej  nie pojedzie ),   Nowe  Centrum  Łodzi w  Nieustannym Projekcie ( stare centrum bez prawdziwych, solidnych inwestycji może się posypać ) i zamierzamy  budować  w naszym zoo  Orietarium. Do wszystkiego radośnie zabieramy się od zadka strony. 

Odnawiamy  kamieniczne  elewacje na których osadza się węglowy pył i syf z rur wydechowych bo ogrzewamy ódzkie domy jak ogrzewamy a rozwiązania komunikacyjne mamy jakie mamy, gdzie się da  robimy woonerfy bo to tak fajnie wygląda i jest tryndne a potem się dziwimy że "są pewne problemy", wydajemy  bez głowy pozwolenia deweloperce i bez  głowy zabetonowujemy przestrzeń tak że za jakiś czas , wcale nie tak odległy, wody opadowe uniosą naszą Ódź na falach. Do matołków z UMŁ cóś tam z niezadowolnienia ogólnego pasażerów  naszej łódki zdaje się musiało  docierać bo ostatnio zaczynają  ćwierkać o zmniejszeniu  ilości pozwoleń na budowę w co bardziej zielonych częściach miasta, odległych od  centrum ( rychło w czas ), o skorygowaniu planów rozwoju  urbanistycznego  w związku z postępującą depopulacją, o wprowadzeniu zieleni w starych kwartałach miasta ( da się bo sporo kamienic o nieustalonym statusie prawnym, dzięki zarządzaniu nimi przez miasto nadaje się już tylko do wyburzenia  ).

Nie biadam jak inni nad wyludnieniem miasta, uważam że wbrew pozorom stajemy przed pewną szansą na poprawę jakości  życia w mieście, w którym  na stosunkowo  małej przestrzeni mieszkało zbyt wielu  ludzi. Dobre  do życia miasto to nie jest moloch, w każdym  olbrzymim mieście na ogół  w miarę dobrze rozwiązane jest tylko centrum ( o ile nie jest zapyziałym zabytkiem urbanizacji ), reszta dzielnic  to satelity żyjące własnym rytmem, miasta w mieście  "z wszystkim własnym" ( w bogatych krajach ) albo slumsy ( niby w krajach biednych ale nie tylko ). W Odzi mamy straszne zadęcie, wielkomiejskość się z nas wylewa drugopokoleniowa i usiłujemy namiętnie "miastować" budując klockowate biurowce i domy mieszkalne z trzydziestometrowymi apartamentami ( tzw. apartament  łódzki czytaj mieszkanie wynajęte przez firmę dla pracownika ). W parkach koniecznie plac zabaw dla staruszków ( dzieci u nas coraz mniej i bawią się w centrach handlowych żeby syfu zawartego w powietrzu nie wdychać ) i siłka dla onych seniorów ( nie mam nic przeciwko siłkom tylko nie rozumiem dlaczego  ustawia się je  tuż przy ruchliwej ulicy, właściwie nie tyle w parkach  co  na skwerkach ).

 No miasto, Panie tego,  miasto. Expo zielone zróbmy, sto baniek eurosów jest do wydania "na wszystko" ( nie trzeba będzie pieniędzmi z opłat za wycięcie drzewa kasy magistrackiej wspomagać ). Cóś czuję jak  w moim mieście powoli rośnie  ruch oporu przeciwko wszelkim "wspaniałym, nowym inwestycjom" , nieinspirowany polityką ogólnokrajową buncik  ( jeszcze nie tak wielki że nie  do zatrzymania ) przeciwko robieniu przez rzundzących interesów  życia kosztem zwykłych mieszczuchów. Dwa razy odzianie zatrzymali planową dewastację  terenów zielonych, do trzech razy sztuka. Ciekawe  czy nasz magistrat sobie przypomni o  tym powiedzonku na rok przed wyborami? No zawsze może być pierwszą lokalną władzą w dużym  mieście przeżynającą nie z innopartyjnymi tylko z ruchem miejskim. Znaczy będą innowacyjni i prekursorscy, zdaje się że zawsze chcieli, he, he. Tak przynajmniej zapewniali.




Dzisiejsze foty to Ódź retro. Jak widzicie mamy prawdziwą smogową tradycję, mieliśmy całkiem niezłe zadrzewione aleje,  parki ( na rewitalizację Parku Helenowskiego  się nie zanosi, zawsze za mało głosów ale być może to jest właściwa droga  żeby Helenowski nie zamienił się w zespół restauracyjno - rozrywkowy - taa, to byłby powrót  do korzeni bo  czymś takim kiedyś był ) i miłe dla oka dworce kolejowe ( za to co zrobiono z dawnym Dworcem Kaliskim pięć lat ciężkich robót co najmniej, bez przedawnienia bo niektórzy z nas muszą to świństwo  codziennie oglądać ).



czwartek, 1 marca 2018

Moje domowe paprocie

Paprocie jakoś się tam  u mnie trzymają, głównie dlatego że nie stoją na parapetach czyli  miejscach przynależnych kotom  i że kotom nie smakują.  Paprocie owszem, bywają nawiedzane ( "Leżę w tym nefrolepisie, do  sznupy mi w zielonym" ), ale nie są obgryzane czy maltretowane w inny sposób. Postanowiłam rozszerzyć uprawę i  zapuścić paprociumy w szkle. Taki szklano - vivaryjny  sposób uprawy jest dla niektórych gatunków tym najwłaściwszym sposobem. Do tej pory w domu rosły trzy paprocie - wiekowy nefrolepis wyniosły vel nerczyłusk wyniosły Nephrolepis exaltata ( pilnie wymagający odmłodzenia ) i paprotnik sierpowaty Crytomium falcatum, który został zakupiony niby do Alcatrazu ale którego bałam się wsadzić do gruntu przeczytawszy że w naturalnym stanie porasta nie tylko  przyjazne paprociom rejony Chin,  Korei i Japonii ale i wyspy Polinezji ( taa, Honolulu w Odzi ).  Od niedawna uprawiam też pochodzące z cieplejszych stron obu  Ameryk flebodium złociste Phlebodium aureum w odmianie  'Blue Star'. Uprawa tej błękitnej paproci idzie mi  średnio, może lepiej  będzie w cieplejszych porach roku.  No a teraz to zaszalawszy, kupiwszy cóś o okropnej nazwie niekropień klinowaty pod którą  ukrywa się adiantum klinowate czyli Adiantum raddianum. Trafiła mi się odmiana 'Fragrans' vel 'Fragrantissimum', zdaje się że od gatunku różni się ona liśćmi w barwie jasnej limonki. Pędy są ciemne, niemal czarne. No wali po oczach, że się tak wypiszę.  Udało mi się dociec jakie to ma rozmiary ta odmiana w wieku dojrzałym - 'Fragrans' dorasta po dziesięciu latach do wysokości 75 cm i osiąga rozpiętość  około 100 cm. Uchodzi za najłatwiejszego w  uprawie domowej  przedstawiciela gatunku.  Hym...pożyjemy, zobaczymy -  coś mi się wydaje że u mnie takowych osiągów jeśli chodzi  o rozmiar to nie będzie. W każdym razie paprocium  idzie  od razu do szkiełka. Zero przeciągów, nie ma takich problemów z utrzymaniem wilgotności i jeszcze wygląda w szkiełku  ekscytująco egzotycznie. W końcu pochodzi z Indii Zachodnich czyli z  wysp "bardzo tropikalnych" pomiędzy obiema  Amerykami.  Nazwę gatunkową ( raddianum ) roślina  otrzymała na cześć Giuseppe Raddi, włoskiego botanika  żyjącego na przełomie wieków XVIII i XIX.

 Prawdziwy egzot ale  przy  kolejnej paproci przeznaczonej do uprawy w szkle adiantum nie wydaje się aż tak bardzo egzotyczne. Nagółka jarzębolistna Hemionitis arifolia to jest dopiero egzot! Zachodni botanicy poznali tę paproć w szczycie pterydowej gorączki na Wyspach  Brytyjskich, opisano ją po raz pierwszy w 1859 roku. Hemionitis arifolia pochodzi z obszaru Azji Południowo-Wschodniej. W naturze jej stanowiska spotyka się w Laosie, Sri Lance, Wietnamie, południowych Chinach i na Tajwanie. Preferuje jeszcze bardziej mokre  ciepełko niż ciepłolubne  adiantum, natentychmiast idzie do szkła! I nie ma że nie ma  bo w tzw. pokojowych warunkach to weźmie i padnie! O ile podsuszone  adiantum można przywrócić do  życia ( skądś się ta nazwa paproć Łazarza wzięła ) o tyle z nagółką nie jest to taka prosta sprawa - lepiej nie ryzykować. Moja trzecia nowa paproć to paprocium nieznany, znaczy opisana jako paproć mix. Nic  o niej  nie wiem, frond zidentyfikować nie umiem, pracownicy działu roślinnego w markecie poinformowali mnie tylko niezwykle profesjonalnie że  na pewno jest to paproć ( uprzednio przeczytali naklejkę na doniczce ) i tyle.


 No a teraz o wykonaniu szklanej paprociarni - miało być pięknie a wyszło jak zawsze. Paprocie okazały się zbyt  krowiaste do słojów, mimo tego że one słoje duże. Hym... muszę złożyć wizytę szklarzowi z okazji szkła do biblioteczki udającej serwantkę i  szkła  na blat stołu, zgadnijcie na jakie jeszcze  szklane zamówienie  mnie kusi ? No nie ma  że nie  ma, nabywszy delikutaśne paprociumy więc wypadałoby zapewnić im cóś na kształt większego  inspekta ( ciekawe jak szybko  zastanę w nim  Felicjana? ). Tak sobie tłumaczę tę chęć posiadania domowego inspektu . Nawet wymyśliłam już jak  powinno to to wyglądać - takie większe akwarium ale z uchylną szybą i wyższe niż przeciętne akwaria. Rozmiar w sam raz na mebelek niedaleko  mojego wyra ( obserwacje  czynione na leżąco, rozproszone światło, klasyczny inspektowy wygląd, tak  miły dla oka ogrodnika - no są plusiki ). Mogłabym  zamszyć, zapaprocić, stworzyć sobie  mini las ( znacie mnie , upieprzę brzozowe  paciory gdzie się da ). Pomysł wydaje mi się na tyle dobry  że na rozruch przeznaczyłam w ciężkim finansowo marcu cóś kole stówy.  W kwietniu dozbieram więcej i może uda mi się ruszyć z tym pomysłem, znaczy negocjacje  poprowadzę ze szklarzem i zobaczę jak to się finansowo kształtuje. Szklarenki domowe to był hicior XIX wieku, chciałabym odgrzać tradycję! Mamelon przerażona moim pomysłem ale ona ma traumę postakwarystyczną ( znaczy Sławencjusz miał akwaria a Mamelon robiła za oprzątającą i nasadzającą roślinki, wszystkie bzdety techniczne oraz rybiarstwo Sławencjusz zarezerwował dla naczelnego  technologa i ichtiologa ). U mła akwarium raczej  wykluczone z przyczyn oczywistych, szklarence i słojom  koty jak na razie darowują.

 

wtorek, 27 lutego 2018

Ogrodowe podsumowanie miesiąca


Za oknem pogoda taka  że myśli zamarzają na samą myśl o wyściubieniu  nosa a w domu szaleństwo wysiewowe. Szklarenka, słoje, doniczuszki - wszystko obsiane, Panie tego, jak mało którego roku. Pierwsze kiełki  już widać, wylazły groszki nieznanej odmiany, co to mają mieć kwiaty w kolorze lawendy.  Na wszelki wypadek zachowałam opakowanie nasionkowe coby  pyszczyć jakby  mi na rabacie się pojawiła jaka czerwień wściekła w groszkowym wydaniu. Posiałam łubin trwały i lwie paszcze, i wszelkie inne odmiany groszków pachnących które  chciałam  mieć  i które były u nas dostępne.  Oprócz tego co wysiałam w domu na swoją kolej ( czytaj na nowe doniczki rozkładalne ) czekają nasturcje, malwy i naparstnice. Postanowiłam je wysiać podpędzićje  domowo, choć dwuletnie czyli malwy i naparstnice  mi   nie zakwitną to zrobią się  zażyte. Wiadomo zażyta  roślina kwitnie lepiej. Do gruntu będę w tym roku siać nagietki, maciejkę i rezedę wonną. No i koper  'Szmaragd', przywabiacz dla motyla zwanego Paziem Królowej. Dużo tego a ja jeszcze cóś nienasycona. A to aminek  egipski kusi, a to arcydzięgiel wabi - no tak jakoś mnie w tym roku przynasienniło. Na wysiewie się nie kończy - w dużym słoju podpędzam wietlicę japońską 'Burgundy Lace' i nerecznicę czerwonozawijkową 'Brilliance'. To do Alcatrazu.W kotłowni powoli rozpoczynają wegetację  schowane przed mrozami rośliny które stały na przyszopiu. Szczerze  pisząc wolałabym  żeby  te schowane w kotłowni  wstrzymały się z tym budzeniem do życia, zaraz po największych mrozach wylatują z powrotem do  ogrodu - nie ma domowego zalegania!
 O ile wysiewy i podpędzania idą aż miło  to insza ogrodowa robota odłogiem leży. Zero przycinań i docinań, aura nie sprzyja a zdrowie szwankuje. Może uda mi się zagnać do cięższej pracy Włodzimierza i kuzyna  Tomka, na Pana Andrzejka nie ma co liczyć - wyrabia przedemerytalne "okresy składkowe" coby móc przeżyć w przyszłości za świadczenie. Za dużo forsy na cięższe roboty ogrodowe w tym roku ni ma, w końcu i mnie się  też cóś od  życia należy ( czytaj Ołszyn, fale i mgliste lasy Sintry ) a to cóś  kosztuje. Zrobi się to co się uda  zrobić, bez napinania i stresu.
 Przeglądam nadal zielone oferty , teraz głównie pod kątem drzew do Alcatrazu ( ciągle nie jest ich tyle co być powinno ). Przyuroczyła mnie  brzoza chińska Betula albosinensis w odmianach różnych. Brzózków o białej  korze mam sporo, bardziej mną teraz rzuca w korowe różowości i czerwienie. Odmiana  brzozy chińskiej 'Pink  Champagne' zdaje się będzie u nas do dostania, 'Red Panda', 'China Ruby' jeszcze nie jest  "robiona" przez naszych szkółkarzy. Pierwsza z tych odmian  nie jest zbyt duża, jak na brzozę osiąga średni rozmiar ( w  dobrych warunkach dorasta do 9 m wysokości ). Marzy mi się zespół złożony z trzech brzózek, ciekawe ile kosztowałyby  drzewka? W ogóle przyuważyłam  u siebie fascynację drzewkami o czerwonej korze, ten klon cynamonowy Acer griseum zakupiony w zeszłym roku zwiastował po prostu solidniejsze zainteresowanie azjatyckimi "kolorowymi" gatunkami. Na razie luty i gdybanie ale powoli narasta we mnie chciejstwo, tym bardziej  że miejsce pod  brzózki już jest. Mój boszsz... tu  konieczne przycinania, tu planowane nasadzenia z drzew, niezły kołowrotek. A na dworze mróz i coś jakby widmo padającego śniegu ( drobne płateczki w ślimaczym tempie spadające z nieba ) a przede mną niemiła  rozmowa z Okularią i Szpagetką.  No nie wiem czy powinnam pozwolić na robienie z mła baranka osobom polującym  na sikorki?!

poniedziałek, 26 lutego 2018

Codziennik - doopiasta końcówka lutego

 No i oszczędzam się, zaleguję dorywczo, wielkich czyszczeń  nie urządzam, staram się regenerować siły przed wiosennym ogrodowaniem.  Bo wiosna kiedyś w końcu przyjść musi, nie wypada żeby w marcu  człowiekowi tyłek  przymarzał do parkowej ławki bo luty mróz wziął i ściął. Obecnie jest jeszcze do doopy ale pierwsze symptomy ocieplenia widać. Co prawda na razie  w blogosferze. Kurnik się   reaktywował  z Kurreirą Naczelną, zwierzyńcem, nowym  gumnem i wszystkim. U Psicy w swetrze tyż ciepło za sprawą małej Magdy i jej rosnącego kociego stadka, więc  jakby pierwsze wiosenne podmuchy rozgrzały nieco atmosferę. No i dobrze bo dość mam już tej zdziwnej tegorocznej zimy, która udoopia człowieka w tym momencie kiedy powinien  śpiewać "Hej ho,  hej  ho , do pracy by się szło" i dziarsko chwytać za grabie.  I jeszcze ta cholerna  grypa panosząca się wokół, uziemiająca człowieka który akurat nie chce być uziemiony. U progu wiosny zaleganie w wyrze to nie jest to co tygrysy lubią najbardziej. Ech! Może te arktyczne mrozy wyjdą nam jednak na dobre i przemrożą grypowe siejstwo, tak się pocieszam  patrząc na termometr za oknem.



W mieście Odzi tyż już wiosna oczekiwana, jak na razie  to  magistrat dyszy oczekiwaniem na zielone expo czyli Expo Horticultural. Nie wiem czy się powinnam  martwić czy cieszyć, na razie zastanawiam się jak ten planowany cud wystawienniczy ma się do zmniejszania zanieczyszczeń. Takiego na przykład przekroczenia w moim mieście normy pyłów PM10 przez 50 do 80 dni w ciągu roku - cóś to  zielone wystawiennicze pomoże w sezonie grzewczym ? O pyle PM2,5 często gęsto wiszącym w atmosferze nad moim osiedlem ledwie napomknę. A o podłączaniu osiedli do magistrali elektrociepłowni cicho za to głośno o tym że nam  zrobią Central Park. Może i malkontencę ale doświadczenie mnie nauczyło  że  żadnej władzy nie można wierzyć, rzucajo hasło zieleń w mieście a potem się okaże że to dużo betonu na pawilony wystawowe, nowych urzędniczych stanowisk do spraw rozprowadzania kasy i fotek władzy na  pierwszych stronach  gazet a zielone to jest w ilościach śladowych, żeby alibi  było. Zastanawiam się czy nie lepiej postarać się o dofinansowanie  z tej przebrzydłej Unii na jakiś mniej spektakularny ale bardziej przydatny dla środowiska projekt i dalej po staremu sadzić drzewa jak Wielki Drzewny przykazał ( od pewnego czasu miejskie ludzie zrobiły się cóś wrażliwe w temacie drzewostanu i toczą boje z tzw. planami wycinki i domagajo się od  urzędników  nie tylko przycinań i wycinań ale i nasadzeń ). Cóż, zobaczymy jak nam się ta sprawa z zielonym expo rozwinie, w praniu  wylezie o co naprawdę kaman. Na razie mamy w Odzi Nieka Roozena, faceta od  projektów dużych zielonych przestrzeni wystawowych ( obecnie uzielenia  Chiny ). Mam nadzieję że Niek i Judith podczas  wizyty w zimowej porze nie będą oddychali zbyt  głęboko, choć po Pekinie to może oni zaprawieni w oddychaniu zapylonym  powietrzem.



Dzisiejsze fotki to  przechowywańce ogrodowe  i domówki  i szaro - beżowa okoliczność przyrody ( ten płotek malowniczo zatopiony w rzeczce, ta nie mniej malownicza cudna dętka rzucona ozdobnie pod dżefo - sam urok miejskiej dziczyzny ).