wtorek, 9 października 2018

Wpis wkurzony

Bywszy na tzw. przeboju kinowym. Nie przepadam za kinem dydaktycznym, wolę wczesne  filmy  Smarzowskiego ale się wzięłam i poszłam coby oblookać fenomen socjologiczny. No cóż, kochamy chłopców do bicia, nasza skórka dzięki temu nietknięta Jak wszystkie  filmy Smarzowskiego rzecz podana w sosie  szczerzepolskim, choć można sobie  z tego wysnuwać uogólnienia. Skłania owszem ludzi do refleksji, szkoda tylko że nie do autorefleksji. Film o władzy  i jej hipokryzji, to ludziska łykajo jak pelikany, to że to film o zakłamaniu społecznym które umożliwia istnienie różnych patologii, o bezmyślnej inercji ludku znad Wisły już takie łatwo strawne nie jest. Każda władza, także ta niby duchowa  jest obrazem nas samych i to jest dopiero smętne. Czy  KK  się zmieni? He, he, he, jako praprawnuczka  księdza katolickiego zaprawdę powiadam Wam nadzieję zawsze mieć możecie. KK ma wprawę w "się naprawianiu"  bo tak mniej  więcej to od dwóch tysięcy lat naprawianie uskutecznia, dzisiejsze skandale pieniężno - pedofilskie są  aż tak  problematyczne dla tej instytucji  bo żyjemy w społeczeństwie informatycznym ale bledną przy kwiatkach z przeszłości. Każda religia zmienia się tak  jak zmieniają się jej wierni, po paru schizmach, krucjatach i reformacji  powinniśmy być tego w końcu  świadomi. Ludziom nie przychodzi  do głowy  że idee są zmienne, że słowa i symbole z czasem zmieniają znaczenie, że najprawdopodobniej nie znaleźliby wspólnej  płaszczyzny religijnej z przodkami sprzed zaledwie dwóch stuleci. Słabo też  do ludzi dociera że wszelkie instytucje są dokładnie takie jak je sobie ludzie stworzyli, te wszelkie  błędy i wypaczenia zawsze komuś i czemuś służą, ich naprawianie nieustanne tyż. A z dużym  trudem i w bólach rodzi  się zrozumienie dlaczego tak niezwykle ważna jest szeroka ( czytaj pozainstytucjonalna ) społeczna kontrola. Taa,  jak mawiał pewien brytyjski dyplomata "Władza demoralizuje. Władza absolutna demoralizuje absolutnie" ( w oryginale było o korupcji ale u nas to powiedzenie "chodzi" w tej  wersji ),  szeroka kontrola może nie eliminuje wszelkich zagrożeń związanych z władzą instytucjonalną ale pozwala na jakieś  tam w miarę poprawne funkcjonowanie społeczeństwa.  Samooczyszczenie  środowisk dokonuje się zwykle  ze społecznym nożykiem na gardziołku. Problemem od zawsze jest jednak to że  zarządzani kochają lenistwo a już szczególnie to umysłowe. Jest to paradoksalne  bo zarządzani tyż od zawsze zapieprzali na zarządzanych ale jakoś zmian systemowych  nie kochajo  i związku nie widzo. Ćwierkać nad ciężką dolą i marzyć  żeby z zarządzanego stać  się zarządzającym oto marzenie większości z nas, szaraczków.  Dupska się nie rusza, oportunizm strategią przetrwania a w razie czego znajdzie się  winnego na którego zwali się  i własną część hym...tego... zasług.  A to jacyś łobcy, a to dotychczasowe pieszczochy, a to  ci wystający. My nie, my  niewinni. Jak to szło  u Gogola? -  "Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!"
Jak widzicie  po filmie wylazłam wkurzona, jak większość widzów tylko ja chyba z trochę innego niż owa większość powodu. Mnie w ogóle cóś ostatnio słowo  większość się nie podobie a już ta z nazwy chrześcijańska większość ludków w naszym kraju od pewnego czasu solidnie  mnie wkurza -  ci nieznający dogmatów własnej wiary świętsi od papieża, co to kościółek przenajświętszy zawsze  na ustach a po prawdzie  to głównie święta choinka i jeszcze bardziej święci kurczaczek z pisanką .  Nie byłoby KK to tacy by  sobie cóś inszego wynaleźli,  guru z całkiem innej bajki bo  prawdziwie wierzących wśród nich mało, oni wolą zawierzać  i robiliby dokładnie to co robią teraz czyli odklepywaliby życiowe rytuały. To spaja w całość, w tym wypadku stadność.  I wszystko byłoby cacy  gdyby stadko nie uważało że barany to najmundrzejsze ze zwierząt i nie usiłowało urządzać życia inszym źwierzątkom i małym owieczkom.  Urządzać życie  wewiórkom i innym zajęcom to lubio ale kontrolować bacy to cóś nie bardzo, za cinżko! Poplułam się! I to nie na zły kler ale na tych wszystkich leniwych hipokrytów którzy go sobie wymyślili i wyhodowali. Ćwierkacie że się panoszy i  dzieci  Wam dupczy - dobrze Wam tak! Sami to sobie zrobiliście, tylko dzieciaków żal! Obrazków nie ma bo wkurzenie obrazkowaniu  nie sprzyja.

czwartek, 4 października 2018

Czas wysortów


Tidubdiddiduda, tidubdiddiduda - czas wysortów, wysortów, wysortów to czas...Pamiętacie taką piosnkę pod  tytułem "Czas relaksu'?  Andrzej i Eliza  śpiewali to w zamierzchłym PRL.  Taka wpadająca w ucho melodyjka.  Wróciła  do mnie  przy okazji wyprawy "po śrubkę" do marketu budowlanego.  Działy ogrodowe marketów i szkółki kończą zielony sezon i w związku ze związkiem przeceniają rośliny, coby zaoszczędzić na kosztach zimowania towaru. Skrzętna ogrodniczka i oszczędny ogrodnik czyha na takowe okazje.  Może  wówczas kupić za tzw. psi piniądz. To co nie poszło zostało wysortem i bywa nieraz wyceniane  na jedną trzecią pierwotnej ceny.  Byłam z Mamelonem w najbliższym nam  budowlanym po  śrubki zadane przez Sławencjusza  i tak nas cóś śrubnęło w stronę  zieleniny. No bo z jakimś  łupem ze sklepu wyjść wypada a śrubków odpowiednich, czyli takich z kwasówki w pożądanym przez Sławencjusza  rozmiarze nie było. Na zielonym stoisku  Mamelon pokazała mi całkiem odpowiedniego dla niej małego asterka krzaczastego czyli marcinka. Zgodziłam się  że roślinka w sam raz urośnięta pod  Mamelonowy  ogród i tyż się zaczęłam rozglądać za łupem. Najsampierw oko zatrzymało się mła na błękitnych kwiatach inszej odmiany krzaczastego a potem powędrowało w stronę trawek stojących na sąsiednim  stoisku.  A tam wycena za sporą doniczkę złociszy siedem.

Przyglądam się uważnie i  dociera do mnie  że oglądam właśnie Schizachyrium scoparium 'Blue Heaven'. Yes, wzrok mnie nie myli, palczatka miotlasta stoi przede mną. Nie jest może  tak niebieska jak  odmiana 'Praire Blues' ale  ładnie się przebarwia i dobrze rośnie na suchym podłożu. Taka w sam raz  trawa na ekstremalnie  gorące lata. Zajęta swoim trawskiem kątem  oka zauważyłam  łapięta  Mamelona przy niebieskiej kostrzewie za marnego piątala  i tknęło mnie że to chyba  duże zakupy będą. Były, bo doszłyśmy do pnączy a tam powojniki w cenie trawkowej - po siedem złociszy. Mamelonu się zrobiły oczka zupełnie takie same jak Felicjanu na widok wołowiny, co to niby miała być na zrazy. No i  się rzuciłyśmy na  te pnącza jak  Felicjan na wołowinę. Wydałyśmy horrendalną sumę  trzydziestu pięciu złociszy każda na powojniczki. Ja buszowałam głównie  w tych z grupy Viticella, a  Mamelon szukała szczęścia wśród innych grup  powojniczych aż doszła do wiciokrzewów które  z rozpędu też postanowiła nabyć.

Taa, było ostro. W ogrodzie pojawią się zatem powojniki pod tytułem: 'Etoile Violette'  bo ma jasne  pylniki  kontrastujące z barwą płatków i dobrze  będzie  pasował do  krzewu róży 'Mm Leveque' posadzonego  parę lat  temu, 'Emilia Plater' bo ma niejednoznaczną barwę płatków i ze względów patriotyczno   ( powojnik prawie  wyklęty ) - feministycznych, 'Błękitny  Anioł' bo potrzebuje czegoś  błękitnie kwitnącego podkreślającego urodę jasno różowych   różanych płatków i 'Prince Charles' bo jak szaleć to szaleć i niuanse w odcieniach kwiatów  trzech ostatnich odmian  będzie się podziwiać.  Nabyłam  też po raz kolejny  powojnik odmiany 'Sweet Summer Love' PBR z grupy Flammula.  No cóż, nie mam ja dobrych doświadczeń z tą odmianą ale postanowiłam się zaprzeć, nie pamiętać złych chwil  i uszczęśliwić towarzystwem różę 'Nevada'. A nóż widelec tym razem pnączu dobrze pójdzie?

Zastanawiałam się  tyż czy  nie kupić odmiany 'Night Veil', która ma nieco większe dwubarwne  kwiaty z ciemnymi pylnikami.  Na razie odpuściłam ale nie wiadomo czy przy następnej bytności w budowlańcu  ( muszę  poleźć po  farbę ) się  wezmę i się  pokuszę. Na koniec zakupów  wyszarpałam  marcinkowego  błękita a Mamelon anemonka 'Pretty Lady Maria'. Wsadziłyśmy  to wszystko na wózek i zadzwoniłyśmy proszalnie do  Sławencjusza (  nie byłyśmy zmotoryzowane  bo po śrubkę poszłyśmy do marketu nogami, dla zdrowia ), któren  nie bardzo był zadowolniony  że  śrubki nie ma  a zielsko  jest i  trzeba nas odebrać z marketowego parkingu. Minę miał potępiającą jak nas z wózeczkiem zoczył, dobrze  że  Mamelon planowała kolację z krewetkami i w ogóle. Choć nie wiem czy kolacja przekona  Sławencjusza do poruczenia nam zakupów  śrubek w  sklepie w śródmieściu. Wszakże są w  śródmieściu miejsca gdzie na pewno można  trafić wysorty.




 Dzisiejsze foty to głównie zdjątka  marcinków mniejszych czyli astrów krzaczastych Aster dumosus. Wyższe marcinki czyli astry nowobelgijskie i nowoangielskie też  teraz ładnie kwitną ale w tym roku jakoś obiektyw preferuje średniaki, czyli astry dorastające do 40 - 60 cm. Na foty  kwiatów nówkowych powojników trza  będzie poczekać   do przyszłego roku.

poniedziałek, 1 października 2018

Wpis miejski





Ten wpis powstał z powodu wpisu Lilki B. na  Kureirowym.   Myślenie zadano, zawsze jak mnie się zadaje  myślenie  to  mnie się potem odbija.  No i się odbiło. Post był o, uwaga trudne słowo, gentryfikacji czyli zmianie  w przestrzeni zurbanizowanej.  Wicie rozumicie jest tak - gentryfikacja to pojęcie oznaczające zmianę charakteru części miasta którą pierwotnie zamieszkiwały ludzie różne ( tzw. szerokie spektrum lokatorów ), w cóś gdzie mieszkajo głównie ludzie  bogate czyli jakby lepsiejsze. Gentryfikacja to proces naturalny ale bywa radośnie wspomagany przez władze miejskie na całym świecie bo podatki miejskie płacone przez bogatych i jeszcze bogatszych są cudne, a pensja urzędników miejskich zarządzających  Palm Beach  ma się tak do pensji urzędników  miejskich zarządzających inszymi miastami o podobnej do Palm Beach liczbie mieszkańców jak lody z prawdziwej włoskiej  lodziarni mają się do masowo produkowanej zmarzliny.  Gentryfikacja rzecz jasna  nie jest przypisana żadnej dzielnicy raz na zawsze, w przypadku Palm Beach przeszła już na  przykład w geriatryzację co nieuchronnie w dłuższej perspektywie czasu wraz ze zmieniającym się  modelem  życia zamieni się w stagnację, której czasem zdarza się przejść w instytucjonalizację, a czasem  w  powolną lub szalejącą  pauperyzację.  Uff! Tkanka miejska  podlega nieustannym zmianom i trza mieć tego świadomość i podchodzić do tego ze stoickim spokojem, reagując  jednakże wtedy kiedy całe miasto zmienia się w coś nie do życia.





Nikt dziś nie narzeka że na Forum Romanum biznes nie kwitnie bo on kwitnie w najbliższej okolicy dzięki  Forum Romanum, Rzym jest wielkim miastem i  może sobie pozwolić  na skansen. Wenecja jest w gorszej sytuacji. Z drugiej strony to Europa robi  się pełna miasteczek widm na co narzekają  nieliczni ich mieszkańcy.  W takich miasteczkach  mimo ich  uroku ludzie  nie chcą mieszkać.  Cinko tam  z pracą, cinko z rozrywką no to z życiem tyż cinko. A miasta atrakcyjne się duszą i kombinują co by tu, a na dodatek mają gości co to tak wpadają żeby się zabawić. Bramy miejskie postawić i straż wpuszczającą przyjezdnych zatrudnić, hym... ? Nie do końca jestem pewna czy ograniczenia turystyki masowej w stylu "dawny, dobry zamordyzm" się powiodą, wszak wyzwalanie się miast z murów miejskich jest uważane za  cechę rozwoju a ludzie lubio się czuć rozwinięte.   Co bardziej prężne miasta padają ofiarą własnego sukcesu, jedne podchodzą do tego jak Barcelona , w której  ostro się mówi o potrzebie zmniejszenia ruchu turystycznego,  insze są jak Nowy Jork gdzie pobyt 50 milionów  turystów rocznie radośnie przelicza się na kasę. No cóż, to świadczy o potrzebie analizy myślenia ludzi różnych kultur o rzeczywistości, że tak walnę w stylu smutno - tropikalnym. Widać Anglosasom masowa  turystyka w wielkich miastach nie przeszkadza, gorzej znoszą wykup domów pod wynajem w małych miejscowościach ( osiedlanie się w nich też, to różni ich od ludziów południa Europy ).






Niewątpliwie masową turystykę trzeba jakoś ucywilizować bo obecnie mamy do czynienia z dziką fazą tego zjawiska, jednakże cywilizowanie nie oznacza ograniczeń które spowodują że wrócimy do lat siedemdziesiątych XX wieku. Internety pokazały ludziom że można podróżować i ludzie  poczuli ten odwieczny koczowniczy zew, charakterystyczny dla naszego gatunku. Tego się prosto wyłączyć nie da a każdy kto twierdzi inaczej chyba zakłada jakieś straszliwe wydarzenie, związany z nim  szok cywilizacyjny i długotrwałe skutki onegoż ( wojna z  terroryzmem radośnie uprawiana od parunastu lat na świecie nie zmniejszyła skali turystyki, dodała tylko tych tzw. turystów przymusowych - ilość  osób podróżujących dla przyjemności zwiększa się co roku, mimo  niestabilnej sytuacji w wielu regionach świata ). Co niektórzy sądzą że  żeby się  nie utopić w  tym napływie  turystów trza gentryfikować całe miasta, tak żeby "masowy" nie mógł sobie pozwolić na pobyt. W ciągu trzech pokoleń można zrobić w ten sposób albo disneyland w  weneckim stajlu albo "niezwiedzalne" obumierające enklawy  bogactwa. Jakby nie patrzeć miasto zgentryfikowane w całości zdycha o ile nie powstają wokół niego satelickie  osiedla "do obsługi" i samo miasto nie zaczyna się terytorialnie rozrastać a jego  mieszkańcy nie są zróżnicowani pod względem materialnym.  Recepta nr 2 to wspomniane zamknięcie bram,  na ten przykład ograniczenia wynajmu lokali, które będą obchodzone  na wszelkie możliwe sposoby i nic nie zmienią poza tym  że wojujące w sprawie najmu strony uplują się po pas. Lobby hotelarskie jest  tu na pozycji producentów  maszyn do pisania którzy poobrażali się na komputery osobiste podłączone do drukarek. Recepta nr 3 to logistyka ruchu turystycznego i ona właśnie wydaje mi się receptą najsensowniejszą.





"Money makes the world go around" i rady na to nie ma. Prędzej czy później taka Alfama w Lizbonie zmieni się w dzielnicę domów na wynajem ( na gentryfikację klasyczną ma małe szanse, bo wynajem chałupy jest bardziej opłacalny  niż prowadzenie w takim lokum biznesu - biznes opanowuje tylko najpopularniejsze turystyczne miejscówy, zaułki co to po schodkach w dół i schodkach w górę biznesowi nie odpowiadają, jako mieszkanie na stałe odpada bo  nie jest w stanie zapewnić odpowiedniego  komfortu ludziom pieniężnym ) . Miasta będą  turystyką zarządzały a nie przyglądały  jej się z boku, jak obecnie ma to miejsce. Zarządzanie rozsądne  taką bazą mieszkaniową to wydanie przepisów ( byle nie takich upodobniających wynajem  mieszkań do wynajmu  pomieszczeń hotelowych bo to spowoduje wymyki ) i  ich egzekucja,  co da między innymi możliwość sprawdzenia ile w danej  chwili przebywa w mieście turystów ( nie szacunkowo tylko na podstawie zgłoszeń ), odciążenie komunikacji miejskiej, wyznaczenie limitów wejść tylko tam gdzie to naprawdę konieczne dla dobra  dobra oglądanego. Trzeba też  będzie się  pogodzić  ze smętną prawdą. Teraz smętna prawda - nie da się mieszkać na placu zabaw, dzielnice atrakcyjne dla turystyki będą zasiedlane przez turystów, nie ma zmiłuj bo money i tralala. Działać w nich będzie  handel pod  turystę i nie tylko, usługi takie  jak  zapodanie żarła i rozrywka będą dla wszystkich  czyli  mieszkańców miasta i turystów. Władze miasta będą trzepały kasę, mieszkańcy dzielnic satelickich będą trzepali kasę a miasta będą  żyły swoim nowym życiem.  I tylko starszym paniom zwiedzającym Lizbonę będzie żal dawnych czasów kiedy w domach Alfamy zamiast turystów mieszkali lokalsi.

Szczęśliwie mieszkam na obrzeżach dużego miasta, które nie  uchodzi za  ósmy cud świata i nie znajduje się w serwisach turystycznych z adnotacją "Zobacz zanim kipniesz!". Nie znaczy to że miasto nie boryka się z problemami charakterystycznymi  dla miast kochanych  przez turystów. Łódzki plac zabaw to przede wszystkim  Piotrkowska, wyludniająca się i zmieniająca w kompleks gastronomiczny. Miasto rewitalizuje kamienice ale  nie do każdej zrewitalizowanej wracają  dawni mieszkańcy.  Czasem dzięki najwyższemu że nie wracają bo  lumpenmenelia substancji mieszkaniowej nie służy ale nie zawsze jest tak że znika jeno sama  żuleria. Są miejsca w których moje najbrzydsze na świecie miasto  pięknieje, tylko wraz z tą urodą odtworzoną ucieka z niego miejskie życie do jakiego  przyzwyczaił nas  wiek XX. Nowe będzie już całkiem insze, dla mnie  z lekka sztuczne i  mało zrozumiałe, dla ludzi młodszych ode mnie pewnie będzie to normalność.  Hym... parę lat temu sądziłam  że miastowość  XX wieczną da się uratować, pogląd  jednak mła się zmienił - ewolucji miast  nie da się odgórnie zatrzymać  bo to proces oddolny. Można próbować czynić miasto przyjaznym mieszkańcom, zanęcać  brakiem konieczności dojazdu, tylko że dzisiejsi ludzie wolą  mieszkać tam gdzie nie ma placu zabaw.  A gdyby w miastach nie było placów zabaw? Tylko komfort i boskie życie? Cóż nie każdego stać na boskie życie, większość mieszkańców prędzej czy później by się i tak wyniosła.




Dzisiejsze fotki  to wspominki festiwalowe, raz do roku  jest w mieście  świetlna impreza. Mam nadzieje że podobne widowiska zastąpią hucznego Sylwestra. Mimo sporego tłumu  były miejsca  gdzie ludzie spacerowali z czworonogami, które nie wyglądały na jakoś specjalnie zestresowane.  Za to niezłego stresa musieli mieć mieszkańcy Pietryny i okolic, trzy wieczory pod rząd około miliona ludzi przewaliło się przez wąskie gardziołko  głównej ulicy naszego downtown. Festiwal powoli rozlewa się na insze ulice, oraz na parki.  Nie ma wyjścia, inaczej by się udusił, Pietryna to nie Aleje  Jerozolimskie.  Ludzie go polubili, street art jest egalitarna i pasi do miasta Odzi więc wrosło się festiwalu w miasto. Tym bardziej że światło czyni  cuda i nawet zapyziałą kamienicę potrafi zmienić w bajkowy pałac. A handelek jak kwitnie, a żarło jakie zapodajo - kasa, misie, kasa!  He, he, he, ponoć  był u nas w ten weekend capo di tutti capi i kazał walczyć, walczyć, walczyć.  Chyba mu mówki dla miastów pomylili, u nas popularne to może być hasełko zarobić, zarobić, zarobić. Wokół festiwalu kręci się mnóstwo biznesów, proroczę  że  za jakiś czas ludzie  będą się odblaskowo stroili w całości a nie tylko paradowali w świecących różkach, koronkach, wiankach, okularkach czy tym podobnych gadżetach.  No a Piotrkowska i okolice będą żyły swoim nowym życiem, tak innym od tego które ja pamiętam. Są jednak gorsze  rzeczy na tym świecie, Mamelon twierdzi że nasza  dzielnia tyż się gentryfikuje  bo my w niej mieszkamy, prawdziwe artystki życia a od pomieszkiwań artystów to się ponoć gentryfikacja lubi zaczynać .




P.S. Nie pijcie nigdy dwóch grzańców, poprzestańcie na jednym. Choćby nie wiem jak zimno było bo chcąc uniknąć dzikich tłumów dopiero  głęboką nocą wyleźliście w miasto. Nie chodzi o to żeby nie tańczyć  na ulicy czy nie  pokazywać  publicznie  figury zwanej  jaskółką,  na znak  absolutnej  trzeźwości rzecz jasna. Dwa grzańce niewypite pod rząd nie doprowadzą  do takiego stanu. Po prostu the day after po grzańcach jest koszmarem!!! Cały dzień usiłowałam jakoś iść  naprzód z tym wpisem ( anemony jesienne  nadal uwierają  jak  wyrzut sumienia ) i bardzo ciężko mi to szło. Nigdy więcej więcej niż jeden  grzaniec lać w gardzioł! Never! Znaczy do następnego razu.

sobota, 29 września 2018

Ogrodowe podsumowanie miesiąca


Dzisiejszy dzień chłodnawy ale patrząc na cały  wrzesień to jednak był to miesiąc  w  którym przez większość jego trwania panowała letnia pogoda. Niestety nadal sucho, znaczy niby  cóś tam padało  ale zważywszy na to co  zrobiła nam z  glebą letnia  pogoda to nie są to tzw. opady znaczące. Ogród powoli jesiennieje, choć nie jest to jesiennienie pełne chwały, bardzo bogate i obfite w barwy.  Jako tako wrzesień wyglądał na  Suchej - Żwirowej ale w Alcatrazie nie powalał.  No tak, ogrodowi który ma być  cienisty i miejscami  przypominać leśne  klimaty,  pięciomiesięczne lato nie bardzo sprzyja. Deszcze czy ostatni chłodek nie naprawią szkód które wcześniej wyrządziła susza i upały. Oczywiście sadzę małe cebulaki i pocieszam się że za to wiosną Alcatraz zakwieci, pokaże i w ogóle ale teraz mamy jesień a w tym moim ogrodzie ciężko na czymś zawiesić oko.  Zazwyczaj koniec września Alcatraz wita złociejącymi  liśćmi funkii i początkiem  przebarwień liści na krzewach i drzewach ale w tym roku zamiast złocistości funkiowych  liści mam albo  tzw.  miejsca po albo jakieś smęty powyżerane i popalone,  które lepiej  byłoby sunąć coby ogrodu  nie szpeciły ( czego rzecz jasna nie robię, bo nawet te smęty po  uschnięciu  szczątkowo okryją glebę pełną cebulek i będą jej robiły dobrze ). Na krzewach i drzewach też nie za ciekawie, liście raczej podeschłe  niż zmieniające barwę. W dziale paprotnym, gdyby  nie nówki języczników byłoby kiepskawo - paprociumy są, przeżyły ale ich wygląd jesienny pozostawia sporo  do życzenia.

No cóż, może październik okaże się  łaskawszym miesiącem dla Alcatrazu, na razie pozostaje mi  cieszyć się jesienią na  Suchej - Żwirowej. Sezon marcinkowy w pełni, kwitnie  całe Podwórko.  Największa koncentracja marcinków vel  michałków na  Suchej  - Żwirowej i w  Różance Podokiennej.  Kwitną wszystkie, te  nowoangielskie, nowobelgijskie,  krzaczaste. Zakwitają siewki, których kwiaty uważnie oglądam bo zawsze może trafić  się  wśród nich coś co człowieka zauroczy i sprawi że roślina zostanie uznana za godną posadzenia na rabacie a nie tylko wzbogaci wazon i kompost ( jak to ma miejsce w wypadku większości marcinkowych siewek ). Podobną selekcję przeprowadzam wśród potomstwa rozchodników, odsetek siewek  nadających się wyłącznie na kompost jest niestety równie duży jak w przypadku marcinkowych dzieci.  Trzeba mnóstwa "niczego nadzwyczajnego" żeby pojawiło się coś  naprawdę przykuwającego uwagę. Mam w związku z tą ewolucyjną prawidłowością niewesołe myśli na temat własnego gatunku, marcinkowe siewki cóś mnie tak przykro "fylozoficznie" nastrajają. No a  insze jesienią dające czadu rośliny  Podwórka? W Różance Podwórkowej róże szykują się do kolejnego kwitnienia, naprawdę nieźle wyglądają trawy i całkiem - całkiem rośliny kojarzone raczej z latem  niż jesienią - perowskie i jeżówki. Gwiazdą września jest jednak szalejący powojnik 'Anita', chyba najładniejszy  z moich powojników ( a na pewno najlepiej rosnący ).




Jakie gryplany na październik? Raczej nie  dokupię już cebulek, cebulowo jestem jak na razie usatysfakcjonowana. Oczywiście nigdy nie należy  mówić nigdy. Człowiek może się zaklinać, zaperzać że nic już, że w ogóle , zapierać  się  cebularstwa jak żaba  błota a potem widzi przed nosem torebeczkę z cebulkami odmianowych przebiśniegów i to całe zaprzeczanie idzie się tralala.  No i lata z obłędem w oczach po ogrodzie szukając gdzieby tu cebulaczki wcisnąć i żyje ogrodowo  in spe - w przedwiosennym czasie znaczy. Może się tak zdarzyć ale  lepiej  żeby się nie zdarzyło bo cebulki odmianowych przebiśniegów do tanich nie należą a Gosia właśnie zarządziła  gryplanowanie wspólnego wyjazdu, co  rzecz jasna wiąże się z kosztami i nie ma że nie ma.

Z gryplanami ogrodowymi to lepiej w ogóle  ostrożnie, wiadomo że ostatnio Wielki Ogrodowo - Pogodowy lubi robić siurprajzy.  Ja tu się cała nastawię na przesadzania krzewów a Najwyższa  Zwierzchność potraktuje nas kopnym śniegiem albo deszczami powodującymi cóś na kształt potopu.  No i wszystkie gryplany na nic  bo trza będzie  gawrę zakładać albo arkę budować dla się i zwierzątków. Także żeby basior w lesie siedział to żadnych wielkich gryplanów nie robię, działania ogrodowe  będę na bieżąco dostosowywać do pogody. Zrobię co się da ale jak się nie da to wyrzutów sumienia wielkich mieć nie będę, w razie czego mamy winnego takiej sytuacji.  Nie żebym tak o wszystko Absolut  obwiniała, ale swoje  wiemy co?!  A w ogóle  to ładnie to tak było cholerne upały i suszę wielomiesięczną zarządzić?! Ładnie?! No to teraz nie ma co liczyć na wiele dziękczynnych paciorków! No chyba że sypnie grzybami.