wtorek, 23 lipca 2019

Perowskia - sucholubny "kawałek nieba" na rabacie



Perowskie sadzę namiętnie i ciągle mi  mało tej rośliny wogrodzie.  Jej delikatne kwiatostany muszą występować masowo żeby  być zauważalnymi na rozległej Suchej - Żwirowej.  Dla mła roślina bardzo  dobra bo niewymagająca a mła jak wiadomo jest leniwa. Perowskia łobodolistna  Perovskia atriplicifolia , zwana też rosyjską szałwią, pochodzi ze stepów i wzgórz Azji południowo - zachodniej i środkowej. Naturalnie rośnie w zachodnich Chinach, Pakistanie, Afganistanie, Iranie, Turcji. Opisana przez George'a Benthama w 1848 roku , na podstawie okazu pobranego przez Williama Griffitha w Afganistanie ( obecnie porasta w ogrodach Kew jako tzw. holotyp gatunku ). Hym... rosyjska szałwia wcale nie jest szałwią i nie pochodzi z Rosji. Za to nazwana została na cześć XIX wiecznego rosyjskiego generała Perowskiego. Kwitnie od połowy lata, jak dobrze pójdzie to do końca września i początków października. Kwiaty ma błękitne, w kolorze zbliżonym do kwiatów lawendy, o przyjemnym zwracającym uwagę zapachu. Są bardzo trwałe i długo utrzymują się na krzewie. Perowskia to wbrew pozorom roślina mrozoodporna, jeżeli rośnie na przepuszczalnej glebie to nic jej zimą nie ruszy. W ogóle ona z tych zdrowych roślin, właściwie nie choruje i szkodniki też jej nie obsiadają. Latem upały jej nie straszne, to doskonała roślina na gorące, mocno nasłonecznione stanowiska. Jest tolerancyjna względem ph gleby, ale najlepiej rośnie w ziemi lekko kwaśnej o ph 5,8 - 6,5. Nawożenie z rzadka i ostrożna, solidniejsze nawożenie skończy się zazielenieniem pędów i liści. Na wiosnę przycinamy powyżej najniższego oczka z pąkiem liściowym, pięknie nam odbije nowymi , srebrnymi pędami. Info dla wszystkich którzy mają ogrody graniczące z dziczą - za perowskią nie przepadają sarny. W handlu oprócz gatunku spotyka się też parę odmian, najczęściej to selekty ale odmiany z głęboko naciętymi liśćmi bywają hybrydami Perovskia atriplicifolia i Perovskia abrotanoides . Odmiany różnią się głównie wzrostem i stopniem wysrebrzenia liści. Odmiana 'Blue Spire' dorasta do 100 - 150 cm wysokości i około 100 cm szerokości, Odmiana  'Little Spire' dorasta do 60 cm wysokości i 30 - 40 cm szerokości, została  wyhodowana z myślą o  mniejszych ogrodach. Ma  nieco bardziej wysrebrzone liście niż  inne gatunek czy odmiana 'Blue Spire'.  Jeszcze bardziej srebrzysta jest odmiana 'Silvery Blue'  dorastająca również do wysokości 60 cm. Ma wazowy pokrój i pięknie prezentuje się na rabatach "luźno" sadzona.  Cechą charakterystyczną jest metaliczne lśnienie pędów i przykwiatków.  'Lacey Blue' to  odmiana dorastająca do 70 - 80 cm wysokości, cechą charakterystyczną tej  odmiany są mocno powycinane (  niemal  do nerwu głównego ) lancetowate  liście w szarozielonym kolorze. Na tym nie koniec, kwiatostany 'Lacey Blue' są bardziej zwarte, a kwiaty większe i nieco ciemniejsze od kwiatów gatunku. 'Rocketman' dorasta do 80 cm wysokości i 100 - cm szerokości. Odmiany takie jak 'Superba' vel 'Hybrida', 'Blue Haze', 'Longin', 'Mystery of Knightshayes' ( kwitnąca bardzo późno ), 'Blue Mist', 'Lisslit', 'Filigran', 'WALPPB' - spotyka się w szkółkach i centrach ogrodniczych bardzo rzadko, to na ogół import. Jako rośliny aromatyczne wszystkie perowskie cieszą się zainteresowaniem owadów, trzmiele , motyle i pszczoły oblatują te delikatne wiechy z wyraźną lubością. Na koniec taka ciekawostka - perowskia ma zdolności do akumulacji metali ciężkich z zanieczyszczonej gleby, dzięki czemu może mieć zastosowanie w fitoremediacji. Widzicie jaka pożyteczna, warto sobie zapuścić takie cóś w ogrodzie. Już Gertrude Jekyll  twierdziła  że warto!



sobota, 20 lipca 2019

Codziennik - pół a może nawet ćwierć spokojnik




Lipiec mija powolutku, jak na razie bez ciężkiej upalności. Co prawda pogoda wg. prognoz ma być z tych prawdziwie letnich, jednak jest szansa  że się nie ugotujemy. Agatek zasłużenie się leniuszy, Piesa Zaswetrowana szuka domku dla Krokietki i Bigosa  , towarzystwa w połowie  od Gosianki ( bardzo stabilnych psychicznie kocich geniuszy, choć Bigos jako świeżo socjalizowany ma jeszcze lekkie problemy ze stabilnością ). Dobrze by było gdyby się znalazł domek dla dwójkio bo inaczej Piesa do reszty nam zakocieje i zmieni się w Kotę w Swetrze. U kociego towarzystwa mła był eksces, na szczęście jednorazowy ale za to z konsekwencjami. Sztaflik poczęstowała się czym nie trzeba i teraz jest leczona. Dohtor nie tylko dał jej zastrzyki, wygłosił do niej przemowę pod tytułem "Czy kota rozumie co robi swojej  wątrobie?". Kota miała wzrok jak miś o bardzo małym rozumku  ( Sztaflik jak czegoś nie chce rozumieć to po prostu nie rozumie i już ) a mnie złość na nią wyłaziła uszami. Przeca uszkodzona wątroba to zaraz uszkodzone  nerki a kocie nerki to mła od zawsze spędzają sen z powiek. A tu  jeszcze te jej pretensje do mła że zapakowała i zawiozła, normalnie dręczenie zwierza mła uprawiała i ona Sztaflik dopiero teraz mła pokaże na co ją stać! W najbliższym czasie cóś tak czuję że porozmawiam  sobie z tyłkiem Sztaflika ( i z jej  karkiem bo jeszcze dawka jest do wstrzyknięcia ), zazwyczaj jej  te rozmówki dobrze robią na charakter. Oczywiście  Felicjan obrażony że ktoś inny śmie być chory, mam dokarmiać bo on cierpi. Nie do końca jeszcze wie na co ale tak czuje że musi być dokarmiany. Znika jednak błyskawicznie  gdy sięgam po jego krem na sznupę, myk i kota nie ma  bo terapia taka jakoś mało kocurza, wstyd się pokazać na podwórku z wysmarowanym obliczem.




Jakby mało było  kocich problemów to na mła się jeszcze uwziął koncern  kosmetyczny, któren produkował  dla niej szampon do włosia.  Mła stosowała i nawet była zadowolniona  bo ani tłuszcz pod koniec  dnia nie skapywał na oczka ani pierze straszliwe nie piało. Ale  koncernu było cóś za tanio taki szampon dla mła produkować i on był dodał do niego odżywkę i cenę podniósł o pięć złociszy. No i teraz to za wyższą cenę mła ma  na głowie cóś na kształt peruki egipskiej z włosia  baraniego. Dobrze że nie wychodzi ta sierść jak po szamponie  "Samson". Przed mła znów poszukiwania kosmetyczne a ona za tym nie przepada. Mła jest taka  konserwa że jak cóś jej podpasuje to ona się tego  trzyma.  No nie idzie z kosmetycznym postępem i szczerze pisząc  to ma  głęboko w okrężnicy cudowne  właściwości pieprzonej agawy! Niech sobie je stosują szefowie, rada nadzorcza a przede wszystkim dział innowacji tego koncernu, najlepiej w dużej ilości to będzie dupków można z daleka rozpoznać po kretyńskich  fryzurkach. Nie dość  że mła już tylko nędzne  resztki po urodzie zostały to koncern postanowił że ona teraz będzie doznawała wstrząsu porannego przed lustrem.  No i ja się pytam gdzie jest to zdrowotne oddziaływanie szampona jak mła mało szlag przed zwierciadełkiem nie trafił?! Zamiast  mła w zerkadełku utyty, bardzo wczesny Michael Jacson, tyle że biały  jak ten późny. No groza!




Mła postanowiła się upolitycznić bo była cast away i nie wiedziała  na jakim etapie drogi do świetlanej przyszłości obecnie się znajdujemy. Na  samym wstępie prasówki ją wzięło  i murnęło - w mieście Odzi nie bedo kosić tyrawników w zgodzie z harmonogramem, przestawiajo się na koszenie w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem. Chyba musiał być jednak  spory wkarw łobywatelski, bo wadzunia stwierdziła  że  odstępuje w wielu miejscach  od koszenia częściej  niż dwa razy do roku. Ha, jak tak dobrze z tyrawnikami poszło to  czas na objazd wadzuni za wywalenie pieniędzów  w błoto i brak dbałości o wodę dla nowych nasadzeń. Hym... może do Pani Hani dotarło że jej urzędnicy od wsadzania dżefek zapomnieli zakopać  przy tych nowo wsadzonych  takiej rurki z dziurkami.  I  że dzięki temu zapominalstwu większość  ponad  trzymetrowych drzew,  które  tanie nie były a stanowiły jakie  takie uzupełnienie miejsc  po wycinkach , szlag trafił. Cóś mła się zdaje że woda  dla dżefków  tańsza by była niż nowe nasadzenia. Mła się cieszy bo brała udział w antykoszeniowym  pultaniu i knuła, nie żeby  była  łobywatelem  roku ale swoje trzy  grosze wkładu ma.




Na tym przymurowanie się jednak skończyło bo wadzunia centralna słabiej wyuczalna. Nasz prime minister, znany w Odzi pod ksywką Matołżesz,  zbliża się powoli w stylu swoich wypowiedzi do  jak  mła się kiedyś wydawało niedościgłego wzoru, czyli  do stylu wypowiedzi Lecha W. z czasów prezydenckich. Kontakt  z Jarosławem K powoduje chyba te problemy z ubieraniem myśli w słowa, ten  człowiek skądinąd   sympatyczny, koty hoduje i wspiera schroniska, jednak  wpływ na rozwój języka polskiego ma straszliwy. Mła odnotowała nowe związki  frazeologiczne  opisujące rzeczywistość  - np. ponosimy zwycięstwa, głównie moralne, głównie w UE ( co było niestety do przewidzenia i co mła bezczelnie wyprorokowała po majowych wyborach ),  wyszkoliliśmy  szkolnictwo i uzdrowiliśmy służbę zdrowia ( ciekawe co rozsypie się pierwsze, moi siostrzeńcy już szczęśliwie w prywatnej szkole, pińcet się naprawdę przydało choć czesne zaraz pójdzie w górę ), no i mamy rolę przywódczą w Międzydziurzu. Właściwie jest wesoło bo na pokładzie jeszcze gra orkiestra  choć  przepływamy obok  góry lodowej, opozycja robi wszystko by rzundzący wykończyli się sami w następnej kadencji a naród uczył się demokracji metodami  sprzed reformy  - jak doopsko boli znaczy cóś nie tego. Nie ma to jak wiedza empiryczna! Na świecie  tyż ciekawie, Brytole  nadal majo wychodne z tym że ostatnio ich nowe państwo ( znaczy ci pod których chcą się podpiąć gospodarczo ) zaćwierkało na Ćwierkaczu  palcyma  swojego Najwyższego Urzędnika ( polecam lekturę "Autostopem przez Galaktykę"   albo oblookanie  filmidła pod  tym tytułem, pierwowzór obecnego  hamerykańskiego prezydenta nazywa się Zaphod Beeblebrox )  że  Tereska jest gupia a wychodne to był kretyński pomysł.  Ich  brytolskie nowe wadztwo Boris  nic  nie mówi bo jeszcze na razie nie wie czym rozbłysnąć ( hym... nie wiadomo czy to  będzie  Supernowa bo apetyt na władzę ma też  Czerwony Karzeł Z LP ), Włosi jak zwykle bawią się w zmianę rządu a Grecy się już pobawili. Indonezja i Wietnam zostają nowymi Chinami, Chińczycy jeszcze nie wiedzą kim chcą zostać ale wiedzą już że na pewno nie Rosjanami a Rosjanie kombinują jak  przy pozorach demokracji zostać KRL.  Ludzie nadal masowo  zmieniajo  miejsce zamieszkania ale teraz nikt już  nie  pisze że to przez wojny, wszyscy wiedzo  że to przez internet! Dlatego niektórym  bedo ten internet odłączać od  sieci globalnej, żeby ich nie ciągnęło! No cóż, od mojego ostatniego przeglądu politycznego nic się nie zmieniło, jest dokładnie tak samo głupio  jak było. Może choć ten constans powinien mła ucieszyć, choć szczerze pisząc  bardziej by ją ucieszył gdyby dotyczył niektórych produktów  kosmetycznych.




Z rzeczy naprawdę istotnych - potwór z Loch Ness jeszcze w tym roku  nie wypłynął, spekuluje się że uznał że jeden  Boris UK wystarczy do szczęścia. Mieliśmy  tzw. okrągłą rocznicę postawienia stópek  na Księżycu.  Przy tej okazji mła pomyślała sobie jak  bardzo nam się zmienił stosunek do "zdobywania  Kosmosu".  Od  pół wieku planujemy podróż na Marsa ale tak na prawdę  to nikt się tam osobiście  nie wybiera , nie na tym etapie  rozwoju  technologii. Czekamy na jakiś  skok w nauce, technice i w pozyskiwaniu  finansów, załamanie się programów kosmicznych to efekt wypalenia się dotychczasowego, bardzo drogiego entuzjazmu państw dla eksploracji Wszechświata  ( czytaj najbliższego sąsiedztwa planety Ziemia ).  Korporacje nie dorosły do zdobywania nowych przestrzeni  bo  ich zadaniem  jest mnożenie zysków a nie  badanie ileż to człowiek może przebywać w Kosmosie i jak daleko dolecieć. Na co to komu? Po prawdzie dla nauki bardziej istotne jest to by sondy  Kosmos  sondowały a nie by ludka wysłać coby stopę postawił na jakimś pyle. Jednak dla mła urodzonej w drugiej połowie XX wieku odpuszczenie tematu "człowiek w  Kosmosie" jest jakieś  smętne, mła   łatwiej identyfikować  się z Kolumbem, Cookiem czy Armstrongiem niż z sondą Galileo. Ot, taka to ludzka natura. Jeszcze jedna istotność się wydarzyła, mła się postarzała o kolejny roczek, czuje to w kościach i w cielsku.  W pewnym wieku rocznica urodzin cóś nie  cieszy,  Małgoś - Sąsiadka pociesza  mła  że jak jej  się uda skończyć  osiemdziesiątkę to   świętowanie  urodzin znów zrobi się fajne.  No wiecie - jeszcze się raz świętować  udało, he, he, he!  Na razie mła się zastanawia  dlaczego ludzi bawi postarzanie się na fotkach, mła by bardziej  bawiło odmładzanie się. To pewnie jest  już starcze marudzenie  w jej wykonaniu.

Dzisiejsze foty to troszki ( bardzo, bardzo troszki ) Suchej  - Żwirowej, pobocza na Choćkach ( oby ódzkie  takie były ) i "ciasto uroczyste" które  lepiej wygląda niż smakuje  ( musiało być naked, bezkremowe tylko z udawanym salcesonem  z jagód i minimalnie cukrzone - Małgoś sobie wyhodowała cukier i teraz nie ma zmiłuj ).

wtorek, 16 lipca 2019

Suszoodporny zatrwian szerokolistny

Zatrwian szerokolistny Limonium latifolium ( znany  też pod nazwą Limonium platyphyllum ), lawendę morską jak ładnie tę roślinę nazywają Anglosasi, już kiedyś opisywałam ale  nie w dziale  Zielenina  tylko tak przy okazji jakichś zakupów. Teraz  jednak "nadejszła wiekopomna chwila" i trza go przypomnieć. Zatrwian okazał się być kolejną rośliną suszoodporną, taką która w najgłębszej  partii  korzenia ma upały i brak deszczu. Właśnie jakiś  tydzień temu zaczął kwitnienie i nad Suchą - Żwirową unoszą się jego koronkowe baldaszki. Rodzaj Limonium należący do rodziny ołownicowatych Plumbaginaceae nadzwyczaj bogaty jest w gatunki ( botanicy  naliczyli sto dwadzieścia - sto pięćdziesiąt gatunków a według niektórych autorów nawet jest ich nawet trzysta ). Większość z nich występuje w pasie od Wysp Kanaryjskich przez śródziemnomorski rejon Europy i Afryki aż do wschodniej Azji, wliczając wyspy Japonii i Tajwan. Kilka gatunków pochodzi z Ameryki Północnej i Południowej, południowej Afryki, Australii. Jak widzicie bardzo światowe są limonia. Nazwa rodzaju wywodzi się z greckiego słowa leimon oznaczającego łąkę powstałą na zasolonych siedliskach.  No nie  bez powodu -  wiele gatunków jest odpornych na zasolenie gleb, spotyka się je na solniskach, strefach brzegowych  słonych jezior i mórz.

Przeważnie też dobrze tolerują suchy klimat i słabe gleby, nawet te słabizny w górach leżące, co to ledwie troszki piaseczku i niby lita skała. W Polsce uprawia się jedynie parę gatunków, w tym jeden przypisany przez botaników do innego niż Limonium rodzaju ( chodzi o bylinowy zatrwian tatarski Goniolimon tataricum należący do rodzaju Goniolimon ). Zatrwian wrębny zwany też zatrwianem letnim Limonium sinuatum będący rośliną jednoroczną, rzadziej dwuletnią ( przy bardzo sprzyjającej zimie ) uprawiany jest głównie na kwiat cięty. Można dostać jego odmiany: 'White', Yellow', 'Rose', 'Pale Blue' i Darc Blue' ale najczęściej sadzone są mieszanki. Podobnie jako jednoroczny uprawiany jest zatrwian Suworowa Limonium suworowie. Zatrwian szerokolistny nie jest jakoś specjalnie znany chociaż w naszych warunkach klimatycznych jest byliną. A to jest idealna roślina  na mocno nasłonecznione stanowiska i piochy. Mła uprawia tzw. czysty gatunek, roślinkę  bujającą  do czterdziestu  - sześćdziesięciu  cm wysokości, mła wie  że istnieje odmiana nieco niższa ( tak dwadzieścia pięć cm wysokości , a  trzydzieści na absolutnego maksa ) nazywająca się 'Blue Diamond'.  Spotkała się też z odmianą 'Blue Cloud'  ale za wiele  o niej napisać nie może  bo jej brak wiedzy. Natomiast wie że odmiana 'Violetta' ma mocniej wybarwione kwiaty, bardziej w kolorze kwiatów  lilaka niż wrzosu i że osiąga wysokość pięćdziesięciu cm. Dla zatrwianu szerokolistnego nie lato jest problematyczne a zima, na piochach spokojnie sobie radzi ale cięższej gleby  może nie zdzierżyć i  paść w ramach protestu ( no nie znosi  wilgoci zimowej w korzonkach ).



poniedziałek, 15 lipca 2019

Ożanka najwłaściwsza

Ożanka właściwa Teucrium chamaedrys należąca do rodziny  jasnotowatych Lamiaceae pochodzi z rejonu basenu Morza Śródziemnego, choć zakres jej występowania sięga Azji Mniejszej, Iranu i Uralu. Gatunek dość zmienny - rozróżnia się czternaście podgatunków i jedną odmianę ( 'Nana' - nieco niższa ). Zaliczana jest do grupy podkrzewów, czyli roślin mających przejściowy charakter pomiędzy krzewami a roślinami zielnymi ( znaczy zimą nie zanika ). U nas spotykana jest głównie na południu kraju - Wyżynie Lubelskiej, Roztoczu, Polesiu i w dolinie Wisły od ujścia Sanu do ujścia Wieprza. Występuje też na bardzo nielicznych stanowiskach w Niecce Nidziańskiej, Bramie Krakowskiej i w Karpatach ( tylko na jednym stanowisku w Małym Grojcu w Kotlinie Żywieckiej ). W ogrodach uprawia się ją na rabatach, tworzy z niej obwódki ( dobra do odtwarzania nasadzeń historycznych - partery ogrodowe, szczególnie te zwane dywanowymi i renesansowe a wywodzące się z czasów średniowiecza partery węzłowe bardzo dobrze wyglądają w wersji ożankowej  ), obsadza się nią mury i zbocza. Lubi piochy, idealna na gleby przepuszczalne i jałowe. Posadzona na słonecznym stanowisku kwitnie długo i wytrwale. Rozmnaża się ją przez wysiew nasion wiosną, lub przez podział kęp jesienią. Strefy mrozoodporności 5-10, przemarzanie zdarza się na cięższych glebach. Nie jest to jedyna ożanka uprawiana w naszych ogrodach, uprawia się ożankę kaukaską vel hyrkańską Teucrium hircanicum, piękną, kwitnącą  w lipcu  bylinę która jednakże potrzebuje  nieco więcej  wody do  szczęścia niż jej "najwłaściwsza"  kuzynka.

Ożanka górska Teucrium montanum to roślina sadzona  na skalniakach, raczej sadzą ja kolekcjonerzy niż "zwyczajni ogrodnicy". Podobnie rzecz ma się z uprawą ożanki popielatej Teucrium polium i ożanki pirenejskiej Teucrium pyrenaicum czy Teucrium ackermanii. Szczególnie uprawa tej pierwszej, lubiącej  wymarzać zimą raczej zniechęca.  Ożanka nierównoząbkowa Teucrium scorodonia nie jest  na tyle urodna żeby stanowić "upragnienie" i  "wymarzoną roślinkę" dla większości ogrodujących ( jednak mła uprawia jej piękną formę 'Crispum' o cudownie pomarszczonych liściach ). Mile za to spoglądają na nią pasieczni bo podobnie jak inne ożanki roślina jest namiętnie  oblatywana przez pszczoły. Bardziej urodna jest ożanka pierzastosieczna Teucrium botrys, roślina dobrze wyglądająca w założeniach naturalistycznych.  Ożanka czosnkowa Teucrium scordium rośnie w dziczy i jest  w naszym kraju  na liście gatunków zagrożonych niebytem, w ofercie szkółek jej nie widziałam.  Dla mła ożanką najwłaściwszą jest ożanka właściwa, jest to jedna z niewielu roślin które zniosły z godnością upały i suszę. Jak macie piochy sadźcie ożankę najwłaściwszą! Odwdzięczy się. A Wasze koty będą Was kochały jakbyście łany kocimiętki posadzili, ożanki nazywa się czasem kocim tymiankiem.  Na szczęście nie ma wydrapywania korzonków pazurkami bo  ożanka  najwłaściwsza nie zawiera aż takiej ilości olejków eterycznych  miłych kociemu powonieniu jak Teucrium marum.



niedziela, 14 lipca 2019

"Zakonniki" czyli rzecz o roślinnych pożytkach z benedyktynów i cystersów


W czasach kiedy słowo zakon kojarzy się częściej z aferami niż ze sposobem życia porządkowanym przez dewizę "Ora et labora" mła powraca myślą do czasów najdawniejszych naszej państwowości, kiedy to świeży  import zakonników z zachodu  i południa Europy tak dobrze zrobił naszej gospodarce i kulturze. Hym... nie do uwierzenia ale  kiedyś Kościół stanowił nasze okno na świat, był propagatorem  zdobyczy cywilizacji i otwierania się społeczeństw.  Co prawda  pod warunkiem wyznawania przez owe społeczeństwa jedynie słusznej wiary ale dozwalającym na różne  formy jej  kultywowania, często wywodzące się z przedchrześcijańskich wierzeń co zaowocowało po stuleciach powstaniem niby chrześcijańskich obrzędów które  więcej mają wspólnego z magią prasłowiańską niż z chrześcijaństwem. Do nas ten nowy  powiew ze świata przyszedł wraz z zakonnikami.

Ustanowienie biskupstw to była czysta polityka, dopiero ci pierwsi zakonnicy byli tak naprawdę ważni dla tworzenia się nowej  jakości życia. Ordo Sancti Benedicti założony w 529 roku prze św.  Benedykta z Nursji , zakon  który jako dewizę przyjął "Ut in omnibus glorificetur Deus"  co tłumaczy się jako "Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony" przybył do  nas najwcześniej bo już w roku 1045.   Ordo Cisterciensis założony w roku 1098 przez św. Roberta z Molesme, zakon który nade wszystko cenił oddalenie od centrów cywilizacji, samowystarczalność i w związku z tym dosłownie  wyrąbywał  z dziczy miejsce na swoje siedziby, został sprowadzony do  Polski w drugiej połowie XII wieku. Początkowo  cystersi osobiście uprawiali powierzone sobie ziemie, z czasem gdy nadania ziemskie były coraz większe wzorem  możnych  uprawiali  ziemię chłopskim rękoma. Wdzięczność  jednak powinna być wielka  bo to te zakony, których dewizą było widzieć  bożą rękę we wszelkim stworzeniu wzbogaciły nas niepomiernie.  Oprócz tworzenia pól, budowy młynów, kuźni i tym podobnych "inicjatyw gospodarczych" braciszkowie poznali nas z wcześniej nieznanymi na naszym terenie roślinami.  Oczywiście sadzili je  nie dla ich urody a dla  pożytków, człowiek  średniowiecza za bardzo musiał się troszczyć o zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb i jakoś specjalnie  nie rozczulał się nad urodą kfiotków.

Rośliny były dobre czyli takie z których człowiek  miał pożytek i złe jak kąkol w zbożu. Tak naprawdę tych złych było bardzo mało, większość  roślin rosła na chwałę Pana. Nie jest to tak że u nas przed okresem chrześcijańskim tylko z lasu przodek żył, Słowianie przy domostwach uprawiali ogrody i  bardzo je sobie cenili ( kradzież plonów z ogrodu była karana surowiej  niż podwędzenie czegoś z pola ). Wiemy że we wczesnym średniowieczu na terenach  Polski uprawiano już  bób celtycki, bobik, groch zwyczajny, soczewicę, marchew  (  nie przypominającą  jej dzisiejszej wersji o pomarańczowym  korzonku ), ogórek siewny, rzepę, pasternak, wykę siewną, wykę czteronasienną, kolendrę siewną, koper ogrodowy, chmiel zwyczajny oraz mak lekarski. Zagadką jest czy seler i pietruszka przywędrowały do  Polski wcześniej  niż chrześcijaństwo. Przypuszczamy że czarnuszka i szarłat siny pojawiły się  w X i XI wieku, ich nasion nie spotyka się na wcześniejszych stanowiskach archeologicznych.  Cebula, kapusta, buraki (  inne niż  dzisiejsze bo białe tak jak dzisiaj białe są buraki pastewne i cukrowe ), lubczyk, ruta i tymianek najprawdopodobniej pojawiły  się wraz z braciszkami. A śliweczki południowoeuropejskie, a próby z uprawą winorośli. Na pewno wiemy że zakonnicy  sprowadzili przynajmniej trzy rośliny które szczęśliwie nie są gatunkami inwazyjnymi a bardzo nam się przydały - szałwię lekarską, hyzop lekarski i lawendę wąskolistną. Tak, braciszkowie zasłużyli na dobre słowo - większe rozkosze stołu,  rozmaitość lekarstw i jeszcze zwielokrotnioną radość  dla oczu mamy za ich sprawą.




Hyzop lekarski Hyssopus officinalis to gatunek rośliny z rodziny jasnotowatych ( Lamiaceae ). Znany jest też jako : izap lekarski, józefek, józefka. Najprawdopodobniej pochodzi z zachodniego i środkowego rejonu basenu Morza Śródziemnego ale jest od dawna spotykany w Europie Środkowej, Azji Zachodniej i na Kaukazie. Zawleczony do Ameryki Północnej uciekł z niewoli i porasta sobie na swobodzie. Jest półkrzewem dorastającym do 30 cm wysokości przy mniej więcej takiej samej szerokości ( bajka dla grzecznych ogrodników - na dobrej ale lekkiej glebie będzie bujał do niemal 70 cm wysokości i tyle mniej więcej miejsca zajmie jego kępa ). Kwitnie kwiatami w kolorze ciemno niebieskim, występują też formy różowo i biało kwitnące. Jest rośliną miododajną, w lipcu i sierpniu ( kwitnie dość długo ) jego kwiaty są namiętnie oblatywane przez gości z pasiek. W ziołolecznictwie pozyskiwane jest ziele, napar z ziela hyzopu zalecany był niegdyś jako środek wykrztuśny przy przewlekłym nieżycie oskrzeli, astmie oskrzelowej, schorzeniach przewodu pokarmowego, moczopędny, wiatropędny. Naparu z hyzopu używano do płukania gardła, a także zewnętrznie stosowano przy nadmiernej potliwości i jako środek który przyspieszał gojenie się ran . Hyzop lekarski to nie jest ten biblijny hyzop, ten od obmywania i tak dalej to była lebiodka syryjska Origanum syriacum, akurat w Izraelu i w Egipcie hyzop w stanie naturalnym nie występował. Zamieszanie jak zwykle zrodziło się z błędnego tłumaczenia, grecka wersja Biblii zwana Septuagintą pełna jest takich przeinaczeń hebrajskich słów.

Hyzop najlepiej rośnie rośnie na glebach ciepłych, piaszczysto-gliniastych ( byle nie za ciężkich ), przepuszczalnych i zasobnych w wapń. Do uprawy najlepsze będzie słoneczne stanowisko, z południową wystawą, gdyż zioło to potrzebuje dużo słońca. U mnie tak jest i hyzop wydaje się szczęśliwy, znaczy obficie się wysiewa. Nie mam problemów z poszerzeniem hyzopowych nasadzeń. Jak ktoś hyzopu jeszcze nie ma to może go zapuścić z nasion, które wysiewa się bezpośrednio do gruntu wiosną w kwietniu, lub bez problemu nabyć sadzonkę. Znana jest tez metoda rozmnażania hyzopu przez podział kilkuletnich roślin. Jak jest z przeżywalnością tak uzyskanych egzemplarzy nie wiem, nigdy tego nie próbowałam. Moje hyzopy przycinam po kwitnieniu o dwie trzecie, powoduje to ładne zagęszczenie się roślin no i pokrój robi się taki bardziej "porządny". Tegoroczne upały hyzop zniósł bezproblemowo i to przy minimalnym podlewaniu. Strat zimowych nigdy nie zanotowałam, nawet po pamiętnej bezśnieżnej a mroźnej zimie w 2012 roku odbił, co prawda dość późno ale jednak. Teraz uwaga uprawiacze warzyw - hyzop lekarski jest dobrze uprawiać przy kapuście, ponieważ odstrasza jej groźnego szkodnika - bielinka kapustnika! Hym... a u mnie bielinki go oblatują.




Szałwia lekarska Salvia officinalis to również gatunek rośliny ze znanej z przynoszenia pożytku ludziom rodziny jasnotowatych ( Lamiaceae ). Szałwia pochodzi z rejonu basenu Morza Śródziemnego, tak konkretnie to z jego północno - środkowej części ( dzisiejsza Albania, Jugosławia, Grecja, Włochy ), kiedyś tam w zamierzchłej przeszłości rozprzestrzeniła się gdzieniegdzie również poza tym obszarem. Od dawna znano jej lecznicze właściwości, jej nazwa łacińska wywodzi się od słowa salvus oznaczającego zdrowie. Starożytni Grecy i Rzymianie stosowali ją jako lekarstwo o szerokim spektrum działania, znaczy leczyła ukąszenia węża, problemy ze wzrokiem, utratę pamięci. Surowiec zielarski pozyskiwano według określonych procedur, mających więcej wspólnego z magią niż z rzeczywistą potrzebą. Arabscy lekarze uważali że częste stosowanie szałwii przedłuża życie, specjalnie nie dochodzili z powodu jakich to procesów zachodzących w organizmie pod jej wpływem. W średniowieczu szałwia robiła już niemal za panaceum na wszystko, używano jej do leczenia przeziębień, gorączek wszelakich, chorób wątroby i zaparć. Miała nawet osłabiać napady padaczkowe

Dziś szałwię lub preparaty z niej pozyskane stosuje się przy takich schorzeniach jak: nieżyty układu trawiennego, cukrzyca( obniża poziom cukru we krwi ), zapalenia jamy ustnej i gardła ( anginy ) oraz skóry. Ponadto szałwia działa kojąco na depresję, zmęczenie i stany wyczerpania. Napar z szałwii stosuje się przy nadmiernym poceniu nocnym, a także jako dolewkę do kąpieli w chorobach reumatycznych. Herbata z liści przeciwdziała biegunce, służy też do irygacji "kobiecych" w upławach ( ponoć łagodzi też objawy menopauzy ). Zatrzymuje ślinotok i laktację - naprawdę wszechzastosowalna roślina, he, he, he. Aha, z szałwią powinny ostrożnie obcować kobiety w ciąży, nie jest co prawda tak groźne ziele  jak insze ziółka poronne ale lepeiej z nią  nie przesadzać.. Surowcem zielarskim są liście ( jeżeli mają być stosowane jako przyprawa kuchenna to zrywa się je przed okresem kwitnienia czyli przed końcówką maja lub czerwcem ). Gatunek osiąga wysokość 50-70 cm, pędy mają skłonność do pokładania się i ukorzeniania. Napiszę tak, jak szałwii wszystko podpasuje do jest o wiele większą rośliną niż opisują ją botanicy. Moja szałwia ma ponad metr średnicy i niemal metr wysokości ( przycinam ją co roku na przełomie marca i kwietnie o dwie trzecie wysokości ). Szałwia lekarska najlepiej rośnie na stanowiskach ciepłych, osłoniętych od wiatru. Lubi ciepło. Gleba musi być dla tej rośliny żyzna, przepuszczalna, z domieszką piasku, o odczynie obojętnym albo zasadowym. Występuje w licznych odmianach różniących się wybarwieniem liści ( 'Variegata', 'Aureomarginata'. 'Icterina', Purpurascens' ), ich wielkością lub wzrostem ( 'Maxima', 'Nana' ) a także kolorem kwiatów ( 'Alba', Rosea' ).


O lawendach się w tym wątku  nie rozpisuję ponieważ poświęciłam im osobne wpisy - L jak lawenda ,  L jak lawendy mieszańcowe  L jak lawend i lawandyn uprawa w ogrodach

piątek, 12 lipca 2019

Codziennik - przyziemnik domowy




Lipiec mija niespiesznie i dobrze że niespiesznie bo mam mnóstwo roboty.  Pogoda wreszcie dała nam odetchnąć, znaczy padało ( mam gdzieś urlopowiczów, jak wody z nieba nie będzie tylko  nieustająca "wakacyjna aura" to ceny poszybują tak że mało kogo będzie stać na urlop i dylematy  co  tu robić w tym obcym  miejscu gdy wieje, dżdży i jakby zimnawo będą męczyły w przyszłym roku niewielkie grono  ). Skaczę sobie   pomiędzy ogrodem a domem w zależności od tego jak silny jest opad i czy mocno wieje. Alcatrazu nie ruszam, uznaję że dla  jego dobrej kondycji najlepszy teraz  będzie spokój.  Jedyne za co się solidnie zabiorę to za nasienniki orlików bo inaczej  będę miało orliki  po całości. Na Suchej -  Żwirowej sadzenie  bródek ale  na razie na etapie przygotowania ziemi pod nasadzenia.  Proste to nie jest bo wory  gleby wzbogaconej  kompostem muszę nanieść i jeszcze zrobić to na tyle sprytnie żeby  mój  kręgosłup nie przypomniał sobie  że nie wolno mi dźwigać.  Koncepcję nasadzeń ogólną mam,  Mamelon jest nią przerażony bo na rabacie zalęgną się kolejne odmiany co wcale wyglądowi rabaty nie służy ( no i niestety dochodzi do tego że muszę zrobić irysową czystkę, wszystkiego uprawiać się nie da ). Irysowa czystka może skończyć się tym że nic  nie wyleci, znam siebie na tyle dobrze że nie mam złudzeń i znów będzie  napakowane do bólu. Na razie siedzę na  łapkach i staram się nie oglądać fotek kwitnących bródek, czasem to mła pomagało na łakomstwo.




W domu mła robi te rzeczy które zazwyczaj robi się latem, znaczy przepiera tzw. ciężkości.  Rzeczy które długo schną i są jakby niewdzięczne i niepodatne na ludzkie próby utrzymania je w czystości. Pranie mojego "łóżkowego" kilimka do takowych należy, stawiam je nieco niżej   niż pranie bawełnianych , siatkowych  firanek i znacznie poniżej prania prawdziwego greckiego flokati. Przyznam  że po wytrzepaniu  kilimka ładuję  go do pralki, mój kręgosłup  nie zdzierżyłby ciężaru  nasiąkniętej  wodą wełny, ale zapachu mokrej wełny i tego rozpinania nad wyrem żaden automat za mła nie  wywącha ani nie zrobi. Nie  żeby mła  była  wielkim czyściochem  wprost przeciwnie, ( bordello u niej wieczne ) jednak przy zwierzakach rezydujących na wyrze przynajmniej raz w roku kilimkowi się kąpiel należy jak  psu  zupa ( taa... bywajo lata  że kilimek co i raz ląduje w pralce ).  Mła za każdym razem prawdziwie pranie kilimka przeżywa, strasznie  nie lubi tego robić! Oczywiście ta  z trudem uzyskana czystość kilimka trwa mgnienie  oka, ledwie go rozwieszę a już wszystkie koty łącznie z dochodzącym  Epuzerem  czują się w obowiązku o kilimek wycierać  ( najsampierw jest "policzkowanie"  kilimka, potem to  już  takie  ocierki  całym cielskiem ). Koty w dobrej formie ( tfu, tfu, tfu! )  zapchlenie opanowane a Felicjanowi  zaczyna goić się buzia ( o ile  nie wrócą  upały  to jest szansa  na całkowite zaniknięcie strupków ). Charaktery jakby też z lekka słodsze choć w przypadku niektórych słodycz jest nie do zniesienia ( Szpagetka znów przyniosła  do wyra  żywą myszkę żeby mła też się pobawiła, zaprawdę było uroczo - myszce udało się ujść  z życiem, pościel  gotowana, Szpagetka  jakby z lekka  obrażona za "niedogodnościowanie"  ).




Co do  Małgoś - Sąsiadki to obecnie surowe owoce  oprócz  galaretek przemycam w naleśnikach i waflach zwanych goframi. Uchyłki Małgosine się nie odzywają, surowizna w cudowny sposób jest  trawiona a  Małgoś w takiej formie że wróciła do wytwarzania obiadów, kiszenia ogórków a nawet groziła  upieczeniem drożdżówki.  Nie wiem jak  oszukuje glukometr ale  musi mieć jakiś  sposób bo urządzenie uparcie wyświetla rano cyferki dziewięć i zero, co oczywiście oznacza że  Małgoś sobie będzie pozwalała. Naoglądała się i naczytała  ostatnio o kryzysie  lekowym, po czym  samodzielnie wypuściła się  do apteki coby zapewnić sobie leczenie (  Małgoś jako osoba przez większość swojego istnienia na tym świecie  żyjąca w czasach kiedy znajomości i wymiana barterowa były jedyną formą zapewnienia sobie rzeczy niezbędnych do życia,  stwierdziła że to czas aby powołać  się na stare dzieje - lata pracowała w aptece - i zaklepać sobie leki  ). Teraz triumfująco oznajmia każdemu kto chce słuchać   - "A mówiłam  że komuna wróci!". Ten powrót wyprorokowany  przez Małgoś - Sąsiadkę mła martwi bo  przed Tatusiem zabieg a mła ma niemiłe wspomnienia szpitalne z czasów  komuny. Na szczęście Tatuś ma zwyczaj radosnego ignorowania rzeczywistości szpitalnej więc może do niego  nie dotrą wszystkie okoliczności powtórki z rozrywki. A może po prostu uzna że to deja vu i przejdzie nad tym bezproblemowo do porządku, tak na zasadzie że już to kiedyś raz zniósł.  




Z rzeczy milszych - mła pochodziła po wysortach w sieciówkach i  kupiła sobie  łozdobne poszewki na jaśki. Przecenili z jakichś  niewyobrażalnie dużych  jak na jaśkowe poszewki pieniędzów na ceny  normalne, pewnie  i tak  o niebo wyższe niż te  które płacą za pracę indonezyjskim szwaczkom i szwaczom  a kto wie  czy i nie szwaczątkom bo czasem ten PR firmy dotyczący zrównoważonego rozwoju nijak się ma do rzeczywistości.  W każdym razie teraz mła było stać  na zakup więcej niż jednej  poszewki i mła się obkupiła co koty doceniły  ( jak tylko  wyprałam, wysuszyłam i wyprasowałam te  poszewki i ubrałam w nie  poduszeczki to  natychmiast  na nich zaległy ). Mła  musiała straszne pokuszenia czynić żeby  tyłki zechciały zejść, dziewczyny ruszyły do miąska ale Felicjan zszedł dopiero gdy zaproponowałam  mu  trochę bitej śmietany  co to była do gofrów (  Felicjan mógłby zagryźć za bitą śmietanę ale też mógłby kankana za jej miseczkę  zatańczyć, taki z niego smakosz ). Po wyłudzeniu zachowanie było wzorowe, zaleganie i owszem ale nie na  jaśkach. Hym... mła ma teraz wystrój łoża w stylu lat siedemdziesiątych, właściwie zamiast kilimka to  przy jej wyrku winna wisieć mata słomiana z Cepelii. To tak prawdziwie klimatycznie by było, he, he, he. Jeszcze bardziej by sentymentalnie było jakby "pocztówkę trójwymiarową" z mrużącą oczko Japonką mła na takiej macie przypięła, no ale są pewne granice których nawet mła nie jest w stanie przejść o własnych siłach.  Japonka odpada w przedbiegach, tak jak robienie dekoracji z puszek po piwie czy tam inszych trunkach  ( czegóż to ludzie w PRL - u nie traktowali jako ozdóbstw  ).

I to by było na razie na tyle.  Za oknem zbiera się na deszcz , koty  ściągnęły  do domu. Oby dobrze popadało, moje forsycje nadal mają zwieszone liście.