sobota, 28 grudnia 2019

Codziennik - międzyświątecznik


Mła  przeżywa  zadziwienie    charakterem  Mrutka,  Mrutek  niby  kot  ale  jakby  całkiem  psi. Przede  wszystkim to  jego  bieganie.  Hym... to  nie jest  ten  szybki  a  elegancki, cichy bieg,  kocia  sylwetka sunąca  w  przestrzeni zwinnie i  celowo. Mrutek  biega jak  młody labrador, głośno  i  ciężko, cud  że  mu  uszy  nie klapią.  No  wiecie, poruszanie się   skokami i  jeszcze  do  tego  otwarty  pyszczek.  Zabawy  Mrutka  z  mła tyż  nie  przypominają  zwyczajnych kocich karesów.   Mła  na  ten  przykład  go  leżącego pogłaskuje  a  on  postanawia  podgryźć jej rękę, delikatnie, zabawowo. Kładzie  się na  grzbiet i udaje że obrabia dłoń  mła  zębami.   Normalnie  w  kocich  zabawach  jest tak że  podczas  podgryzań  na grzbiecie włącza  się  tylne  łapki (  rozdrapywanie ofiar, he, he, he ) ale  Mrutek stosuję  tę  taktykę   bardzo  rzadko  i cóś  niechętnie.  Mruczy, ślini, podwarkuje, całą  główką wykonuje ruchy ale pazurów przednich  łapek   nie używa (  na  szczęście  )  i  tylnych łap  tyż  nie.  Mła  rozmawiała sobie z  Mrutkiem  w  związku ze  spsiałością  jego  charakteru i  nawet  wyraziła  przypuszczenie że   kocia matka  Mrutka  musiała  się  "zapatrzeć"  na  jakiegoś  dużego  psa, któren  latał  po  okolicy.  "Madka pieprzysz!"  rzucił  jej  króciutko  Mrutek  znad    kapcia, którego właśnie  był  zaciekle obgryzał. Taa... dobra, niech  będzie -  Mrutek  to  typowy kot, zachowujący  się jak przystało na przedstawiciela  gatunku Felis catus. A  madka  to  ma  zwidy  i  się  czepia.  Zamiast  Mrutka  na  spacer porządny  zabrać  i  cóś  fajnego  mu  porzucać tak  żeby  mógł przynosić  to jej  w  pyszczku.

Mamelon i  mła  zakupiły  z  okazji  świątecznych  promocji bilety lotnicze  do  Rzymu.  No  i one  są  teraz obkupione  we  wszystkie  potrzebne  im  na  wojaże   bilety. Tak  szczerze  pisząc  to za  ostatnią kasę  Mamelona i  dopożyczoną  od  Sławencjusza ten  zakup  był. Takie  kupowanie  biletów na  parę  miesięcy  przed  wylotem  daje  szansę  na  przyoszczędzenie troszki  grosza.   Niby  spontaniczne  last  minut  może  być  tańsze  ale  Mamelon i mła  są panie  starsze  i trudno  im  odkryć urok  lotu  za  złotówkę na  kawę  do  Amsterdamu czy  lotu  do  Londynu na jeden  dzień (  czytaj  pół  dnia ), a  tak często  wyglądają czasowo te  słynne  promocje lotnicze  czyli  dopchnięcie pasażerów coby  statystyki ładnie  wyglądały.  Jak  lecisz na  dłużej to  musisz  nieźle  w  ofertach  grzebać  i  naprawdę polować na  korzystne  ceny.

Mła   przyznaje  że Mamelon i  ona  się rozbisurmaniają i  coraz  częściej zaglądają w  tzw.  oferty  egzotyczne.  Mamelon  co  prawda  protestuje  (  na  szczęście  słabo  )  przeciwko lotom  trwającym  powyżej  ośmiu  godzin ale  mła ma  opracowany  system zapobiegania  zakrzepicy  i   Mamelon wie że  zagrożenie  wyjazdem  do  Miami  albo na  Mauritius jest  realne. Trza  zebrać  nieco kasy czyli  nie  szaleć  z  zakupami  dla  się (  rozsądny  człowiek  ma  dwie pary  butów  na  sezon ), popracować   nad  sobą (  zdrowie ) i postarać  się obejrzeć   choć kawałek  świata. W  czasach  młodości  Mamelona  i mła  to  można  było co  najwyżej   do Bułgarii pojechać, skądinąd egzotycznej, za  dalsze kawałki  świata częstą  ceną  było kablowanie a  to  nie była i  nie  jest  waluta którą  Mamelon  czy  mła  chciałyby  płacić. Komuna  uziemiła  Mamelona i mła  w  młodości  to  one  sobie  teraz odbijają. Mamelon miała  raz  wizję  jak obie stareńkie z  chodzikami łazimy po pacyficznej  plaży i oby  to  była  wizja  prorocza!



Jak  na  razie  te  zakupy  biletowe to jedyne  trofea  ze świątecznych  polowań. Poświąteczne  wyprzedaże się   naprawdę  jeszcze  nie  rozkręciły  tak jak  mła  lubi (  znaczy  nie ma  przecen 50% -  75% ) i mła  jak  na  razie sobie  odpuszcza szaleństwa  nabywcze.  Tym  bardziej  sobie  odpuszcza im  bardziej  sobie  przypomina  własne  zobowiązania i gryplany  podróżne. Zresztą mła  pomna  zeszłorocznych poświątecznych  szaleństw  ludzkich w sklepach, cóś się  nie  pali do przebywania w  dzikim  tłumie, który  dyszy  chęcią wykupienia  czego  się  da  po  obniżonej  cenie.  Mła  polezie  jak  się  przewali, tym  bardziej  że ona  kupuje  rzeczy które  nie  cieszą  się  jakimś  straszliwym  powodzeniem (  jest  pewną  tajemnicą  dla  mła  dlaczego  ludzie  rzucają  się  najbardziej  na  największe  paskudności, znaczy  takie  przy  których  nawet  kiczowate i  ohydkowate  bombki mła są wysmakowanym  szczytem  wyrafinowania ).


Pogodowo  jest  dodupnie  mimo  tego  pseudośnieżku który  robi  za "zimową okrywę".  Śnieżna  kordła cóś za  krótka, nawet  koty  wzgardziły  zabawami na  tym niby  śniegu. No  cóż, taki mamy  klimat że  dzisiejszy   śnieżek  to  bardziej  ersatz  niż  ten  białych  puch  z lutego  tego  roku. jednak  zawsze  to lepsze niż  ta  mżawa  która końcówkę  grudnia uczyniła ciężko znośną (  Małgoś  - Sąsiadkę  bolały   "wszystkie  protezy",  Cio Mary   podłamało a  Ciotę  Elkę  wykręciło w  jednym  miejscu ).  Z tej  dodupności  mżawkowej naszej  cooleżance  Lucy udało  się  solidnie połamać.  Ptoszkom  szła zanieść  przedświąteczne  papu, bowiem  zamierzała  wraz  z  rodziną   wyjechać  w  góry.  Zamiast tego pojechała  jednak  do  najbliższego  szpitala a  dziś ją, ofiarę  mżawki,   kroją bo  złamanie  było  z  przemieszczeniem. Ech...  to  dopiero   były  święta!  Dobra, jednak  patrzmy  optymistycznie -  złamania  się  zrastają a okres  świąteczny  nadal  trwa, do  Trzech  Króli  jeszcze  daleko. W  związku  ze  związkiem  mła zapodaje  Wam  kolędę  dzieciństwa (  mła  jako  czterolatka  wypiskiwała   piosenki  Skaldów ) i  moja  ulubioną  piosenkę  o  tym  jak  poradzić  sobie  w  życiu kiedy  człowiek  nijak  nie  czuje  chęci  do pracy. Hej, góralskie  to  rytmy, z  dedykacją  dla  uszpitalnionej  Lucy.


czwartek, 26 grudnia 2019

Chujinka i inne świąteczności

No  to świętujemy!  Jak  na  razie  w półspokoju   bo  czeka  mnie  rozmowa  na  temat odpalania  fajerwerków na  terenie  nieruchomości (  po pasterce  był  przedsmak  Sylwestra, zdaje  się że   znów  się bez  słowa  pisanego  nie  obejdzie, niestety  ). Pewien  rodzaj  debilizmu  jest  ciężkouleczalny, no po prostu  ciężko  jest  wpaść  na  to że nie odpala  się petard tam  gdzie są  jakiekolwiek  budynki  drewniane  czy  samochody.  Szczerze pisząc  to na  to że  w  ogóle nie odpala  się  petard w  zabudowanym ściśle  terenie (  przypomina  mła   się  straż  pożarna gasząca żywopłot  z  żywotników wysokich na pięć  metrów, pożar  na  szczęście  nie przeniósł  się na  budynek, choć  okiennice poszły  z  dymem - petardę tujobójczą odpalał  osobiście  dohtor  nauk medycznych, debilizm  petardowy jest  hym...  egalitarny ). Mła zabombkowała  w  tym  roku  rodzinę prezentowo  i  w  poczuciu satysfakcji  że i  oni zaczną "dozbrajać  chujinki" sama  dozbroiła swoją tym  co  otrzymała w  prezencie.  Chujinka jest w   tym  roku  bardzo, ale  to  bardzo  zwierzątkowa.  Mła  by  zrobiła  więcej zdjęć  ale światło  nie  sprzyja a  sztuczne jaki  daje efekt  to  sami  widzicie. Dnia  już  więcej  ale  nadal  szaro i  szaro i jeszcze  raz  szaro. Koty w  noc  wigilijno  mówili  za to ludzkim  głosem, no prawie.  Cieplutko  się  mła  na  sercu   od  tej  kociej potrzeby  mruczanek   robiło. Doro  przesłała  mi  netem  życzenia wymruczane przez  jej Iśkę ( trarktory  zdobędą  wiosnę,  tak  się mła  natentychmiast  skojarzyło ), moje  dziewczynki  z  powodu  tej  strzelaniny  postpasterkowej mruczały  cichutko  pod "kordłą", natomiast   Mrutek spał i  chrapał. Zdaje  się że on  z  tych  których  wystrzały  armatnie  nie  budzą.  Dziewczynki  w tych  mruczankach  były  naprawdę  słodkie, choć  po  prawdzie  to nadawały  na Mrutka  (  co  i  raz  wystawianie  kontrolne  łebków i  sprawdzanie  czy  on  śpi, w  końcu  Sztaflik postanowiła   go  obudzić  przez  zasiedzenie  ale  dopiero  zasiedzenie  z  podgryzaniem spowodowało  podniesienie  Mrutkowych  powiek ).  Szpagetka  potrzebowała  podwójnej  porcji utuleń a  Okularia  po prostu  wyczuła  że  marzę  o  tym żeby  zaległa  mi  na  głowie. Rano   w  pierwszy  dzień świąt wstałam  wysiedziana. Kark  bolał, plecki  tyż,  cud że  sama mła  mówiła  ludzkim  głosem po  takim  zasiedzeniu.




Przy okazji  wolnego mła obejrzała  sobie wieczorkiem filmy co to je sobie  obejrzeć uplanowała.  No  rozczarowanie po  całości - "Zombieland 2" nie miał  nic  z lekko  kretyńskiego uroku  części   pierwszej.  Mła  podejrzewa że  jego  powstanie da się   wytłumaczyć  za pomocą  dialogu który  ma   miejsce  w końcówce  filmu  (  reporterka  do  Billa  Murraya "Dlaczego  zdecydował  się pan  nakręcić  Garfielda 3?" - Bill do  reporterki i  całego  świata "Prochy  kosztują!" ),  film  o  dwóch  papieżach  był  taki  jak film "The  Queen" i   serial  "The  Crown" (  hagiografia   nie  przejdzie  ale  ratujmy  co  jest  jeszcze  do  uratowania, zachowajmy  szacunek a  przynajmniej  jego  resztki ).  Mła  się zniechęciła do   domowych seansów  świątecznych i oddaje  się  dziś  lekturze.   Niestety,  filmowy  niesmak  jej  pozostał i mła  się obawia  że  nowy  film  Guya  Ritchiego, który  ma  wejść  na ekrany  ( film  nie  Guy ) w  styczniu  też  ją  może  rozczarować.  Lepiej   jej było  jasełka  oglądać a  nie szukać  rozrywki z  podpuszczenia  krytyków  filmowych  (  czytaj  działu  reklamy  dystrybutora  filmu  ). Spacery  i  wizyty  w  ramach świątecznej  rozrywki odpadajo  dla  mła, pogoda  jest  psowa i   jej  się  po prostu z  domu   nigdzie  ruszać  nie  chce. Trochę  blue te  święta, deszczowo  i  sennie wokół.


poniedziałek, 23 grudnia 2019

Zdziwnik tuż, tuż przedświąteczny

Mła   miała  dziś  kołowrót  ale  potem  sobie   usiadła   i poprzeglądała portale  coby  być świadoma co  się  wokół  niej  dzieje  i  czy  aby  jej  się  kto  do  dóbr  nie dobiera  albo  co  gorsza  do jestestwa.  Mła  zdziwność  zatchnęła,  jest   starszawa  i  trochę  już  widziała ale  rzeczywistość ciągle  ją  potrafi zadziwić.  Mła widzi  że do  ludziów  powoli  zaczyna  docierać że świat nam  się  zmienia, nie  tylko  ten  jawiący  się  w  wirtualnym  szumie  ale  i  ten  rzeczywisty. Powoli, zaprawdę  bardzo  powoli, ale dochodzi  do  świadomości coraz  większej  liczby  sytych  ludzi    że mimo  zapewnień  Margaret Thatcher chciwość  wcale  nie  jest  dobra. Oczywiście   ci  którzy  nie  są  syci  pojęcia  o  tym  nie mają  bo  ich  problemem  jest  przeżycie  a  nie  mnożenie  dóbr. Moda  na  chciwość  nam  mija  wraz  ze  zmieniającym  się     w  sposób  widoczny  otoczeniem i  choć  nie  do  końca  jesteśmy  na  100%  pewni ile  w  tym  naszej  winy  a  ile  po prostu  niezależnych  od  nas  przyczyn,  to zmierzch  pewnego  sposobu  pojmowania  życia  zaczyna  być  coraz  bardziej  widoczny.  I  dobrze, życie  to  nie  tylko  gromadzenie rzeczy.

Zdziwności   jest  więcej.  Mła  ma  na  myśli słuszny skądinąd  ruch  Mee Too. Mła przeczuwała że  ruch  się rozpłynie  w  emocjach a  potem  zrobi  się  jakieś  bum   - wielki  skandal.  Nie  sądziła  jednak  że  będzie  to  aż  tak  szybko. Na  razie  w  naszej  skrajnej  chacie mamy  głównie  nademocje celebryckie  w  necie (  i  na  ogół  wyciszenie  rozumu ),  jakieś  kodeksy  niepisane, no  i  społeczne wzmożenie  wielkie z zapluwaniem.  Hym...  ciekawe  jak  to  się  ma  do  tych  załatwiających  sobie  obecnie pracę  odwiecznym kobiecym  sposobem  pań, które głośno  bulgoczą  a  po  cichu  koszą   rywalki?  Mła  też  się  zapluwa  ale  ze śmiechu.   Mła  teraz  napisze cóś  co pewnie  będzie  pod  prund - czym  innym  jest ujawnienie  po  latach że  się  było  molestowanym  w  dzieciństwie a  czym  innym  ujawnienie  faktu molestowania dorosłej  kobiety przez oną  po latach  czterdziestu i próby  dochodzenia  roszczeń.  No  sorry, to  jest  żenua.  Dorosłe  baby  które  chcą  żeby  je  traktowano  jak  molestowane  dzieci!  A  w  imię  czego?  Niesprawne  intelektualnie  czy cóś? Jeszcze  trochę  a   tak  potrzebny  ruch  jakim  było  Me  Too zrobi  się  po prostu śmieszny (  dla  mła  już  jest ale   resztką  jajnikowej  solidarności mła czuje  się  w  obowiązku go popierać, mimo  tego  że  coraz  więcej  jest  doniesień  o  naciągaczkach i  naciągaczach, a  opowieści pań  znanych z  tego że  prowadziły  się   lekko  jak  Ferrari dyskredytują  ten  ruch tak że  nie  wiem  czy niedługo  po prostu  nie padnie  ).  Oczywiście  zawsze  można  pogryźć  Polańskiego  i  czuć  się  lepszym, a to  że  on  akurat  odsiedział, wypłacił  odszkodowanie i  był jedyną  osobą  w  sprawie wykorzystania  trzynastolatki której  postawiono  zarzut  ( mamusię menadżerkę i stałego 17 letniego partnera seksualnego  poszkodowanej  trzynastolatki  akt oskarżenia  naprawdę zdziwnym  trafem nie objął, nawet  opieka  społeczna  nie spróbowała odebrać  dziecięcia troskliwej  mamie choć   to  było  jak  najbardziej  wskazane i  to  był  wielki skandal ) i że  hamerykańska sprawiedliwość nie  tyle ściga  go  za  pedofilię  co  za  obrazę  wymiaru  sprawiedliwości to po prostu  szczegół. A 17 latek  sobie  hasał i  nikomu  nic  nie  wypłacał   i  ani  dnia  nie  odsiedział, choć  prawo  stanu  Kalifornia pozwalało  mu  postawić  zarzuty.

No  zawsze  łatwiej   dopieprzyć  Polańskiemu  niż jakiemuś wielebnemu którego  jak  już  przed sąd  zaciągnięto  to  razem  z orszakiem broniącym  " świętości  kapłaństwa".    Mła  w  ogóle    się  zastanawia  jak  można  porównać  sprawę w  której facet odsiedział , zapłacił  i  całe  życie  się  kaja,  do  spraw    w  których  nie  tylko  nikt  przed  sądem  nie  stanął  ale  jeszcze  instytucja  chroniła  na  wszelkie  możliwe  sposoby podejrzanych o  molestowanie.  Jednego  ukarano  i  jest bee  a innych  nie  i są cacy?! To  nie jest  tak że  mła  Romana  broni  bo  on  artysta  a  artyści  zawsze  przekraczają normy (  Jacques  Louis  David to  była  dopiero gnida a z  Witkacego  też  był  niezły  numer ),  Romanowi  się  należało  i  zdaniem  mła to   solidniej  niż  wówczas  dostał.  Jednakże  taki wyrok ustanowił amerykański sędzia który uznał  ugodę  prokuratorską  a pacta sunt servanda -  i dlatego niezależne  sądy państw  trzecich  olewają hamerykańskie prośby  o  ekstradycję,  bo one  jakby z  wadą prawną, pomijam  tu kwestię  przedawnienia.  To że Polański  dostaje  jeszcze  teraz baty, po  odsiedzeniu  kary i  zapłacie  zadośćuczynienia,  ma  więcej  wspólnego z  szukaniem społecznego  katharsis   niż  ze  sprawiedliwością.  Trzeba go  było  z  tej  akademii  filmowej  wyrzucać ze  czterdzieści  lat  temu i  przy  tej  okazji  głośno  ćwierkać  o  robieniu  kariery  przez  wyro (  co  w  środowisku  związanym z mediami   było  i nadal  jest dość  powszechnym  zjawiskiem  dotyczącym  obu  płci  a wiedza  o  tym jest  tajemnicą  Poliszynela ). Mła  pozwoli  sobie  zacytować zdanie  dotyczące  wywalenia  Polańskiego  z  Amerykańskiej Akademii  Filmowej - "Jest to postępowanie brzydkie i okrutne, które służy wyłącznie wizerunkowi . W żaden sposób nie zmienia dzisiejszej seksistowskiej kultury w Hollywood, lecz po prostu pokazuje, że gotowi są rzucić na pożarcie "swoich", żeby przeżyć. Romanowi powiem: Niech spadają, krzyżyk na drogę, akademia nie ma prawdziwego honoru, to wszystko tylko PR".

To  nie  cytat  z  "obrońców  Romana", to pani  Samantha  Geimer, owa wykorzystana trzynastolatka,  której  media  do  dziś  nie  dają spokoju bo nieźle  na  niej  zarabiają a  co  głupsze  kobiety podpinające  się pod  feminizm usiłują  ponownie  wykorzystać (  rozumiem problem  Dmowskiego   który tyż  się  zdziwił  jak poczuł  "yntelektualną  siłę"  ONR,  w  każdym, nawet  najszlachetniejszym  przedsięwzięciu  muszą  brać  udział  kretynki  i kretyni którzy  je  wypaczają i  dyskredytują - prawo natury ) .  O  wiele  lepiej  zarabia  się  na znanych  osobach  niż  na  skrzywdzonych  dziesięciolatkach które wykorzystał  jakiś  tam  półanonimowy  ksiądz z  jakiegoś ćwierćanonimowego sioła. Mła  wyczuwa  sporo  fałszu  w  tej nagonce na   "ulubionego  przestępcę" i  szukanie  kozła  ofiarnego  który zmyje  grzechy  z  tych  którzy  są  współwinni i  z  tych  którzy  się  współwinnymi  czują z  powodu  braku  reakcji na  trwające  przez lata przypadki  molestowania  dzieci czy to  przez  celebrytów  czy  przez  ludzi   Kościoła. Mamy  wilka  złego  a myśmy  przeca  nic  nie  zrobili. Taa... dokładnie, nic  żeśmy  nie  zrobili! Powtórzę  to  co  kiedyś napisałam  przy  okazji  wkarwu ( Wpis wkurzony ) , który  mła  się  zrobił  po  filmie "Kler" -  największym problemem  w  sprawach  o  nadużycia   seksualne jest  hipokryzja  społeczeństwa (  w  którą  pięknie  się  obecnie  akcja  Mee  Too  wpisuje, niestety ). Można   się  wściekać  na  śmietanki  celebryckie, na  instytucję  Kościoła  ale  to zwyczajni  ludzie  dają  przyzwolenie na tolerowanie  podłości i  to  zwyczajni ludzie, kiedy  szambo  się  wyleje,   szukają kogoś  na  kogo  można  zwalić  własne   poczucie  winy.

No  i  tu  przy  sprawie reżysera, któren  był i  nadal  jest  podziwiany,  dochodzimy  do  kolejnego  zdziwka które  się  robi mła - ponoć  autorytety  nam  upadają.  Fortepiany  Chopina  co  i  raz  lądują na  bruku. Tylko że   mła  obserwuje  cóś przeciwnego -  głęboką  jak  Rów  Mariański potrzebę  zawierzenia.  Hym... i  nie  jest to potrzeba  zawierzenia  Najwyższemu, bo  to  akurat  jest mła  w  stanie  zrozumieć (  sama  w  końcu  z Najwyższym  utrzymuje  jakieś  tam stosunki,  co prawda  ma pretensje o  brak  czułości  ale  ogólnie  to  jakoś  sobie   z  Najwyższym  koegzystuje a czasem  nawet  uprzejmości  wymieniają ). Mła  się martwiła  ostatnimi czasy że  dziecinnieje, bombki  wyciąga, chujinkę  stroi, światełkuje  i  w ogóle.  Jednakże  na  tzw. tle infantylizm  mła  nie  razi,  mła  wcale nie  odbiega  od  normy! Dookoła  niej  mnóstwo  takich  którzy  kochają  bajki i bajarzy i nie  chodzi  o  to  że  ludzie  wierzą  w  bajkę  o  36  dodatkowej  emeryturze   i  3000 + , tylko  o to że chcą w  nią  wierzyć.  Mła  tak  sobie  myśli  że  życie ludzi  z  tak głęboką  potrzebą  zawierzenia musi  być naprawdę  dodupne,  real   najwyraźniej ich  bardzo  boli.  Pewnie  stąd  te  promile i inne  odrealniacze  tak  namiętnie  spożywane  w  celach  rekreacyjnych (  albo  w  celach  leczniczych, znaczy  przeciwbólowo ).  Mła  jest  wprost  porażona  ilością ludzi  potrzebujących  opieki, nie  niepełnosprawnych  fizycznie  czy intelektualnie tylko nie potrafiących sprostać życiu.  Może  to jest  tak że  co było  rzutkie  to  już  śmignęło  i zagaramanicą siedzi a nam  się  ostała  nadreprezentacja sierotek  marysiek? Mła  się zaczyna  bać  bo ci  spragnieni  opieki  też  się  boją  a  ze  strachu  rodzi  się  agresja, mła  wolałaby  żeby potrzebujący  opieki dorośli niż  żeby na  ten  przykład  zaczęli  szukać  potwora  pożeracza  sierotków.  Nigdy  nie  wiadomo  kto  może  się  w oczach sierotki  zamienić w  potwora, taki potwór  może  się  bardzo  zdziwić że  właśnie  został  potworem. Mła  ma  ochotę  wejść  na najwyższe  wzniesienie  w  okolicy  i  zaryczeć " Ludzieeee,  ludzieeee!  Życie  to nie  bajka a i nie  w  każdej  bajce  jest  księżniczka  i  kura  co  znosi  złote  jaja oraz  potwór  pożeracz  sierotek!  Weźta  się  w  łeb  stuknijta, skończta  oglądać  Pudelka  i  Fuckbooka bo  to  nie okno  na świat   tylko  kalejdoskop  ze  szkiełek i  weźta  się  za  własne  życie bo  NIKT  WAM  NICZEGO  NIE  DA  ZA  DARMO! A  jak  mówi  że  da  to kłamie!". No, mła  by   dopiero  zdziwko  takim  rykiem wywołała!

P.S.  Odnowiona  napisała  o mła "kochana" o  "przyjacielska"  i to jest  największe  zdziwko bo  mła  sama  dobrze  wie  że  z  niej  straszna  szczeżuja i  w  ogóle  fyrfol (  fyrfol to  Werwolf, tak  to mła  wymawiała  w  wieku  lat  pięciu ). Ozdobnictwo  wpisu  to  seksowne  Mikołaje i  Mikołajowe, tak  mi  jakoś  do  tematu  pasiły, choć  szczerze  pisząc  mła  nie  czuje  czaczy. Pewnie  jest  za  stara i za  szczeżujowata.

P.S. 2 Tak  nawiasem  pisząc  to  Polański  przeszedł  testy  psychologiczne, bo  musiał  i wg.  opinii psychologów pedofilem  nie jest, choć  miał facet  słabość  do  nastolatek (  16 latka  wg. kalifornijskiego prawa  może  robić  z  ciałem  co  uważa o ile  się  przy  tym  nie napije , czy nie zaćpa ).  No ale redahtory  i  szczególnie redahtorki  wiedzo lepiej. A  hamerykańska  policja  bada  te  przypadki pań  co  sobie  przypomniały , bada  i cóś  dobadać  się  nie  może,  A  jak  się  raz  dobadała  to   się  po kościach rozeszło.  Co  mła  uderzyło - w przeciwieństwie  do  ofiar  molestowania panie oskarżające  kochają  media ale  niekoniecznie prawdziwe dochodzenia czy  dociekliwość prawników.

niedziela, 22 grudnia 2019

"Madka, ja nie chciałem!"


No  i  stało  się,  Mrutek  użarł  mła.   Nie  żeby  celowo, przez  pomyłkę  i z  pośpiechu  ale  za  to  całkiem  solidnie.  A  wszystko  przez  łakomstwo! No bo  przeca  nie  przez  głód!  Mrutek  wyhodował  sobie   całkiem niezły  bandzioszek  (  Małgoś   -  Sąsiadka  określa  go    mianem   "kot  pełny", znaczy  sylwetka zaokrąglona ),  na  karku  ma  już  zaczątek  prezesury a  tyłkiem  zarzuca   bo  ma  czym.  Nijak  Mrutka  nie  da  się  podpiąć  pod  zabiedzoną  kocinę  z  Etiopii, dohtor nakazał  nawet  lekkie  ograniczenia w  żywieniu  co  skończyło  się  tym że  Mrutek  wraz  z Okularią  upolowali  gołębia, po  czym  Mrutus  Zabójca  go  zeżarł  (  odwiedzilim  w  związku  z  tym  dohtora  po  raz  kolejny  bo  gołąb to  wcale  nie  jest  szlachetna  dziczyzna ).  Młagoś -  Sąsiadka  natentychmiast  wybaczyła  zabójstwo  bo  "On  był  chyba  głodny  bo  tego   gołębia  zjadł.", a  mła się  z  lekka  przeraziła  bo we  Mrutku  się  odezwały panterze  geny.   Mrutek  dostaje  dobre  jedzonko  ale  absolutne  szczęście  trafia  go  wyłącznie  przy  surowym, co  najwyżej  lekko  sparzonym  mięchu.  W  Mrutku  się  budzi  kot  dziki  i  Mrutek  traci  kontrolę.  Tak  się   właśnie  stało  kiedy mła nakładała  kotom  do  mich  karkówkę  wołową i wątróbkę (  niewielka  ilość  ) w  bonusie.  Mrutek  oszalał, wdarł  się na  stół i usiłował  się  sam  częstować.   Niestety pod  jego zębem  oprócz  kawałka  wątróbki  znalazły się palce  mła.  Mła  zaryczała  i  zaczęła   ciągnąć  łapę  do się a  Mrutek  czuł  tylko że  mu  wątróbkę  upragnioną  wyrywają  i  zaciskał  szczękę  jak  mógł  najmocniej.  Zdesperowana  mła  przylała  mu  solidnie  i  on  po  uderzeniu  w  dupsko dopiero  otrzeźwiał.  Wystąpił   chwilowy  bezruch, który  usiłowała wykorzystać  niecnie  Szpagetka ( która  ma  szlaban  na  wątróbkę  )  i  to  jej usiłowania  go  ożywiły.  Czym  prędzej  zabezpieczył wątróbkę   zjadając   ją, po  czym   usiłował  przepraszać mła.   Mła wylewała  na  pogryzione  palce spirytus ( auć! ), krew  się lała cóś  nadmiernie  bo  mła  nie ma  najlepszej krzepliwości a  Mrutek  barankował  mła  na  zgodę.  Mła  była  wściekła i  mu  wysyczała  że  przestawi  jemu  jednemu   dietę  na  wegańską.  On  patrzał  bursztynowymi ślepiami  w  oczy mła  i mruczał "Madka, ja  nie chciałem! No  i  bombki  jeszcze nie potłukłem  ani  jednej  choć  raz  się  zdjętą  nielegalnie  bawiłem.  No  Madka, przeca  wiesz  że kocham  Cię  jak  wątróbkę, tak  bardzo że  aż  bym  Cię  zjadł  z  tej mniłości.  Nie  gniewaj  się  Madka!".  A madkę  łapa boli i  jak  sobie  pomyśli  o  lukrowaniu  pierniczków pogryzioną  kończyną  to  aż  się  otrząsa.
Kot wpisoozdobny (  absolutny  Mrutkizm  z  niego  wychodzi )  jest  autorstwa  Dona  Jamesa.

piątek, 20 grudnia 2019

Codziennik - bombownik



Mła  sprtząta  ale  tak  fragmentami.  Co  sobie  usprzątnie  to  ją  ściąga  w  okolice kuchennego  stołu  na  którym  wykonuje  świąteczne  ustrojstwa.  Bo  tak  po prawdzie  to  wcale  mła  się  sprzątać  nie  chce, mła  się  chce  tylko bombkować, gwiazdkować  i bawić  szklanymi  zabaweczkami.  Hym... mła  znów  jest  na  poziomie  dziecinnego  pokoju, cóś  jakby  zestarzała  się  z pominięciem  fazy  dojrzewania.  Sprzątanie  nie  działa  na  nią uspokajająco, porządki są  dla  niej    za  mało  twórcze.  Poza  tym porządkowanie  niesie  ze  sobą  różne  ryzyka, np.  porządkowanie w  okolicach  biblioteczki jest  bardzo  niebezpieczne.  Książka  w łapie, kartkowanie,  zainteresowanie tematem lektury  i tak  się  jakoś  robi przerwa w   porządkowaniu.  Kurze  się  dalej  kurzą  a  mła  sobie  czyta powieść  "Huzar na  dachu" albo przegląda rocznik   pisma  "Bluszcz" z 1927 roku.  Bardzo, bardzo  niebezpieczne  są  porządki  biblioteczne, trza mieć  wolę  ze  stali żeby  tak  bez  zaglądania w kartki, na ślepo  tą  ściereczką półki z  książkami solidnie  odkurzać (  znaczy  wyjąć knigi, półkę umyć i  wytrzeć, następnie odkurzyć książczyny, ustawić )   i  ani  razu  do  żadnej  nie zajrzeć. Mła  podchodzi  do  odkurzania  biblioteczki  jak  pies  do  jeża, z  respektem.




Co  do mycia  okien  to w  mieście  Odzi mycie  okien  zimą jest  syzyfową pracą.  Przynajmniej  w  okolicy  mła. Sąsiadka Ola  umywszy swoje   okienka  onegdaj (  w  przestarzałym  znaczeniu  czyli  przedwczoraj ) a dziś  psioczyła. Tak  piętrowo  psioczyła. A  przeca  dzień  za  dniem   ciepłe, deszczu  nie  było.  Ha, ale  była mgła! Mgła  miejska  jak  się  patrzy  i cud  białe  okienne  ramy znów  pożółkły a i na  szybach  jakby  złotawy  filmik się  zrobił.  Mła oglądała  ściereczkę którą  sąsiadka  Ola  dziś  przecierała  szyby  i  kiwając ze  zrozumieniem  i  jednoczesnym  potępieniem  głową  -  mła  tak  potrafi  -  wysłuchała   narzekań  na  jakość  tego  czym  oddychamy, oraz  gróźb  ciężko karalnych  pod  adresem "onych".  Mła  już  i  tak  na "onych"  narzeka, okna  myła cóś tak  na  jesieni  i   da  sobie  spokój z  ich  czyszczeniem  aż  do  końca  sezonu  grzewczego.  Po  co  ma  się  denerwować  i narabiać bezskutecznie, nastroju  świątecznie  radosnego  sobie  tym  sposobem  nie  załatwi.

Za  to  może  sobie  załatwić  przeziębienia  albo  co.  Mamelonu  na  ten  przykład  zrobiło  się  zapalenie oczka, nie  żeby  jej  odpadło  jak  temu  misiu  ale boli i sprawa jest  dość  upierdliwa (  szukanie  okulisty, jazdy  po  zatłoczonym  niemiłosiernie mieście, kropelki itd.  ). Tatusia  z  kolei  bolą  zrosty pooperacyjne ale  Tatuś  gra  twardziela i  postanowił nie  dopuścić  do  siebie  medycznych ( "Medycyna?!  Medycyna?!  Przez  1000  lat konowały głównie  krew   upuszczaly a  teraz to  tomografy - srafy! A skąd  ja  mam wiedzieć że ta  nauka  dziś  to  nie  zabobon  jutro?  Nie  nudź  dziecko!" ).   Jak w  okolicy  mła  kwękają  to  ona  nie  może  powiększyć  grona  kwękających, a  przy  myciu  okienek  łatwo  sobie  zrobić  gugu. Świąteczne  szorowanie  ram  i  szyb  zatem odpada w  przedbiegach z  powodu bezskuteczności  i  możliwości narażenia  cennego zdrówka. Mła  ma  znaczy wymówkę i  to  taką porządną.



O  wiele  milej niż latać  ze  ścierą jest  wyciągnąć  z głębin  szafy  pudełka  z  bombkami i pobawić  się  w  ubieranie gałązek a  nawet podjąć  temat  chujinki.  Przy  okazji przeglądu  wieszadeł   choinkowych można  wypróbować  jak   słynny  bałwanek  w  kuli  będzie  wyglądał  na  pobielonym (  ze  srebrnym  prześwitem  ) postumenciku i  czy ta  chromo - niklowa  powierzchnia  pociągnięta białą  farba  nie  zrobi  się   cóś  jakby  bardziej  szlachetna.  No  i  można sobie  radośnie  przypominać przeszłe  ustrojstwa  świąteczne, prezenciki bombkowe  i przede  wszystkim  ofiarodawców  tych  prezencików.  Same  miłe  sprawy, żadnej  nudy  typu "  A teraz jeszcze  te kafelki octem  przelecę." Mła  by  sobie  mogła  bombkować  wyczynowo, bardzo  lubi  to  robić bo  czynność jednocześnie działa  na  nią  stymulująco  i  uspokajająco  (  taki przedświąteczny  paradoks  odczuciowy  u  mła  się  robi, przed   wszystkimi  świętami   z okazji  których   w  zwyczaju  jest  szykowanie  ustrojstw,   mła  tak  ma ).  Mła wie   że   i  w  tym  roku  otrzyma  w  prezencie cóś "na  chujinkę",  a  poza  tym już  się  szykuje  do  poświątecznych polowań na  bombki,  pod  tym  względem   jest  niepoprawną  zakupoholiczką.  A  teraz    mła  się  bierze  do  najważniejszej  dekoracji -  chujinka będzie  ubierana.  We  wszystkie  ohydne  źwierzątka, które   czekają  na  swoją  wielką  chwilę w  pudłach! A  tak  w  ogóle  to  muszę  kupić  nowe  pudła  na  bombki. Profesjonalne, he, he, he!


środa, 18 grudnia 2019

Codziennik - ciasteczkownik, spacerownik łobywatelski i "letky przymulnik"


Mła  wyrabia  i  wypieka, w  przerwach  usiłuje  wychowywać  koty i robić  za  dobrą obywatelkę. Ciężko  jej  idzie  bo  ciepła pogoda  jakoś  wbrew  pozorom wiosennej odnowy i  w  ogóle,  cóś jej jednak nie  sprzyja, mła  czuje  się  po prostu źle.  Ona  zasypia  chodząc, powieki  musi  zapałkami  podpierać a chlać w  celu  podniesienia  ciśnienia nie może  z  obawy   o popadnięcie w  chorobę na  A (  wystarczy że  mła powinna  się  zapisać  do  AZZ  czyli Anonimowych  Zakupoholików  Zielonego, po  co  jej  jeszcze  zapisy  do  AA ) i  tak  po prawdzie  to  nie powinno  się nadużywać alkoholu  przy niedociśnieniu.  To  się  nazywa  radości  hipotensji, leczy  się  to  trudniej  niż  nadciśnienie bo  tabletki nie  działają  tak  cudownie jak  te  obniżające  ciśnienie. No mła  czuje  starość, kark  ją  boli, łeb  napiendrala i  jeszcze  ma  klasyczne  mroczki - hipotensyjny zestaw  prawie pełnoobjawowy. Mła  wychodzi  i  uskutecznia  spacery w  nadziei  że jej się polepszy ale to polepszenie wygląda  tak  że ona  po takim  spacerze wchodzi  do  domu, zalega  na  chwilkę  przy  kotach  i  budzi  się  za  trzy  godziny z  bólem  łba i  w  złym  humorze.


Dobra, koniec  narzekania, każdy ma  cóś  tam  co  go gniecie, gryzie  albo  swędzi i  nie ma  co  żalów   bez  końca  wylewać. Mła wykonała  co  trzeba ciasteczkowego i  teraz  w  jej  domu  pachnie jak w  sułtańskim  haremie  (  tzn.  mła  sobie wyobraża że  korzenne  wonie się  po  haremie  snuły, mieszając  się z  zapachem  perskiej  róży ).  Mła  w  ramach  walki ze  słabościami  ciała postanowiła  do  tych  korzennych  woni  dołączyć  zapach olejku  sosnowego i  wyciągnęła  kominek do rozsiewania  zapachów.     No i  teraz z  zapachem  cynamonu i kardamonu  dociera  do niej  zapach lasu  co  od  razu  jej  dobrze  robi  na jestestwo. Olejek  sosnowy w powietrzu  zawieszony dobrą  rzeczą  jest na  snuje, półprzerziębienia  i  ćwiećniedomagania.  Jak  mła  się  dobrze  nawdycha  to   wykrawanie  i pieczenie   nawet w  miarę  szybko  jej  idzie.


A  mła  ma  co  wykrawać  i  piec bo  się   jej  lekko  poszalało. W  końcu  mła  ma  foremki  i  nie  zawaha  się  ich  użyć. Wykrawa  pierniczki na  miodzie  i  takie  herbatniczki   na  melasie  i cukrze  muscovado (  znaczy  tradycyjne  speculoos ).  Zrobiła  też  trochę   "zwyczajnych"  kruchych  ciastek i  cóś  co  Niemce nazywajo Vanillekipferl.  To  takie  stare  ciasteczka,  troszki  jakby  polskie  mimo  tego że  pochodzą  z  Wiednia. Ponoć  po  raz  pierwszy  je  wypieczono  w  roku 1683 po  wiktorii  wiedeńskiej.   Stąd  one mają  kształt  półksiężyca, żeby  wiedeńczycy  posmakowali zwycięstwa nad muzułmańskim  najeźdźcą, które  się za sprawą  polskiego  ramienia  zbrojnego  dokonało ( półksiężyc  był  na  zielonych  sztandarach armii otomańskiej ). Tak  naprawdę  to legenda, ciasteczka  o  takim  kształcie    wypiekano  już w  VIII  wieku. Mła  kroi  też  bakalie (   w sprawie  keksa  i czegóś  z  makiem ). Znaczy  mła  działa choć  idzie  jej  to  działanie  jakby  pod  górkę.  Stromą  taką. Jutro  mła  zamierza  jechać na śmieci i zrobić  kolejną kuchenną otchłań (  tego  inaczej  nie  da  się nazwać, mła otwiera  szafkę  albo  co  gorzej  spogląda na półkę  należycie  zapuszeczkowaną, zasłoiczkowaną i  w  ogóle  zastawioną  a  tam otchłań  się  otwiera i  ze  mła siły życiowe   wysysa ).  Jak  przeżyje te  gryplanowane  zajęcia  to  jeszcze  cóś przed  weekendem   napisze.


Dzisiejsze fotki  to  takie  sprawozdanie  z  robót. Sorry  że  są  jakie  są  ale poza  dwiema  pierwszymi  to  robione  były  przy  sztucznym świetle (  mła  bardzo  nie  lubi  robić  fotek  przy  sztucznym świetle  bo  one   są  jakieś  takie  nieprawdziwe ).  No  ale  choćby  mła  nie  wiem  jak  się  starała  to  dziennego światła  nie  była  w  stanie  dużo  złapać (  ale  za  to ma ostrzyżony  łeb,  nie można  mieć  wszystkiego  i   czasem  trza wybrać te... tego... priorytety ).  W  ramach przeprosin  za  te  foty nieprawdziwe mła  usiłuje  zrobić  nastrój  kolędami.  Mła  ponownie  wybrała,  bo  lubi, kolędy  z  płyty "Kolęda  Dobrych  Ludzi  Woli".  Jakieś  dwadzieścia prawie lat  temu  one  do niej  trafiły na  cedeku  i ona  sobie   czasem  słucha, niekoniecznie w święta bo  w święta  zazwyczaj  ma  już  solidny  kolędowstręt.



sobota, 14 grudnia 2019

Codziennik - ćwierćsprztąlnik


Ostatnie  malowanie   mebelka skończyło  się  tym że Mrutek  chodzi  w  subtelnej  oliwce od  ogona  po  uszy.  Na  podłodze  ciapki w  tym  samym coolorze, mebel  ponownie przeszlifowany  a  mła  wkarwiona,  Mamelon  zadzwoniła do  mła  w  porze  karmienia  stada i słyszałam  w  słuchawce  jej  rechot  kiedy  mła  dyscyplinowała  koty.  Nie  da się  ukryć że   kocia  paskudność  eskaluje.   Dziwne  zachowanie  Szpagetki którym  się  martwiłam okazało  się przygotowaniem do roli.  Szpagetka  gra  Mrutka  vel  Banasia, złapałam  ją  z  łapami  w moim   jedzeniu  i  mało  mnie żuchwa  nie  odpadała  kiedy  zamiast   Szpagetczynego  protestacyjnego skrzeku "Mami, mami" (  bo  rzuciłam  się  by  bronić  swojego ) usłyszałam  wydobywające  się  z  jej  gardziołka "Madka, to  jest  dobre!".  No  porykiwała  niemal  basem! Dwa  Banasie  z  możliwością  pozyskania  dwóch  następnych  to  za  dużo  jak  na  mła, tak  się  nie  da. Nawet  nie  chcecie  wiedzieć  gdzie  mła  ostatnio  była zmuszona  śledzika  spożywać (  pod  zamkniętymi  drzwiami  duo Banasie  ryczało  zgodnie "Dej!" ).  Mła  będzie  musiała naprawdę  się  wziąć  za  wychowanie  kotów  bo  sytuacja  robi  się  dla  niej  niewesoła a  wychowanie  kotów  to  zawsze  jest  rzecz  wymagająca  z  jej  strony  solidnego  samozaparcia (  bo mła  uwielbia  rozpuszczać i rozpieszczać swoją  żywinę ).  A  Mruciu  był  takim  grzecznym  kotkiem  kiedy   do   domu  przyjechał, no "ja  nie poznaję  kolegi" że  tak  sobie zacytuję.



Ciotka  Elka  jest  już  po  rozgrywkach  ze  służbą  zdrowia, szpitalne  badania ( uff,  wyniki ma  w  porzo ) kosztowały  ją hym... tego...  masę  zdrowia.  Na  ostatniej  prostej  Ciotka  Elka  wręcz  kipiała  mniłością  do świata.  Szczerze  pisząc  to  nie  powinnam  szaleńczo rechotać  ale  nie mogłam  się powstrzymać  kiedy  na  czule  kontrolny  telefon  Włodzimierza  chcącego  ustalić  na  jakim  etapie  badań   jest  Ciotka Elka - "Eluniu, gdzie  jesteś?" - moja zważająca  na  formy  Ciotka ryknęła - "K...a, w  prosektorium!!!".  Ciotka  z  lekka  się na  mnie obraziła  za  ten  rechot ale  poczucie  absurdu  wzięło  i  we  mnie  rechotem  wybuchło a  wybuch  jak  wiadomo  trudno  jest powstrzymać. Zaryczałam  mimo  tego  że  wiem  iż  nerwy  u Ciotki  Elki w  strzępach i  jeszcze  trochę przebieżki  po  szpitalnych  korytarzach mogło  się  dla  niej rzeczywiście  nie najlepiej  skończyć. Z  moją  drugą  Ciotką  zalegającą  w  szpitalu  też  jest  lepiej   bo o  drugiej  w  nocy  zadzwoniła  do  siostrzenicy  z  ciężką  pretensją o  stan  fryzury w  której musiała  się  udać  do  nemocnicy. Zażądała  wałków, szczotki   i lakieru, po  mojemu  idzie  znaczy  ku  wyzdrowieniu.  Badania  też  pozytywne a  Ciotka Basia  z  dnia  na  dzień  silniejsza, wymogła  nawet  ustawienie  parawanu przy  wyrku  z powodu  tego że  świat  ją  obserwuje  kiedy  nie  jest w  wyjściowej  formie (  jak  znam  życie  zaraz  będą  pretensje  że  odgradzają ją od  świata, he, he, he ). Tatuś  ma  spotkanie  chirurgiczne dopiero  w  styczniu, więc  będę  miała  króciutki  oddech  międzyszpitalny.



Mła  usiłowała  cóś  politycznego przejrzeć  ale   ją  znudziło.  Na  wszelki  wypadek  dopilnuje  tylko  by  sprawę jej sąsiada prowadził  sędzia z  właściwymi  uprawnieniami (  i po co  to durne ustawy uchwalać  jak  ludzie  i tak, pilnując  własnego  interesu,  będą chcieli  orzeczeń  wydanych w  sposób  prawidłowy, tzn. w  zgodzie  z nadrzędnym  dla nas  prawem  UE ).  Odnoszę   wrażenie  że  sprawa   nowej  ustawy  ma  niejedno dno  (  no niby  to  nie logiczne  ale   jak to  już  jeden  pan  zauważył "Kiedy  myślałem  że  jestem  na  dnie,  usłyszałem  pukanie  od  spodu" -  niby  cytat  nie  bardzo  o  tym  ale  o  tym ). W  GB koniec  hamletyzowania i  w  końcu zrobią wielkie  odejście  a  potem  wielką  reformę  u  się,  choć  mła  nie  wyklucza  sytuacji że z  tego  bicia  piany  będzie  formalne  wyjście   a  wszystko  zostanie  po  staremu  z   jednym  wyjątkiem -  GB  będzie  płacić  i  mieć  g....  do  gadania. Taa... im  więcej  zmian  tym  bardziej  się  nic  nie  zmienia. A  powinno.  O europejskim  szczycie  klimatycznym  i  naszym  na  nim  sromotnym  zwycięstwie   zmilczę bo  to  rzecz tak  oczywista  jak  milion  elektrycznych  samochodów. Dla mła  istotną  wiadomością   jest ta o  zaostrzeniu  fitosanitarnych  przepisów unijnych bo  oznacza problemy ze  sprowadzaniem  roślin ze  Stanów ( irysy ) czy Azji ( japońskie rarytasy, które  już  teraz  są  potwornie  drogie będą miały  ceny  zaporowe  dla  mła  ). Jednakże  mła  rozumie że  tak  być  musi, tylko dobrze  by  było żeby   badania  były  na  tyle skuteczne że  rzeczywiście eliminowałyby  patogeny  czy  szkodniki w  "zielonych" transportach  komercyjnych. Jak  do  tej  pory  to problemy powstawały  raczej  przy  okazji  wielkich  zamówień (  taka  sama  historia  jak  z  chińskimi składnikami  leków, przeca to  zamówienia  koncernowe a  nie prywatne ).



W  sprawie  ciasteczkuff to  mła   ma  w  lodówce parę  rodzajów  "piernych" ciast (  odpoczywajo i  nabierajo  mocy ), lodówka  w  związku  z  tym  podejrzanie  wonieje  cynamonem i goździkami ( nuta  gałki  muszkatołowej mniej  wyczuwalna ).  Przy  okazji  mła  sprząta sobie  kuchnię,  w  asyście  rzecz  jasna  bo  zawsze  cóś się  może  trafić na  ząb.  Jednak   ciepła  końcówka  tygodnia spowodowała   większe zainteresowania  stada  dziką  przyrodą  czyli  Podwórkiem  i  Alcatrazem i  mła  w  związku  z  tym  nie  musi  się oganiać aż  tak bardzo  jakby  musiała  to  robić  w  nudne,  zimne  dni kiedy  koci  tyłek najlepiej  przenieść    do  cieplejszego  domku. Dzisiejsze  fotki  to upieprzalnik świąteczny i  sprawozdawczość  z   "zielonych  słojów".