środa, 7 sierpnia 2024

Miasto Ódź - Księży Młyn i okolice - część pierwsza

Dziś mła  Was zabierze w rejony gdzie nieodnowione spotyka się z odnowionym, znaczy na osiedle Księży  Młyn. Po rozwaleniu komuny była to prawdziwa Ziemia Obesrana, miejsce żerowania złodziei złomu i nie tylko złomu. Groza famuł i tym podobne klimaty. Dziś część ulicy Przędzalnianej, którą dojdziemy do osiedla jest jeszcze w stanie mniejszej  lub większej rozsypki, część zaś jest już wyremontowana i wygląda w miarę.  Dobra, zacznijmy do  historii. Wiadomo że w 1428 roku w miejscu dzisiejszego osiedla  była osada, związana z działalnością młynów. Jeden z nich należał do łódzkiego proboszcza, drugi był sołtysowy. Oba wykorzystywały rzeczkę Jasień, prawy dopływ Neru. Rzeczka to bardzo wesoła, płynie niedaleko mła  i jeszcze dziś potrafi złośliwie wylać. Kiedy postanowiono uczynić z miasta Odzi  stolice przemysłu Królestwa Polskiego zainteresowano się bardzo możliwościami jakie dawał Jasień. Na mocy postanowienia władz w 1823 młyny Wójtowski, Księży i Lamus przeszły pod zarząd gminy miejskiej, która miała  postarać się  żeby miejscem tym zainteresował się przemysł. Pierwszym, którego udało się namówić do uprzemysławiania był niejaki Krystian Wendisch, który w latach 1827 - 30 zbudował  manufakturę z dość dużą przędzalnią.  Po następnie, po jego śmierci w 1830 roku zakład przejął Fryderyk Karol Moes, któremu zmarło się w 1863.  W tym roku zakład  przejął Teodor Krusche, syn fabrykanta pabianickiego Beniamina Kruschego. Fabryczka pracowała aż do roku  1870, kiedy to jeden z tak powszechnych w mieście Odzi  pożarów zakończył jej działalność. W tymże roku zaczyna się dla Księżego Młyna całkiem insza jakość, bowiem spaloną fabrykę wraz z całą posiadłością Księżego Młyna i Wójtowskiego Młyna sprzedano Karolowi Wilhelmowi Scheiblerowi, niby pierwowzorowi Bucholza, z powieści Reymonta "Ziemia Obiecana". 

Rodzinę Scheiblerów mieliście już okazję poznać za sprawą córki i zięcia Karola, Matyldy i Edwarda Herbstów,  których chałupkę pokazałam Wam w postach:Elegancka herbatka w salonie państwa Herbstów,  Z oficjalną wizytą u państwa Herbstów,  U państwa Herbstów w "domowych pieleszach". Karol Wilhelm Scheibler urodził się 1820 roku w Nadrenii, w  miejscowości położonej nad rzeką Ruhra, blisko granicy belgijskiej, ówcześnie nazywaną  Montjoie ( dziś to Monschau ). Miasto rodzinne  Karola to takie typowe pogranicze gdzie mieszanka kulturowa była normą bo Walonowie i Niemcy zawierali związki małżeńskie. Taki Karol to był Niemcem ze starej rodziny niemieckiej z Nadrenii wyznania ewangelicko - augsburskiego,  mającej swój rodowód sięgający końca XV wieku,  ale jego rodzice byli uznawani za ... belgijskich tkaczy. Ojciec Karola, pochodzący z Neukirchen w tejże samej Nadrenii, przeniósł się do Montjoie, gdzie prowadził warsztat tkacki, więc z tymi belgijskimi korzonkami to byłoby tak sobie, gdyby nie mama Karola, z domu Pastor. Zdaje się że to belgijska część rodziny była bardziej obrotna. Karol, mimo posiadania dziesięciorga rodzeństwa, nie przymierał głodem tylko był kształcony, ukończył szkołę podstawową w rodzinnej miejscowości  a w Krefeldzie gimnazjum.  Praktykę w zawodzie odbył w przędzalni czesankowej brata matki, Gustawa Pastora, w Verviers w Belgii. W roku k 1838 został dyrektorem, co było awansem błyskawicznym, gdyż zaledwie rok wcześniej ukończył gimnazjum. W latach 1840 -1842 pracował w fabryce w Liège należącej do szwagra wujka, Johna Cockerilla,  jednego z największych producentów maszyn włókienniczych w Europie. W tym przedsiębiorstwie zdobył praktykę techniczną i menedżerską. 

Karol jako przedstawiciel firmy sporo podróżował, dotarł  do Anglii, Austrii, Francji, Holandii, Niemiec i Szkocji. Nie dojechał do Ameryki. W 1843 roku postanowił się  usamodzielnić i otworzył przedstawicielstwo kilku firm angielskich zajmujących się sprzedażą maszyn włókienniczych. Osiadł był w Bad Vöslau pod Wiedniem, miasteczku które utrzymywało się wówczas  głównie z przemysłu tekstylnego. Otwarcie przedstawicielstwa pozwoliło mu  nawiązać liczne kontakty handlowe w rozległej Austrii.  Jednakże w 1848 roku nastała Wiosna Ludów, która w Austrii miała dość  gwałtowny i niepokojący  biznesmenów przebieg; wywalono Metternicha, stracono ziemie  podległe Habsburgom we  Włoszech, wyłoniły się  Austro  - Węgry a co najważniejsze ten nowy kraj stał się monarchią konstytucyjną i społeczeństwo poczuło własną sprawczość.  Niepokoje społeczne, niestabilność i zmniejszenie wagi państwa  Habsburgów   spowodowały że  Karol uznał że czas opuścić szczęśliwą  Austrię. Wyjechał więc do spokojnego,  jak mu się wydawało,  Królestwa Polskiego, części wielkiego państwa rosyjskiego i jego równie wielkiego rynku. Podobno wpływ na podjęcie decyzji o przeprowadzce miało zapewnienie ze strony jego kuzyna Henryka Schlössera,  że  Karol znajdzie zatrudnienie  w fabryce papy kuzyna, Fryderyka Schlössera, który od 1821 roku prowadził fabrykę sukienniczą w Ozorkowie.  Rodzina Schlösserów nie pożałowała, Karol szybko został dyrektorem fabryki gdyż był z krwi  i kości kapitalistą, wyciskał z maszyn i ludzi  ile się dało. Zmodernizowano starą przędzalnię, na terenie folwarku Strzeblew zbudowano drugą, a także postawiono na nogi  cukrownię w Leśmierzu, która należała do rodziny Wernerów. U Schlössera Karol pracował do 1854 roku.

W roku 1852 Karol spróbował zaistnieć w Łodzi, założył był spółkę z Juliuszem Schwartzem,  by  importować maszyny włókiennicze  a także je budować. Spółka wyłożyła się po paru miesiącach, co spowodowało u Karola lekką niechęć do spółek. Postanowił działać sam, z  tym że wielotorowo. Po pierwsze w1853 roku zawarł z łódzkim magistratem kontrakt, otrzymując w wieczystą dzierżawę place w Nowej Dzielnicy przy Wodnym Rynku ( zobowiązał się wybudować w ciągu dwóch lat zmechanizowaną fabrykę w skład której wchodzić miały: przędzalnia, tkalnia, farbiarnia, drukarnia, blich smugowy i apretownia ), po drugie postanowił się ożenić i to nie byle jak. W XIX wieku nikt rozsądny  nie myślał o małżeństwie w kategorii uczuć, liczyły się kwestie materialne, bo dzieci, czyli główny cel zawarcia związku, trzeba było jakoś wychować. Małżeństwo zawierane z takiego powodu nie mogło się opierać na nietrwałych sentymentach, chodziło w końcu o przyszłość ludzi. Uczuć szukano poza związkiem mniej ( panie ) lub bardziej ( panowie ) otwarcie. Karol bardzo rozsądnie wybrał pannę z posagiem wynoszącym 43 753  ruble, oszałamiającą wówczas kwotę ( posag żony przewyższał dwukrotnie jego własne niemałe oszczędności ), no i z dobrymi koneksjami, tzw. parantelą. Ożenił się w 1854 roku z 19 letnią Anną z Wernerów, pochodzącą ze spolonizowanej w XVIII wieku rodziny ziemiańskiej z Saksonii. Anna była córką Wilhelma Wernera, właściciela fabryk sukna w Zgierzu i Ozorkowie oraz cukrowni w Leśmierzu i jego drugiej żony Matyldy Reitzenstein, która była siostrzenicą ojca  kuzyna Karola, Fryderyka Schlössera. 

 

Ponad 40 tysi posagu, kasa własna to jednak było mało - trzeba się było wesprzeć kredytami by wybudować fabrykę.  "Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic(...) - To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę."  zgadza się z realem o tyle że nie trzeba było mieć całej sumy by fabrykę postawić.  Trzeba tylko było mieć odpowiednie  koneksje i znajomości, ktoś te kredyty poręczał. Bez układu wspierającego to sobie można było... żyć marzeniami. Pisze to mła, której pradziadek omal nie wydziedziczył jednego z synów, bo ten wzgardził posażną panną, której chyba matka z domu była Kindermann. Pół rodziny do końca życia biedakowi wypominało, choć komuna nastała i z interesów nici, bo skarbowy szalał z domiarami a w fabrykach w charakterze właścicieli  pracowała zamiast robotników klasa robotnicza. Karol jednakże poparcie krewnych i powinowatych posiadał, kasa małżonków  wsparta kredytami, pozwoliła na uruchomienie w 1855 roku pierwszej fabryki. No to było cóś,  w pełni zmechanizowana przędzalnia bawełny na 5740, a od 1856 roku na 18 000 wrzecion! Potem doszły  kotłownia i magazyny a w latach 1857 - 1858 tkalnia o 100 krosnach. Nieco później,  w 1868 roku,  druga tkalnia mechaniczna a w 1870 bielnik, parowa osmalarnia, nowe budynki magazynowe. Jakby było mało  rozbudowano  najstarszą przędzalnie. Po odkupieniu folwarku na Księżym Młynie od  Kruschego oraz w 1869 roku wykończalni od Jakuba Petersa, zabrano się w kolejnych latach za budowę  następnego kompleksu fabrycznego. Mła napisze jeszcze raz żeby do wszystkich dotarło. Jedna wielka fabryka to było mało, Karol wybudował kolejną olbrzymkę. 

W 1873 roku otwarto przędzalnię na 70 000 wrzecion i tkalnię na 1200 krosien! W 1877 roku dobudowano do interesu bielnik z farbiarnią, a w 1878 wzniesiono przędzalnię na 54 000 wrzecion, która została rozbudowana w kolejnym roku! Karol zainwestował w najlepsze i najnowocześniejsze maszyny, sprowadzane z Liverpoolu, Hamburga i Bremy. Kasa misie, kasa! Z tymi dwiema fabrykami posiadłości Scheiblera sięgały od Widzewa do Piotrkowskiej i od ulicy Głównej ( czyli dzisiejszej alei Piłsudskiego) do Milionowej, to już było miasto w mieście i wymagało własnej infrastruktury. Zbudowano zatem gazownię i bocznicę kolejową, która łączyła zakłady z Koleją Fabryczno - Łódzką ( koleją od strony Warszawy i Rosji, kolej od strony zachodniej dochodziła do dworca zbudowanego później, nazwanego  Łódź Kaliska - ze względów strategicznych Rosjanie nie  chcieli budowy linii kolejowej do granicy zachodniej, dlatego długo mieliśmy dwa dworce niepołączone ze sobą,  do dwóch światów - do ruskiego mira i na Zachód ).  Dodatkowe pieniądze przyniosła Karolowi znajomość świata, przewidział że wojna secesyjna w USA spowoduje zwyżkę cen bawełny. Kupił towaru na zapas, ten sam numer, który  u Reymonta z cłami w tle mieli wykonać Borowiecki z Weltem. Karol produkował wówczas, kiedy inni musieli się zamykać. Towaru miał tyle że mógł sprzedawać z trzykrotnym przebiciem ceny zakupu. Dodajcie do tego własne Karola  plantacje  bawełny na zakakukaziu i Krymie. W ten sposób został najbogatszym człowiekiem w XIX wiecznej  Łodzi, a to było coś!  Pamiętajcie że  miasto Ódź płacąc  podatki wybudowało w dużej części XIX wieczny Petersburg, ówczesną stolicę Rosji. Kiedy Karol umierał w 1881 roku, posiadał majątek wartości czternastu milionów rubli. Dzisiejsi polscy milionerzy to do takiej kasy jaką  dysponował Scheibler  nie sięgają. 

Oczywiście żeby taką kasę zdobyć  Karol musiał mieć odpowiedni charakter. Karol był klasycznym Lodzermenschem, cinżką osobowością, która myślała  głównie o kasie. Ponieważ utykał, twierdzono że to dowód na to że zamiast jednej stopy ma diabelskie kopyto. Jest taka  opowiastka o nim że swego czasu przyjął do pracy Węsada, kuzyna Boruty. Ta opowieść ma w sobie ziarenko prawdy.  W roku 1861 miał w mieście miejsce tzw. bunt tkaczy.  Inicjatorami buntu byli majstrowie tkaccy, późniejsi wielcy fabrykanci: Juliusz Heinzel, Fryderyk Eisenbraun i Edward Hentschel. Podpuścili robotników stosując klasykę luddyzmu - maszyny zabiorą wam pracę. Do fabryki Karola na  Wodnym  Rynku zwanej Centralą wdarło się mnóstwo luda i  łomami rozbili mechaniczne krosna. No bo jak tych diabelstw nie będzie to tkaczom  będzie  przywrócona praca i zarobek. Bunt stłumił oddział 50 kozaków i policja a po Łodzi rozniosło się info że diabeł robi w  fabryce Scheiblera.  Niektórzy utrzymują też  że to Karola miał na myśli Zygmunt Bartkiewicz, kiedy  obrabiał tyłek "anonimowemu łódzkiemu przedsiębiorcy". Przemysłowiec obrabiany miał stwierdzić: "Jest w ekonomii takie żelazne prawo Ricarda  i ono mądrze powiada, że płaca robotnika powinna stanowić minimum kosztów jego utrzymania. Zatrudniony w fabryce winien zarabiać akurat tyle, aby nie umrzeć. Inaczej zaś jest to krzywda dla niego."  No ale tak po prawdzie to może być zwykłe pomówienie, bo na tle innych łódzkich  fabrykantów, Scheibler nie wyróżnia się in minus,  jest in plus w wielu kwestiach. Jego spory z robotnicami i robotnikami nie kończyły się próbą zastrzelenia Karola, a w Łodzi strzelano nie tylko do robotników, zdarzało się że ubito fabrykanta. Poza tym na Karola trzeba patrzeć nie z perspektywy naszej teraźniejszości a czasu w którym żył. To jak z tym  małżeństwem - inne czasy, inne priorytety. 

Na Karola Scheiblera patrzymy wg. przerysowanego obrazu Bucholca z powieści Reymonta, kreacji Szalawskiego  lejącego laską Pietrusiewicza w ekranizacji Wajdy i  kalki stworzonej  przez komunę. A tymczasem  to był po prostu człowiek swojej epoki, wykształcony i wychowany w kulcie pracy. Przychodził do fabryki o piątej rano, razem ze swoimi robotnikami i niezbyt  często zdarzało się by wychodził przed nimi, chyba że go gdzieś interesy goniły. Zważywszy na to że robotnicy pracowali po 11 - 15 godzin to Karol się nie oszczędzał.  Anna Scheibler też słabo przypominała zahukaną Bucholcową. Od zawsze miała w tym małżeństwie  znaczący głos i to w takich sprawach jak wydawanie kasy.  Dbała o PR rodziny a pewne rzeczy robiła z przekonania. Ponieważ była osobą mocno wierzącą  ufundowała sześć łódzkich kościołów. Już jako wdowa po Karolu Scheiblerze doprowadziła do powstania  ochronki dla dzieci robotników ( w 1912 roku ) oraz funduszu wieczystego przeznaczonego na zapomogi dla niezdolnych do pracy i pozbawionych środków do życia robotników scheiblerowskich zakładów, a także wdów i sierot po robotnikach ( w 1920 roku ). Robiła w socjalu, że tak to określę. W czasach  kiedy państwo nie działało na tej niwie, albo działało słabo, tacy ludzie jak Scheiblerowie po prostu je wyręczali. Uważali to po trosze za religijną powinność, po trosze za polisę ubezpieczeniową w czasach kiedy ruch robotniczy miotał się między socjalizmem a rosnącą popularnością  prądów jeszcze bardziej na lewo.  Dla mła Anna jest sympatyczna choćby dlatego że stworzyła pierwszy w Łodzi duży ogród, dzisiejszy Park Źródliska. Tak po prawdzie to mła się zgadza z tezą że Reymont  przeniósł do  swojej powieści  salony warszawskie, a nie łódzkie, bowiem w łódzkich nie bywał. Tworzywem mogły być jakieś ploteczki znajomych aktorów grywających w  Łodzi.

sobota, 3 sierpnia 2024

Codziennik - sierpniowanki

Mła jest uspokojona w kwestii Rominki, zaniepokojona w kwestii Sławencjusza czyli jest jak zawsze. Co się polepszy to się popieprzy, w przyrodzie nic  nie ginie  i wogle. Może i dobrze, bo gdyby mła nie miała się kim interesować to byłoby smętnie, czy nawet dodupnie.  No a tak to mła może sobie  kwoczyzm uprawiać i stadko nasze przeliczać, nachalne maile  słać i porykiwać prozdrowotnie ( kręgosłup  Sławencjusza jest wyjątkowo niezdyscyplinowany ). Jak się kwoczyzm dopełni domowizną mła powszednią, znaczy kocimi  i sąsiedzkimi sprawami, to mła  ma  swój zainteresownik wypełniony po  po całości. Jak zatem widzicie mła sobie wakacyjnie nie odpuszcza, zagląda, dogląda, kwoczy, wydziwia, dziobie, łapą grzebie, pióra stroszy i nawet jakby nieco lżejszym kuprem trzęsie.  Spokojnie, ten kuper to ledwie minimalnie lżejszy!

Mła nadal dziubdzioli koło tych swoich miniaturek. To nie jest jakoś bardzo twórcze, mła przeca tylko kombinuje z  gotowcami, za bardzo jakoś nie główkuje.  Może dobrze że nie główkuje, bo mimo wakacyjnego czasu sporo politycznie się dzieje a mła nauczona doświadczeniem wie że politykom trza się przyglądać bardzo uważnie i główkowanie zostawia sobie na śledzenie różnych lewych sierpniowych i prawych nieprostych w ich wykonaniu.  No wicie rozumicie, ręce mła ma zajęte więc ostrożnie z emocjami  bo jeszcze mebelek się połamie a  umysł sobie przetwarza  te bajdurzenia z politycznego na  nasze. Mła w tych  tłumaczeniach się kieruje słowami Michaiła Jewgrafowicza  Sałtykowa - Szczedrina  - "Kiedy zaczynają dużo mówić o patriotyzmie, Bogu, honorze i ojczyźnie to na pewno znowu coś ukradli". Tak, tak, tego samego który napisał "Jeśli zasnę i obudzę się za sto lat, a ktoś mnie zapyta, co się dzieje teraz w Rosji, odpowiem: piją i kradną". 

Postać  którą stworzył w swojej najbardziej znanej powieści, niejaki  Porfiry Władymirowicz "Judaszek" Gołowlew, powinna  być omawiana  na lekcjach literatury  w szkołach podstawowych w Rosji, ba dzieciom w rosyjskich  przedszkolach  już trza o niej mówić żeby zagrożenie były w stanie rozpoznać. Rosja to teraz taki dwór  Gołowlewów, a może i zawsze taka była tylko z daleka  to było mniej widoczne. Mła ostatnio się literatura rosyjska odbija, w mijającym tyźniu obejrzałam sobie "Mistrza i Małgorzatę", wcale dobry rosyjski film. Bardzo ciężko jest zrobić dobrą adaptację tej powieści  Bułhakowa a tu poszło całkiem całkiem. Co prawda nie ma Duni  latającej  na wieprzu ale w dwu i pół  godzinnym filmie ciężko jest zawrzeć wszystko. Film ukończono jeszcze przed dużą wojną na Ukrainie, ciekawi mła czy cenzura się do niego nie dobierała, bo reżyser nie jest postacią kochaną przez rosyjski aparat władzy. Może nie jest to adaptacja marzeń dla mła ale całkiem porządne kino. Mła sobie obejrzała tyż, tak bardziej dla odmóżdżenia "Randkę z  królową" ( oryginalny tytuł  "A Royal  Night  Out" ). Już kiedyś oglądałam ten film, taka miła, bezpretensjonalna komedyjka, w sam raz na odtrutkę po politycznych ględzeniach z falą  zamulaczy, dodawanych żeby człeka do śledzenia  gadzin zniechęcić. Niestety mła nic  nie czyta! Wiem, tragedia ale mła to dziubdziulenie zajmuje czas. W ramach  dbania o zdrowie psychiczne mła zamiast politycznych gadek zapodaje sobie tyż Radio Naukowe, wicie rozumicie, mła  oszczędzając oczy, wykorzystuje uszy. W Muzyczniku teraz nastrojowo - Yebba z gitarką. Jak któś ma kawał głosu to żadna oprawa i kostiumy z cekinko - kryształkami niepotrzebne.

No dobra, weekendowania ciąg dalszy. Mła dziś siedzi w chałupie, ani myśli wychodzić z domku. Cały tyzień mła drepce po powietrzu, więc raz sobie zrobi bal i pobyczy się solidnie we wnętrzu. Zajęcia takie konceptualne typu nałóż maseczkę na gębę i odczekaj dwadzieścia minut, starając się nie zasnąć z tego konceptualizmu, więc zajmij czymś ręce. Skutek jest taki że człowiek zmywa "po czasie" zaschniętą skorupę i zaprawdę cerę ma tak różaną że nawet zmarszczek nie widać. Sama dobroć. Z dbałości o cerę może teraz bezkarnie  ( walić te kalorie ) pożreć troszki migdałów przy oglądaniu filma. Bo mła sobie urządza seanse, wraca do filmów, które kiedyś widziała i sprawdza jak po latach je odbiera. Zaczęłam ambitnie od  "Palacza zwłok", mła świetnie pamiętała jakie wrażenie zrobił kiedyś na niej cwanie poczciwy Szwejk, straszliwie zmieniony w Kopfringla.

No wicie rozumicie, Rudolf Hrušínský wielkim aktorem był i qurcze, jego aktorstwo nic się nie zestarzało. Ba, mła napisze wincyj, zdaniem mła to ta rola z przypowieści o samowytłumaczeniu, zrealizowanej w końcówce lat sześćdziesiątych w estetyce kina grozy z lekka awangardowego, zniosła upływ czasu najlepiej. Film o Kopfringlu powinni puszczać w kółko pandemistom i innym zamordystom, przerywając tylko na siusiu w kibelkach w których z głośników lecą wykłady o niebezpieczeństwach konformizmu. Amen. To świetny film i nie szkoda na niego czasu, choć w dobie klipów posklejanych w jedno, nazywanych dziś filmami, co młodsi widzowie powinni się odbodćcować przed seansem, bo mogą nie znieść tego tempa, he, he, he. Potem mła sobie obejrzała lżejszy film, który kiedyś dawno tam jej się podobał. "Trąbka Clifforda Browna" z Forestem Whitakerem i Jeffem Goldblumem. Stare ale jare, nadal mła wzrusza. Na koniec mła obejrzała nowinkę "The Dry 2: Force of Nature". Oblookałam bo "The Dry" mła się podobało. Tak, niektórych opowieści nie należy kontynuować. Niby składniki dobre a jakieś nieświeże to było.

Przed mła wieczór  bez seansu filmowego, mła sobie raczej czegóś posłucha i porobi troszki swoich robótek. Mła od malowania mebelków przeszła teraz  do malowania bombek kotoodpornych, znaczy ze styropianu. Koty oczywiście usiłują testować czy bombki są na pewno kotoodporne. Mrutek jest tak nieznośny że mła się wydziera na niego jak Pan Krzysiu w chwilach zwątpienia na Malwinkę ( znaczy kiedy Malwina znów raczyła w swoich ulubionych kątach a nie w kuwecie ). Na Gibona też jest wrzeszczane za próby zeżarcia plastikowych części instalacji  sanitarnych ( tych za ruchomym kafelkiem kontrolnym ).  Cała nasza chałupa się trzęsie zbiorowym -  "Bo pójdziesz do schroniska!" Mła tak sobie  myśli że upały są męczące nie tylko dla ludzi, stworzenia jakieś  takie zdziwnie nadaktywne się porobiły.

Nie wiem jeszcze czy  wieczorkiem posłucham Radia Naukowego czy czegóś muzycznego, Wam zapodawam do wyboru : Teddy Swims i gitara, Wierzenia słowiańskie.