sobota, 10 października 2026

Weekendownik - pogrypnik

Paskudnie minął tydzień, przeleżany, bo mła miała grypsko. Takie z gorączką, utratą węchu i smaku, glutaniem, kasłaniem i pokaszlowym posikiwaniem. No full service. Mamelon dokarmiała mła zostawiając żarełko pod drzwiami, kamieniczne staruszki miały zakaz zbliżania się. Mła nie była w dobrej formie fizycznej, ani psychicznej, to ostatnie to głównie z powodu niepokoju o Kocurrkową Myszkę. Mła sobie tłumaczy że jakby co,  to Kocurrek podarowała kocie dobre cztery lata, w prawdziwym  domu, ale mła jest w tym roku znów po przejściach ze stworzonkami i taka jest jakaś wewnętrznie dygotliwa z powodu kocich chorób. Grypa z wielkim trudem pozwala na ślady optymizmu, jakoś depresyjnie jest mła. Na świecie też mało ciekawie, mła uwięziona w chałupie za towarzystwo miała koty i cholerny komputer, który jakoś tak złośliwie podsuwał jej nie takie wiadomości jakie chciałaby czytać. No, może z wyjątkiem wyłączania rosyjskich rafinerii, co zdaniem mła przyspiesza koniec wojny za naszą wschodnią granicą i trzeźwienie Rosji z imperialnych snów o wszechświatowej potędze i co na pewno nie podoba się autorytarystom w USA, którzy wiedzą że koniec Rosji to preludium ich własnego upadku ( mła to napisała zanim jeszcze Pomarańczowa Demencja fiknęła Kongresowi i Senatowi USA i ucałowała Wujka Wowę, zostawiając naszych prawiczków z niejakim Bielanem na czele z rękami w nocniku pełnym gówna! ). Idą nowe czasy, zobaczymy dziwne rzeczy. Ech... niekoniecznie lepsze. Mła się tak zastanawia np. nad tym czy te ciężkie samochody lekstryczne, ukochane pieścidełko pseudoekologów,  nie spowodują  konieczności częstszych remontów dróg i chałup stojących w starych miastach wzdłuż ulic, albo czy nasze dzieci już zupełnie zgłupiały od tego bezstresowego wychowania i społeczniaków, że z nożami latają ( fajnie że w końcu pojawił się wśród młodych bardziej realny nonkonformizm, tylko dlaczego to musi być od razu durna bandyterka, tym razem  rodem z podskórności społeczniaków, które do tej pory tworzyły "nonkonformizm" wg.  najbardziej konformistycznego przekazu! ). Czy  jeszcze paskudniej, znaczy toczą mła podejrzenia że nierentowne do bólu firmy AI  będą usiłowały przejść na społeczny garnuszek, bo one takie "militarnie niezbędne". Taa... takie tam bure myśli mła po mózgu łażą. Wszystko z choroby, która nie jest dżumą, ale jak na mła jest wystarczająco udupiająca. 

Sztuczna czyta wypociny mła obłędnie, co miesiąc jakieś koszmarne liczby wyświetleń. Sztuczna generyczna  podobno aż taka zassana że wyraźnie nie daje rady i podupada. Sztuczna od matematyki z kolei powymyślała nowe dowody na hipotezę Riemanna, tylko taka prawda że nikt nie potrafi sprawdzić czy maszyna aby czegoś nie pokręciła.  Jeszcze trochę a może być jak u Lema z tą  matematyką, nasz aparat pojęciowy nie będzie zdolny do zrozumienia. Albo i gorzej, maszyna klepie a my udajemy że rozumiemy i jeszcze wierzymy. Mła tak sobie myśli, że srutututu, zanim pokapujemy jak to działa i czy w ogóle działa prawidłowo, czeka nas proces weryfikacji, żmudnej, długaśnej. Żebyśmy znali działanie aspiryny w organizmie, musiało minąć sto lat od stworzenia pierwszej tabletki, ciekawe ile zajmie sprawdzenie dowodów matematycznych?  A pieniędze na sztuczną płyną, choć już nie tak szerokim strumieniem. Ludziom jajogłowi miliarderzy przestali się podobać, wyniki finansowe są  mierne, bardzo oględnie pisząc. Pomimo wciskania prze Google i Mety AI gdzie się da. A AI jak była nieświadoma tego wszystkiego co wokół niej, tak dalej nieświadoma, taka zwykła maszynka licząca, szczególnie w wersjach darmowych raczej tępawa i nie zmieni tego pojęcie "klasa aktywów inwestycyjnych",  wymyślone do krojenia inwestorów.  Ech... smętnie mła z tego powodu że pisze dla nieświadomych botów. Tak nawiasem pisząc, postanowiłam mieć głęboko w doopie wszelkie prawa autorskie. Jeżeli kradną  korpo to jest bezkarne, więc idąc za przykładem od dziś będę piracić na maxa i niech ktoś spróbuje mła ścignąć. Trzeba tylko zachować czujność wobec jurysdykcji serwera i zero zrozumienia dla opowieści jak to okradam artystów, czy cóś. Nie te czasy moi Mili, kradną bogacze a prawa autorskie dawno się poszły turlać i korpo zarabiają na kradzionym aż niemiło. Od dawna czułam że tak będzie, świat się zmienia.

Zmienność rzeczywistości jest jedyną zagwarantowaną sprawą w naszym istnieniu, co dawno temu zauważyli greccy filozofowie i pewien indyjski książę.  Może dlatego mła ponownie sobie oblookała podczas choróbska "Małego Buddę" Bertolucciego, po latach z tego filmu jak dla mła obroniły się sceny retrospekcji, Siddhartha w interpretacji młodego Keanu nadal odjechany od świata tak jak należy, bez zbytnich emocji, które bolą. Potem to już pojechałam całą tę orientalną trylogię Bertolucciego, znaczy obejrzałam "Pod osłoną niebios" i "Ostatniego Cesarza".  Na pierwszym zasnęłam, drugi obejrzałam w wersji reżyserskiej, czyli dałam radę niemal czterem godzinom filmu. "Chyba Ostatni Cesarz" z tych orientalnych filmów zestarzał się jakoś najmniej, dalej są w nim takie fragmenty, które mła poruszają. Trochę dziwnie było mła ponownie oglądać filmy po prawie 40 latach, kino od tego czasu niesamowicie się zmieniło, nie jestem wcale przekonana czy na lepsze. Postanowiłam sobie sprawdzić jak jeszcze starsze filmy Bertolucciego przetrwały upływ czasu. "Ostatnie Tango w Paryżu" to tak trochę świadectwo epoki, trochę ocalonej przed zębem czasu filmowej roboty. Dalej jest to film o pustce, tylko jakoś tak bardziej przejmujący niż "Pod osłoną niebios". Przynajmniej dla mła. Może dlatego że jest taki bezkompromisowy, to rozczarowanie światem wyłazi z każdego centymetra taśmy filmowej i robi wrażenie? Sama nie wiem.  Potem kończąc Bertolucciadę obejrzałam "Konformistę" i dopiero wtedy naprawdę mła trafiło!

Nie wiem czy jest to film odpowiedni dla  współczesnej wrażliwości, w której kadry muszą się zmieniać jak w kalejdoskopie, to kino wysmakowanego obrazu i wchodzenia w  opowieść przez nie tworzoną, wymagające od widza skupienia, które wraz z telefonią komórkową i potrzebą  bycia on line poszło się bejać. Teraz wszyscy mają ADHD od on line'owe.  Jednakże dla mła, świadomej ograniczeń współczesnej kuchni filmowej wywołanych przez przebodźcowanie widzów, ten powrót do staroci z 1970 roku był jak łyk, schłodzonego Budějovický Budvar, w miejscu w którym podają te amerykańskie szczyny zwane Budweiser. Trintignant wymiata, zdjęcia Vittorio Storaro w epoce blue screenów przekonują mła o niedoskonałej,  powierzchownej,  artystycznej miałkości pozornie doskonałej współczesnej technologii tworzenia filmowego obrazu ( sorry ale efekty komputerowe, o AI nawet nie wspominając, to przy tych zdjęciach Storaro pomyje i to takie po wielu brudnych garach! ), no i sama historia.  Powinno się to puszczać w czasach srovidu trzy razy dziennie w telewizorni a w społeczniakach tzw.  wyjątki ( rzecz jasna telewizornie by wyły a społeczniaki by się zapierały, to w końcu siewcy konformizmu, którzy  nie mogąc wciskać przekazu całemu społeczeństwu, usiłują je atomizować! ).

Po tej całej pieprzonej chorobie mła postanowiła  odreagować, polazła do sklepu i nabyła peonie. Nie wiem co będzie z chałupą i moją w niej bytnością, bo utknęło, z resztą mojego życia tyż nie wiem, bo świat znów pędzi, więc przynajmniej zacznę dopieszczać ogród.  Dzisiejsze zdjęcia domówki, nawet kawę z kardamonem i cynamonem sfociłam ( z powodu pływających po wierzchu sproszkowanych przypraw była ciężka w piciu, nie był to dobry pomysł! ). Chciałam też sfocić wszystkie koty, ale Sztaflik uciekła sprzed obiektywu, pod pozorem niewyczesanego futra ( Nieprawda, bo futro osobiście szczotkowałam! ). No to są tylko Mrutek i Helenka.  W Muzyczniku Starsi Panowie.  A teraz się szykuję, bo idę z Mamelonem i Sławencjuszem do Gosi i Piotrusia zapić smutki i choroby. Taka to ze mnie "imprezowa dziewczyna", oby mła się udało przy tej okazji ten maj w serduchu znaleźć.

czwartek, 8 października 2026

MAK Wien - rzecz o Wiener Werkstätte i nie tylko

Doszliśmy do najważniejszej części zbiorów MAK, czyli  tego wszystkiego co związane jest z Wiener Werkstätte ( tak po prawdzie to się nazywało Produktiv - Gemeinschaft von Kunsthandwerkern, czyli po polsku  Spółdzielnia Produkcyjna Rzemieślników Artystycznych, w a skrócie Warsztaty Wiedeńskie ).  Oczywiście secesja wiedeńska to nie tylko Wiener Werkstätte, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana i różnorodna, niż postanie pracowni rzemieślniczej. Zresztą jej powstanie było wynikiem długotrwałego procesu, który rozpoczął się w momencie utworzenia w 1867 roku Cesarsko - Królewskiej Szkoły Sztuki i Rzemiosła. Zanim powstały Wiener Werkstätte, twórcy związani z wiedeńską secesją działali. Jednakże powstanie  pracowni rzemieślniczej, założonej w 1903 roku przez Josefa Hoffmana oraz Kolomana Mosera, uchodzi za pewną cezurę czasową. Od tej pory nowa sztuka stała się niemal oficjalna.

To co wytwarzały Wiener Werkstätte inspirowane było  Secesją Wiedeńską, oraz brytyjskim nurtem Arts & Crafts, szczególnie zwracano uwagę  na rzeczy wychodzące z Guild and School of Handicraft Charlesa Ashbee. Głównym założeniem Warsztatów było równe traktowanie rzemieślnika i projektanta, którzy wspólnie mieli sygnować ukończony produkt. To był niejako powrót do tego czym niegdyś, przed czasami produkcji przemysłowej, była produkcja rzeczy powszechnego użytku. W założeniu szczytnym , a jakże, miały być to produkty masowe, co oczywiście było niemożliwe z powodu kosztów ich wytwarzania. Przywilej posiadania tych wyrobów, stał się zależny od grubości portfela, choć np. złotnicy związani z warsztatami nie używali kamieni szlachetnych i złota. Jednakże niepowtarzalność wyrobów, a także ich jakość, powodowała  że nie każdy mógł sobie na nie pozwolić. Także opowieści o masowej sztuce stosowanej w wykonaniu Wiener Werkstätte , to tak między bajki włożyć. 
 

Po 1905 roku styl Wiener Werkstätte wyparł secesję i stał się głównym nurtem sztuki użytkowej ówczesnego Wiednia. Charakteryzował się on prostszymi formami i dość kunsztowną konstrukcją.  Szczerze pisząc to można pokusić się o twierdzenie że prosta forma wielu przedmiotów znacznie wyprzedzała gusta klientów, to była naprawdę bardzo nowoczesna sztuka. Jednak po 1915 to właśnie te  nieszczęsne gusta klientów wymusiły intensywniejsze zdobnictwo, co zdaniem mła spowodowało obniżenie wartości przedmiotów. No ale to jest tylko opinia mła, po prostu jak na jej gust, to było za dużo pitigrilli. Do mła jakoś bardziej przemawiały te prostsze formy. Ciekawe dla mła było prześledzenia jak  bardzo duży był wpływ produkcji Wiener Werkstätte  na tworzenie się stylu Art Deco, byłam zaskoczona że niektóre charakterystyczne cechy tego stylu pojawiały się w produkcji Wiener Werkstätte  tak wcześnie. Oczywiście nie tylko zbiory produktów z  Wiener Werkstätte są obecne w MAK, mła była zachwycona dziełami Charlesa Rennie Macikntosha, które znajdują się w zasobach MAK. Salon muzyczny Fritza Waerndorfera dla którego projekt architektoniczny przestrzeni stworzył Josef Hoffmann, został ozdobiony przez Mackintosha oraz Margaret Macdonald Mackintosh. Te cztery pierwsze fotki fryzu "Siedem Księżniczek", nawiązującego do sztuki Maurice'a Maeterlincka o tym samym tytule,  powinny Wam pokazać z jakiego rodzaju sztuką mamy do czynienia. Zważywszy na to że projekty pochodzą z 1902 roku, od razu widać jak bardzo różniły się od ówcześnie panującej estetyki.  

Inna bajka to projekty dekoracji autorstwa Gustava Klimta.W zbiorach MAK znajdują się szkice przygotowawcze, powstałe w latach 1905 - 1911, które posłużyły do ułożenia słynnej mozaiki w jadalni Palais Stoclet w Brukseli ( zaprojektowanego przez architekta Josefa Hoffmanna i warsztaty Wiener Werkstätte ).  Wicie rozumicie jak to jest z Klimtem, niby osadzony w ruchu a jednak bardzo odrębny. Klimt prawdopodobnie rozpoczął prace projektowe nad fryzem w 1905 roku, tworząc rajską scenę ze złotymi wiciami, kwiatami, ptakami i postaciami na papierze naklejonym na płótno. Wprowadził dość znaczące zmiany w projekcie w 1908 roku a następnie zrealizował go w 1909 roku w wiedeńskim warsztacie mozaikowym Leopold Forstnera. Rysunki robocze fryzu Stocleta składają się z kilku części, które wykonano ze złotych i srebrnych płatków nałożonych na papier pakowy o różnej grubości, a niektóre z nich opatrzono są inskrypcjami, mistrzu odnosił się do tego co i jak ma być wykonane.

Zważywszy na to że fryz znajduje się w prywatnym budynku, Palais Stoclet ( Adolphe Stoclet był facetem zarządzającym imperium przemysłowo - handlowym, w którego skład  wchodziły banki, fabryki broni, kopalnie w Belgijskim Kongo itp.m a jednocześnie koneserem sztuki, co mogło być związane z tym że poślubił bratanicę Alfreda Stevensa ), który nie jest udostępniony do zwiedzania, jest to jedyna możliwość zapoznania się z jakąś częścią wyposażenia pałacu znajdującego się na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. To chyba najbardziej znany przykład tzw. Gesamtkunstwerk, czyli całościowego dzieła sztuki. No i jest to jeden z najważniejszych projektów Klimta, z tzw. złotego okresu, kiedy to artysta mocno przeżywał swoją wizytę w Basilica di San Vitale w Rawennie. Zważywszy na to że "Złotej Damy" nie ma już w Wiedniu, bowiem via rodzina, do której naprawdę należała, znalazła się w Neue Galerie w Nowym Jorku, to jedno z najwybitniejszych dzieł z tego okresu twórczości, które znajduje się w wiedeńskich muzeach.

Gustav Klimt był jednym z założycieli ruchu Wiedeńska Secesja, który powstał w w 1897 roku.  To był taki bardzo antyakademicki nurt w sztuce, znacznie wykraczający tak naprawdę poza sztuki wizualne. Wicie rozumicie, Wiedeń z przełomu wieków to było niesamowite miejsce, ferment intelektualny chyba największy w Europie. Nam tamte  czasy w Austrii powszechnie kojarzą się ze schyłkiem CK monarchii,  jednakże to właśnie wtedy mamy do czynienia z jednym z najbardziej wielowymiarowych, intensywnych i brzemiennych w skutki momentów w historii europejskiej kultury. Szczerze pisząc nie tylko europejskiej, przecież freudyzm i to co z niego wynikło ma zasięg ogólnoświatowy. Austro - Węgry powoli dogasały, a tu taki siurprajz, Nagły wybuch geniuszu w wielu dziedzinach, coś co fundamentalnie zmieniło sztukę, naukę, psychologię i muzykę nadchodzącego dwudziestego stulecia. No i to, co dziś wydaje się niemal niemożliwe - świat nauki spotykający się ze światem sztuki przy kawiarnianym stoliku.

To był ten moment, który w sposób decydujący wpłynął na Ludwiga Wittgensteina, mającego choćby z racji pochodzenia do czynienia z tuzami epoki, także  muzycznymi, takimi jak Gustav  Mahler, Richard Strauss, bowiem jego mamusia prowadziła salon muzyczny. "Tractatus logicus - philosphicus"  powstał, kiedy Wittgenstein w wieku 22 lat uległ fascynacji matematyką, pod wpływem książek i kawiarnianych dyskusji nad sensem życia. Facet, który w dużej mierze kształtował filozofię XX wieku, sam kształtował się w okresie tego intelektualno - artystycznego przełomu. Architektura XX wieku narodziła się wraz z poglądem Otto Wagnera że to co nie jest funkcjonalne, nie może być piękne, atonalność muzyki wymyślił Arnold Schönberg, podobnie jak dodekafonię. To były czasy kiedy Sigmund Freud objaśniał ludziom ich sny i kiedy rozpoczęto zastanawianie się jak właściwie działa nasz mózg i kogo z nas czyni. Po Klimcie przyszli Oskar Kokoschka i Egon Schiele, sami widzicie jak wielotorowo nadchodziła ta wiedeńska zmiana. Interdyscyplinarność  środowiska artystów i intelektualistów sprawiła, że odkrycia w jednej dziedzinie błyskawicznie inspirowały rewolucję w drugiej. To jest porównywalne z włoskim renesansem, ale często do zwiedzających Wiedeń  jakoś to wszystko nie dociera. Te olbrzymie, przykurzone, pompatyczne wnętrza habsburskich pałaców jakoś zaburzają ludziom ogląd tamtej epoki. Turyści rozpływają się nad Franzem Josefem i Sissi, nie widząc spoza nich ludzi, którzy w o wiele większy sposób ukształtowali naszą dzisiejszą rzeczywistość.

Mła tuptała tak po muzealnych salach, podziwiając intarsję mebli, projektowaną przez Kolomana Mosera i Rosę Krenn oraz Viktora Lurje, urodę opali w prześlicznym naszyjniku projektu Karla Otto Czeschki, wykonanym przez Antona Pribyla w 1910 roku, zupełnie odjechany i nie w moim stylu czarny mebel ze złoceniami, autorstwa Dagoberta Peche, architekta z "drugiej fali" projektantów, wywodzącej się z wiedeńskiej  Technische Hochschule, wykonany przez Jakoba Souleka w 1913 roku, urocze zabaweczki zaprojektowane przez Johannę Hollmann, srebrne serwisy do kawy i herbaty autorstwa Josefa  Hoffmanna i przede wszystkim odjazdową ceramikę. Począwszy od naprawdę niesamowitej ceramiki architektonicznej  Leopolda Fortsnera ( tego od Wiener Mosaikwerkstätte, w którym wykonano mozaiki do Stoclet Palais ), który dla Wiednia przełomu wieków był tym czym cały ród della Robia dla włoskiego renesansu. Na mła spore wrażenie zrobiła też ceramika Vally Wieselthier i Gudrun Baudisch, czasem bardzo nowoczesna i wykraczająca poza ramy jakiegokolwiek stylu dekoracyjnego. No i szkło, którego najlepsze egzemplarze  szczerze pisząc mają mało wspólnego z Wiedniem. Te szklane najnaje pochodzą bowiem z Czech, nawet kiedy projektowali je profesorowie z wiedeńskiej szkoły, jak choćby Michael Powolny, to wykonywane były w Czechach. Dla mła crème de la crème były szkła baaardzo secesyjne, powstałe w manufakturze Lötz, w miejscowości Klášterský Mlýn. Tak się złożyło że w tym wpisie nie ma ich wcale, może dlatego że najfajniejszą ich kolekcję widziałam w antykwariacie.  No dobra, to by było na tyle, w Muzyczniku Mahler, jedna z pieśni z Kindertotenlieder, utwór w sam raz paszący, z przepięknym tekstem.