Strasznie bałam się uprawiania cyklamenów. Niemal tak jak uprawiania anemonopsisów. Bałam się wygniwania bulw, wymrażania nasadzeń do zera, marnego kwitnienia i tym podobnych "radości". Już sama nazwa Cyclamen neapolitanum sugerowała że to nie jest roślina dla Alcatrazu. Jednak.....gdzieś tam w Polsce ludziska cyklameny uprawiali i całkiem nieźle im to wychodziło. Wprowadzenie do Alcatrazu cyklameny zawdzięczają Teresie R., naszej tabazowej cooleżance. To właśnie łączka w jej ogrodzie stała się takim baaardzo solidnym impulsem do zakończenia fazy eksperymentów ( bulwa na zimę chowana do domu ) i rozpoczęcia bardziej masowej hodowli oraz przeprowadzenia cyklamenów do ogrodu jako tzw. stałego wyposażenia. Bazie Tabazy ja z kolei zawdzięczam zmniejszenie strachu przed uprawą neapolitańczyka, synonim Cyclamen hederifolium nie brzmi już tak groźnie i "obco klimatycznie". Polskie cyklamen bluszczolistny to już w ogóle " lighcik" bo człowiek oswojony z hardcorowym bluszczem czuje się totalnie uspokojony. Roślina pochodzi z południa Europy ale w warunkach Centrali ( znaczy centralnej Polski ) daje sobie nieźle radę. Jak to z nią będzie za "linią Wisły" nie wiem ale mam podejrzenia że może być różnie. Cyklameny występują w naturze do wysokości 1300 metrów n.p. m. ale ta wysokość na Sycylii to niekoniecznie takie warunki jak 200 z hakiem n.p.m. w Tajojowie. Może jednak na "trudniejszych" obszarach kraju uprawiać cyklameny jako "półogrodowce", długie zimy z zalegającym śniegiem jakoś mi nie pasują do bulw lubiących wiosenne słoneczko przygrzewające ziemię. Z drugiej strony to u mnie też znowu tak słoneczko wiosną nie przygrzewa jak we Wrocku czy Opolu a cyklameny dają radę. Cóż, wygląda na to że po prostu trzeba je w klimacie wschodniej Polski przetestować, znaczy potrzebny tajojski pilot oblatywacz.
Teraz troszkę o uprawie - cyklameny lubią ziemię lekką , próchniczą ale o odczynie niezbyt kwaśnym.W cieplejszym klimacie rosną raczej pod drzewami liściastymi, w naszym dobrze sadzić w okolicy drzew iglastych, których korzenie osuszają nieco glebę w lecie (co nie znaczy że gleba w ogóle ma być sucha, jak to ma miejsce przy takich pijawach jak świerki ). Dobrze w wypadku takiego stanowiska wspomóc je troszkę dolomitem ( bez przesadyzmu ). Cyklameny przechodzą latem okres spoczynku, zanikają wtedy liście i praktycznie nie ma śladu po stanowisku rośliny. Dlatego rejony cyklamenowe lepiej zostawić w spokoju, pielić baaaardzo uważnie, nie używając za ostro narządków.W przypadku cyklamena bluszczolistnego kwiaty pojawiają się przy końcu lata. Wyłażą z gleby solo, liście pokazują się nieco później. Po przekwitnięciu kwiatów liście robią sporą kępę, która jest w stanie przy śnieżnej zimie przetrwać do wiosny. W kwietniu liście zaczynają zanikać tak, że jak pisałam, późną wiosną i latem jest łyso a nie cyklamenowo. Warto zatem w okolicach gdzie uprawiamy cyklameny posadzić coś, co może nie zakryje do końca łysin ale przynajmniej będzie odciągało od nich wzrok. Późną jesienią stanowiska cyklamenów zaleca się okrywać w zimniejszym klimacie tzw. stroiszem czyli gałązkami drzew iglastych . Przyznam bezczelnie że tego nie robię. Jako ogrodnik leniwy czekam aż przyroda mnie wyręczy i sama okryje czym tam uważa moje cyklamenki. Znaczy nie uprzątam przed zimą liści, w końcu ogród to nie droga dojazdowa tylko kawałek natury z lekka ujarzmionej ( na temat polskiej manii uprzątania liści z miejsc innych niż Tyrawnik czy oczko wodne mam tzw. złe zdanie ). Cyklamenkom w tych siermiężnych, alcatrazowych warunkach widać nie jest tak bardzo źle, bo zauważyłam że się sieją. Siewki zakwitają w trzecim lub czwartym sezonie.
wtorek, 2 września 2014
niedziela, 31 sierpnia 2014
Zakupowe dylematy - ................ albo cebule
Mamelon zaprosił mnie na lody domowej produkcji w celu degustacji i rozważenia czy do wyrobu lodów w domu konieczny jest zakup nie najtańszej i zajmującej cholernie dużo miejsca maszynki. Po zechlaniu lodowego deseru wykonanego z bitej śmietany, mrożonych truskawek i jogurtu ( żółtek ze śmietanką nie podgrzewałyśmy bo po pierwsze to i tak mamy już za dużo na kościach , a po drugie to nam się zwyczajnie nie chciało ), doszłyśmy do wniosku że zakup maszynki lody wyrabiającej to jest wydatek niepotrzebny, gadżeciarstwo i w ogóle zachciewajka. Mamelon rozwinęła się na temat kuchennych urządzeń "ułatwiających" życie , znaczy powspominała przygody z tzw. dodatkami do robota, które zamiast ułatwiać w sumie proste czynności, zamieniały je w skomplikowane procedury. Z tego posiedzenia i półburzy półmózgów ( tak nam jakoś po tym jedzeniu wolno się myślało, półsennie że się tak wypiszę ) wyszło nam jasno - pieniądze zamiast na zakup maszynki lepiej przeznaczyć na prawdziwe radości, np. na rośliny.
Mamelonowi wcisnęłam przed naszym słodkim podwieczorkiem narcyzki 'Katie Heath, bliskich krewnych mojej ukochanej odmiany 'Thalia' ( Mamelon ma tzw. mocną słabość do łososiowych przykoronków ) i zapodałam info że widziałam hiacynty 'China Pink' w budowlanym. Mamelon w związku z tym dziś wyruszyła na łowy. Ja co prawda maszynki nie zamierzałam kupować ale też kombinuję z czego by tu zrezygnować albo w którym miejscu się uda nieco "okroić" tzw. konieczny wydatek bo i mnie cebule kuszą. Najbardziej małe krokuski. Jestem uodporniona na duże tulipany, narcyzy i hiacynty kocham wybiórczo ( lubię kurdupelki narcyzkowe i poeticusy, hiacynty o ciemnych barwach minie nie nęcą, z wyjątkiem klasycznych granatów typu 'Delft Blue' ) ale małe krokusy kocham wszystkie, nawet te okrutnie żółciaste. Mam wielką ochotę wyruszyć na jesienne łowy cebulowe. Darz Bór!
sobota, 30 sierpnia 2014
Cebulowe zakupy - " 'Thalia' to jest narcyz " czyli wdzięk, gracja i elegancja na wiosennej rabacie!
Zakupy cebul roślin kwitnących wiosną to w naszym kraju Kwitnącego Ziemniaka sport ekstremalny. Wymaga przede wszystkim nerwów ze stali i straszliwej cierpliwości, przy której benedyktyńskie ślęczenia nad manuskryptami to właściwie prycho! Nerwy z odpowiedniego tworzywa są wymagane bo dość powszechnie wiosną na rabatach zakwita nam nie to co kupowaliśmy jesienią, a cierpliwość jest niezbędna przy waleniu w klawiaturę nastej, estej czy ątej reklamacji i oczekiwaniu aż nam ktoś z działu "rozmów trudnych" raczy odpowiedzieć. Zakupy internetowe mało się różnią od tych żywcowych na straganach jesiennych działkowych kiermaszy czy sklepikowo - ogrodniczych i marketowych. Ryzyko jak w rosyjskiej ruletce, nie wiesz czy przyszłoroczną wiosną nie ubije cię widok narcyzy o żarówiastym, pomarańczowym przykoronku i wściekle żółtych płatkach wśród twoich starannie wybieranych przecudnej urody pastelowo - różowych tulipanach i niemniej starannie dobieranej blado ametystowej odmianie hiacyntów. Oczywiście delikatny kremowy kolor płatków i przykoronka wczesnej odmiany narcyzka, który miał tak pięknie wyglądać przy tulipanku i hiacyncie odfrunął z królikami ( choć w moim wypadku to planowane narcyzki odfrunęły raczej z jednym Królikiem ). Zdaję się że za tym cebulowym zamieszaniem stoi ŚSH czyli Światowy Spisek Holendrów, którzy wciskają co popadnie w myśl popularnego jeszcze niedawno hasła "Ciemny lud to kupi". Tak przynajmniej tłumaczą się polscy hurtownicy którzy zdaje się uwielbiają rolę "Ciemnego Luda" bo grają ją z upodobaniem, wciągając do grania swoich klientów ( choć ci ostatni coraz częściej wolą grać Ostatnich Uświadomionych i zaczynają głośno pultać się o zwrot kasy za "niespodziewanki" ).
Ogrodnik to jednak wieczny optymista, pełen nieuleczalnej nadziei że tym razem się uda i nie zostanie w kolejnym sezonie kolejną ofiarą ŚSH . Mamiony obrazkiem na kapersie, mimo pełnej świadomości czyhającego na jego uciułaną kasę ŚSH , radośnie wlezie w grząskie bagienko cebulowych zakupów, a potem będzie paciorki do św. Dorofieji zanosił o zgodność odmianową. No, ja jestem właśnie takim typowym okazem ogrodniczki co to mimo tego że od dawna może grać rolę Ostatniej Uświadomionej z lubością występuje jako Pierwsza Naiwna. Znaczy znowu kupiłam w markecie budowlanym kapersowe cebule. Nie mogłam się powstrzymać bo na fotce sprzedażnej widniała moja ukochana 'Thalia'. Mam tego narcyzka w sporej ilości w Alcatrazie, byłoby go jeszcze więcej gdyby nie luty dwa lata temu. Jestem na razie na etapie odbudowywania nasadzeń z tej odmiany, która jest "wiodącym" narcyzem Alcatrazu ( największe narcyzowe kępy to właśnie 'Thalia' ). W ogóle to wydaje mi się że przy wyborze roślin cebulowych kwitnących wiosną ( i nie tylko tych kwitnących w tej porze roku ) dobrze jest sobie znaleźć jakiegoś ulubieńca i zaprowadzić go w większej ilości w ogrodzie. Taka sama zasada jak przy sadzeniu bylin - mniej czasem znaczy więcej. Zbyt duża ilość gatunków czy odmian nie służy wyglądowi rabat. Robi się misz - masz z tych mało strawnych. Co prawda wiosną można pozwolić sobie na znacznie większą swobodę w komponowaniu nasadzeń ( wiosna jest "naturalnie wielobarwna" ) ale co za dużo to niezdrowo i nawet dobrze rozżarta świnka nie da rady!
'Thalia' to narcyz z grupy mieszańców triandrus, wyhodowany został przez pana van Waaverena i wprowadzony w świat w 1916 roku ( niedługo odmianie stuknie setka ). Nie jest z tych bardzo wysokich, osiąga koło 40 cm wzrostu. Mieszańce triadndrus są jak dla mnie genialne z powodu większej ilości kwiatów na pędzie - mniej cebul ( czytaj kasy na nie wydanej ) więcej kwiatów ( czytaj optymalizacja wyglądu nasadzeń ). Znaczy sadzę po łódzku, he, he ( tzw. wywierane wrażenie przy starannym zwracaniu uwagi na koszty są w sadzeniu po łódzku rzeczą podstawową ). W ogóle to gdzieś tam w zakamarkach mojego wyhodowanego w Łodzi mózgu siedzi zachwyt tego typu jak u Moryca Welta, będącego pod wrażeniem wspaniałej teatralności obrządku katolickiego - "Papież to jest firma". Trawestując klasyka napiszę że "Thalia to jest narcyz". Nie jakaś tam odmiana z jednym kfiotem na pędzie, nie nowość czyli potworek kwiatowy składający się głównie ze straszliwie rozdętego przykoronka w kolorze uniformów robotników drogowych, dość szybko żegnający się ze światem. 'Thalia' to narcyz długo kwitnący, dzięki średniej wielkości trąbkowemu przykoronkowi o pięknym prawdziwie "narcyzowym" wyglądzie. Odgięte leciutko w tył płatki nadają mu motyli wdzięk. No i do tego ta kremowa biel płatków i przykoronka - jednobarwne narcyze wydają mi się zawsze bardziej eleganckie od tych wielokolorowych ( no może z wyjątkiem grupy mieszańców poeticus, ale co tam one mają za rozmiary przykoronka - to jest niemal czysta biel płatków i jakieś ciepławe zaznaczenie środka kwiatu ). Elegancki, długo kwitnący i robiący świetne wrażenie narcyz! I do tego jeszcze z odpowiednią nazwą - Thalia była muzą komedii, jej imię pasuje jak ulał do wdzięcznej i "leciutkiej" w wyglądzie odmiany.
No i jak tu się było oprzeć zakupowi. Jedyne co mi teraz spędza sen z powiek to przypominanie sobie numeru sprzed dwóch lat, kiedy 'Thalia' okazała się żółto - pomarańczowym potworem kwitnącym na tyle późno że za tło robią mu kwiaty magnolki 'Susan' ( zgroza i ból zęba )!
Ogrodnik to jednak wieczny optymista, pełen nieuleczalnej nadziei że tym razem się uda i nie zostanie w kolejnym sezonie kolejną ofiarą ŚSH . Mamiony obrazkiem na kapersie, mimo pełnej świadomości czyhającego na jego uciułaną kasę ŚSH , radośnie wlezie w grząskie bagienko cebulowych zakupów, a potem będzie paciorki do św. Dorofieji zanosił o zgodność odmianową. No, ja jestem właśnie takim typowym okazem ogrodniczki co to mimo tego że od dawna może grać rolę Ostatniej Uświadomionej z lubością występuje jako Pierwsza Naiwna. Znaczy znowu kupiłam w markecie budowlanym kapersowe cebule. Nie mogłam się powstrzymać bo na fotce sprzedażnej widniała moja ukochana 'Thalia'. Mam tego narcyzka w sporej ilości w Alcatrazie, byłoby go jeszcze więcej gdyby nie luty dwa lata temu. Jestem na razie na etapie odbudowywania nasadzeń z tej odmiany, która jest "wiodącym" narcyzem Alcatrazu ( największe narcyzowe kępy to właśnie 'Thalia' ). W ogóle to wydaje mi się że przy wyborze roślin cebulowych kwitnących wiosną ( i nie tylko tych kwitnących w tej porze roku ) dobrze jest sobie znaleźć jakiegoś ulubieńca i zaprowadzić go w większej ilości w ogrodzie. Taka sama zasada jak przy sadzeniu bylin - mniej czasem znaczy więcej. Zbyt duża ilość gatunków czy odmian nie służy wyglądowi rabat. Robi się misz - masz z tych mało strawnych. Co prawda wiosną można pozwolić sobie na znacznie większą swobodę w komponowaniu nasadzeń ( wiosna jest "naturalnie wielobarwna" ) ale co za dużo to niezdrowo i nawet dobrze rozżarta świnka nie da rady!'Thalia' to narcyz z grupy mieszańców triandrus, wyhodowany został przez pana van Waaverena i wprowadzony w świat w 1916 roku ( niedługo odmianie stuknie setka ). Nie jest z tych bardzo wysokich, osiąga koło 40 cm wzrostu. Mieszańce triadndrus są jak dla mnie genialne z powodu większej ilości kwiatów na pędzie - mniej cebul ( czytaj kasy na nie wydanej ) więcej kwiatów ( czytaj optymalizacja wyglądu nasadzeń ). Znaczy sadzę po łódzku, he, he ( tzw. wywierane wrażenie przy starannym zwracaniu uwagi na koszty są w sadzeniu po łódzku rzeczą podstawową ). W ogóle to gdzieś tam w zakamarkach mojego wyhodowanego w Łodzi mózgu siedzi zachwyt tego typu jak u Moryca Welta, będącego pod wrażeniem wspaniałej teatralności obrządku katolickiego - "Papież to jest firma". Trawestując klasyka napiszę że "Thalia to jest narcyz". Nie jakaś tam odmiana z jednym kfiotem na pędzie, nie nowość czyli potworek kwiatowy składający się głównie ze straszliwie rozdętego przykoronka w kolorze uniformów robotników drogowych, dość szybko żegnający się ze światem. 'Thalia' to narcyz długo kwitnący, dzięki średniej wielkości trąbkowemu przykoronkowi o pięknym prawdziwie "narcyzowym" wyglądzie. Odgięte leciutko w tył płatki nadają mu motyli wdzięk. No i do tego ta kremowa biel płatków i przykoronka - jednobarwne narcyze wydają mi się zawsze bardziej eleganckie od tych wielokolorowych ( no może z wyjątkiem grupy mieszańców poeticus, ale co tam one mają za rozmiary przykoronka - to jest niemal czysta biel płatków i jakieś ciepławe zaznaczenie środka kwiatu ). Elegancki, długo kwitnący i robiący świetne wrażenie narcyz! I do tego jeszcze z odpowiednią nazwą - Thalia była muzą komedii, jej imię pasuje jak ulał do wdzięcznej i "leciutkiej" w wyglądzie odmiany.
No i jak tu się było oprzeć zakupowi. Jedyne co mi teraz spędza sen z powiek to przypominanie sobie numeru sprzed dwóch lat, kiedy 'Thalia' okazała się żółto - pomarańczowym potworem kwitnącym na tyle późno że za tło robią mu kwiaty magnolki 'Susan' ( zgroza i ból zęba )!
piątek, 29 sierpnia 2014
"Mdłe" floksy
Floksy to moja sierpniowa radość oczu. Kiedyś kręciły mnie te żarówiaste czerwienie o zimnym odcieniu i pogodne różyki z cyklu "Odblask". Miałam też manię poszukiwania odmian o "niebiewskich" kwiatach, które zazwyczaj okazywały się "niebiewskimi" na pograniczu tzw. lila - róż a chłodniejsze tony obserwowało się na tych roślinach wtedy kiedy kwiaty witały się ze zmierzchem . Potem nastał czas kiedy do ogrodu zawitała chyba najbardziej "niebiewsko" kwitnąca odmiana floksa ' Blue Paradise' i jakoś zostałam zatkana tym chłodnym odcieniem fioletu. Moje obecne floksowe zafiksowanie to floksy "mdłe" czyli takie o łagodnych, pastelowych kolorach, a właściwie najlepiej z ich muśnięciem na białym tle. Takie jasne floksy bardzo mi paszą do nowej koncepcji Landryna i powodują że odblaskowe różyki moich starych odmian floksów jakby troszkę szlachetnieją ( odblaskowe robią za całkiem niezły kontrast i nadają sierpniowym floksowym stanowiskom trochę ostrości ). Nie wszystkie moje "mdłe" floksy to pełnoprawne odmiany, mam "na stanie" całkiem ciekawe sieweczki uzyskane przez Mamelona. Przyznam się nawet że niektóre nowe odmiany o pastelowych kwiatach mi nie leżą ( nijak nie mogę się zmusić do pokochania 'Sherbet Coctail', jak też nie dociera do mnie "urodność" sławnej odmiany 'Tiara' ).
To już prędzej wyglądają kusząco dla mnie odmiany o pastelowych kwiatach i variegatowatych liściach. Taka 'Creme The Menthe' dobrze wygląda na rabacie w każdej porze sezonu ( rozjaśniająco, że się tak wypiszę ). Podoba mi się też odmiana 'Clara', o klasycznych zielonych liściach, za to z pięknie paskowanymi kwiatami. Taka 'Sternhimmel' też niczego sobie, pięknie wygląda posadzona przy klasycznej odmianie 'Bright Eyes'. No a siewki - zawsze trafi się taka z którą człowiek ma się ochotę bardziej zaznajomić. Niekiedy z ciekawym kolorem kwiatów idą w parze wigor i odpowiednia wielkość kwiatostanów. Taki nowy egzemplarz siewki wyrósł w Mamelonoison, całkiem własna mamelonowa odmiana, w pięknych "zdechławych" kolorach ( znaczy nie pastelowe róże a smuteczek śladowo - fioletowy ). Oczywiście już szykuję zaproszenie dla najnowszego floksowego "samorodka" z Mamelonoison - będzie się działo!
To już prędzej wyglądają kusząco dla mnie odmiany o pastelowych kwiatach i variegatowatych liściach. Taka 'Creme The Menthe' dobrze wygląda na rabacie w każdej porze sezonu ( rozjaśniająco, że się tak wypiszę ). Podoba mi się też odmiana 'Clara', o klasycznych zielonych liściach, za to z pięknie paskowanymi kwiatami. Taka 'Sternhimmel' też niczego sobie, pięknie wygląda posadzona przy klasycznej odmianie 'Bright Eyes'. No a siewki - zawsze trafi się taka z którą człowiek ma się ochotę bardziej zaznajomić. Niekiedy z ciekawym kolorem kwiatów idą w parze wigor i odpowiednia wielkość kwiatostanów. Taki nowy egzemplarz siewki wyrósł w Mamelonoison, całkiem własna mamelonowa odmiana, w pięknych "zdechławych" kolorach ( znaczy nie pastelowe róże a smuteczek śladowo - fioletowy ). Oczywiście już szykuję zaproszenie dla najnowszego floksowego "samorodka" z Mamelonoison - będzie się działo!
niedziela, 24 sierpnia 2014
Smuteczek końca lata
Nadchodzi ten żałosny ostatni tydzień sierpnia. Człowiekowi coś smętno - mętno na duszy. Tuwimowskie "Skąd Pani ma tę melancholię?" wisi w powietrzu. Odpowiedź na wiszące prosta jak konstrukcja cepa - grechutowe "Jesień, jesień jak to tak?". No bo jak - już po wszystkim, już na dłuugo, dłuuugasieńko mroczki o dziewiątej wieczór i zbyt rześkie poranki? Jeszcze trochę i zaczną się poranne mgły i krakanie kawek Umilkły kosy i wynoszą się już jaskółki, najlepsze letnie barometry ( latanie "niskie" na deszcz, latanie "wysokie" na pogodę ). Strasznie głośno nadają świerszcze, zwiastując nieuchronne nadchodzenie końca lata. O rechocie żab dawno za to zapomniano. Nie ma już zapachu maciejki, odszedł w tym roku bardzo wcześnie, wraz z rozgrzanym początkiem sierpnia ( Ciotce Elce jakby lepiej się oddycha). Kwitnie nawłoć czyli "mimoza", którą "jesień się zaczyna". Zastanawiam się smętnie nad tą porą roku, jest ona dla mnie znacznie smutniejsza niż listopadowe szarugi czy lutowe roztopy. W listopadzie tzw. przyroda układa się już do snu, w perspektywie majaczą grudniowe śniegi, te pierwsze, wyczekiwane i cieszące, które w magiczny sposób odmieniają krajobraz. Lutowe roztopy niosą za to nadzieję, wiosna tuż, tuż. Jeszcze trochę cierpliwości i znowu będzie zielono i poczujemy wraz ze wszystkim wokół wzbierającą w nas chęć do życia! Żadnego smutku jakoś nie odczuwam z powodu odchodzenia jesieni czy zimy. Ba, nie odczuwam też żadnego smuteczku z powodu odchodzenia wiosny ( no, może tylko leciutkie ukłucie irysowe )! A lata żal strasznie!
Bo tak po prawdzie ten mój smuteczek to nijak się ma do nadchodzenia jesieni, żałości z powodu nadejścia jesieni jakoś u ogrodników ciężko szukać. Ta krzątanina wokół cebulek, pospieszanie się z przesadzaniem bylin, ostatnie polowania na trawy czy krzewy, październikowe otwarcie sezonu sadzenia róż na tzw. gołym korzeniu - gdzie tu czas na smuteczkowanie? Zwijać się trzeba, żeby przed mrozami zdążyć. Ogrodniczenie jesienią jest pełne nadziei, sadząc cebule czy róże już jesteśmy właściwie jedną nogą w przyszłorocznej wiośnie i lecie. W każdym ogrodniku uruchamia się ten kretyński optymizm, który nic sobie nie robi z mrozów bez śniegu czy okrutnych prognoz pod tytułem "Zima w kwietniu". Toż my wzejdziemy razem z kiełkami cebulaczków, znów cudownie się odrodzimy jak co roku, w słońcu się wygrzewać będziemy jak Muminki i w ogóle będzie cool! Dlatego sadzimy okrutne ilości zielska żeby nam było dobrze i zielono. Ogrodnicy to wieczni optymiści. A tu jeszcze jesień szykuje tzw. miłe okoliczności przyrody - szał marcinkowy, te wszystkie żółcie i czerwienie na krzewach i drzewach, zapach opadłych liści, rosę na pajęczynach, grzyby przepięknie kolorowe po lasach ( moje ukochane czerwone muchomory wyłażą dopiero jesienną porą ), Wielkie Powidłowanie i Czas Gruszek. Nie sposób nie cieszyć się z nadejścia jesieni, tylko ta cholerna zadra z końcem lata psuje radosne oczekiwanie i zamienia je w coś na kształt akceptacji nieuchronnego.
Nie ma lekko, trzeba smuteczek jakoś przesmuteczkować. Pożałować lata - narzekań na upały, wredności komarów, okrutnie dających się we znaki żądełek pszczół, os i mrówek. Jeży szarogęszących się pod oknami w porze kiedy człowiekowi najlepiej się śpi, nietoperza, który uwielbia odwiedzać nas nocą ku szalonej i baaardzo głośniej radości kotów. Burz z piorunami walącymi niebezpiecznie blisko naszej pobieralni prądu ( dzikie akcje z wyłączeniem wszystkiego elektrycznego ), wpełzającego do domu zapachu osiedlowych grilowań, ymc - ymc niosących się z imprez na świeżym powietrzu, utworu "Ramona" w wykonaniu pana Dzidzia, alergii Ciotki Elki i zmierzających w kierunku alergii podejrzanych siąpań Dżizaasa. W kolejce do przesmuteczkowania czekają jeszcze susze i następujące po nich podtopienia ( bo jak już zaczyna po suszy lać to studzienki uliczne nie radzą sobie z odprowadzaniem takiej ilości wody i robi się tzw. Nowy Orlean po Katrinie ). No i urlopy - ja rozumiem że każdy ma prawo do wypoczynku ale jak to się cudownie dzieje że wypoczynek pojedyńczego urzędnika skutkuje niekiedy paraliżem urzędu. Taki cud urzędniczy! Właściwie jak się tak głębiej nad sprawą zastanowić to może i dobrze że lato jednak już się kończy. Nie ma co smuteczkować, trzeba czekać na rozkręcenie się września i pogodnie witać jesień. W ramach rozrywki podglądać stworki szalejące wiosną i latem - najlepiej na ilustracjach opowieści o elfach.
Bo tak po prawdzie ten mój smuteczek to nijak się ma do nadchodzenia jesieni, żałości z powodu nadejścia jesieni jakoś u ogrodników ciężko szukać. Ta krzątanina wokół cebulek, pospieszanie się z przesadzaniem bylin, ostatnie polowania na trawy czy krzewy, październikowe otwarcie sezonu sadzenia róż na tzw. gołym korzeniu - gdzie tu czas na smuteczkowanie? Zwijać się trzeba, żeby przed mrozami zdążyć. Ogrodniczenie jesienią jest pełne nadziei, sadząc cebule czy róże już jesteśmy właściwie jedną nogą w przyszłorocznej wiośnie i lecie. W każdym ogrodniku uruchamia się ten kretyński optymizm, który nic sobie nie robi z mrozów bez śniegu czy okrutnych prognoz pod tytułem "Zima w kwietniu". Toż my wzejdziemy razem z kiełkami cebulaczków, znów cudownie się odrodzimy jak co roku, w słońcu się wygrzewać będziemy jak Muminki i w ogóle będzie cool! Dlatego sadzimy okrutne ilości zielska żeby nam było dobrze i zielono. Ogrodnicy to wieczni optymiści. A tu jeszcze jesień szykuje tzw. miłe okoliczności przyrody - szał marcinkowy, te wszystkie żółcie i czerwienie na krzewach i drzewach, zapach opadłych liści, rosę na pajęczynach, grzyby przepięknie kolorowe po lasach ( moje ukochane czerwone muchomory wyłażą dopiero jesienną porą ), Wielkie Powidłowanie i Czas Gruszek. Nie sposób nie cieszyć się z nadejścia jesieni, tylko ta cholerna zadra z końcem lata psuje radosne oczekiwanie i zamienia je w coś na kształt akceptacji nieuchronnego.
Nie ma lekko, trzeba smuteczek jakoś przesmuteczkować. Pożałować lata - narzekań na upały, wredności komarów, okrutnie dających się we znaki żądełek pszczół, os i mrówek. Jeży szarogęszących się pod oknami w porze kiedy człowiekowi najlepiej się śpi, nietoperza, który uwielbia odwiedzać nas nocą ku szalonej i baaardzo głośniej radości kotów. Burz z piorunami walącymi niebezpiecznie blisko naszej pobieralni prądu ( dzikie akcje z wyłączeniem wszystkiego elektrycznego ), wpełzającego do domu zapachu osiedlowych grilowań, ymc - ymc niosących się z imprez na świeżym powietrzu, utworu "Ramona" w wykonaniu pana Dzidzia, alergii Ciotki Elki i zmierzających w kierunku alergii podejrzanych siąpań Dżizaasa. W kolejce do przesmuteczkowania czekają jeszcze susze i następujące po nich podtopienia ( bo jak już zaczyna po suszy lać to studzienki uliczne nie radzą sobie z odprowadzaniem takiej ilości wody i robi się tzw. Nowy Orlean po Katrinie ). No i urlopy - ja rozumiem że każdy ma prawo do wypoczynku ale jak to się cudownie dzieje że wypoczynek pojedyńczego urzędnika skutkuje niekiedy paraliżem urzędu. Taki cud urzędniczy! Właściwie jak się tak głębiej nad sprawą zastanowić to może i dobrze że lato jednak już się kończy. Nie ma co smuteczkować, trzeba czekać na rozkręcenie się września i pogodnie witać jesień. W ramach rozrywki podglądać stworki szalejące wiosną i latem - najlepiej na ilustracjach opowieści o elfach.
czwartek, 21 sierpnia 2014
Magnolie kwitnące latem czyli wizytka w Chybach i magnolia wielkokwiatowa na celowniku
Jak podłapało się magnolkowego bakcyla to wiosenne kwitnienia odczuwa się jako niewystarczające do zaspokojenia apetytu. W związku ze związkiem planuje się na przykład przebudowę ogrodu i ściślejsze powiązanie nasadzeń bylinowych z drzewami i krzewami ( czytaj totalna reorganizacja Ciepłego Monstrum ). Drzewa i krzewy to rzecz jasna magnolie, a byliny to raczej takie do jednorazowego posadzenia i zapomnienia o grzebaniu w ziemi ( magnolie nie znoszą akcji w okolicach ich korzeni a korzenią się płytko i szeroko ). Jedyną moją magnolką kwitnącą latem jest jak do tej pory Magnolia sieboldii , choć słowo kwitnąca zupełnie do niej nie pasuje. Roślina pozyskana z Rogowa rośnie dobrze ale kwiatów coś skąpi. Może z czasem okaże się łaskawa, z magnoliami gatunkowymi tak bywa. Niewiele z magnolek kwitnących latem nadaje się do Alcatrazu. Większość to duże drzewa o olbrzymich liściach. Wyglądają pięknie ale w Alcatrazie nasadzenie które rośnie powyżej trzech metrów musi być baaaardzo głęboko przemyślane . Magnolia parasolowata Magnolia tripetala dociąga w naszym klimacie do ośmiu metrów wysokości, magnolia drzewiasta Magnolia acuminata to potężne drzewsko dwudziestometrowe a jej odmiany jak 'Koban Dori' czy Magnolia acuminata var. subcordata, zwana inaczej magnolią nibysercowatą, dorastają do dziewięciu metrów. Azjatycka magnolia lekarska czyli Magnolia officinalis to nie dość że bardzo duże drzewo to jeszcze nijak nie da się jej zaliczyć do magnolek kwitnących latem, bo kwiaty rozwija w maju ( to samo dotyczy magnolii wierzbolistnej Magnolia salicifolia ).
Piękna japońska Magnolia obovata czy chińska Magnolia hypoleuca są bardzo kuszące i bardzo trudne do pozyskania, nie wspominając już o tym że totalnie tajemnicze ponieważ ich nazwy traktowane są jak synonim dla nazwy polskiej - magnolia szerokolistna. Mimo tego że magnolki te lub magnolka ta ( za systematykami nie trafię ale myślę że to jednak jedna i ta sama magnolka ) kuszą niesłychanie, to rozsądek podpowiada że te prawie dziesięć metrów wysokości i słaba mrozoodporność młodych sadzonek nie jest optymalnym nasadzeniem dla Alcatrazu. A żal! Właściwie ze wschodnich magnolii rozmiarem i mrozoodpornością do Alcatrazu najbardziej pasuje magnolia Siebolda. Mogę co najwyżej dla urozmaicenia letnich kwitnień poszukać odmian o trochę innych kwiatach, na przykład pełnokwiatowej odmiany 'Micheko Renge' czy kwitnących dużymi kwiatami odmian 'Colossus' czy 'Pride Of Norway', albo posadzić ( po uprzednim polowaniu na sadzonkę ) krzyżówkę magnolii szerokolistnej i magnolii Siebolda - kwitnącą w lecie, solidnie mrozoodporną Magnolia x wieseneri . Z gatunkami amerykańskimi jak widać po parasolowatej i drzewiastej też za łatwo wpasować się w Alcatraz nie jest, choć mrozoodporność jednak zdecydowanie większa, co czlowieka zachęca do hodowli. Lecz jak się dobrze rozejrzeć to i z tą amerykańską mrozoodpornością różnie bywa bo takie pięknoty jak Magnolia virginiana czy Magnolia grandiflora wymagają znacznie większej staranności i "chodzenia" koło młodych egzemplarzy. Wszystko co ma zimozielone liście jest w naszych warunkach klimatycznych ciężkawe w uprawie. Swego czasu istniało przekonanie że rośliny niezrzucające liści na zimę można uprawiać do linii Wisły. Trochę to się teraz pozmieniało, nowe odmiany rodków czy laurowiśni dają radę i w cięższych warunkach ale ryzyko wypadnięcia jest zawsze większe w takim Tajojowie niż w Centralno - Polszcze.
Magnolia wirginijska, mimo że dość mrozoodporna ( do -29 stopni ), jako roślina do Alcatrazu odpada z powodu swojego niedającego się przewidzieć rozmiaru ( z wyjątkiem mocno karłowato u nas rosnącej Magnolia wirginiana 'Glauca' ) natomiast magnolia wielkokwiatowa - no, należałoby się zastanowić! Pierwsze info o tym że Magnolia grandiflora jest w stanie rosnąć w Polsce uzyskałam od zaciętego wroga magnolkowych nasadzeń w małych ogrodach. Tak, to Basia otworzyła mi ślepia i przy okazji otworzyła też, jak to mawiał jeden polityk "puszkę z Pandorą". Otóż zdobycie magnolii wielkokwiatowej wcale łatwe nie jest i wymaga od człowieka trochę gimnastyki. Szczególnie wtedy kiedy chce pozyskać odmianę mającą szansę na coś więcej niż tylko przeżycie w naszym klimacie. Ważna jest nie tylko sama odmiana, ważne jest też na czym ta odmiana została zaszczepiona. W Europie Zachodniej odmiany magnolii wielkokwiatowej przeważnie szczepi się na podkładkach gatunku Magnolia grandiflora, zachodnim producentom po prostu "wsio ribka". Zimy na zachodzie Europy nijak się mają do tych z Europy Środkowej, to znaczy "zachodnie ludzie" przy - 10 lubią ogłaszać stan klęski żywiołowej. Nasze zimy inna bajka i to taka której podkładka z Magnolia grandiflora może nie zdzierżyć. Magnolie wielkokwiatowe przeznaczone do ogrodów w naszej strefie klimatycznej lepiej żeby były szczepione na Magnolia kobus. Swego czasu sporo magnolek wielkokwiatowych trafiło do Polski z Czech, rosną jak się okazuje całkiem, całkiem czyli nie tylko smętnie wegetują ale przyrastają. Ja postanowiłam w celu zdobycia magnolki podręczyć osobiście Mariusza z Chyb. Najpierw przeprowadzony został wywiad na tematy magnolkowe a potem solidnie przygroziłam dręczeniem mailami w okolicach lutego ( to jest czas kiedy w Polsce należy dręczyć przypominająco osoby zawodowo zajmujące się roślinami ). Dałam też info że jeżeli zostanie zastosowany bierny opór to mogę się pojawić wraz z Mamelonem i rozwścieczonym Sławkiem ( w ramach rozwścieczania zalewajka na tzw. słowie bożym przez tydzień, he,he ). Mariusz z Chyb obiecał że zrobi co się da tzn. będzie szukał tzw. pewnego źródła ( żadnych pokręceń i niezgodności odmianowej + odpowiednie szczepienie ).
Teraz troszkę o odmianach magnolii wielkokwiatowej mających szansę na zadowalające "prowadzenie się" w naszym klimacie. Możemy przywołać w naszych zimnych stronach klimat ogrodów Deep South. Żeby nie poczuć się za mocno jak Scarlet O'Hara lub Rhett Butler załączam fotkę studzącą plantacyjne zapały ( to zdjątko dzieciaków wyglądających zza krat bramy ma w sobie cały smutek eleganckiego Południa ).
'Edith Bogue' - uzyskana z sadzonek z Florydy przysłanych pani Edith Bogue w 1920 roku odmiana różniąca się nieco wzrostem i mrozoodpornością od gatunku. Dorasta do 9 metrów wysokości i trzech metrów szerokości, u nas będzie niższa i nie tak "obszerna". Wytrzymuje spadki temperatury do - 27 stopni, choć zanotowano że zdarzało się jej wytrzymać krótkotrwały spadek do -31 stopni. Niekwestionowana kandydatka nr 1 na nasadzenia w naszym klimacie. Nawet kwitnie, więc szał ciał.
'Bracken's Brown Beauty' czyli słynna "BBB"- hardcore niemal taki jak 'Edith Bouge'.Odmiana odkryta przez Ray'a Bracken'a w 1978 roku w jego szkółce Easley, w Karolinie Południowej. Zarejestrowana została w 1987 roku. Odmiana stosunkowo późno produkuje młode liście co ma plusy i minusy - minusem jest "stary" wygląd dość długo wiosną, plusem że młodych liści nie załatwiają nawet najpóźniejsze wiosenne przymrozki.Charakterystyczną cechą odmiany jest bardzo mocno brązowa spodnia strona liści. W Polsce rośnie całkiem przyzwoicie.
'DD Blanchard' - odmiana wytrzymuje spadki temperatur do - 25 stopni. Pochodzi z Robbins Nursery w Karolinie Północnej,. Dość długo utrzymuje owoce. Niby daje radę w okolicy Wielkich Jezior ale jakoś nie jestem przekonanana że klimat amerykańsko - jeziorny jest tożsamy z polskim klimacikiem. Do przetestowania dla odważnych.
'Little Gem' - zdania na temat tej magnolki są podzielone, jej mrozoodporność bywa różnie określana. Spotkałam się w necie z info że wytrzymuje do - 25 ale i z opinią że na maksa to jest -21 a potem to wymrożenie. Diabli wiedzą jak z nią jest naprawdę, pewnie wszystko zależy , jak to w takich wypadkach bywa, od stanowiska na jakim rośnie. Umieszczam ją jednak na liście bo jest odmiana karłowa czyli taka, która wlezie niemal do każdego ogrodu a i w donicy, chowana zimą w domowe pielesze, będzie się nieźle spisywać ( jak to mają w zwyczaju roślinne karzełki ).
'Victoria' - odmiana wyselekcjonowana w 1930 roku w Kolumbii Brytyjskiej. Znacznie bardziej wrażliwa niż pozostałe odmiany ( może z wyjątkiem podejrzanej 'Exmouth' ). Granica mrozoodporności to - 23 stopnie, choć na odpowiednio zacisznym stanowisku potrafi wytrzymać do -25 stopni bez okrycia i do -27 pod okryciem. Raczej do sadzenia w zachodniej Polsce, w centralnej mogą z nią być jazdy tym bardziej że czas okrywania magnolek nie powinien przekraczać dwóch tygodni.
'Exmouth' - odmiana John'a Colliton'a, uzyskana w Devonshire. Wg. amerykańskich źródeł wytrzymuje bez okrycia do -25 stopni ( duża poprawaka na hamerykańskie źródła, inne klimaty , inna bajka ). Bardzo szybko rośnie, nawet do 30 cm osiągają przyrosty. Kwitnie bardzo dużymi ( 20 - 26 cm średnicy ) silnie pachnącymi kwiatami, niemal bez przerwy przez dwa miesiące. Coś mam wrażenie że to zbyt piękne aby było prawdziwe. Wydaje mi się że to jest odmiana dla najcieplejszych rejonów kraju. Tak na nosa to ona jest raczej do chowania zimą czyli donicowa.
Więcej o uprawie Magnolia grandiflora napiszę wtedy gdy jakaś przedstawicielka gatunku zawita w końcu do Alcatrazu.
Piękna japońska Magnolia obovata czy chińska Magnolia hypoleuca są bardzo kuszące i bardzo trudne do pozyskania, nie wspominając już o tym że totalnie tajemnicze ponieważ ich nazwy traktowane są jak synonim dla nazwy polskiej - magnolia szerokolistna. Mimo tego że magnolki te lub magnolka ta ( za systematykami nie trafię ale myślę że to jednak jedna i ta sama magnolka ) kuszą niesłychanie, to rozsądek podpowiada że te prawie dziesięć metrów wysokości i słaba mrozoodporność młodych sadzonek nie jest optymalnym nasadzeniem dla Alcatrazu. A żal! Właściwie ze wschodnich magnolii rozmiarem i mrozoodpornością do Alcatrazu najbardziej pasuje magnolia Siebolda. Mogę co najwyżej dla urozmaicenia letnich kwitnień poszukać odmian o trochę innych kwiatach, na przykład pełnokwiatowej odmiany 'Micheko Renge' czy kwitnących dużymi kwiatami odmian 'Colossus' czy 'Pride Of Norway', albo posadzić ( po uprzednim polowaniu na sadzonkę ) krzyżówkę magnolii szerokolistnej i magnolii Siebolda - kwitnącą w lecie, solidnie mrozoodporną Magnolia x wieseneri . Z gatunkami amerykańskimi jak widać po parasolowatej i drzewiastej też za łatwo wpasować się w Alcatraz nie jest, choć mrozoodporność jednak zdecydowanie większa, co czlowieka zachęca do hodowli. Lecz jak się dobrze rozejrzeć to i z tą amerykańską mrozoodpornością różnie bywa bo takie pięknoty jak Magnolia virginiana czy Magnolia grandiflora wymagają znacznie większej staranności i "chodzenia" koło młodych egzemplarzy. Wszystko co ma zimozielone liście jest w naszych warunkach klimatycznych ciężkawe w uprawie. Swego czasu istniało przekonanie że rośliny niezrzucające liści na zimę można uprawiać do linii Wisły. Trochę to się teraz pozmieniało, nowe odmiany rodków czy laurowiśni dają radę i w cięższych warunkach ale ryzyko wypadnięcia jest zawsze większe w takim Tajojowie niż w Centralno - Polszcze.
Magnolia wirginijska, mimo że dość mrozoodporna ( do -29 stopni ), jako roślina do Alcatrazu odpada z powodu swojego niedającego się przewidzieć rozmiaru ( z wyjątkiem mocno karłowato u nas rosnącej Magnolia wirginiana 'Glauca' ) natomiast magnolia wielkokwiatowa - no, należałoby się zastanowić! Pierwsze info o tym że Magnolia grandiflora jest w stanie rosnąć w Polsce uzyskałam od zaciętego wroga magnolkowych nasadzeń w małych ogrodach. Tak, to Basia otworzyła mi ślepia i przy okazji otworzyła też, jak to mawiał jeden polityk "puszkę z Pandorą". Otóż zdobycie magnolii wielkokwiatowej wcale łatwe nie jest i wymaga od człowieka trochę gimnastyki. Szczególnie wtedy kiedy chce pozyskać odmianę mającą szansę na coś więcej niż tylko przeżycie w naszym klimacie. Ważna jest nie tylko sama odmiana, ważne jest też na czym ta odmiana została zaszczepiona. W Europie Zachodniej odmiany magnolii wielkokwiatowej przeważnie szczepi się na podkładkach gatunku Magnolia grandiflora, zachodnim producentom po prostu "wsio ribka". Zimy na zachodzie Europy nijak się mają do tych z Europy Środkowej, to znaczy "zachodnie ludzie" przy - 10 lubią ogłaszać stan klęski żywiołowej. Nasze zimy inna bajka i to taka której podkładka z Magnolia grandiflora może nie zdzierżyć. Magnolie wielkokwiatowe przeznaczone do ogrodów w naszej strefie klimatycznej lepiej żeby były szczepione na Magnolia kobus. Swego czasu sporo magnolek wielkokwiatowych trafiło do Polski z Czech, rosną jak się okazuje całkiem, całkiem czyli nie tylko smętnie wegetują ale przyrastają. Ja postanowiłam w celu zdobycia magnolki podręczyć osobiście Mariusza z Chyb. Najpierw przeprowadzony został wywiad na tematy magnolkowe a potem solidnie przygroziłam dręczeniem mailami w okolicach lutego ( to jest czas kiedy w Polsce należy dręczyć przypominająco osoby zawodowo zajmujące się roślinami ). Dałam też info że jeżeli zostanie zastosowany bierny opór to mogę się pojawić wraz z Mamelonem i rozwścieczonym Sławkiem ( w ramach rozwścieczania zalewajka na tzw. słowie bożym przez tydzień, he,he ). Mariusz z Chyb obiecał że zrobi co się da tzn. będzie szukał tzw. pewnego źródła ( żadnych pokręceń i niezgodności odmianowej + odpowiednie szczepienie ).
Teraz troszkę o odmianach magnolii wielkokwiatowej mających szansę na zadowalające "prowadzenie się" w naszym klimacie. Możemy przywołać w naszych zimnych stronach klimat ogrodów Deep South. Żeby nie poczuć się za mocno jak Scarlet O'Hara lub Rhett Butler załączam fotkę studzącą plantacyjne zapały ( to zdjątko dzieciaków wyglądających zza krat bramy ma w sobie cały smutek eleganckiego Południa ).
'Edith Bogue' - uzyskana z sadzonek z Florydy przysłanych pani Edith Bogue w 1920 roku odmiana różniąca się nieco wzrostem i mrozoodpornością od gatunku. Dorasta do 9 metrów wysokości i trzech metrów szerokości, u nas będzie niższa i nie tak "obszerna". Wytrzymuje spadki temperatury do - 27 stopni, choć zanotowano że zdarzało się jej wytrzymać krótkotrwały spadek do -31 stopni. Niekwestionowana kandydatka nr 1 na nasadzenia w naszym klimacie. Nawet kwitnie, więc szał ciał.
'Bracken's Brown Beauty' czyli słynna "BBB"- hardcore niemal taki jak 'Edith Bouge'.Odmiana odkryta przez Ray'a Bracken'a w 1978 roku w jego szkółce Easley, w Karolinie Południowej. Zarejestrowana została w 1987 roku. Odmiana stosunkowo późno produkuje młode liście co ma plusy i minusy - minusem jest "stary" wygląd dość długo wiosną, plusem że młodych liści nie załatwiają nawet najpóźniejsze wiosenne przymrozki.Charakterystyczną cechą odmiany jest bardzo mocno brązowa spodnia strona liści. W Polsce rośnie całkiem przyzwoicie.
'DD Blanchard' - odmiana wytrzymuje spadki temperatur do - 25 stopni. Pochodzi z Robbins Nursery w Karolinie Północnej,. Dość długo utrzymuje owoce. Niby daje radę w okolicy Wielkich Jezior ale jakoś nie jestem przekonanana że klimat amerykańsko - jeziorny jest tożsamy z polskim klimacikiem. Do przetestowania dla odważnych.
'Little Gem' - zdania na temat tej magnolki są podzielone, jej mrozoodporność bywa różnie określana. Spotkałam się w necie z info że wytrzymuje do - 25 ale i z opinią że na maksa to jest -21 a potem to wymrożenie. Diabli wiedzą jak z nią jest naprawdę, pewnie wszystko zależy , jak to w takich wypadkach bywa, od stanowiska na jakim rośnie. Umieszczam ją jednak na liście bo jest odmiana karłowa czyli taka, która wlezie niemal do każdego ogrodu a i w donicy, chowana zimą w domowe pielesze, będzie się nieźle spisywać ( jak to mają w zwyczaju roślinne karzełki ).
'Victoria' - odmiana wyselekcjonowana w 1930 roku w Kolumbii Brytyjskiej. Znacznie bardziej wrażliwa niż pozostałe odmiany ( może z wyjątkiem podejrzanej 'Exmouth' ). Granica mrozoodporności to - 23 stopnie, choć na odpowiednio zacisznym stanowisku potrafi wytrzymać do -25 stopni bez okrycia i do -27 pod okryciem. Raczej do sadzenia w zachodniej Polsce, w centralnej mogą z nią być jazdy tym bardziej że czas okrywania magnolek nie powinien przekraczać dwóch tygodni.
'Exmouth' - odmiana John'a Colliton'a, uzyskana w Devonshire. Wg. amerykańskich źródeł wytrzymuje bez okrycia do -25 stopni ( duża poprawaka na hamerykańskie źródła, inne klimaty , inna bajka ). Bardzo szybko rośnie, nawet do 30 cm osiągają przyrosty. Kwitnie bardzo dużymi ( 20 - 26 cm średnicy ) silnie pachnącymi kwiatami, niemal bez przerwy przez dwa miesiące. Coś mam wrażenie że to zbyt piękne aby było prawdziwe. Wydaje mi się że to jest odmiana dla najcieplejszych rejonów kraju. Tak na nosa to ona jest raczej do chowania zimą czyli donicowa.
Więcej o uprawie Magnolia grandiflora napiszę wtedy gdy jakaś przedstawicielka gatunku zawita w końcu do Alcatrazu.
środa, 20 sierpnia 2014
Różankowanie
Jednym z przystanków alibi na trasie naszej wyprawy włosko -kuchennej był Radliniec. W Radlińcu jak wiadomo wszystkim różankowym jest Rozarium, czyli szkółka państwa Chodunów. Być różankowym przejazdem będącym w wielkopolskim a nie zajrzeć do Rozarium to tak jakby w Rzymie będąc, nie wstąpić do Watykanu i nie oblookać papieża. Nie godzi się, znaczy. Na wszelki wypadek wykonałyśmy z Mamim telefon zapowiadający i ruszyłyśmy z tzw. usilnymi postanowieniami ( Mamelon tylko jeden, jedyny krzoczek różany, ja dwa ale za to już konkretnie wybrane odmiany ). Oczywiście usilne postanowienia przeżynają z rzeczywistością szkółek ( ach, jakże nam daleko do miłkowej dyscypliny zakupowej ). Mamelon jechała z zamiarem kupienia angielki 'Brother Cadfael', z możliwością ewentualnej zamiany jej na odmianę 'Cinderella' Kordesa, ja pielgrzymkowałam w nadziei wyrwania odpowiedniego krzaka odmiany 'Buff Beauty' i solidnego krzaczora Rosa filipes 'Kiftsgate'. Wylądowałyśmy w szkółce z rana, świeżutkie i podniecone. Jak te ogary w las, tak my poszłyśmy w różane tunele i doniczki ustawione pod chmurką. Nasze mało kulturalne nawoływania jako żywo przypominały "granie" ogarów. Gospodarze znosili to z godnością, widać zaprawieni w bojach. Ewa i Sławek stanowili tzw. Ciało Doradcze czyli usiłowali przeforsować kandydatury róż, które akurat im się podobały. Znaczy normalne szkółkowanie miało miejsce, ze wszelkimi atrakcjami zeń związanymi.
Zakupy czynione "na żywca" są jak wiadomo najlepsze! Mamelon miała co prawda dylematy ( 'Cinderella' a może 'Giardina' ) ale żywcowy ogląd sprawił że skończyło się na bardziej odpornych w naszych warunkach centralno - polskich angielkach - 'Brother Cadfael' i 'St.Cecilia'. Oczywiście wyjazd z jednym, jedynym krzoczkiem został Mamiemu wyperswadowany ( to znaczy my tylko przytaknęliśmy ). Jednak nie ma się co Mamelonowi dziwić -"Angielka Cecylka" jest przepiękną odmianą, o kulistym kwiecie i bardzo silnym zapachu z anyżkową nutą ( co było czuć w samochodzie ). Jest tak ładną bestią że też się zastanawiam czy aby nie skuszę się na nią przyszłej wiosny. 'Brother Cadfael' jest miły dla oka ale jakoś żywiej nie zabiło mi przy nim serce. Prędzej 'John Galloway' ma szansę stać się kolejną angielką w Alcatrazie, ale to jest jak na razie tylko szansa bo teraz zdecydowanie bardziej kręcą mnie róże historyczne. Przyszalałam solidnie z 'Kiftsgate', mój egzemplarz ma tak wielgachne "wąsiska" że trzeba je było zestreczować folią aby dobrze upchnąć "różyczkę" w bagażniku. Pierwszy raz zobaczyłam tę odmianę w jej najlepszym wydaniu w Kiftsgate Court, zaczynała kwitnienie a jej pędy kończyły się jakieś dwadzieścia metrów nad ziemią. To monstrum atakuje tam olbrzymie sosny rosnące na skarpie, widok jedyny w swoim rodzaju ( ogród Kiftsgate Court jest dla mnie drugim po ogrodzie Sissinghurst Castle, ogrodem wartym obejrzenia choćby tylko ze względu na róże w nim rosnące - obydwa ogrody oferują jeszcze inne, niesamowite wrażenia ale ja piszę w tym miejscu pod kątem różankowym ). Druga róża którą uwiozłam z Radlińca, piżmowa 'Buff Beauty', też nie należy do ułomków. Zadoniczkowane krzaczycho, z solidnymi pędami o zdrowych liściach. Pamiętam jak problematycznie rosła ta odmiana u Walentyny, więc wybrałam naprawdę porządny krzak żeby wystartowała pod moim oknem z jakiegoś poziomu.
No i co dalej? Pod oknem robi mi się coraz bardziej brzoskwiniowo - morelowo, zamierzam sprowadzić odmianę 'Colette' i jeszcze jednego "Henia". Jesienią przesadzę też do podokiennej różanki męczące się w Alcatrazie angielki 'Abraham Darby', może nowe stanowisko ( czwarte! ) będzie dla tej odmiany łaskawsze. 'Kiftsagate' zostanie rzucona na duże drzewa, to będzie dla niej najbardziej odpowiednie stanowisko. Na Ciemnej Rabacie w Alcatrazie ( wiecznie nieskończonej ) dużo roboty z historycznymi, przede mną przesadzanie całkiem sporych krzoków ( ale nie ma zmiłuj - róża potrzebuje miejsca żeby się należycie prezentować ). Jak tak sobie pomyślę to październik mam już właściwie zaróżankowany i to tak solidnie. Ale odpowiedni nakład pracy jesienią opłaci się już w maju następnego roku ( tak zaczynają kwitnienie moje "wcześniaki" ). Zatem co dalej? - Ciężka praca!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















