poniedziałek, 12 grudnia 2022

Brugia - sploty i wiązania

Dziś będzie o czymś robótkowym, tak z wysokiej półki robótkowym. Hym... właściwie to najwyższej bo koronkarstwo to sztuka. Ażurowe tkaniny czy dzianiny o zachwycających wzorach wymagają precyzji jak mało które tkanie czy dzierganie. No wicie rozumicie, niby bardzo to skomplikowane nie jest ale koronkarstwo wymaga  jednak sporych umiejętności. Nie bardzo wiemy kiedy i gdzie powstały pierwsze koronki, przypuszczamy że powstały z pierwszych plecionek, koszy i sieci. Wiadomo że już w w starożytnym Egipcie i starożytnych Chinach robiono  wiązane siatki o dekoracyjnych splotach,  które zabezpieczały krawędzie tkanin, jednocześnie je ozdabiając. Te pierwsze koronki niewątpliwie były koronkami wiązanymi, stąd zresztą hipoteza że koronkarstwo wywodzi się od sztuki wiązania sieci rybackich. Kiedy  i skąd umiejętność wytwarzania koronek dotarła do Europy też jest tajemnicą. Wiadomo za to że  to właśnie w Europie koronkarstwo  osiągnęło najwyższą   jakość techniczną, jak też  artystyczną.  Technik tworzenia koronek jest całkiem sporo, najbardziej popularne jest tworzenie koronek dzianinowych na szydełku, bądź na drutach lub widełkach. Popularne są też  koronki wiązane takie jak makrama i cerowane na wiązaniach, do takich należą roboty filet czy teneryfy czy poszywanie tiulu. Rzadziej spotyka się koronki wykonywane za pomocą czółenka, tzw. frywolitki. Wśród wielu technik koronkarskich za najbardziej szlachetne i luksusowe uważane były i są koronki igłowe i koronki klockowe. Koronka klockowa swoją nazwę wzięła od narzędzi, klocków, za pomocą których jest wykonywana. Anglojęzyczna  nazwa koronki klockowej, bobbin lace, także odnosi się do rodzaju klocków wykonanych z kości - bone - znaczy kościana, he, he, he. Na klockach tych nawijane są nici, które tworzą następnie koronkę. Technikalia wyrobu koronki klockowej są takie:  przeplata się w grupach po cztery wiele nici nawiniętych na klocki. Prawidłowy sposób splatania nici zawiniętych na klockach odpowiada za tworzenie wzorów koronek. Tworzy się w ten sposób  tzw. płócienko budujące  formy ornamentu i różne rodzaje siateczek w tle oraz wypełnieniach motywów.  Koronka  powstaje zawsze na podstawie wcześniej wyrysowanego wzoru przymocowanego do poduszki. Dawniej  przezroczystą  tkaniną  a później kalką techniczną i foliami nakrywano ów wzór, coby nie pobrudzić nici.

Pierwsze wzmianki o koronkach klockowych wykonywanych  przy użyciu klocków wg. wzorów rozrysowanych na podkładkach pochodzą z drugiej połowy XV wieku. Testament mediolańskiej rodziny panującej Sforzów z 1493 roku wspomina o koronce wykonanej za pomocą dwunastu klocków. Pierwsze koronki powstały  albo w Wenecji albo we Flandrii,  która od XIII do XV wieku była jak  już wiecie najbogatszym i najszybciej rozwijającą się gospodarką w Europie, regionem który zbudował się na  tkactwie i produkcji wyrobów tekstylnych. Być może to w Genui czy w Serenissimie wpadli na pomysł klocuszków ( Za tym przemawia wpowadzenie do stroju kobiecego we w XV wiecznych Włoszech bielizny, którą można było zdobić koronkami  ) a być może jednak we Flandrii, tego nie wie nikt. Wiadomo  za to że koronka klockowa wywodzi się z plecionych pasmanterii  a niektóre jej motywy prawdopodobnie kopiowane były z koronek igłowych z których słynęła Wenecja -  z koronek reticella. Reticella ( lub z francuska point coupé  ) to koronka igłowa popularna od  drugiej połowy XV wieku  do pierwszej ćwierci wieku XVII.  Reticella była pierwotnie formą mereżkowanej snutki. Znaczy nici były wyciągane z lnianej tkaniny w celu stworzenia  siatki, na której wyszywany był wzór, głównie za pomocą ściegu dziurkowego ( baaardzo daleki krewny  haftu  hardagen ). Później  w reticella używano siatki wykonanej z nici zamiast snutki. Obiema metodami  wykonywano geometryczne projekty kwadratów i kół z różnymi formami  ozdobnymi na brzegach figury. Książki z wzorami reticella  były popularne w XVI wiecznej Europie ( wzornik Federico de Vinciolo wydany we Francji w roku 1587 czy wzornik Cesare Vecellio stworzony  we Włoszech gdzieś w latach 90 XVI wieku, wydany w roku 1617 ) i często wznawiane. Reticella przeszła w formę wyższą, znaczy bardziej skomplikowaną  koronkę igłową,  w punto in aria,  po naszemu ścieg w powietrzu, która wyszła poza geometryczne ramy. Tak naprawdę to właśnie punto  in aria uchodzi za pierwsza prawdziwą koronkę igłową, szytą samodzielnie.

Pierwszą znaną książką zawierającą wzory koronek klockowych, była pozycja zatytułowana "La Pompe",  która ukazała się w Wenecji w 1557 roku.   W roku 1561 w Zurichu książka książka "Nüw Modelbuch, Allerley Gattungen Däntelschnür" autora znanego nam jedynie z inicjałów R. M, o którym wiemy  że  był nauczycielem  koronki klockowej uczącym w Zurichu, który do tego miasta przybył z Wenecji w roku 1536. W latach 1597 i 1616 w Rzymie niejaka  Isabelle Catanea Parasole wydała dwie publikacje, które zawierały  własnoręcznie przez nią opracowane  rysunki wzorów. Jak widzicie koronkarstwo to była poważna sprawa, skoro opłacało się drukować książki na jego temat. Na podstawie zawartych w  publikacjach  ilustracji można prześledzić ewolucję wzorów koronki klockowej z geometrycznych, typowych dla  XVI wieku,  do wprowadzenia motywów linearnych, ornamentów zaokrąglonych, czy wijących się wici popularnych w XVII wieku . Technika wytwarzania koronki klockowej urodziła się w wieku XV, na poważnie rozwinęła się w   XVI wieku, lecz to wieki XVII i XVIII były złotymi stuleciami  koronkarstwa europejskiego. Początkowo  najpopularniejsze do wyrobu koronki klockowej były nici metalowe, znaczy nici z oplotem metalowym, złote bądź ze stopów srebra , później białe lub kremowe nici lniane i bawełniane, czarne, białe, kremowe i beżowe nici jedwabne a także wielobarwne nici wełniane. Zresztą to nie tylko nici  były, koronki wykonywano z cienkich blaszek, drucików. Produkowano  druciaki  głównie w Genui oraz we Florencji. Popyt na tego rodzaju koronki wraz z pasamonami oraz galonami  zwiększył się po  czterokrotnie  wydanym w Hiszpanii ( lata 1515, 1520, 1523, 1534 ) zakazie zdobienia strojów złotymi i srebrnymi haftami. Taa... w XVI stolicy mody to wprowadzanie ograniczeń dotyczących stroju po prostu nie mogło się udać, ale gdzie indziej od  złotek i srebełek powrócono do poczciwego lnu. We włoskich miastach takich jak Genua, Florencja, Mediolan, Rzym czy Wenecja  nadal namiętnie klockowano, len królował. Najbardziej w XVI wieku były znane wyroby z Wenecji ale zasłużoną sławą cieszyła się też np. koronka genueńska, z charakterystycznym motywem  przypominającym ziarna prosa i migdałów ułożone przeważnie w rozety. Ze względu na perfekcję wykonania  koronka genueńska stała się wzorem dla powstających ośrodków koronkarskich na Wybrzeżu Liguryjskim oraz na Malcie.

Za Alpami, we Flandrii i Brabancji klockowano równie namiętnie jak w Italii. W XVII wieku już tylko Wenecja mogła być konkurencją dla koronkarskiej potęgi wyrosłej na zachodzie kontynentu. Prawa antyzbytkowe wydawane  w całej Europie przyczyniły się początkowo do popularności koronek, wykonywanych  z nici lnianej, która  charakteryzuje się swoistą sztywnością, dzięki czemu  można było tworzyć  z niej trójwymiarowe dekoracje stroju. Moda na krezy różnego rodzaju zdobione koronkami lub w całości z nich wykonane sprawiła że miasta Flandrii i Brabancji zaczęły na delikatnych  koronkach robić ciężki biznes. No i cóż się wówczas okazało? No że koronki z lnu to zbytek, Panie tego, straszliwy. A  największy zbytek był w krajach, które własnych ośrodków koronkarskich nie miały. Z tego względu np. we Francji kardynał Richelieu próbował ograniczyć nadmierny import wyrobów koronkarskich wydawanymi edyktami zakazującymi między innymi noszenia koronek. Zawsze można przeca nosić cóś koronkopodobnego, taki haft richelieu na ten przykład , imitujący koronkę, he, he, he.  Jednakże nie odniosły pożądanego skutku działania przeciwnego wydawaniu kasy na szmaty kardynała. Jean Baptiste Colbert, minister Ludwika XIV, postanowił  zainwestować w modę i sprowadził z Wenecji około trzydzieści koronczarek by rozpocząć krajową produkcję koronek. W 1665 roku we Francji powstaje pierwszy cech koronkarski zrzeszający wykonujących ten zawód. Rok później założone zostają pierwsze manufaktury koronkarskie. Początkowo wzory wykonywanych francuskich koronek były analogiczne do wzorów weneckich oraz flandryjskich, jednakże w niedługim czasie zaczęły się kształtować koronki charakterystyczne dla ośrodków francuskich, choćby koronka paryska oraz valenciennes. Podobnie było w Wielkiej Brytanii.  Niestety wyroby Honinton, powstałe we flandryjskich XVI wiecznych koloniach w Devon, różniły się jakością od jedynie prawdziwych flandryjskich koronek. Koronka Honinton  całkiem insza inszość niż brukselskie ażurki. W 1662 roku angielski parlament uchwalił ustawę zakazującą importu wszelkich zagranicznych koronek, bo trza było chronić rodzimych producentów. Jednak angielscy miłośnicy koronek płacili za jakość, a flamandzcy koronkarze w  XVII wieku już nie tak chętnie osiedlali się w Anglii. W Anglii produkowano również gorszy len i dlatego nie można było prząść odpowiednio cienkiej nici, co przekładało się na jakość koronki. Ponieważ nie można było wyprodukować koronki u się, uciekano się do przemytu. Przemycana koronka brukselska  nazywana była Point d'Angleterre, czyli koronką angielską. We Francji do dziś wszystkie brukselskie koronki nazywają Point d'Angleterre. Takie wspominki po nielegałach. W Hiszpanii w końcu się zorientowano że len tyż potrafi osiągać wysokie ceny i  w 1623 zostały zakazane krezy, to cholerne narzędzie szatana drenujące złoto z Hiszpanii. Nie wpłynęło to jednak negatywnie na rozwój koronkarstwa, wręcz przeciwnie, koronkaestwo się rozbujało.

Dobra, przechodzimy do mięcha. Koronki klockowe,  podobnie jak i inne  rodzaje koronek,  dzielimy na koronki jedno i wieloelementowe ( zszywane z wielu elementów ) .   Rozróżniamy następujące podstawowe typy koronek klockowych; antualaż ( z fr. entoilage ) - koronka z przewagą płócienka o motywach roślinnych, wyrabiana od XVII do XIX wieku, wykonywana z nici lnianych o różnej grubości, rozpowszechniła się w XVIII wieku.. Ten typ koronki wykonywano w szerokich pasach zdobionych wzorami roślinnymi. Podobno  to z antualażu oraz tzw. kampanki lub koronki torchon, czyli wąskich pasów najprostszej koronki geometrycznej, którymi poszerzano importowane wzory, urodziła się tradycja ludowego koronkarstwa na Śląsku; koronka brukselska ( nie mylić  z point de gaze, która jest koronką igłową a którą często nazywa się koronką brukselską ) - produkowana od XVI wieku, wysoce zaawansowana technicznie, wieloelementowa o motywach kwiatowych łączonych za pomocą réseau, siateczkowego tła wykonanego techniką klockową. Pierwotnie była wykonana tylko z najdelikatniejszej przędzy lnianej, którą przędzona w ciemnych, wilgotnych pomieszczeniach, aby nić nie stała się zbyt krucha. Do pomieszczenia wpuszczano światło w ten sposób który że padało na nić ( dlatego chorobami zawodowymi przędących nici i koronczarek były reumatyzm i ślepota ). Wzór czyli toilé nie jest konturowany; brabancka - technicznie gorsze naśladownictwo brukselskiej, wykonywana w mniejszych ośrodkach. Toczą się dyskusje czy odmianą koronki brabanckiej czy koronki brukselskiej są point de duchesse i point de rose.  Wiele belgijskich miast twierdzi że prawdziwa point de duchesse powstała w ich murach. Tak naprawdę to powstała w Brugii, we Flandrii. Znaczy tak twierdza brugijczycy, he, he, he. Ta koronka ma po prostu wiele lokalnych wersji.   Koronka duchesse jest koronką która nie ma réseau. Ta forma koronki została nazwana na cześć księżnej Brabancji, Marii Henrietty z Austrii, która była wielką zwolenniczką produkcji koronek, kochała swoje konie i absolutnie nie kochała swojego męża, tej kanalii Leopolda II. Duchesse niby jest  koronką jednoelementową, choć się  zdarzają odmienne poglądy na tę jednoelementowość. Wzór jest wykonany w taki sposób, że liście i kwiaty łączą się w naturalny sposób i rzadko zdarza się wykonanie siatki, aby je połączyć. Ponieważ nie ma réseau, koronki  są bardziej ciągłe, że tak to określę; malines - koronka jednoelementowa produkowana od XVII do XVIII wieku, bardzo cienka, o dużych motywach kwiatowo - wiciowych konturowanych błyszczącą nitką na tle siateczki sześcio - i ośmiobocznej wykonanej z białych nici lnianych. Pierwotnie termin koronka malines był używany w odniesieniu do każdej koronki klockowej z Flandrii. Nazwa wywodzi się od francuskiej nazwy miejscowości Mechelen, w północnej Belgii, gdzie początkowo je wyrabiano. Później wytwarzano ją  również w Antwerpii i Brukseli; 

valenciennes ( walensjenka ) - powstała w Valenciennes w północnej Francji w końcu XVII wieku, lata największej chwały to czas od 1705 do 1780 roku. Później produkcja została przeniesiona do Belgii, w okolice Ypres. Jest koronką jednoelementową. To wąska, cienka, wyglądająca na bardzo delikatną koronka z nici lnianych, której ornament kwiatowy wykonano bez konturowania. Charakterystyczna jest dla niej siateczka tła o kolistych oczkach, a od końca XVIII wieku oczkach rombowych. Podłoże czyli réseau składa się z czterech splecionych ze sobą nici, z ośmioma nitkami w punktach krzyżowania się nici, co czyni tę koronkę mimo jej delikatnego, "bieliźnianego" wyglądu, bardzo mocną; binche - wg. tradycji koronki Binche zostały zapoczątkowane w XV wieku przez koronczarki, które przeniosły się do Binche z Gandawy wraz z Marią Burgundzką. Tyle bajki z mchu i paproci. Wiadomo że koronki w Binche powstawały pod koniec XVI wieku. Są to koronki jednoelementowe, ornament wykonywany jest z płócienka nierównej gęstości z pięcio- i ośmioboczną siateczką w tle. Zwykle są wykonywane z pasków o szerokości czyli 5 cm . Réseau wykonane z bardzo cienkiej nici, mniej więcej tej samej grubości, co nić użyta we wzorze. Wzór z koronki Binche jest bardzo szczegółowy, ze scenami, postaciami zwierząt i ludzi. To bardzo skomplikowana technicznie koronka. Ze względu na delikatność a jednocześnie bogate wzornictwo koronka binche jest czasami nazywana koronką wróżki. Chwile chwały przypadają na koniec XVII wieku i pierwszą połowę wieku XVIII. Jakość koronki binche spadła pod koniec XVIII wieku, kiedy koronka stała się grubsza, a wzory mniej szczegółowe; chantilly - nazwa pochodzi od miasta Chantilly, w którym w końcu XVII wieku księżna de Longueville zorganizowała produkcję koronek. Jedwabne koronki zostały na dobre wprowadzone w XVIII wieku. Koronka Chantilly była również produkowana w XIX wieku, ale ta nie była wytwarzana w rejonie Chantilly, ale w normandzkim mieście Bayeux i w Geraardsbergen, obecnie w Belgii a także w Brukseli i Gandawie. Chantilly rzadko bywały białe, to najczęściej czarna koronka, z konturowanym ornamentem. Charakterystyczne w koronce Chantilly jest użycie półpełnego ściegu jako wypełnienia, aby uzyskać efekt światła i cienia we wzorze, który był na ogół kwiatowy. Réseau miało kształt sześcioramiennej gwiazdy i było wykonane z tej samej nici co wzór, co odróżnia koronkę chantilly od podobnej koronki blondy. Koronkę wykonywano w paskach o szerokości około 10 cm, a następnie łączono je ściegiem, który nie pozostawiał widocznego szwu. Czarna jedwabna koronka Chantilly stała się szczególnie popularna w Hiszpanii i obu Amerykach. Szczyt popularności tego typu koronki przypada na lata 30 XIX wieku;

blonda - koronka jedwabna rodem z Francji. Nazwa wywodzi się od naturalnego koloru jedwabnych nici z których pierwotnie ją wykonywano, później była często rworzona z nici w kolorze czarnym. [2] Większość blond koronek była również wykonana w kolorze czarnym. Najbardziej popularna była w wiekach XVIII i XIX. Wzór, na ogół kwiatowy, jest wykonany z miękkiej jedwabnej nici, grubszej niż nić używana do podłoża, co stanowi miły dla oka kontrast. Wykorzystuje się przy tworzeniu tej koronki te same sploty co w koronce chantilly i koronka z Lille, Jest też podobnie wykonywana z pasków o szerokości 12 zm i niewidocznie połączonych. Technicznie blonda nie ma tej jakości co koronki chantilly. Koronki tego typu były wytwarzane w Caen od 1744 roku, w niektórych częściach Flandrii, w Barcelonie i w niewielkich ilościach we wschodniej części środkowej Anglii od około 1806 roku. W 1840 roku blond koronki przestały być modne, jedynie w Hiszpanii uwielbiano robione z nich mantyle; gipiura -  z francuskiego guipure, które to słowo kiedyś opisywało koronkę, która ma żyłkę lub grubszą nić konyurową wzoru, dziś mało kto używa go w tym znaczeniu. Koronki wieloelementowe, o ornamencie kwiatowym, reliefowanym, nieraz bardzo wypukłym. Szalenie modne były w XIX i XX wieku. Choć technika bardzo stara, koronkami gipiurowymi były koronki genueńskie i pochodzące od nich maltańskie bizzille z wyspy Gozo. Pierwsze koronki wytwarzane na Malcie były koronkami igłowymi, robiono je od XVI do XIX wieku. W połowie XIX wieku koronkarstwo na Malcie niemal nie padło przez kryzys gospodarczy. Przetrwało dzięki Lady Hamilton Chichester, która zasponsorowała wyjazd koronczarek z Genui na Maltę. Używano starych wzorów koronek igłowych, które wykonywano techniką klockową. . Niedługo po wprowadzeniu miast igieł klocuszków, koronka maltańska rozwinęła swój własny styl, odrębny od koronki genueńskiej. Koronki maltańskie zwykle wykonano z kremowego jedwabiu . W przeszłości używano również czarnego jedwabiu, sporadycznie używano nici lnianych. Często we wzorze znajduje się 8-ramienny krzyż maltański, przerabiany ściegiem całościowym lub płóciennym. Popularny jest też wzór liści znany jako "kłosy pszenicy" lub "owies". Formy wzoru są "pulchne" i zaokrąglone. Koronka maltańska została pokazana na Wielkiej Wystawie Światowej w 1851 roku i stała się popularna w Wielkiej Brytanii. Styl został skopiowany przez producentów koronek w angielskim Midlands i był jednym ze źródeł koronek z Bedfordshire, która wywodziła się wg. tradycji z robótek rozwiedzionej Katarzyny Aragońskiej, umiejętność tworzenia których wzgardzona królowa miała przekazać ludowi z Bedfordshire, któren to lud nie przepadał za nową flamą Henryka VIII, Anną Boleyn. Cechami charakterystycznymi tej formy gipiury jest jednoelementowość i tzw. technika 9 szpilek. Kolejną formą gipiury jest koronka Cluny, point de Cluny jednoelementowa, grubo pleciona koronka o geometrycznym wzorze, często z promieniującymi cienkimi, spiczastymi kłosami ( ściśle splecionymi liśćmi ). Koronka ta pojawiła się w XIX wieku w Le Puy i Mirecourt w Lotaryngii, podobno wykorzystywano przy jej tworzeniu projekty z Muzeum Starożytności w Hotel Cluny w Paryżu.

No dobra mła opisała co najważniejsze. Nie będę Was katować nazwami siatek występujących w koronkach, które pozwalają niekiedy odróżnić poszczególne typy zabytkowych koronek. Nawet takie podstawowe nazwy jak: siatka różana, Point a la Vierge, fond de Mariage, fond de Flandres nic Wam nie powiedzą. Kto dziś oprócz zajadłych koronczarek i antykwariuszy zajmujących się tymi wyrobami potrafi odróżnić pojedynczą siatkę torchon od podwójnej, odróżnić point de Paris występujące w koronce z Lille od tego, który pojawiał się w koronkach Bucks? Kto dziś wie że fond de neige to to samo co oeil de perdix? Kto ma wiedzę jak wyrabiano pikotki w amerykańskich koronkach Ipswich i jak wyglądały tzw. lilie zwiastowania w koronkach antwerpskich? A odróżnienie wyrobów z Enghien, Lier, Lille czy też Ypern po gęstości konkretnego typu siateczek tła? Taa... mając przy tym świadomość że   wzory charakterystyczne dla jednego ośrodka były również stosowane w innych manufakturach. Na przykład koronka  lille, o zaokrąglonym oczkowym tle udekorowanym kropkami, punktami oraz wzorem roślinnym wypełnionym płócienkiem, początkowo wytwarzana w Lille, z czasem była wytwarzana także  w Le Puy, a potem to prawie światowa kariera, znaczy splatano w Anglii i Danii. I jeszcze ta historia, która przetrwała w nazwach a która ma mało wspólnego z przebiegiem dzisiejszych granic. Koronki z Antwerpii, Mechlin, Binche i Valenciennes zaliczane są do koronek flandryjskich. Ech... czarna koronkologia, dla większości robótkowych koronka brugijska to taka praca szydełkiem robiona. To nie powinno dziwić, w końcu gipiurą irlandzką przywykło się w naszym kraju nazywać bajeczne wyroby szydełkowe rodem z Irlandii. To jest irisch crochet ale u nas gipiura. Mało też znane są u na narządka do wykonywania robót klockowych a i tu jest jakby cóś mało prosto. No wicie rozumicie, klocuszki klocuszkim nierówne. Klocki belgijskie: mają pojedynczą główkę i bulwiaste zaokrąglenie w pobliżu końca trzonka, które pomaga w napinaniu nici, klocki z  Binche mają znacznie mniejsze te bulwiaste zaokrąglenie na końcu trzonek, dzięki czemu nadają się do delikatnych, prostych koronek, klocki z East Midlands są "dwugłowe", smukłe i ozdobione ćwieczkami, klocki Honiton przypominają kijki, Klocki portugalskie z kolei przypominają gruszki. Poduszki do wyrobu koronek miały drewnianą ramę i były ustawione pochyło. Wypełniano je sianem, tak na twardo, coby szpilki nie zmieniały położenia. To był typ podstawowy, do tego dodawano różne udogodnienia, walki przedłużające itp. do kompletu są różne rodzaje szpilek, szydełek i nożyczek. Wyposażenie że chirurg by się nie powstydził.

I to wszystko ma swoje nazwy, czasem dziwaczne ale uzasadnione tradycją. Z narządkami wiążą się też zdziwne historyjki. Pamietacie dziergające na drutach miłośniczki pokazów gilotynowania przeciwników rewolucji francuskiej. Ponoć we wzorach robótek drucianych prowadziły swoistą księgowość egzekucji. Taa... Z klocuszkami używanymi  w Anglii wiążą się podobne opowieści. Chodzi o klocki koronkarskie upamiętniające publiczne egzekucje, tzw. hanging bobbins. Drzewiej nie tylko w angielskich miastach i osadach, ale właściwie wszędzie w Europie czy jej koloniach,  udział w egzekucjach w charakterze widza był cool,  taka forma darmowej rozrywki z morałem. Imprezy tego rodzaju gromadziły tłumy bez względu na to czy miały miejsce w kraju rewolucyjnego terroru jakim była Francja czasu jakobinów, czy też działy się w  kraju szczycącym się długą historią parlamentaryzmu jakim  była Wielka Brytania. Nawet demokraci zza Wielkiej Wody publicznie wieszali jeszcze w XIX wieku. Publiczne egzekucje były okazją do dodatkowego zarobku dla drobnych rzemieślników, którzy przybywali na miejsce kaźni ze swoim obwoźnymi kramikami. Koronczarki w oczekiwaniu na wyprowadzenie skazańca łączyły przyjemne  z pożytecznym,  nie traciły czasu i robiły koronki. Niektóre przygotowywały klocki z wyżłobionym imieniem wieszanego oraz datą egzekucji, taka pamiątka wydarzenia w którym się uczestniczyło.   No wicie rozumiecie, wyciągasz klocuszek i przed oczyma staje  np. egzekucja Franza Mullera. Do dziś na  Wyspach Brytyjskich jednym z najczęściej spotykanych wisielczych klocków są te z inskrypcją  " Franz  Muller Hung 1864".  Wydarzenie było godne zapamiętania bowiem Muller był pierwszym skazanym za morderstwo w pociągu. Taki nowoczesny jak na XIX wiek  murder. Stracono go w więzieniu Newgate. Sporo klocuszków upamiętniało też ostatnią publiczną egzekucję w Bedford‚ noszą napis "William Worsley Hung 1868".  William Worsley i Levi Welch zabili człowieka w Luton, jednak Welch zepchnął  winę na   Worsleya, który ponoć zadał decydujący cios. Dzisiaj jest to jedna z najczęściej spotykanych w Anglii inskrypcji na hanging bobbins. Pamiątkowe klocuszki wykonywano nawet wtedy kiedy egzekucja nie była publiczna. Klocki z napisem "William Bull Hung 1871" dotyczyły wykonania kary na  Williamie Bullu, który w pijackim widzie   brutalnie zamordował staruszkę Sarah Marshall. Wymierzona mu kara spotkała się z aprobatą społeczną, pewnie stąd te klocuszki. Wiadomo o sześciu publicznych egzekucjach, które zostały upamiętnione wyżłobionymi napisami na drewnianych klockach, wszystkie odbyły się w  East Midlands w  XIX wieku.

Druga połowa XVIII wieku, czas rewolucji przemysłowej w Wielkiej Brytanii to okres schyłkowy koronkarstwa klockowego. Wszystko przez te ulepszenia, Panie tego, koronczarki odetchnęły z ulgą ale na krótko. Wkrótce stanęły przy maszynach wytwarzających koronki. A odbyło to się tak -  w Nottingham wykombinowano że koronki można produkować w  manufakturach pończoszniczych. Początkowo wyrabiana w ten sposób koronka nie odniosła  sukcesu komercyjnego, paskudnawa była. Jednak wkrótce zbudowano  nową maszynę do  wytwarzania koronek, która czyniła ich produkcję znacznie tańszą i umożliwiała trafianie koronek pod strzechy, niemalże dosłownie. Koronki przestały być artykułem luksusowym. Co prawda nie były to koronki o nadzwyczaj skomplikowanych splotach, bardzo często produkowano różne rodzaje réseau, które nie raz i nie dwa  służyło jako  półprodukt dla koronczarek. Bruksela na przełomie XVIII i XIX wieku wyspecjalizowała się w produkcji koronek kombinowanych, łączących różne techniki koronkarskie. Często w takich  pracach wykorzystywano maszynowe  podłoża. Do dziś toczą się boje wśród koronkowych czy taka  koronka  ma prawo do nazwy koronka wykonana ręcznie. W czasie kiedy na zachodzie Europy koronkarstwo  ręcznie wykonywane upadało, w Niemczech oraz w Czechach następuje wzrost  produkcji koronek. W krajach Europy Środkowej i basenu Morza Śródziemnego powstawały ukierunkowane szkoły, panie z arystokracji wręcz uważały za swój obowiązek  założenie szkoły koronkarskiej. Szły śladem francuskich i flamandzkich  dam z poprzednich stuleci. Najdalej rzecz zaszła w  w Czechach, tam doprowadzono do tego że panował obowiązek uczenia się koronkarstwa w szkołach powszechnych. Uważano że ta umiejętność nieprzynosząca  już znacznych dochodów, może być dla najuboższych ludzi jakimś tam źródłem utrzymania. To czas rozwoju tzw. słowiańskiej koronki, mającej ludowy charakter. Klockowano wszędzie gdzie śpiewna słowiańska mowa, wprowadzając do koronek motywy jakich nie znano w zachodniej Europie. Mła posiada stary album ze zdjęciami rosyjskich koronek klockowych, to są bajeczne koronki, szczęka opada. Choć wykonane z grubszych nici i nie ma w nich tej zwiewnej delikatności to po prostu wzornictwo powala. Czar śniegowych gwiazdek, wiązane opowieści o żar ptakach, kolorowe kogutki. Naprawdę coś niesamowitego, choć bardzo odległego do wyrafinowania wyrobów weneckich, flandryjskich, brukselskich.  Do  Polski koronki trafiły za sprawą damy z rodu Sforzów, to królowa Bona była u nas pierwszą koronowaną głową strojącą się w koronki. 

Włoskie wyroby koronkarskie pod wpływem dworu zaczęły być stosowane w strojach polskich magnatów. Niestety, pomimo sprowadzenia na dwór królewski w Krakowie włoskich mistrzów, w Polsce koronkarstwo się nie zalęgło. Wykonywano je raczej dla rozrywki niż "na poważnie". Jednak przez cały okres świetności  koronkarstwa na zachodzie Europy,  koronki klockowe i nie tylko klockowe były do Polski nieustannie sprowadzane, choć niejeden majątek się kurczył. U nas  otrzymały spolszczone nazwy, utworzone od  ośrodków, z których pochodziły: pondeflandri to były koronki flandryjskie importowana w XVII i XVIII wieku, pondeparis  to  koronki sprowadzane z Francji w XVIII wieku, czy pondespani,  taka zdziwność bo to koronki wytwarzane we Francji pod nazwą koronek hiszpańskich, które trafiały do nas w wieku XVII. Rozrywkowo wytwarzano raczej prościzny,  popularna była np. kampanka,  wąskie pasy koronki klockowej o prostych siateczkach, służące do poszerzania sprowadzanych koronek francuskich, oraz antualaż. Dopiero w wieku XVIII  na południu Polski zaczynają powstawać ośrodki koronkarskie. W manufakturze w Horodnicy i Łosośnie pod Grodnem w latach 1777 -1780 wyrabiano złotą koronkę. Znamy nazwisko Heisler,  pochodzącej z z Saksonii koronczarki zatrudnionej w grodzieńskiej manufakturze jedwabniczej. Po ostatnim  rozbiorze Polski wszystko to padło i dopiero pod koniec XIX stulecia, w czasach odrodzenia rzemiosła postulowanego przez artystów europejskich,  następuje odrodzenie koronkarstwa. Powstają szkoły oraz ośrodki koronkarskie - w 1883 roku w Zakopanem, dzięki darowiźnie Heleny Modrzejewskiej, została założona Krajowa Szkoła Koronkarstwa, która była jedną z pierwszych na świecie zawodowych szkół dla kobiet. W 1899  powstała szkoła  w Bobowej a potem  szkoły  we Lwowie, Kańczudze, Muszynie, Przeworsku i Starym Sączu. Koronkarstwo staje się formą zarobku dla uboższej społeczności będąc  jednocześnie swoiście rozumianym propagowaniem polskości poprzez tworzenie narodowego stylu. No wicie rozumicie, szał zakopiańszczyzny. Zdarzało się że wzory koronek "narodowych" były  tworzone przez znakomitych, polskich artystów. Dlatego są takie nie do końca ludowe te "narodowe" koronki. Projektantami najbardziej charakterystycznych zakopiańskich koronek klockowych byli  Karol Kłosowski oraz Mieczysław Szopiński, koronki   projektu Kłosowskiego zdobyły złoty medal na światowej wystawie sztuki dekoracyjnej w Paryżu w 1925 roku . W dwudziestoleciu międzywojennym klockowano po polsku, nie wypadało wręcz inaczej.  Koronkarstwo było szczerzepolskie i już.  Inną dobrze prosperująca szkołą koronkarstwa na obecnych ziemiach naszego państwa, była ta założona  przez księżną Marię Hochberg von Pless. Robiono w niej koronki  których wzornictwo opierało się na stylu secesji. Szkoła  przetrwała do 1945 roku a potem niestety kaput.

Teraz będzie o koronce brugijskiej. Udokumentowane koronkarstwo zostało w tym mieście w XVI wieku. Początkowo była to umiejętność przekazywana w rodzinie, matki uczyły córki, później powstały szkoły robienia koronek, takie jak Foereschool czy szkoła Sióstr Apostołek. To szkoła Sióstr Apostołek stała za stworzeniem w 1970 roku Kantcentrum, organizacji non - profit, ktora ma za zadanie ocalić od zapomnienia umiejętność robienia koronek klockowych własnymi rękami. Dwa lata później ponownie uruchomiono szkołę koronkarską. Tak się jakoś złożyło że siostry zniknęły z organizacji, wymarły czy cóś. W 2014 roku Kantcentrum przeniosło się z zabytkowych budynków klasztornych na osiedlu Adornes do dawnej szkoły koronkarskiej Apostolines ( na tym samym osiedlu, które na mła zrobiło wrażenie małej Holandii). Obecnie Kantcentrum prowadzi kursy koronkarskie, ma własne wydawnictwo książek i wykrojów koronkowych oraz organizuje warsztaty koronkarskie. Od 1978 roku wydaje własny magazyn o koronkach w 4 językach i organizuje szkolenia dla nauczycieli koronek. Kantcentrum przekształciło się w siedzibę wiedzy, którą mła nazywa koronkologią i cieszy się światową renomą. Mła po wizycie w nim odpłynęła i doszło do gorszących ekscesów o których napiszę niżej. Najsampierw jednak o typach brugijskich koronek. Oczywiście robiono tu typową flandryjską koronkę klockową -   jednoelementową z nici  ciągłej. Powolnie ewoluowała od XVII wieku. Jak ja odróżnić od inszych. Taa... prościzna, réseau  we wzorek zwany five - hole  ground (  pięciodołkowiec znaczy) lub występuje siateczka flandryjska. Motywy wypełnione prostym płócienkiem   obrysowanym lamówką.  Wzornictwo bogate  -  kwiaty, girlandy, zwierzęta.  Dekoracje umieszczone  na réseau  i toilé: modyfikowane oczy kuropatwy, płatki śniegu, groszek.  Wszystko może być obramowane pikotami. No  jasne, każda i każden rozpozna. Spokojnie, następna koronka jest jeszcze bardziej zakręcona.  

Brugijska wersja koronki duchesse, która wyewoluowała z XVIII wiecznej koronki brabanckiej i brukselskiej, może być postrzegana jako odrodzenie staroflamandzkiej koronki.  Pochodzi z połowy XIX wieku. Części są  połączone bardzo małą ilością siatkowych splotów, z pikotami. W motywach naprzemiennie płócienko i półpłócienko.  Wzory to  bardzo małe kwiaty,  motyw liści koniczyny, insze łodyżki i liście, małe kółeczka.  Elementem  dekoracyjnym jest lamowanie motywu, wypukłe żyłki, kwadratowe płaszczyzny  jako centra kwiatowe.  Brukselska forma koronki  duchesse zawsze ma medalion z koronki igłowej ( point de gaze ), który jest wszyty w koronkę. Brugijska koronka kwiatowa to koronka wieloelementowa.  Wyewoluowało podobnie jak koronka duchesse z XVIII wiecznych koronek brabanckich i brukselskich. Réseau z pikotami lub bez, wykonane przez skręcone pary klocków,  motywy  płócienkiem, półpłócienkiem wykonanym przez skręcenie.  Wzornictwo na bogato: kwiaty, liście, łodyżki, brugijskie  łabędzie i insze figurki zwierząt. Bardzo naturalistyczna  ta koronka.  Elementami ozdobnymi  są listki i  rozcięcia. Teraz o brugijskiej rozalinie. Koronka rozalinowa to nazwa  weneckiej koronki igłowej  z końca XVII wieku oraz jej wersji  klockowej z końca XIX wieku. Znaczy rozalina wenecka to całkiem inna koronka  niż rozalina brugijska. Żeby było jeszcze piękniej istnieje wersja igłowa brukselska, zwana rosaline perlée, od pereł wmontowanych w koronkę. Spokojnie te perły to perły z koronki igłowej zamontowanej  na czymś zwanym sercem  róży. W latach osiemdziesiątych XIX wieku koronkarstwo  odrodziło się dzięki wytwarzaniu  imitacji  starych koronek. W mieście  Aalst opracowano koronkę wykonaną  techniką opartą na koronce duchesse . Często spotykany w niej motyw  małych różyczek sprawił że koronce nadano  nazwę rosaline. Rozalina jest koronką wieloelementową,  nowoczesną bo można ją wielokrotnie przekomponować. Była i nadal jest idealna na tzw. ślubne trousseaux. Oprócz charakterystycznych róż o trzech lub pięciu płatkach, często ułożonych w szlaki, cechą ją wyróżniającą jest brak  karbów.  W przeciwieństwie do duchesse, koronka nie ma karbów. Różyczki wykonane są płócienkiem z oczkiem. Oprócz girland różyczek są i insze kfiotki, rybki, fasolki, listeczki. Rozalina to nie  jest point de rose, to drugie   to sama słodycz i cinżki grzych mła.

Pytania swego czasu padły co mła przytargała z wycieczki do Flandrii. Otóż mła przywiozła koroneczkę, którą widzicie na zdjęciu powyżej. To point de rose z  około 1880 roku, z certyfikatem autentyczności, znaczy 140 lat  wyrób ręcznie robiony sobie liczy. Zapłaciła mła aż jęknęła i poczuła się jak jedna XVIII wieczna polska księżna,  o której kolekcji koronek,  za których cenę parę miast można było kupić, chodziły słuchy że była jedną z najbogatszych , najbardziej różnorodnych kolekcji koronek na świecie. Wszyscy obecni podczas napadu chcicy u mła, odmawiali ją od tego zakupu, po czym jak mła przystąpiła do realizacji zamierzenia, pożyczając od nich wszystkich kasę, stwierdzili całkowity brak poczytalności. Tym niemniej Dżizaas natentychmiast zażądała zapisania koronki w spadku, Jądrzej wystąpił z pretensjami do Dżizaasa że kupuje same pierdoły zamiast inwestować jak jej najstarsza siostra a Mamelon stwierdziła że koronka wymaga odpowiednich ram, najlepiej czegóś szlachetnego i bielonego oraz passe partout z czerpanego papieru w coolorze cinżko doświadczonej  natury. Wicie rozumicie, mła nagle  przestała być wariatką grożącą że położy się na podłodze i będzie walić nogami w drzwi a stała się  lokującą kapitał mecenaską sztuki.  Co  prawda  tylko sztuki  koronkarstwa ale zawsze  to cóś. Na szczęście  dla mła Jądrzej jest fachowcem, człek handlu władający biegle angielskim, w wersjach różnych. Dobrze zbił cenę i mła naprawdę odetchnęła. Obecnie koronka spoczywa w szufladzie, rama u Mamelona w robocie, czeka na szczotkowanie. Z dębu jest, chyba już  szlachetniej w wersji drewno - północnej się nie da. Passe partout upatrzone, cena niestety pasząca do koronki.  No wiecie,  ma być owalny otwór. Jeszcze podwójne szklenia i już.  Dzizaas przypomina  o zmianach w testamencie, Jadrzejowi się  fajny świąteczny prezent należy a Mamelon cinżko wzdycha pacząc na mła i twierdzi że na wyprawę do Wenecji, jeżeli kiedyś tam pojedziemy, trza się będzie  zaopatrzyć w kaftanik bezpieczeństwa dla mła.

piątek, 9 grudnia 2022

Codziennik - dobitek po poprzednim wpisie

Pod przedpoprzednim wpisem codziennikowym urosło tyle komentów że mła się zaczęła gubić i powoli zaczynała tracić świadomość co komu napisać. Mła podobnie jak Mariolka stara się cieszyć codziennością, choć jej codzienność obecna niby nie należy do najłatwiejszych. Niby,  bo mła nie patrzy na rehab Małgoś jak na dopust boży, na to zapadanie gospodarki wokół jako na klęskę 1000 - lecia bo mła cóś takiego od dawna podejrzewała i starała się jakoś tam zabezpieczyć, na wojnę u granic jako zastającą nas jako cinżko nieprzygotowanych bo się w końcu zaczynamy jakoś militarnie ogarniać i mła jakby odrobinę spokojniejsza. Jest nawet  cień szansy  że w polityce naszej krajowej dupków cinżko szkodliwych zastąpią dupkami szkodliwymi inaczej. Mła pozostaje wierzyć że szkodliwość będzie mniejsza choć ciutkę, jednak  tak po prawdzie to u niej żadne zaufanie do wilczych oczu, płaczącego, lewicy walczącej, wiecznych koalicjantów czy kipiącej od wzajemnych uraz konfy.  No będzie jak zwykle, czyli jakoś.  W sumie to w naszym domu i zagrodzie jakby bardziej ogarnięte choć nieposprzątane, he, he, he.  Zupełnie jak w domu u mła. Tak à propos tego co pisała Ola o zanikającej w niej radości świątecznej, mła przyszło do głowy że dla każdego ludzia co inszego się ze świątecznością kojarzy - dla Psicy Zasweterkowanej to zapach czystości, dla mła dekorejszony, dla Pabasi pierogi, Agatek ma małego Jezuska, no  każdy  cóś swojego świątecznego ma. Może by obudzić w sobie to dziecko oczekujące  na święta i to tak radośnie i mile oczekujące, dobrze byłoby przygotowań świątecznych nie zamieniać w checklistę. No wicie rozumicie, jeszcze to zrobić, to kupić, wypisać, ustroić, ugotować, upiec, umyć i paść na twarz po zaliczeniu "wszystkiego koniecznego".

Traktowanie świąt jak zawodów w triatlonie wcale świętowaniu nie służy. Jest upierdliwe i równie skutecznie zabija ich magię jak marketowa mikołajowa komercha. A teraz à propos marketowo  mikołajowej komerchy. Mła podczas wczorajszych kawowych zakupów zaskoczyła  cisza w sklepie, żadnych dzwonków reniferowych, "Ho, ho, ho!", wycia o zimowym wonderlandzie. Błogi spokój. Mła spytawszy o co kaman a obsługująca panienka z jadowitą satysfakcją poinformowała mła że odtwarzacz się roztego a kierownictwo zostało zaatakowane "akcją oszczędzania energii" przez katowany świątecznymi  śpiewankami personel  i odtwarzacz będzie milczał ( nawet kryzys energetyczny ma  swoje miłe strony ). Mła pogratulowała personelowi i wdała się w normalną rozmówkę o kawach, nie mykałam szybo przegoniona wwiercającymi się w mózg jingobellsami  i w związku z tym lekko popłynęłam używkowo. Ciekawe czy jestem jednostkowym wypadkiem?

Co do lubej Ursuli, cooleżanki Angeli. Ilonka, moja przyjacióła mieszkająca w Niedersachsen, twierdzi że politycy z tejże krainy to dopust Najwyższego. Cóś w tym jest. Ursula jest z domu Albrecht, jej tatuś swego czasu był premierem kraju związkowego Niedersachsen. Ursula zatem jest członkinią chadeckiej dynastii z Niedersachsen.  O poziomie polityków z Niedersachsen niech świadczą nazwiska Schröder i Scholz, sam kwiat świata niemieckiej polityki. Ambicje mają ci politycy  mocarstwowe, teraz już bez krygowania się i udawania że gdzieżby tam  i wogle. Kiedy  mła słucha tego ichniego pitulenia, w którym słowo demokracja zmienia  znaczenie, to mła sobie myśli że struktura federalna Niemiec to fajna sprawa i  że mła nie miałaby nic przeciwko temu żeby w Europie było więcej niemieckich państw. Przez całe wieki tak było i specjalnie to Niemcom nie przeszkadzało. Właściwie to przeszkadzało  jedynie pruskiej bidzie, która już w  XVIII wieku dała w kość nie tylko nam ale także niemieckim sąsiadom.

Związek Północnoniemiecki zrzeszający Niemcy protestanckie byłby jeszcze naturalny, ale Reich godzący wodę z ogniem poprzez propagowaną przez  pruskich polityków Kulturkampf, jakoś dwa razy w historii nie posłużył ludziom mówiącym po niemiecku. Nam też się oberwało, choć szczęśliwie po końcu Reichu nr 2 odzyskaliśmy państwowość. Po zjednoczeniu mamy Reich nie Reich, kraj demokratyczny wymagający pilnowania coby się jego politykom demokracja nie znudziła. Ursula jest kwintesencją takiej reichowej polityki, niekompetentna, nieuczciwa za to z ambicjami. Pruskiej bidy  już nie ma, za karę, może ktoś w końcu po niemieckiej stronie włączy myślenie, bo jak na razie głównym krajem rozpierniczającym EU są Niemcy a Niemcy bez EU nie będą krajem, który długo utrzyma federację,  rozpirzy to się dla bezpieczeństwa wszystkich wokół. Ostatnio bawio się za naszą zachodnio granico jak w operetce, niby zamach stanu przeżyli. Mła paczyła i zastanawiała się w co bawio się Niemcy - w "Więźnia Zendy" czy w przygody młodego kaprala w Monachium, wygląda jej że to pierwsze z dużo pomoco służb, które najwyraźniej się nudzą. Pozazdrościli "Baronowi cygańskiemu" z Węgier czy temu z Rosji, któren jest jedna wielka "Fontanna Bakczysaraju". To jest nieśmieszno śmieszne, zważywszy na to jako Niemcy mają historię. Nadpoprawność polityczna w Niemczech to bardzo głupi pomysł, w cichości Niemcy mają serdecznie dość swoich polityków, narastających nierówności, utrzymywania stada bezrobotnych z wyboru i nie chodzi tu tylko o migrantów, więc trzeba mocno uważać żeby jakaś operetkowa postać ich nie zauroczyła. Jeszcze te służby kreujące "Więźnia Zendy" cóś prawdziwego wykreujo. 

Jutro albo pojutrze skrobnę cóś wincyj, dziś padam na twarz. I odpiszę na  komenty i na to co na inszych blogach przeczytałam. Sorry, to wszystko  przez pędzący czas. W Muzyczniku cóś świątecznego u dziecięcego jednocześnie. Niech się Wam uda obudzić w sobie dziecięcą radość ze świąt. Mła teraz leci leki zapodawać i dłonie olejkować.

wtorek, 6 grudnia 2022

Codziennik - donosownik uprzejmy


Uskuteczniamy świąteczności, tak w średnim tempie  bo pogoda nam nie sprzyja. Jedno szczęście  że Małgoś postanowiła zejść dopiero po podwyższeniu zasiłku pogrzebowego, więc się trzyma jako tako, bo ona z tych dotrzymujących postanowień. Nie jest świetnie,  jest mniej jako niż tako i trza nam z tym żyć. Na szczęście umysł Małgosiny nadal żyleta, mła w nim pokłada największą nadzieję. Pogoda jest dodupna i jest baaardzo miejsko. Mła otwiera okna coby powietrzyć, musi  robić  to bladym świtkiem, zanim ludzie zaczną palić świństwem różnym. Zwykły smrodek węglowy to  aromaty cudne były przy tym co teraz się z kominów niesie. Hym... nawet nie wiem czy te drony kontrolujące jakość  dymów wydobywających się z kominów jeszcze latają, cóś mła mówi że jak  już latajo to tam gdzie są domy podłączone do sieci elektrociepłowni.  Jest jak jest, trza znieść smrody z godnością i optymistycznie założyć że śmieci mniej będzie na wysypiskach. Każdy medal ma dwie strony, nieprawdaż?

Mła  ma w ogóle wrażenie że w tym roku dużo  rzeczy musiała znieść,  Małgoś twierdzi że za to mła  się należy wycieczka do Brazylii. Jak na razie to mła może będzie stać na wycieczkę do Pabianic. Podobno spada inflacja, pewnie  lokomotywy  potaniały  bo  po sklepowych rachunkach cóś tego spadku nie widać. Koty bardzo niedobre, znów mam wrażenie że jestem kelnerką na bankiecie ich życia. Mam nadzieję że ta niedobroć kocia nie przejdzie na Małgoś. Mogłaby przeleźć przez osmozę czy cóś jak fluidowanie, bo zalegają razem z Małgoś. Sławencjusz po badaniach, wyszło to na co z Mamelonem stawiałyśmy. Jemu po tych wynikach tyż ulżyło. Uff... znaczy. Mła ustroiła  kuchenny stół, w końcu dziś Mikołajki. Do pierniczenia się nie zabrała bo się nie złożyło. No i Małgoś dziś dużo spała, więc byłoby bez jej uczestnictwa. A bez uczestnictwa Małgoś to jakby nie pierniczenie, co najwyżej zwykły wypiek. Może jutro się uda. No i to by było na tyle. Zamiast Muzycznika mój ulubiony konserwatysta, he, he, he.

niedziela, 4 grudnia 2022

Codziennik - w krateczkę

U nas w krateczkę, Małgoś pociesza się że jej spadek formy nie skończył się tak jak ten, który wieść gminna przypisuje Wujkowi Wowie. Spierdolamento ze schodków  z posrywem to  taka prawda nieprawda, ale Małgoś wydaje się jadowicie usatysfakcjonowana że  o możnych tego świata krążą takie radosne  opowiastki. Hym... nic współczucia, mściwe "Dobrze tak, staruchowi jednemu"  padło z tych niemal prawie sto lat liczących usteczek. Nad sobą Małgoś się nie użala, bardzo za to przeżywa szpitalnictwo Sławencjusza.  Jej zdaniem mogą zamorzyć Sławencjusza  w szpitalu, więc namawia mła na akcję ratunkową, znaczy sprawdzenie  czy aby nie morzą głodem i interwencję. Cóś z tym morzeniem jest na rzeczy, Sławencjusz wczoraj przesłał Mamelonu zdjęcie obiadku, ponoć zimnego. Mła przyznawa że widok łyżki kaszy i kawałków gotowanej, fuj, wątróbki oraz tzw. surówki czyli wiórków z marchwi,  był mało apetyczny.  Dziś w związku z tym  jedziemy z akcją ratowniczą, wyposażone będziemy w bardzo delikatne jedzonko coby Sławencjusz dohtorom kłopotu nie sprawił.  Na jedno szczęście nic się u niego nie rozbujało, Mamelon przygraża że Sławencjusz będzie pieszo chodził do piekarni po chlebek w ramach rekonwalescencji i skończy się samochodowanie do miejsc oddalonych   o "trzy kroki". To i tak dobrze, zdaniem Małgoś ze Sławencjusza taki młodzieniaszek że w piłkę kopaną  jeszcze powinien pograć. I cóś jakby realistycznie dodaje że wcale nie byłby gorszy niż niektórzy z naszych piłkarzy. Mła co prawda nie ogląda sportowych transmisji  ale docierają do niej via Małgoś, Januszek i Hania info o tej marności w  wykonie naszych reprezentantów.

Mła usiłuje ogarnąć temat świąteczny. Ma już zarobioną część ciast, posiekane bakalie do keksów, wymyte i naszykowane  formy. Są nawet rozrobione lukry i zakupione cukrowe i czekoladowe ozdóbstwa do ciast. Teraz przed nią jeszcze pakowanie prezentów i w końcu może uda się mła zabrać za pierniczenie.  Małgoś ćwierka żeby nic nie planować, wtedy jest szansa że trafimy na właściwą, tą jaśniejszą część losowej kratki i pierniczenie się uda. Mła więc udawa  przed samą sobą że nic nie planuje , coby się nie pofyrtało. Przed mła tyż  tworzenie zimowych dekoracji, na kuchennym stole jeszcze jesiennie. Podobnie jest u Mamelona, jak się  człowiekowi  gmatwa to jakoś nie ma głowy do zabaw domowych. Mła  zatem nadal niucha gorzką woń chryzantem a nie żywiczne zapachy igiełek. Nic to, mła się grudniowo ogarnie i cóś tam upituli w tym bałaganie. Okien dla Jezusa  myć nie będę, mój własny Malusieńki zwykł się zadowalać jako takimi porządkami i dekoracjami. Koniec  z wyrzutami sumienia że bałagan, bordello i kto wie czy karaluchy się już nie skrzykują  coby zasiedlić te stosy papirów u mła. Co roku o tej porze mam niemile poczucie że  nie robię wszystkiego co powinnam, won z tym. W końcu najważniejsza w świętach jest tzw. atmosfera a do wytworzenia tej  to mła wcale nie potrzebuje nieskazitelnego błysku szyb, mła wystarczy oczekiwanie na cud w domowym bajzlu z jako chujinkopodobnym tworem. Wczoraj mła  przygotowała  kartony do paczkowania i wyciągnęła papirki coolorowe, jakoś te zabawy bardziej  do niej przemawiają niż pucowanie okien. Mnie to tam czyste okna wielkiej radości nie sprawiają a robienie prezentów jak najbardziej.  Mam nadzieję że i inszym radość z nich będzie. A szybki niech się kurzą.

Dzisiaj za ozdóbstwo robią karteczki autorstwa Helen J. Maguire i Louisa Waina. W Muzyczniku całkiem insze pienia świąteczne.

środa, 30 listopada 2022

Codziennik - wyczekiwany koniec listopada

 
Nie powinno się zaczynać zdania i wpisu od no więc, no więc mła od tego nie zacznie. To będzie wielkie osiągnięcie w tym tyźniu, mła ma ostatnio wyraźnie pod górkę i kiepsko u niej z osiągami. Małgoś  nie w formie i jakby było mało rozchorował się Sławencjusz. Raczej nie po złym covidzie tylko po starym choróbsku wzmocnionym działalnością własną. Przeżywamy to łącznie z Małgoś, dla której Sławencjusz jest młodzieńcem, który nie powinien chorować bo cóś na to za młody. Mła współczuwa Mamelonu, której przyszło "znosić pociski zawistnego losu" resztką sił i biednemu Sławencjuszowi  który żyje obecnie tak na pół gwizdka i zmuszony jest "... stawiwszy czoło  morzu nędzy Przez opór wybrnąć z niego". No dodupnie, Sławencjusz znów będzie  mieć kontakt z mendycznymi i daj boszsz... żeby na jakiego prawdziwego  medycznego wśród nich trafił.

 
Na świecie Rosjanie  są nadal niepocieszeni że nie są jedynymi na nim Ruskimi, w Chinach  cóś tam bulgocze a u nas coraz mniej ludzi zwraca uwagę na występy krajowych politycznych, bo  ileż można durnot słuchać czy oglądać. Mła jest czujna, no nie dowierza polytycznym ale się nie wgryza w info. Co najwyżej fiksacja covidowa z niej od czasu do czasu się wyleje albo nadmierna lewoskrętność czy  nadmierna prawoskrętność ją do konwulsji doprowadzi. Krajowe występy mła nie interesują bo zrobiło się na tyle poważnie że nikt nam na jakieś polki siuśki nie pozwoli. I w tym  miejscu  mła doda  że wszystkim tym, którym wydawa się że my obecnie robimy za tzw. państwo średnie to wejście pod zimny prysznic  się przyda.

 
Koty mają mła gdzieś, przeniosły się do babi, znaczy zalegają na Małgoś. Oczywiście Szpagetka na klacie "bo ona jest taka malutka", reszta albo w nogach poleguje albo obstawia szafy. Pasiak zafascynowany Małgosinym piecem, mła wygłosiła stosowną pogadankę, Pasiak patrzył na mła wygłaszająca przemowę  jak na kretynkę, która ciamka o oczywistościach. Koty robią Małgoś dobrze na apetyt, z którym jest ostatnio u niej  bardzo, bardzo krucho, mła się nawet na Małgoś nadzierała że Małgoś nie je a Małgoś w ramach protestu naciągała kocyk na głowę. Mła stawa na na czym się da i cyrki urządza żeby Małgoś jadła, więc korzysta z tej kociej pomocy, choć tak po prawdzie  to dokarmianie Małgoś w towarzystwie kotów śledzących wszystko  co na talerzu,  do czynności prostych nie należy. Jednakże Małgoś ciamkająca do towarzystwa pochłania znacznie więcej niż bez  tej asysty. Niech więc żyją łapki ugniatające, uszka szybko poruszane, ogonki zadarte do góry, wibrysy wibrujące i ślepka łakomie wpatrzone w  Małgosiny talerz. 

Mła wyjęła swoje foremki ciastowe  bo nadchodzi czas pierniczenia. Muszę zadzwonić do Dżizaasa w sprawie jej autorskiego przepisu na grzybki, znaczy takie  z ciasta. Gryplan jest taki żeby zasiąść z Małgoś do wypieku i ozdóbstwa ciastek, mła wie że będzie musiała mieć oczy z tyłu głowy żeby cukier i lukier nie zniknęły w tajemniczych okolicznościach, bo akurat na to to czasem apetyt jest,  ale odkąd na wycieczki po dworze jest zbyt chłodno  i cóś mało u Małgoś na nie  chęci, to dobrze  zaangażować ją do domowizny. Wszystko tylko nie zaleganie, bo mła wie że to się źle kończy. Na szczęście Małgoś ogląda telewizor nie z wyrka  a siedząc na fotelu, głównie programy kulinarne i dokumenty. Jak trafi na  info obrzuca telewizor obelgami, więc mła przemocą przełącza na cóś normalnego coby Małgoś ciśnienie  nie szalało. Skutkiem  oglądania programów kulinarnych niestety nie jest u Małgoś wzrost apetytu tak po całości, ale przynajmniej  jest chęć uczestnictwa  w ciasteczkowaniu bo Małgoś szczęśliwie nadal ciekawa nowości słodyczkowych. Ech... tu mi Małgoś nie je a tu by cukier pochłaniała, bezczelnie i nieprawdziwie przy tym twierdząc że nie da się popełnić samobójstwa przez zacukrzenie. Mła jej następną razą przy takich tekstach pogrozi wycugiem.

No i to by było na tyle tych niewesołości. Fotkowo mła załącza ostatnie jesienne sesje  a w Muzyczniku w oczekiwaniu na zimę superbiologiczna i łącząca się Björk i grudniowa Kate Bush. 

poniedziałek, 28 listopada 2022

Refluks covidowy


Odbija się mła covidem. No znerwowałam się znów włażąc  do netu, żółć mła się ulała czy cóś i mam refluksa. Emily Fair Oster,  profesor ekonomii pracująca na Uniwersytecie Browna i w National Bureau of Economic Research, która nawoływała swego czasu do pozbawiania ludzi odmawiających czepienia eksperymentalną berbeluchą antycovidową części praw obywatelskich,  wybździła ostatnio artykuł na temat potrzeby amnestii dla tych co podejmowali  działania niezgodne z prawem  podczas srandemii. Wow, tylko żeby była amnestia to musi być wyrok. Jeśli chodzi o mła to zaczęłaby zasądzanie  od wykopania z posady rządowej osób takich jak Emily Oster, nawołujących do pozbawiania  praw obywatelskich a tym samym będących groźnymi dla demokracji. No cóż, mła  nie zamierza dociekać czy przypadek Emily to intelektualna pomyłka, wykształcenie ponad inteligencję, ciągoty zamordystyczne w wyniku cinżkich przejść w fazie prenatalnej czy zwyczajne przytulenie kasy. Cokolwiek to było to Emily nie powinna nauczać bo jest czystą grozą, która w dodatku nie chce wziąć na klatę skutków  własnych działań. A etyka?  Poszła się beyać?  Nie wróży to dobrze wynikom eksperymentów z zakresu mikroekonomii. Jak tu brać na poważnie badania naukowe  przeprowadzane  przez osobę będącą z etyką na bakier. Zaufać? To ja odpadam.

Ech... nie amnestia tylko wyciągnięcie konsekwencji jest  potrzebne, grube kreski to się ciągną jak smród za wojskiem. Wywałka z instytucji wspieranych groszem podatnika, którego prawa Emily miała w dupsku i ostracyzm społeczny byłby karą dla Emily właściwą, jako  że pańcia nie podejmowała decyzji, ona tylko wspierała. Wkurzył  mła ten artykuł, takie głupie albo pazerne cipandy jak Emily wspierały komunę i faszyzm, bo przeca i komuna i faszyzm  "chciały dobrze",  ale konsekwencje to cóś nie dla nich. Jak tylko mła to naszła to natentychmiast zapragnęła przeprowadzenia decovidyzacji, wydawa się jej to niezbędne. Czepionki śmierdzą coraz mocniej, zdawa się że sprawdzają się teorie tego "starego faszysty" Baghdiego, co mła napawa strachem. Wychodzą powikłania  długoterminowe, które są takie jak te o których mła ponad rok temu słuchała,  mając zresztą nadzieję że stary profesor przesadza. Co prawda sposób  przechowywania czepionek ma ponoć duże znaczenia, mła paciorkuje żeby kłucie rodziny było jako rozmrożono substancjo.

W ogóle to po próbach zastraszania kolejną, cudowną odmianą  covida złego  wdzięczne ludzie zaśpiewały polytycznym   - "Ale to już było i nie wróci więcej"  a zaraz potem "Coście skurwysyny uczynili z tą krainą", no  to  polytyczne umoczone  w srovidowe akcje odśpiewały - "Nas przy tym nigdy nie było".  No wicie rozumicie, złe naukowce sprowadziły niewinnych polityków na złą drogę.  Złe naukowce z kolei ćwierkajo że nauka to, Panie tego, taka nieprzewidywalna jest a oni przeca robili tylko te... no... założenia. Taa... a w naszym kraju 200 tysięcy ludzi poszło do piachu z tych założeń. To by szło z zarzundowo - mendycznego na nasze tak: Wysoki Sądzie ja sądziłem że skoro skóra jest największym organem człowieka i w jakiś sposób odbywa się za jej pomocą wymiana gazowa to wystarczy ten odkryty organ do podtrzymania procesów życiowych   i dlatego nie poczuwam się do winy że zatkałem gościowi nos i usta.  No Wyskoki Sądzie ja przypuszczałem że skóra sobie  poradzi, mimo tego że dotychczasowe obserwacje wskazywały na to że jednak tak nie będzie. A tych grantów od wiadomych firm i posady dla syna, zięcia i kuzynki teściowej nie należy łączyć z moimi entuzjastycznymi reakcjami na wczepianie w dużych ilościach substancji powodującej  nieznane skutki. Nie jest na pewno moją winą że  gość cóś powykręcany, ma wytrzeszcz  zębów i oczu i takie dziwne plamy na ciele i w dodatku nie oddycha, najprawdopodobniej  z lenistwa i koincydencji, Wysoki Sąd  weźmie jednak pod uwagę że większość zaczepionych  przeżyła.

Jak  myślicie, cóż by Wysoki Sąd zrobił z taką obroną w indywidualnym przypadku? A co będzie w przypadku kiedy odpowiedzialność cóś się rozmywa na wiele osób  a i ofiar znacznie więcej? Mła widzi jak się przed odpowiedzialnością za skutki polityki covidowej  władze  bronią.  A to wojna trwa i trwa, a to artykuły w mendiach się ukazują że za falę zgonów na udary różnych narządów i nowotworów a także chorób nerwów odpowiada... ocipienie klimatu, a to winni inni. Żadnego zająknięcia o tym że leczyło się głównie covida złego a diagnostyka inszych chorób to leżała i kwiczała. Mła nie jest tym wszystkim tylko zdegustowana, mła jest tym zniecierpliwiona, budzi się w niej złe i ma ochotę komuś tu przylutować. Tak solidnie, żeby pojął realia. Bo mła się wydawa że to wszystko, Panie tego, przez metaświaty za pomocą których różne takie zdziwne profesórczynie siejo miazmaty. Koncerny nie raz i nie dwa usiłowały wywoływać panikę z okazji różnych infekcji  i czepionki wciskać. Zwolnienie amerykańskich firm od odpowiedzialności za skutki  czepionek za Reagana aż się prosiło o konsekwencję w postaci leku doskonałego - czepionki na straszno zarazę, za skutki zaczepienia którą się nie odpowiada. WHO zdurniało do szczętu, czepionka  ma być remedium na wszystko bo z tytułu czepionek  sponsorzy tej organizacji  nie ponoszą  odpowiedzialności. W przypadku berbeluchy nie tylko w Stanach ale na całym świecie. Tylko zapotrzebowania trza było na czepionkę zrobić więc wio społeczniaki i mendia tradycyjne. Czwartej  władzy jak się  okazało trza na ręce patrzeć tak samo jak  pozostałym trzem, co mła niepokoi w kontekście zabaw Elona. No wicie rozumicie, żeby nie było że z deszczu pod rynnę. A teraz mła idzie do kuchni  i sobie coś na tego refluksa zapoda, najlepiej z biało śmiercio czyli cukrem. Zawsze to lepsze niż piąta dawka przypominająca czy czwarta niepominięta po trzeciej utrwalającej. Was zostawiam z Muzycznikiem  w którym  piosenka o takich co się nie poczuwają i pracami Enrica Robusti na temat ludzi tzw. Zachodu.

P.S. W Chinach protesty  antyobeszczeniowe, nasze mendialne nie bardzo sobie radzo z tematem. No bo niby te lockdowny to u  nas dobre były ale w Chinach to już niekoniecznie.  Taa ... sypie się opowiastka o covidzie złym po całości. Ponoć Chińczycy potrzebują teraz przerwy technologicznej jak Rosjanie przerwy operacyjnej. Znaczy ich gospodarka zaczęła zjazd na ostro.  Oj, nie jestem  ja pewna czy maoizacja systemu  na to pomoże.