czwartek, 13 sierpnia 2015

Kāshān - część pierwsza

Hammam-e Amir Ahmad Sultan

Hammam-e Amir Ahmad Sultan czyli zabytkowe łaźnie  to  taki niezbędny  punkt do zaliczenia dla odwiedzających  Kāshān, zwany z polska Kaszanem ( co mnie kojarzy się z kaszanką zamiast z typem perskich dywanów - pewnie dlatego  pasi mi  "zagramaniczna" nazwa tego miasta  ). Z łaźniami perskimi jest jak z rzymskimi łaźniami cesarskimi - nie były to miejsca w których pluskała się  władza tylko korzystał z nich ludek. Takie publiczne ochędóstwo tam odchodziło ( ciekawe czy  polskie "chędożyć" ma  coś wspólnego z "ochędóstwem" - w łaźniach rzymskich można wszak było liczyć na różne usługi, he, he ). Łaźni nie pobudował żaden sułtan,   nazywają się tak dlatego że leżą niedaleko grobowca człowieka o imionach Amir Ahmad Sultan, który był Imāmzādeh. Grobowce Imāmzādeh czyli potomków imamów są uważane za cudowne miejsca ( tzn. obfitujące w cuda jak katolickie sanktuaria ), chętnie odwiedzane przez pielgrzymów stają się jednymi z najważniejszych punktów na mapie miasta. Hammam-e Amir Ahmad Sultan zwane inaczej Hammam Qasemi lub Hammam Ghasemi zajmują powierzchnię około 1000 metrów kwadratowych, składają się z dwóch głównych części - Sabrineh ( taka sala rozbieralnia ) i Garmkhaneh ( sala kąpieli właściwej  ). Sarbineh znajduje się przy głównym wejściu ( co jest raczej oczywiste ). To duża ośmiokątna sala z ośmiobocznym basenem pośrodku, podzielona ośmioma filarami oddzielającymi jej zewnętrzną część wypoczynkową. W sumie przypominała rzymskie frigidarium, takie miejsce spotkań, dyskusji, czy nawet modlitwy. Na fotce nr 2 widać że Sabrineh był salą dwupoziomową -  ławki rozmieszczono na wyższym poziomie. Większość dekoracji wnętrza łaźni znajduje się w Sarbineh. Temperatura sprzyjała dekorowaniu, że się tak wypiszę. W Sarbineh było przyjemne ciepło i niezbyt wilgotno, pomieszczenie służyło unikaniu drastycznych zmian temperatury podczas wchodzenia lub wychodzenia z "prawdziwego" kąpieliska. Obszar łączący Sarbineh i Garmkhaneh został tak zaprojektowany, żeby zmniejszyć wymianę ciepła i wilgotności między dwiema głównymi częściami łaźni. Garmkhaneh czyli łaźnia właściwa to miejsce z zimnymi i gorącymi basenami ( no takimi bardziej waniennymi w rozmiarach ). Cztery filary w Garmkhaneh dzielą łaźnie na mniejsze pokoje kąpielowe. Jest też oczywiście sala główna zwana Khazineh, z basenem pośrodku pomieszczenia. Łaźnie zbudowano w XVI wieku, za czasów panowania dynastii Safawidów.




W 1778 roku Kāshān nawiedziło silne trzęsienie ziemi, które niemal całkowicie zniszczyło miasto. XVI wieczny hammam trzeba było odbudować. Dzisiejsza budowla nosi cechy stylu Kadżarów (  tak od nazwy  dynastii panującej w Iranie w XVIII i XIX wieku nazywany jest styl sztuki i architektury charakterystyczny dla tego czasu ). Na Dżizaasie największe wrażenie wywarło zadaszenie budowli - zbiór kopuł z soczewkami  doświetlającymi pomieszczenie. To wygląda nieźle na zdjęciach, w realu ponoć  daje jeszcze bardziej po oczach ( tak to już jest że duuuuże "obiekty" obiektywy spłaszczają, dlatego morze, góry i architektura  na zdjęciach to czysta fikcja ). Przez pewien czas łaźnia robila za herbaciarnię, dzisiaj pełni  funkcje muzeum.
Dlaczego takie muzeum łaziebnictwa powstało? Ano dlatego że w krajach islamskich hammam pełnił bardzo istotną rolę. Przepisy religijne nakazywały dokonywanie "drobnych ablucji"  przed każdą z pięciu dziennych modlitw, których zmawianie  jest religijnym obowiązkiem pobożnego muzułmanina, oraz "solidnych ablucji", których dokonywano po wszystkich fizjologicznych historiach uznanych za  "nieczyste". Myto się więc baaaardzo często i chętnie odwiedzano łaźnie, które stanowiły wraz z medresami i bazarem centrum życia towarzyskiego.  Łaźnie oferowały oprócz kąpieli usługi fryzjerskie, kosmetyczne ( depilacja całego ciałka ), fizjoterapeutyczne ( masaże, cudowne olejki - te klimaty ), no i były jedną wielką plotkarnią. Do łaźni chodziło całe społeczeństwo, samiczki i samczyki.  U nas pokutuje dosyć osobliwe wyobrażenie o życiu kobiet w krajach islamskich, opierające się głównie na sytuacji kobiet żyjących w wahabickiej Arabii Saudyjskiej.  Jednak to "trzymanie bab w zamknięciu" ma więcej wspólnego z tradycjami preislamskimi  niż z zaleceniami Koranu.  Na terenach na których przed islamem istniało w sposób ciągły coś więcej niż kultura plemienna to "więżenie kobiecości" wyglądało inaczej, nie było aż tak opresyjne. Wycieczki do łaźni stanowiły dla perskich kobiet nie lada rozrywkę.

środa, 12 sierpnia 2015

Perska podróż - post pocieszkowy

No i objawiła nam się Dżizaas, solidnie wypodróżowana.  Przywiózła mnóstwo zdjęć, tzw. pamiątki z podróży ( w tym wyczekiwane przeze mnie słodycze ) i pocieszkę że u nas lato nie jest wcale takie najgorsze.  Po "zaliczonym"  Kāshānie z tymi czterdziestu paroma w cieniu to skromne łódzkie  trzydzieści siedem na plusie to rzeczywiście pryszcz.  No i wilgotność powietrza nieco inna. Czasem było lżej Dżizaasowi znosić  słoneczne irańskie dni ze względu na wysokość nad poziomem morza, ale  Kāshān leży w niecce i nie było zmiłuj. Teheran latem też jest pewnym wyzwaniem, choć jak to na południu - najlepiej zaczynać życie tak pod wieczór.



Stolica  Iranu ogromniasta, trudna do ogarnięcia - w końcu rywalizuje z Kairem o miano największego miasta na Bliskim Wschodzie. Szczęśliwie Dżizaas nie koncentrowała się  na  Teheranie, udało jej się  zobaczyć kawałek mniej  "cywilizowanego"  Iranu. Choć w tym wypadku to raczej głupio używać takiego przymiotnika, cywilizacja w tym zakątku świata rozwijała się na długo przedtem nim Grecy postanowili założyć swoje pierwsze  polis.




Krajobrazy  letniego Iranu, a właściwie części tego kraju którą zwiedzała Dżizaas, są nieco księżycowe. Bezśnieżne, łyse góry, w dolinach wyschnięte trawy i niewielkie  plamy zieleni tworzone przez  drzewa. Mimo wszechobecnej "piaszczystości"  ludzie uprawiają pola, ogrody i  sady. Dżizaas przeżywała bardzo  rozmiary  tamtejszych arbuzów, ponoć monstrualnie wielkich. Melony, jako owoce o mało wyrazistym smaku ( dla Dżizaasa rzecz jasna, bo dla mnie to mają swój specyficzny aromat ) nie cieszyły się jakoś zainteresowaniem mojej siostrzycy. Za to została prawdziwym ekspertem szafranowym, aż strach się bać.




Więcej o perskiej podróży napiszę po dokładnym przesłuchaniu Dżizaasa i degustacji przywiezionego dobra ( pachnącego kardamonem i wodą różaną ). Na razie zamieszczam fotki pocieszające, gdzieś tam na świecie są miejsca gdzie latem panują cięższe od naszych upały, zielonego prawie ni ma i gdzie człowiek nie posiadający lodówki ma przechlapane, he, he.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Kolczaste problemy Alcatrazu


Kolczaste dylematy czyli być albo nie być pokłutą, przez tzw. nasadzenia. Co gorsze nasadzenia własnego autorstwa. Z jednej strony  kolczaste rośliny są urodne a z drugiej może nie tyle niebezpieczne co niewdzięczne w obsłudze.  No, uciążliwa jest pielęgnacja  tych wszystkich berberysów, ogników czy innych głogów.  Z Wielkim Ogrodowym sprawa jeśli to tylko raz w roku coś kolczastego wymaga przycinania,  znacznie gorzej  jak do cięcia trzeba się zabierać parę razy w sezonie. Kiedy zaczynałam ogrodowanie takie zabiegi pielęgnacyjne nie wydawały mi się czymś strasznym i przerastającym moje możliwości, teraz za to jawią mi się jako kara za grzechy "młodocianego" planowania ogrodu. Cholerne berberysy pospolite muszę  przycinać dwa, trzy razy w sezonie żeby utrzymać je w ryzach, prawie tak samo często przycinam berberysy Thunberga.  Oczywiście robota wykonywana w rękawicach  i dość ciężkim "stroju ochronnym" ( który się  z przyczyn  wiadomych  nie dopina ).  Niestety strój jest na tyle ciężki i niewygodny że nie wlezę w nim na drabinę i nie przytnę do  odpowiednich rozmiarów i  do odpowiedniego kształtu głogu 'Paul's Scarlet'. Wymarzona kiedyś  przeze mnie  forma  doskonale okrągłej kuli głogowej kosztuje mnie coraz więcej wysiłku.  Głów dwuszyjkowy wyprowadzony na pniu, nie poddany zabiegowi przycinania zamienia się w zwykłe drzewsko, dość pospolite,  o nieszczególnie urodnej koronie. Gdybym  dziś planowała od początku  drzewiaste nasadzenia Alcatrazu,  głóg wyleciałby z "listy nasadzeniowej" w krótkich podskokach.  Tak samo działoby się z krzewami  berberysów, oczywiście nie ze wszystkimi. Są gatunki  i odmiany berberysów, które nie wymagają częstej korekty sekatorem.  Lubię karłowe odmiany  i te o strzelistej sylwetce, w moim  ogrodzie są mało absorbującymi roślinami.  Nie przycinam też często ogników, nie rosną  u mnie w tempie ekspresowym - sekatorowanie raz do roku im wystarcza. Za to rokitnik daje  mi popalić, nie dość  że kolczasty to jeszcze te odrosty. Chyba jakieś zaćmienie umysłu mi się przytrafiło kiedy  postanowiłam posadzić go w ogrodzie. No trochę kierowałam się  względami sentymentalnymi, rokitnik przypominał mi nadmorskie dzieciństwo.  Cóż, sentymenta teraz bokiem mi wyłażą!  Z perspektywy czasu widzę że nie zawsze czule wspominane  rośliny dzieciństwa ( głóg dwuszyjkowy to ta sama kategoria roślin wspominkowych ) są dobrym materiałem dla nieco leniwego ogrodowania w moim wykonaniu. Szczęśliwie powstrzymałam się przed zakupem oliwnika, doświadczenia rokitnikowe na coś się w końcu przydały,  he, he.
Róże  rosnące w Alcatrazie są w olbrzymiej większości kolczaste, ale w tym wypadku jakoś mniej  odczuwam uciążliwości związane z ich pielęgnacją. Pewnie dlatego że hoduję "prawdziwe" róże, dla mieszańców herbatnich czy tam innych "szklarniowców" bym się nie poświęcała.  No i przy różanych krzewach zawsze można udawać "śpięcą królewnę", choć nie wiem czy modelka pana Waterhousa z obrazu ilustrującego dzisiejszy  wpis,  miała do czynienia z prawdziwym krzewem różanym. Śmiem wątpić, he, he.
Co do kolczastych  bylin to toleruję, pod warunkiem że nie są baaaardzo kłujące. Główne ich siedlisko to przyszła Żwirowa, w innych częściach ogrodu właściwie nie występują.

sobota, 8 sierpnia 2015

Osty mile widziane! - czyli rośliny Barbary Reginy

Nie cierpię ostów, wyjątkowo paskudne z nich chwasty.  Są na tym świecie jednak  takie osty na widok których przyspiesza bicie mojego serca i to nie dlatego  że czuję wszechogarniające wkurzenie.  Barbara Regina Dietzsch sprawczynią tych cudów ostowych. Znaczy nie z żywymi roślinami mamy do czynienia tylko z ostowymi wizerunkami. "Portrety" ostów pochodzą  z  XVIII wieku, choć wiele osób sądzi że są o jakiś wiek wcześniejsze. To pewnie przez to  że widoczny jest w twórczości Barbary Reginy wpływ niderlandzkich siedemnastowiecznych malarzy martwych natur przedstawiających kwiaty czy owoce . To samo precyzyjne podejście do oddawania urody "ogrodowego tworzywa",  czarniawa ciemność tła na którym rośliny jakby oświetlone reflektorem są głównymi, choć nie jedynymi "aktorami dramatu".  Wyzwolone z zanurzenia w światłocieniu, zamarłe i upozowane, nieco sztuczne a jednak prawdziwe. Niby niewielki  rozmiarem gwasz a opowiedziana cała historia ogrodowa - osty w najpiękniejszej odsłonie  i ich goście.
"Osty" oczywiście bardzo rożne, od ledwie spokrewnionych z  prawdziwym ostem popłochów ogrodowych ( bezczelnie zwanych przez ogrodniczy ogół ostami ozdobnymi ), czy ostrożeni, do najbardziej pospolitego chwasta porastającego nieużytki. W końcu w języku potocznym nazwą "oset" ochrzczono wielu kolczastych przedstawicieli rodziny astrowatych ( generalnie nazwa ta jest stosowana dla podobnych morfologicznie roślin należących do innych rodzajów ).

Teraz troszkę o autorce tych obrazków. Barbara Regina Dietzsch  urodziła się w 1706 roku w Norymberdze , jako córka znanego  malarza   Johanna Izraela Dietzscha. Nie była jedynym uzdolnionym dzieckiem w tej rodzinie, zarówno jej siostra jak i pięciu braci  zajmowało się malarstwem.  Barbara Regina, najstarsza z rodzeństwa  była też najzdolniejszą z  młodszego  pokolenia rodziny Dietszch. W XVIII wieku jej prace cieszyły się dużym uznaniem, często stanowiły wzór dla rycin zamieszczanych w ówczesnych publikacjach poświęconych  botanice.   Zarówno  Barbara  Regina jak i jej rodzeństwo byli znanymi znanymi osobami na , jakbyśmy to dziś nazwali, "międzynarodowym rynku sztuki". Najstarszej pannie  Dietzsch parokrotnie proponowano  objęcie stanowiska tzw. "malarza nadwornego", przyjęcia którego to  stanowiska konsekwentnie  unikała.  Nie do końca wiadomo czy stały za tym unikaniem względy rodzinne czy też  Barbara Regina na tyle ceniła swoją wolność artystyczną, że nie miała ochoty na mecenat, który mógł ją ograniczać.  Zresztą Barbara  Regina nie musiała szukać pracy czy inspiracji dla tworzenia swoich  dzieł  w innym miejscu  niż  Norymberga. W XVIII wieku to miasto uchodziło za Mekkę  dla malarzy zajmujących się  przedstawieniami botaniki czy fauny. Artystka  zmarła w 1783 roku. W Muzeum Narodowym w Gdańsku możemy  obejrzeć jedną  z jej prac ( u mnie fotka nr 4  ) , tak sobie zwyczajnie opisaną  jako "Łodyga kwitnącego ostu z motylem", XVIII wiek; gwasz, 23,6 x 17,3 cm.



wtorek, 4 sierpnia 2015

Upały nad upałami czyli uprawianie ogrodu w domowych pieleszach

Żar się  leje z nieba i wszystko wskazuje na to że to nie lipiec ale sierpień  będzie najgorętszym miesiącem w tym roku.  Alcatraz zlewany  jest wodą codziennie, bo inaczej to spora część roślin w nim rosnących nadawałaby się tyko do wzbogacenia kompostu. Słoneczko wyprażyło niemal Tyrawnik ale w cienistej części ogrodu szczęśliwie nadal zielono, choć temperatura w cieniu afrykańska. No pełnia lata w tym roku naprawdę jest upalna, nawet moje ciepłolubne kociambry poszukują chłodku.  Jedynie dla Dżizaasa świeżo powróconego  z dalekiej Persji "na Ojczyzny łono" , temperatury są znośne.

Nie wiem czy to tegoroczne  upały czy jakieś  podświadome, nie do końca poznane przez nas przyczyny ( być może związane  z hym...tego.... osiągnięciem pewnego wieku ) sprawiły że obie z Mamelonem myślimy o sadzeniu drzew.  Mamelon posunął się nawet do napastowania Zieleni Miejskiej w sprawie ulicznych lip ( i bardzo słusznie bo ubytki w ulicznym  drzewostanie Zieleń Miejska powinna uzupełniać, w końcu ściąga się z nas podatki miejskie ). W moim przypadku posadzenie nowych drzew będzie wymagało usunięcia paru solidnie rozrośniętych krzewów. Jednak czuję że zadrzewianie zamiast zakrzewienia jest  odpowiednim sposobem na  "prowadzenie" Alcatrazu.

Nie mam już siły  na coroczne przycinanie tawuł i irg, walkę z odrostami rokitnika ( prowadzony jest co prawda w formie drzewka, ale te odrosty mnie dobijają, ciężko  go czymś podsadzić ).  Drzewa dadzą   cień, konieczny dla niektórych planowanych nasadzeń ( mało robotnych, takich paprociowo - funkiowych ) i zmienią nieco strukturę Alcatrazu. Alcatraz nadal będzie ogrodem bylinowym ale  mam zamiar osiągnąć większą równowagę nasadzeń. To ma być nie tylko byliniak, to ma być prawdziwy Ogród przez duże O. Do takiego "remontu kapitalnego" Alcatrazu niezbędne są nasadzenia z drzew .  Oczywiście to nie będzie tak że jedynymi nowo sadzonymi roślinami będą drzewa - spoko, spoko. Mam na oku też parę ciekawych krzewów (  nie licząc  tych z przyszopia, o zgrozo! ) ale generalnie będą to  krzewy niezbyt wysokie i na pewno nie wymagające corocznego przycinania. Na miejscu po tawułach i irgach zamierzam posadzić  jarząb mączny Sorbus aria 'Magnifica' i brzozy himalajki  Betula utilis var.jacquemonti' 'Doorenbos'. Zarówno jarzęby jak i brzozy  rosną w Alcatrazie w tempie ekspresowym, w przeciwieńtwie do różnych pięknych buczków.

Oczywiście to wszystko to  gryplany na jesień a może i na przyszłoroczną wiosnę. Robota jest ciężka, trzeba wynająć  ludzi do usunięcia krzewiastych "baobabów" i na tych ludzi trzeba będzie najpierw zarobić. Zwoływać tzw. Antka ze szwagrem nie mam zamiaru bo materia ogrodowa jest delikatna i fazę  antkowo - szwagrową najlepiej znosi u zarania swych dziejów, na początku zakładania ogrodu. O własnych siłach to ja  dokonam w tym roku dokończenia przeprowadzki irysów na podwórko i założenia nowej rabaty  azaliowej  na Podskarpku i Zabukszpaniu ( hym.... rabata  to szumnie brzmi, po prostu posadzę pięć azalek oczekujących na swoją kolej  sadzenia na przyszopiu ). Podosadzam też trochę bylin, głównie takich które zadarniają glebę albo "zagłuszają" chwasty. Z myślą o cienistej stronie Alcatrazu kupiłam emekon śnieżny Eomecon chionantha, zamierzam uczynić z niego  broń przeciwko podagrycznikowi ( pojedynek potworów, he, he ).  Na wolnych czyli pozbawionych ( przynajmniej tak mi się wydaje ) podagrycznika  stanowiskach zamierzam "puścić swobodnie" emekon.  Mam nadzieję że poradzi sobie w miejscach gdzie fiołkom odoratkom za wilgotno.




Obkupuję się też hostowo, ostatnio trafiłam z Mamelonem na  hostę 'Snow Cap' u Tracza. Całkiem porządne sadzonki, choć z in vitro ( na podziałkowe to nie ma co liczyć w centrach ogrodniczych, takie rarytety to tylko w zaprzyjaźnionych mocno szkółkach ). Typowe hościdło do głębokiego cienia ( lubi się przypalać  ), należycie burchlaste i  dość jarzeniowe. Mam jedno miejsce wręcz wymarzone dla tego typu "papagaja",  rozświetli je należycie  tą  neonową bielą duuuużego marginesu. Po raz drugi podeszłam też do host  typu streaked.  Mój apetyt rozbudziła sławetna odmiana 'Ice Age Trial', naprawdę uroczy paskowaniec.

Przezornie zapytałam jednak znajomych forumkowych hościarzy co sądzą o  dużych streakedach, szczególnie o tzw. stabilności odmiany. Odpowiedź  była taka że czym prędzej z nich zrezygnowałam (  i zostało mi już tylko tzw. ostatnie, trzecie podejście  - w myśl hasełka do trzech razy sztuka ). No cóż , ze streakedami nie wychodzi mi już w fazie planów zakupowych ale za to lepiej mi idzie z ich dziećmi. Uprawiam odmianę hosty 'The King', pochodzącą od  hosty typu streaked  'Sir Richard'.  'The King' to przepiękna hosta i bardzo dobrze u mnie się sprawuje. Postanowiłam dokupić jej do pary  "siostrzaną" odmianę czyli, również pochodzącą od  odmiany 'Sir Richard',  hostę 'The Queen'. Potem olśniła mnie "córeczka" chyba najbardziej znanej "streakedki" 'Dotothy Benedict' - śliczna 'Simply Sharon'.  Teraz nasycona hostami o różnobarwnych liściach marzę o gromadce jednobarwnej odmiany 'Eye Catcher'.  Piękne w kształcie listki i niewysoki wzrost - coś czuje że do idealny "podsadzacz" do dużych host.
Dzisiejsze fotki ilustrujące są z Podskarpka i Zabukszpania, na upał najlepsze cieniste klimaty.


poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Maleńcy sąsiedzi - owady w Alcatrazie



Najnowsze doniesienia netowe każą  patrzeć  podejrzliwie na małe ogrodowe zwierzaki - plaga szarańczy w końcu  wygląda i brzmi  groźnie.  W oczach i uszach ogrodnika  wygląda i brzmi wręcz katastrofalnie! Człowiek  natychmiast podejrzliwym wzrokiem  patrzy na maleńkie sąsiedztwo. A tymczasem sąsiedztwo nieświadome tych podejrzeń zajmuje się własnymi sprawami,  zbiera żarcie, pitigrilli się mało dyskretnie, brzęczy i bzyczy ( i jeszcze bzyka ), buduje domki nie biorąc kredytów,  zostawia samopas potomstwo, schodzi ze sceny z powodu wieku ( i nie tylko  ), zjada trupki tych , którzy skończyli swój żywot - po prostu krótko pisząc - żyje.

Niektórzy z małych sąsiadów są mile widziani przez człowieka,  inni zaledwie tolerowani, są też paskudnicy z którymi człowiek czując się właścicielem kawałka gruntu, wszczyna wojnę ( z punktu widzenia "paskudników" jesteśmy  czymś znacznie gorszym niż najbardziej  upierdliwy kamienicznik ). Odnoszę wrażenie że sąsiedztwo nie zaprząta sobie głowy  moim istnieniem,  ale nie znaczy to że nie jestem sąsiedztwu absolutnie do niczego potrzebna. Gdyby sąsiedztwo tak sobie sądziło  to sąsiedztwo byłoby w błędzie.  W końcu krokusy i inne wczesno wiosenne cebulaczki ktoś  posadził, same z siebie w Alcatrazie nie wyrosły!

Ktoś o tych pszczółkach i innych trzmielach myśli wybierając rośliny do ogrodu, ktoś się stara  żeby nie tylko Tyrawnik i  iglaki i to bez profitów w postaci miodu, wosku i kitu pszczelego. Z czystej chęci ugoszczenia bzyczącego towarzystwa planuje się nasadzenia. A bzyczące towarzystwo przyleci, pobzyczy, nazbiera pyłku i tyle je widzę. Zresztą nie ma co narzekać, dobrze że nie zameldowało się na stałe w którejś ze starych szopek ogrodowych. Użądlenie przez owady to nie jest forma kontaktu jaką z  nimi preferuje. Pszczoły czy osy lub trzmiele bardzo pilnują swoich domków, my home is my castle - lepiej się  nie kręcić w pobliżu pszczelej bazy.

Pszczoły i trzmiele są bardzo mile widziane w Alcatrazie, osy i szerszenie znacznie mniej mile.  Po prostu ich się boję, zwłaszcza szerszeni. Z osami miałam tzw. przykre doświadczenia, z szerszeniami na szczęście nie. Boję się też o koty, być może na wyrost  bo nie zauważyłam żeby kociambry polowały na inne owady niż muchy i motyle. Nie jest jednak z tym przywabianiem os przez Alcatraz tragicznie, mój ogród "nie owocuje" letnią porą. Pamiętam że dawniej, w zamierzchłej gruszkowo - jabłkowej przeszłości Alcatrazu osy były  częstszymi gośćmi.  Teraz pojawiają się sporadycznie w porze "szukania mieszkań".  Czasem sobie  niestety upatrzą jakiś z rzadka  odwiedzany zakamarek.  Jednak ostatnimi  lokatorami szopki były dzikie pszczoły.  Jak pisałam - wolę kiedy pszczoły , trzmiele, osy i szerszenie odwiedzają Alcatraz niż kiedy w nim mieszkają.  Jako  gość to nawet szerszeń przedstawia się interesująco, zwłaszcza jak  sobie daleko ode mnie i kotów bzyczy ( dźwięk jak helikopter, he, he ).  Prawdziwą radochę  to mam wtedy  kiedy Alcatraz gości trzmiele. Wyjątkowo do mnie przemawiają te ich grube, puszyste ciałka - czysta radość i charakterystyczny dla tłuścioszków optymizm bije z tych czarno - żółtawych odwłoczków i  malutkich skrzydełek i dużych oczek.  Cud natury  - jak takie malutkie skrzydełka unoszą takiego grubasa?! Ha, chyba dlatego lubię  trzmiele że one są podobne do mnie a jednak fruwają.  Może więc i ja  kiedyś tam pofrunę, he, he.


Pająki to insza inszość. Przede wszystkim to  zanim zaczęłam ogrodować  miałam klasyczną arachnofobię. Taką solidną, z zamieraniem na widok nawet małego pajączka. Wiadomo pająki czyhają żeby wpuścić jad  a potem enzymy i  wyssać.   "Pseudo logiczny" argument że wyssanie mojej osoby zajęłoby  pająkowi całe życie, potem życie jego dzieci , wnuków i  pra prawnuków i że całe pajęcze  pokolenia mogłyby zapaść na pajęczą chorobę związaną z nie przyswajaniem zbyt dużej ilości cukru w wysysanej cieczy,  mają się nijak do atawistycznego lęku, który pojawiał się gdy widziałam charakterystyczny dla ośmiu  nóżek chód. Pająk na mnie  polował i miał gdzieś groźbę zapadnięcia na pajęczą cukrzycę! Ogrodowanie  zmusiło mnie do bliższego kontaktu z ośmionogami, nie da się uniknąć spotkań oko w oko   ( znaczy szczękoczułka i  taka ręka na przykład  ) na tzw. łonie przyrody. Zaczęłam  oswajanie się z pająkami  od kosarzy pospolitych.  Te długie cienkie nóżki wyglądały mało groźnie. Poza tym kosarze  są wszystkożerne, potrafią nawet spijać sok z roślin ( może  wśród nich są  weganie,  wtedy to już bym była absolutnie bezpieczna, he, he ).   Wszystkie mniejsze pająki takie jak czyhaki, czaiki jesienne  ( bosz.... już same nazwy są stresujące ), zamieszkujące szopki zyzusie tłuściochy czy kwietniki starannie ignoruje. Nawet doszłam do pełnej tolerancji jeśli chodzi o  przebywanie tych małych stawonogów w moim pobliżu. Małe są, z jadem u nich tak sobie, co mi tam mogą?

Motyla zaciukać, na biedronkę napaść, muchę zwabić -ot, cały zakres możliwości. Zgoła inaczej postrzegam krzyżaki.  Te egzotyczne wybarwienia robią swoje, natychmiast przypominają mi się wszystkie widziane przyrodnicze dokumenty  z kolorowymi jadowitościami z puszcz Amazonii czy  pustyń Australii. Kolorowe jarzeniowo - znaczy stworzenie może być niebezpieczne.  Jak się jednak człowiek trochę lepiej chce zorientować w temacie krzyżakowym i poczyta, to okazuje się  że jaskrawo wybarwiony krzyżak jest tak groźny dla człowieka jak nie mniej jaskrawo wybarwiona papuga. Kołosze, tygrzyki i krzyżaki powolutku stają się dla mnie mniej straszne. Ot, kolorowi jesienni goście, w "garniturkach" w sam raz pasujących do zaczynających przebarwiać się liści.




W przeciwieństwie do  pająków, złotooki i biedronki zawsze cieszyły się moją sympatią. Po prostu są bezczelnie urocze i nawet o tym nie wiedzą. Małe żuczki  bywają rozczulające , w przeciwieństwie do dużych chraboli.  No i chrząszczyk też brzmi lepiej niż chrząszcz.  Z taką "dorosłą"  nazwą kojarzy mi się niemile cała familia stonkowatych, z wredną poskrzypką liliową  i opuchlakiem truskawkowcem na czele. Biedronki nie żrą roślin tylko mszyce ( no, dojrzałe owoce to się zjada, ale w tym wypadku to ja akurat biedronki dobrze rozumiem ) , fruwają do nieba zanosząc życzenia i w ogóle są cool. Nawet krwiożercza arlekinka, biedronkowy import z Chin,  wojująca z naszą rodzimą siedmiokropką i kąsająca od czasu do czasu ludzi, nie zmniejszyła mojej sympatii dla biedronek.

Złotooki podobnie  jak biedronki żywią się zakałą owadziego świata ( wg. ogrodników rzecz jasna ) czyli mszycami. Z tego powodu są szczególnie mile widziane w ogrodach.  Ja lubiłabym je nawet wtedy, gdyby miały nieco inną dietę . Te siateczkowe  skrzydełka, duże  oczka i podobnie jak u biedronek zabawny wyraz "pyszczka" - no miodzio! Dla takich stworzeń warto domki owadzie budować.  Podobnie jak  w przypadku biedronek uroda złotooków nie jest z tych nachalnych, same owady niewielkiego rozmiaru, trzeba się ogrodowi dobrze przypatrzeć żeby dostrzec życie tych maluchów.

Nie da się za to nie zauważyć ważek, przede wszystkim widać  ten  błysk i już wiadomo że w ogrodzie są ważki. Przypominają owadzie  F 16, pomigoczą, przelecą jak błyskawica i już ich nie ma. Ich "mordki" też mi się tak jakoś kojarzą z zachełmionymi głowami pilotów wojskowych, człowiek qrczę nie odpowiada za takie skojarzenia.  Ważkom do szczęścia potrzeba jedynie trochę wody, tam składają jaja z których potem wykluwają się  paskudnie drapieżne  i żarłoczne larwy. Czasem  mogę zaobserwować polowanko ważek, wiszą wtedy w powietrzu ( rzadka sztuka ) i gotują się do szybkiego "przejęcia" przeciwnika w czasie lotu. Sam moment ataku jest tak  szybki że trudno mi go zarejestrować, głównie wiem po tym zawieszeniu ważki w powietrzu że  mam do czynienia z polowankiem.


Motyle i ćmy to chyba najchętniej witani przez ogrodników mieszkańcy ogrodów.  O ile w fazie gąsieniczej potrafią być zmorą i utrapieniem, o tyle dorosłe osobniki wzbudzają ochy  i achy. A tymczasem to właśnie dojrzałe motylki szukają najlepszych miejsc do złożenia  jaj z których wylęgną się paskudne gąsieniczki.  Nie ma lekko, chcesz  mieć człowieku w ogrodzie motyle,  zadbaj o żer  dla gąsienic. Sprawdza się to z rusałkami ( pokrzywnikiem, osetnikiem, pawikiem, admirałem ), modraszkami, paziami królowej ( wabionymi  "na koperek"  ). Nie tylko sadzić nektarodajne cudne jeżówki czy rozchodniki, trzeba pogodzić się z obecnością w ogrodzie tak  pięknej rośliny jak pokrzywa czy tak  "zwyczajnej" jak koperek.


Świerszcze, pasikoniki - niektórych niemal  nie widać ( ale za to słychać że ho, ho  ), inni są baaardzo dobrze widoczni nawet z daleka.  Świerszcze nie są specjalnie urodne za to pasikoniki zielone to klękajcie narody! Niestety kotom też się podobają! Na szczęście  nie są w Alcatrazie rzadkością.  Uwielbiam je focić , są niezwykle fotogeniczne.  W ogóle lubię się przyglądać życiu  owadziego sąsiedztwa.Bo po prostu lubię moich maleńkich sąsiadów. Oczywiście są wyjątki, z których jeden szczególnie mnie wkurza - nie lubię mrówek. Tratatata wiem, ekologia - ale wpieniają mnie te zakusy na zdobywanie nowych terytoriów pod mrowiska.  Zazwyczaj najlepiej założyć  mrowisko tam gdzie rośnie jakaś rarytetna  roślina. W związku z takim podejściem mrówek do mojej hodowli nasze stosunki bywają  napięte.  Moje brzydkie o nich myśli zamieniają się w mordercze po każdym użarciu mnie przez mrówę. Nie dość że sąsiedztwo się panoszy to jeszcze zabiera do szczękoczynów! No cóż, wspólne życie to nie tylko blaski ale i cienie. I tym filozoficzno - ciotko elkowym stwierdzeniem kończę ten wpis.