wtorek, 15 grudnia 2020

Codziennik - niedzierla śpięca, stawiający włos na grzbiecie poniedziałek, komusze wtorkowe wspominki

Zgniło, buro i jakoś tak przyciężko było w niedzierlę. Koty oburzone na mła bo przez dwa dni jadły suche (  co prawda z surową wołowiną ale kto by tam zwracał uwagę na taki szczegół, samo suche  było, znaczy niedopieszczenie ). Szpagetka jak się nażarła to przyszła na wyro do zalegającej mła ( podstępnie wykorzystałam ich porę posiłku coby się wślizgnąć i trochę  poleżakować ), stanęła na niej  i wydawała z się oburzone skrzeki jaka to ze mła niedobra mami, karmi źle  i jeszcze śpi we własnym wyrze. Mła musiała ją spacyfikować  i zagarnąć pod kordłę coby inne nie usłyszały i pretensji nie wnosiły. Pod kordłą nielegalnie przebywająca zaczęła się ślinić , kanarkować i mruczeć oraz "udeptywać" mła leżąc na boczku i mła musiała pod groźbą słyszalności odgłosów szczęścia zwabiających konkurencję zająć się potworkiem i smyrać, głaskać oraz puchać zamiast kurtularnie zagłębić  się w lekturze, jak to zamierzała uczynić. Popieściwanie z potworkiem niesie  ze sobą niebezpieczeństwo opadnięcia powiek  i to się właśnie mła zdarzyło, mła przespała niedzielny wieczór ze Szpagetonem w objęciach. No ani  nic pożytecznego domowego w tę niedzierlę nie wykonała  ( obiadek się nie liczy bo to jest codziennik a poza tym mła tylko robiła  smażeninę, lżejsze  przygotowała Małgoś - Sąsiadka w ramach programu "Nie dajmy się starości" ), ani nawet się nie ukulturalniła. Bezczelnie chrapała razem z kotą. Kiedy otworzyła  ślepia na wyrku była już cała  piątka rozmiaukująca między sobą o kolacyjce. Mła wstała coby zapodać i jakoś się zorientować w porze nocnej. A tu godzina przedpółnocna  a mła wyspana! Przed nią nocka  a nazajutrz  groza sennego poniedziałku.



A poniedziałek zaczął się dodupnie i to tak jak mało który. Covid nie jest dżumą  ale jak trafi na słabego to się dzieje. No i trafił bardzo blisko mła, że tak to określę. Za dobrze nie jest bardzo oględnie pisząc bo klasyczne pogorszenie w drugim tygodniu, astma od dawien dawna, respirator i prognoza na dwoje  babka wróżyła przy czym babka wredna i mła  ma bardzo złe przeczucia ( mła nienawidzi mieć takich zdziwności  bo one się  jej "sprawdzają"  ). Wiek daje nadzieję ale astma bardzo ale to bardzo pogarsza rokowania, szczerze pisząc całą rodziną nieźle trzepnęło a już szczególnie naszym Tatusiem.   Ciężko bardzo. Mła znów  zrobiła  się wyjątkowo zła  na zarazowe histeryczne tony mendiów, na durne kwarantanny i przede wszystkim  na niemoc służby zdrowia co to miała się  finansować jak te spółki prawa handlowego. Na te wszystkie napędzane przez mendia tzw. oczekiwania  opinii publicznej czyli okazjonalne humbugi typu szpitale narodowe, respiratory co ich nie ma, dupochrony władzy pod tytułem kwarantanny i  maseczki zawsze i wszędzie jak i te nieoczekiwane nieokazjonalne idiotyzmy pod tytułem kosmodrom w Baranowie, czy przekopy nadbałtyckie na które idzie kasa która powinna iść  na zupełnie cóś innego.

Choćby na produkowanie czy sprowadzanie leków nowej  generacji na choroby przewlekłe a właściwie to na uporządkowanie spraw z koncernami  farmaceutycznymi bo to jest problem podobny  do tego z opieką medyczną i na znacznie szerszy dostęp  do świadczeń  medycznych dla społeczeństwa. Mła ma  szczerze dosyć  i  przypuszcza  że nie tylko ona tak ma, tego nadgniłego systemu w którym  niewidzialna ręka  rynku zamieniła się w świetnie  widoczną łapę zagarniającą zyski krótkoterminowe  ( tak się dzieje  kiedy w ekonomii  pojęcie  strategia jest mylone z taktyką ) kosztem wydudkanych którym się uwierzyło we własną  ważność i scęście, bo wmówiono im  że  rzucane ochłapy to zdobycz socjalna  że ho, ho i jeszcze raz ho. Oby z tego zamknięcia społeczeństw cóś nowego się wykluło  bo  obecny "system operacyjny" jest na skraju wydolności. To dotyczy nie tylko naszego podwórka, problem jest globalny. Jeżeli ta socjotechnika którą mła wyczuwa od początku tej całej  historii z pandemią ma czemuś dobremu służyć  to oby właśnie uświadomieniu sobie potrzeby zmiany tego chorego systemu.



W ramach odseparowania  się od własnych ciężkich myśli mła udała się  na spacer zakończony zakupem  kociego żarła, przy okazji zerknęło  jej się na sklep IKEA w którym planowała  przy najbliższym obsypaniu forsą dokupić  zielonych szkiełek. Hym... a tu zonk, ani jej szkiełek urodnych ani w ogóle niczego świątecznego  z wyjątkiem adwentkrantzów bombkowych - wzięło i wymiotło. Mła pierwszy raz  takie przedświąteczne  wymiecenie  widziała, poczuła  się  jak za komuny, kiedy lepsiejsze  bombki się załatwiało. W  ogóle  mła się ostatnio czuje  jak za komuny bo:  na demonstracjach leją, rzundzące politykę międzynarodową  robią tak jakby nie wiedzieli czy chcą sankcji jak za Regana  czy pożyczek jak za Gierka, politykę  wewnętrzną robią za to tak że zaczynamy mieć  "przejściowe trudności" ( tylko patrzeć  jak zabraknie sznurka  do snopowiązałek ), Kościół udaje przewodnią siłę narodu, szpitale udają  że leczą, szkoły to gorzej niż  za  komuny bo już nawet nie udają że uczą, wyjechać cinżko bo  granice nagle wyrosły, no wicie mła zna  takie  klimaty z młodości. Dejavu  czy cóś jakby jej  się zrobiło. Mła sobie teraz może ćwierkać "A nie mówiłam!" tylko co jej z tego, satysfakcja  żadna bo komuszy smrodek przytłacza. Już o tym ona nie raz pisała. Mła przyuważyła jednakże  że tenże nieświeży zapaszek komuny podobie się  licznej grupie 60+ , ludziska wyraźnie ucieszone  powrotem do czasów młodości . Mła nie wie czy  to wybiórcze wspominki przesłaniają miniony całokształt czy nostalgia za czasami kiedy biust nie zwisał, posiadało się własne zęby i włosy, ale wyraźnie widzi że podróż nasza  narodowa do świata dawno minionego całkiem sporej grupie obywateli leży i oni wręcz chłoną klimat, psiocząc niby na jakichś  tam  rzundzuncych bo przeca za ich młodości tyż  się psioczyło ale póki kiełbasa nie osiągnęła ceny 150 zł  za kilogram to się  na psioczeniu kończyło i teraz tyż  się kończy bo się  drugą młodość przeżywa i pławi w rzeczywistości którą się rozumie. Tyle że ta grupa właśnie zaczęła wielkie wymieranie ( żaden covid, zwykła  biologia  - wyż powojenny będzie nam się zwijał ) więc  pewnie sentymentalne rePeeReLowanie trza łapać bo zaraz go nie będzie, zmiana pokoleniowa na horyzoncie i odejdą nie tylko wybrani zarzundzający  "co dają" ale i ta cała smrodliwa otoczka.


Mła przytłoczona porannymi wieściami się przeraziła z lekka   mijającego czasu, starość poczuła po jestestwie i w związku  z tym postanowiła tyż  troszki porozkoszować  się postkomuną zanim przyjdzie nowe i zmiecie. Należy jej się, przeca ona tyż pamięta te wywczasy w Bułgarii, talony na maluchy i dekoracje  z puszek  po piwie. Mła w  celu  porozkoszowania się weszła  do mięsnego w  którym towaru  jak w dawnych sklepach z  żółtymi firankami. Mła zagaiła do znajomej sprzedawczyni - Czy jest coś zjadliwego? Pani Danusia do mła - Jest wieprzowina ale pompowana, wołowiny dobrej nie ma. Mła - Jak to nie ma? Pani Danusia uspokajająco - Będzie jutro.  Bo tej co jest dzisiaj to pani koty do pyska  nie wezmą. Mła zapytowywuje - A co z nią nie tak? Pada - Pompowana! Może sobie pani dla siebie wziąć i ugotować. Mła zaczyna ćwierkać że ona to też  by chciała cóś dobrego zjeść. Pani Danusia okazuje serce - To ja jutro tej dobrej trochę dla pani odłożę więcej. Mła odchodzi usatysfakcjonowana tak jak odchodziła w latach 80 ze sklepu zakładowego w którym zrealizowała kartki zakupując rarytetne części tusz zwierzęcych. No prawie spod lady jej się miącho udało dostać, prawie spod lady!  A tak nawiasem pisząc  to mięso pompowane wydawa się jej odpowiednikiem dawnych "parówek z papierem toaletowym". Podobno z wędlinami jest jeszcze ciekawiej  niż  z miąskiem  bo to jest  jak wyrób jedzeniopodobny ( za czasów młodości mła  w sklepach  było coś nazywanego wyrobem czekoladopodobnym, członkini jej najbliższej rodziny po spróbowaniu onego wyrobu odkrywczo choć mało elegancko  stwierdziła "To gówno!" ).

Mła tak naprawdę nie wie bo wędliny jada rzadko, a nawet bardzo rzadko, ale ponoć obecnie wędliny nie różnią się  smakiem. Pabasia ostatnio myślała  że ma objaw covidowy bo jedyne co czuła to słoność wielką różnych wędlinek zakupionych z okazji imienin. Hym... nieliczni uczestnicy jej  kameralnej imprezki tyż się zaczęli obawiać  o zdrowie ( a wszyscy w wieku słusznym, powyżej 80 ) bo odczucia mieli podobne. Dopiero przetestowanie na wnuczku jednej z uczestniczek imprezy, któren był  po babcię przyjechał,  plasterków rarytetnej wędlinki uświadomiło zebranym że z nimi  to OK, kubki smakowe nie zaatakowane, gorzej z wędliną. Młody wypasiony przez babcię na prawdziwym żarciu przemówił  - Co za góhhhh....yyyy... jak się nazywa ta szynka? Pabasia triumfalnie zaćwierkała  - Taka a taka, czterdzieści sześć zł za kilogram to gówno kosztuje! Wszyscy odetchnęli z ulgą bo cóś  już  podobnego w życiu  ich trafiło. Jadali ersatze w młodości. Mła doszła do wniosku że obecne wędliny to odpowiednik żółtego sera z lat 80. Gouda, Edamski czy Morski - wszystkie dokładnie smakowały tak samo paskudnie niedojrzałym serem. A na półkach sklepowych  robiły za wypełniacz na równi z octem i musztardą. Niby się zmienia a się nie zmienia, ta pozorna zmienność pewnie ludzi na starość pociesza. Może w pewnym wieku człowiek  rzeczywiście dochodzi do wniosku  że im więcej zmian tym bardziej  nic  się nie zmienia?  Hym... mła nie wie, jest za młoda, ciągle wierzy w wieczną zmianę. No i chłonie naszą postkomuszą realność zanim przeminie.

Dzisiejsze  foty  to manewr okrążający w wykonaniu Szpagetki z Mrutkiem w charakterze okrążanego ( Mrutek cóś tam pomrukiwał że on jest bastion ), pełen nielegal koci włącznie z przebieżką po pościeli, zaleganie  towarzystwa ( Sztaflik i Pasiak dołączyli ), szkiełka mła wraz z osławionym bałwankiem i taki uspakajający muzycznik.


piątek, 11 grudnia 2020

Smutno, śmieszno i tak sobie

Mła sobie tak jakoś grudniczy powolutku, napinkę miejscami  jeszcze ma ale już taką mniej napiętą. Małgoś - Sąsiadka, Pabasia i Ciotka Elka  usiłują świątecznie brykać ale mła zręcznie usadza towarzystwo. Jedynie Cio Mary nie daje się wciągnąć w żadne świąteczne przygotowania no ale  Cio Mary nie ma teraz  głowy na jakieś tam słodkie popierdółki wypiekowo - strojeniowe. Mama Wujka Jo, Daniela, zachorzała nerkowo a jak się ma 100 lat to zachorzenie nerkowe nieprzeziębieniowe jest bardzo niebezpieczne. Cio Mary nie miała ostatnio dla mła uspokajających wiadomości, szczerze pisząc to mła się martwi bo widzi że to nie idzie w dobrą stronę. Tylko że  pomóc w przezwyciężaniu  choróbska za bardzo nie ma jak, należy tylko liczyć na resztkę sił organizmu Danieli i zdawać sobie sprawę że człowiek  nie samochód i silnika z gaźnikiem i skrzynią biegów  mu nie wymienią. Mła ma nadzieję że  się jakoś  Danieli uda i mła nie dostanie telefonu z niechcianą wiadomością. Z drugiej strony mła jest realistką i powolutku przygotowuje z Cio Mary naszego Wujka Jo do konfrontacji z nieuniknionym. Mła tyż  się będzie musiała skonfrontować z nieuniknionym bo Daniela towarzyszyła jej w jakimś stopniu przez całe młowe  życie, przeca ona pamięta Mamę mła jako małą dziewczynkę. A teraz jeżeli Daniela zgaśnie to z nią zgaśnie i  jakaś pamięć o inszych  bliskich mła. Myśleć mi się w ogóle na ten temat nie chce, niespodziewane odejście Pana Andrzejka dało mi już popalić a tu jeszcze to.
 
Ze spraw śmiesznych ( szczęśliwie smętne strony życia  równoważy jego śmieszność ) - nasze polityczne odniosły kolejne sromotne zwycięstwo na drodze ku jarzeniowej przyszłości, mła  nie jest  na tyle naiwna  żeby naprawdę oczekiwać seppuku naszego mynistra od niesprawiedliwości ( miękiszon przekonywałby że to nie miało być seppuku tylko sudoku ) bo te spółki skarbu państwa takie fajne pensje płacą  a pewnych rzeczy nie robi się rodzinie, zwłaszcza przed rodzinnymi  świętami. Zatem mła proroczy że będzie jak do tej pory było a może nawet weselej. Najbardziej  wpływowy duchowny jedynie słusznej wiary dał w ubiegłym tygodniu taki występ że zatkało nawet co bardziej  logicznie myślącą konserwę, że o zwyczajnych katolikach ledwie napomknę. Tu mła proroczy zmierzch, kiedy skończy się dojenie państwa i pieniążki przestaną  napływać do zakonu,  ojczulek zostanie nagle zdyscyplinowany dzięki cudownie wyprodukowanemu poczuciu przyzwoitości  u jego przełożonych. Takie nadprzyrodzenie, prawie że biblijne. No ale dopóki ojczulek  przynosi wydojoną kasę będzie mówił co chce więc jeszcze przez jakiś czas będziemy się zapluwać  albo ze złości albo ze śmiechu, w sumie za nasze pieniądze to zaplucie. Zagramanicą UE i Brytole kombinują  jakby tu przedłużyć okres przejściowy tak żeby się  to nie nazywało przedłużeniem okresu przejściowego, Naczelny Rosji został zaliczony w poczet bóstw, a Ryży z Hameryki dalej zbiera kasę "na sfałszowane  wybory" czytaj kosi forsę dla siebie  bo business is business a naiwni sami się proszą o ogolenie.
 
Ze spraw takich sobie - mła nie zdążyła sfocić  śniegu co spadł w mieście Odzi bo się wziął i rozpłynął. Leżał w nocy a bladym świtkiem popłynął. W związku ze  śniegiem koty postanowiły korzystać  z życia nocą i mła  musiała robić za okienną.  Żadnego płacenia z ich strony za wejście, choćby cichej mruczanki mła nie usłyszała.  Nawet ocierek nie było! Tylko do michy i z powrotem na śnieg! Egotyzm, egoizm  czysty i brak wyczucia  z ich strony, zapamiętam przy dzieleniu mięskiem.  Teraz mła się zmusi i pożre  większą część tej indyczyny co dla nich kupiła. Mła nadal zapamiętale kominkuje, sama sobie grozi kupieniem kolejnych olejków ( marzy jej się tatarakowy inaczej zwany kalamusowym ). Mamelon pozazdrościwszy mła postanowiła nabyć lepsiejszy kominek, wybrała bardzo ładny z glinki biało szkliwionej. Niestety kominek kupiony w necie, do Mamelona dotarł w kawałkach co  ją rozsierdziło bo był to kominek "ostatni na stanie".  Pieniędze zwrócą ale co z tego, kominka ni ma. Pocieszająco i eksperymentalnie  paliłyśmy u Mamelona lawendę, cynamon, bergamotę i olibanum, z odrobiną neroli i mirtu w jej starym kominku, który Mamelon zakupiła w czasach kiedy o kominkowaniu nie miała  pojęcia. Wody trza  było co i raz dolewać  co nie jest praktyką wskazaną przy kominkowaniu. Rozeźlona Mamelon wyszukała żaroodporną szklaną miseczkę i zaczęła  przemyśliwać nad konstrukcją na której  ją umieści. To ma sens  bo szkło dobrze się czyści z wypalonych olejków.
 
Dzisiejszy wpis  ilustrują stare pocztóweczki ze świątecznymi  pieskami i kotami a w muzyczniku Joni Mitchell i jej wersja Blue Christmas, mła bardzo lubi tę piosenkę bo czasem czuje że też chciałaby mieć  rzekę.

czwartek, 10 grudnia 2020

Roma - Palazzo Corsini

Narodowa Galeria Sztuki Antycznej Palazzo Corsini  mieści się w Palazzo Corsini alla Lungara w dzielnicy Trastevere  w Rzymie, tuż obok a właściwie  to na przeciw Villa Farnesina . Muzeum, będące częścią kolekcji Narodowej Galerii Sztuki Starożytnej ( pozostałe części tej kolekcji znajdują się w Villa Borghese i Palazzo Barberini ), posiada   głównie zbiory malarstwa włoskiego i flamandzkiego z okresu od XVI do XVII wieku. To  nie jest jedyny Palazzo Corsini we Włoszech, istnieje kilka pałaców należących do różnych linii tej florenckiej rodziny ( we Florencji znajduje się  Palazzo Corsini al Parione, na  brzegu Arno ). Rzymski przybytek   nazywany Palazzo Corsini alla Lungara, powstał dopiero kiedy członek tego rodu Lorenzo  Corsini został papieżem Klemensem XII. Nie znaczy że przedtem  na tym  miejscu nic  się nie znajdowało. W XV wieku stał tu budynek wzniesiony przez rodzinę Riario. W tym palazzo w latach 1659–1689  pomieszkiwała  po abdykacji ekscentryczna królowa Szwecji Krystyna. Pod jej patronatem odbywały się tu pierwsze spotkania rzymskiej Accademia dell'Arcadia . W 1736 r. Florencki kardynał Neri Maria Corsini, bratanek papieża Klemensa XII (  ach, ci nepoci, jak  bez nich rządzić? ), nabył willę i ziemię oraz zlecił zaprojektowanie nowego  budynku w który włączono starsze struktury. Pracy podjął się Ferdinando Fuga ( ten facet który zaprojektował fasadę wejściową Bazyliki Santa Maria Maggiore ). Podczas napoleońskiej okupacji Rzymu w pałacu "gościł" Józef Bonaparte. W 1883 roku pałac ten wraz z zawartością został sprzedany państwu, a kolekcja dzieł sztuki jest eksponowana w miejscu do którego owe dzieła pierwotnie  kupowano. Tereny przyległe do  pałacu czyli ogrody na wzgórzu Janiculum nalezą  dziś do Orto Botanico dell'Università di Roma "La Sapienza".


Pierwotne jądro kolekcji powstało w XVII wieku dzięki zbiorom kardynała Neri Marii Corsiniego, do których w pierwszej połowie XVIII wieku dodano inne dzieła zbierane prze członków różnych gałęzi rodu Corsini, a także różne "zdobycze" pozyskane przez "darowanie". No wicie rozumicie, wypadało cóś ładnego papieżowi przywieźć, albo jakaś miłą dla oka łapóweczkę wręczyć jego bratankowi, który tak wiele  mógł w Państwie Kościelnym załatwić.  Kolekcja obejmuje szeroki wachlarz dzieł sztuki,  głównie włoskiej od wczesnego renesansu do końca XVIII wieku. Posiada dzieła o tematyce religijnej i historycznej, a także pejzaże i obrazy rodzajowe oraz portrety . Najwięcej w tych zbiorach jest malarstwa włoskiego baroku (  zwłaszcza rzymskiego, bolońskiego i neapolitańskiego ) oraz ważnych przykładów dzieł  tzw. bamboccianti ( tak nazywano malarzy działających w Rzymie od około 1625 do końca XVII wieku którzy byli cudzoziemcami, najczęściej byli to holenderscy i flamandzcy artyści, którzy przywieźli do Włoch tradycje przedstawiania chłopskich tematów z XVI-wiecznej sztuki niderlandzkiej i tu tworzyli małe obrazy gabinetowe lub ryciny przedstawiające codzienne życie niższych klas w Rzymie i na pobliskich wsiach ) i malarzy krajobrazowych.  Nie znaczy że w galerii nie ma wcześniejszych obrazów. Jest troszki  "prymitywistów"  włoskich, między innymi braciszkowie - Fra Filippo Lippi i Fra Angelico ( błogosławiony  dominikanin  malujący słodko i pięknie ).  Dla mła ten ostatni miejscami  już wyrasta z "prymitywistów", to  jest  troszki inna bajka.


Renesansowe malarstwo wpadło mła w oko za sprawą obrazu Giovanni Anotnio Bazziego, to jego  Mojry czy też Parki macie na fotce powyżej.  Należał do grona tzw. leonardian, jeden z brytyjskich historyków sztuki określił tę artystyczną grupę dość złośliwie i zarazem zabawnie jako "Uśmiech kota z Cheshire bez kota". Taa, smutny jest los epigonów. Mła  bezczelnie śmie twierdzić że przynajmniej dwóch malarzy zaliczanych  do tej grupy miało cóś od siebie do dodania - pierwszy  to Quentin Massys a drugi to właśnie Giovanni Antonio  Bazzi zwany Il Sodoma ( jeżeli wierzyć plotom Vasariego  to Bazzi zawsze otaczał się "chłopcami i młodzieńcami bez brody, których kochał bardziej niż przyzwoitość nakazywała" ).  Jest też bardzo dobry Bassano ( mła oczywiście zamiast na św. Rodzinę i pasterzy gapiła się na zwierzęta ) i św. Rodzina pędzla Andrea del Sarto ( piąta fota od  góry )  po oblookaniu której Dżizaas stwierdziła że rozumie moją atencję dla  włoskiego manieryzmu. Pewnie gdyby podejrzewała że Annibale Caracci, autor tego malowanego tabernaculum z  fotki powyżej , tyż manierysta to by ją  znów zdziwko wzięło, he, he, he.  Mła przyznawa że wpadały  jej w oczęta nie tylko dzieła najwyższych lotów, np. popłuczynka po Albrechcie Dürerze jej się wydała  godna uwagi. Zająca poniżej namalował akwarelą niejaki Hans Hoffmann, facet który zżynanie z Albrechta wzniósł na inny poziom. Podobnie zwróciła uwagę na "Złożenie do Grobu" pędzla Sisto Badalocchio i oraz o smutku przemijania autorstwa  Angelo Caroseliiego ( to ten poniżej z boczku ).



Jednakże naprawdę mocno i solidnie mła się zatchnęła w tym muzeum malarstwem barokowym. Zacznę z grubej rury - Michelangelo Merisi da  Caravaggio i  powalający Jan  Chrzciciel. Rozpisane na trzy kolory i mnóstwo odcieni solidne studium. Mła się wgapiała w czym szczęśliwie nie przeszkadzały jej światła, wyjątkowo w tej galerii  paskudnie rozmieszczone ( trzeba było sztuki wyczyniać żeby obrazy obejrzeć bez  blików sztucznego światła na ich powierzchni ). Caravaggio namalował cóś kole ośmiu  obrazów przedstawiających Jana Chrzciciela. Jan był dość popularnym motywem, że tak   profańsko rzecz ujmę. Jego przedstawienia są powszechne choć rzecz jasna ich koncepcja się zmieniała. Na   czternastowiecznych  czy piętnastowiecznych obrazach   dojrzały mężczyzna rozpoznawalny  był jako ten konkretny święty  po atrybutach takich jak:  miska, krzyż trzcinowy, skóra wielbłąda i żywy baranek. Najpopularniejsza malarska wizja Jana  przed kontrreformacją to scena  chrztu Jezusa dokonywanego przez Jana, czy też bardzo popularnego w czasach renesansu  niemowlęcia Jana Chrzciciela wraz z niemowlęciem Jezusem i Marią, jego matką ( grupa ta była  często uzupełniana przez  matkę Chrzciciela, św . Elżbietę ). Sam Jan na pustyni był mniej popularny, ale nie był nieznany. Dla młodego Caravaggia Jan niezmiennie był samotnym chłopcem lub młodzieńcem na pustyni. Obraz ten był oparty na stwierdzeniu z Ewangelii Łukasza, że "dziecię rosło, umacniało się w duchu a przebywało na pustyniach aż do dnia, gdy się objawiło Izraelowi".  Oprócz tych prac przedstawiających samego Jana, głównie z  wczesnych lat, Caravaggio namalował trzy sceny dotyczące Janowej śmierci:  egzekucję i dwie ponure Salome z głową świętego. Co by była  jasność Caravaggio nie był pierwszym artystą, który potraktował Chrzciciela jako tajemniczy akt męski - były wcześniejsze przykłady takiego potraktowania tematu - prace Leonarda, Rafaela, Andrei del Sarto i innych. To co odróżnia Janów Caravaggia od Janów innych malarzy to realizm  i bijący po oczach dramatyzm przedstawień. Żadnego idealizmu, chłopak z krwi i kości.  Ludzie tamtej epoki nie byli przyzwyczajeni  do takich przedstawień świętych, realizm oburzał bo pozwalał zadawać pytania na temat kondycji świętości. Zdziwne jak na  kontrreformacyjny Rzym, stąd różne problemy Caravaggia z duchowną klientelą.


Kolejne  zatrzymanie na dłużej przy obrazie miało miejsce w salce  gdzie wiszą "Rubensy". Mła oblookała te lwy i tygrysy z warsztatu, zawiesiła oko na św. Sebastianie ale dopiero  głowa starca wywołała u niej  efekt wow. Mła się kręciła i wracała do tego  obrazu ( fotka obok ). Ta pięknie malowana głowa przemówiła do mła w znacznie mocniej  niż Madonna della Paglia  Antoona van Dycka czy słynna  Madonna z Dzieciątkiem której autorem jest Bartolomé Esteban Murillo.  Jeżeli  mła  ma być szczera to jedyna Madonna która zrobiła na niej większe  wrażenie to  ta która wyszła spod  pędzla znacznie mniej sławnego malarza. Mła  pisze tu o Orazio Gentileshim, malarzu wywodzącym się z kręgu caravaggionistów, jednym z nielicznych który spod wpływu wielkiego  Michelangelo zdołał się wyzwolić. Jego Madonna z Dzieciątkiem  ( na fotce poniżej ) przypisywana  była niegdyś  Caravaggio, mła nie wie dlaczego bo odrębność malarska Orazio, jego własny styl jest w tej pracy widoczny jak na dłoni ( podobnie jest z Carosellim, jego prace też mają pewien odrębny rys, wyróżniający je  od dzieł mistrza czy innych  caravaggionistów ).  Mła się zatrzymywała co i raz przy obrazach Mattii Pretiego, Jusepe de Ribery czy ucznia Ribery, znanego ze zjadliwości i braku poszanowania  autorytetów Salvatora  Rosy ( jego  "Tortury Prometeusza" nie da się odzobaczyć, niestety, aż dziw że specjalista  od krwawych scen potrafił subtelnie malować   krajobrazy przesycone przejrzystym  powietrzem ). Mła podziwiała też elegancką "Salome" Guido Reni ( fotka poniżej na boczku ) prezentującą głowę  Jana Chrzciciela jak wypiek na konkurs ciast ( wszystko tu jest tak estetyczne  że  aż się  oczekuje z ust Jana padających słów "Pierwsza nagroda dla nas", zabójstwo w stylu soft ).
 

Największe wrażenie na mła zrobił  św. Paweł  czyli autoportret Rembrandta z 1661 roku. Po  pierwsze to jeden z bardzo nielicznych  obrazów Rembrandta  we włoskich kolekcjach ( Włosi  namiętnie zbierali  jego sztychy ale z obrazami było gorzej ), po drugie jest to Rembrandt  dojrzały i w tzw. najlepszej odsłonie ( tzn. nawet gdyby to płótno było innego autorstwa to obraz jest świetny bo jest świetny, nieważne  kto malował ) . Obraz ma  zawiłą  historię, jest to istna plątanina prawno - właścicielska w stylu horror i thriller  w jednym. Tak po prawdzie to nielegalnie był sprzedawany przynajmniej dwukrotnie. Sprzedaż która nie budzi wątpliwości to  ta której dokonała  Marie-Thérèse Gosset wdowa po dyrektorze Akademii Francuskie, która w roku 1737 sprzedała obraz za sto scudi kardynałowi  Neri Marii Corsiniemu.   Obraz jest dziś własnością Rijsksmuseum ale został wypożyczony do Galleria Corsini i jest wystawiany we Włoszech po raz pierwszy od 1799 roku.  Czasowy powrót "Św. Pawła"  Rembrandta był fetowany jako właściwe zakończenie jednej z wielu  wędrówek dzieł sztuki po rewolucjach i politycznych wstrząsach. Galeria stanęła na wysokości zadania,  obraz ma własne sale w której oprócz grafik Rembrandta są tylko dokumenty rodziny Corsini zachowane w Archiwum Corsini w San Casciano in Val di Pesa,  seria rycin z kolekcji Corsini zachowanej w Centralnym Instytucie Grafiki, oraz obraz Pietro Paolo Cristoforiego "Portret Klemensa XII z kardynałem Neri Marią Corsini" i portret Tommaso Corsiniego autorstwa Pietro Benvenutiego .  Rembrandt, który przedstawił siebie  na rysunkach,  rycinach i obrazach, tym razem przedstawia się jako św. Pawła apostoła ludu. W rzeczywistości  dopiero od 1919 roku nazywa się  ten obraz przedstawieniem św. Pawła, przedtem uważano go  po prostu za autoportret. Apostoł Rembrandta jest w więzieniu, światło z góry oświetla głowę zakrytą turbanem, rękojeść miecza i rękopis wyłaniają się z płaszcza, widoczne choć z trudem  jest zakratowane okno po prawej stronie. Widać elementy  stanowiące charakterystyczne atrybuty świętego: pisanie lub odczytywanie listów z kazaniami, więzienie, światło, które niegdyś oświetliło Szawła na drodze do Damaszku i zamieniło go w Pawła.  Sportretowany  na tym obrazie Rembrandt liczył sobie wówczas 55 lat i odarty był ze złudzeń choć  nadal jeszcze miał nadzieję ( żył wówczas jego jedyny syn Tytus, po jego śmierci trudno się dopatrzyć  choć śladu nadziei na  autoportretach Rembrandta ). To na tym obrazie widać. Mła zdumiało kolorystyczne bogactwo niby monochromatycznego obrazu. Nie dziwi się  że Rembrandt tak jak Rafael czy Leonardo podpisywał się tylko imieniem, musiał mieć  świadomość nie tylko swojej odrębności ale i wielkości. Hym... widać  że mu to ciążyło, na tym autoportrecie widać że bardzo mocno.

Jeśli chodzi o grafiki ze zbiorów Corsinich to jest sporo małych autoportretó ale nie tylko. Wśród nich wyróżniają się  słynne "Trzy drzewa"  z widokiem Amsterdamu z 1643 roku.  Jest też "Chrystus uzdrawiający chorych",  grafika znana też jako "Druk za sto florenów".  Grafika nie jest opatrzona ani podpisem, ani datą, ale uważa się że pochodzi z 1648 roku, owego roku w którym zakończyła się tzw. wojny osiemdziesięcioletnia,  prowadzona o niezależność  Zjednoczonych Prowincji od Hiszpanii. Uważana jest za najpiękniejsze graficzne dzieło artysty. Ta ksywka z florenami wzięła się stąd że rzymskiemu kupcowi, który zaproponował mu kupno partii odbitek Marcantonio Raimondiego za sto florenów, Rembrandt zaoferował w zamian tylko tę grafikę. 


Niestety wystawa prac Rembrandta jest  tylko czasowa, należy  żałować a z drugiej strony można oczekiwać inszych czasowych wystaw. Pod koniec  XVIII wieku z Włoch wyprowadzono mnóstwo dzieł sztuki za sprawą Francuzów, na ogół przywykło uznawać się Brytyjczyków i Niemców  za grabieżców  kultury, Francuzi im dorównują. Z Francji mnóstwo tego dobra się rozpełzło po  Europie i nie tylko.  Kto wie  skąd jeszcze przyjadą dzieła dawnych mistrzów do włoskich muzeów na wystawy czasowe? XVIII wieczne malarstwo w zbiorach Galleria Corsini to piękne weduty i pastele.  Weduta to nic inszego jak obraz, rysunek albo rycina, przedstawiające widok miasta lub jego fragment, często ze sztafażem czyli scenką rodzajową. Wyrosła z XVII wiecznych kompozycji malarskich łączących elementy architektury rzeczywistej i fantastycznej lub tylko fantastycznej, zwykle z przesadnie podkreśloną perspektywą ( nazywano to prospektem ). W XVIII wieku zrobił się z tego mały przemysł, weduty były chętnie kupowane - cóś jak widokówka z miejsc sławnych z urody. Przedstawiano panoramy, kosmoramy, mariny i tym podobne cudowności. Malowano przy pomocy nauki, znaczy camera obscura pozwalała na uzyskanie rezultatów jak najbardziej zbliżonych do realnych widoków. Mła Wam tu prezentuje prace których autorami są Luca Carlevarijs i Giovanni Antonio  Canal, zwany il Canaletto ( wuj Bernarda Belotto ). Pastele miłe dla oka to dla mła przede wszystkim urocze obrazki Rosalby Carriery ( fotka obok ).


Na  koniec mła przedstawi  Wam głupawkę, cóś co razem wykombinowali malarze Anton Raphael Mengs i Giovani Casanova ( brat awanturnika i bon vivanta Giacomo ). Nie do końca jest jasne  czy  praca Casanovy i Mengsa została użyta przez tego  ostatniego w porozumieniu  z Casanovą czy to był tylko i wyłącznie pomysł drogiego Giovanniego.  W każdym razie w 1758 roku  ta dwójka lub tylko jeden z nich postanowił zakpić ze znanego ze swojej archeologicznej pasji historyka sztuki starożytnej Johanna Joachima Winckelmanna. Przedstawiono  mu jako  autentyk dziełko pod tytułem "Jupiter całujący  Ganimedesa", fresk rzymski nastojaszczi.  Najśmieszniejsze  że Winckelman  dał się nabrać, no bo tu przeca mniłość homoseksualna starożytna  jak najbardziej, sam temat już wydawał mu się metryczką dzieła. Ta historyjka  skończyła się przykro,  sprawa się rypła i w 1765 roku Winckelman zerwał długoletnią przyjaźń z Mengsem. Ciężko  mu się było przyznać  przed sobą do przeceniania swojej znajomości antyku, skupił  się na dowaleniu przyjacielowi. Zdaniem mła tak dużo  poświęcił  budowaniu swojej pozycji ( w końcu był synem szewca a przyjmowano go z atencją na cesarskim dworze ) że nie rozumiał żartów ze z takim trudem zdobytego autorytetu. Takie przypadki nie są wcale  tak rzadkie, co i  raz  któś  się  obrusza za różne domniemania i "szarganie świętości". Dla mła jest tajemnicą dlaczego dziełko  tak odległe od klasycznego malarstwa rzymskiego można  było uznać za autentyczne. Hym... no ale mła jest bogatsza o wiedzę która przyszła po Winckelmanie, a właściwie za jego sprawą. Trza zatem być wyrozumiałą wobec Johanna.
I to by było na tyle o Palazzo Corsini  i znajdującej się w nim galerii sztuki. Mła posłużyła się w  tym wpisie fotami z domeny publicznej, jej aparat ładował się w mieszkanku na Castel Gandolfo.

wtorek, 8 grudnia 2020

Takie tam grudniczenie


No i prawie koniec pierwszej dekady grudnia. Dobrze że tak szybko ten grudzień jej  leci bo  mła cierpi z powodu ciemności zapadającej zbyt wcześnie. Mła sobie z tego powodu  współczuwa ale i tak  ma dobrze, w Skandynawii noc cóś dłuższa. Zarządziłam chałupny czas zimowy i w związku z tym zmieniłam wystrój  łóżkowy. Kocyk panterka i jesienne poduchy po wypraniu powędrowały do szafy, czas na bielo - beże i spanko w "świątecznej" pościeli ( oczywistą oczywistością jest kto pierwszy pojawił się na świeżo założonej pościeli - absolutny nielegal i wogle niesubordynacja z tych zagrożonych wpisaniem  w zeszycik ). Na fotkach wyżej ostatnie jesienne zalegania, państwo  kotostwo znów zajęło  wyro i miało do mła pretensje że ma takie  głupie zachciewajki typu przespać by się gdzieś. Na fotkach poniżej sesja "zimowa", dla mła niby zostało miejsce "w nogach" ale kiedy mła chciała skorzystać  to już go nie było. Jak widzicie na załączonych obrazkach na  moim wyrku nie tylko kocie chrapanie się odbywało ale trwało w najlepsze życie towarzyskie ( Mrumi basałykował  a Okularia prezentowała wdzięki Pasiakowi, któren cóś nie był zainteresowany, Szpagetka i Sztaflik warczały na resztę stada, zgodnie,  co im się bardzo rzadko zdarza ). Mła  by się nawet w owo życie towarzyskie włączyła tylko  nie ma za bardzo gdzie  się wślizgnąć a koty raz zdobytego terytorium tak łatwo nie odpuszczają. A przeca wszystkie majo swoje  własne spanka, miękusie  podusie i koszyczki. Jednakże  to widać  nie to samo co zdobyczne wyro.

 

Na dworze jesienność jeszcze  po całości ale zapowiadają jakieś  śniegi. Hym... ciekawe jak długo się te śniegi mogą utrzymywać przy plusowej temperaturze, mła  cóś się zrobiła  niewierząca w białą okrywę. Za to jest jak najbardziej wierząca w  gołoledź. Na razie u niej ta zima klimatyczna  wygląda tak cóś jesiennie,  na berberysach są jeszcze listeczki w czerwieniach i pomarańczach, ambrowiec jest nadal wściekle zielony jak rozjuszona rzekotka zielona a śnieguliczki obsypane są białymi owockami. Pomarańczowe i złote są rejony zarośnięte przez ogniki, ich owoce  utrzymują się dość długo, podobnie jak owocki płożącej irgi.  Z mojej wysokiej irgi owocki powoli zaczynają opadać albo któś je wyżera. Mła teraz oko głównie zawiesza na swoich  chojaczkach, mają ładną,  żywą  zieleń a to jest to czego w obecnej  porze mła  bardzo  potrzebuje. Co prawda w domu tyż porasta zielone ale ono jakieś takie mniej  do mła przemawiające. Paprocie zasłoikowane i bluszcze przypominają jej  miłe sercu letnie klimaty ale z kaktusów  to mła cóś mało lata wyciąga, zbyt egzotyczne towarzystwo.  Mła jednak w kaktusowym temacie  nie odpuszcza, do nowego  kłujaczka za  3.50 peelena zakupiła była doniczuszkę za 4 złocisze. Na bogato znaczy było bo oprawka o 50 groszy droższa od klejnociku. Oczywiście kłujaczek, którego mła kupiła należy do pospolitego gatunku Suculent mix. Wicie rozumicie zakup za całe 7.50 ale mła się czuje jak nałogowy palacz po pierwszym zaciągnięciu. Mła w tym roku brakowało zielonych zakupów. No bo one i owszem były  ale w rozpuście zielonej to mła się nie tarzała.



W ogóle ten sezon taki jakiś niewydarzony i to nie tylko ogrodniczo. Przeca gdyby  mła  się na dziko nie uparła coby do Italii jechać na wakacyjny łodpoczynek to w ogóle  byłoby siedzeniowodupowo i smętnie  bo bez oddechu od codzienności. A teraz znów mła się plany zmieniają i mła nie wie czy jej Andaluzja wiosenna wypali i czy czasem nie trza będzie przenieść  imprezki na jesień. No a na jesień  to mła planowała całkiem inszą inszość a Andaluzja  przemawiała do niej wizją kwitnących drzew  migdałowych. Jednakże  nie wszyscy zwiedzacze mogą wziąć urlop w tym terminie co to  jej odpowiada   a pracę zarobkową trza traktować serio i w związku z tym kichowato. Mła się  będzie musiała bardzo solidnie zastanowić nad proponowanym jesiennym zwiedzaniem bo oglądanie spalonej letnimi upałami Grenady czy Sewilli to niespecjalnie jej leży. Jesienią to mła bardziej kuszą insze rejony i mła będzie się musiała upewnić  czy innym zwiedzaczom  jej pomysły podróżnicze się podobią. Mła jeszcze przemyśli czółko marszcząc, mety w  każdym razie  w Andaluzji  sobie zapisała, plan wycieczki ułożyła i zaklęła Mamelonu żeby za wszelką cenę wyleczyła uczulenie ( w związku z czym Mamelon popija piołun  z jeszcze inszym paskudztwem, co znosi dzielnie ). A mła snuje  sobie snujki podróżnicze.


Mła nadal pakuje prezenta i usiłuje robić cóś na kształt magii świąt za pomocą starych i  nowych olejków ( mła musi  dokupić jeszcze olejku bergamotowego, on pasi niemal do wszystkiego ). Kotom wyraźnie się podoba to nawanianie, mła zastanawia się czy aby im  nie sprezentować  na święta  olejku z kocimiętki. Mocno się zastanawia  bo towarzystwo i tak jest cinżkie  do  opanowania a po nawaleniu się kocimiętką może być wobec mła na jeszcze bardziej bezczelne  niż do tej pory. Hym... może ta mirra z sandałowcem,  z mirtem, neroli i bergamotką  wystarczy kotom  i mła do szczęścia? Kiedy  mła do tego  upiecze pierniczki to  będzie woniało wystarczająco pięknie w chałupie. Mła zapali sobie świeczuszki i puści w niepamięć ten szklany świecznik który tak głupio "stał na drodze" kiedy Mruciu i Pasiak spieszyli się na dwór coby Ocelotowi 2 wymiauczeć  że jest kretynem. Co prawda świecznik na stole rzecz normalna, biegające po stole koty  to niekoniecznie ale co tam, Ocelot 2  nie będzie pluł nam w twarz! Poza tym jest podejrzany o wyprowadzenie Okularii w miejsce gdzie podłapała kleszcza ( w grudniu! ), którego madka wyczuła podczas  kontroli pchelnej.  Pchłów niet ale kleszczu opity. Cóś się  te insekty w tym roku zdziwnym zdziwniły. Po mojemu  to powinny dawno ajciu pójść  a nie żywinę męczyć.

P.S. Z  ostatniej  chwili - mła znów zakupoholizm ogarnął,  za całe  10 złociszy nabyła 46 cebulek krokusowych w Leroju, cóś tak wychodzi ciut powyżej 20 groszy za cebulkę. Teraz mła musi poczekać na falę ciepła. W muzyczniku macie  dziś piosenkę życiową, do mła szczególnie przemawia  fraza "podatki uiszcza się też".

niedziela, 6 grudnia 2020

Wpis telegraficzny czyli prawie wrzuta

Mła na szybko bo ma dziś łobowiązki choć niedzierla. Olejki przyszły i mła jest zachwycona. Wczoraj eksperymentowała i zrobiła sobie satysfakcjonujący  ją zapaszek. Małgoś - Sąsiadka  pozazdrościła i mła musi  kupić naprawdę  porządny kominek zapachowy coby staruszkę  uszczęśliwić. Na razie  Małgoś  wykonuje kompozycję zapachową z  boczku wędzonego i cebulki, bo  po wczorajszym kiepskim dniu dziś  lepiej się czuje i uznała że terapia usprawniająca pod tytułem gotowanie obiadku jest w sam raz  na  jej siły.  Mła  prosi o wybaczenie za niedogodnościowanie  ale mła jest w niedoczasie i zaraz musi się brać za pracę, w związku z czym dzisiejszy wpis jest telegraficzny. Mła ma dla Was świąteczny obabrazek i  muzycznik przebojowy.

czwartek, 3 grudnia 2020

Grudniowe dylematy prezentowo - wysyłkowe



No i się zagrudniło znaczy mła zaczęła pakować prezenty. Mła od paru lat kupuje po świętach przecenione bombki a w sezonie świątecznym bezczelnie je pakuje w sposób okazały ( znaczy celofan i mnóstwo wstążek )  po czym  układa je pod chujinką albo inszym stroikiem i kontenplwa. Proceder kupowanie przecenionych prezentów dla bliskich powinien ją napawać  obrzydzeniem do się ale cóś  nie napawa. Zwyrodniała jest, cieszy się że upolowała  tanio podarek, straszna z niej larwa i szczeżuja. W tym roku nie ma pod czym kontemplwać to mła tylko pakuje i chowa do szafy. Teraz  ma ostre myślenie jak ten bombkowy prezent przesłać pocztą i nie narazić go na stłuczenie. No a sami widzicie jakie delikatności mła chce poczcie albo firmom kurierskim powierzyć.  Mła co prawda nazbierała styropianu i folii bąbelkowej ale cóś do końca nie jest przekonana że takowe zabezpieczenie wystarczy. Jak mła nie wie jak cóś technicznie rozegrać to zazwyczaj dręczy Mamelona ale teraz nie śmie bo Mamelon sam się dręczy własnym uczuleniem. Świństwo co i raz powraca mimo tego że Mamelon głównie je ziemniaki z ziemniakami.
 

A  co mła by chciała dostać od faceta w czerwonym ubabranku? Hym... pamiętasz Mikołaju jak się dwa lata temu się ładnie napraszałam -"Santa baby, just slip a sable under the tree, for me I've been an awful good girl",  dziś kontynuuję - żadnych przecenionych prezentów please, he, he, he. Mła nie wie co jej wówczas na łeb  padło, najwyraźniej  nie była najlepszą wersją  siebie  odpuszczając Mikołaju dobrutki co jej miał przynieść i prosząc głównie   o  takie niematerialne podarki. W tym roku mła się zdecydowała - bardzo proszę o rozważenie przyniesienia  w worze dla mła tytułu własności kopalni platyny. Już mła by błękitnego cadillaca i te drobnostki od Tiffaniego to sobie załatwiła we własnym zakresie, żeby się  Mikołaj nie kłopotał przeciskaniem z tym wszystkim przez komin. Jeszcze nie daj boszsz... by  utknął i mła znów wydzwaniałaby do kominiarza coby się do prezentów dorwać, tzn. chciałam napisać coby  Mikołaja oswobodzić i śnięta uratować. "Santa baby, forgot to mention one little thing, a ring"  z tym że to "I don't mean on the phone" to  już nieaktualne. Przynieś najnowszego Samsunga, mła go sprzeda i za tę forsę  obstaluje  sobie pierścianek złoty z ulubionym kamieniem sztuk dwie. Mła w deklaracji  zapomniała wspomnieć o kamieniu pierściankowym ( jakby nie zapomniała  to by był  brylant, wówczas jest szansa  na znacznie więcej  pierścianków z ulubionymi kamieniami, które są tańsze niż  brylanty  ) więc Samsung i jakiś pierścianek  ( nawet taki  brzydki, do przerobienia ) załatwi sprawę.

Z rzeczy mła dopieszczających ( mła z doświadczenia wie że na Mikołaja za bardzo nie ma co liczyć i trza się dopieszczać samej )  to mła za ymieninowa kasę zanabyła te olejki co je od dawna pragnęła posiadać. Tak jak  groziła. Przy okazji mła namówiła do złego Mamelona, która jest łasa na lawendę w każdej postaci ( mła podejrzewa Mamiego że w poprzednim wcieleniu była kozo - owieczką na jakimś miłym zadupiu na południu Europy, która z lubością pasała  się na zakazanych lawendowych polach ). Mamelon poszalawszy z lawendami prawie tak jak mła z bobem tonką ( albo z bobem tonkiem, bo jakoś tak nam się zdziwnie i całkiem nieprawidłowo za to nadzwyczaj  łatwo  odmienia przez przypadki boba tonkę  - celownik jest uroczy - bobiemu tonkiemu ). Teraz  po chałupie mła zimową porą będzie się niosła  woń skoszonej trawy. Dla mła uroczo choć Mamelon twierdzi że mła ma końskie gusta. Hym... potwarz i nieprawda, zapach owocu kumaru brzmi przeca egzotycznie i nijak się z pastwiskiem nie kojarzy, he, he, he. Jak już kiedyś na blogim  pisałam to jest zapach roślin motylkowatych, cóś jak  koniczyna,  akacja, groszek pachnący, głęboka słodycz.

Mła się zastanawia czym tę słodycz będzie łamać i wychodzi jej na to że bergamotą i jakimś  żywicznym aromatem.  Inwestycja mła w kurtkę za 12 peelenów pozwoliła mła nabyć też olejek z olibanum i nie tylko, mła biblijnie pojechała i nabyła olejek z balsamowca mirry. Co  prawda nie abisyński bo jeszcze troszki rozsądku jej  się ostało tylko  tańszy. W zasadzie to tak po prawdzie kadzidło powinno się palić ale po pierwsze to  trza mieć balsaminkę do palenia, a po drugie mła nie przepada za wonnym dymem w chałupie. No tak, drogi Mikołaju, mirra i kadzidło już są, teraz mła jeszcze raz wraca do sprawy złota. Przydałoby się. Właściwie w okresie świątecznym to mła powinna domagać się zwrotu kasy ymieninowej za te kadzidlane zakupy, jak najbardziej świąteczne. Mła się nie zwraca, mła sądzi że Mikołaj powinien  się z tym złotem postarać  bo mła wzięła  na siebie zakup świątecznych kadzidełek. I mła doda od razu że wie  iż "złota" folia do pakowania prezentów  nabyta w IKEA nie to nie jest to o co mła chodzi.

Dzisiejsze foty są bombkowo stroikowe i jest jedna fota Szpagetki. Mła prosiła  Mrutka o sesję ale on jest zajęty chrzęszczeniem w zmarzniętych liściach, biega po ogrodzie i podwórku i chrzęści.  Mła jest pewna że Mruti miał urodzić się rabladorem tylko  Naturze się cóś pokićkało i kotka się oszczeniła zamiast jakiejś su. Przybył tylko na żarełko i myk z domu chrzęścić. A madka woła  do Mrutka "Mrutku, Mrutku ! ", no a Mrutek madce odpowiada "Nic nie słyszę bo chrzęszczę."  Kiedy Mruti wraca do domu jest ciemnawo o madka nie ma już sił na focenie rabladora kociego. Po za  tym Mrutek śpi na nielegalu po kordłą, wymarznięty po tym chrzęszczeniu.