Dwa lata temu wypłakiwałam się na blogu z powodu wypadku Szpagetki. Dziś klepiąc w klawiaturę usiłuję nie przeszkadzać Jej Leniwości w wypoczynku na moich kolanach, dobrze zasłużonym wypoczynku ( nornica ubita - sztuk jeden ). Szpagetkowe funkcjonowanie ( czytaj życie ) kosztowało ciężką kasę, parę przerwanych spraw i wyłączenie się z różnych planowań. Moim zdaniem warto było, Szpagetka zdaje się je podzielać. Kiedy teraz wracam myślą do tamtych czasów docierają do mnie rzeczy, które wówczas, w tym całym zgiełku, stresie i ogólnym znieczuleniu na wszystko co bezpośrednio nie dotyczyło Szpagetki, jakoś umykały mojej uwadze. Wielki Rejestrator jednak działał i teraz mam przypominajki. Pierwsza rzecz - koszty leczenia zwierząt. W klinice do której trafiła " z biegu" Szpagetka po szybkim zabezpieczeniu koty i diagnozie doszło do rozmowy, która często jest decydująca o życiu zwierzaka - wyliczanka kosztów koniecznych do przeprowadzenia właściwej terapii. Dla wielu opiekunów sprawa jest straszna, po prostu nie zawsze stać człowieka na to by pomóc inaczej przyjacielowi niż tylko w ten sposób że zapewni mu bezbolesne odejście. Oczywiście że całkiem sporo ludzi się zapożycza i kombinuje jak koń pod górę byle tylko ratować ukochane zwierzę, ale czasem na przeszkodzie stają względy tego typu że nie sposób z nimi dyskutować. No i co wtedy? Chyba tylko szukanie fundacji i to takie błyskawiczne. Inaczej ni ma szans. Po drugie - dość cyniczne opowieści vetów o stosunku ludzi do zwierząt nierasowych. Na jednego właściciela ratującego za ciężkie pieniąchy mało pięknego kundelka przypada dziesięciu, którzy wkładają pieniądze tylko dlatego że już raz je wyłożyli na prestiżowe, rasowe stworzenie. No inwestycji szkoda. Takie zwierzęta mają większe szanse na przeżycie bo ich zakup był sporym wydatkiem a wydatek nie ma prawa "zdechnąć", ot tak sobie. Po trzecie - przekonanie że zwierz kaleki sobie w życiu nie poradzi. Wyznawcą tego ostatniego poglądu jest mój Tatuś, którego zachowanie jest dowodem na to że wyznawanie poglądów a postępowanie w realu to całkiem inne bajki ( ukochana przez Tatusia ślepa Mimi, Figa z nieustającymi egzemami i restrykcyjna dietą - taaaa, żywe okazy kociej siły i zdrowia, kocia mało rasowa hodowla Tatusia to jedno wielkie bezproblemowe radzenie sobie w życiu, he, he ). No ale nie każdy jest Tatusiem, czasem zwierzęta odchodzą bo właściciela przerasta opieka nad niepełnosprawnym zwierzakiem. Nie zawsze dlatego ze nie chce się nim opiekować, czasem po prostu nie może ( choć cyniczni vetowie twierdzą że to pierwsze jest często ubierane w to drugie - naprawdę to nie chcę i dlatego nie mogę ). Takie to całkiem niewesołe rzeczy mi się czkawką w mózgu odbijają jak przypomnę sobie ten kwietniowy czas, dwa lata temu. Nie wiem co Szpagetka sobie z tego przypomina, mam wrażenie że tylko jej "nóżki" mogą wspominkować przy zmianach pogody przejścia wypadkowe i to co potem nastąpiło. Kota żyje normalnie o ile nie liczyć skrzywienia charakteru powstałego na skutek opieki ( syndrom władcy świata ). Dzisiejszy post ilustruje fotka Szpagetki obudzonej i w związku z tym pełnej pretensji ( wzrok karcący i zarazem pełen politowania - specjalność Szpagetki - skierowany na obiektyw, jeszcze nie jest pełne niezadowolenie ale blisko do pogardliwego odwrócenia się tyłem i udawania że nic poza Szpagetką nie istnieje ).
sobota, 30 kwietnia 2016
środa, 27 kwietnia 2016
Wiosenny spleen ( taaa, istnieje takie zjawisko )!
Ostatnio miałam wglądkę w rzeczywistość sądowo - skarbową, pełna radość i w ogóle taniec brzucha. Aż dziw że to jeszcze jakoś tam funkcjonuje, chyba tylko przez etykę pracy nielicznych urzędników w Oceanie Niekompetencji. Przy okazji zauważyłam że właśnie nam się państwo rozjeżdża, bajki centralnie nadawane nie są słuchane, zaraz będziemy mieli Polskę dzielnicową. Tak do końca to nie wiem czy w chwili obecnej to dobrze czy źle ale wyraźnie dziś poczułam - totalne ignorowanie pomysłów uszczęśliwiających ( kretyńskich zresztą ) i tzw. opór biurokratyczny. Ciekawe dokąd nas to zaprowadzi? W czasach kryzysu migracyjnego i wojenki pseudodomowej u jednego sąsiada, władza zaczyna nam coś w wielkim mieście słabnąć "od dołu", znaczy już widać że "Król jest nagi". To wcale nie jest hurrra i na pohybel obecnie rządzącym, rzecz do solidnego przemyślenia bo raz osłabiona władza słabnie dalej ( tak mnie uczy doświadczenie z komuną ), bez względu na to kto ją sprawuje. Co prawda gdyby nie te niespokojne czasy specjalnie bym nad tym osłabieniem władzy ustawodawczo - wykonawczej + sądowniczej nie biadała, moim zdaniem nasza ukochana matczyzna zasługuje na odzipnięcie od nadmiaru władzy ( uwielbiającej działać nie tam gdzie trzeba, a tam gdzie trzeba to działaniem zupełnie nie zainteresowanej ). No ale w tej chwili przydałoby się jakieś ogarnięcie i zapanowanie nad kwestią bezpieczeństwa a tu król nie tylko jest nagi ale jeszcze ma pryszcze na gołym tyłku. Nie podobie mi się ten brak ogarnięcia przy jednoczesnych dupowłazistych działaniach typu "samowystarczalni jak Gomułka, dobrzy jak Gierek"! Naiwni jak rząd londyński po Jałcie, ciśnie mi się na klawiaturę.
Pogoda nadal wstrętna, nad głową niebo w szaro - szarą pepitkę, od czasu do czasu powiew w paskudnym stylu arktyczna wiosna przeszywa co się da, a jak się nie da to i tak się da. W nocy lało i to jest jedyny poważny plus. Minusów jest znacznie więcej - mróz do nas zawitał w nocy z poniedziałku na wtorek i w związku z tym kwiaty magnolii nie są już urodne. Poherbaciało, czyli tepale przybrały kolorek średnio zaparzonego czaju, i to czaju podłego gatunku ( odcień "beżowiasty" jak to określiła Małgoś - Sąsiadka ). Szczęśliwie nie pomroziło liści hosty 'Empress Wu', ale zdaje się że oberwały za to całkiem niespodziewanie hosty które są jeszcze w fazie kielnej. Kolejny rok ze zmrożoną sałatą zamiast host! Wielki minus to brak śladów życia na dwóch rarytetnych krzewach i odmówienie współpracy ze strony odmianowych zawilców gajowych. Liście są, kwiatów w tym roku coś mało ( a jesień była suchawa, wymarzona dla zawilców gajowych nabierających sił przed wiosennym kwitnieniem ). Minusy pomniejsze to spóźnione kwitnienie pierwszych małych irysków, w zeszłym roku o tej porze na większości SDB dawało się wyczuć zgrubienie z kwiatami, a wcześniaki były nie tylko wykłoszone ale już kwitnące. Ta wiosna jakoś irysom nie sprzyja, nie tylko u mnie ( Ewandka znaczy telefonicznie na swoje skarby narzekała ). Co prawda "Co się odwlecze to nie uciecze", ale smętnie jest spoglądać w końcówce kwietnia na jednostajnie zielone liście małych irysów. Patrzę na podwórko i Alcatraz i jakoś w tej szarawej aurze nie działa na mnie odstresowująco urok własnego kawałka ziemi "z zielonym". Czuję całkiem nie wiosenny spleen, czyhający na moją niby wyurlopowaną i rozpuszczoną pobytem w Pradze psyche. Może by tak zrobić sobie piwoterapię i wychłeptać koziołka ( w tych warunkach auro - termalnych to takiego zagrzanego )? Piwoterapia umiarkowanie przeprowadzana ma zbawienny wpływ na Tabazellowy organizm, no chyba że przez pomyłkę do organizmu zamiast rzetelnego piwa dostanie się jakimś cudem chemiczny wyrób piwopodobny. Na ersatze spożywcze nieświadomie wprowadzone "do korpusa" to najlepszy jest natychmiastowy womit długodystansowy ratujący życie. Niestety żaden womit nie pomoże na zatrucie podrabianą wiosną, ten pogodowy ersatz udający kwietniową aurę mnie dobija. Słoneczne i bezchmurne niebo zwiastuje ziąb jak w styczniu, a jak dżdży to zupełnie jak w późnym październiku. Tak, tak, obłożenie się kotami i zakopanie w kocach wydaje mi się realną koncepcją na spędzenie długiego weekendu.
Zdjątka niby podnoszące na duchu, zimna nie czuć!
Pogoda nadal wstrętna, nad głową niebo w szaro - szarą pepitkę, od czasu do czasu powiew w paskudnym stylu arktyczna wiosna przeszywa co się da, a jak się nie da to i tak się da. W nocy lało i to jest jedyny poważny plus. Minusów jest znacznie więcej - mróz do nas zawitał w nocy z poniedziałku na wtorek i w związku z tym kwiaty magnolii nie są już urodne. Poherbaciało, czyli tepale przybrały kolorek średnio zaparzonego czaju, i to czaju podłego gatunku ( odcień "beżowiasty" jak to określiła Małgoś - Sąsiadka ). Szczęśliwie nie pomroziło liści hosty 'Empress Wu', ale zdaje się że oberwały za to całkiem niespodziewanie hosty które są jeszcze w fazie kielnej. Kolejny rok ze zmrożoną sałatą zamiast host! Wielki minus to brak śladów życia na dwóch rarytetnych krzewach i odmówienie współpracy ze strony odmianowych zawilców gajowych. Liście są, kwiatów w tym roku coś mało ( a jesień była suchawa, wymarzona dla zawilców gajowych nabierających sił przed wiosennym kwitnieniem ). Minusy pomniejsze to spóźnione kwitnienie pierwszych małych irysków, w zeszłym roku o tej porze na większości SDB dawało się wyczuć zgrubienie z kwiatami, a wcześniaki były nie tylko wykłoszone ale już kwitnące. Ta wiosna jakoś irysom nie sprzyja, nie tylko u mnie ( Ewandka znaczy telefonicznie na swoje skarby narzekała ). Co prawda "Co się odwlecze to nie uciecze", ale smętnie jest spoglądać w końcówce kwietnia na jednostajnie zielone liście małych irysów. Patrzę na podwórko i Alcatraz i jakoś w tej szarawej aurze nie działa na mnie odstresowująco urok własnego kawałka ziemi "z zielonym". Czuję całkiem nie wiosenny spleen, czyhający na moją niby wyurlopowaną i rozpuszczoną pobytem w Pradze psyche. Może by tak zrobić sobie piwoterapię i wychłeptać koziołka ( w tych warunkach auro - termalnych to takiego zagrzanego )? Piwoterapia umiarkowanie przeprowadzana ma zbawienny wpływ na Tabazellowy organizm, no chyba że przez pomyłkę do organizmu zamiast rzetelnego piwa dostanie się jakimś cudem chemiczny wyrób piwopodobny. Na ersatze spożywcze nieświadomie wprowadzone "do korpusa" to najlepszy jest natychmiastowy womit długodystansowy ratujący życie. Niestety żaden womit nie pomoże na zatrucie podrabianą wiosną, ten pogodowy ersatz udający kwietniową aurę mnie dobija. Słoneczne i bezchmurne niebo zwiastuje ziąb jak w styczniu, a jak dżdży to zupełnie jak w późnym październiku. Tak, tak, obłożenie się kotami i zakopanie w kocach wydaje mi się realną koncepcją na spędzenie długiego weekendu.
Zdjątka niby podnoszące na duchu, zimna nie czuć!
wtorek, 26 kwietnia 2016
Rośliny cienia budzą się do życia ( baaaardzo zdziwnie )
Powolutku, bez oszołomień i spektakularnych wybuchów zieloności budzi się w tym roku cienista strona Alcatrazu. Taka pogoda kwietniowa to ostatnio Ódź i okolice nawiedziła gdzieś tak w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku ( pamiętam jak polazłam na kinowe "Konfrontacje" ubrana w kożuszek, "Ostatni Cesarz" Bertolucciego był wtedy oglądany ). Rychłego ocieplenia nie ma się co spodziewać, prognoza na tzw. długi weekend jest taka że tylko do gawry wleźć i starannie się zagrzebać. Dzisiejszy obchód ogrodowy uświadomił mi co prawda że da się w ogrodzie co nieco zrobić, ale pracka w swetrzyskach i innych bubach to nie jest najfajniejszy sposób ogrodowania. W szmatach na cielsku nagromadzonych nie przychyla się człowiekowi lekko, to się zgrzeje zanadto , to go wiaterek podstępny szybko ochłodzi - no nie jest optymalnie. Rośliny cienistej strefy też się zachowują jakby nie było im optymalnie, część wylazła i pokazuje dojrzałe liściory i kwiaty, a część dalej "w powijakach" że się tak wypiszę. Jakoś nie ma to specjalnie nic wspólnego z rarytetnością rośliny czy stanowiskiem, np. bardzo blisko siebie rosnące brunnery 'Jack Frost' prezentują różny stopień rozwoju. Przy całkiem dużych okazach z kwitnącymi kwiatami i sporymi liśćmi rosną sobie dopiero startujące bylinki. Głupio to wygląda.
Podobnie jest z fiołkami motylkowymi, ułudkami, disporopsisami i funkiami. Na zdjęciu powyżej startuje ogromna 'Empress Wu', ale większość moich funkii ledwo wychyla kły z ziemi. przez to wszystko zdrowo mi się kręci, nie wiem czy roślina przeżyła zimę tylko jeszcze nie wylazła, czy coś jest naprawdę nie halo czy też to tylko taki powolny rozruch. Przyczyny takiego stanu rzeczy upatruję nie tyle w chłodnej wiosennej aurze, ale przede wszystkim w zeszłorocznej suszy i prawie bezśnieżnej tegorocznej zimie ( dobrze że choć średnio mokrej ). Niezależnie od przyczyn obecnych "dziwów natury" nic innego mi teraz nie pozostaje tylko cierpliwe wypatrywanie wschodzących roślin. Przy okazji zastanawianie się dlaczego jedna rodgersja już wylazła a druga w ogóle się nie pokazała, tudzież oddychanie z ulgą że przy okazji wyrywania wrażej trawki nie uszkodziło się wychodzącego z gleby astilboidesa.
Szczęśliwie oprócz oczekiwania na wychynięcie tarczownicy, czy danie znaku życia przez malutkie rutewki, można nacieszyć oczy roślinami, które już się zameldowały. Człowiek zazwyczaj zachwyca się kwiatami przylaszczek, w tym roku jednak bezczelnie zachwycam się ich liśćmi. Powolutku z malutkich kępek robią się kępki większe, za rok czy dwa to już będą solidne kępy. Przyglądanie się przylaszczkowym wiosennym jasnym listkom, czasem marmoryzowanym, to pieszczenie wzroku. Urodziwe jak rzadko te "potrójne" listeczki. Przylaszczki transylwańskie mają liście bardziej okazałe, ich kępki są może bardziej widowiskowe ale mnie bardziej łapią za serducho te nasze leśne pospolitości, swojaczki znaczy. Rosną sobie w nieposprzątanych liściach i wyglądają prawie jak w lesie. Niemalże jak w lesie wyglądają też paprociumy, większość z nich zaczęła wypuszczać już pastorały. Chciałabym tę zaczynającą się nierówno wegetację roślin cienia jakoś wyrównać, podlać, nawieźć czy co! Najbardziej kusi mnie żeby podlać moje cienioluby ale boję się przymrozków. Podlewanie i mróz to nie jest dobre połączenie. Sama sobie zalecam cierpliwość, staram się ignorować cieniste zakątki, omijać je wzrokiem. Wychodzi mi średnio, najpierw się zapieram a potem jednak lezę żeby sprawdzić jak tam kły funkiowe i czy wylazły już piciumiste rutewki.
Podobnie jest z fiołkami motylkowymi, ułudkami, disporopsisami i funkiami. Na zdjęciu powyżej startuje ogromna 'Empress Wu', ale większość moich funkii ledwo wychyla kły z ziemi. przez to wszystko zdrowo mi się kręci, nie wiem czy roślina przeżyła zimę tylko jeszcze nie wylazła, czy coś jest naprawdę nie halo czy też to tylko taki powolny rozruch. Przyczyny takiego stanu rzeczy upatruję nie tyle w chłodnej wiosennej aurze, ale przede wszystkim w zeszłorocznej suszy i prawie bezśnieżnej tegorocznej zimie ( dobrze że choć średnio mokrej ). Niezależnie od przyczyn obecnych "dziwów natury" nic innego mi teraz nie pozostaje tylko cierpliwe wypatrywanie wschodzących roślin. Przy okazji zastanawianie się dlaczego jedna rodgersja już wylazła a druga w ogóle się nie pokazała, tudzież oddychanie z ulgą że przy okazji wyrywania wrażej trawki nie uszkodziło się wychodzącego z gleby astilboidesa.
Szczęśliwie oprócz oczekiwania na wychynięcie tarczownicy, czy danie znaku życia przez malutkie rutewki, można nacieszyć oczy roślinami, które już się zameldowały. Człowiek zazwyczaj zachwyca się kwiatami przylaszczek, w tym roku jednak bezczelnie zachwycam się ich liśćmi. Powolutku z malutkich kępek robią się kępki większe, za rok czy dwa to już będą solidne kępy. Przyglądanie się przylaszczkowym wiosennym jasnym listkom, czasem marmoryzowanym, to pieszczenie wzroku. Urodziwe jak rzadko te "potrójne" listeczki. Przylaszczki transylwańskie mają liście bardziej okazałe, ich kępki są może bardziej widowiskowe ale mnie bardziej łapią za serducho te nasze leśne pospolitości, swojaczki znaczy. Rosną sobie w nieposprzątanych liściach i wyglądają prawie jak w lesie. Niemalże jak w lesie wyglądają też paprociumy, większość z nich zaczęła wypuszczać już pastorały. Chciałabym tę zaczynającą się nierówno wegetację roślin cienia jakoś wyrównać, podlać, nawieźć czy co! Najbardziej kusi mnie żeby podlać moje cienioluby ale boję się przymrozków. Podlewanie i mróz to nie jest dobre połączenie. Sama sobie zalecam cierpliwość, staram się ignorować cieniste zakątki, omijać je wzrokiem. Wychodzi mi średnio, najpierw się zapieram a potem jednak lezę żeby sprawdzić jak tam kły funkiowe i czy wylazły już piciumiste rutewki.
niedziela, 24 kwietnia 2016
Zimny kwiecień w Alcatrazie
Wrócilim ze świata, wkurzylim się na skrzeczącą rzeczywistość w postaci urzędów państwowych działających sobie a muzom ( zgubili mój kwit opłaty sądowej, dobrze że miałam potwierdzenie bo mogłam zainteresować swoją skromną osobą oskarżyciela skarbowego ), kolejnych kretynizmów wymyślanych w zaciszu gabinetów politruków ( nie wiadomo co gorsze - markowanie działalności czy też podejmowanie działań w stylu "Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i? – jakoś to będzie!") , pogody mało kwietniowej ( pierońskie zimno ) i ciężko obrażonych kotów ( dały popalić Cio Mary, pilnującej towarzystwa podczas mojej nieobecności ). No real taki że tylko zęby wyszczerzyć i zacząć wyć do księżyca! Wpływ jako taki mam tylko na zachowanie kotów, urzędy są jakie są - wiecznie czegoś od petenta potrzebujące, polityków i tak zastąpią kolejni uczestnicy "Tańca z wyborcami" - być może jeszcze ciekawsi, pogoda to sprawka Wielkiego Ogrodowego, któremu lepiej się nie naprzykrzać. Wzdycham ciężko i zabieram się za robienie "swojego". Na szczęście ogród nadal trwa, ukochana enklawa zielonego w industrialnej rzeczywistości dająca wytchnienie od tego wszystkiego co mnie na co dzień wkurza.
Alcatraz mimo zawirowań pogodowych ślicznie nam się rozwiosennił, kwitną już jabłonie ozdobne, lada chwila rozwiną się kwiaty wiśni japońskich. Kaliny "burkwoodki" i angielska w pąkach, na lilakach widać też obietnicę przyszłych wonnych oczarowań. Przyjemnie zaskoczyły mnie klony japońskie, nigdy jeszcze nie kwitły tak obficie. Szykuje się lato ze skrzydlakami, co szczególnie mnie cieszy kiedy pomyślę sobie o odmianie 'Aconitifolium', której skrzydlaki mają uroczą czerwoną barwę pięknie kontrastującą z jasną zielenią czerwcowych i lipcowych liści. Mój mały, urodny kasztanowiec ( Aesculus x neglecta 'Erythroblastos' ? ) daje po oczach aż miło - to jest jego najlepszy czas, w kwietniu kasztanowcowe liście są zjawiskowe. W tym roku przygotowuje się też do solidniejszego niż zazwyczaj kwitnienia.
Kończą się już hiacynty, jak Dżizaas przywiezie moje foty poświęcę im wspominkowy post. W tym roku były naprawdę piękne. Teraz w ogrodzie królują narcyzki, mniej pachnąco niż hiacynty władają ogrodem ale bardziej zróżnicowanie, że się tak wypiszę. Od małych piciumów do całkiem sporych roślin - tak wygląda narcyzowanie w Alcatrazie. W zeszłym sezonie oprócz ukochanej odmiany 'Thalia' dosadziłam sporo cebul odmiany 'Bridal Crown', teraz dają po oczach w okolicach Ciemiernikowszczyzny. Całkiem nieźle zaprezentowały się też narcyzy 'Pipit' ( zdjątko obok ), mimo dużych kwiatów charakterystycznych dla "cywilizowanych" odmian mają ten wdzięk "dziczyzny", który sobie cenię. Hym, może to nieco dziwnie wyglądać z tą "dziczyzną" zważywszy na ilość posadzonych narcyzków "Bridal Crown" ( pierwsze duże zdjęcie poniżej ), które mają pełne kwiaty, ale tłumaczę że nie o naćkanie płatkami w tym wypadku mi chodziło, tylko o ilość kwiatów na pędzie.
Niestety nie wszystkie narcyzy okazały się być tymi za jakie je miałam, te na zdjątku obok nie mają zbyt wiele wspólnego z odmianą 'Acatea'. Szczęśliwie są w typie "poeticusów", więc jestem wstanie przełknąć ich olbrzymie kwiaty pojedyńczo osadzone na pędzie. Gorzej że te łolbrzymstwa są bezzapachowe, uwielbiam narcyzowy zapach a tu siurprajz z tych mało przyjemnych. Pocieszam się jak tylko się da rozkwitającymi łanami odmiany 'Thalia' ( drugie zdjęcie poniżej ) i dzielnie się sprawującymi w warunkach Alcatrazu narcyzami odmiany 'Katie Heath' ( trzecie duże zdjęcie poniżej ). Zdaje się że uprawa narcyzów z grupy triandrus idzie mi najlepiej, znacznie lepiej niż maluszków ( zawiodły w tym roku ) czy narcyzów o "barokowych" kwiatach ( zawiodły już wiele lat temu ). Chyba jesienią tego roku będę nabywała tylko cebule narcyzów z tej najlepiej udającej się w Alcatrazie grupy. Pourozmaicam sobie za to w zakupach hiacyntowych, zeszłoroczne były udane więc i w tym roku zamierzam z lekka przyszaleć. No ale nie samymi cebulami wiosną zakwitającymi człowiek żyje, w końcu kwietniowa pora daje po oczach kwitnącymi bylinami, może mniej spektakularnymi niż cebulowe kwitnienia ( choć z tym to można śmiało polemizować, patrząc na sasanki ). Oglądam fiołki, brunnery, ułudki, wszelkie miodunki i zaczynam odczuwać pewien niepokój - tegoroczna łagodna zima wcale nie była dla wielu bylin tak łaskawa jak mi się do tej pory zdawało. Ciężko się budzą, niektóre stanowiska nadal "łyse" - oj, nie pdobie mi się to! Nic to, może jak popada i zrobi się troszkę cieplej "łysiny" się zazielenią właściwymi roślinami.
Z rzeczy przyjemnych - przyjechały australijskie irysy : 'Luxuriant Lothario' i ' Wedding Belle'. Na tego drugiego zsadzałam się od zeszłego roku ( wtedy nie przyjechał bo część kłączy tej odmiany w szkółce Barrego dała ciała ). Kłączom nie zaszkodziło w tym roku nic, nawet przeleżenie tygodnia na poczcie. Dotrwały do odbioru w dobrej formie ( przesuszenie kłączy irysy bródkowe znoszą z godnością, gorzej kiedy mamy do czynienia z zagniwaniem kłączy ). Posadziłam natychmiast, wykorzystując post podróżny power. Teraz potrzeba tylko deszczyku i ciepełka żeby australijskie gwiazdy ruszyły z kopytka. Niestety Wielki Ogrodowy nie rozpieszcza, deszczyku i ciepełka nie widać. Ziemia podsuszona a prace ogrodowe przy 10 stopniach Celsjusza wydają mi się w tej chwili hardcorem. Przyczyną pewnikiem jest wiatr - "Szalony jestem tylko przy wietrze północno - zachodnim; kiedy z południa wieje, umiem odróżnić jastrzębie od czapli" twierdził duński książę, ja mam kłopoty z ornitologią przy każdym wietrze, niezależnie od kierunku wiówania. Prace ogrodowe postanowiłam ograniczyć do ścinania tulipków do wazonów i kiwania głową nad wyłażącymi chwastami. Większe roboty podejmę jak zrobi się trochę cieplej. Teraz poświęcę czas na doprowadzenie mojego kociego stada do stanu normalności, rzecz jasna bardzo względnej.
Alcatraz mimo zawirowań pogodowych ślicznie nam się rozwiosennił, kwitną już jabłonie ozdobne, lada chwila rozwiną się kwiaty wiśni japońskich. Kaliny "burkwoodki" i angielska w pąkach, na lilakach widać też obietnicę przyszłych wonnych oczarowań. Przyjemnie zaskoczyły mnie klony japońskie, nigdy jeszcze nie kwitły tak obficie. Szykuje się lato ze skrzydlakami, co szczególnie mnie cieszy kiedy pomyślę sobie o odmianie 'Aconitifolium', której skrzydlaki mają uroczą czerwoną barwę pięknie kontrastującą z jasną zielenią czerwcowych i lipcowych liści. Mój mały, urodny kasztanowiec ( Aesculus x neglecta 'Erythroblastos' ? ) daje po oczach aż miło - to jest jego najlepszy czas, w kwietniu kasztanowcowe liście są zjawiskowe. W tym roku przygotowuje się też do solidniejszego niż zazwyczaj kwitnienia.
Kończą się już hiacynty, jak Dżizaas przywiezie moje foty poświęcę im wspominkowy post. W tym roku były naprawdę piękne. Teraz w ogrodzie królują narcyzki, mniej pachnąco niż hiacynty władają ogrodem ale bardziej zróżnicowanie, że się tak wypiszę. Od małych piciumów do całkiem sporych roślin - tak wygląda narcyzowanie w Alcatrazie. W zeszłym sezonie oprócz ukochanej odmiany 'Thalia' dosadziłam sporo cebul odmiany 'Bridal Crown', teraz dają po oczach w okolicach Ciemiernikowszczyzny. Całkiem nieźle zaprezentowały się też narcyzy 'Pipit' ( zdjątko obok ), mimo dużych kwiatów charakterystycznych dla "cywilizowanych" odmian mają ten wdzięk "dziczyzny", który sobie cenię. Hym, może to nieco dziwnie wyglądać z tą "dziczyzną" zważywszy na ilość posadzonych narcyzków "Bridal Crown" ( pierwsze duże zdjęcie poniżej ), które mają pełne kwiaty, ale tłumaczę że nie o naćkanie płatkami w tym wypadku mi chodziło, tylko o ilość kwiatów na pędzie.
Niestety nie wszystkie narcyzy okazały się być tymi za jakie je miałam, te na zdjątku obok nie mają zbyt wiele wspólnego z odmianą 'Acatea'. Szczęśliwie są w typie "poeticusów", więc jestem wstanie przełknąć ich olbrzymie kwiaty pojedyńczo osadzone na pędzie. Gorzej że te łolbrzymstwa są bezzapachowe, uwielbiam narcyzowy zapach a tu siurprajz z tych mało przyjemnych. Pocieszam się jak tylko się da rozkwitającymi łanami odmiany 'Thalia' ( drugie zdjęcie poniżej ) i dzielnie się sprawującymi w warunkach Alcatrazu narcyzami odmiany 'Katie Heath' ( trzecie duże zdjęcie poniżej ). Zdaje się że uprawa narcyzów z grupy triandrus idzie mi najlepiej, znacznie lepiej niż maluszków ( zawiodły w tym roku ) czy narcyzów o "barokowych" kwiatach ( zawiodły już wiele lat temu ). Chyba jesienią tego roku będę nabywała tylko cebule narcyzów z tej najlepiej udającej się w Alcatrazie grupy. Pourozmaicam sobie za to w zakupach hiacyntowych, zeszłoroczne były udane więc i w tym roku zamierzam z lekka przyszaleć. No ale nie samymi cebulami wiosną zakwitającymi człowiek żyje, w końcu kwietniowa pora daje po oczach kwitnącymi bylinami, może mniej spektakularnymi niż cebulowe kwitnienia ( choć z tym to można śmiało polemizować, patrząc na sasanki ). Oglądam fiołki, brunnery, ułudki, wszelkie miodunki i zaczynam odczuwać pewien niepokój - tegoroczna łagodna zima wcale nie była dla wielu bylin tak łaskawa jak mi się do tej pory zdawało. Ciężko się budzą, niektóre stanowiska nadal "łyse" - oj, nie pdobie mi się to! Nic to, może jak popada i zrobi się troszkę cieplej "łysiny" się zazielenią właściwymi roślinami.
Z rzeczy przyjemnych - przyjechały australijskie irysy : 'Luxuriant Lothario' i ' Wedding Belle'. Na tego drugiego zsadzałam się od zeszłego roku ( wtedy nie przyjechał bo część kłączy tej odmiany w szkółce Barrego dała ciała ). Kłączom nie zaszkodziło w tym roku nic, nawet przeleżenie tygodnia na poczcie. Dotrwały do odbioru w dobrej formie ( przesuszenie kłączy irysy bródkowe znoszą z godnością, gorzej kiedy mamy do czynienia z zagniwaniem kłączy ). Posadziłam natychmiast, wykorzystując post podróżny power. Teraz potrzeba tylko deszczyku i ciepełka żeby australijskie gwiazdy ruszyły z kopytka. Niestety Wielki Ogrodowy nie rozpieszcza, deszczyku i ciepełka nie widać. Ziemia podsuszona a prace ogrodowe przy 10 stopniach Celsjusza wydają mi się w tej chwili hardcorem. Przyczyną pewnikiem jest wiatr - "Szalony jestem tylko przy wietrze północno - zachodnim; kiedy z południa wieje, umiem odróżnić jastrzębie od czapli" twierdził duński książę, ja mam kłopoty z ornitologią przy każdym wietrze, niezależnie od kierunku wiówania. Prace ogrodowe postanowiłam ograniczyć do ścinania tulipków do wazonów i kiwania głową nad wyłażącymi chwastami. Większe roboty podejmę jak zrobi się trochę cieplej. Teraz poświęcę czas na doprowadzenie mojego kociego stada do stanu normalności, rzecz jasna bardzo względnej.
piątek, 22 kwietnia 2016
Kwitnące sady nad Wełtawą
Zdjęcia nie są najlepsze, czymś upaćkałam obiektyw, wrrrrr. Jednak coś tam na nich z tego uroku praskiego kwietnia zostało. Co prawda zimno jak i u nas, ale kwitnienia troszkę bardziej zaawansowane. Nadwełtawskie wzgórza w kwitnących jabłonkach i gruszach urzekające, szczęśliwie można po nich podreptać bez towarzystwa "zaliczających" miasto turystów. Większość odpada po wdrapce na poziom hradczańskiego wzgórza na którym usadowione są katedra św. Wita i Złota Uliczka. Od czasu do czasu jakaś szczególnie zawzięta grupka zwiedzających dotrze do położonych nieco wyżej budynków sanktuarium Lorety czy do klasztoru na Strahovie, ale wzgórze Petřín mniej kusi "zaliczających" Pragę. Wystarczy unikać rejonów słynnej Petřínská rozhledna, czyli wieży widokowej wybudowanej w 1891 roku na wzór paryskiej wieży Eiffla, żeby swobodnie, bez towarzystwa dzikich tłumów, cieszyć się młodą wiosną. W przeciwieństwie do Ogrodów Królewskich na Hradczanach, w ogrodach na wzgórzu Petřín raczej nie spotka się panów w wojskowych i policyjnych mundurach, starannie uzbrojonych w broń długą, spacerujących "prewencyjnie" alejkami wśród jabłonek i grusz. Widok takiej broni nie nastraja mnie relaksująco, unikam jak mogę, więc polecam spacerek po tej części Pragi, wszystkim pragnącym ją odwiedzić a mającym podobnie jak ja broniowstręt ( nie żeby tam w ogóle, ale "łostentacyjne" prezentowanie "kałaszków" budzi niemiłe wspomnienia ). Wędrując po ogrodach położonych na nadwełtawskich wzgórzach, oprócz widoku świeżej, młodziutkiej zieleni liści i bieli i różu kwitnących drzew owocowych, możemy nacieszyć wzrok panoramą Pragi, naprawdę wspaniałą! O tej porze roku to na Petřín, Kochani, na Petřín.
sobota, 16 kwietnia 2016
Szybki meldunek ( Panie Prezesie i tak dalej...... )
Cześć Tygrysy! Byłam ale jakby mnie nie było. Najsampierw zrobiłam sobie w Wielki Tydzień gugu lekturą o mordach sąsiedzkich ( Białostockie 41 i Wołyń 44 - czytanie bynajmniej nie z tych odprężających ). Potem sprzęt zwariował, następnie się działo, a jeszcze teraz Dżizaas, której lekko obluzował się dekielek, uwiozła zdjęcia. No nie składa się! Nic to, na dokładniejsze sprawozdanka ogrodowe trza poczekać aż powrócim z wojaży. Na szybko to melduje że przyjechali cztery rózyczki - dwie starotki, 'Cup de Hebe' i 'Ispahan', i dwie austinki, 'St. Cecile' i odtworzona 'A Shropshire Lad'. Z inszych krzewów , właściwie to małych drzewek, w Alcatrazie pojawiły się "jurowska" magnolka 'Black Tulip' i judaszowiec kanadyjski 'Ruby Falls'. Nieoczekiwanie dla mnie, ale zgodnie z oczekiwaniami Fafika Alcatraz został zasiedlony przez nowe krasnoludki - wystawkowe, czyli zdobyte w przydrożnych namiotach. Zygfryd i Manfred dołączyli do Wolfganga. Nowi lokatorzy są karłami wśród krasnali, piciumy z nich, schowane w wiosennych kwitnieniach. Ze spraw domowych to koty straszliwie niedobre, Szpagetka szczytuje czyli osiąga szczyty bezczelności. Zamierzam ukarać ją włożeniem na chudą szyjkę różowej obróżki. Reszta też nie lepsza, tylko wymagania mają i to takie dzikie. Teraz zdjęcia, takie chybcikowe - "zdziśki"czyli zdjęcia z dzisiaj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)