poniedziałek, 4 maja 2026

Myślunki, malunki, rysunki, instalunki - Kwestia kobieca 1550 - 2025

Mła została namówiona przez Dżizaasa na jazdę do Wawki, coby oblookać wystawę w Cegle, czyli tym nowym, słynnym już muzeumie przy Pałacu Nauki i Kultury. O ile pałac zwany jest Zemstą Stalina, nadal do końca nie wiadomo czyją zemstą jest ta Cegła. Może być że i prezydenta Wawki, Rafaua Planeta Płonie. Rafau pokazał ostatnio zatroszczone ekologicznie oblicze,  zezwalając na strzelanie do dzików, bo ASF.   Znaczy krwiożerczość u Rafaua występuje, choć tak po prawdzie to zdaniem mła jest to raczej bezmyślność. Gdyby był prawdziwie krwiożerczy ten Rafau Planeta Płonie, to powinien namawiać coolegów samorządowców do wydania zgód na odstrzał pracowników chlewni, bo to jest najczęstszy czynnik roznoszenia świńskiej zarazy. W każdym razie jest podejrzany że świadomie rzucił Cegłą w warszawiaków. Jeszcze w samochodzie Małgosia przekonywała mła że zwarta i monumentalna bryła przy Zemście Stalina to nie jest zły pomysł. Hym... po oblookaniu obiektu in situ, okazało się że i owszem, bryła jest zwarta,  ale za to słabo monumentalna, co Małgosia skwitowała krótkim "Wypierdek!" ( jednakże szybko się pocieszyła, ponieważ gdzieś tam w pismach dla ludzi zajmujących się sztukami wizualnymi wyczytała, że wnętrze ma nas oszołomić ). Nawet się udało, znaczy poczuliśmy się oszołomieni poetyką starego Dworca Autobusowego w Kielcach skrzyżowaną z powstałym w latach 70 gminnym Ośrodkiem Zdrowia. Cóś jak Bauhaus dla ubogich, zdekonstruowana magia konstruktywizmu. Małgosia, która z racji wykonywanego z powodzeniem zawodu ( plenery, wystawy i wogle ) jest z nas wszystkich najbardziej powołana do oceny estetyki obiektu, ciężko westchnęła i się wypowiedziała dość kwieciście na temat wnętrza. Ośmieleni tym zaczęliśmy wysuwać własne zarzuty zarówno wobec architektonicznej wizji, jak i sposobu wykonania ( trzeba prawdziwego mistrzostwa by wylewana podłoga z lastryko przypominała szpitalną wykładzinę i trzeba naprawdę mocno wierzyć w dobroć natury ludzkiej by założyć że szlifowany  do białości beton, w tak strategicznych miejscach jak parapety przy jedynym fajnym fragmencie budynku, czyli przy panoramicznych oknach, nie zostanie ućwachany przez zasiadających na tych parapetach, albo że olbrzymie drzwi, wyglądające na element gastrokuchni, też nie ulegną ućwachaniu przez nie najczystsze rączęta spragnionych widoku sztuki współczesnej  ludziów ). Mła po tym zjechaniu obiektu wystawienniczego coś zaczęło mówić że zaraz zjedziemy wystawę, na wszelki wypadek zapytała Dżizaasa jakież to opinie krążą o  tej ekspozycji. Dżizaas ucięła temat krótko - "Kontrowersyjnie jest." No dobra, w końcu od kontrowersji niby sztuka stronić nie powinna.

Tematem wystawy była sztuka w wykonie kobiet i tu już mła powinna zaświecić się czerwona lampka, sztuka bowiem nie jest męska, żeńska czy nijaka, sztuka nie jest czarna,  biała, w kropki, profesjonalna, nieprofesjonalna - sztuka jest albo dobra, albo kiepska. Wszystkie inne kryteria, którymi częstują nas kuratorzy wystaw, więcej mówią o kuratorach niż o tym, co mamy przed oczami. Sztuka zaangażowana ma to do siebie że jest bardzo ulotna, trwa dokładnie tyle ile tzw. trynd społeczny.  No cóż, ludzie znosili socrealizm, to mła może znieść cóś zwanego perspektywą feministyczną. Mła starała się podejść do tematu z czystym umysłem, jednakże po obejrzeniu około 25% tej wystawy zdałam sobie sprawę że mam do czynienia z wystawienniczym chaosem i poruszam się po jakimś jeszcze bardziej zawiłym niż moje pisanie toku wymyślenia. Po wszystkiemu było i tak jakoś strasznie po wierzchu, mła nie rozumiała dlaczego akurat tak to wszystko leciało, co poeta, czyli kuratorzy wystawy,  mieli na myśli. Niby podział jakiś był, od trzewi czyli fizjologii, po walczące niebinarne, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu że ktoś tu czegoś nie przemyślał, że ktoś tu nie rozumie historii i niepotrzebnie fastryguje sztukę nie  z tymi fragmentami historii co trzeba.  Jakby było mało, to aktywizm wychodził z każdego zakamarka, taki popijany sojową latte, czyli "bohemowa" sztampa z tych ciężkostrawnych. Wicie rozumicie, mła nie kwestionuje że artystka może być aktywistką, jednakże mła wie że wcale nie musi. Bardzo dobrzy artyści mogą mieć wylane na wszystko a ich sztuka broni się sama, bez krzty zaangażowania społecznego jej twórców. Krytycy sztuki od lat 60 ubiegłego wieku namiętnie mylą życie z twórczością, cierpią na coś, co mła nazywa kompleksem gejszy, wicie rozumicie człek jest sam sztuką - nie potrafią oddzielić postawy człowieka od jego sztuki, uważają, z nieznanych mła przyczyn, że jedno wynika z drugiego.  Masz poglądy i tworzysz, bez poglądów nie tworzysz i jesteś amebą.

Zdaniem mła takie podejście wynika to z tego że krytycy nie tworzą, proces tworzenia sztuki jest dla nich jeszcze większą zagadką niż dla badających fizjologię mózgu. "Mój czarny protest na brak miłości" Justyny Matysiak, artystki z zespołem Downa,  wisiał, kilimy i obrazki  "twórczyń  ludowych" wisiały, ale opisy nie zostawiły mła złudzeń, że ktoś tu coś nadinterpretuje i nie bardzo kuma że szczerość sztuki nie wymaga tłumaczenia. Po prostu - widzisz i czujesz. Wracam do tego co pisałam wcześniej, coś jest dobre a coś kiepskie, nie ma innych kryteriów w odbiorze sztuki. Tak nawiasem pisząc, prace Matysiak są skromnym zdaniem mła, na o wiele wyższym poziomie niż prace wielu twórczyń, które nie mierzą się z ograniczeniami zarówno społecznymi, jak i tymi fizjologicznymi,  z jakimi ta artystka się mierzy.  Sztuka przez duże S nie wymaga łopatologicznych tłumaczeń, ona nawet nie wymaga opowieści o twórcy, które trącą dydaktyzmem.  Mła i nie tylko ona, odniosła wrażenie  że Justyna Matysiak została zaprzęgnięta do wozu bojowego, na którym część "młodych i niepokornych" aktywistów ma zamiar walczyć o prawa Justyny. Mła ma ochotę zapytać  - Po wuj? "Mój czarny protest na brak miłości" jest tym, co poruszy wielu ludzi, bez względu na to czy są kobietami, mężczyznami, czy mają zespół Downa, czy nie mają. To się liczy a nie tzw. odbiór społeczny. Nie popadajmy w potrzebę matejkizmu, z całym szaconkiem dla mistrza.  Sztuka to taki cud, że to co najbardziej indywidualne samo z siebie czyni najmocniej społecznie wiążącym i nie trzeba tego niczym przyprawiać. Taa... tylko co by wtedy robili "tłumacze sztuki współczesnej"? Jak  by prowadzili dyskurs, który przestaje być dyskursem o sztuce, a robi się "zaangażowany społecznie" i za jakie granty, znaczy pieniądze?

Kiedy mła doszła do sali, w której była sztuka kobiet doświadczonych przez wojnę zrobiło się naprawdę kiepsko, nie dlatego że sztuka tam wystawiana była zła, to kuratorzy popłynęli po całości. Ktoś kto przeżył Shoah, czy jak mawiają Romowie Porajmos, traktuje tworzenie sztuki jak terapię. Płeć nie ma tu znaczenia, podejście jest takie samo - wyrzygać wspomnienia to może przestanie boleć. To jest widoczne w pracach artystek z Ukrainy, pewnie  byłoby tak samo widoczne w sztuce, którą tworzą ludzie z innych stron, w których trwa wojna. Ta sztuka jest bardzo różna i bardzo nierówna, jest głównie lekiem dla twórcy. Czasem szkodzi jej dosłowność, która dla artysty może być terapeutycznie niezbędna. Mła czytała teksty przy tych obiektach i zaczął jej się włos jeżyć. Przy pracach Zuzanny Hertzberg teksty sprawiły że cała była nastroszona. O ile taka Ceija Stojka była osobą, która przeżyła Porajmos, o tyle Zuzanna Hertzberg nosi w sobie wspomnienie po tym co przeżyli przodkowie. Jest to na tyle silne że jej sztuka mocno dotyka tego tematu. Jest też artywistką, czyli uważa że jej sztuka ma być jak plakaty z czasów socrealizmu - ma zmieniać rzeczywistość społeczną. Cóż, myśl lewicowa jak widać jest niezmienna. Kuratorzy wystawy postanowili sobie pojechać na jej pracach aż miło. Prace  nawiązują do procesyjnych sztandarów ze świętymi, w których roli wystąpiły wybitne działaczki lewicowe albo ofiary Holocaustu, o niesztampowych życiorysach.  Kuratorzy mogli się rozwinąć i mła się naczytała z okazji przedstawienia kobiet, których wizerunki  były na sztandarach o "osobie queerowo - anarchistyczno - feministycznej" i dalej w tym guście. Kuratorstwu  do głów nie przyszło żeby napisać kobieta nieheteronormatywna. Taa... osoba feministyczna a kwestia kobieca. Bardziej ośmieszająco już się nie da. Same sztandary były niezłe, ale kuratorzy uznali że potrzebują dopalacza, bo nie uciągną tematu. Mła postanowiła na tym etapie wyłączyć z oglądania dzieł czytanie ich opisów, bo nie dość że klucz takiego a nie innego doboru i wystawienia prac był dla niej niezrozumiały, to jeszcze kuratorzy postanowili bardzo dobitnie wytłumaczyć mła co artystka miała na myśli. Mła doszła do tego że miała ochotę powiedzieć na głos  - A gówno mnie to obchodzi! Chcę oglądać a nie czytać manifesty. 

Sztuka bez czytania opisów od razu zrobiła się lepiej strawna, niestety szybko wylazło przy tym jak bardzo jest nierówna. Hym... kuratorzy pewnie użyliby określenia poszukująca. No tak to jest, jak się na siłę chce sztukę podpiąć pod społeczne zjawisko i twierdzi się że kwestia kobieca sprowadza się do walczącego feminizmu, najlepiej w zachodnim wydaniu. Klucz do takiego a nie innego pokazania tej całej twórczości, mimo nieczytania opisów,  nadal nie odnaleziony. Jedno co dobre że mła oblookała  młodociany obraz Artemizji Gentileschi, miniatury Sofosonisby i Lavinii Fontany i parę niezłych prac innych artystek, choćby Kate Diehn-Bitt. Meli Muter,  Rachel Baes, Monici  Sjöö ( która tak nawiasem pisząc była  radośnie odjechana w kierunku Bogini Matki w takim stopniu, że kuratorstwo pewnie aż łapkami przebierało, co by tu napisać ), czy Fahrünissy Şakir . Ech... mła poczuła głęboką potrzebę powrotu do Natury, Boginii Matki jak u Sjöö, po tym całym oglądactwie. Stąd ta wyprawa do Łazienek Królewskich. W końcu kwestia kobieca to, Panie tego, walka, walka i jeszcze raz walka. Walka jest męcząca. Na barykady, Artemizja na sztandary, pittrice guerriera.  Taa... tylko Artemizja po tym jak udało się doprowadzić do skazania oskarżonego  za jej deflorację dokonaną w wyniku gwałtu ( czyli obniżenia wartości na rynku małżeńskim, dlatego gwałciciela skarżył tatuś, którego brak błony dziewiczej u córki  mógł  sporo kosztować ) i niezrealizowaną przez gwałciciela obietnicę ożenku, wyjechała do Florencji, wyszła za mąż, urodziła piątkę dzieci, z których czworo pochowała. Utrzymywała się ze sztuki, bo była dobra w tym co robiła. Nie ona pierwsza i nie ostatnia, kobiety tworzyły od zawsze. Rzymski epizod, był tylko tym czym był, epizodem w jej życiu, a nie obezwładniającą traumą, która nie pozwoliła jej normalnie funkcjonować w XVII wiecznym społeczeństwie. Nie zarżnęła się jak Lukrecja zgwałcona przez Sekstusa Tarkwiniusza ( co zresztą jest bajką, kobiety są zadziwiająco odporne, znoszą nawet tzw. feministyczne zacięcie innych kobiet, bez którego część przedstawicielek naszej płci nie może się obyć, choć jak każde zacięcie, nie jest ono czymś rozsądnym ). Artemizja nie siedziała cicho, zniosła tortury itd.  Lubiła tematy msty na facetach, ale malowała i inne rzeczy. Jakoś nie jestem przekonana że  chciałaby zapamiętano ją, jako tę co się postawiła. Tak mła coś w trzewiu czuje że wolałaby żeby podziwiać jej sztukę. Jako dobrą sztukę, bez konotacji płci.

14 komentarzy:

  1. Mnie się baardzo podoba że obok pałacu kultury instytucja z budową wystrojem i aktualnym wnętrzem idealnie uzupełniająca pałac, na miarę naszych czasów oczywiście. Pacz Pani, jaki rechot historii, ironią aż kapie. Przeca pałac jest doskonałym świadectwem historii, żadne opowieści i filmy nie zastąpią żywca w postaci tego budynku, no i takim samym świadectwem jest to muzeum, z aktualną zawartością, aż żal że wystawa nie jest stała, zakonserwowałabym dla potomnych. Taka pocztówka z teraz, tak jak pałac jest pocztówką z kiedyś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warszawa jest miastem pięknie położonym, aż się prosi żeby urodzie położenia sprostała architektura. Niestety od czasu wojennych i niestety także powojennych zniszczeń, Warszawa udaje Warszawę. Począwszy od starówki, która jest rekonstrukcją z wedut Canaletta a nie odtworzeniem stanu z 1939, poprzez socbudownictwo, po osiągi wieżowcowe z lat 90 XX wieku. Jest taka potworkowo - patchworkowa, jak większość naszych dużych miast, ale śródmieście jest zdaniem mła skopane wybitnie. Połowę z tych nowszych inwestycji należałoby wyburzyć, bo panorama miasta od strony Wisły przypomina panoramę aspirujących miast Trzeciego Świata, a nie stolicę europejskiego państwa. Masz rację, Cegła się wpisuje w trynd - zadęcie wzniesione na fundamentach z kompleksów.

      Usuń
  2. Przejeżdżaliśmy koło PKiN, ale raz że siadzialam z tyłu, więc ro miejsce średnie do ogladania, po drugie w tym ogromie wszelakich budynków, to moze przelewcialam okiem, bez jakiś rozkmin, bo ogolnie jakis taki haos odczuwałam, no ale ja mieszkam w malym miastku i w wielkich miastaxh czuję sie malo komfortowo. Teraz patrząc na zdjecia muzeuma w necie, ro faktycznie chyba widzialam, cos mi swita😄

    OdpowiedzUsuń
  3. Podzielam Twoje zdanie w całej rozciągłości, co do sztuki , i zgrzytam zębami przy feminatywach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo zostało Tobie oszczędzone. Zwróć uwagę że owa słynna bryła jednak nie rzuciła się w oczy, znaczy ani rozmiar, ani sam projekt się w tym chaosie jakoś nie wyróżnia. Ot taki klocek. Co do feminatywów, gdyby to było oddolne jak taka "doktórka" to mła by słowa nie pisnęła, ale odgórnie narzucona "gościni" mła drażni. O sztuce dobrej i złej, bez żadnych innych przymiotników, mła wielokrotnie w tym tekście się powtarzała. Ech... sztuka uprawiana przez kobiety a kwestia kobieca to jednak się tak po całości nie pokrywa, bo nie może, choćby dlatego że kobiety uprawiające sztukę miały i mają bardzo zróżnicowane poglądy na kwestie kobiecą, co z tej wystawy absolutnie nie wynikało, tak nawiasem pisząc. Też chaos, tylko wystawienniczy.

      Usuń
    2. Żeby na spokojnie pozwiedzać to bym musiala więcej czasu spędzić u dziecków.

      Usuń
    3. Przy dzieckach to się nie da, powtarzam co teścicha Dżizaasa, Ania, mła na ten temat mówiła. Dziecka jak chcą pokazać cóś i nawet jak najlepsze chęci mają, to i tak zawsze się jakoś robi że madka o dziecka się zamartwia i kombinuje i niby widzi i zwiedza, jednakże czujnym okiem strzela. Ania walczy z madkizmem, ale on nie odpuszcza. ;-D Po ostatniej historii naszego Jądrzeja z hulajnogą, mła się dziwi.

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Tam było w zasadzie wszystko, malarstwo barokowe, XVIII wieczne, dużo z przełomu wieków XIX i XX. Tak wszystkiego po trochu, co też nie bardzo tej wystawie służyło.

      Usuń
  5. Dawniej sztuka była dla mnie z założenia dobra. Znaczy sztuka = dobra sztuka, a reszta to nie sztuka. Dopiero potem doszło do mnie, że ona może być dobra albo zła, a całkiem niedawno dowiedziałam się, że wytwór człowieka może być sztuką, bo tak zdecydował twórca, tzn. z góry założył, że tworzy dzieło sztuki.
    Ja też nie lubię opisów, często są strasznie naciągane i przeideowane. W zeszłym roku chodziłam na wystawy fotografii, na których na jedynym opisem była notka o autorze. Podobały mi się natomiast opisy na jednej z niewielu wystaw, na której w ogóle były - były cytatami z literatury wiążącymi się w jakiś sposób z fotografiami. Zdjęcia mojego miasta i utwory naszych (lokalnych, choć i znanych w całym kraju) autorów.
    PKiN darzę dużym sentymentem, jest dla mnie nieodłącznym elementem Warszawy, nic na to nie poradzę, w końcu mam tyle lat ile mam ;) I nie wiem, czy mam ochotę obejrzeć tę wystawę. Mam takie skrzywienie, że moje oczy natychmiast zauważają, że coś jest napisane i natychmiast to czytam, więc nie wiem, czy udałoby mi się uniknąć opisów, hrehrehre :D
    Trzaskowski stracił dużo w moich oczach przez to strzelanie do dzików, ale też uważam, że to przez bezmyślność było. I brak wiedzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od razu mnie ciągnie na sedes, żeby sztukę wyprodukować. ;-D Konceptualizm ma te swoje mielizny. Te fragmenty literackie bardziej kręcą, bo są połączeniem sztuk. Natomiast czym jest ten bełkot, z którym mła się zetknęła na oblookanej wystawie? Po młowemu to była koncepcja, taka na bazie i po linii z tych tryndnych a potem na łapu capu dołączono do tego obrazy, rysunki, rzeźby i instalacje. No i wyszło jak wyszło, łapucapizm i teza dopychana kolanem. Ech...
      Rafau Planeta Płonie przestał mła się podobać w okolicach pierwszej przegranej, do mła zaczęło wtedy docierać że salon z dyskursem na modne, choć nie te najbardziej palące tematy, to nie jest miejsce, w którym trzeba szukać głowy państwa, która musi z wszystkimi wspólny język znaleźć. Żeby było jasne, stadion to też na pewno nie jest to miejsce. Rafaua Planeta Płonie złośliwie podsumował gnidowaty przedstawiciel rodu Kurskich - "Bonjour". Jest dużo ładnego, okrągłego mówienia a potem są zabijane lochy z młodymi. Jakby było mało tej okropności, to jeszcze na oczach warszawiaków. Rafaua jakoś nie gniotło, o zmianę przepisów nie wystąpił, choć mógł. Próbek do badań od dziczyzny nie pobrano. Całe to jego gadanie o umiłowaniu Natury i walkę o ekostandardy jest tyle warte, co gadki Pomarańczowego Kretyna o pokoju. Hipokryzja wychodzi uszami z okazji tej bezmyślności. Niedawno W Hamburgu wilk zabłąkany w mieście zaatakował kobietę, która chciała mu tylko pomóc. Zwierzę wywieziono w las, choć można bylo podjąć decyzję o odstrzale.

      Usuń
    2. No i jak zwykle w punkt.

      Usuń
  6. Bardzo dziękuję! Ja żyłam cały czas z hasłem na ustach: "ojciec też matka, syn też córka". Sztuka nie ma płci, praca w sumie też (męski teoretycznie zawód posiadam).
    Można jedynie podziwiać działalność wszelaką kobiet w czasach kiedy jakakolwiek działalność była niepopularna bądź wręcz nie akceptowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mła na te wszystkie dopasowanki do idei patrzy z dużym dystansem. W kontekście historycznym rzecz ujmując, to uważam że to jest dalekie echo poglądów grupy kobiet, które nie pracowały, bo im nie wypadało. Sufrażystki walczyły o nasze prawa i chwała wielka im za to, pamiętajmy jednak że w czasie tych walk to kobiety pracowały w fabrykach przy maszynach, w kopalniach, na polach i jeszcze w paru takich miejscach, których nie kojarzymy z tzw. damskimi profesjami. Miały nie tylko prawo do wykonywania tych zawodów, często to był obowiązek. Sufrażystki walczyły o równe traktowanie, kasę i dostęp do stanowisk kierowniczych. Potem dopiero doszło do odkrycia że niektóre prace pozbawiają kobiety możności reprodukcji, w XIX wieku mało kto się tym przejmował, poza uprawiającymi dobroczynność przedstawicielami klas wyższych. To były jednak inne wysokie kręgi niż te, które zajmowały się sprawą równości kobiet. Co do kobiet uprawiających sztukę malarską, za artystki uznano je tylko jakiś wiek później niż za artystów uznano mężczyzn. Tak naprawdę to nie wiemy ile kobiet pracowało w warsztatach malarskich w czasach, kiedy ta działalność była uznawana za rzemiosło. Na pewno nie mogły być oficjalnie czeladnikami, ale jak to rzeczywiście wyglądało, kto i co malował, złocił itp. nie do końca wiadomo, skoro to były tak naprawdę rodzinne przedsiębiorstwa.

      Usuń