środa, 22 lipca 2026

Okularka

Zaginęła Okularia, nia ma jej od soboty rano, podobno była widziana w niedzielę. Cała jestem w nerwach.  Na razie tyle, bo na nic więcej nie mam siły.

sobota, 18 lipca 2026

"Odyseja" - mła oblookała i donosi

"Muzo! Męża wyśpiewaj, co święty gród Troi zburzywszy,

długo błądził i w tułaczce swojej siła różnych miast widział,

poznał tylu ludów zwyczaje, a co przygód doświadczył i trudów!"

"Odyseja" Homer 

 

Nowy film Nolana, jak to u niego,   bardzo widowiskowy. Mła z ostatnim "Nolanem" miała problem, "Oppenheimer" mimo świetnej gry aktorskiej, wydał się mła taki nie do końca nolanowski. Czegoś w nim brakowało, może nadziei? Nowy film jest za to nolanowski do bólu. Oczywiście przed filmem było mnóstwo kontrowersji, głównie dotyczących obsady. No wicie rozumicie, że woke, czarnoskóra Helena, te klimaty.  Mła, która nie znosi kiedy postacie historycznych Europejczyków "kaukaskich" odgrywają w filmach historycznych czarnoskórzy aktorzy,  tym razem olała temat, bo to przeca adaptacja eposu, a nie historii. Tak jak w serialu "Wielka", satyrze ubranej w historyczny kostium, nie ma znaczenia czy  aktor jest czarnoskóry, białoskóry, czy fioletowy w ciapki. Przeca nie mamy do czynienia z materią faktów, tylko ze sztuką o sztuce. Ci, którzy  tak bardzo się zapluwali opisem Heleny jako białoramiennej, nie grzmieli jakoś że Nolan nie każe mówić  swoim bohaterom greckim heksametrem i to nie w wersji klasycznej, tylko zgodnej z najnowszymi ustaleniami na temat  brzmienia greki w VIII  - VII p.n.e.


Mła osobiście nie ma nic przeciwko temu żeby córkę łabędzia pod postacią, którego ukrywał się Zeus,  wyklutą z jaja,  grała czarnoskóra aktorka.  Półbogini może mieć nawet trzeci cycek, w charakterze dodatkowej atrakcji.  Gdyby Ci wszyscy samozwańczy obrońcy białoskórej  Heleny wiedzieli jak wyglądali  ludzie epoki mykeńskiej na  wyspach greckich, to pewnie by nimi zatrzęsło i cisza by zapadła w kwestiach protogreckich wyobrażeń. No dobra, nie będę się wyzłośliwiała. To nie jest film archeologiczno - historyczno - prawie że dokumentalny, to opowieść o antycznym micie, próba jego reinterpretacji. Bliżej tu do kina Felliniego, jego "Satiriconu", czy do "Jezusa z Nazaretu" Zefirellego, gdzie jakoś nikt nie wytaczał ciężkich dział z powodu tego że Robert Powell grający Jezusa ni cholery nie przypominał mieszkańca Palestyny z I wieku n.e.  Mity nie są własnością grupy, która je stworzyła, my sami dlatego na Zachodzie obchodzimy Boże Narodzenie że mit bliskowschodni stał się zawłaszczoną częścią naszej kultury. Zawłaszczyliśmy, tak jak i inni zawłaszczają mity. Tak nawiasem pisząc to wielka jest siła obrazu, mła pierwszym skojarzeniem na słowo Jezus jest zawsze ukoronowana cierniem głowa Roberta Powella, z tymi jasno niebieskimi oczami, w których tkwi cały ból świata. 

Film Nolana jest z tego gatunku "obrazu do głowy wkładanego", uroda kadrów ma tu wielką siłę rażenia. Na mła największe wrażenie zrobił  koń trojański na plaży i sceny w Hadesie, klimat wymiata! Do tekstu Nolan podszedł twórczo, znaczy co mu  było potrzebne rozwinął, co mu było niepotrzebne pominął, niektóre sprawy hym... "skompresował", jeszcze inne zmienił. Nie ma tu wyspy ćpających  Lotofagów, za to kwiatami, a nie owocami lotosu, karmi Odysa nimfa Kalipso,  Synon  zostawiony przy koniu ginie, zamiast jak to zapisano akurat nie w "Iliadzie" czy "Odysei" a w "Eneidzie" Rzymianina Wergiliusza, otworzyć w koniu właz, z którego wyleźli  Achajowie, Antinoos ginie ostatni a nie pierwszy, Nauzykaa wraz z Feakami nie istnieje, żadnego worka wiatrów od Eola. Pewnie większość oglądających nie zauważy, bo po prostu nie zna eposu, mła jednak zdawa sobie sprawę jak dalece "Odyseja" 2026 jest autorską interpretacją Nolana. Czy mła z tego czyni zarzut? Noł, noł, mamy do czynienia z materią mitu a ona jest bardzo pojemna i hym... zmiennokształtna. Jednocześnie Nolan zachowuje to,  co w tym konkretnym micie jest najbardziej istotne - człowiek jest igraszką bogów, próby przeciwstawiania wyrokom losu niosą zagrożenia a losu nie zmieniają, gdyż wszyscy podążamy w jednym kierunku, nasze działania mają skutki, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć,  nie można powrócić do przeszłości. Gdyby mła miała jednym zdaniem opisać jaka jest wersja "Odysei" Nolana  to - Herosi są zmęczeni byciem herosami. To film o rozpadzie świata, jego ideałów, rozpadzie człowieka, z odrobinką nadziei na spokój i być może odrodzenie. Nolan  jak to się przyjęło określać, przesuwa sens.

Spryt Odysa przyniósł zwycięstwo, które okazało się klęską i teraz cały świat ma PTSD. A wszystko to zgrabnie opowiedziane, jak choćby brzemienna w skutki wizyta u czarodziejki Kirke ( Samantha Morton wielką aktorką jest a scena zamiany w świnki duża sprawa! ), czy historia wyspy Syren albo moja ulubiona, bardzo wierna tekstowi historia psa Argosa, czy dobrze pomyślana historia wizerunku Ateny, ukazującej się Odysowi. Jak dla mła to ten film ma wszystko co mła w kinie lubi - dobrze opowiedzianą historię z pomocą świetnych obrazów, dobrze zagraną ( na tyle dobrze że mła nie przeszkadzał ten potoczny amerykański angielski, który czasem ją drażni w tych wszystkich Trojach i Aleksandrach ). Oczywiście są mielizny typu "Nasza epoka brązu się kończy", zdanie które wypowiada Odys, czy "Płyńmy ku zachodzącemu słońcu". Są też drewniane aktorsko momenty, że tak napiszę poziom aktorstwa nie jest równy. No ale jest widowisko, kostiumy są naprawdę filmowe, nikt nie silił się na antyk rodem z Hollywood, szczęśliwie zdaniem mła. Nolan bawi się w wikińskie łodzie, postać Agamemnona przypominającą Batmana, choć dla mła ten Agamemnon ma więcej z Dartha Vadera,  określoną paletę barw, której większość nie będzie kojarzyła ze światem antycznym, bo przeca ludzie teraz informowani przez AI, nieważne że kłamliwie, jak ten świat antyku wyglądał. Muzyka Ludviga Göranssona z tych medytacyjnych, kiedy wybrzmiewa głośniej czuć w niej mrok. To dobra ścieżka dźwiękowa dla filmu o zagubieniu, ale mła nie sądzi żeby podbijała listy przebojów. No i takie to kino autorskie, choć nie wierzę żeby miłośnicy "Incepcji" bardzo je docenili.  Dlaczego? Bo jest to film długi, mało teledyskowy i opowiada o mało przyjemnych sprawach, szczególnie takich, które dotyczą w większości mężczyzn. Filmy o granicach sprawczości człowieka rzadko kiedy cieszą się popularnością wśród publiczności. Mła się podobało, czy będzie się podobać innym? Nie wiem, ludzie mają różne oczekiwania wobec tego filmu.

Za ozdóbstwa dziś robią obrazki sztuki mykeńskiej, czyli z czasów w których toczyły się jakieś historie, które potem obrosły mitem. W Muzyczniku fragmenty ścieżki dźwiękowej, ten z Syrenami i "Another Name". 

czwartek, 16 lipca 2026

Kolejny lipcowy odmeldunek

Zdania nie powinno zaczynać się od więc a tym bardziej wpisu, więc w zdaniu podrzędnie złożonym donoszę że Helenka po zabiegu. Ostały się cztery ząbki jeno, Helenka twierdzi że najważniejsze,  więc jest OK. Antybiotyk jeszcze na tydzień, na parę dni syropek, spray do buzi higieniczny. Jest zalecenie mokrej karmy, Helenka od wielkiego święta je na sucho, problemu nie ma. Za tydzień mamy się pokazać. Teraz Helenka, Mrutek i Okularia w sposób niemal ciągły, bo tylko z przerwą na posiłki, adorują nowy samochód somsiada. Sztaflik pilnuje jedzenia, bo jej zdaniem należą się jej zupki Helenki. Z racji starszeństwa, bo Sztaflisi od czasu do czasu, znaczy kiedy jest to korzystne, przypomina się że jest najstarszym kotem w stadzie. Mła do wtorku ma zajęcie przy kotowskich Dżizaasa i Jądrzeja, którzy są wyjechani. Jądrzej jako inwestycja familii w umiejętności, zdobywa kolejne żeglarskie godziny do odbębnienia przy zdobywaniu patentu na jednostki morskie. Dżizaas i przyjaciele śledzą go z brzegu, gotowi go ewakuować jakby co. Na razie Jądrzej zasypuje ich fotkami z widokiem co siódmej fali a na brzegu potajemnie są snute plany dotyczące nowo zdobytych umiejętności Jądrzeja, zdaniem mła przedwczesne, bo Jądrzej ma do wypływania jeszcze trochę godzin, zanim podejdzie do egzaminu. Dżizaas, która do tej pory znała uroki Półwyspu Istria  i okolic Zadaru, odkrywa teraz urodę Szybernika, Trogiru i Splitu.  Kto wie, może do Dubrownika wybierzemy się kiedyś razem. Lipcowa huśtawka pogodowa służy mła średnio, no ale są na świecie gorsze sprawy niż upał przeplatany zimniskiem. Trza znieść i już. Mła zainwestowała w nowy, starannie przeceniony  klosik szklany, cena 9 złociszy wydała się jej odpowiednia. Oczywiście spod klosika musiała usunąć zawartość, znaczy kfiotki z plastiku, konkretnie to falenopsisy w wydaniu chińskim. W szafce po Małgoś - Sąsiadce znalazłam stareńko pudełko po herbacie, malowniczo nadżarte rdzą. No i to by było na tyle. 

Fotki zdziśki z biegu i w Muzyczniku cóś na nową falę upałów. Gorączka wokół, gorączka w człowieku. Chyba zacznę gorączkowo obcałowywać Sztaflika na straży zupek, he, he, he.

niedziela, 12 lipca 2026

O naturalności głębokich smutków

Wpis Ani Bzikowej chodzi za mła od dłuższego czasu, mła się leniwie nad nim zastanawiała. Wydawało mła się, może nieco naiwnie, że mła by się na cóś takiego, co Bziczek wypraktykowała,  mogła pisać, bo przeca mła generalnie to tak frontem do ludziów i różnych spraw ciekawa. Potem jednakże mła sobie przypomniała jak to ją "kręcą" różne zloty i zlociki, jak nie lubi zorganizowanych imprez, nawet jak wiążą się z wyjazdami w fajne miejsca. Mła tak bardzo szczerze spytała samą siebie czy miałaby ochotę pojechać na jakieś warsztaty, podczas których mogłaby poodkrywać z pomocą innych własne jestestwo? Hym... śladu nie zostało po tym optymistycznym "Myślę że bym się wpasiła", bo otóż bym się nie wpasiła, nawet jak warsztaty odbywałyby się na Karaibach. Nie wiem czy to skrajny indywidualizm ( mam nadzieję że nie, nie lubię myśleć o sobie jako istocie aspołecznej do bólu! ), czy ten sceptycyzm, który czasem zahacza o cynizm i  który nie pozwala mła zawierzać w różne dobroci, czy też wewnętrzne przekonanie o braku potrzeby stosowania jakichś szczególnych działań naprawczych w młowym jestestwie. Mła nie zawsze żyje się najlepiej samej ze sobą, ale uważam ten stan za naturalny i w pewien sposób pożądany, szczerze pisząc nie rozumiem dlaczego miałabym to zmieniać. Nie wiem czy pamiętacie ale kiedyś napisałam o tym że moim zdaniem nadużywa się dziś terminu "depresja" i określa się nim różne egzystencjalne bóle, które nas gniotą. Szafuje się hojnie lekami, lecząc te wszystkie melancholie, które są niejako naturalnym objawem normalnego funkcjonowania. Mła nie twierdzi że depresja nie istnieje, mła twierdzi że nie każdy głęboki smutek jest depresją. A my boimy się głębokich smutków, cała nasza zachodnia kultura się ich boi, chcemy tylko fajnych, budujących nas pozytywnie doświadczeń. Jakby smutek nie mógł budować pozytywnie! Jak się mła nad tym głębiej zastanawia, to się jej ta cała pogoń za naprawą siebie wydawa w prawie każdym przypadku bezcelową. Nie można naprawić tego co nie jest zepsute, tylko jest jakie jest. 

Mła to teraz pewnie wsadzi kij w mrowisko ale przeca szczerość to wartość sama w sobie - przepracowanie traum nie zmienia przeszłości, jedyne co zmienia to myślenie o niej. To obłaskawianie świata minionego. Mła rozumie i wie że potrzebne, są ludzie którzy mają taki PTSD, który uniemożliwia im funkcjonowanie. Jednakże większość ludzi nie cierpi na PTSD i mła zachodzi w głowę dlaczego tak wiele osób czuje potrzebę, jak najbardziej autentyczną, przepracowania traum, które nie były doświadczeniami granicznymi? Co skłania nas do szukania pomocy, w sytuacji kiedy nie mamy traumy wojny, wypadku, zbrodni? Dlaczego jesteśmy tak nieodporni na zwykłe życie?  Nie wiem. Po prostu nie mam pojęcia dlaczego dochodzimy do wniosku że coś jest z nami nie tak, bo nas smutek gniecie i dlaczego nie uznajemy tego stanu za naturalny. Gabinety psychologów pełne, warsztaty, treningi świadomości pod okiem couchów od jestestwa mają się świetnie, tylko czy to wszystko naprawdę pomaga?  Jakby pomagało to przeca gabinety powinny pustoszeć a te warsztaty zamierać a jednak tak się nie dzieje. To się rozwija i przypomina coraz bardziej normalny rynek usług. Kosmetyka dla duszy. Tylko prawda, smętna a jakże, jest taka że nie ma idealnej recepty na wszystkie bóle, nie ma recepty nawet na omijanie bólu i udawanie że on nie istnieje, tylko od nas zależy  czy uśmierzymy to co nas boli, czy też będziemy  sobie żyli bez uśmierzania. Czy naprawdę wszystkie nasze bóle wymagają zmiany myślenia o nich? Czy tak boimy się każdego smutku że wolimy żyć urojeniem, które pozwala ludziom z PTSD normalnie funkcjonować?  Jak pisałam, rozumiem że są bóle z którymi normalnie żyć nie sposób, ale coś mła się zdawa że ofiary wojny na warsztatach o jestestwie nie spotkasz a i w gabinetach psychologów nie pojawiają się tak często jak powinny. Pełno za to w nich ludzi bojących się smutku, wręcz całkowicie wobec niego bezradnych. Usługi w pełnej gotowości czekają na klientów, tfu, pacjentów. To nie jest tak że to ludzie sami z siebie szukają ukojenia, że popyt wytwarza podaż, to cóś bardziej skomplikowanego, jakiś rodzaj sprzężenia zwrotnego, którego mła nie rozgryzła.

Mła zauważyła że rynek literatury poradnikowej od jestestwa rozwija się prężnie, porady w kwestii zostania biznesmenem, szczęściarzem w związku, mistrzem Zen,  znajdziecie w każdej księgarni. No i znów to natrętne pytanie, skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?  Dlaczego mimo tego uzbrojenia w porady "Jak żyć", sens tego życia cóś coraz bardziej  nam umyka? Mła cóś żmijka Socjologia użarła, bardzo niejasno mła  podejrzewa że kryje się za tym konsumpcjonizm i stanozjednoczońskie remedia na to, że nie spełnia ten konsumpcjonizm naszych potrzeb, w świecie, w którym religijne doktryny nie stanowią już odpowiedzi. Mła na to  myślenie naprowadziła pewna zmiana w konsumpcjonizmie, obecnie tryndne jest konsumowanie doświadczeń, gromadzenie rzeczy zeszło na drugi plan. To mła jakoś tak zagrało z tym leczeniem smutków, wszak konsumpcjonizm ma za zadanie uczynić nas szczęśliwymi tu i teraz. Smutki w konsumpcyjnym społeczeństwie się leczy albo przepracowuje, przy okazji na tym zarabiając. Takie są te moje socjo - podejrzenia. Kochane ludzie życie to nie bajka a na końcu się jeszcze umiera. Nieraz ciężko. Nie pomoże niepalenie tytoniu, niechlanie alkoholu i brak ćpania. Co najwyżej się w tej trumnie będzie lepiej prezentować z powodu braku ekscesów, czyli dość nudnego życia. Przepracowanie traum nie zmieni faktu że zaistniały.  Sorry ale w tej sytuacji smutek to objaw jasnego osądu rzeczywistości. Po cholerę tłumić jasny osąd? Dlaczego nie mamy być z powodu ludzjiej kondycji zasmuceni?  Mła nie rozumie, dlatego mła się nie nadawa na warsztaty i poszukiwanie siebie. Mła dość dobrze orientuje się gdzie jest, u progu starości, z przeszłością której nie sposób zmienić, tego nie dokona nawet demencja mła. Jest jak jest, trzeba wykorzystać te rzadkie chwile szczerości, które człowiek ma sam ze sobą i przestać się bać na zapas  smutków i bólów. Taka już nasza natura że nas jestestwo boli i smuci. Naprawdę trzeba się bać stanu kiedy w ogóle nie boli i nic  smuci, obawiam się że taki stan to tak bardziej pod psychiatrię podpada. 

Wybrałam najbardziej nostalgiczne japońskie obrazki dla ozdóbstwa mojego wpisu pełnego dzikich podejrzeń i odpowiednio smętną muzyczkę - królowa nostalgii Kalina. 

piątek, 10 lipca 2026

Mrutek meloman

"Kot"

"Jest cały czarny, lecz ogon ma elektryczny.

Gdy śpi na słońcu, jest najczarniejszą rzeczą, jaką sobie można wyobrazić.

Nawet we śnie łapie przerażone myszki. Poznać to po pazurkach, które wyrastają mu z łapek.

Jest strasznie miły i niedobry. Zrywa z drzew ptaszki, zanim dojrzeją."

 Zbigniew Herbert


Mła postanowiła  zacząć od wiersza Herberta z powodu nowych  lokatorów na naszej posesji - zamieszkały u nas słowiki. Wszystko wskazuje na to że będziemy mieli troszki niedojrzałych ptoszków do zerwania. Mła bardzo obawiała się kocich ekscesów, no bo wicie rozumicie, te kląskania, śpiewy poranne i późno wieczorne. No a tu zaskoczka, koty całą familię słowików mają gdzieś. Ptoszki pitulą a koty słodko przy tym pituleniu śpią. Wszystkie, choć najdziwniejsza jest reakcja Mrutiego.  Ptoszek milknie, Mrutek podmiaukuje przez sen,  słowik znów zaczyna pitulić a Mrutek w chrapanie. Zdawa się że z naszego kocurego to taki miłośnik słowiczych treli jak z Władysława Jagiełły. Mła będzie musiała pilnować żeby Mrutku to zamiłowanie nie zaszkodziło tak jak Władysławu. Nasz król ponoć wykorkował wskutek przeziębienia nabytego podczas słuchania śpiewu słowika nocą, tak przynajmniej twierdził Jan Długosz. Pewnie prawda, bo mła jakoś nie  wierzy żeby facet pod 80 wymykał się z zamku pod Medyką  nocą w celach lubieżnych, czy coś. Władysław jak się w kwietniu nocnych pituleń słowiczych nasłuchał, to już go w czerwcu nie było, madka musi ustalić z Mrutkiem że słuchanie słowika ma się odbywać z wyrka. Dupka przed zimnem chroniona a przez uchylone okno dźwięk się niesie i mój meloman może sobie wysłuchiwać bezpiecznie słowiczych arii.


czwartek, 9 lipca 2026

Wieści ze świata - skrót i z głowy

Ryży z Yankesowa tradycyjnie zrobił na szczycie, tym razem to był szczyt NATO, "szalonego Iwana", czyli wyciągnął arsenał starych sztuczek, który zachwycił głównie mendia, bo politycy jakby się przyzwyczaili.  Była klasyka: Grenlandia, Iran, srata tata, próby pomiatania, gierki Marka Rutte i tym podobne bzdury. NATO się jakoś tam dogadało, mimo tureckich problemów z demokracją. Erdogan wyrasta na potężnego gracza, bo tak naprawdę  dla USA w NATO jest trochę po zawodach, czego Ryży zdaje się nawet nie zauważył, za to Turcja ma swoje pięć minut, z racji strategicznego położenia i rozmiaru  swojej armii. NATO jest już wyraźnie w czasach "mniej Ameryki", czego mainstreamowe mendia nawet nie raczyły zauważyć, zupełnie w stylu Ryżego, zajmując się głównie rozwydrzonym, amerykańskim staruszkiem. Sensacją szczytu jest to że Ukraina ma produkować rakiety Patriot, wieść gminna niesie  że dlatego że Ukraińcy sobie sami coś rozpracowali. Czując co się święci Amerykanie nagle stali się mili i licencja na produkcję Patriotów trafiła do różnych krajów Europy. No cóż, wszyscy na tym zarobią, tylko Wujek Wowa stratny.  W UK  za rozwydrzonego "walczącego z establishmentem" robi biorący kasę od kogo się da  Nigel Farage.  Obecnie odwraca kota ogonem i usiłuje powtarzać numery z odwracaniem uwagi, tak dobrze opanowane przez Ryżego. Problem w tym że UK to jednak nie USA, kasa, która nie wiadomo za co została Farage'owi przelana,  trochę Brytyjczyków gniecie. Coś tu śmierdzi, na tyle że prasa Murdocha chyba postanowiła zawczasu rozbroić bombę. We Francji Marine Le Pen rozważa kandydowanie na urząd prezydenta, o ile tylko sąd zdecyduje że za przekręty finansowe nie musi nosić opaski podczas kampanii wyborczej. No cóż, zdaniem mła  Bardella ma szansę na prezydenturę, Marine nie. Wiem że o kobiecie brzydko tak pisać ale to polityczka, więc bez filtra podchodzę - Marine jest politycznie zużyta i za stara. Ciekawe w tych dwóch przypadkach jest to że ludzie uwikłani w afery finansowe, Marine i Farage,  uciekają przed konsekwencjami rozliczeń w wybory, szukając szansy na władzę i licząc na podobną głupotę wyborców, jaka miała miejsce w USA. Farage'owi może nawet się uda. 

Na Ukrainie rozkręca się na dobre kampania wyborcza, choć jeszcze o wyborach cicho. O prezydenturę walczą Zeleński i Załużny, dwaj panowie Z, którzy będą kombinowali jak tu sięgnąć po głosy nacjonalistów. Z naszej strony wyznaczyliśmy granicę ekscesów, zmuszając PE do warknięcia w kierunku elit ukraińskich uprawiających politykę historyczną. Co do poglądów mła na ichnią politykę historyczną, to jest zdania że owa polityka pojawia się wówczas kiedy są problemy z polityką bieżącą. Jest oczywiste że zanim Ukraina wejdzie do UE czeka ją reorganizacja państwa, co jest procesem bolesnym, szczególnie dla tych, którzy korzystali na dotychczasowym modelu. Mła się widzi że część ukraińskich elit wcale nie ma ochoty by być częścią UE, w przeciwieństwie do ukraińskiego społeczeństwa. Będzie się działo, bo trzeba będzie na kogoś zwalić winę za opóźnienia w procesie akcesyjnym. Mła spodziewa się akcji obwiniania poszczególnych państw europejskich, czy nawet powstawania partii prorosyjskich na Ukrainie, choć to ostatnie nie spotka się z entuzjazmem zwykłych Ukraińców. Rządowi Ukrainy marzy się powrót Ukraińców z emigracji, jeśli Pambuk spełni to marzenie,  elity szybko będą musiały się zeuropeizować, to jest nieuniknione. Niestety nie wygląda na to żeby  na Ukrainie szybko narodził się odpowiednik brytyjskiego Count Binface, który spuściłby powietrze z nacjonalistycznego balonika, tak jak spuścił powietrze "z walki z establishmentem" toczonej przez Farage'a.

W Rosji wojna rosyjsko - rosyjska o paliwa. Ponieważ Ukraińcy walą masowo w rafinerie i bazy paliwowe a Rosjanie widzą co się dzieje i panikują, na rynku paliw w Rosji jest po prostu krach. Kłopot jest właściwie z każdym rodzajem paliwa i to w okresie żniw, co nie wróży dobrze. Jest na tyle kiepsko że z brakiem paliw mierzy się też armia. Zakaz eksportu benzyny, paliwa lotniczego i diesla przez producentów tych paliw oznacza mniejszą kasę ze sprzedaży wpływającą do budżetu państwa. Mniej kasy na wojenkę. Obecnie w Rosji  jest tak że przed skutkami  SWO jest trudno uciec, ceny paliw przełożą się przeca na ceny towarów i usług, które już i tak szybowały za wysoko jak na kieszeń przeciętnego Rosjanina. Państwo rosyjskie chyba będzie szło w kierunku Wenezueli, sprzedawać może  nierafinowaną ropę. Państwo to w ogóle coraz mniej sprawcze, obrona przeciwlotnicza coś słabo istniejąca a państwo najchętniej swój obowiązek obrony scedowałoby na bronionych. Za to rosyjskie państwo zadbało by jacht Wujka Wowy bezpiecznie dotarł do bazy na północy, z dala od dronów ( co zdaniem mła spowodowało że dolecenie do portów dalekiej północy jest   dla ukraińskich sił dronowych zadaniem ambitnie kuszącym! ). Jakby było mało zadłużenie regionów osiąga katastrofalny poziom, co przekłada się na wyłączenia prądu i dostaw wody w miastach niektórych  z nich. W związku ze związkiem regiony zaczynają pustoszeć, państwo w regionach po prostu przestaje funkcjonować. Nie że Rosja zaraz się rozpadnie,  to na razie proces zapadania się. 

Dziś za ozdóbstwo robią ilustracje pewnego szwedzkiego rysownika, którego nazwisko mam gdzieś zapisane, problem tylko w tym że nie pamiętam gdzie. Te prace to jako żywo przedstawienie wzajemnych stosunków  Tatusia i Rattuska. W Muzyczniku cóś filmowego na temat rzek. 

sobota, 4 lipca 2026

Lipcowy meldunek

No i przyszedł lipiec, najbardziej letni ze wszystkich letnich miesięcy. Gorąc nieco zelżał, jak dla mła to z naciskiem na nieco. W środę pożegnaliśmy ostatecznie Babcię  Marysię, Dziadek Kazio jakoś do siebie dochodzi, choć u nich w rodzinie to teraz ciąg nieszczęść. Na początku tygodnia u Gosi i Piotrusia odszedł ich najstarszy piesek, ukochany przez wszystkich Miętus, zwany też Głodnym Oczkiem, z racji opanowania trudnej sztuki eleganckiego wyłudzania żarełka. Miał czternaście latek i te czerwcowe upały wyraźnie mu nie służyły, zatrzymał się w ogródku, po wyjściu z basenika w którym się ochładzał.  Jakby mało Gosia z Piotrusiem mieli nieszczęść. Cała nadzieja w tym że Dziadek Kazio zacznie teraz dbać o siebie, bo do tej pory więcej czasu poświęcał zdrowiu Babci Marysi i jakoś to wszystko się ułoży. Gosia powinna mieć niedługo urlaub, może uda się jej odetchnąć  z Piotrusiem i psami. Natalka ma w lipcu praktyki, Dziadek Kazio tournée po lekarzach, w zasadzie gryplan gotowy.

Tatuś nasz odetchnięty pojechał do domu nad morze. Obiecał nam że jeszcze przyjedzie, bo odpoczął. Krokomierz dalej na ręce. Mła smutno, choć rozumie że Tatusiowi tęskno było za Rattuskiem, który ponoć bardzo ucieszony z jego powrotu. Misia pewnie teraz będzie tęsknić. Ech... Helenka została odłowiona i pojechała do dochtórek.  Zęby do robienia, krew pobrana, antybiotyk zapodany,  wieczorem zjedzone. Dostaje zestawik z antybiotykiem i syropkiem, bo trza wyleczyć choć trochę to zapalenie przyzębia przed zabiegiem, ale zjada tak se. Muszę zapodawać surowiznę, bo to lubi najbardziej. Dalej baruję się z urządzeniem sobie przyszłości, co znacznie lepiej wygląda niż urządzanie sobie starości. Przy upalnej pogodzie marzy się mła wyjazd nad morze, ale to się może tylko pomorzyć, bo so łobowiązki i na urlaubie się już było. W ramach poprawiania sobie  humoru poszalałam z przyszłorocznymi planami wakacyjnymi, z których nie wiem co wyjdzie, ale przeca tak nie do końca mła jest przekonana że wyjść musi. Chodzi o przyjemność planowania. Prawie nie bywam w ogrodzie, czas mi strasznie szybko mija i nie mam kiedy, w dodatku popołudniami  gorąco. Usiłuję trochę czytać, ale będę szczera - usiłuję. No i to tyle lipcowego meldunku. 

Dziś  za ozdóbstwo robią kocie obrazki, dwa pierwsze autorów mła nieznanych, a szkoda, bo fajne są ( Behemot zakąszający grzybkiem i Białe Lenistwo! ), autorami dwóch pozostałych prac są e Louis Valtat i Charles Camoin.  W Muzyczniku "I'll fly away" i Rising Appalachia. Takie raczej nieoczywiste wykonanie. Mła bardzo lubi ten hymn, napisany przez Alberta E. Brumleya w latach 1929 - 1932 i opublikowany w 1932 roku przez firmę Hartford Music w zbiorze zatytułowanym "Wonderful Message". To najweselsza piosenka o Cichej jaką mła zna. Albertowi napisanie piosenki zajęło aż trzy lata, od pomysłu, który mu wpadł do głowy podczas zbioru bawełny w 1928 roku do niemal daty wydania. Różne wersje utworu wypróbowywał, ale ta właściwa przyszła najpóźniej. Podobno Brumley inspirował się balladą "The Prisoner's Song" z 1924 roku. Hym... hymn śpiewany podczas uroczystości religijnych, jeden z najbardziej znanych utworów gospel, będący zarazem nowoorleańskim hymnem pogrzebowym, ma takie kryminalne korzonki.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Zabudować wszystko!

Od upału świat nam głupieje.  Tak się mła zdawa, choć głupotyzm ma się świetnie przy każdej pogodzie. To tak po wizytacji terenów podmiejskich mła naszło do wypisywań. Szczury nam biegają w dużej ilości po miastach, mimo segregacji śmieci, zamkniętych pojemników itd. Dziki wchodzą do miast, że niby przyroda atakuje. Ech... koty i wilcy słabo paszą do pseudoekologicznej bajki. Za to pojawiajo się głosy że to myśliwi za blisko miast polując żywinę dziką do nich wyganiają. Taa... jak ktoś tu dziczyznę wygania to raczej stada deweloperów, którzy włażą nam w pola i lasy, by budować w nich te "superekologiczne" osiedla. To my coraz częściej włazimy na teren dziczyzny, nie ona na nasz. Ludzie kochane mieszkań w tym kraju to po kokardę, problem tylko z kasą na najem, albo kupno. Czy my naprawdę musimy wszystko zabudowywać?  Mła osobiście to ma sporo "ale" do myśliwych, ale nie ma jakoś wątpliwości że to mniejszy problem dla przyrody niż deweloperzy. Czy naprawdę musimy popełniać te same błędy, które ktoś tam kiedyś na świecie zrobił,  rozciągając miasta do skali utrudniającej ich utrzymanie? Wielkie miasto to wielka infrastruktura, czytaj wielkie koszty. Ludzie mieszkający w takich satelitach wielkich miast zabulą za drogi, kanalizę, nawet za ten wywóz śmieci i komunikację miejsko - podmiejską.

Mła paczy na tę ekspansję miast, w kraju z naszą demografią i macki jej opadajo. Deweloperka w samych  miastach to z kolei problem zabudowywania każdego centymetra, z drzewkiem na dachu w charakterze alibi. Mła to tak wnerwia że jest obecnie na etapie - stawiasz cztery budynki wielorodzinne  i  do tego robisz park w ramach tego, że pozwolono budynki  postawić. Deweloperstwo wyczynowe dojrzewa nam jak wrzód, jak pęknie to zacznie  zmiatać samorządy tak jak je teraz zmiatajo strefy elektromobilności i szpitalnictwo razem wzięte. Ludzie kochane dla kogo my to wszystko budujemy? Dla tych migrantów, których nie znosimy? No bo najwyraźniej nie dla tych dzieci, których nie mamy i mieć ich nie będziemy, bo demografia na świecie się zmienia. Ludzi już zaczęło ubywać. Tak mła się marzy żeby ci wybrani przez nas do władzy zajęli się tym co robi u nas deweloperstwo a nie np. tym że politycznie tonący ukraiński prezydent brzydko się chwyta. Co mnie to obchodzi, nie moje małpy, nie mój cyrk. Mnie interesuje polska patodeweloperka, niszcząca nam nie tylko miasta, ale i przyrodę wokół nich. W mieście Odzi obecnie pilnujemy żeby nam Lasu Łagiewnickiego miasto nie cywilizowało. Znamy te numery, zaczyna się zawsze od "inwestycji ułatwiających kontakt z przyrodą",  typu ścieżka rowerowa w lesie. W lesie to są, qurna, dukty leśne a nie ścieżki rowerowe!

Nie pamiętam kto rysował te złośliwe elfiki,  ale jeszcze pamiętam że  "'Natalie", czyli piosenkę z dzisiejszego Muzycznika śpiewał Gilbert Bécaud.

piątek, 26 czerwca 2026

Weekendownik - upalne rekordy

Uff... nie dość że upał to chyba się u nas kampania wyborcza zaczęła, bo cóś w mendiach wrze. Strach cokolwiek włączyć, bo wrzeszczą. Jak nie lekarze i sygnaliści, to elity ukraińskie i ich problemy. Jakby własnych elit i problemów z nimi związanych było nam mało. Dla każdej ogarniętej i każdego ogarniętego jest jasne że wszelkie konferencje na temat odbudowy kraju, który nadal prowadzi wojnę, to pic na wodę i fotomontaż.  Jaka to obudowa, w kraju, który jest non stop bombardowany? Przyszłe kontrakty? Z  kim, przeca Ukrainę czekają po wojnie wybory i łatwo może się okazać że nowym władzom zamarzą się nowe priorytety. Teraz żeby była całkowita jasność, kontraktów na odbudowę Ukrainy nie załatwia się w Ukrainie, chyba że się chce mieć kłopoty. Płatnikiem w takich kontraktach lepiej żeby nie były samorządy, ani nawet żeby rząd Ukrainy coś tam  gwarantował. Płatnikiem dla naszych firm powinny być instytucje Zachodu. Zresztą zdaniem mła nasze firmy nie muszą się pchać na Ukrainę, zarobią na dostawach i tranzycie wystarczająco.  Tyle w sprawie. Odczepmy się od ukraińskich tematów i zostawmy ukraińskich polityków z ich własnym narodem. Tam się szykują niezłe rozliczenia zaraz po wojnie, na co nam się w to pchać i robić za chłopca do bicia. Wspierajmy osłabianie agresywnej Rosji, to jest nasz biznes. No i nie prujmy gęby, ludzie mendialni dajcie odetchnąć!

Gorąc straszliwy i mła się martwi o Helenkę, która nie je. Podchodzi do miski, wącha i odchodzi. Mła czuje że zbliża się wizyta u dochtórek, podejrzewam ząbki. Myślę że na razie będę działała  jak Kocurro doładowująca zupkami Myszkę. Nadal usiłuję coś robić w domu, idzie ciężko, bo tak po prawdzie to tylko bym zalegiwała. Cio Mary i Pabasia też schowane w domach, wychodzą bladym świtkiem po zakupy i tyle ich łażenia. W lipcu ma być ochłoda, oby się sprawdziło.  Dla mła istotne, bo być może już w lipcu udam się na kocią pańszczyznę do Dżizaasa i Jądrzeja,  coś się tam u nich parodniowego szykuje. Jądrzej ma do wypływania swoje "łódkowe" godziny a Dżizaas i jej przyjaciółka Justynka wyczuły okazję, by się zabrać. Mła będzie chodziła do kociego łobowiązku. Ze spraw kurtularnych to byliśmy z Mamelonem i Sławencjuszem w kinie na nowym Spielbergu, który u nas zamiast nazywać się "Dniem ujawnienia", chodzi pod tytułem "Dzień objawienia".  He, he, he, zawierzenia nam się kłaniają. Film z tych kontrowersyjnych, choć posiadających konstrukcje cepa i niewymagający wysiłku intelekta. Wicie rozumicie, zabili go i uciekł a realia jak z początku wieku. A jednak mła wyczuwa w tym filmie jadowitą satyrę, opis amerykańskiego jestestwa, które nie jest obecnie w stanie ocenić, co jest prawdą, co postprawdą wygenerowaną przez AI, które skłonne jest uwierzyć w każdą teorię spiskową, bo dawno temu zgubiło narządka do krytycznej analizy rzeczywistości. W tym swoim świecie, gdzie rządzą prawa wrestlingu, czekają na guru, który powie "Listen...". Słabo myślący całą swoją nadzieję ładują w empatię, która pomoże przetrwać kryzys. Hym... chyba Tomasz Raczek ma rację, każdy ma swój własny film, wyświetlający się jakby niezależnie od tego, co się widzi na ekranie. Mła się tak wyświetliło.

Mła w końcu zakloszowała co cza, jestem w miarę zadowolniona, najbardziej z ceny klosza rzecz jasna. Z ustrojstw, które robię bardzo rzadko jestem zadowolniona, taka już moja natura. Temat ogródkowy, mła zajmuje się miniaturkami, bo na prawdziwe ogrodowanie ma zbyt mało czasu i niestety coraz mniej siły. Dobrze że na cokolwiek jeszcze mła te resztki energii jest w stanie z siebie wydobyć, upał bardzo mła uświadamia że nie jest już tą młodą lasencją, którą była dziesiąt lat temu. Jutro mła jedzie w odwiedzinki do Tatusia, będzie nas trochę więcej, taki mały zlot w domku Babci Halinki. Mam nadzieję że w lesie upał będzie bardziej znośny, choć może być różnie, co widać po zachowaniu żółwi. Jądrzej zamontował żółwiom nadajniki na skorupkach, Tatuś nawet ich teraz do domu nie zgarnia na noc, bo popitalają po działce jak małe samochodziki. Słoneczkują cały dzień, podjadając co uważają, naprawdę szczęśliwe jak w swojej ojczyźnie. Zgadzam się z Anią, mamą Jądrzeja, hodowanie zwierząt egzotycznych w domach to coś mocno nie tego. Człowiek choćby nie wiem jak się starał, nie zapewni takich warunków jakie stworzenia powinny mieć. Cieszę się bardzo na spotkanie z Małgosią, ciekawe czy załatwiła sobie plener? Po południu z Grotnik jadę do Gosi i Piotrusia, na wizytę pocieszycielską. No i to by było na tyle przed weekendem. Fotki  różne, żółw z nadajniczkiem, no i także zdziśki, w tym te z poprawiaczami wyglądu na dzień jutrzejszy i nowymi kolczykami mła a w Muzyczniku nadal sentymentalnie - Gina Lollobrigida, która zdaniem mła była lepszą śpiewaczka niż aktorką. Mła zaraz uda się do wanny, dla ochłody i poprawy urody. 


środa, 24 czerwca 2026

Nadeszło nam lato

Przyszło lato, przyniosło upały i od razu z nimi życie stało się nieco cięższe. Jakby było mało nadeszły paskudne wiadomości - umarła mama Piotrusia  a mój kumpel Janek wylądował w szpitalu w wyniku tzw. ciężkich nerwów. O ile spodziewaliśmy się że z Marysią, mamą Piotrusia, mogą być jakieś kłopoty ( piszę kłopoty, bo nikt z nas nie zakładał że Marysia w tempie ekspresowym uda się do Patagonii! ), o tyle z Jankiem to pełna zaskoczka. Zamiast imienin z kolacyjką itd.,  Janek zalega a przestraszona Danusia, jego żona,  doczytuje czym ratować skołatane nerwy. Janek niestety nie jest z choleryków, tylko z tych, którzy duszą w sobie. Ech... ciężka sprawa. Mła zadowolniona że ma Tatusia niedaleko, pilnuje Misi i żółwi  Babci Halinki w jej domku w Grotnikach. Na ręku ma zamontowany krokomierz i monitoring parametrów zdrowotnych, przy domu kamerka, przez którą Dżizaas i Jądrzej mogą podglądać Tatusia w ogródku i mła jest taka jakaś spokojniejsza. Rattusek został  w domu pod opieką naszego siostrzeńca, ale mam wrażenie że Tatuś trochę tęskni. Rozpuszczanie Misi (  nici z odchudzania, kota ma Tatusia pod pazurem niemal od początku tej jego nad nią opieki ) i wypas żółwi to jednak trochę mało dopieszczeń zwierzyńca w wykonie Tatusia. Szczęśliwie jest jeszcze dochodząca wiewiórka i masa ptaków. Wiewiórka to nawet jakby bezczelna, cyka na człowieka. Ogród, czyli las,  jest jej a człowiek to tam może co najwyżej robić za dostawcę słonecznika, czy orzeszków. Postanowiliśmy sprezentować wiewiórce leszczynę. Gleba się nadawa, na działce jest sporo miejsca, wiec zwierz powinien być zadowolniony. 

Mła pokaże Wam teraz tartaletki co sobie je zrobiła z okazji nadejścia lata do popołudniowej kawy i łupy, które przywiozła z francuskich brocante. Tartaletki miały krem z mascarpone, pistacjowej pasty i pokruszonych amarettek. Miało być tak trochę inaczej niż zwykle. Nie było złe, ale szczerze pisząc to z truskawkami mało co jest złe. Łupy są z tych drobniutkich, poza kloszem szklanym, przyjechały miniaturki, takie w rozmiarach 1:6. Mła nabyła miedziany rondelek i nocniczek dla lalek, który ma coś około stu lat. No a  cała ta drobnica to w cenie biletu MPK miasta Ódź. Klosz wraz podstawą zostanie wykorzystany do zakloszowania mebelków ogrodowych. Na razie mła jednak nie kloszuje, tylko fragmentami podłogę myje, bo nadejszła wiekopomna chwila i trza uprzątać domowe stajnie Augiasza. Jutro wielkie pranie pościeli, znaczy letnie porzundki.  Fotki dziś Grotnikowo - domowe a w Muzyczniku stara śpiewka o BB, taki karnawałowy marsz. No a potem sama Brigitte Bardot śpiewa.  Na koniec Françoise  Hardy.


poniedziałek, 22 czerwca 2026

Prasówka letnia - mus, choć newsy średnio gorące, za to większość głupich, co cud

Teraz napiszę o tym jak polityka przekłada się na to co nam najbardziej niezbędne, przynajmniej ludziom w moim wieku - na opiekę medyczną. Wiedziałam że srandemia długo nam się będzie odbijać i właśnie po raz kolejny zabrzmiało potężne odbeknięcie z głębi trzewi - kominy płacowe dla medyków z roku 2021. Jejku, jejku, nagle wszyscy zaskoczeni tym ile zarabiają medycy i w ilu miejscach pracują! No a przedtem to nie byli tego świadomi? Nie widzieli cudownej zdolności bilokacji niektórych przedstawicieli zawodów medycznych, bo sprawa dotyczy nie tylko lekarzy? Noż qurczę, mła pamięta niejakiego marszałka Karczewskiego, jak najbardziej prawomyślnie PiSdniętego, sprawa tej podzielności uwagi medyków nie jest zatem sprawą najświeższą. W systemie różne zdziwności narastały a w czasach srandemii jak ten granat wybuchły nam w rękach. Obecnie z powodu lenistwa obecnej władzy walą rykoszetem, w tę władzę też. Co wcale nie znaczy że stara władza na tym bardzo skorzysta, nie tak dawno się działo i naród jeszcze nie zapomniał że mąż marszałek Sejmu po znajomości dwa lata zajmował specjalistyczne łóżko na oddziale ratunkowym,  gdy w tym czasie dziesiątkom zwykłych obywateli szpital odmówił pomocy i saloniku dla VIP ów na Szaserów, który teraz ma ponoć odpowiednik w Szpitalu Południowym, też znajomi królika zasiadali.

No i jeszcze ten sygnalista, któren obecną aferkę nagłośnił,  to sam ubabrany w dojenie NFZ. W społeczeństwie raczej utrwali się przekonanie że "PiS PO jedno zło" ( trzeba przyznać że politycy obu partii czują się być na tyle godnymi, że czekanie na swoją kolejkę wydaje się im wręcz uwłaczać ) a to nie jest do końca tak.  Rząd koalicyjny PO i przystawek oddał rządowi Zjednoczonej Prawicy służbę zdrowia w stanie nie najlepszym, oględnie pisząc, ale to rząd Zjednoczonej Prawicy twórczo rozwinął pojęcie takiego zarządzania służbą zdrowia, by ta generując coraz większe koszty, stawała się coraz mniej efektywna. Rząd Morawieckiego posunął się do tego że zamiast efektywna  służba zdrowia miała być efektowna - te samoloty z maseczkami oczekiwane na lotnisku, wielkie załatwianie zepsutych urządzeń, robienie szpitali na stadionie, do których raz na ruski rok zawitał pacjent. No wiecie, wszystkie te cudności które przełożyły się na 200 000 nadmiarowych zgonów rodaków podczas czasu zwanego srandemią, z którego jak wiadomo obronną ręką wyszły kraje Globalnego Południa, których społeczeństwa nie były klientelą ani dla ich własnych polityków, ani dla Big Pharmy.

To w czasach srandemii wymyślono te kominy płacowe i łapanie wielu srok za ogon, które teraz objawiły nam się w pełnej krasie. No i co nam biednym żuczkom zostaje? Głosować na Konfederusję, partię, która ma pomysły na zarządzanie jak mały Jasio i nie odróżnia państwa od przedsiębiorstwa, czyli myśli kategoriami sprzed lat niemal pięćdziesięciu? Zupełnie  jakby nie rozumieli że takie myślenie stoi za upadaniem Zachodu, bo pogoń za zyskiem doprowadziła do globalizacji bez zasad, zamiast do globalizacji wartości. Myślicie że co Konfederusja zrobi ze służbą zdrowia? Sprywatyzuje, coby państwo nie wydawało piniędzy. Prywatne ubezpieczenia to widzimy jak w USA czy Chinach działają, cieszycie się?  Reforma systemu ochrony zdrowia jak widać przerasta wszystkie nasze partie, może czas zamiast polityków zatrudnić jakichś fachowców, ludzi od zarządzania z tych państw, w których system ochrony zdrowia działa lepiej? Ech... sama już nie wiem co z tym bajzlem robić. Na razie to sobie myślę ze skoro lekarzom płaci się takie  pieniądze jak prezesom banków,  to widać w systemie jest za dużo kasy. Dobrze by było przywrócić stary sposób płacenia składek. 

W UK szykuje się zmiana premiera, cóś mła się zdawa ze będzie zamienił stryjek siekierkę na kijek. Brytyjczycy od ponad 5 lat mają prawdziwy brexit i jest on tak prawdziwy że już nie da się ukryć że sam pomysł był dość głupi. Nie wiem czy pamiętacie ale to szło tak: Europa ma sklerozę, a świat, który pędzi do przodu to USA, Chiny i Indie i jak tylko UK się wygrzebie z grajdołka UE to Anglosfera wita i UK stanie się nowym Singapurem. Taa... kto  miał cztery szare komórki na krzyż  ten wiedział że nie ma prawa  żeby wypaliło i to z przyczyn oczywistych, jasnych dla każdego który wie że 2+2=4. Poszło gorzej niż ktokolwiek zakładał , bowiem okazało się że USA się sypią, Chiny zaraz będą się sypały ( gospodarka stoi na eksporcie, co czyni ją podatną na kryzys ) a Indie są wiecznym pretendentem z powodu problemów strukturalnych. Jakby było mało rozochocony Wujek Wowa po sukcesach brexitowo - pandemicznych postanowił wywołać w Europie całkiem sporą wojnę, która dość ostro zweryfikowała UK w roli mocarstwa. Tak naprawdę brexit nie rozwiązał żadnego z problemów, który miał rozwiązać, raczej zaostrzył niektóre z nich do poziomu wcześniej nieznanego. Chłopiec do bicia, jakim przez lata była UE zniknął, ale brytyjscy politycy nie są z tych, którzy wezmą na siebie odpowiedzialność. W brexicie za mało było brexitu i należy całkowicie się oderwać, najlepiej to od rzeczywistości. Czym kończy się takie oderwanie widać najlepiej po USA, które bez wsparcia, to sobie mogą dyktatora Wenezueli porwać, oczywiście po uprzednim odpaleniu kasy  rządowi Wenezueli, który kłopotliwego prezydenta chciał się pozbyć.

Wielka Brytania nie upadła z dnia na dzień, ale to nie znaczy że się nie stacza. UK okazała się jako samodzielny gracz podatna na kryzysy w znacznie większym stopniu niż UE, co najbardziej zdziwne dla rzundzących  społeczeństwo brytyjskie okazało się być przesiąknięte ideami socjal - demokratycznymi tak samo jak społeczeństwa Francji czy Niemiec. UK wcale nie chce być takim państwem jak USA. Prędzej to społeczeństwo zagłosuje na narodowych socjalistów, niż na liberałów od wolnego rynku. Stąd moim zdaniem popularność architekta brexitu, Farage'a, faceta, który może kiedyś zostać premierem. No cóż, każdy kraj  ma swoje trumpozawierzenia a Anglosasi widać uwielbiają wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, bo raz im nie wystarczy. Pop - prawica w UK po prostu musi wyrżnąć głową w parapet przy tym wstawaniu z kolan i zniszczyć sama siebie. Świat się zmienił, korpo - państwo za Atlantykiem mierzy się z takimi problemami, że jego akolici nie powinni sprzedawać recept na american dream, jako panaceum na brytyjskie kłopoty, ale jak widać nie przeszkadza to Brytyjczykom zawierzać w głupie pomysły skompromitowanych brexitem polityków.   Na razie jednak to w Partii Pracy wrze i tam toczy się bitwa o to, kto będzie zasiadał na Downing Street 10, najprawdopodobniej będzie to były burmistrz Manchesteru.

Stosunki europejskie i spotkanie G - 7. Zacznijmy od tego że Tusku przemówił na boczku w imieniu naszym i nie tylko naszym. Tak miło, ale coby przypomnieć, czym skończyły się rozmówki w sprawie Ukrainy w tzw. formacie normandzkim. Otóż skończyły się wojną na Ukrainie. Ostatnimi czasy Zeleński ugrywa co tylko może na świecie, ugrywa na ostro, bo ma problemy doma. Takie śmierdzące  korupcją. W domu krzywdy mu pewno nie zrobią, ale jego  władzy na pewno nie zakonserwują. Politycy na Zachodzie problemy widzą nie do końca  tam, gdzie one naprawdę istnieją, za bardzo im się spieszy do końca wojny. Żadne pożyczki, czy darowizny dla Ukrainy nie zmienią bilansów tak, jak zmieniłoby je odbiurokratyzowanie procedur, powrót do rozsądnej polityki ochrony środowiska, zamiast uprawiania tych pseudoekologicznych,  klimatycznych zawierzeń, reindustrializacja oparta o nowe technologie i zdjęcie tej cholernej, ideologicznej czapy, którą z lubością zakładają przywódcy w UE, a także w UK. To jest główna przyczyna kłopotów a nie wojna na peryferiach. Problem z Rosją należy rozwiązać do końca, inaczej powtórzymy tylko cykl, bo to państwo destabilizuje region, jak w XVIII wieku destabilizowała go Polska.

Zmiana reżimu niczego nie zmieni, odwlecze w czasie nieuniknione, Rosjanom się od tego nie poprawi na dłużej.  Ukraińcom zresztą też nie, czego Europa Zachodnia wydaje się być nieświadoma. Razem z państwami bałtyckimi, całą Skandynawią i Finlandią, należymy do tych, którzy studzą zarówno prorosyjskie, jak i naiwnie proukraińskie porywy na zachodnich salonach. Z całym szacunkiem dla Niemiec,  nie powinni ich politycy zajmować się sprawami środkowej Europy, bo źle im to wychodzi. Pokój na Ukrainie nie będzie spuścizną Macrona, ani Starmera, może co najwyżej być funkcją wspólnych interesów całej Europy. Całej, bo zachód kontynentu sam tego nie uciągnie i pora się z tym pogodzić. Coś daje do zrozumienia hiszpański premier czy włoska premierka, każde z innej parafii ale jasno określający skalę wspólnego zaangażowania, natomiast tzw. Koalicja Chętnych to grupka z mocarstwowymi ambicjami, która przegapiła upadek koncepcji rządów mocarstw. Ukraina sobie radzi, trzeba ją wspierać a jeszcze bardziej trzeba wspierać prodemokratyczne zmiany w tym państwie, czyli oddzielić  Zeleńskiego od Ukrainy. Jak dla mła to wygląda to tak że kiedy politycy Koalicji Chętnych  mają problemy z polityką wewnętrzną, to nagle chcą być mężami stanu dla całej Europy. Ech...

Oczywiście mamy własne pomysły na to jak oddzielić Zeleńskiego od państwa i tu wchodzi cały na biało nasz prezydent. Jeżeli kogoś nie przekonały dotychczasowe wydarzenia że osoba sprawująca najwyższy urząd w Polsce, choć nie najbardziej sprawczy, to dureń, to teraz ma już pewność. Polityka to trudna sztuka osiągania celów, grupy którą reprezentujemy lub własnych. Nałrocky'emu ta sztuka się nie udaje, nie zrobił nic by interesy Polaków, interesy prawicy i interesy Nałrocky'ego ugrać. Dał się idiota ośmieszyć i uzyskał skutek odwrotny od zamierzonego. Wzmożenie antyukraińskie w kraju nie przełoży się na nic, skoro udaje się ośmieszyć naszego prezydenta tak łatwo. Jeżeli Nałrocky myślał  że na plecach pomordowanych w rzezi wołyńskiej sobie zapewni więcej władzy, to właśnie się przejechał. Rozbujał w narodzie emocje, rozdął ten cierpiętniczo - mesjanistyczny balon, który właśnie został przekłuty przez prezydenta Ukrainy tak prostą zagrywką i  z komicznym odgłosem pękł, pokazując światu nasze pretensje , jak najbardziej słuszne, do sposobu w jaki Ukraina tworzy swoją politykę historyczną, jako pieniactwo, przywiązanie do rytuałów i polityczną niemoc napędzaną głupotą przebraną za narodowy resentyment. Dziękujemy rezydentowi, szczególnie w imieniu tych, których na Wołyniu pomordowano. Teraz, po tym występie Nałrocky'ego stali się memicznym dodatkiem do odesłania orderu kurierem. Tak przy okazji, to mła nie wchodzi na koturny z okazji przyznawania tego odznaczenia, pomijam tu XVIII wieczne historie, mła wystarczy że kawalerem tego odznaczenia jest Antoni Macierewicz, order od razu jakoś mniej błyszczy. Polityków rozlicza się ze skuteczności, Nałrocky jest kontrskuteczny. Wzmocnił Zeleńskiego na Ukrainie, co wcale nie jest dla interesów Polski dobre. Dla siebie ugrał rolę idioty. Najwyższy czas żeby idiota, zamiast narażać nas na śmieszność, zajął się przecinaniem wstęg i podawaniem łapki, czyli swoimi obowiązkami. Pretensje mam do rzundzących  że nie ogarniają tych rezydenckich występów, choć mają ku temu  narzędzia. Chcę skutków a nie teatru politycznego, robionego przez stado histeryków.

G - 7 to też wizyta Ryżego z Ameryki w Europie, dziwnie pokornego po przerżniętej wojnie z Iranem. Nawet nie wiem jak o tym pisać, bo to dość żałosne. Nie dość że podpisał w Wersalu dokument w farsi, to wszystkie punkty w tym memorandum  na które się USA zgodziły wprost wrzeszczą - przegraliśmy i płacimy reparacje. Ta umowa Obamy zerwana przez Trumpa,  to był przy tym dokument dyktowany z pozycji mocarstwa. Sic transit gloria mundi. Potem pokłócił się z Meloni o to które z nich jest większą gwiazdą. Wygrała Meloni jako bardziej bystra, ładniejsza i młodsza. Na wschodzie, drugi "władca świata" zderzył się z rzeczywistością, Nie że bezpośrednio, bo był na konferencji w Kazaniu, w czasie kiedy ukraińskie drony szalały 15 km od Kremla i tłukły rafinerię, która produkuje 40% benzyny  dla Moskwy i obwodu moskiewskiego i 70% innych paliw. Teraz to były drony, ciekawe kiedy zamiast "ptaków Madziara" przylecą Flamingi.  Jest zapowiedź że od teraz bombardowania Kijowa będzie się przekładało na bombardowanie Moskwy. Ani Zachód, ani Chiny, ani Globalne Południe nie zabrały głosu, co Wujkowi Wowie powinno dać do myślenia. Wraz z porozumieniem z Iranem przychodzi obniżenie cen ropy, co jeszcze wzmocni opuszczenie przez ZEA kartelu OPEC. Ropa i gaz będą szły w dół, chyba że światowa recesja zatrzyma ceny. Dla Rosji to bardzo zła wiadomość, gospodarka kraju przeca oparta na surowcach energetycznych. G - 7, czy też raczej USA  przywróciły sankcję na rosyjską ropę i flotę cieni, więc będzie się działo.

Na froncie rosyjsko - ukraińskim dzieją się dziwne rzeczy, rosyjski korytarz do Kremla okazał się zbyt wąski, Ukraińcom udaje się stopniowo odcinać Krym. Z okolic Chersonia, po drugiej stronie wody,  Rosjanie wynieśli się sami. Nie było czym się bronić, zabrakło paliwa, logistyka siadła. Za to w ręce Rosjan wpadają ruiny po Konstantiniwce, gdzieś tam w Donbabwe, czy innym Zaporożu. Wszystko to przez zmiany technologiczne na polu walki. Madziar, dowódca ukraińskich wojsk dronowych, zapowiedział że Krym stanie się wyspą, wydaje się że Ukraińcom bardziej zależy na południu niż na Donbabwe czy Ługandzie, choć to może tylko być zmyła. Na Krymie obecnie jest kiepsko, nie tylko nie ma paliwa, nie ma powolutku wszystkiego innego. Ukraińcy robią wszystko aby na Krymie nie dało się żyć, wojskowo dla rosyjskich władz to obecnie rejon drugorzędny, co dotarło do Rosjan zamieszkujących półwysep - ilość nieruchomości wystawionych na sprzedaż na Krymie jest ogromna.  Zważywszy na to jak strategicznie ważny jest Krym mła paczy na to wszystko ze zdziwkiem, rosyjskie władze skoncentrowane na zachodnim Zaporożu jakby uznały że Krym jest bezpieczny, bo te smocze zęby i wogle. Nie wiadomo czym to się skończy, bo duszenie południa może się przełożyć na duszenie zachodniego Donbasu. Na cholerę było Rosjanom tracić tylu ludzi w walkach o te tereny? Dużo pytań do Wujka Wowy będą mieli rodacy. Tak jak Yankees mają dużo pytań do Ryżego. Wojna Ryżego to cóś trzy miechy, wojna Wujka Wowy to pięć lat, pytań jakby więcej. Nie znaczy że Ukraina pokona Rosję, wystarczy że na tyle ją użre, by odpuściła. Rosję to załatwią sami Rosjanie. 

W Muzyczniku dziś  SZA, Sade i Summer Donna. Ilustracje maja podpisy, ale mła cóś dziś na oczy padło od tego czytania i pisania. Następna prasówka dopiero pod koniec lipca, mła się musi po kontakcie z polityką regenerować jak te bieżniki w oponach.