poniedziałek, 5 września 2016

Tour de Tajoj - kraina zapomnianych dworków - część pierwsza

"Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,
 stał dwór szlachecki, z drzewa lecz podmurowany;
 Świeciły się z daleka pobielane ściany..."

Było, minęło i już nie wróci. Zostały tylko reminiscencje w architekturze domków jednorodzinnych - kolumienki rachityczne, dachy naczółkowe, jakieś podejrzane pseudobelkowania na podwieszanych sufitach. Prawdziwych dworków szlacheckich normalnie użytkowanych już prawie nie ma. Zmiotła je historia - na terenie dawnego zaboru rosyjskiego zanikanie dworków zaczęło się  po powstaniu listopadowym, wraz z konfiskatami mienia powstańców przez władze carskie, na terenie zaboru austriackiego dworkom nie przysłużyła się rabacja a w bogatej Wielkopolsce drewniane dworki zastępowano murowanymi pałacykami. Dwie wojny światowe, pięćdziesiąt lat komuny - cud że w ogóle się jeszcze coś  ostało i funkcjonuje. Tym bardziej że budownictwo drewniane jest bardziej niż to murowane narażone na  nadgryzanie zębem czasu. Wędrując po wschodnim  Mazowszu i południowym  Podlasiu, w rejonie gdzie nie szaleją deweloperzy, można  się jeszcze natknąć na prawdziwe dwory, także takie pozostające w prywatnych rękach.

Baczki - ukryta perełka

Do Baczek ( Baczków? ) zawędrowałyśmy za sprawą Mamelona - dziadek M. urodził się w Baczkach. W sąsiedniej  Łopiance poznał babcię F. ( choć wszyscy F. to naprawdę z Brzózek,  zaścianek to chyba kiedyś był ),  z  tego poznania  wzięła się  Krysia a później Krysi się uplingnęła Mamelon. Stąd pewnie pociąg Mamelona do różnych zapiekanych potraw ( ziemniaczek,+ miąsko, piekarnik - te klimaty ).  Do odwiedzenia Baczek ( Baczków ) dodatkowo zachęciły nas fotki wystawiane w pałacu w Korczewie, starodrzew i staorobudów z rejonu  był prezentowany. No, nie zawiedliśmy się,  sfocone dworki stoją tam gdzie miały stać, starczo skrzypiąc jeszcze trwają.
Dworek z miejscowości zaczynającej się na literę B ( nie wiem jak tę nazwę odmieniać, znaczy jak robią to miejscowi, bo Mamelon to może już odmieniać po łódzku ) prawdziwa staroć z  polowy XVIII wieku.





Budynek dworu zbudowany z  bali szalowanych deskami, z wysokim dachem naczółkowym ( kiedyś był gont teraz niestety eternit )  i wejściem głównym z drewnianym gankiem, dodanym w 1827 roku, przez ostatnie 200 lat  nie uległ solidniejszej  przebudowie. Właściciele się zmieniali  a on tak sobie trwa bezzmiennie. Powód prozaiczny - kasy brakowało i dworek już przed drugą wojną światową  "robił" za letnisko dla mieszkańców  Warszawy. Teraz też "robi",  jak  ktoś ma ochotę na  pomieszkanie w prawdziwym starym dworku to może wynająć pokoje. Kuchnia domowa w pakiecie, a za tzw. potrzebą to w sposób XX - wieczny - żadnych sławojek, normalny kibelek z łazienką w domu. Wypoczynek raczej dla tych którym dyskoteki i smażalki  nie są koniecznie do  szczęścia potrzebne. Docenią za to dworkowe otoczenie. Niedaleko  dworu znajduje się  zabytkowy, murowany lamus. Wieść  niesie  że w XVII wieku  mieściła się tam  kaplica ariańska. Obecny budynek jednak pochodzi z XVIII wieku, z czasów kiedy arianie byli już tylko wspomnieniem. No chyba że prawdą jest że zbór, czy też  zborek był tajny.  Jak było trudno dziś dociec, tym bardziej że dochodzą  jeszcze  opowieści jak to po arianach w lamusie zalęgli się masoni ( pięcioramienna gwiazda umieszczona  na drzwiach ) i tunel został pomiędzy dworkiem a lamusem wybudowany. Coś ponoć jest na rzeczy, bo drzewa nie chcą rosnąć na pasie ziemi pomiędzy oboma budynkami i krety kopców tam nie robią. Tajemnica znaczy! Kolejną tajemniczą sprawą jest jak to z parkiem dworskim było -  tadam, tadam, kształtować miał go sam Richard Mique! Tak, tak, facet który stworzył dla Marie Antoinette Le Hameau de la Reine. Jakim cudem ktoś kto dwukrotnie odmówił markizowi de Marigny, bratu osławionej i w swym czasie wszechmocnej madame de Pompadour tworzył aleje parkowe na zapadłej polskiej  wiosce? - oj, tajemnica Mundialu. Jedyne co przychodzi na myśl to  czas kiedy Mique pracował jako  premiere architecte dla króla polskiego i  księcia lotaryńskiego Stanisława Leszczyńskiego. Później być nie mogło, bo z królewskimi zamówieniami z Wersalu miał dość  roboty, a w czasie  Rewolucji  Francuskiej, zamiast  zwiać za granicę,  ten ulubiony architekt Marie Antoinette postanowił wziąć udział w spisku mającym na celu uwolnienie królowej Francji. Skończyło się to tak że wraz z synem wylądował na gilotynie i "narodowa brzytwa" zakończyła ich życie na trzy tygodnie przed upadkiem Robespierra i końcem wielkiego terroru. No, ale gdzieś się uplingło że Mique ogród tworzył.  Może to zbieżność nazwisk ( ha, wszystkie  Francuzy takie same, trudno rozróżnialne, stara sarmacka prawda ), a może jakaś zupełnie inna historia się za tym projektanctwem francuskim kryje. Dwór w Baczkach to prawdziwy  tajemniczy dwór. Tym bardziej godny zobaczenia, a po parku naprawdę warto  się przejść, człowiek  wręcz się potyka o pomniki przyrody!

A teraz na powszechne  życzenie czytających ( szczególnie wielbicielek hym... tego... męskich w wyrazie kształtów, he, he ) słynny Menhir z Korczewa. Paście oczęta  do woli!

piątek, 2 września 2016

Bardzo wczesna jesień w Alcatrazie

Sorrky że nie ma jeszcze wpisów podróżniczych, ale muszę nad nimi posiedzieć na co teraz nie mam czasu. W ogóle na mało  rzeczy mam teraz czas, z pisania przeszłam do  ogrodowania w tych  wolniejszych  chwilach. Wpis jest zatem taki na chybcika, donoszący co tam w Alcatrazie się dzieje. No bo się dzieje, choć nie  w tym tempie  w jakim bym chciała żeby się działo ( Pan Andrzejek ma robotę, ja wyjazdy, koty fumy i muchy w nosie ). Zaczęłam dosadzanie wiosennych cebul, rzecz jasna od ukochanej odmiany  narcyzka - 'Thalia' rządzi! Pojawi się w przyszłym roku w okolicy rozsadzonych  host. Skusiłam się też na troszkę cebul bardzo "ogrodowej" odmiany 'Cheerfulness', staruszki powstałej gdzieś  koło  1923 roku, więc szczęśliwie odpornej i zdrowej. Posadziłam trochę  takich cebul w zeszłym roku i wiosenne kwitnienie  było naprawdę udane. O innych cebulach jeszcze nie myślę, bezczelnie za to cieszę się kwitnącymi jesienią cebulaczkami - zimowity mają swoje pięć  minut.

Na przyszłej Suchej  - Żwirowej sedumkowe szaleństwo trwa  w najlepsze, powolutku zaczynają kwitnienie "średnie" odmiany marcinków. W tym roku marcinki  kwitną nietypowo, wczesne odmiany jeszcze się nie odmeldowały a średniaki już mają kwiaty.  Na  jesiennej przyszłej  Suchej - Żwirowej marcinki i sedumki przejmują rolę zwabiaczy owadów od przekwitających lawandyn, hyzopa i jeżówek.  Bzykania słychać nadal i tak ma być!  Rozpoczął się sezon traw, może jeszcze nie jest bardzo spektakularny, ale za rok rozplenice, prosa i palczatki powinny należycie wyglądać. Zamierzam zrobić też przynajmniej  jeszcze dwie kępy obiedki ( choć z nią to  trzeba bawić się w  pielenie siewek ), natomiast przystopuję już z miskantami i molinią. Rozplenic też mi już starczy, natomiast palczatek i sporolobusów mam nadal za mało.




W cienistej stronie Alcatrazu nastał czas anemonopsisów i cyklamenków.  Urodnie i bardzo spokojnie, żadnych szaleństw jaskrawych kolorów.  Po  prostu trzysta sześćdziesiąt pięć odcieni  zieleni ( na każdy  dzień w roku jeden ) i tylko troszkę jasnych barw wczesnojesiennych kwiatów. Tak będzie aż do solidnej jesieni, w październiku jaskrawe kolory umierających liści dadzą po oczach.  Teraz mam do czynienia z lekko zmęczoną zielenią ( lekko, bo lato u nas szczęśliwie nie było zbyt suche ). I to by było właściwie na tyle -  piszę bye, bye i udaję się pilnować powideł ( udało mi się poparzyć rękę, taka ze mnie zgrabna kuchareczka ). Dobra, trochę ich przy okazji tego pilnowanego pichcenia ubywa ( nie przez odparowanie i spowidlenie ) - mam swoje słabości.



wtorek, 30 sierpnia 2016

'Felicia' - róża testująca moją cierpliwość

Czasem tak się człowiekowi  robi że  czegoś po prostu bardzo  chce. Dobre  ludzie mu  tłumaczą, temu  człowieku, że chciejstwo takie  trochę durnawe bo sorry taki mamy klimat,  ale na upór wynikający z głupoty rzadko tłumaczenia  pomagają. Tak, tak, to jest samokrytyka.  Rzetelnie, sumiennie, z należytym namaszczeniem przeprowadzona. 'Felicia' ujrzana pierwszy raz w Wisley jawiła się jako wspaniałe krzaczydło,  z tych dających się traktować  jak róża czepna.  No cóż, sprowadziłam ściepkowo z zagramanicy i czekałam na te olśnienia. Pierwszy rok czekałam,  drugi rok czekałam, trzeciego coś tam drgnęło i  'Felicia' jakby zdecydowała  się że jednak zaakceptuje  ogród  w którym przyszło jej  żyć ( mam wrażenie że  przez prawie  trzy sezony znosiła  go z najwyższym obrzydzeniem i  usiłowała pokazać swoim marnym wyglądem tą najwyższą "łobrzydliwość"  ją biorącą ).  Szału nie ma, doopska uroda  różanego krzaczka nie urywa, ale coś tam się na pędach  normalnie kwieci. Dotychczas 'Felicia' prezentowała na nich twory kwiatopodobne, wyglądające od czapy ( gdyby nie to że roślina pochodzi z renomowanej szkółki podejrzewałabym chachmęctwo ), teraz jednak pokazała  że ona to ona.  Może nadejdzie czas że obsypie się  krzak  kwiatami, jak ten zapamiętany w Anglii, nadzieja jeszcze nie zgasła, bo w ogóle  "piżmaki" u mnie wolno się aklimatyzują.
Dobra, teraz metryczka. 'Felicia' należy do grupy róż piżmowych (  Hybrid  Musk ), to jest hybryd  Rosa moschata z innymi gatunkami  i  grupami róż. Ponoć  "piżmówki" tak naprawdę mają więcej wspólnego z Rosa multiflora niż z różą piżmową, ale tak się jakoś utarło nazywać je  mieszańcami  piżmowymi a nie mieszańcami wielokwiatowymi. Może sprawia to zapach, pamiątka przekazana w genach przez Rosa moschata ( ponoć ten niby "czysty" gatunek róży to mieszaniec, w naturze  krzewu  Rosa moschata nie znaleziono ), a może po prostu nazwa róża piżmowa  brzmi jakoś  ładniej  niż róża wielkwiatowa?
'Felicia' "urodziła" się w ogrodzie wielebnego  Josepha  Hardwicka  Pembertona w Pemberton  Nursery w Romford w hrabstwie Essex, gdzieś tak przed rokiem 1926 to było. W świat została jednak wprowadzona przez współpracownika wielebnego Pembertona, Jack'a Bentalla w roku 1928, dwa lata po śmierci "tatusia", po którego siostrze odziedziczyła imię. Odmiana jest wynikiem krzyżowania ulubionego  przez  wielebnego mieszańca z udziałem  róży piżmowej 'Trier',  autorstwa Petera Lamberta (  o lambertianach lepiej zmilczeć,  mniej różanie zaawansowani  mogliby  nie zdzierżyć ),  ze starym mieszańcem herbatnim 'Ophelia'.  Multum kremowo - białych kwiatów  + piękna jasna różowość z delikatnym łososiowym odcieniem  - tak wyglądają rodzice. 'Felicia' dorasta  przeciętnie do wysokości dwóch i pół metra a taka średnia osiągana przez tę odmianę szerokość wynosi prawie  trzy metry. Nieprzycinana  'Felicia' w warunkach angielskich zamienia się w potwora, spokojnie "wyciąga"  sześć metrów. Kwitnie klastrami drobnych ( do 5 cm średnicy ), półpełnych kwiatów ( 9 - 16 płatków ) i to kwitnie prawie nieprzerwanie ( chodzą słuchy że kwitnienia jesienne są nawet bardziej obfite niż to pierwsze, czerwcowe ).  Pachnie tak  że klękajcie narody, no "piżmak"! Jeden minus - róża  z tych ciepłolubnych, ostre mrozy mocno jej szkodzą ( choć przeżywa okopczykowana ).
I to szczytowe ( uchodzi za najlepszą różę Pembertona ) osiągnięcie  "piżmactwa" rośnie u mnie powoli i dopiero od niedawna porządnie kwitnie. Ogrodnictwo uczy  cierpliwości! Oj, jak uczy!


piątek, 26 sierpnia 2016

Olszynka u Ewandki


Ponoć upały znów nadciągają więc zamiast przygotowywanych postów wycieczkowych ( z przyobiecaną fotką  Menhira dla fanek obiektu, he, he ) będzie post cienisty  o Olszynce Ewandki. Czuję się z Olszynką osobiście związana bo brałam  udział w obsadzaniu jednej  jej części.



Zanim Olszynka stała się czymś  na kształt angielskiego woodland, była sobie zwykłym chynchem, porośniętym wszystkim w co obfituje okolica ( obfituje głównie w nawłocie i osty ). W ramach radości ogrodnika występowały też w  Olszynce  krzewy kolczaste, najprawdopodobniej  jeżyny oraz rośliny perzopodobne. Tak po całości to szło i do pewnego momentu w ogóle  Ewandce nie przeszkadzało. Uprawiała tzw. ogród  górny z masą irysów bródkowych, pełen drzew, krzewów i traw,  a daleka  Olszynka jej nie interesowała bo z domu była po prostu niewidoczna. Krzysiu który ma swoją własną pasję, tak pośrednio związaną z  ogrodnictwem ( znaczy czai się z aparatem na żywinę która do ogrodu przychodzi ) tematu przezornie nie zaczynał, czując czym grozi rozpoczęcie ogrodowania na ugorze, który w sobie miał bardzo mało z cud łąk za to dużo z tych wszystkich straszeń roślinami inwazyjnymi. Jednak parę lat temu decyzja została podjęta - Olszynkę ruszono! To była praca z tych  heroicznych ( nadal jest - sąsiedztwo posiada chynch i jest szczęśliwe, w związku z czym Ewandka ściółkuje piętrowo coby się nic  nie siało, a Krzysiu obrabia strefę buforową ). Szczęśliwie ogród jest z tych naturalistycznych, więc nawet jak się coś wrażego zaplącze to nic takiego się nie dzieje, grunt żeby wraże z przyczółku się nie rozlazło.



Największą wartością w Olszynce  jest sama Olszynka, Ewandka oswoiła "dziki" olchowy zagajnik rosnący na brzegu rzeczki stanowiącej granicę działki. Ziemia  czarna i żyzna, wzbogacona rozkładającymi się liśćmi i koszoną trawą zmieniającymi się w kompost tak bezpośrednio na miejscu przyszłych nasadzeń. Struga sobie szemrze, nie zamarza zimą, ziemia wilgotnieje całorocznie - wymarzone miejsce dla długoszy, tulejników i wszelkich roślinnych wodopijców. Oczywiście są w Olszyce bardziej suche miejsca a nawet takie bardzo suche, szczególnie tam gdzie gdzie korzenią się kaliny czy czeremchy, no ale w końcu są  na świecie paprocie o mniejszych wymaganiach wodnych niż długosze, są funkie, oraz cała masa cieniolubów, które niekoniecznie muszą mieć bardzo wilgotno w korzonkach.



Ja zapisałam się w historii Olszynki namawiając  Ewandkę na   pierwiosnki wianuszkowate Primula bulleyana i pierwiosnki kwieciste Primula florindae. One i  popularniejsze od  nich pierwiosnki japońskie Primula japonica poczuły się w Olszynce na tyle dobrze że zaczęły się masowo rozsiewać. Ewandka jeszcze o tym nic nie wie ale dalej  knuję pierwiosnkowo - myślę że można by rozszerzyć nieco paletę  barw z pomocą pierwiosnków Primula bessianaPrimula x bullesiana, kwitnących nieco później niż pierwiosnki japońskie ( mniej więcej w tym samym  czasie co  pierwiosnki wianuszkowate  i kwieciste ). Ha, w Olszynce nie zostało powiedziane ostatnie pierwiosnkowe słowo!  Znaczy o ile da się przekonać Ewandkę ( na szczęście pierwiosnki potrafią się podobać, w masie są urocze ).



Jednak na moich zdjęciach z Olszynki nie ma pierwiosnków, są głównie  funkie i paprocie. Sadzone  masowo, bez jakichś strasznych ekstrawagancji  jeśli chodzi o odmiany, nie o Rarytetis rzadkospotykanensis Ewandce chodziło, tylko o rośliny które będą dobrze rosły i nie będą sprawiać niemiłych niespodzianek. Są tzw. lepsze funkie ale jak widzicie Olszynka Ewandki uniknęła ugrzęźnięcia w ramach ogrodu kolekcjonerskiego ( no wicie rozumicie, funkia po całości, jedna obok drugiej sadzone po jednej sztuce - człowiek niezafunkiowany oczopląsa dostaje i nie wie już  czym się która od której różni, ja tak dokładnie robię z irysami, he, he ). Chcę by właśnie w kierunku takiego bardziej spokojnego ogrodu powoli zmierzał Alcatraz ( feria barw  to na piochach ).



P.S. Koty  nadspodziewanie mile, smarowanie i zakraplanie oczek bez ekscesów,  chyba podejrzewają że im tyłki obsmarowałam, stąd te  łagodności i ogólne przyjazne nastawienie  do pańciostwa. Niestety czeka mnie  wizyta  u Dohtora, Sztaflik coś nie tego.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Schyłek lata na Suchej - Żwirowej

Jakby Meg z Agatkiem  do spółki tego lata  nie zaklinały to lato definitywnie wkroczyło w fazę schyłkową. Ha, "Mimozami jesień się zaczyna" jak pisał wieszcz Julian, a pan Czesiu śpiewał to pisanie - cholerna nawłoć kwitnie! Oprócz nawłoci kwitną sedumki i  pierwsze marcinki, no i zaczynają kłosić się trawska, nie ma zmiłuj wrzesień u proga. A wrzesień to już nie lato. W "gogródku" praca wre, usiłuję ogarnąć to  co jest nie do ogarnięcia. Co prawda  bliżej mi do Sancho Pansy niż do Don Quijote de la Mancha, ale jak są wiatraki to jakoś nie mogę usiedzieć na tyłku. Oczywiście moje ogarnięcie Alcatrazu i przyległości będzie  wyrywkowe, niepełne i obiektywnie niezadowalniające, ale co tam. Kopia w dłoń, Rosynant ( Pan Andrzejek ) spięty i atakujemy potwora. Działanie się liczy, walka, Panie tego, tyrka jak na roli i opowieści rycerskie do wtóru mruczących kotów ( moje stado  Dulcynej z Toboso, co jedna  to piękniejsza ). Hym,  à propos kotów - leczę potwory z uczuleń, problemów po polowaniach na miejskie gołębie i skutków przyjaźni z jeżami ( pchły ), ciężko mi idzie. Maść jest zlizywana w przemyślny sposób, przed zakraplaniem oczu najlepiej się schować, aplikacja kropelek antypchłowo - antykleszczowych w przypadku Lalka skończyła się kwikiem "Pazury mi obgryzają i szpilką kłują w ogon!". Brzmiało oczywiście fortissimo! Zapodanie czegokolwiek łączy się z  wyrywaniem z pańcinych objęć,  muszę polować na stado żeby stosować medykamenta. Codzienne polowania doprowadziły do udoskonalenia technik łowieckich łowczyni i technik ucieczkowych odławianych. Boszsz... jakie pułapki wymyślam, jak okienko szybko zamykam i szlafrokiem już rzucam jak lassem! Jakie sprytne wymyki stosuje  Felicjan, jak gryzie, a Sztaflik jak potrafi się zaszyć, nie do znalezienia kociczka. Sezon łowiecki u mnie w pełni,  chyba powinnam dogłębniej przemyśleć sprawę trofeów  ( jeżeli  Felicjan jeszcze raz mnie pogryzie albo się inaczej wyzłośliwi  to jego paskudny uczulony łeb ozdobi ścianę nad  łóżkiem, a ja codziennie bez  przeszkód będę smarowała ten obrzydliwy nochal czym będę chciała - tak sobie czasem pozwalam marzyć jak jestem przez tę bestię upokarzana ).







Polowania odbywają się najczęściej na  przyszłej  Suchej  - Żwirowej, chowanie się przede mną w Alcatrazie nie jest uprawiane ( a to byłoby naprawdę skuteczne działanie ), co skłania mnie do podejrzeń że koty jakieś  gry ze mną prowadzą. Nie wiem , może mnie  testują przed konkursem na Pańcię Roku, he, he. Obawiam się że utraciłam szansę na zakwalifikowanie się do kwalifikacji na kwalifikację - włożyłam Felicjana do rękawa szlafroka ( coś jak  kaftan bezpieczeństwa ) i leżał tak z maścią na nosie, przytrzymywany ręką żeby się nie stoczył z wyra. Rano zobaczyłam że na miejscu które poprzedniego dnia "opracowywałam", przy świeżo posadzonych irysach,  narżnięta jest duża, niezagrzebana kupa ( a normalnie to Felicjan okupuje kasztanowiec przy kompostowniku i kulturalnie po kociemu po sobie sprząta ). Stał kociszon na daszku szopki i wyzywająco się gapił. Wiem że to jego sprawka, choć "z dymiącą spluwą" go nie złapałam. Sprzątnęłam, pogroziłam i pocieszająco pomyślałam o tym łbie nad  łóżkiem.
Na przyszłej  Suchej - Żwirowej odbyło się w poniedziałek  pierwsze jesienne przycinanie lawend, cięłam po nowemu - na pieczarkę  i w kulę. Nie ruszyłam tylko lawandyny 'Grappenhall', przycięłam ją późną  wiosną i roślina dopiero teraz rozpoczęła kwitnienie. Trochę szkoda mi było kwiatów, poczekam jeszcze i przytnę po połowie września.  Muszę  za to szybciutko zrobić coś z sedumkami rosnącymi przy "józefku" vel hyzopku. Hyzopek osiągnął właśnie status rabatowego monstrum i trzeba ewakuować sąsiedztwo z zasięgu hyzopkowego rażenia. Niby mogłabym przyciąć  hyzopka ale on jest urodny  jako taki duży roślin, no widać że hyzopek jest szczęśliwy na tym stanowisku!  Serce boli ciąć szczęśliwca, niech więc epatuje tym szczęściem po całej rabacie - może co wybredniejsze rośliny typu Morina longifolia to ruszy ( przez osmozę, he, he  ). Sedumki wylądują na przodzie rabaty, to średniaki  więc jakoś się wkomponują. Szczęście  hyzopka skłoniło mnie do posadzenia jeszcze jednego egzemplarza tej rośliny  na przyszłej Suchej - Żwirowej, tym razem jest to hyzopek o różowych kwiatach ( niebieskości na tej rabacie już niemal aż nadto ). W ogóle w tym roku posadziłam na przyszłej Suchej - Żwirowej sporo  roślin o różowych kwiatach.






Przede wszystkim jeżówki. Ciągle  mi ich mało, w dodatku mam tzw. ekskluzywne chciejstwo - Echinacea pallida  'Hula Dancer'. Wysoka, może nienachalnie urodna ( dla mnie śliczna, Sławek się wzdrygnął jak ujrzał na moitorze, Mamelon rozumie moje zauroczenie ) ale będzie pasić do traw ( niebieskie palczatki  i takiegoż  koloru prosa ). Niestety najbliższa  "detaliczna" jeżówka tej odmiany  uprawiana jest w Olsztynie ( znaczy tak mi wyszło z wyklikania ).  No nie ma lekko. Podobają mi się też inne różowości - rzuciło mną w krwawnice.  Niby powinny rosnąć  na wilgotnym ale  bez przesadyzmu, na  bardziej mokrej glebie mogłyby zacząć szaleć, to ekspansywna bylina. Tył  mojej suchej rabaty miejscami nie jest aż tak bardzo piaskowo "leciutki", są miejsca na których udają się  głowaczki olbrzymie a werbeny patagońskie odmówiły współpracy. Może to nie będzie tak sucho i żwirowo ale co tam, grunt  żeby rosło w zgodzie z gruntem czyli tak naprawdę to ogrodem a nie książkowymi założeniami na temat "Piaseczek, Żwir i roślinki które w nich uprawiamy". Przeca nie będę ziemi wymieniać na parudziesięciu metrach kwadratowych żeby było w zgodzie z książkowymi  mundrościami na temat "suchych"  rabat. Przyjęłam do wiadomości że kiedyś rosła tam  pokrzywa w ilości  masowej a jakości pierwszej i tak do końca moja Sucha -  Żwirowa nie będzie taka sucha. Krwawnicom w tym przekropnym sezonie tak spodobało się na tyle suchej rabaty że solidnie wybujały. Do towarzystwa dosadziłam im hortensje wiechowate, przesadzone z Alcatrazu i niech to sobie jakoś tam rośnie. Trochę  wygląda zaskakująco, macierzanka "w odmianach" na przodzie, w planach lnica "wulgarna" na przedpolu a z tyłu hortensje i krwawnice, ale taki właśnie mam ogród!  Moje najnowsze krwawnicowe zdobycze to 'Blusch' i 'Pink Blusch', w jasne różyki mną rzuciło. Na bardziej suchym rosną perowskie, różowa bledzizna jakoś lepiej grała do tych szaro - niebieskich odcieni. Moje pierwsze krwawnice to raczej takie nasycone róże, na szczęście niewpadające w czerwień ( taka jest na zdjątku ). Jedno tylko muszę wytępić - wściekłą żółć kwiatów nawłoci która jak  feniks z popiołów wyrasta mi wśród drzew podwórka ( mea culpa - za rzadko wchodzę do tej części podwórkowego ogrodu i związku z tym nie tępię żółtej zołzy jak powinnam ).





niedziela, 21 sierpnia 2016

Tour de Tajoj - pałac i park pałacowy w Korczewie

Niby odpoczywamy ( he, he, he ) - od obowiązków, miejsc codziennych, związków stałych i tym podobnych umocowań w życiu naszym powszednim. Znaczy mamy wakacje! Jak wakacje to podróże, więc nie dziwcie się że w sierpniu coś u mnie mało ogrodowo. Zaniosło nas ( Mamelona i mnie ) do pięknej Krainy Tajojów, odbyłyśmy klasyczny zajazd  na Ewandkowo, połączony z klasycznym uprowadzeniem  łupów i wyżarciem śledzi od Zenka z Gręzewa ( gospodarze znieśli z godnością, nie bronili włości, choć było coś na kształt ataku szarlotką ). Tradycyjnie już odwiedziny u Ewandki i Krzysia łączą się z zapuszczaniem w głąb tajemniczej  Krainy Tajojów. Tym razem było wschodnie Mazowsze i zachodnie Podlasie. Krótkie sprawozdanko z podróży,  travelowe zapiski pani starszej z wyprawy  na Wschód.


Wielkim szczęściem jest że  Kraina Tajojów nie jest jeszcze opanowana przez turystę masowego, lepiej brać kanapki na drogę niż co chwilka natykać się na smażalnie wszystkiego, słuchać ptaszkowych świergoleń niż ymc, ymc dobiegającego z dyskotek. Cisza  i spokój, bociany w gniazdach, myszołowy na łowach, zwiedzacze wolnym kroczkiem po zwiedzaczych  ścieżkach, Bozia w niebie - pełna harmonia. Bez obawy zadeptania przez dziki tłum spokojnie zwiedziliśmy pałac w Korczewie, obiekt dość niezwykły bo pałac wrócił do spadkobierców przedwojennych właścicieli i ich staraniem został podniesiony z ruin. Oczywiście remont jeszcze nieskończony, czemu trudno się dziwić zważywszy na skalę zniszczeń jaką historia zafundowała zabytkowi. Jednak tzw. domowe pielesze"doszły do siebie" na tyle że udostępniono je zwiedzającym, można też pospacerować po parku przy pałacu. W pałacu  odbywają się też tzw. imprezy okolicznościowe, z czegoś trzeba to wszystko utrzymać, a wierzcie że rzadko co  wyciąga kaskę z portfela jak stary i duży budynek. Słowo kamienicznicy! Jak już  coś się wyremontuje na cacy to okazuje się że tam  gdzie się zupełnie tego człowiek nie spodziewał pojawia się problem, najczęściej z tych  drenujących kieszeń w tempie ekspresowym. Taki jest już los "szczęśliwych" posiadaczy półruin wysoko metrażowych. Zatem uchylcie z głów kapelusze, ten odbudowywany własny majątek typu zespół pałacowo - parkowy to ciężki dopust a nie dorabianie się na dotacjach i w ogóle  wielkopańskie życie. Ha, po drodze  nie widać żeby włościanie odrabiali pańszczyznę, sianko zwozili do pańskiej stodółki albo w jakiś inny sposób zaspokajali wyobrażenia  o wyzysku chłopstwa podlaskiego przez zdegenerowanych posiadaczy pałacu. Pałacowi za kasą w pocie czółka  się kręcą jak wszystkie ludzie.

Pałac został wybudowany w latach 1734 – 1736 przez Wiktoryna Kuczyńskiego. Wcześniej były tu  budowle obronne, coś warownego - zachowały się do dzisiaj fundamenty. To że obronne nie powinno dziwić, w  XIII wieku szalało tu Tatarstwo ( jeszcze nie polskie ),  w XVII wieku ziemie te zalał szwedzki potop. Jednak  w XVIII wieku, a konkretnie to w  1712 roku  nastał dobry czas dla Korczewa, właścicielem majątku został wspomniany już  Wiktoryn, kasztelan podlaski  znany z tego że kiesy na reprezentację rodu nie skąpił. To on zaangażował Koncentiego Bueni, który musiał być na tyle dobrym architektem że Korczew zyskał miano podlaskiego Wilanowa. Po około 100 latach  pałac przebudowano wg. projektu Franciszka  Jaszczołda. Na tym nie koniec -  po stu latach pałac znów się opatrzył i przebudowano go po raz trzeci. Tym razem odbyło to się wg. koncepcji profesora Stanisława Noakowskiego, pałac rekonstruował, wspólnie z Wandą Ostrowską Marian Walentynowicz. Tak, tak, facet który rysował Koziołka Matołka! Ha, ale pałac to nie wszystko w Korczewie - na cały zespół pałacowy składają się następujące budynki: pałac murowany klasycystyczny ( wyliczając ponownie - powstał jako barokowa budowla, potem został przebudowany w stylu neogotyckim, obecnie  to klasycystyczny "klasyczniak" ), pawilon lub też letni pałacyk tzw. Syberia pochodzący z końca XIX wieku ( Syberia dlatego że ponoć byli tam przetrzymywani "na etapie" zesłańcy na Sybir ), oficyna, kaplica która  kiedyś była  oranżerią, neogotycka studnia z figurą św. Jana Nepomucena ( uwielbiam nazwę  "nepomuk" określającą wszelkie kapliczki i tam inne pobożności z wizerunkiem   św. Jana Nepomucena ) oraz kordegarda. Trzeba jeszcze w to wliczyć  ogrodzenie z przełomu wieku XIX i XX  i przejścia podziemne, tunele do oficyny, te klimaty. Normalnie strach się bać tej ilości budynków do remontu. 



Dobra, budynki budynkami ale  nas poniosło głównie do parku. A jest co oglądać. Park został podobnie jak niegdyś pałac z budowlanymi przyległościami zaprojektowany przez Franciszka Jaszczołda gdzieś około 1840 roku.  To klasyczny krajobrazowy ogród  angielski, kiedyś teren parku liczył sobie 35,5 hektarów, obecnie liczy ich 12. Park restaurowany, co widać, choć śmiem twierdzić że nie zawsze projektant  trzymał się tzw. wzorca ( obsada z róż, z lekka chybiona - nie ta bajka ).  Piękne za to nasadzenia z roślin bardziej kojarzących się z ogrodem naturalistycznym. Jednak widać starania, dosadzane są nowe drzewa, co rzuca się w oczy szczególnie  w alejach ze starodrzewem. W parku zachowały się jeszcze rzadkie i stare okazy drzew, na przykład ponad stuletnie platany, karagana syberyjska zwana syberyjską akacją, jesion płaczący. Drzewa rosną w grupach, w najlepszym stylu Capability Brown'a, wszystko to bardzo malownicze. Szczęśliwie ( moim zdaniem, he, he ) w parku nie zachowała się tzw. sztuczna ruinka, której ozdobą był kamulec zwany Menhirem.  Obecnie Menhir, dumnie i fallicznie wyrasta przed oczami zwiedzających z otaczającego go grabowego żywopłotu. Tak szczerze pisząc to po mojemu  żywopłot też mu niepotrzebny, taki rozłupany, wertykalny jak się tylko da granit, najlepiej wygląda "nagi" wśród drzew. Boszsz... o jakież to sprośności można podejrzewać mój umysłek po takich wertykalno - fallicznych wywodach na temat Menhira, jednak wrażenia wzrokowego nie da się wyprzeć - pionowe solo najlepiej wypada bez przyległości angażujących wzrok. Pełna natura, tym bardziej że a- ha parku widoczne z menhirowego zakątka jest po prostu genialne. Choćby dlatego widoku warto przedreptać park w Korczewie!