sobota, 16 marca 2019

Alcatraz przedwiosenno - wiosenny

W tym roku przedwiośnie przyszło  do miasta Odzi wcześnie i dość szybko zaczęło zmieniać się  w regularną wiosnę  z powodu wyższych temperatur niż te które zazwyczaj panują w marcu.  Już przekwitają leszczynowe  baźki,  prawie po przebiśniegach, kwitną na całego krokusy i przylaszczki, lada moment skończą się cyklamenki. Tak cóś dwa tygodnie niespełna trwało u mnie prawdziwe przedwiośnie, takie  bezlistne bo drzewa ledwie zaczynały pączyć, bo z ziemi dopiero wyłaziły najwcześniejsze wiosenne cebulaczki, bo przyroda czyli Matka Natura się obudziła i  taka jeszcze po spanku nieuszykowana, lekko rozczochrana przeciągała się leniwie na słoneczku jak ten kot. A tu bach, Celscjusze poszły w górę i nagle "wszystko zaczęło się naraz", jak to określiła Małgoś - Sąsiadka. No tak, a ja tu z robotami ogrodowymi hym... tego... w polu! Bo pada, bo mnie nie ma, bo już ciemno a w domu rozkosznie zapraszająco kocie ciała oczekują w wyrku! Mnóstwo bo.

Jednak nie ma   że nie ma, czas się ostro brać do roboty. Wyciągnęła mła sekatory, sprawdziła ostrość szpadla, odebrała pożyczone jesienią grabie i w ramach zanęty zakupiła małe bratki ( oprócz nowej meduzy we szkle to jeszcze jeden powód dla którego mła będzie sypiać przez następny miesiąc  na jaśkach ).  Teraz mła czeka  aż przejdą opady i hej ho, hej  ho! Niestety zdaje się że towarzystwo  nie odpuści i mła będzie miała przy pracach ogrodowych tradycyjnie upierdliwą asystę.  Pierwsze wiosenne prace są szalenie interesujące dla  kociego stada, nie wiem - może płoszę gryzonie czy insze robaczki i koty mają okazję do  polowań? Liści co prawda nie grabię ale sporo roślin przycinam, różne stwory opuszczają wówczas zimowe siedliska. Tak sobie tłumaczę tą nagłą kocią chęć uczestniczenia w ogrodniczeniu. Przeca nie uwierzę w czułe spojrzenia, ocierki  i miauki pod tytułem "Kocham  Cię maumo i tylko dlatego tu z Tobą jestem.".



Ruszyła mła do ogrodu mimo tego że ranną porą jeszcze nieźle w mieście Odzi duło bo nie chciała żeby kupione w czwartek bratki za długo czekały na wsadzenie ( coby nie powiększać kolekcji doniczek i nieco utargować z ceny mła poprosiła o wyjęcie roślin z pojemników ). Koty zwabiłam na chlanko do domu i  zamknę łam coby czas należycie spożytkować  a nie tracić na wymuszone  na mła karesy. Jednak jak mła  polazła do ogroda to zamiast bratki sadzić najsampierw solidnie zwiedziła Alcatraz.  Z przyjemnością odkryła kolejne siewki cyklamenków dyskowatych  Cyclamen  coum  pod kasztanowcem.  Nie są to jeszcze siedliska typu krokusowe łączki ale z roku na rok coraz więcej kwitnących cyklamenowych kwiatków się pojawia.  Mła znalazła też całkiem sporo siewek bez kwiatków, takich które dopiero listki produkują.  Dobra, nie w tym roku  to w przyszłym zakwitną. Zauważyłam że najlepiej radzi sobie  z ekspansją "podstawowy" gatunek, zarówno forma 'Rubrum' jak i forma  'Album' sieją się znacznie mniej  obficie ( ale się sieją ). Mła wciągnęła  na listę zakupową odmianę 'Silver Leaf' w ilości sztuk paru ze względu na urodę liści czyli  kombinuje   żeby sezon cyklamenowy nie kończył się wraz z wykwitnięciem ostatniego  cyklamenowego kfiotka.  Natomiast jeżeli ponownie w Alcatrazie ma się pojawić forma 'Albissimum' to chyba w ilości sztuk jeden, jako ciekawostka. Ze wszystkich uprawianych przeze mnie  form cyklamena dyskowatego jest zdecydowanie  formą najsłabszą. Niespecjalnie się sieje albo jej potomstwo nie zachowuje cech rośliny  rodzicielskiej ( jak to z "albinosami" często bywa ) albo po prostu  go nie ma. W dodatku bulwy tej odmiany są chyba najbardziej wrażliwe na niesprzyjające warunki klimatu.







Jeśli chodzi o ciemierniki to zaczyna się szał ciał, choć nie wszystkie posadzone w zeszłym roku ciemierniki będą miały kwiaty.  Jednak i w tym przypadku mła  może cieszyć się z kwitnących siewek. Jak na razie odnotowała głównie wysyp ciemierników o czerwonych kwiatach.  Nie przypisuje ich do określonych gatunków, czy grup bo to kundelki - kto wie kto był mamusią a kto tatusiem? Zeszłoroczne zakupy zimowe częściowo zakwitły - mój ty Wielki Zielony jakież to cuda w ciemierniczych genach siedzą zaprogramowane! Niemieckie mieszańce są po prostu cool, w fazie wykwitania te ich łososiowe odcienie przy niebieskich liściach ciągną  ślepia.  Mła  się nawgapiać wprost nie mogła, zamarzyły jej się łany! Jednak na wgapianie nie mogła całego "czasu ogrodowego" poświęcić, trza się było wziąc do roboty i choć te bratki posadzić. Wcale to nie było proste  bo hiacynty, pomiędzy którymi  zwyczajowo sadzę bratki, wylazły dopiero na pół gwizdka. Trzy  niestety udało mi się uszkodzić, na szczęście jest ich dużo więc jakoś przeżyję.  Na jutro mam gryplany podwórkowe, wielkie przycinanie  czas najwyższy zacząć. Czynnie odpocznę w niedzielne popołudnie, nawet w ramach dobroci dla zwierząt zniosę przy tym przycinaniu kocie towarzystwo ( ale  była obraza z powodu zamknięcia w chałupie! ). Mam nadzieję że te zapowiadane piętnaście stopni  na plusie się sprawdzi.

czwartek, 14 marca 2019

Codziennik - toczy się toczy nasz glob uroczy

Zaczynam od wrzuty czyli poinformowania wszystkich zainteresowanych jadowitymi galaretkami we szkle  że oto w sklepie JYSK zwanym  Józkiem do którego mła wlazła w celu oszacowania czy stać  ją na nową "lepsiejszą" poduszkę, naszła przypadkiem cóś co się zwie przyciskiem szklanym do papierów. Co prawda meduza jakiegoś inszego gatunku, mniej wyrośnięta ale tym niemniej meduza.  Jest wersja różowa i brązowa, mła się skusiła na  róziawą bo brązowa wyglądała jej cóś nie teges. Fotę porównawczą ze starą meduzą zamieszczam poniżej. W związku z meduzą, Rzymem i kocią dietą mła przełożyła nabycie poduszki na kolejny miesiąc. W końcu jaśków jest w domu od cholery a mła   miała jakieś głupie fanaberie poduszkowe spowodowane przez zaćmienie umysłowe charakterystyczne  dla niektórych roztrzepanych pań starszych które mają sporo spraw na głowie.


Mła  miała też zamieścić kocie  foty ale Falubaz  zwany przez rodzinę mła Balladą o Januszku a przez jednego z jej przyjaciół Tomaszkiem usiłował zdominować sesję a ponieważ jego foty pojawiają się ostatnio często to mła postanowiła że albo będą foty z dziewczynkami kocimi albo nie  będzie kocich fot w ogóle.  Niedoszły mister obiektywu poszedł ukarać asparagus  bo kogoś albo coś trza było  przyciąć za to że  mauma nie fociła specjalnie przybranych przez  Falubaza  póz. Tak, są na świecie naprawdę dobre koty, takie które  razem, w pełnej zgodzie i w czułych objęciach podsypiają w burdelowym, różowym łóżeczku, nie biją swojej maumy, może tylko na roślinki domowe  się od czasu do czasu zasadzają. No i takie koty zasługują na focenie w pozach!


Postanowiłam zacząć  cóś na kształt wiosennych porządków, znaczy spojrzałam  na okna, spojrzałam na podłogi ( w kocich ciapkach, bo padało a trzeba było  biegać po ogrodowej ziemi i nanosić ), spojrzałam na stertę ciuchów do prania i czym prędzej wyciągnęłam nabyte w listopadzie "dzwonki chujinkowe", które dla mła  w ogóle nie są dzwonkami zimowymi i nie powinny mieć  nic wspólnego z chujinką bo to nie ta bajka,  a także  moje stare, ulubione zające w kaloszkach i zaczęłam słoikować wiosenne dekory. Taa... jak wiadomo  najważniejszą  rzeczą zarówno w porządkach przedświątecznych, wiosennych i  okolicznościowych ( znaczy jak   bordello wypełza z mieszkania na okolicę ) jest wykonanie odpowiedniego dekora i zasłoikowanie  go przed kotami. Potem dekora ustawia się w nieposprzątanej chałupie i robi się cud czystości. Taka magia domowej bogini przez mła jest uprawiana. Co prawda zdradzieckie kłębki kociej sierści i ciapki na podłodze usiłują psuć efekt ale trza patrzeć wyżej a nie tak żyć przyziemnościami! Nieprawdaż? Tym bardziej że na świecie się dzieje i jest ciekawie. Mła drugi raz obejrzała sobie film  "Faworyta", z przyjemnością i jakby z głębszym zrozumieniem że o taki  filmik o władzy aż się prosiło w czasie  Brexitu.  Mła sobie przypomniała epokę  Głupiej Anny i nie mniej ciekawy czas panowania Szalonego Jerzego, kiedy  Brytyjczycy uparli się stracić swoje świetnie rokujące kolonie w Hameryce. Od czasu do czasu wyspiarze muszą  odwalić Hamleta a jak  już tylko sufler pozostanie żywy to pozbierać się do kupy i czcić klęski ( w tym kulcie klęsk, które były  moralnym zwycięstwami - he, he, he! -  są podobni do nas ). Tak szczerze pisząc to wlałabym żeby proces  dochodzenia do siebie zaliczyli poza Unią, tak duże państwo z solidnymi problemami wewnętrznymi, z rozwijającym się kryzysem zarządzania, bez konstytucji  za to z prawem precedensowym to nie jest dobra rzecz dla Unii, która sama musi  się zreformować ( a nie zajmować się głównie gaszeniem  pożarów w poszczególnych krajach członkowskich ). Hym... nie jestem pewna czy ekonomiczne korzyści są tak naprawdę warte ryzyka zasiadania brytyjskiej klasy politycznej w  europarlamencie. Na razie oglądam tę brytyjską telenowelę  na przemian z  "oskarowymi filmami" ( zachodząc w głowę dlaczego "Green Book" został  uznany najlepszym filmem ). W weekend skrobnę cóś o ogrodzie, zaczynają się ciemierniki!

niedziela, 10 marca 2019

Codziennik - o radościach życia zwyczajnego


Sto pięćdziesiąt póz wszelakich  na różniste okoliczności hrabiego Falubaza - to mam serwowane  codziennie. Razem z podrapkami i pobiciami ( znów machał łapą przy mojej twarzy i musiałam po raz enty wprowadzić metody  wychowawcze niecieszące się uznaniem  w Skandynawii ). Dziewczynki tylko ciut grzeczniejsze, znaczy  leją się między sobą pańcine ciałko uznając za świętość ( no, Sztaflik robi podchody, brak wychowawczego wpływu Lalusia obserwuję ). Okularia znowu przyniosła kleszcza i była prawdziwa  opera z wyciąganiem pasożyta ( "Maumo, maumo, on jest mój! Ambhhhrrrooożżży się nazywa, maumo, nie morfuj Ambhhhrrrooożżżego! Maumooo, nie morfuj!" - tak leciała jej  aria ). Ja głównie wydawałam z siebie recitativo, brzydkie w treści. Ruch sceniczny był spory i o mało co byłoby krwawo jak u mistrza Pucciniego. Kleszcz został wyciągnięty i za karę utopiony, wbrew Felicjanowi który chciał się nim bawić ( koci baryton "Maumooo, maumooo, daj muaaa!" ).  Na szczęście duet czarnul nie włączył się do akcji, w tym czasie miały swój własny balet pod tytułem "Gender wyżera Merkantylii" czyli lały się ostro w kuchni.



Na dworze cóś równie niespokojnie znaczy wieje jakby się  klub samobójców  umówił na zbiorowe wieszanie.  Na szczęście wychodzącej przyziemnej zieleninie takie  powiewy nie szkodzą. Problemem jest tylko dla mła focenie tych  niziołków bo migawka wyraźnie się stawia. Z dobrych rzeczy to przynajmniej żaden  ogon czy tam inszy kawałek kociego ciała nie pojawia się w obiektywie bo futrzaste  towarzystwo wiatru nie lubi. Lepiej przygrzewać tyłki na kaloryferach i słoneczkować za szybami okien, zdaje się że taka wersja wiosny im teraz najbardziej odpowiada. Ja też w zasadzie  siedzę doma bo te powiewy cóś zimne, chałupa wymaga ogarnięcia, Małgoś - Sąsiadka pogadanki  na temat "Ciasteczka a problemy z niedoborem insuliny w mocno starszym organizmie",  rośliny domowe  kąpieli i co  niektóre przesadzenia do nowych doniczek, obiad na dni parę wymaga najsampierw koncepcji a potem choć częściowego jej wykonania ( trza wspomóc Małgoś przez przygotowanie półproduktów ) a ja sama powinnam jak  to się mawia, zadbać o siebie.

Tym bardziej że właśnie wysprzątałam łazienkę coby zachęcała do przedłużonych ablucji. Zresztą słowo wysprzątałam jest trochę nieadekwatne, mła co nieco w łazience zmieniła. Na ten przykład zadziałała przy lustrze nad umywalką, jest teraz  hym... tego... bardziej sciulo.  Nie żebym  wierzyła że sycylizacja  lustra zamieni wodę w wannie w wody Morza   Śródziemnego, po prostu oblepienia zwierciadła muszelkami wydawało się mła  lekarstwem na jego wątpliwą urodę ( kupione dawno, dawno temu, w epoce przedmarketowobudowlanej, moje lustereczko nie było obiektem wymarzonym a obiektem możliwym do dostania ) i starczą złośliwość przedmiotu martwego objawiającą się brzydkim nalocikiem na krawędziach. Lepiąc te cholerne muszelki ze zbiorów Mamelona i własnych, co nie było zadaniem łatwym, myślałam o kasie której nie będę musiała wydawać na nowe lustro i o tym że być może urocza ramka w jakiś cudowny sposób wzmocni te resztki urody mła które się odbijają w szkle. Taa... nadzieja umiera ostatnia, he, he, he. Na razie  moje specchio sciulo jest wykończone w 90% a i jego  obstawa wymaga troszki zakupów.  Na ten przykład do paru dziesięcioletniego słonia z muszelek co to zaraz będzie zabytkiem potrzebuję szklanego klosika  z jakąś ładną podstawką ( co wcale nie jest proste  bo podstawki są z tych co to mła nie powalają ). Powinnam też pomyśleć o zakloszowaniu zbioru trupków  morskiej  żywiny które kiedyś tam, w czasach  słabej świadomości ekologicznej trafiły do mła.


No trochę tego jest, przyznam że tak całkiem koncepcji wystroju łazienkowego to ni mam. Mła chciała  żeby  pojawił się w jej pomieszczeniu łaziebnym stojak  czyli cóś w rodzaju dużej żardiniery z żeliwa malowanego na biało na której  da się postawić kosze z ręcznikami, suszarkę do włosów czy tam insze oprzyrządowania łazienkowe ale żeliwo zdaje się teraz mła towarem deficytowym, znaczy nic godnego jej w ślepia nie wpadło.  Mła zgodziłaby się nawet na insze metalowe tworzywo ale i z inszym  metalowym tworzywem cóś kiepsko. Co prawda mła nie szukała w sklepach tylko na wysortach i śmieciach, bo jej przyszło do głowy że w sklepach to co najwyżej jakieś  zdziwne konstrukcje z rurek metalowych najdzie. Swoje podejrzenia w tym temacie mła nawet skonsultowała z Mamelonem, coby nie wyszło że mła szuka nie tam gdzie trzeba. Mamelon jednak tylko mła utwierdził w tym że złomowiska, ryneczki i insze wystawki są właściwym miejscem poszukiwań. No i przede mną wielkie polowanie

Zapowiada się długi sezon myśliwski! Jak na razie mła się solidniej rozejrzy  za wspomnianymi kloszami bo sprawa wydaje się prostsza niż zakupy metalowe. A w ogóle to zaraz pójdzie ratować te resztki co jej zostały po urodzie glinką którą Dżizaas przywlókł był dla niej z Izraela ( wg. Dżizaasa  skóra mła się po owej glince zrobi tak jedwabista że tylko ją ubić,  sprawić i rarytetne oraz bardzo luksusowe portfele  dla miliarderów z niej szyć ).  Oczywiście świeczki zapalone, olej zapachowy wlany  gdzie trza, drzwi  starannie zamknę i włożę zatyczki do uszu coby ryków nie słuchać - amatorów zielonej glinki z Morza Martwego u nas w domu sporo, koty zachowują się jakby  były przekonane że użycie glinki zamieni ich sierść we włos  kotów perskich ( w przypadku wyjątkowo nachalnej Szpagetki to pewnie jeszcze ten włos ma być ondulowany ).


Na koniec tego niedzielnego wpisu o niczym czyli o zwyczajnościach zacytuję Pana Peppo, autora "Il Gatopardo" - "Zazdrość osobista, niechęć bigota do pozbawionego przesądów kuzyna, pretensje głupca do obdarzonego wyjątkową inteligencją młodzieńca, to wszystko przystroiło się w piórka argumentacji politycznej.". Takie mła skojarzenie naszło kiedy dziś przypadkiem włączyła internet nie tam gdzie trzeba i władza się na nią z monitora wylała. Aż  się mła otrząsnęła od tego wylania ale szybko kliknęło jej się w ciekawsze rejony neta. Pokuszenia ogrodowe i brytolskie programy ogrodnicze - właściwą strawą netową na niedzielę!

sobota, 9 marca 2019

"... co za rozkosz, co za rozkosz: świat już ginie... może jestem w Taorminie" - rzecz o zrealizowanym chciejstwie

"...i że jeszcze ma takie sprawy na sercu,
które muszą być wypowiedziane ,wydarte i skonstruowane,
i szumiące jak drzewo,jak podróż  do Taorminy"

Konstanty Ildefons Gałczyński "Bal u Salomona"



Agatek zapytała mnie  konkretnie w komencie do jednego z poprzednich  wpisów co podobało mi się w ogrodach w Taorminie. Odpowiedziawszy że  Taormina czyli położenie tychże ogrodów.  Z Taorminą to jest tak że trza zobaczyć  na własne oczy  bo zdjęcia spłaszczają. Wicie rozumiecie, krajobraz, architektura i rzeźba jakoś nie przekłada się w sposób doskonały  na obiektyw aparatu. We  Włoszech jest parę miejsc które znane są z rzadko spotykanej  urody  krajobrazu - ludzie ciągną oglądać  wyspę Capri, wybrzeże Amalfi czy Taorminę właśnie. Dla tego widoku na  Etnę i  Morze Jońskie w kupie, dla poczucia przestrzeni w antycznym amfiteatrze, dla urody miasteczka uczepionego skały. O Taorminie marzyło mła się jak mistrzowi  Konstantemu Ildefonsowi, po lekturze autorstwa Jarosława Iwaszkiewicza  to zaczęło przybierać formę imperatywu, no mus  był jechać kiedyś tam i oblookać! Taormina  rozłożyła się na południowych zboczach gór masywu Monti Peloritani opadających do Morza Jońskiego, konkretnie to  na tarasie wzgórza Monte Tauro ( stąd nazwa miasta - stare greckie Tauromenion ) na wysokości ponad od 204 m ( stare miasto ) do 150 m n.p.m.  Buja wysoko Taormina bo wybujać musiała, klasyka w basenie kultur Morza Śródziemnego - położenie miasto zawdzięcza panicznej ucieczce w góry mieszkańców  Naksos, starego miasta założonego przez greckich kolonistów z Chaliks czyli Chalkidy w roku 734 p.n.e., które znajduje się u podnóży masywu Monti Peloritani. Mieszkańcom Naksos  żyło się świetnie  ( o czym świadczą  stanowiska  archeologiczne ) dopóki Dionizjosowi I, tyranowi Syrakuz nie wpadł był do głowy pomysł utworzenia silnego państwa syrakuzańskiego. Dionizjos żyjący na przełomie V i IV wieku p.n. e.  to ten sam facet, którego usiłował cywilizować Platon ( bez powodzenia, tyranów po prostu nie da się cywilizować )  i który zawiesił ciężki miecz  na końskim włosie u wezgłowia łoża użyczonego  Damoklesowi, coby ten  poznał że władza to nie tylko miody ale też zawsze czyhające niebezpieczeństwo. Dionizjosowi I greckie miasta na Sycylii zawdzięczały odparcie Kartagińczyków ale zdaje się że  nie odczuwały z tego powodu szczególnie wielkiej wdzięczności. Dionizjos uciskał a to że ucisk był swojski  czyli greckiego pochodzenia nie wpływał  na temperaturę uczuć  mieszkańców podbitych przez Dionizjosa miast. No i z braku tych cieplejszych uczuć  powstała Taormina, miasto zawieszone na skale tuż nad brzegiem morza. Nachylenie stoku skutecznie zniechęca wszystkich zainteresowanych zdobyciem  Taorminy, zazwyczaj jej  mieszkańcy podporządkowywali się najeźdźcom bo  ci z dołu ( czyli Naksos ) już się  z "nowymi" ułożyli ( wówczas  ci z Taorminy co byli oporni na wdzięki najeźdźców wdrapywali się wyżej i tam bronili swojej wizji niepodległości ). W najwyższym puncie  antycznej   Taorminy, znaczy na wysokości 501 m n.p.m., na wzgórzu gdzie dziś rozsiadła się wioska  Castelmola w epoce greckiej znajdował się taki wyższy akropol miasta (  niższy akropol greckiej Taorminy  znajdował się o sto metrów niżej ), warto tam wleźć  dla niesamowitych widoków. Po Grekach jak wiadomo naszli Sycylię Rzymianie (  którzy rzecz jasna, chronili ją jak Dionizos  I przed Kartagińczykami, tak z dobroci serca, he, he, he ),  Tauromenion zmieniło nazwę na Tauromenium i nieco zwiększyło objętość.  Po upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego Taormina, jak wiele innych miast na Sycylii, przez pewien czas pozostawała we władaniu Ostrogotów i Wandali po to by w roku 535 znaleźć się w granicach   Bizancjum. Nieco później, na początku X wieku Sycylia dostała się pod panowanie Arabów.





Z tego czasu zachowały się nieco  nad dzisiejszą Taorminą, na skale na wysokości ok. 400 m n.p.m., pozostałości ( mury obwodowe i resztki wieży ) zamku, nazywanego Castello Saraceno, stojące w miejscu, gdzie pierwotnie znajdował się pierwotnie wspomniany już niższy akropol starej, greckiej Taorminy. Zamek został wzniesiony  przez Arabów  w X wieku ale długo się nim nie nacieszyli,  bo już w roku 1078  zdobyli go po oblężeniu Normanowie. Do  tych ruin można się wdrapać, po drodze oblookując  pochodzące z XII wieku a odrestaurowane w XVII wieku,  sanktuarium Madonna della Rocca. Po epoce  normańskiej Taorminą  władali Hohenstaufowie, ród d'Anjou,władcy Królestwa Aragonii ( w 1442, Alfons V Aragoński zjednoczył Sycylię z królestwem Neapolu ) po których nastąpili władcy Królestwa Hiszpanii - Habsburgowie i Burbonowie ( w roku 1816 południowe Włochy i Sycylia zostały zjednoczone przez Ferdynanda I, tworząc Królestwo Obojga Sycylii ). XIX wiek był na Sycylii niespokojny, jakieś  rewolty - pierwsza w 1820 roku, potem w czasie Wiosny Ludów następne "wzmożenie patriotyczne" a na koniec w 1860 roku na wyspie wylądował Garibaldi przyłączając ją do Królestwa Sardynii, które następnie zamieniło się w Królestwo Włoch. XIX wiek mimo tych niepokojów otworzył Sycylię na ludzi z zewnątrz, to wtedy pojawiła się pewna mutacja podróżników - turyści. Jak wiadomo turysta tym  się różni od podróżnika  że na ogół wraca do domu, więc po powrocie turyści dzielili się urokami Taorminy, czy to w formie pisemnej, czy to przez insze rodzaje sztuk. Jednym z pierwszych turystów w Taorminie, który oglądał ją u progu XIX wieku  bo po Italii podróżował w latach osiemdziesiątych XVIII wieku był  wielki Johann Wolfgang von Goethe. To jego zapiski i z czasów podróży po Włoszech w latach 1786-1788 opublikowane jako "Italienische Reisen", w drugiej dekadzie XIX wieku spowodowały "modę" na Taorminę. Poczynając od połowy XIX wieku Taormina byłą jedną z najpopularniejszych miejscowości turystycznych na Sycylii i w całych Włoszech, nie wypadało nie  być skoro  odwiedzali  ją cesarz  Wilhelm II, król Edward VII czy car Mikołaj I, cała masa  europejskiej arystokracji , super zamożni burżuje w drodze  do uszlachcenia, tacy jak Rotszyldowie czy Kruppowie, politycy, intelektualiści czy artyści.  Bywali w Taorminie Friedrich Nietzsche, Richard Wagner, Gabriele D’Annunzio, Sigmund Freud czy Oscar Wilde. Na dłużej został podczas swojej  "savage pilgrimage" David Herbert Lawrence, któremu wpadła w ucho plotka o tzw. miejscowej Brytyjce pałającej  zakazanym uczuciem do sycylijskiego dzierżawcy. Piszę o miejscowej Brytyjce  bo Brytyjczycy na przełomie wieków XIX i XX niemalże skolonizowali Taorminę.  Mieli tu swój kościół, swoje herbaciane obrządki, swoje  "pokoje z widokami". Miejscowi znosili  ich ze stoickim spokojem z powodów merkantylnych, od czasu do czasu  co prawda jakieś  szczególne albiońskie dziwactwo trzęsło plotkami  miasteczkiem jak solidne trzęsienie ziemi ( ach, ci sodomici ) ale  generalnie współżycie nacji układało się  dość harmonijnie. Jasne że wśród  odwiedzających Taorminę turystów trafiali się goście rodem z Polski, rzecz oczywista prominentni. Adam Asnyk popełnił był nawet w  roku 1924 poezję zainspirowaną tym miejscem ( tratatata "Na urwisku prostopadłem, Na uciętych skał marmurze, Ponad modrych mórz zwierciadłem, Taormina błyszczy w górze." - i tak dalej w tym guście ). Mnie jednak bardziej odpowiadają zapiski Iwaszkiewicza, czuję więź silną z iwaszkiewiczowskim postrzeganiem  świata. Taki cytacik na ten przykład: "Turystyka – to jedna z największych klęsk XX wieku. Oczywiście mówię o turystyce bezmyślnej, która tłumem ospałych podróżników zamula najpiękniejsze i wymagające delikatnej czułości zakątki świata." Mój boszsz... dobrze że mistrzu nie dożył XXI wieku, chyba sam by się do trumienki położył, choć niekoniecznie we wspaniałym górniczym stroju. O Taorminie Iwaszkiewicz pisał między innymi tak:

"Można także zaobserwować wszystkie zmiany, jakie się dokonały w ciągu tych trzydziestu lat, co odwiedzam Taorminę i Sycylię. Niestety, nie są to koniecznie zmiany na lepsze. Oczywiście istnieje, powstał niedawno, „fundusz pomocy dla Południa” (Cassa del Mezzogiorno) – ale zastosowania tego funduszu nie zawsze wzbudzają zaufanie.

Tak na przykład prawdopodobnie z tego funduszu przeprowadzono „remont” grecko-rzymskiego teatru, największej osobliwości Taorminy. Co tu dużo gadać remont polegał na odbudowaniu części potrzebnych do odbywania w tym teatrze nowoczesnych przedstawień – i to za pomocą współczesnej bardzo brzydkiej cegły. Rzędy ławek ustawione w pustym dawniej amfiteatrze, zamurowane części otworu, przez który przezierał potężny widok na morze i na wybrzeże ku Katanii – odarły w znacznej części ten osobliwy budynek z jego dawnego uroku"





Hym... czuję Iwaszkiewiczem, czasem nawet nim  myślę co  jest nieco  zdziwne zważywszy na to że Jarosław to pokolenie  moich dziadków.  Jednak to porównanie Corso Umberto do zakopiańskich Krupówek, te rozważania nad odtwarzaniem i unowocześnianiem zabytków, te westchnienia  ulgi że wylądowało się w tym miejscu w czasie kiedy nie ma jeszcze w nim dzikich tłumów - no jakbym siebie czytała, tylko w znacznie lepszej formie. No i ja łaziłam po Taorminie szczęśliwa że to dopiero luty  i ludziska się o siebie  nie ocierają focąc  namiętnie swoje gęby w miejscach gdzie kiedyś przechadzały się gwiazdy srebrnego ekranu: Greta Garbo, Ava Gardner, Romy Schneider czy  Liz Taylor i Richard Burton. Przeca ja tyż "turysta masowy" który tanimi liniami  lata ale inni masowi mła denerwują a mania selfienia "na tle" wręcz mła wkarwia. Szczęśliwie pora roku oszczędziła nam tych rozkoszy i mogłyśmy z Mamelonem spokojnie oblookać miasteczko, które jest malutkie a pełne zabytków jak wielkanocna baba rodzynek. Czegóż my tu nie mamy? - wszystko co od czasu Sykulów na Sycylii się działo zostało utrwalone w kamieniu. Taormina  to antyczny teatr grecki i rzymski odeon, arabskie ruiny i normańskie ślady widoczne w konstrukcjach budynków, zdziwny sycylijski gotyk i jeszcze bardziej  zdziwny sycylijski barok, odjechane XIX wieczne budynki i współczesne koszmarki - można sobie wybrać  co się lubi i oglądać do woli.

Oczywiście trzeba się otrząsnąć z tych wszystkich sklepików mieszczących się w nobliwie starych budynkach, w których to sklepikach prezentowana jest sycylijska  ceramika, nie zawsze nobliwa ( ciekawe  jaki jej procent wyprodukowano w  Chinach? ), odzież dla  bardzo wyższych sfer, kuszące słodycze z migdałów i pistacji w cenach taormińskich ( znaczy takich jak nasze ceny zakopiańsko  - krupówkowe ) czy insze atrakcje właściwe dla sklepów w modnych "miejscowościach wypoczynkowych". Trzeba się uodpornić na pokusy kulinarne w miejscu gdzie co i raz widzi się szyldzik knajpki , kawiarni czy gelaterii. Nam sprzyjała pora roku, spora część tych pokuszeń była po prostu zamknięta, niesezon znaczy i nie ma się co specjalnie wysilać. Miało to tylko  tę złą stronę że dla Mamelona wymagającego bezwzględnego zapizzowania po aviomarinie ( trza  ją było po tym leku niezbędnym dlatego żeby mogła do Taorminy wjechać autobusem, szybko skarmić bo inaczej zasnęłaby snem  mocnym  ) ciężko było znaleźć cóś stawiającego ją na nogi.




Jak się tak konkretnie otrząśniemy z naleciałości kurortowo - pamiątkarskich co to robią w Taorminie za make up to ujrzymy prawdziwe oblicze miasta. Taką na ten przykład bramę w wieży zwanej pierwotnie Torre di Mezzo, dziś Torre Orologio ( fotka obok ) która prowadzi na Piazza IX Aprile ( na fotkach nr 14 i 15 powyżej ). Fundamenty wieży ponoć stare jak samo miasto  jednak pierwsza zapamiętana  wieża została w tym miejscu zbudowana dopiero ( he, he, he - dopiero! )  w XII wieku, budynek ten został jednak  całkowicie zniszczony w 1676 roku przez wojska Ludwika XIV. Gdy w 1679 roku wieża została odbudowana, od strony placu umieszczono w niej wielki zegar - stąd jej obecna nazwa. Sam  Piazza IX Aprile jest uroczy  bo to taras widokowy, cóś zwanego w Portugalii  miradouro a w Italii nieco mniej pięknie  punto panoramico lub bardziej romantycznie  belvedere, z którego rozpościera się widok na "niższą Taorminę" i na  Morze Jońskie. Wokół tego placu  gotyki i baroki - w północno-zachodniej części  barokowy kościół San Giuseppe, z przełomu XVII i XVIII wieku, z dzwonnicą po prawej stronie ( to jest budynek z fotki nr 15 ). Od strony północno-wschodniej plac zamyka XV-wieczny gmach biblioteki miejskiej, dawniej kościół i klasztor Sant'Agostino ( jak to Włosi nazywają ex chiesa ). To ten na fotce nr 14 . Idąc Corso Umberto w  kierunku południowym dojdzie się do Duomo ( fotka nr 13 ) czyli katedry. Taormińska katedra  to tyż mieszanka "wszystkiego co było", warto wleźć do środka. Rzecz jasna budynek stoi na miejscu dawnej grecko  - rzymskiej świątyni bo po co szukać nowego miejsca wykonywania kultu jak  można po drobnych przeróbkach adaptować stare. Tej  grecko - rzymskości się jednak nie dopatrzycie bo obecny  budynek powstał na gruzach bizantyńskiego kościoła dopiero za czasów kiedy Sycylią władali władcy rodem ze Szwabii ( epoca sveva ) czyli gdzieś w połowie XIII wieku.

Nie zmieniono kościołowi  patrona którym od czasów bizantyńskich był San Nicola di Bari czyli św. Mikołaj z Bari ( tożsamy  ze św.  Mikołajem właściwym czyli  tym z Miry ). We wnętrzu  da się zobaczyć ślady pierwotnej  konstrukcji budynku, odsłonięte podczas prac konserwatorskich w latach czterdziestych XX wieku ( zdecydowano się wówczas usunąć barokowe stiuki coby uwidocznić romańsko - gotyckie fragmenty ). Wiecie jakie mam kuku na muniu jeśli chodzi o starą, średniowieczną architekturę, więc wyobraźcie sobie  przyjemność kiedy udało mła się w łukach apsydy dostrzec ten odległy w czasie sposób budowania. Niby podobny do romańskich kościołów niemieckich ale jednak inny. W ogóle przyzwyczajonych do rozmiarów romańskich katedr wznoszonych przez Normanów czy gotyckich "modlitw w kamieniu" zaskoczy hym... tego... pewna kameralność założenia. Sycylijskie budownictwo średniowieczne czy to w Katanii czy w Taorminie  nie jest monumentalne, by może dlatego że Normanowie architektonicznie wyżywali się w innych częściach wyspy. Katedra jest  niby w typie "la cattedrale  fortezza" ale dla mła przyzwyczajonej do prawdziwych festungów jej forteczna rola wydaje się nieco przesadzona. Ponoć nazwę  katedry fortecy  obiekt zawdzięcza  krenelażowemu zwieńczeniu - hym... dobra, nich będzie że to  forteca.

Oczywiście nie sama konstrukcja pchała  się w oczy, wrażenie robiły też ołtarze wykładane kamiennymi "baleronami" i "salcesonami" - tak z Mamelonem nazwałyśmy kamory do wystrajania użyte - i pięknymi fragmentami pietra dura.  Te sycylijskie kamienne układani, najczęściej w mocno ciepłych kolorach, mają mnóstwo wdzięku charakterystycznego dla sztuki ludowej. Grubaśne  ptoszki, nieco prymitywne kfiotki, wzorki "strugane" - po swojemu urocze, insze od np. profesjonalnie doskonałej pietra dura rodem z Florencji. Te kamienne wycinanki i insze ozdóbstwa z kolorowych kamieni powstały podczas władania wyspą przez hiszpańskich  Habsburgów czyli w  wieku XVII. Jak to we włoskich kościołach  nie braknie też dzieł mistrzów  pędzla  -  jak choćby obraz  autorstwa Antonino Giuffré pochodzący z 1457 roku, czy poliptyk Antonella de Saliby z 1504 roku czy piękna , bizantyńska Madonna non manufatta ( po naszemu ten przydomek tłumaczy  się jako ludzką ręką nie wykonana ). Ten ostatni obraz, ikona umieszczona  na tzw. Ołtarzu Marii, czczony był niegdyś w świątyni Vergine Assunto in  Cielo, kościele zniszczonym w czasach arabskich. Ledwie widoczna, namalowana ponad tysiąc lat temu  postać Madonny z Dzieciątkiem przykryta  srebrnym ubrankiem darzona jest tu szczególnym szacunkiem, ponieważ przypisuje się tej ikonie  dokonanie cudów, w tym tego największego - uchronienie  Taorminy od straszliwego trzęsienia ziemi z w 1693 roku (  trzęsienie ziemi w dolinie  Noto  czyli terremoto del Val di Noto jak pięknie po włosku to brzmi,  miało  cóś  kole 7,3 w skali Richtera, wywołało  tsunami i do  dziś uznawane jest za najsilniejsze trzęsienie ziemi jakie miało miejsce na terytorium  Włoch ).

Kiedy wyleziemy z katedry na placyku przykatedralnym czyli Piazza Duomo napatoczymy się na fontannę. Wykonana z  taormińskiego kamienia w 1635 roku, otoczona okrągłymi schodami, z usytuowaną centralnie figurką centaurydy trzymającej w rękach kulę ziemską i berło oraz czterema kolumienkami z ujęciami wody na obwodzie ma ten sam lekko ludowo - bajkowy  urok jaki mają nasze kamieniczki w Kazimierzu Dolnym. Poniżej macie aż trzy jej foty więc wiecie  ze zrobiła na mła tzw. dobre wrażenie. Za to na focie obok zdjęte zostały dawne mury miejskie, tuż za donicami z kameliami znajduje się Porta Catania czyli Brama Katańska. Szczerze pisząc to sfociłam stare mury przypadkiem, ścigając obiektywem czarną kotkę w typie  Szpagetki, która pogoniła owczarka alzackiego wraz z jego panem (  uciekali, pan odganiał atakującą wściekle czarnulę parasolem, owczarek który śmiał ją zaczepić skomlał biedaczek - a było nie szczekać nad nią i nie ruszać jej łapą! - kotka biegała i atakowała pazurami oraz usiłowała podgryzać ). Mamelon podżerająca pizzetkę i czarny imigrant podżerający arancini mało się  nie udławili widząc tę scenkę, co tam Porta Catania zwana też Porta del Tocco którą zrobili w 1440 roku, kot waleczny był najważniejszy! Tak nawiasem pisząc o ile  Katania jest zapsiona o tyle Taorminą rządzą koty.




Na fotce obok macie zdjęcie ( nieostre ) kotki bojowej, tylko hełmu i mundurku na niej brak. Tak w ogóle to miłe z niej stworzenie, przywołana przychodziła i dawała głaskać futerko. Widać  że przyzwyczajona do karesów i robienia za  atrakcję. Tylko szczekania nad uchem i mało delikatnego ruszania  łapą nie lubi. Dobra, przechodzę teraz  do takiego zabytku, który znajduje się  po drugiej stronie miasta, na początku ( albo na końcu )  Corso Umberto, niedaleko Porta Messina - Palazzo Corvaja  ( zdjęcie poniżej ) stojący w miejscu dawnego rzymskiego forum. Pierwszym elementem pałacu była wieża zbudowana przez Arabów między 902 i 1079 rokiem w kształcie sześcianu ( na wzór Al-Kaby w Mekce ),  obecny kształt budynek  uzyskał w XV wieku. Z tej części miasta cóś mam mało fotek ( a szkoda ), to wina przeholowania z wlewaniem w siebie świetnego moscato - Mamelon miała nieostrą świadomość postlekową a ja lekkiego kacyka, żadnego strasznego bólu głowy, nic z tych rzeczy, po prostu gapiowatość mła naszła. I dlatego ni ma zdjątek kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej ( Santa Caterina d'Alessandria d'Egitto - cudownie to brzmi ), zbudowanego na ruinach rzymskiego odeonu ( na tyłach kościoła można zobaczyć to co  z niego zostało ),  który z kolei powstał w miejscu, gdzie wcześniej była grecka świątynia poświęcona prawdopodobnie Afrodycie.  Kościół  św. Katarzyny został zbudowany w XVII wieku, jak to zwykle  w Taorminie - barok i gotyk pięknie wymieszane. Nie ma też zdjątek z Palazzo dei Duchi di Santo Stefano, zbudowanego  w XIV i XV wieku w stylu sycylijskiego gotyku ze śladami wpływów arabskich i normańskich, który to budynek niegdyś stanowił część murów obronnych Taorminy. Pałac był swego czasu rezydencją arystokratycznej rodziny hiszpańskiej, dzisiaj jest siedzibą Fondazione Mazzullo (  w pałacu jest stała wystawa rzeźb tego artysty ).


Za to jest sporo fotek z Teatro Antico czyli głównej przyczyny turystycznych pielgrzymek do Taorminy. Grecko-rzymski teatr w Taorminie jest drugim najstarszym teatrem na Sycylii po greckim teatrze w Syrakuzach. Pochodzi z III wieku p.n.e. z czasów tyrana Hierona II, ale później, prawdopodobnie w II wieku n.e. został przebudowany przez Rzymian ( najprawdopodobniej  u schyłku Republiki Rzymskiej  lub za wczesnego Augusta ). W II wieku naszej  ery teatr był ogromny, orkiestra liczyła 35 m, średnica wynosiła 109 m a na widownię  mogło  wejść  około 10 000 osób. Za czasów  późnego  Imperium  teatr został przebudowany w taki sposób, by można tu było organizować tzw. venationes  czyli walki gladiatorów i widowiska z udziałem dzikich zwierząt. Główne konstrukty założenia jako tako  się zachowały  -  cavea ( koilon lub cavea to zestaw poziomów amfiteatru lub teatru klasycznego, z którego widzowie oglądali spektakle, gry i inne rozrywki, podzielony był na sektory - po naszemu widownia  ) ma dziewięć sektorów i osiem ciągów schodów umożliwiających do nich dostęp. W górnej części cavea otoczona jest podwójną galerią z łukami wspartymi na zewnątrz filarami, a wewnątrz marmurowymi kolumnami. Tło sceny pochodzące z epoki rzymskiej i częściowo otwarte, jest otoczone murem, na którego tle umieszczone są marmurowe kolumny. Obecnie teatr ma około 4500 miejsc, co nie powinno dziwić zważywszy na jego rozmiary - maksymalna średnica wynosi około 109 metrów a wysokość widowni około 20 metrów ( hym... tego... czuć przestrzeń ). Tak po prawdzie to dobrze zachowała się tylko niewielka część  widowni i fragmenty ściany za sceną, z niewielkimi niszami i kolumnadą co zawdzięczamy oblężeniu prze Wandalów, rozpadowi  Imperium, zapędom budowlanym co bardziej prominentnych mieszkańców  Taorminy. Odrodzenie przyszło w czasach romantycznych wojaży, zapuszczony na wpół zrujnowany teatr odpowiadał gustom  epoki ( szczerze pisząc mła stwierdziła że w tym wypadku gust ten jest zdziwnie zbieżny z jej gustem ), nie wypadało nie widzieć teatru  w Taorminie jeżeli robiło się tzw.  Grand Tour. Co do dzisiejszego wykorzystania teatru ( spektakle, koncerty i inne balety ) mam mieszane uczucia.  Jak pisałam - myślę  Iwaszkiewiczem. Bardziej sobie cenię autentyzm  niż reanimację na siłę. Dlatego ni ma zdjątek ze szczytu widowni, cholerne nowe ławeczki sprawiały że mła odleciała całkowicie ochota by się tam drapać.  Mła zadowoliła się tymi widokami które zrobiła z zachowanej części widowni. Czy  z powodu unowocześnienia Teatro Antico darować sobie 10 eurosów na bilet?  - w żadnym razie! Teatr po  prostu mus  zobaczyć, to więcej  niż Syrakuzy i Segesta,  to najpiękniej położona scena  na świecie, natura i architektura splecione we wręcz niesamowity sposób.  No mus zobaczyć  żeby uwierzyć!








No i tyle by było o Taorminie.  Teraz zostaje mi szukanie Gulistanu, któś wie  gdzie on się znajduje? Jak wie  to niech napisze!

"Gulistan - mówi - to ogród róż,
w ogrodzie- mówi - strumienie.
Róże? na skronie - mówi - róże włóż,
strumienie - mówi - to cienie."

Konstanty Ildefons Gałczyński "Bal u Salomona"