niedziela, 7 września 2014

Jesienne porządki blogowe


Uporządkowałam nieco mojego blogiego.  Mój bosz......stanowczo za dużo "paplam na piśmie". Taki sobie wniosek po tych porządkach wyciągnęłam. Blog w zasadzie ogrodowy ale czego ja tu nie przemycam - brakuje tylko recenzji książkowo - filmowych i szczegółowych wynurzeń  na tematy rodzinne ( choć koty, które są częścią rodziny bezczelnie obmawiam ). Starałam się uporządkować pisaninę tak żeby Ci co szukają w blogosferze tzw. konkretów mogli łatwiej dotrzeć do interesujących ich info o doświadczeniach ogrodowych  przeprowadzanych w centralnej Polsce. Irysy kłączowe  mają całą podstronkę im  wyłącznie poświęconą i  jest najzupełniej jasne dlaczego tak jest  (  nieuświadomionych  odsyłam do postu Irysy SDB - najważniejsze kwiaty w Alcatrazie  ), inne  rośliny żyjące w Alcatrazie dostały podstronkę pod tytułem  Zielenina. Alcatraz  rzecz jasna ma swoją własną  podstronę i tam są wywalone na widok publiczny jego rabaty . W podstronie Różnoty upchnęłam szaleństwa kulinarne Dżizaasa, obmawianie kotów, zapiski podróżne i moje ględzenia na różne tematy ( mam wrażenie że są jak  "pamiętnik pensjonarki", brakuje tylko żebym pisała  "Drogi Blogu" ). Mam nadzieję że  jest w miarę przejrzyście i jakoś się da w tej  mojej pisaninie połapać.

piątek, 5 września 2014

Zabić elfa czyli takie tam rozważania o wykorzystywaniu chemii w ogrodzie.



Mam ociepkizm vel syndrom  Ociepki. Symptomy to widywanie krasnoludków i innych dziwnych stworków  a na wczesnym etapie ociepkizmu przemożna  chęć ich zobaczenia. I mnie właśnie czasem nawiedzają  kretyńskie zachciewajki aby świat zrobił się z lekka ponad naturalny. No żadnej tam metafizycznej głębi czy dociekań co do istoty Absolutu w tym nie ma, ot takie bardzo przyziemne pragnienie żeby występowały w przyrodzie Elfus gardenia w odmianach, czy Gnomes domestica. Klasyczny ociepkizm. Jak cudnie by było gdyby po ogrodzie śmigało coś podobnego do motyli czy złotooków. No bo te moje elfy to nic a nic nie mają wspólnego z tolkienowską wizją,  prędzej z angielskim pojęciem fairy. Zdecydowanie moim elfom bliżej do XIX wiecznych przedstawień, czy ilustracji książkowych, szczególnie tych autorstwa Idy Rentoul Outhwaite ( aż cztery z nich ilustrują ten wpis ).  Moje elfy są jeszcze mniejsze niż te "ilustracyjne",  takie właśnie w rozmiarze motylowym czy mało - żuczkowym. Ogród odwiedzany przez elfy byłby prawdziwie stylowy, wiktoriańsko angielski że się tak wypisze. W epoce królowej Wiktorii jednak o pewnych sprawach nie wypadało mówić w ogóle  i stąd mój brak wiedzy jeśli chodzi o rozmnażanie i  rozwój "prenatalny" elfów. Czy to coś w stylu gąsienicy, poczwarki i imago, czy ciężarna elfica składa jaja, czy larwy elfów podżerają zdradziecko liście? A może za tym całym nieszkodliwym fruwaniem i spijaniem rosy z kwiatów dorosłych elfów kryją się wczesne stadia ich rozwoju, przerażające i groźne jak turkuć podjadek, skoczek różany i szrotówek kasztanowiaczek  na raz?!  Może jednak lepiej że elfy ogrodów nie nawiedzają.

Przynajmniej dla elfów! Pewnie znany  koncern  wyprodukowałby środek  do selektywnego wybijania elfów niepożytecznych, który  byłby nieszkodliwy dla cacy elfów i pszczół ( nieszkodliwość gwarantowana przynajmniej do czasu bezsponsoringowych badań  ). Ze szczególną zaciekłością by zwalczano  elfy krwiopijcze, tzw. wąpierze, które nie pozwają ludziom cieszyć się urokami letniego wieczoru w ogrodzie ( co tam rośliny, ale żeby Pana stworzenia  gryźć - never ). Znaczy ludzie zachowywaliby się wobec elfów  dokładnie tak jak zachowują się wobec wszelkiej żywiny - generalnie bezmyślnie! Mam wrażenie że właśnie powolutku docieramy do początku końca  epoki Wielkiego Trucia zwanego inaczej Wielkim Wybijaniem. Zajęło nam sporo czasu uświadomienie sobie faktu że  jednak jesteśmy częścią ekosystemu i pewnych rzeczy nie możemy robić bezkarnie. Prędzej czy później jako tym stojącym najwyżej w łańcuchu pokarmowym dostaje nam się rykoszetem z naszej własnej  broni. Koncerny  produkujące środki ochrony  roślin mają za uszami znacznie więcej niż tylko wybijanie insektów, ale to nie jest tak że koncerny odpowiadają za uprzemysłowienie hodowli  czy uprawę monokulturową.  Głupio  stwierdzić  bo to truizm ale nie ma zmiłuj - to nie podaż rządzi rynkiem tylko popyt. To klienci wymagają tak intensywnej produkcji, ich wieczne nienasycenie powoduje że opłaca się uprzemysłowienie uprawy warzyw, owoców czy co najgorsze, hodowli zwierząt. Jak niemal każdy komu  przyszło się zetknąć zawodowo z masową produkcją żywności pewnych rzeczy nie jadam, a niektórych to nawet nie dotykam żeby przypadkiem nie zaświecić , he, he. Nie mam jednak  złudzeń że opowieści o procesie produkcyjnym przebiją się błyskawicznie do wypranych reklamami mózgów  większości populacji, a przede wszystkim że zniwelują działanie  efektu "niskiej ceny".

Ta "niska cena" zazwyczaj jest kryterium rozstrzygającym przy zakupie. Szlachetna cnota  umiarkowania zginęła  w odmętach konsumpcjonizmu zalewającego bogatszą część świata, trzeba mieć  w lodóweczce wszystko, nawet jeżeli to wszystko oznacza kupowanie GOK ( Guano Ostatniej Klasy ). I tak zimową porą zamiast tradycyjnych w naszym klimacie  kiszonek ( przenawożenie warzyw odbija się na jakości kiszeniny, stąd tzw.wspomagacze, które dość  łatwo wyczuć ) czy warzyw korzeniowych, mamimy oczka ( bo kubki smakowe to raczej trudno omamić, chyba że smakiem umami czyli glutaminianem sodu,he, he ) czerwienią pomidorów i zielenią roszponki wyhodowanych na przecudnej mieszance  nawozów w roztworze wodnym. Samo zdrowie zimą i to w przystępnej cenie! Świeżutkie i "przepiąkne" - prawdziwy spożywczy "Miś na miarę naszych możliwości", że zacytuję slogan z filmu pana Bareji. Oczywiście oszustwo z zielonym zdrówkiem jest taką dratwą szyte że prędzej czy później nawet inteligentne inaczej osobniki się zorientują że to wałek. Drogę do zrozumienia że "niska cena" = "niska jakość" przechodzi się samotnie, jak każdą trasę do oświecenia ( no i w różnym tempie, niektórzy prują autostradą , inni wloką się po jakichś poboczach zanim zrozumieją że hydroponika  a uprawa w gruncie na skalę przemysłową różnią się ilością "nośnika" ale "dobrótki" docierają  do rośliny w podobnych ilościach ). No i co dalej z tym robić? Osobniki wstrzemięźliwe zastanawiają się czy koniecznie  muszą podżerać pomidory w styczniu, dociekliwe czytają o komorach próżniowych i nowych sposobach mrożenia, przesłuchują sprzedawców a jak się da to  i producentów, te z depresją stwierdzają że  im jest wszystko  jedno bo i tak "vanitas vanitatum", a te wyposażone przez naturę w chęć grzebania się w ziemi pragną własnych warzywek i owoców, najlepiej takich beznawozowych i zdrowych, niemal stepujących i śpiewających "Ach my zdrowe, zdrowe, zdrowe!". Ten ostatni rodzaj osobników przystępuje do upraw ekologicznych, w których nawóz  sztuczny ( tzw. sklepiak ) jest wyeliminowany "z urzędu".

Nie da się ukryć że to właśnie im, hodowcom warzyw i owoców, zawdzięczamy zwrot ku bardziej naturalnym  formom uprawy. Ogrodnicy  uprawiający rośliny ozdobne najprawdopodobniej zdążyliby spokojnie załatwić wody  gruntowe zanim by doszli  do wniosku że coś  chyba jest nie halo - nawożą i nawożą a rośliny nie chcą rosnąć. Jednak zarówno ci od warzywek i owoców jak też ci od  kfiotków i krzaczków  nie mogą pogodzić się z jednym - bezczelnym podżeraniem przez owady  ( i nie tylko owady ) uprawianych w pocie czoła roślin. W przemysłówce nikt się nie patyczkuje, pestycyd leci w dużej ilości, karencja jest a klient w sklepie nie widzi że padły nie tylko podżerające rośliny szkodniki. W ogrodzie nie da się  niektórych rzeczy nie zauważyć. Co prawda zrozumienie pewnych zjawisk   nie jest proste jak konstrukcja cepa i wymaga nieco chęci poznania, jednak da się pojąć że pośrednią "korzyścią" używania  takiego preparatu jak np. Basudin, było padanie ptaków. Ilość środków ochrony roślin czyli  trucizn wycofywana z obrotu handlowego systematycznie wzrasta. I to jest wielka chwila  prawdy dla  wszystkich ogrodujących - mało  rzeczy tak wkurza  jak podżeranie wypielęgnowanej przez człowieka rośliny, a tu nie da się wypowiedzieć wojny totalnej i zamordować podżeraczy. Można  co najwyżej spróbować  przegonić paskudników z ogrodu. Czyli  razić  ich środkami, które  są w swoim działaniu podobne do preparatów uzyskiwanych "naturalnie",  tych wszystkich wyciągów ziołowych, płukanek z szarego mydła i odwarów  tytoniowych. Sęk w tym że ostra chemia działa błyskawicznie a na efekty działania słabszych środków trzeba poczekać ( a czasem i nie doczekać, bo ochraniana roślina zejdzie ).

Ogrodujący w tzw. chwili  prawdy podzielili się na dwie  frakcje - naturalistów i obrońców roślin. Większość kolekcjonerów roślin zalicza się do  frakcji obrońców, ja, mimo kolekcjonerskich  irysowych zapędów staram się iść w kierunku wyznaczonym przez naturalistów. Piszę staram się bo nie zawsze mi  to wychodzi. Bardzo ostrej chemii co prawda nie stosuję ale proszek do pieczenia z wrotyczem "umila" życie mrówkom a wobec ślimaków bywam bezwzględna ( z wyjątkiem winnniczków, które są  dobrymi ślimakami  i nie mam tu na myśli Escargots à la Bourguignonne )! Muszelkowe paskudy, obżerające irysowe kwiaty lądowały niegdyś  w  wiaderku (  swego czasu sporo wiader wypełnionych pełzaczami wyniosłam na łąki, daleko, daleko  od Alcatrazu ) a pomrowy i ich luzytańskich krewniaków ( Mamelon miał w tym roku ich inwazję, u mnie jeszcze spokój ale  pewnie dotrą ) czeka egzekucja o ile tylko zauważę pełzanie w okolicy  host. Na szczęście są to sporadyczne wypadki. Być może sytuacja ślimakowa nie wymknęła się spod kontroli dzięki sporej populacji winniczków( zapraszam jak  jakiegoś znajdę, buch do  torebki i witamy w Alcatrazie ).  Jednak totalnie  przegrałam walkę ze szrotówkiem kasztanowiaczkiem, wymiatanie, ba,  wyzbieranie co do listeczka opadłych liści guzik dawało. Populacja w żaden sposób nie została ograniczona. W związku ze związkiem mój kasztanowiec  w połowie sierpnia wygląda smętnie. Jedyna nadzieja w tym że szrotówek komuś zasmakuje, bo jak dotychczas to wstrzykiwanie w drzewa substancji antyszrotówkowej załatwiło nie mniej drzew niż działalność samego szrotówka kasztanowiaczka. Lepy na drzewach z kolei przylepiały wszystko co żywe i jak się okazuje straty w ekosystemie przewyższały zyski.
 Na dzień dzisiejszy to  ja  mam ociepkizm, wiem że to podłe gnomy atakują mojego kasztanowca. To samoobrona ogrodniczego jestestwa przez wytwarzanie halucynacji , taka  jest chyba u mnie geneza ociepkizmu. Nie możesz czegoś zwalczyć staraj się z tym jakoś żyć. Kto wie może posunę się do tego co niegdyś zasłyszałam od  Kilkujadka  z Kingsajzu - "Ale my ich tak długo będziemy kochać, aż oni nas wreszcie pokochają". W świecie elfów i krasnoludków najlepiej stosować bajkowe metody, he, he. No i człowiekowi jakoś lżej na duszy że nie ukatrupił parki elfów czy stada gnomów, nawet  jak te ostatnie ogałacają mu z liści  kasztanowca. W ociepkiźmie, jak  to w szaleństwie, jest metoda!


wtorek, 2 września 2014

Jesienne cyklameny na start!

Strasznie bałam się uprawiania cyklamenów. Niemal tak jak uprawiania anemonopsisów. Bałam się wygniwania bulw, wymrażania nasadzeń do zera, marnego kwitnienia i tym podobnych "radości". Już sama nazwa Cyclamen neapolitanum sugerowała że to nie jest roślina dla Alcatrazu. Jednak.....gdzieś tam w Polsce ludziska  cyklameny uprawiali i całkiem nieźle im to wychodziło. Wprowadzenie do Alcatrazu cyklameny zawdzięczają Teresie R., naszej  tabazowej cooleżance. To właśnie łączka w jej  ogrodzie stała się takim  baaardzo solidnym impulsem do zakończenia  fazy eksperymentów ( bulwa na zimę chowana do domu ) i rozpoczęcia bardziej masowej hodowli  oraz przeprowadzenia cyklamenów do ogrodu jako tzw. stałego wyposażenia. Bazie Tabazy ja z kolei zawdzięczam zmniejszenie strachu przed uprawą neapolitańczyka, synonim Cyclamen hederifolium nie brzmi  już tak groźnie i "obco  klimatycznie". Polskie cyklamen bluszczolistny to już w ogóle " lighcik" bo  człowiek oswojony z hardcorowym bluszczem czuje się totalnie uspokojony. Roślina pochodzi z południa  Europy ale w  warunkach Centrali ( znaczy centralnej Polski ) daje sobie nieźle radę. Jak to  z nią będzie za "linią  Wisły" nie wiem ale mam podejrzenia że może być  różnie. Cyklameny występują w naturze do wysokości 1300 metrów n.p. m. ale ta wysokość na Sycylii to niekoniecznie takie warunki jak 200 z hakiem n.p.m. w Tajojowie. Może jednak na "trudniejszych" obszarach kraju uprawiać cyklameny jako "półogrodowce", długie zimy z zalegającym śniegiem jakoś mi nie pasują do bulw lubiących wiosenne słoneczko przygrzewające ziemię. Z drugiej strony to u mnie  też znowu tak słoneczko wiosną nie przygrzewa jak we Wrocku czy Opolu a  cyklameny  dają radę. Cóż, wygląda na to że po prostu trzeba je w klimacie  wschodniej Polski przetestować, znaczy potrzebny  tajojski pilot oblatywacz.

Teraz troszkę o  uprawie - cyklameny lubią  ziemię lekką , próchniczą ale o odczynie niezbyt kwaśnym.W cieplejszym klimacie rosną raczej  pod drzewami liściastymi, w naszym dobrze sadzić w  okolicy drzew iglastych, których korzenie  osuszają nieco glebę w lecie (co nie znaczy że gleba w ogóle ma być sucha, jak to ma miejsce przy takich pijawach jak świerki ). Dobrze w wypadku takiego stanowiska wspomóc  je troszkę dolomitem ( bez przesadyzmu ). Cyklameny przechodzą latem okres spoczynku, zanikają wtedy  liście  i praktycznie nie ma śladu po stanowisku rośliny. Dlatego rejony cyklamenowe lepiej zostawić w spokoju, pielić baaaardzo uważnie,  nie używając za ostro narządków.W przypadku  cyklamena bluszczolistnego kwiaty pojawiają się przy końcu lata. Wyłażą z gleby solo, liście pokazują się nieco później. Po przekwitnięciu kwiatów liście robią sporą kępę, która jest w stanie przy śnieżnej zimie przetrwać do wiosny. W kwietniu liście zaczynają zanikać tak, że jak pisałam,  późną wiosną i latem  jest łyso a nie cyklamenowo. Warto zatem  w okolicach gdzie  uprawiamy cyklameny posadzić coś, co może nie zakryje do końca łysin ale przynajmniej będzie  odciągało od nich wzrok.  Późną jesienią  stanowiska cyklamenów zaleca się okrywać w zimniejszym klimacie tzw. stroiszem czyli gałązkami drzew iglastych . Przyznam bezczelnie że tego nie robię. Jako ogrodnik leniwy czekam aż przyroda mnie wyręczy i sama okryje czym tam uważa moje cyklamenki. Znaczy nie uprzątam przed zimą liści, w końcu ogród  to nie  droga dojazdowa tylko kawałek natury z lekka ujarzmionej ( na temat  polskiej manii uprzątania liści z miejsc innych niż Tyrawnik czy oczko wodne mam tzw.  złe zdanie ). Cyklamenkom w tych siermiężnych, alcatrazowych warunkach widać nie jest tak bardzo źle, bo zauważyłam że  się sieją. Siewki zakwitają w trzecim lub czwartym sezonie.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Zakupowe dylematy - ................ albo cebule


Mamelon zaprosił mnie na lody domowej produkcji w celu degustacji i rozważenia czy do wyrobu lodów  w domu konieczny jest zakup nie najtańszej i zajmującej cholernie dużo miejsca maszynki. Po zechlaniu lodowego deseru wykonanego z bitej śmietany, mrożonych  truskawek i jogurtu (  żółtek ze śmietanką nie podgrzewałyśmy bo  po pierwsze to i tak mamy  już za dużo na kościach , a po drugie to nam się zwyczajnie nie chciało ), doszłyśmy do wniosku że zakup maszynki lody wyrabiającej to jest wydatek niepotrzebny, gadżeciarstwo i w ogóle zachciewajka. Mamelon rozwinęła się  na temat  kuchennych urządzeń "ułatwiających" życie , znaczy powspominała  przygody z  tzw. dodatkami do robota, które zamiast ułatwiać w sumie proste czynności, zamieniały je w skomplikowane procedury. Z tego  posiedzenia i półburzy półmózgów ( tak nam jakoś po tym jedzeniu wolno  się myślało, półsennie że się tak wypiszę ) wyszło  nam jasno - pieniądze zamiast na zakup maszynki lepiej przeznaczyć na prawdziwe radości, np. na rośliny.

Mamelonowi wcisnęłam przed naszym słodkim podwieczorkiem narcyzki 'Katie Heath, bliskich krewnych mojej ukochanej odmiany 'Thalia' ( Mamelon ma tzw. mocną słabość do łososiowych przykoronków ) i zapodałam info że widziałam hiacynty 'China Pink' w budowlanym. Mamelon w związku z tym dziś wyruszyła na łowy. Ja co prawda maszynki nie zamierzałam kupować ale też kombinuję z czego by tu zrezygnować albo w którym miejscu się uda nieco "okroić" tzw. konieczny wydatek bo i mnie cebule  kuszą. Najbardziej małe krokuski. Jestem uodporniona na duże  tulipany, narcyzy i hiacynty kocham wybiórczo ( lubię kurdupelki narcyzkowe i poeticusy, hiacynty o ciemnych barwach minie nie nęcą, z wyjątkiem klasycznych granatów typu 'Delft Blue' ) ale małe krokusy kocham wszystkie, nawet te okrutnie żółciaste. Mam wielką ochotę wyruszyć na jesienne łowy cebulowe. Darz Bór!



sobota, 30 sierpnia 2014

Cebulowe zakupy - " 'Thalia' to jest narcyz " czyli wdzięk, gracja i elegancja na wiosennej rabacie!

Zakupy cebul roślin kwitnących wiosną to w naszym kraju Kwitnącego Ziemniaka sport ekstremalny. Wymaga przede wszystkim nerwów ze stali i straszliwej cierpliwości, przy której benedyktyńskie ślęczenia nad manuskryptami to właściwie prycho! Nerwy z odpowiedniego tworzywa są wymagane bo dość powszechnie wiosną  na rabatach zakwita nam nie to co kupowaliśmy jesienią, a cierpliwość jest niezbędna przy waleniu w klawiaturę  nastej, estej czy ątej reklamacji i oczekiwaniu aż nam ktoś z działu "rozmów  trudnych" raczy odpowiedzieć.  Zakupy internetowe mało się różnią od tych żywcowych na  straganach jesiennych działkowych kiermaszy czy sklepikowo - ogrodniczych i marketowych. Ryzyko jak w rosyjskiej ruletce, nie wiesz czy przyszłoroczną wiosną nie ubije cię widok narcyzy o  żarówiastym, pomarańczowym przykoronku i wściekle żółtych płatkach wśród twoich starannie wybieranych przecudnej urody pastelowo - różowych tulipanach i niemniej starannie dobieranej blado ametystowej odmianie hiacyntów. Oczywiście delikatny kremowy kolor płatków i przykoronka wczesnej odmiany narcyzka, który miał tak  pięknie wyglądać przy tulipanku i hiacyncie odfrunął z królikami  ( choć w moim wypadku to planowane narcyzki odfrunęły raczej z jednym Królikiem ). Zdaję się że za tym cebulowym zamieszaniem stoi ŚSH czyli Światowy Spisek Holendrów, którzy wciskają co popadnie w myśl popularnego jeszcze niedawno hasła "Ciemny  lud to kupi". Tak przynajmniej tłumaczą się polscy hurtownicy którzy zdaje się uwielbiają rolę "Ciemnego Luda"  bo grają ją z upodobaniem, wciągając do grania  swoich klientów ( choć ci ostatni coraz częściej  wolą grać Ostatnich Uświadomionych i zaczynają głośno pultać się o zwrot kasy za "niespodziewanki"  ).

Ogrodnik to jednak wieczny optymista, pełen nieuleczalnej nadziei że tym razem  się uda  i nie  zostanie w kolejnym sezonie kolejną ofiarą ŚSH . Mamiony obrazkiem na kapersie, mimo pełnej świadomości czyhającego na jego  uciułaną kasę ŚSH ,  radośnie wlezie w grząskie bagienko cebulowych zakupów, a potem będzie paciorki do św. Dorofieji zanosił o zgodność odmianową. No, ja jestem właśnie takim typowym okazem ogrodniczki co to mimo tego że od dawna może grać rolę Ostatniej Uświadomionej  z lubością występuje  jako Pierwsza Naiwna. Znaczy znowu kupiłam w markecie budowlanym kapersowe cebule.  Nie mogłam się powstrzymać bo na fotce sprzedażnej widniała moja ukochana  'Thalia'. Mam tego narcyzka w sporej ilości w Alcatrazie, byłoby go  jeszcze więcej gdyby nie luty dwa lata temu. Jestem na razie na etapie odbudowywania nasadzeń z tej odmiany, która jest "wiodącym" narcyzem Alcatrazu (  największe narcyzowe kępy to właśnie 'Thalia' ). W ogóle to wydaje mi się że przy wyborze roślin cebulowych kwitnących wiosną ( i nie tylko tych kwitnących w tej porze roku  ) dobrze jest sobie znaleźć jakiegoś ulubieńca i zaprowadzić go w większej ilości w ogrodzie. Taka sama zasada jak przy sadzeniu bylin - mniej czasem znaczy więcej. Zbyt duża ilość gatunków czy odmian  nie służy wyglądowi rabat. Robi się  misz - masz z tych mało strawnych. Co prawda wiosną można pozwolić sobie na znacznie większą swobodę w komponowaniu nasadzeń ( wiosna jest "naturalnie wielobarwna" ) ale co za dużo to niezdrowo i nawet dobrze rozżarta świnka nie da rady!

'Thalia' to narcyz z grupy mieszańców triandrus, wyhodowany został przez pana  van Waaverena i wprowadzony w świat w  1916 roku ( niedługo odmianie stuknie setka ). Nie jest z tych bardzo wysokich, osiąga koło 40 cm wzrostu. Mieszańce triadndrus są  jak dla mnie genialne z powodu większej ilości kwiatów na pędzie - mniej cebul ( czytaj kasy na nie wydanej ) więcej kwiatów ( czytaj optymalizacja wyglądu nasadzeń ). Znaczy sadzę po  łódzku, he, he (  tzw. wywierane wrażenie  przy starannym zwracaniu  uwagi na koszty są w sadzeniu po łódzku rzeczą podstawową  ). W ogóle to gdzieś tam w zakamarkach mojego wyhodowanego w Łodzi  mózgu siedzi  zachwyt  tego typu jak  u Moryca Welta, będącego pod  wrażeniem wspaniałej teatralności  obrządku katolickiego -  "Papież to jest firma". Trawestując klasyka napiszę że  "Thalia to jest narcyz". Nie jakaś tam odmiana z  jednym kfiotem na pędzie, nie  nowość  czyli potworek kwiatowy składający się głównie ze straszliwie rozdętego  przykoronka w kolorze uniformów robotników drogowych, dość szybko żegnający  się ze światem. 'Thalia' to narcyz długo kwitnący, dzięki średniej wielkości  trąbkowemu przykoronkowi o pięknym prawdziwie "narcyzowym" wyglądzie. Odgięte leciutko w tył płatki nadają mu motyli wdzięk. No i do tego ta kremowa biel płatków i przykoronka - jednobarwne narcyze wydają mi się zawsze bardziej eleganckie od  tych wielokolorowych  ( no może z wyjątkiem grupy mieszańców poeticus, ale co tam one mają za rozmiary przykoronka - to jest niemal czysta biel płatków i jakieś ciepławe  zaznaczenie środka  kwiatu  ). Elegancki, długo kwitnący i robiący świetne wrażenie narcyz! I do tego jeszcze z odpowiednią nazwą - Thalia była muzą komedii, jej imię pasuje jak ulał do wdzięcznej i "leciutkiej" w wyglądzie odmiany.
No i jak tu się było oprzeć zakupowi. Jedyne co mi teraz spędza sen z powiek to przypominanie sobie numeru sprzed dwóch lat, kiedy 'Thalia' okazała się żółto - pomarańczowym potworem kwitnącym na tyle późno że za tło robią mu kwiaty magnolki 'Susan' ( zgroza i ból zęba )!


piątek, 29 sierpnia 2014

"Mdłe" floksy

Floksy to moja sierpniowa radość  oczu. Kiedyś kręciły mnie te  żarówiaste czerwienie o zimnym odcieniu i pogodne różyki z cyklu "Odblask". Miałam też manię poszukiwania odmian o  "niebiewskich" kwiatach, które zazwyczaj okazywały się  "niebiewskimi" na pograniczu  tzw. lila - róż a chłodniejsze tony obserwowało się  na tych roślinach wtedy kiedy  kwiaty witały się ze zmierzchem .  Potem nastał czas kiedy  do ogrodu zawitała chyba najbardziej  "niebiewsko" kwitnąca odmiana floksa ' Blue Paradise' i jakoś zostałam zatkana tym chłodnym  odcieniem fioletu. Moje obecne  floksowe zafiksowanie to  floksy "mdłe" czyli takie o łagodnych, pastelowych kolorach,  a właściwie najlepiej z ich muśnięciem na białym tle. Takie jasne floksy  bardzo mi paszą do nowej koncepcji Landryna i  powodują że odblaskowe  różyki moich starych odmian floksów jakby troszkę szlachetnieją ( odblaskowe robią za całkiem niezły kontrast  i nadają  sierpniowym floksowym stanowiskom trochę ostrości ). Nie wszystkie moje "mdłe" floksy to  pełnoprawne odmiany, mam "na stanie" całkiem ciekawe sieweczki uzyskane przez Mamelona. Przyznam się nawet że niektóre nowe odmiany o pastelowych kwiatach mi nie leżą ( nijak  nie mogę się zmusić do pokochania 'Sherbet Coctail',  jak też nie dociera do mnie  "urodność" sławnej odmiany 'Tiara' ).

To już prędzej wyglądają  kusząco dla mnie odmiany o pastelowych kwiatach i variegatowatych liściach. Taka 'Creme The Menthe' dobrze wygląda na rabacie w każdej porze sezonu ( rozjaśniająco, że się tak wypiszę ).  Podoba mi się też odmiana 'Clara', o klasycznych zielonych liściach, za to z pięknie paskowanymi kwiatami. Taka 'Sternhimmel' też  niczego sobie, pięknie wygląda posadzona przy klasycznej  odmianie 'Bright Eyes'. No a siewki - zawsze trafi się taka z którą człowiek ma się ochotę bardziej zaznajomić. Niekiedy z ciekawym kolorem kwiatów idą w parze wigor i  odpowiednia wielkość kwiatostanów. Taki nowy egzemplarz siewki wyrósł w Mamelonoison, całkiem własna mamelonowa odmiana, w pięknych "zdechławych" kolorach (  znaczy nie pastelowe róże a smuteczek śladowo - fioletowy ). Oczywiście już szykuję zaproszenie dla najnowszego  floksowego "samorodka" z Mamelonoison - będzie się działo!



niedziela, 24 sierpnia 2014

Smuteczek końca lata

Nadchodzi ten żałosny  ostatni tydzień sierpnia. Człowiekowi coś smętno - mętno na duszy. Tuwimowskie   "Skąd  Pani ma tę melancholię?" wisi w powietrzu. Odpowiedź na wiszące prosta jak konstrukcja cepa - grechutowe "Jesień, jesień jak to  tak?". No bo jak - już po wszystkim, już  na dłuugo, dłuuugasieńko mroczki o dziewiątej wieczór i zbyt rześkie poranki? Jeszcze trochę i zaczną się poranne mgły i krakanie kawek Umilkły kosy i wynoszą się już jaskółki, najlepsze letnie barometry ( latanie "niskie" na deszcz, latanie "wysokie" na pogodę ). Strasznie głośno  nadają świerszcze, zwiastując nieuchronne nadchodzenie końca lata. O rechocie żab dawno za to zapomniano. Nie ma już zapachu maciejki, odszedł w tym roku bardzo wcześnie,  wraz z rozgrzanym początkiem sierpnia  ( Ciotce Elce jakby lepiej się oddycha). Kwitnie nawłoć czyli "mimoza", którą "jesień się zaczyna". Zastanawiam się smętnie nad tą porą roku, jest ona  dla mnie znacznie smutniejsza niż listopadowe szarugi czy lutowe roztopy. W listopadzie tzw. przyroda układa się już do snu, w perspektywie majaczą grudniowe śniegi, te pierwsze, wyczekiwane i cieszące, które w magiczny sposób odmieniają krajobraz. Lutowe roztopy niosą za to nadzieję, wiosna tuż, tuż. Jeszcze trochę cierpliwości i znowu będzie zielono i poczujemy wraz ze wszystkim wokół wzbierającą w nas chęć do życia! Żadnego smutku jakoś nie odczuwam z powodu odchodzenia jesieni czy zimy. Ba, nie odczuwam też żadnego smuteczku z powodu odchodzenia wiosny ( no, może tylko leciutkie ukłucie  irysowe )! A lata żal strasznie!

Bo tak po prawdzie ten mój smuteczek to nijak się ma do nadchodzenia jesieni, żałości z powodu nadejścia jesieni jakoś  u ogrodników ciężko szukać. Ta krzątanina wokół cebulek, pospieszanie się z przesadzaniem bylin, ostatnie polowania  na trawy czy  krzewy, październikowe otwarcie sezonu sadzenia róż na tzw. gołym korzeniu - gdzie tu czas na smuteczkowanie? Zwijać się trzeba, żeby przed mrozami zdążyć. Ogrodniczenie  jesienią jest pełne nadziei, sadząc cebule  czy róże już jesteśmy właściwie jedną nogą w przyszłorocznej wiośnie i lecie. W każdym ogrodniku  uruchamia się ten kretyński optymizm, który nic  sobie nie robi z mrozów bez śniegu czy okrutnych prognoz pod tytułem  "Zima w kwietniu". Toż my wzejdziemy  razem z kiełkami cebulaczków, znów cudownie się odrodzimy jak co roku, w słońcu się wygrzewać będziemy jak Muminki i w ogóle będzie cool! Dlatego sadzimy okrutne ilości zielska żeby nam było dobrze i zielono. Ogrodnicy to wieczni optymiści. A tu jeszcze jesień szykuje tzw. miłe okoliczności przyrody - szał marcinkowy, te wszystkie żółcie i czerwienie na krzewach i drzewach, zapach opadłych liści, rosę na pajęczynach, grzyby przepięknie kolorowe po lasach ( moje ukochane czerwone muchomory wyłażą dopiero jesienną porą ), Wielkie Powidłowanie i Czas Gruszek. Nie sposób nie cieszyć się z nadejścia jesieni, tylko ta cholerna zadra z końcem lata psuje  radosne oczekiwanie i zamienia je w coś na kształt akceptacji nieuchronnego.

Nie ma lekko, trzeba smuteczek jakoś przesmuteczkować.  Pożałować lata - narzekań na upały, wredności komarów, okrutnie dających się we znaki żądełek pszczół, os i mrówek. Jeży szarogęszących się pod oknami w porze kiedy człowiekowi najlepiej się śpi, nietoperza, który uwielbia odwiedzać  nas nocą ku szalonej  i baaardzo głośniej radości kotów. Burz z piorunami walącymi niebezpiecznie blisko naszej pobieralni prądu ( dzikie akcje z wyłączeniem wszystkiego elektrycznego ), wpełzającego do domu zapachu osiedlowych grilowań, ymc - ymc niosących się z imprez na świeżym powietrzu,  utworu  "Ramona" w  wykonaniu  pana Dzidzia, alergii Ciotki  Elki i zmierzających w kierunku alergii podejrzanych siąpań Dżizaasa. W kolejce do przesmuteczkowania czekają jeszcze susze i następujące po nich podtopienia ( bo jak już zaczyna po suszy lać to studzienki  uliczne  nie radzą sobie z odprowadzaniem  takiej ilości wody i robi się tzw. Nowy Orlean po  Katrinie ). No i urlopy - ja rozumiem  że każdy ma prawo do wypoczynku ale  jak to się cudownie dzieje że wypoczynek pojedyńczego  urzędnika skutkuje  niekiedy paraliżem urzędu. Taki cud  urzędniczy! Właściwie  jak się tak głębiej nad sprawą zastanowić to może i dobrze że  lato jednak już się kończy. Nie ma co smuteczkować, trzeba czekać na rozkręcenie się września i pogodnie witać  jesień. W ramach rozrywki podglądać  stworki szalejące wiosną i latem - najlepiej na  ilustracjach opowieści o elfach.