czwartek, 16 lipca 2015

Rabaty Alcatrazu - sucha ( vel przyszła żwirowa ) w letniej odsłonie

Korzystam z  opadów deszczu, w przerwach pomiędzy kolejnymi dżdżami pielę zapuszczone rabaty Alcatrazu i podwórka. Przy okazji oglądam jak roślinom które hoduje "dogodziła" susza. Nawet na rabacie na której rosną sucholubne obserwuję niepokojące mnie mnie sprawy.  Niektóre marcinki pogubiły liście, bardzo podejrzanie zachowuje się mikołajek agawolistny, słabsze liliowce zrzuciły pąki. Bezproblemowo to właściwie rosną  tylko najtwardsze hardcory, typu rojniki czy rozchodniki. Reszta zieleniny w mniejszym lub większym stopniu  ucierpiała w skutek nie tyle upałów co suszy, która nas zaczyna powoli w tym roku dobijać ( ale nie będę prosiła o deszczyk, bo jak ostatnio zapociorkowałam w intencji to Wielki Ogrodowy zrobił powódź, żartowniś jeden ). Na szczęście troszkę popadało, a nawet słabe  padanie z nieba zawsze lepsze niż  podlewanko. Ziemia nie nasiąkła jednak deszczem od razu, żeby można było pielić trzeba było parę dni poczekać.Teraz usiłuję  pielić  ekspresowo, zanim nadejdzie kolejna fala gorąca, które pozbawi mnie ochoty na jakąkolwiek pracę na tzw. świeżym powietrzu ( ostatnie upały wygnały mnie nawet z cienistych rejonów Alcatrazu - gorąco było jak w piecu hutniczym ).

Jak tylko jest luzik i nie leje się na głowę zbyt mocno, robię myk w zachynszone rabaty i pielę do upojenia. Susza wykończająca "lepsiejsze" rośliny, nie rusza jakoś tych, które posiał sam Wielki Ogrodowy. Znaczy chwasty rosną w najlepsze! Na suchej rabacie pielenie wrażego zielska złośliwie wrastającego w kępy macierzanek czy kotul jest sportem ekstremalnym - podstępny perzyk, wkurzający szczawik, zgroza czyli nawłoć, cholera mnie bierze kiedy przychodzi mi to towarzystwo wyciągać z korzeniami. Pracuje czym się da, nawet drut robótkowy jest w użyciu ( przydał się przy małych rozchodniczkach zaatakowanych przez cholerny szczawik ). Na szczęście nie tylko pieleniem człowiek żyje - na suchej czas kwitnień. Upały przyspieszyły wykwitanie niektórych roślin, jednak kwitnącego letniego dobra na tej rabacie jest na tyle dużo, że zawsze na czymś ukwieconym da się oko zawiesić. Teraz trwa sezon lawendowy, Dżizaas "wyjechany" więc nikt nie podskubuje pędów pod pretekstem ataków moli na tzw. zasoby odzieżowe. Lawendowa woń roznosi się w powietrzu głównie za sprawą kotów, to one spacerując po rabatach poruszają krzewinki, które szafują  przy takim kontakcie olejkami eterycznymi.Wreszcie się moje kociambry na coś w ogrodzie przydają ( no, na komary jeszcze polują, co jest zabawne ).


Pachnie też hyzopek ( na ostatniej fotce ), stara "biblijna"  ( czyli wzmiankowana w Biblii ) roślina.  No cóż,  zapach hyzopu nie jest z tych powalających. Ostatnio nawet wyczytałam że nie do końca jest pewne czy ów hyzop rosnący w naszych ogrodach jest tożsamy ze starożytnym hyzopem. "Pokrop mnie hyzopem, a stanę się czysty" tak mówi Wielka Księga, ale roślinek oczyszczających co niemiara, nie koniecznie o roślinie współcześnie zwanej hyzopem te biblijne pienia. Na mnie hyzopek robi raczej miłe wrażenie z powodu wyglądu a nie zapachu.  Jednak daleko mu do urodności amorfy szarej ( fotki 6, 7, 8 ) - królowej lipca na suchej! Doceniam ja, doceniają pszczoły, nawet koty ocierają się o jej listki z wyraźną lubością ( na szczęście nie aż taką jak  miało to miejsce w wypadku nieszczęsnej kocimiętki, która miała  nie wabić kotów a skończyła jako dołek po wygrzebanych korzonkach ).

Amorfa  też pachnie ale  znacznie mniej wyczuwalnie niż  hyzopek i lawenda. Do siejących wonie lilii OT  ( fotka obok ) to w ogóle nie ma porównania. Lilie OT rosną na suchej jako przeciwwaga dla drobnicy kwiatowej czyli roślin kwitnących bardzo drobnymi kwiatami. Morze lawend, szałwii i gipsówek ( fotka nr 4 ) to fajna rzecz ale przesada dotycząca nasadzeń z drobnicy jest niemal takim samym  "grzychem" jak sadzenie wyłącznie roślin o dużych kwiatach.  Nie wiem czy lilie OT sprawdzą się jako kwitnące rośliny szkieletowe, może lepiej pasiłyby do suchej yuki.  Tylko że za yukami coś nie bardzo przepadam, nie wiem właściwie dlaczego ale działają czasem na mnie drażniąco. Może to pokłosie czasu kiedy niemal każdy ogrodujący chciał mieć yukę, niezależnie od tego czy mu pasowała do stylu ogrodowych nasadzeń. A może po prostu yuka jest dla mnie zbyt egzotyczna.




Tylko z tymi egzotami to  takie lekkie pituliten z mojej strony - radośnie sadzę  mikołajki agawolistne ( ledwie zipiące ), akanty i morinie ( fotka obok ).  Mikołajki sporawe, morinia średniak ( jak na razie ) ale akanty do niziołków nie należą. I co?  Jakoś mi nie przeszkadza "zdziwność" egzotyczna tych roślin, a yukowe kwiaty mocno mi nie paszą ( może nie tyle same kwiaty co kwiatostan, same kwiaty  i liście są dla mnie w porzo ). Trudno, mało ortodoksyjnie na tej suchej z tymi liliami OT, ale nie wygląda to  bardzo okrutnie.  Lilie oczywiście zostały posadzone w odpowiedniej dla nich mieszance ziemi, na jałowej glebie suchej rabaty  długo by  nie pociągnęły. Staram się ich nie podlewać, wody na ogół dostają tyle ile  inne rośliny na tej rabacie ( wyjątek zrobiłam dwa razy w tym sezonie, bo zaczęłam się martwić  czy aby nie pójdą w ślady  niektórych  liliowców i  nie  zrzucą pąków ). Może widok  lilii OT  nie jest aż takim zgrzytem na suchej bo na tej  rabacie oprócz krzewów są też byliny o odpowiednio silnym wzroście. Liliowe pędy nie straszą tak  wysokością jak za towarzystwo mają wyrośnięte szałwie muszkatałowe - fotka nr 10 ( bardzo lubię takie "bezobsługowe", dwuletnie rośliny ), malwy ( kolorek kwiatów jest niestety z tych "mało pastelowych", jak to stwierdziła Ciotka Elka ) czy głowaczek olbrzymi.

No i są jeszcze wysokie trawy, na suchej rosną w rozproszonych stadkach  molinie, miskanty czy obiedka.  Największe wrażenie jednak robi w tej chwili ostnica olbrzymia Stipa gigantea, która  raczyła zakwitnąć. Wykłoszenie najskormniejsze z możliwych ( złośliwa zaraza wydała z siebie jeden ukłoszony pęd ), ale być może właśnie ta skromność zwraca powszechną uwagę ( "A co to jest za pojedyncza trawka, taka do owsa podobna?" ).  Kłosek  bujający jakieś 180 cm nad ziemią przebija liliowe kwiaty, głównie z tego powodu że jest jeden. Ostnica jest po prostu  "splendid isolation" w najlepszym, klasycznym brytyjskim stylu, he, he. Mimo tego że wykłoszenie ostnicowe  marne, ja się cieszę jak rzadko.  Jest nadzieja na to że ostnica u mnie będzie rosnąć  normalnie ( znaczy jak w Albionie ).  To przepiękna trawa, warta najbardziej eksponowanego miejsca w ogrodzie.  W ogóle ostnice są cool. Ostnica Jana Stipa joannis ( fotka nr 11 ), której nasionkami swego czasu obdarowała mnie Krysia ( wraz z instrukcją "wkręcania" ich w glebę ) powschodziła w paru miejscach rabaty, czyniąc nasadzenia  "lekkimi". Uwielbiam przeplatanie bylin takimi delikatnie kwitnącymi trawami, pewnie tęsknota mieszczucha za  urodą łąk ( co tam łąki, stepy dzikie przy ostnicy mi się  marzą ).  Podsumowując to lato na suchej nie wypada wcale tak źle, mimo tych upałów i szuszy. Kwitnie, pachnie, owadami brzęczy!





wtorek, 14 lipca 2015

Dzwonek brzoskwiniolistny czyli niestrudzony kolonizator

Dzwonek brzoskwiniolistny Campanula persicifolia jest jedną z nielicznych  roślin którą wyhodowałam z nasion.W Alcatrazie pojawił się już "u zarania" czyli w momencie rozpoczęcia przeze mnie  ogrodowania. Stopniowo wypierał dotychczasowego najważniejszego dzwonkowego "rezydenta" Alcatrazu jakim był dzwonek Campanula latiloba.  Poprzednik brzoskwiniolistnego nie rozsiewał się  obficie, terytorium na którym królował było w sumie ograniczone do jednej rabaty.  Być może działo się tak dlatego że w Alcatrazie  Campanula latiloba występował w biało kwitnącej  odmianie 'Alba' ( jakoś tak we mnie zalęgło się przekonanie że odmiany dzwonków o białych kwiatach są słabsze niż te kwitnące "na niebiewsko" ), ale może  po prostu Campanula latiloba nie jest aż tak "wysiewczo" ekspansywny jak dzwonek brzoskwiniolistny (  tak mi to coś lekką impotencją pachnie po wyczytkach netowych ).  Mnie rozsiewanie radosne  dzwonków brzoskwiniolistnych jakoś nigdy nie przeszkadzało, sam dzwonek zresztą podobał mi się znacznie bardziej niż bardzo sztywny i "ogrodowy" dzwonek  Campanula latiloba. No, brzoskwiniolistny to taki bardziej dzwonkowy jest, nie kwitnie  "ostróżkowo" ( czyli nie rozwija na raz wszystkich kwiatów na całej długości pędów ), kwiaty  mają prawdziwie dzwonowaty kształt ( Campanula latiloba ma kwiaty szeroko rozwarte, nie do końca tak sobie wyobrażam dzwonki ) i ma  w sobie ten urok dziczyzny, który tak bardzo cenię. Dzwonek brzoskwiniolistny urośnie prawie na każdej glebie, może z wyjątkiem bardzo ciężkiej  gliny. Lubi słoneczko i półcień, jest bardzo tolerancyjny jeśli idzie o zapotrzebowanie na wodę ( jednak na piaskowych patelniach nie osiąga odpowiedniego wzrostu ).  W zimniejszych rejonach kraju lepiej okrywać  rozetki liściowe na zimę, tak wynika z wyczytków, jednak i tam w "cudowny" sposób po wymrożeniu rozetek pojawiają się nowe wyrosłe z nasion.

Campanula persicifolia uprawiany jest w ogrodach od  XVI wieku.Wyrzucić przez inne rośliny w ciągu tych pięciu setek lat się  nie dał, pewnie z tego powodu że raz zaprowadzony zostaje w ogrodzie na zawsze he, he. To znaczy w ogrodzie w którym warunki mu odpowiadają.  Jak trafi na taki ogród to nie ma zmiłuj - sieje się na potęgę. Dlatego Achtung! - wprowadzenie  tego dzwonka zawsze lepiej solidnie przemyśleć niż potem walczyć z upiorną ilością siewek. Jak dla mnie  gatunek najlepiej wygląda w dużych ogrodach naturalistycznych, w małych ogródkach "rozsiewczość" brzoskwiniolistnego staje się zmorą. Nie znaczy że z dzwonka brzoskwiniolistnego posiadacze mniejszych "areałów uprawnych" muszą bezwzględnie rezygnować - niektóre z odmian tego dzwonka nie zachowują się  gorsząco i praktycznie nie dają zbyt wielu siewek.  Mam tu na myśli  głównie odmiany o pełnych kwiatach. Od paru sezonów uprawiam też odmianę 'Kelly's Gold' ( zdjątko nr 3 i ostanie ), selekta, który został znaleziony w ogrodzie Ann Holt na Bainbridge Island w stanie Washington. Zaleca się uprawianie 'Kelly's Gold'  w półcieniu ze względu na to  że liście o złotej barwie mogą się przypalać ale ja bezczelnie uprawiam tę odmianę w pełnym słońcu.  Być może dlatego nie mam problemów z jej rewersowaniem się, żadnej zielenizny i podobieństw do klasycznej odmiany dzwonka brzoskwiniolistnego 'Alba' ( taki przypadek miał miejsce w kornelowym ogrodzie ). Niedawno na rynku pojawiła się odmiana 'Blue-Eyed Blonde' ( Campanula persicifolia 'Doble Blue' X Campanula persicifolia 'Kelly's Gold' ) wprowadzona przez szkółkę  'Terra Nova". Ponoć twardsza sztuka niż 'Kelly's Gold'. W dodatku o ciemnych kwiatach, wpadających w fioletowe tony co rzecz jasna dodaje jeszcze urody żółtawym liściom tej odmiany. No nic, zobaczymy pożyjemy - mam nadzieję że będzie  z niej odmiana solidniejsza od niektórych jeżówek "urodzonych" w tej szkółce.




sobota, 11 lipca 2015

Alcatrazowe rutewki - piciumy czyli dziubdziulki

Najmniejsze z najmniejszych czyli takie ledwie od ziemi odrosłe.Taki rozmiar roślin wdzięcznie określa się piciumizmem  lub dziubdziulstwem. Bardzo mi po drodze z małymi rutewkami, choć  muszę przyznać  że nie wszystkie rosną tak dobrze jak bym tego od nich oczekiwała. Uprawiam dwa karzełki - rutewkę kiusjańską Thalictrum kiusianum ( pierwsza fota ) i  nie mającą jeszcze polskiej nazwy Thalictrum ichangense 'Evening Star' ( zdjątko nr 2 i 3 ). Rutewka kiusjańska jest karzełkiem wśród karzełków, roślina dorasta zaledwie do 10 - 15 cm  wysokości, Thalictrum ichangense jest nieco wyższa, w dobrych warunkach potrafi osiągnąć wzrost 30 cm. Obydwie rutewki to Azjatki, rutewka kiusjańska występuje w Japonii i na Półwyspie Koreańskim, rutewka ichangense  w Chinach, Korei i górach północnego Wietnamu. Odmiana Thalictrum ichangense 'Evening Star', wprowadzona do  handlu przez szkółkę  "Terra Nova" ( tak, tak, ci od żurawek ),  to najprawdopodobniej selekt gatunku.

Malutkie  rutewki przeze mnie uprawiane lubią  takie same warunki - gleba ma być lekka i próchnicza i najlepiej wilgotna. Jeżeli w glebie  wilgoci jest dostatecznie dużo rutewki z godnością zniosą słoneczne stanowisko.  W przypadku kiedy wilgotność gleby jest "przeciętna" rutewkom zdecydowanie lepiej w półcieniu a nawet w całkowitym cieniu ( choć wtedy nie kwitną okazale - o ile w przypadku takich piciumów można użyć takiego określenia ). Rutewka kiusjańska jest bardziej  żywotna  niż jej "odmianowa" krewniaczka. Przypuszczam że nie jest to jednak kwestia wrażliwości odmiany co wrażliwości gatunku. Nie znaczy to że Thalictrum ichangense  jest rarytetem, koło którego skaczę i dopieszczam rozbestwionego aż do granic ogrodniczych możliwości. Nic z tych rzeczy - 'Evening Star' rośnie "na takich samych prawach" jak inne rutewki, żadnego szczególnego traktowania. Oczywiście najładniejsza jest wczesną wiosną, kiedy na młodych liściach królują brązy a  jasny gwiazdkowy wzór "wali po oczach".

Nie znaczy to jednak ze letnią porą robi się z niej coś na co ja patrzeć nie mogę. Mocno zielone liście są prawie tak samo urocze jak ich wiosenna wersja, a wyrastające nówki mają w sobie  sporo brązu ( choć nie tak intensywnego jak wiosną ).  Dodatkowo delikatne kwiatuszki na tych prawie 30 centymetrowych  pędach kwiatowych - szczyt subtelności! Żeby tylko ta rutewka rozrastać się raczyła tak jak kiusjanka. Z tym nieco kichowato - kupiłam trzy sztuki Thalictrum ichangense 'Evening Star' i to są nadal trzy sztuki. Takie sobie jeśli chodzi o wielkość ( boję się dzielenia tak niewielkich roślin - mam wrażenie że kipnięcie "podziałkowych" to niemal pewna sprawa ). Thalictrum  kiusianum nie wymaga dzielenia, terytorium zdobywa za pomocą podziemnych kłączek ( w jej wypadku to już chyba kłączuńki, he, he ). Jak trafi na odpowiednie miejsce całkiem nieźle zadarnia glebę. Czy warto sadzić takie małe piciumy i dziubdziulki? Ujmę rzecz tak - w olbrzymich, naturalistycznych ogrodach takie rośliny po prostu giną, nijak wzrok się na nich nie zawiesi. Nie znaczy  to jednak że gdzieś tam w okolicach paprotno - funkijnych ( karłowatych jak i te rutewki rzecz jasna ) nie mogłyby się takie roślinki odnaleźć.  Trzeba jednak zdawać sobie sprawę że dla efektu trzeba sadzić je masowo. W wypadku  nasadzeń z pojedynczych roślin mamy do czynienie z kolekcjonerstwem w najczystszym wydaniu ( co nie jest wcale złe o ile takie jest założenie  - ogród kolekcjonerski ).  W małych ogrodach piciumom i dziubdziulkom jest znacznie łatwiej, po prostu są lepiej widoczne.

piątek, 10 lipca 2015

"Złe" uczynki kociej rodzinki

Koty a inne żywe stworzenia - temat rzeka i to taka zdradliwa, z wirami i wartkim prądem. Wiadomo że za słodkimi mruczeniami, ocierkami i przytulankami kryją się cechy, których istnienie u zwierząt domowych człowiek nie zawsze sobie ceni. No cóż, w przypadku kotów i ludzi to jest tak że jedne drapieżniki mieszkają z drugimi i te drugie są  inaczej zsocjalizowane i na dodatek mają schizofrenię i zdziwne, sprzeczne z naturą wymagania wobec tych pierwszych.  Z punktu widzenia  kota nijak chyba nie idzie zrozumieć dlaczego jedne polowania są cacy ( gryzonie ) a inne to już be ( ptaszki ). Kociambry mają prawo być solidnie zdezorientowane. Wszystko przez to że koty awansowały. Nie są już zwierzętami chroniącymi domostwo przed plagą gryzoni, nie pracują w ten sposób na możliwość przebywania w "domowym" środowisku stworzonym przez człowieka. Teraz "w zakresie obowiązków" kot ma  przytulanie się i upewnianie człowieka w mniemaniu że bez niego kot sobie nie poradzi. Człowiek uzbrojony w trucizny "na wszystko" ( a nie tylko na biedne gryzonie ) przestał w kocie widzieć naturalnego sprzymierzeńca przeciwko wrażej przyrodzie czyhającej na ciężko wyhodowane żarło ( nikt nie lubi takich co to na tzw. krzywy ryj, nawet  jak to "dzika przyroda" ). Od pewnego czasu człowiek zaczął sobie cenić towarzystwo ptaszków i motylków, miłej dla oka i ucha drobnej żywiny, która przypomina uwięzionym w miastach ludziom ( już ponoć połowa ludzkości jest miastowa ) o sielskich okolicznościach przyrody.

A te okoliczności wcale nie były ( i nie są nadal ) takie sielskie. Nasze życie w miastach pozbawia nas realnego oglądu rzeczywistości - zboża, podstawa żywieniowa prawie całej ludzkości, same się nie hodują, przechowują ( trujemy zwierzęcą konkurencję i siebie przy okazji na potęgę ) i w cudowny  sposób nie zamieniają w inne produkty. Ględzimy o hodowli sztucznego mięsa  ( bo masowo mordujemy zwierzęta na żarło ) a problem mamy z tradycyjnym rolnictwem. Coś tam niby zaczyna się przebąkiwać o rolnictwie zrównoważonym, ale real będzie musiał nas solidnie przycisnąć żebyśmy wprowadzili globalnie tego typu rozwiązanie. Wypasieni karmą wysokobiałkową, rozbestwieni dostępem do świeżej i wolnej od zbyt dużej ilości bakterii wody, nie zmuszani do walki o przeżycie,  zapomnieliśmy że przyroda to nie tylko ptaszęce pitu, pitu i tirrli, tirli  i szumek motylich skrzydeł - Matka Natura jest suką! Zwierzęta się zjadają, nawet urocze słowiki i nie mniej urocze jaskółki to mięsożerne potwory. My jesteśmy wręcz nieprzyzwoicie mięsożerni tylko ukrywamy to przed sobą, żeby zagłuszyć różne takie myśli, które nachodzą człowieka kiedy ma na tyle dobrze że kondycja pozwala mu na filozoficzne rozmyślania o moralności. "Głód nie zna litości" jak mówi stare hinduskie przysłowie, nas  nażartych do rozpuku stać  na litość. No i  przykro nam się robi, kiedy nasi pupile, równie jak my  objedzeni dla czystej rozrywki, jak nam się wydaje,  polują na mniejszą żywinę.

A tymczasem to taka sama "naturalna naturalność" ( że tak tautologicznie przetworzę klasykę ) jak w przypadku świergolenia ptaszków i podjadania "naszego"  żarełka  przez myszki. ( nasze to ono jest głównie w naszym mniemaniu, he,he ).  Koty zabijają małe ssaki, ptaki i robaki bo koty są drapieżnikami. Drapieżniki po prostu tak mają i niewiele można na to poradzić. Wszelkie zachowania kota, także te miłe, wynikają z faktu że zwierzak jest drapieżnikiem. Sami będąc drapieżcami żywiącymi się mięchem jakoś lepiej powinniśmy to rozumieć. No tak, ale koty  to jednak są wredne bo takie psy na przykład to ptaszków nie ubijają i myszek nie gonią, a za motylkami tylko tak sobie podskakują. Prawda to ale nie do końca! Jeden pies porządnie przez człowieka wychowany  rzadko kiedy ma ochotę na krwiożercze akcje ( chyba że jest jamnikiem czyli przewodnikiem stada i robi wszystko na co mu tylko przychodzi ochota ). Ze stadkiem psów już tak prosto nie jest -  hierarchia jest bardziej płynna że się tak wypiszę i pobudzanie agresji jest o wiele łatwiejsze niż w przypadku "samotnika". Psy polują w stadzie i dla każdego , kto widział takie  psie polowanie jest jasne że dopiero wówczas psy zachowują się w "pełni naturalnie" ( jak wilki i likaony ). Kiedyś wykorzystywaliśmy tę psią umiejętność pracy  w stadzie, sami awansując się na "samców alfa". Teraz jest to dla nas be, bo widok zagryzanego stworzenia jest dla nas współczesnych czymś szokującym i wręcz obrzydliwym. Hierarchia którą wytworzyły sobie  psie stada jest w gruncie rzeczy bardzo podobna do tej, która funkcjonuje w ludzkim społeczeństwie. Dlatego psu i człowiekowi zawsze było tak łatwo się porozumieć i prościej jest wymusić na psie posłuszeństwo ( "Nie Azorek, teraz nie polujemy" ).

Koty nie polują w stadach (  w rodzinie kotowatych tylko lwice współpracują  w czasie polowań ), są  myśliwymi indywidualnymi - znaczy mogły liczyć tylko na siebie i swoje własne zdolności. Stanowisko samca alfa  w ludzkim  ( no i  w psim, he, he ) rozumieniu tego pojęcia właściwie u kotów nie istnieje i koty nie podporządkowują się w ten sposób jak robią to psy ( niby truizm ale zawsze warto podkreślać bo człowiek nie wiadomo dlaczego oczekuje psich cech od kota - o dziwo od siebie nie oczekuje cech wielorybich ).  Koty  domowe nie polowały nigdy z człowiekiem, ale polowały w zgodzie z ludzkim interesem.Człowiek łaskawie pozwalał im przebywać w swoim pobliżu ( znaczy nie często na nie polował ), bo przyuważył że koty polują na drobne zwierzęta, które zagrażają jego własnej egzystencji.  Koty zaczęły być doceniane przez ludzi dopiero na etapie rewolucji agrarnej ( psy zostały udomowione na etapie zbieracko - myśliwskim ), znaczy pokochano je kiedy zaczęliśmy grzebać się w ziemi (  od początku towarzyszyły  różnej maści uprawiaczom gleby - tak, tak, kot przyjacielem ogrodnika, takim co to szpaki przetrzebi ).  Teraz  nam się mocno pozmieniało  -  mąka jest ze sklepu, podobnie jak większość owoców  czy warzyw (  nie tylko w mieście, na wsiach też ), a trzebienie szpaków jest absolutnie passé. Dla kotów jednak nie jest, umiejętność łapania żywiny zawsze może się kotu przydać a pół żywy szpak stanowi świetny obiekt do treningów ( wypuścić i znów złapać). Kot działa w zgodzie z naturą, to my ukrywamy sami przed sobą że do niej przynależymy i pozujemy na kogoś kim chcemy być - panem Bogiem z natury wyzwolonym.

Sama mam takie odjazdy. Serce mi się kraje jak słyszę ten triumfalny ryk Sztaflika, który  kota wydobywa z siebie zawsze,  kiedy tylko uda się jej  upolować jakąś  żywinę. Zazwyczaj paciorkuję wtedy szybko w intencji "złapania szkodliwego gryzonia" ( ale nie wiewiórki ) i ochrony "patszków niebieskich". Niestety nie zawsze polowanka  kocie  układają się po mojej myśli - dobrze jest jak to gryzoń i jest szybko uśmiercany. Szczęśliwie się składa że  moje łowczynie i łowcy są bardzo skuteczni, małe stworzonka rzadko przeżywają pierwszy atak ( czyli nie często odbywa się charakterystyczna dla kotów "zabawa" - w istocie ćwiczenia umiejętności łowieckich - z ofiarą ). Najpaskudniej jest mi wtedy kiedy w kocich pazurach i zębach lądują ptaki, żaby czy malutkie jaszczurki,  martwię się o nasze nietoperze, które też są dla kotów bardzo atrakcyjne. Czy jest jakieś wyjście, które zapewni ptakom, żabom i małym gadom bezpieczeństwo. Swego czasu wypuszczałam koty na dwór  dopiero króciutko przed południem, w porze kiedy wydawało mi się że ptaki nie są już tak aktywne i trudniej je będzie kotom namierzyć. Szczerze pisząc  to niewiele jednak dało, oprócz tego że  przez jakiś czas miałam lepsze samopoczucie. Felicjan wbiegający do domu z upolowanym kosem wyleczył mnie skutecznie ze złudzenia że takie postępowanie załatwi sprawę. Złudzenie  że może jednak ograniczy liczbę ofiar też dość szybko zostało rozwiane przez tzw. real. Mam pięć kotów, które polują - to duża koncentracja myśliwych jak na niewielki w sumie obszar łowiecki jakim jest Alcatraz. Co zostaje - zero wyjść kotów z domu? Znaczy prawdziwy Alcatraz, więzienie dla zwierzaków od zawsze wychodzących (  cztery z moich kotów to znajdy, tylko Felicjan jest takim prawdziwym kotem domowym - nie wychodził z domu przez pierwszy rok swojego życia ).  Poza tym do ogrodu przyszłyby wówczas dzikie koty ( no bo Lalek stojąc na środku ogrodu  nie ryczałby ostrzegawczo w kierunku dzikusków  ) i łasice ( są w mojej okolicy takowe ) a ja  rozpylałabym repelenty. Dzwoneczek na kocią szyję? Pomysł wydawał się dobry dopóki tatowa Psota nie zawisła na obróżce, o mały włos nie tracąc przy tym życia. A w ogóle to  przylatują do nas ptaszki drapieżne ( pamiętam mord na wróblu dokonany w moich berberysach - dla wróbla to "wsio ribka" czy ubił go wędrowny  ptak drapieżny czy kot lub łasica ), w okolicy kasztanowca mieszkają sobie bynajmniej  mało przyjacielsko usposobione wobec innych ptaków ( i nie tylko ptaków ) sroki.

Mój ogród nie jest jakimś wyizolowanym miejscem gdzie ja panuję nad wszystkim niepodzielnie a prawa natury stosowane są wybiórczo. Takich grzybów nie ma! Jeżeli ktoś sądzi że panuje nad  rzeczywistością ogrodową   tak na 100% to jest jeszcze na etapie słodkich złudzeń. Jeżeli zapraszamy do ogrodu jakiekolwiek  żywe stworzenie to zaraz za tym stworzeniem przylezie inne, które się nim żywi. Niektórzy uważają że  jest opcja - trujemy co nam się nie podoba. Cicho sza, nikt nic nie wie - a nieproszony i nieupodobany zniknie w tajemniczych okolicznościach. Pomijając  moralny aspekt sprawy to musimy truć żywinę wiecznie, czyli zostajemy pełnoetatowym członkiem rodu  Borgia. W dodatku prędzej czy później  dotrze do nas info  że trucie żywiny łażącej po otwartej przestrzeni jest głupie bo nad trucizną, którą uniósł w sobie biedny delikwent już kontroli nie mamy ( trucizny z zawartością pewnych substancji  to zgroza dla środowiska, wybiją zapraszane i pożądane ptaszki które żywią się owadami wylęgłymi na trupkach ofiar  ludzkiego trucicielstwa  ).  Możemy też zacząć jawne polowania i zamienić ogród w teren łowiecki i nawet zawiązać wraz z familią kółko  łowieckie, z tym że wtedy dowiadujemy się dość szybko że nie wolno zabijać zwierząt z powodu naruszenia przez nich terenu naszego wypięlęgnowanego ogródka. Zostaje  wiara w repelenty, czyli w środki mające odstraszyć  niechcianych gości. Niektóre są bardzo skuteczne, kocie towarzystwo nie lubi miejsc repelentowanych. Co prawda można się wtedy liczyć ze zwiększonymi stratami wśród roślin ( pozdrowienia od nornic i karczowników ), no ale  kocich "szkodników" nie ma!

Parę lat temu Niemcy tak starannie zapanowali nad kocią populacją że konieczne stało się sprowadzenie kociambrów z Polski. Miejscowe łasice nie wyrabiały, czy co? Nie bardzo wiem jakimi metodami Niemcy osiągnęli aż taki Ordnung  ( strach się bać przez wzgląd na tzw. zaszłości historyczne) jednak zdaje się że z powodu wzrostu liczby gryzoni nie dostrzegli oni specjalnych  pozytywów w tym wielkim porządku. Może więc tak po prostu ma być - kot robi dobrze gryzoniowej i ptasiej populacji bo wybija słabsze ( znaczy dające się upolować ) osobniki a ja głupio przeżywam bo wierzę że kotek to takie dobre stworzonko i tylko puszkowej soi mu do szczęścia potrzeba - normalnie weganin. No i ja  oczywiście też jestem dobra i w ogóle bardzo pro eko bo kurę to tylko na paszy kukurydzianej bez GMO ( taka kura jak wiadomo popełnia z chęcią zaszczytne samobójstwo żeby znaleźć się na talerzu ) a wołowinę to dawkuję  sobie dlatego  baaaardzo ostrożnie bo  nadmierne pogłowie bydła to jałowienie ziemi i efekt ocieplenia mózgu w kupie. W chwili jasności dociera do mnie że  nie zmienię praw natury, mogę jedynie usunąć  kotom pazury ( organy rozrodcze już mają usunięte, ciekawe co im jeszcze po pazurach można usunąć - pewnie iść na całość czyli całego kota ).  Z naturą się nie wygra, ci co z nią walczą tracą czas i energię na z góry przegrana walkę.To dziwne jak sami będąc częścią natury jej nie lubimy ( pewnie przez świadomość że musimy  kiedyś kipnąć i że nic  z tym nie możemy zrobić - tak przypuszczam ).

"Ale koty nie zjadają ofiar, dla rozrywki tak sobie polują" - zabawa nie służąca niczemu nie istnieje nawet w ludzkim świecie (  przyczyny wszelkiej zabawy są tylko dobrze ukryte ), kocie zabawy mają znacznie lepiej widoczne powody. Koty zdobycz chowają w bezpiecznym miejscu ( zawsze może się przydać jak w misce zabraknie ). Solidnie  nażarte psy potrafią  to czego nie są w stanie zjeść zakopać ( żeby np. towarzystwo z miski nie wyżarło ), koty postępują w gruncie rzeczy podobnie. Są zdobycze, które nadają się do natychmiastowego pożarcia - sprawa  rybek uprowadzonych na sąsiedzkie terytorium przez mojego własnego Wiktorka i tam zjedzonych ( Ciotka Elka  twierdziła że Wiktor szanował moje uczucia i dlatego zechlał rybki u sąsiadów, he,he ),  a są też  takie które najlepiej przynieść do domu i ofiarować osobie, która napełnia miski ( obudzić się z maseczką z martwej myszy na  twarzy - niezapomniane przeżycie ). Jeżeli pojmie się że niechętnie zdobycz przyjmuję ( czyli natychmiast wynoszę pod kasztanowiec nr 1 )  przynosi się ją ponownie i chowa pod komodą ( ulubione miejsce Sztaflika, Felicjan preferuje okolice pralki ). Na szczęście koty chwalą się udanym polowaniem, w przeciwnym wypadku  na ślad świetnych łowów naprowadziłby mnie dopiero smrodek padlinowy ( i pewnie  latem muszyska ). Czy świadomość że kociambry działają jak selekcjonerzy ptasiej czy też żabiej populaci wpływa jakoś  kojąco na moje samopoczucie?  Nie bardzo, niby wiem i rozumiem ale emocje biorą  czasem górę ( "Kto jest wredną francą i ubił ptaszka? Ja się pytam kto? Zero żarcia będzie i wtedy bidę poznacie i sobie polować będziecie mogły!" ). Zdrowy kot ponoć poluje, więc nie życzę moim kotom braku polowania z powodu chorób. Raczej tak mi się marzy rozleniwienie ich do tego stopnia żeby im się po prostu nie chciało. Z Lalkiem niemal  mi się udało, niestety  wygląda jak kot z ostatniego obrazka.Co prawda sam nie poluje ale zabiera zdobycz innym kotom czyli w sumie taki to niepełny sukces.


wtorek, 7 lipca 2015

Szaleństwa kulinarne Dżizaasa - perskie słodycze


Dżizaas nam wyjeżdża, daleko hen, hen! Konkretnie  to do Persji. Dlaczego do Persji a nie do Iranu?!  Bo Ciotka Elka i Sławek zareagowali jednako - "Po co Dżizaas pcha się na wojnę w Iraku?!". Moje sprostowanie dało tylko tyle że nasi znawcy Orientu stwierdzili że to jest bardzo blisko, a nazwa Iran brzmi prawie tak groźnie jak Irak A w ogóle na Dżizaasa czyhają imamowie, asasyni i arabscy terroryści. Zabrakło zmartwychwstałego Chomeiniego z Saladynem, tureckich janczarów i indyjskich dusicieli.  W dzisiejszych czasach mamy dostęp do  statystyk i moja odpowiedź brzmiała - Dobrze że nie zostaje w domu bo  miałaby największe szanse na ulegnięcie jakiemuś groźnemu wypadkowi. Dżizaas ma gdzieś ogólne rodzinno - przyjacielskie biadolenia i dyszy ( znaczy trenuje przed teherańskimi upałami )  na myśl o  zwiedzeniu perskich zabytków i degustacji tamtejszej kuchni. Oczywiście jest nagabywana  przeze mnie w sprawie przywiezienia słodyczy. A jest sporo do przywożenia.

Zacznijmy od słodyczki o nazwie sohan. To takie perskie toffi. Głównym składnikiem są kiełki pszeniczne, połączone z mąką, żółtkami jaj, cukrem, masłem i wodą różaną.  Do tego wszystkiego szafran, kardamon, migdały i pistacje. Dwa miasta słyną z wyrabiania najlepszych sohan - Isfahan ( sama nazwa kojarzy się mile z pewną różą ) i Qom. Isfahańskie sohan są bardziej kruche, pewnie z tego powodu że zamiast cukru tamtejsi cukiernicy używają miodu. Odmianą " cukierkową'" sohan jest sohan asali. Wystarczy zagotować szklankę cukru, trzy łyżki miodu i trzy masła, dwie wody różanej przez około siedem minut ( żeby się rozpuściły ), dodać szklankę posiekanych obranych ze skórki migdałów i gotować kolejne 10 minut aż się zacznie złocić, dodać szafran, delikatnie wymieszać i gotować do konsystencji karmelu, wywalić na pergamin i posypać siekanymi pistacjami. Proste, przepis jest - ale co z tego? Diabeł tkwi w szczegółach o czym wie każdy  kto jadł knedliki w Czechach, polentę we Włoszech czy Gundel palacsinta w Budapeszcie. Żeby mieć o jakiejś kuchni pojęcie niestety trzeba posmakować "oryginałów".

Gaz vel giaz to rodzaj nugatu, choć bardziej przypomina skrzyżowanie ptasiego mleczka z nugatem. "Multum" pistacji  czyli około jednej szklanki  nam potrzebne jeżeli chcemy wykonać ten smakołyk i to pistacji niesolonych. Konieczna jest też uwielbiana przez  irańskich cukierników woda różana, na szczęście  w ilości tylko dwóch łyżeczek herbatkowych ( aromat nie będzie aż tak intensywny ). Przepis jest z tych które powalą każdego diabetologa - cukrzyco witamy! Do wykonania perskiej wersji nugatu potrzeba dwóch szklanek cukru,  jedną drugą szklanki miodu i jedną trzecią szklanki jasnego syropu kukurydzianego, substancji którą obwinia się o plagę otyłości i cukrzycy w krajach rozwiniętych.Cukier i syropek doprowadzamy do wrzenia i gotujemy aż uzyskamy kolor bursztynu. Dwa białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywno  i dodajemy  do nich mocno  podgrzany  miód. Kontynuujemy ubijanie i następnie traktujemy masę białkowo - miodową gorącym bursztynowym syropkiem cukrowo - kukurydzianym.  Teraz tylko  samo zdrowie czyli dwie łyżki miękkiego masełka  + ta woda różana i dalsze ubijanie całości.  Na sam koniec władowujemy w to pistacje, delikatnie mieszamy i rozsmarowujemy na czymś płaskim ( patelnia, talerz do pizzy? ).  Potem na chłodek z tym i niech dochodzi ( ma stwardnieć ).  Kroimy i zastanawiamy się czy czas już nabyć glukometr. Gaz to przysmak  podawany w czasie święta Norouz, perskiego Nowego Roku ( w Iranie żywe są tradycje przed islamskie, w końcu piszę o słodyczach wymyślonych przez naród który ma starożytne korzenie ).

Noghl jest bardziej dietetyczny......tylko sam cukier + migdały i nieodłączna woda różana. To właściwie draże nadziewane migdałową masą lub po prostu migdałami.W kręgu kultury perskiej ( można je spotkać też w Afganistanie ) te drobne cukiereczki towarzyszą weselom. Tak jak w tradycji słowiańskiej obsypywano parę młodą ziarnem ( potem się z tego drobne pieniążki zrobiły  ), tak w tradycji perskiej para  młoda zostaje zasypana cukiereczkami noghl.

W tym momencie powinnam przerwać tę orgię bo Dżizaasowi zabraknie kasy na moje chciejstwa. Poza tym tak będzie lepiej dla mojej trzustki.Wpis ilustrują obrazki z pięknościami, wykonane w epoce Kadżarów ( 1794 - 1925 ). Jeżeli chcemy  po degustacji słodyczy z Iranu pretendować do miana piękności to nie zalegamy z kotem, jak panienka z obrazka obok tylko bierzemy się za solidne ćwiczenia jak ta artystka z obrazka poniżej. Jakiś tydzień uprawiania akrobacji, biegów maratońskich i pływania na długich dystansach i wszystko spalimy. Żeby spalić "perskie" kalorie leżąc z kotem to trzeba zalegać pół roku.


poniedziałek, 6 lipca 2015

W poszukiwaniu lubego chłodku!


Upał właśnie przeszedł w swą najpaskudniejszą fazę. Jest przedburzowo. Spadło nawet  coś na kształt deszczu i natychmiast wyparowało, sprawiając że człowiek  ma wrażenie przebywania w saunie. Koty zalegają w chłodniejszych miejscach Alcatrazu, nornice i ptaki mogłyby szaleć teraz  po "niskim" ogrodzie ( pod warunkiem że znalazłyby siłę ) bo myśliwi śpią. Śpiące koty wyglądają jak aniołki, wielu patrząc na te słodkości rękę by sobie dało uciąć za stwierdzenie że nie są to aniołki upadłe! W tej chwili to nawet może być prawda, powieczki nie chce się podnieść a wiadomo że jak stworzenie śpi to nie grzeszy ( na ogół ). Jeże też śpią  schowane nie wiadomo gdzie, wylezą dopiero wieczorkiem. Ich fumkania, i radosne "pijackie" odgłosy będzie niosło po nocy.  Zachowują się bezczelnie, przyznam że zdecydowanie bardziej miłe jest mi sąsiedztwo nietoperków, bardzo przyjemni i cisi lokatorzy.  No ale teraz cisza około południowa i Wielkie Oczekiwanie na to co zafunduje nam zachmurzone niebo. Zwierzyniec, rodzina, sąsiedztwo - jak tylko mogą to  przymykają ślepia. W ogrodzie za to wielkie poruszenie wśród owadów - jakieś podejrzane muszki, szalejące ważki, bzyczenia i cykania.  Ucichło jednak ptasie ćwierkolenie, od czasu do czasu tylko przeleci szybciutko jaskółka.  Niemiłosiernie gorąco, oddychanie takim powietrzem którego temperatura jest zbliżona do temperatury ludzkiego ciała nie jest przyjemne. Marzymy o wodzie!

Nadmorskie doniesienia Tatusia sprawiają jednak że bynajmniej nie marzy nam się ochłoda w falach Bałtyku.
Ponoć woda  ma  temperaturę wyciskającą  łzy z oczu - tzw. fala odrętwiająca ( wleziesz i błyskawicznie zdrętwiejesz ) przypłynęła ze wschodniej strony. Zimna jakby lodu ktoś dodał!  Jedyna pocieszka  to chłodna morska bryza ( no, ale żadna to pocieszka dla moich małych siostrzeńców, którzy uwielbiają się pluskać ). Przydałaby się jakaś woda śródlądowa w pobliżu, najlepiej czysta. Basenik odpada, opary chloru w tym upale to nie jest rozkosz dla spojówek, a myśl o nałożeniu szczelnie przylegających okularków jakoś niezbyt zachęcająca. Rzeczki i bajorka naturalne - no, z tą czystością może być nie halo, spacerek na nasze kąpielisko osiedlowe  i tzw. oblookanie stanu rzeczy wybija z głowy błyskawicznie wszelką chęć zanurzenia się w stawowej cieczy. Czyściejsze rzeczki to tak w promieniu 50 kilometrów, już widzę tę wyprawę! Zostaje wanna wypełniona piliczanką. Chłodną! Zanurzenie cielska w wannie to jedyna bezpieczna opcja wodna  jaka mi w tej chwili przychodzi do głowy. Popływać się nie popływa ( he, he ) ale jakże miło się poleży.  Marzy mi się zimne mojito w łapie ale  alkohol i woda to jest niebezpieczne i w ogóle ( ratownicy zawsze ostrzegają a ja tak bym najchętniej na przekór, po karaibsku ).  Oczywiście ani mi się śni robić teraz zaplanowaną robotę czyli  przesadzać esdebiaczki. No chyba żeby ktoś ustawił tuż przy rabacie przenośny basenik dla wieloryba.

Lilia królewska zakwitła - przygody Ciotki Elki z inhalatorem

Kwitną nam od paru dni, Ciotka Elka niepomna na rady lekarzy, upał i baaaardzo późny wiek balzakowski;)  usiłuje węszyć. Stare  numery znaczy. Szczęśliwie los nam zdarzył "przykrą" niespodziankę. Nagabywana straszliwie  przez Ciotkę posadziłam tegoroczne liliowe zakupy  tuż pod oknem ( wychodzi na to że kombinuję jak tu  szybko wyprawić  Ciotkę Elkę z tego łez padołu i przejąć ciotczyną schedę kamieniczną ). Miały to być lilie królewskie Lilium regale 'Album'. Ciotkowe drogi oddechowe uratowała  niezgodność odmianowa zakupionych roślin, która  przydarzyła się jednej z naszych lepszych cebularni. Nawet nie wiem czy będę reklamować ten zakup, w końcu Ciotka zdegustowana azjatkami siedzi obrażona w domu i fumka jak stado naszych jeży. Dla jej zdrowia to zbawienne.Wychodzi na to że pomyłka, która zaszła w cebularni to prozdrowotne działania profilaktyczne, he, he. Ja zmawiam krótki paciorek intencyjny żeby pomyłkowe azjatki nie zakwitły  nam w jakimś odblaskowym kolorze. Ciotka zamiast paciorkować wraz ze mną  podejmuje niestety wyprawy do kwitnących lilii królewskich. Na szczęście nie tak często jak by chciała - upał jest taki że człowiek natychmiast czuje  się jakby go włożyli w wyżymaczkę starej pralki "Frania" ( ciotkowe samopoczucie ze względu na jej stan zdrowia pewnie jest takie jakby miało kontakt z  nowoczesną wirówko - suszarką o wysokiej ilości obroto - minut ). Inhalator po tych wyprawach  oczywiście w tzw. stałym  użyciu! Zgroza!

Teraz trochę się powtórzę - podobne info było już w poście zeszłorocznym poświęconym liliom. No, ale królewskość lilii do zobowiązuje do królewskiego traktowania tego gatunku.  Lilium regale pochodzi z zachodnich Chin, do Europy dotarła dość późno bo dopiero w 1903 roku. W zależności od warunków w jakich przyszło jej bytować osiąga wysokość od  60 centymetrów aż do 2 metrów. Z moich obserwacji wynika że dłuższe siedzenie w  jednym miejscu ( dwa, trzy lata) wpływa na  wzrost ( cebule robią się bardziej zażyte ). Po kwitnieniu usuwam "resztki kwiatowe" ze względu na możliwe osłabienie cebulek, dlatego nie było mi dane zobaczyć nasion tego gatunku. A ta "lelija" zawiązuje nasiona  nawet bez zapylenia, samopylna znaczy. Lilia królewska lubi stanowisko słoneczne, ale dobrze żeby podstawę pędu zasłaniały jej jakieś niższe rośliny. Urośnie właściwie w każdej glebie z wyjątkiem bardzo ciężkich glin czy mocno zasadowego podłoża. Najlepiej udaje się w przepuszczalnej, próchniczej glebie.