Zabierałam się do tego wpisu jak pies do jeża bo właściwie nie wiedziałam jak zakwalifikować ogrodowo bodziszki, które chciałam opisać. Nie są to żadne rarytety, zdobycie większość z nich nie przedstawia żadnych trudności, bo bardzo szybko się rozrastają. Są roślinami trochę zbyt dużymi jak na prawdziwe założenia alpinaryjne, ale sprawdzają się na amatorskich ( tak to ujmę) skalniakach, obwódkach czy przodach bylinowych rabat. Bodziszki dorastające na maksa do 45 - 50 cm wysokości, tworzące piękne kępy ozdobione kwiatami o motylim wdzięku. Większość z nich kwitnąca długo i wytrwale, znosząca nie najlepsze warunki glebowe, wytrzymująca nasze mroźne zimy i bardzo niebezpieczne dla roślin wiosenne przymrozki. Prawdziwe hardcory ogrodowe, przyjaciele zaczynających dopiero przygodę z uprawą roślin "zielonych" ogrodników. Uprawiam dwa gatunki, które zaliczam do kategorii bodziszkowych "samograjów" - jeden bardziej wymagający ( znaczy musi mieć przepuszczalną glebę ) drugi porastający z lepszym lub gorszym skutkiem niemal każdy rodzaj podłoża - Geranium clarkei i Geranium sanguineum. Pierwszy z nich pochodzi z górzystych terenów Pakistanu i północnych Indii, o ile jednak zapewnimy mu stanowisko z odpowiednią glebą nie powinno być problemów z zimowaniem. Gleby ciężkie ten konkretny gatunek znosi ciężko, pierwszy bodziszek którego posadziłam tam gdzie dają radę bodziszki łąkowe, nie obudził się po zimie. Bardzo go żałuję, przywiozłam roślinę z Anglii jako tzw.bodziszka udziałowego ( sadzonka kupiona na spółę i podzielona ). Była to prześliczna odmiana 'Kashmir Purple' ( fotka nr 1 ), jeszcze jej nie wypatrzyłam w polskich szkółkach.
Kolejny bodziszek też przyjechał z Anglii, zakupiony jako tzw.wysort czyli przeceniona sadzonka. Ktoś ze sklepu przy RHS Garden Rosemoor zrobił mu za dobrze podlewaniem. Wystarczyło delikwenta nieco podsuszyć i bodziszek cudownie odzyskał wigor. Dziś rośnie u Mamelona i u mnie, przypominając nam naszą angielską wyprawę do ogrodów hrabstwa Devon. Ten angielski bodzich to bardzo pięknie prezentująca się odmiana 'Kashmir Pink' ( fotka 2 i 3 ). Odmiana została wyselekcjonowana przez Robina White'a w szkółce Blackthorn w Hampshire w Wielkiej Brytanii, wprowadzono ją do handlu w 1990 roku. Ma nieco większe kwiaty od gatunku. Kolejne Geranium clarkei przybyło do Alcatrazu za sprawą Krysi -odmiana 'Kashmir White' troszkę niższa i bardziej zwarcie rosnąca od gatunku, podobnie jak 'Kashmir Pink' średnio przyrastająca w pierwszym sezonie a ruszająca solidnie z korzonka w następnych. 'Kashmir White' też została wyselekcjonowana z nasion w Anglii. Obie odmiany Geranium clarkei można już kupić w polskich szkółkach. Ten bodziszek kwitnie w maju - czerwcu ale w chłodniejszych rejonach pokazuje kwiaty w późniejszych miesiącach, nieraz i w październiku. Rozmnażać go można przez podział wczesną wiosną lub jesienią ( odmiany rzecz jasna dla zachowania czystości odmianowej tylko przez podział, siewki mogą powtarzać cechy rośliny matecznej ale i kryć też jakieś niespodziewanki genetyczne ).
Geranium sanguineum czyli bodziszek krwisty, nazywany dziś częściej bodziszkiem czerwonym jest naszą rodzimą byliną. Występuje u nas głównie na niżu, nie jest jednak rośliną bardzo pospolitą. W rejonach górskich jest byliną rzadko występującą. Oprócz Europy środkowej bodziszek krwisty rośnie w innych częściach kontynentu, aż po tereny Kaukazu, występuje także w Azji mniejszej. Jak wcześniej pisałam ten gatunek urośnie niemal wszędzie, choć najlepsze są dla niego gleby piaszczysto - gliniaste o lekko alkalicznym odczynie podłoża. Tworzy dość szybko piękne i widowiskowe kępy, w ciągu trzech lat po posadzeniu kępa dochodzi do takiej gęstości że chwasty właściwie nie mają szans żeby na bodziszkowym miejscu wykiełkować. Już choćby z powodu oszczędzania ogrodnikom pielenia ten bodziszek zasługuje na uwagę i choć trochę miejsca w ogrodzie. Jesienną porą jego liście przybierają prawdziwie krwiste tony, szczególnie jeżeli bodziszek rośnie na bardzo słonecznym stanowisku. Mało która bylina tak długo zachowuje atrakcyjność, Geranium sanguineum jest rośliną niemal "trzysezonową", he, he. Bodziszek krwisty ma sporo odmian, możemy wybrać do ogrodu takie które mają kwiaty w mocnym różu, jak też kwitnące w odcieniach pastelowych i czystej bieli. Najpopularniejsze odmiany kwitnące w kolorze ciemnego różu to 'Max Frei', 'Tiny Monster', mniej znane to 'Droplet', 'Shepherd's Warning' ( ta odmiana ma genialne ciemne liście ), czy bardziej w kolorze lila - róż 'Vison Violet'. Ciekawym ale mało popularnym w szkółkach jest bodziszek 'Little David', który właściwie jest hybrydą Geranium sanguineum z Geranium psilostemon. Ma wszelkie "skalniakowate" cechy po mamusi, które predysponują go do nasadzeń na mamusinych stanowiskach i świetny kolor kwiatów, który odziedziczył po tatusiu. Łatwiej dostać hybrydę Geranium procurrens x Geranium sanguineum - odmianę 'Dilys' czy 'Dilys Pink'. Tę pierwszą kiedyś uprawiałam, jednak nie przeżyła zimy w 2012 roku. Widać hybrydki nie są tak twarde jak bodziszek czerwony. Przyznam że mnie najbardziej kręcą bodziszki czerwone o jasnych kwiatach. Landrynkowa 'Elke' ( fotka nr 4 ), nieco mniejsza, bardziej zwarcie rosnąca odmiana 'Striatum' ( fotka nr 5 ), czy dwie odmiany "siostrzane" - 'Vision Light Pink' ( fotka nr 6 ) i 'Vision Pink' ( fotka nr 7). Uprawiam też całkiem spore łany odmiany 'Album', o kwiatach białych. Bodziszek czerwony kwitnie jak to się mawia"do upojenia". Zaczyna w czerwcu ale o ile przytnę go nieco po pierwszym kwitnieniu zaczyna znów produkować kwiaty. Bezczelnie teraz napiszę że nie rozsadzam go książkowo ( wczesna wiosna ) tylko dzielę kiedy mi się podoba ( wyłączając zimę,he, he ).O ile dopilnuję żeby nowe sadzonki miały zapewnioną odpowiednią wilgotność gleby przez pierwsze dwa tygodnie to nie mam z nowymi sadzonkami problemu.
środa, 20 stycznia 2016
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Glauca znaczy szara - przewrotna opowieść o prawdziwie niebiesko - szarej róży
Opowieść jest naprawdę przewrotna bo wszyscy którzy liczą na kwietne różane objawienie w błękicie się natną! Nazwa polska opisywanego dziś przeze mnie gatunku róży to róża czerwonawa, sądzę że wywodzi się od starej nazwy łacińskiej Rosa rubrifolia. Jednak obecnie ten gatunek nosi nazwę Rosa glauca, która jest chyba bardziej adekwatna do rzeczywistego wyglądu rośliny. Liście tej ślicznej róży rzeczywiście mają szaro - błękitny odcień. Rosa glauca pochodzi z gór południowej i centralnej Europy. Zasięg jej występowania na południu to Pireneje, granica wschodnia naturalnych stanowisk przebiega w Bułgarii, naturalne stanowiska najdalej wysunięte na północ to tereny Niemiec i Polski. Na terenie Skandynawii i Finlandii Rosa glauca występuje jako gatunek wprowadzony, jej stanowiska sięgają daleko na północ. Do ogrodów ta róża zawędrowała stosunkowo późno, zaczęto ją uprawiać dopiero pod koniec XIX wieku ( choć pierwsze próby hodowlane z jej udziałem ponoć podjęto już koło 1830 roku ). To był czas kiedy odkrywano na nowo urok gatunków. Ogrodników zmęczonych ulubionymi różami epoki wiktoriańskiej, hybrydami o kwiatach wypełnionych płatkami tak solidnie jak karnecik królowej balu nazwiskami kawalerów, urzekły wdzięk i prostota. Różę czerwonawą sadzi się nie tyle z powodu kwiatów, co raczej z powodu urody jej liści. Kwiaty ma stosunkowo niewielkie, maksymalnie mają około 4 cm średnicy, bardzo delikatne ( szybko gubią płatki ). Zebrane są w nieduże klastry, od dwóch do pięciu kwiatów, czyli kwitnienie nie jest oszałamiające. Zapach praktycznie żaden, znaczy ledwie wyczuwalny jak zbliżyć nos do pylników. Róża kwitnie tylko raz, potem za ozdobę oprócz liści robią niewielkie, kuliste owocki późnym latem przybierające czerwoną barwę. Owocki są piękne, choć to krótkotrwała uroda i nie walenie po oczach kolorem ( jak w przypadku Rosa rugosa ) i bardzo lubiane przez ptaki. Chyba żadna inna moja róża nie cieszy się takim ptasim zainteresowaniem.
Jednak, jak pisałam wcześniej, to liście stanowią powód dla którego sadzi się tę różę w ogrodzie. Liście Rosa glauca z wierzchu są pokryte jakby woskiem, szaro - niebieskawe, a od spodu czerwonawe ( pewnie stąd stara nazwa łacińska gatunku ). Ja pierwsze egzemplarze tego gatunku zobaczyłam w łódzkim OB i z miejsca się w tych prześlicznych liściach zakochałam. Czym prędzej nabyłam i zasadziłam! Krzew dorasta do trzech metrów, ma dość luźny pokrój, więc wyobraźcie sobie jakie wrażenie robi z tymi delikatnymi jak na różę, niebieskawymi liśćmi i fioletowo -czerwono nabiegłymi młodymi pędami ( starsze pędy mają kolor czerwono - brunatny ). Gatunek jest całkowicie mrozoodporny w naszych warunkach, mój egzemplarz bezproblemowo odbił po tej mrozowej hekatombie z roślin, jaka miała miejsce w 2012 roku ( "o roku ów pamiętny" - co i raz ten cholerny 2012 wspominam ). Rosa glauca jest mało wymagająca jeśli chodzi o warunki glebowe i świetlne, bezproblemowo rośnie na gorszych glebach i na niezbyt nasłonecznionych stanowiskach. Jak każdy prawdziwy "dzikun" ma wielkie zdolności rozrodcze, znamy wiele tzw. samoistnych krzyżówek tej róży, najczęściej z innymi "dzikunami". Ten gatunek wykorzystywany jest też do krzyżowań celowych. Niektóre z tych hybryd awansowały do rangi odmiany, np. mieszaniec Rosa glauca z Rosa rugosa o wdzięcznej nazwie 'Carmenetta', wprowadzony w 1923 roku przez Kanadyjkę, Isabell Preston. Krzyżówka ta ma bardzo wiele z "mamusi". Mamy też hybrydkę o nieustalonym "ojcostwie", sadzonka została znaleziona w partii siewek Rosa glauca przez Sir Cedrica Morrisa z Hadleigh, która kwitnie białymi kwiatami. 'Sir Cedric Morris' ( dostała imię po odkrywcy ) jest niestety dość ciepłolubny, a szkoda bo to wspaniały rambler, ma klastry złożone z wielu kwiatów, więc jest z tych powalających. Znacznie twardsza jest kanadyjska odmiana hodowcy o polsko brzmiącym nazwisku Zubrowski. Wprowadzona w 1996 roku 'Louis Riel', krzyżówka Rosa glauca z Rosa spinosissima var. altaica zachowała kolorek liści po Rosa glauca lecz jej kwiaty początkowo jasno różowe szybko bieleją. Ponoć jest bardziej kolczasta niż róża czerwonawa.
Jednak, jak pisałam wcześniej, to liście stanowią powód dla którego sadzi się tę różę w ogrodzie. Liście Rosa glauca z wierzchu są pokryte jakby woskiem, szaro - niebieskawe, a od spodu czerwonawe ( pewnie stąd stara nazwa łacińska gatunku ). Ja pierwsze egzemplarze tego gatunku zobaczyłam w łódzkim OB i z miejsca się w tych prześlicznych liściach zakochałam. Czym prędzej nabyłam i zasadziłam! Krzew dorasta do trzech metrów, ma dość luźny pokrój, więc wyobraźcie sobie jakie wrażenie robi z tymi delikatnymi jak na różę, niebieskawymi liśćmi i fioletowo -czerwono nabiegłymi młodymi pędami ( starsze pędy mają kolor czerwono - brunatny ). Gatunek jest całkowicie mrozoodporny w naszych warunkach, mój egzemplarz bezproblemowo odbił po tej mrozowej hekatombie z roślin, jaka miała miejsce w 2012 roku ( "o roku ów pamiętny" - co i raz ten cholerny 2012 wspominam ). Rosa glauca jest mało wymagająca jeśli chodzi o warunki glebowe i świetlne, bezproblemowo rośnie na gorszych glebach i na niezbyt nasłonecznionych stanowiskach. Jak każdy prawdziwy "dzikun" ma wielkie zdolności rozrodcze, znamy wiele tzw. samoistnych krzyżówek tej róży, najczęściej z innymi "dzikunami". Ten gatunek wykorzystywany jest też do krzyżowań celowych. Niektóre z tych hybryd awansowały do rangi odmiany, np. mieszaniec Rosa glauca z Rosa rugosa o wdzięcznej nazwie 'Carmenetta', wprowadzony w 1923 roku przez Kanadyjkę, Isabell Preston. Krzyżówka ta ma bardzo wiele z "mamusi". Mamy też hybrydkę o nieustalonym "ojcostwie", sadzonka została znaleziona w partii siewek Rosa glauca przez Sir Cedrica Morrisa z Hadleigh, która kwitnie białymi kwiatami. 'Sir Cedric Morris' ( dostała imię po odkrywcy ) jest niestety dość ciepłolubny, a szkoda bo to wspaniały rambler, ma klastry złożone z wielu kwiatów, więc jest z tych powalających. Znacznie twardsza jest kanadyjska odmiana hodowcy o polsko brzmiącym nazwisku Zubrowski. Wprowadzona w 1996 roku 'Louis Riel', krzyżówka Rosa glauca z Rosa spinosissima var. altaica zachowała kolorek liści po Rosa glauca lecz jej kwiaty początkowo jasno różowe szybko bieleją. Ponoć jest bardziej kolczasta niż róża czerwonawa.
niedziela, 17 stycznia 2016
Państwo Kotostwo
Właściwie ten wpis powinien być zatytułowany Jaśnie Państwo Kotostwo, bowiem kociszony zachowują się jak francuska arystokracja na dworze Ludwika XV ( tak, tak, po nich to też tylko potop ). Nieuświadomione historycznie bestie nie czują jak kiełkuje we mnie myśl rewolucyjna ( wybudowanie kociej budki na podwórzu - no zawsze to lepsze niż gilotynka, he, he ). W mijającym tygodniu dały mi popalić jak rzadko, byłam uziemiona w domu ( od czego przybyło wpisów ) i uwięziona z nimi 24 godziny na dobę. Wiedziałam że mieszkam z bandą egoistów i szumowin, jednak zaskoczył mnie stopień bezwzględności w egzekwowaniu żądań. Choćbym na ryj upadła nie mam prawa odstąpić od odpowiedniego poziomu usług świadczonych Jaśnie Państwu. Jaśnie Państwo w ramach wyrażania dezaprobaty dla mojego powolnego grajdania się przy obsłudze jaśnie pańskich tyłków posunęło się do pazuro i zęboczynów. Zdaje się że przed nami solidne pranie Jaśnie Państwa i grupowa sesja socjalizująca w zamkniętej łazience. Nie dość że żądają ciągłych usług to jeszcze rzadkie chwile spokoju wcale nie są spokojne. Czarne dziewczynki są na etapie Xeny, wojowniczej księżniczki - mam gdzieś ich walki o ile nie odbywają się one na mojej leżącej osobie. Niestety, czarnule uważają że bitwa beze mnie występującej w charakterze pola bitwy to nie jest dobrze prowadzona kampania. Stąd tzw. przypadkowe rany będące moim udziałem. Jeszcze gorzej jest z Felicjanem, który jak wiadomo zawsze miał coś z główką. Tak przynajmniej do tej pory uważałam zwalając winę za jego odloty na kocie ADHD i tym podobne zaburzenia ( koci zespół Tourette'a! ). Teraz jednak skłaniam się ku poglądowi że Felicjan jest po prostu złym kotem, charakter u niego wredny jak u kiplingowskiego Shere Khana. Wszelkie żądania w stosunku do mojej osoby Felicjan okrasza bitewnym prychaniem, apogeum tej ekspresji wojennej następuje przy otwieraniu okien ( na jego nieustające żądania, że się tak wypiszę ). Prychanie, rzucanie się na moje ręce, na klamkę, ataki na parapet - normalnie wścieklizna. Dodatkowo podgryza moje palce jak ładuję żarcie do misek, bynajmniej nie przez pomyłkę! Na tym tle nielegalne podżeranie w wykonaniu Lalka i Okularii zwanej obecnie Chomikiem to prycho, choć jestem wściekła jak ktoś się po chamsku dobiera do mojej jajecznicy ( ta dwójka jest wszystkożerna, pewnie dobrałyby się i do suchych pyrów ). Energia rozsadza moje stadko, ostatnio grupowo atakowały padający śnieg, Lalek i Okularia czyniły to z wdziękiem mastodontów. Małgoś - Sąsiadka, która też zauważyła wzrastającą falę kociej upierdliwości, twierdzi że to wina diety, krótko pisząc za dobry futer dostają. No nie wiem - głodzić je wychowawczo? Nie dostają wielkiej ilości żarcia, karmię dobrze ale bez przesady. Na szczęście szykuje się wyzwolenie z domowych pieleszy, więc nie będę skazana na ciągłe przebywanie z tą bandą. Może rozsądne dawkowanie kociego towarzystwa pozwoli złapać oddech ( qrcze, normalnie matka wielokotna przed wymarzonym końcem urlopu macierzyńskiego ).
Na koniec podzielę się smutkiem - niespodziewanie odszedł koci kolega Jantarek. Piszę niespodziewanie, choć rudy Jantarek żył w pożyczonym czasie.W zeszłym roku zimą przeszedł poważną operację. Doszedł do siebie w miarę szybko i w bardzo dobrej formie przeżył ten rok ( też radośnie lubił czasem przykatować swoją pańcię ). Niestety parę dni temu Jantarek przeszedł wylew i odszedł do Wielkiego Kotowego. Bardzo kibicowaliśmy Jantarkowi, lubimy jego panią i jest nam cholernie przykro. Na szczęście w potrzebie ( wiem że to głupio wygląda ) okazała się niejaka Milenka, kocica, która potrzebowała domu. Będzie dyżurowała na stanowisku Jantarka.
Na koniec podzielę się smutkiem - niespodziewanie odszedł koci kolega Jantarek. Piszę niespodziewanie, choć rudy Jantarek żył w pożyczonym czasie.W zeszłym roku zimą przeszedł poważną operację. Doszedł do siebie w miarę szybko i w bardzo dobrej formie przeżył ten rok ( też radośnie lubił czasem przykatować swoją pańcię ). Niestety parę dni temu Jantarek przeszedł wylew i odszedł do Wielkiego Kotowego. Bardzo kibicowaliśmy Jantarkowi, lubimy jego panią i jest nam cholernie przykro. Na szczęście w potrzebie ( wiem że to głupio wygląda ) okazała się niejaka Milenka, kocica, która potrzebowała domu. Będzie dyżurowała na stanowisku Jantarka.
Bodziszkolera
No i zdaje się że dzielnie rozsiewam bodziszkolerę. Zawsze to lepiej niż roznosić tyfus, przydomek rozsiewającej też ładnie by brzmiał niż taka Tyfusowa Mary. Bodziszkolerna Tabisława brzmi dumnie! Mary to niechluj była jak rzadko, ja zarażam czymś wyrosłym "tylko na kompościku", he, he. Nie wiem czy bardziej higieniczne to moje zarażanko ale choróbsko bodziszkowe na pewno milsze od tyfusu ( choć nie poddające się łatwo leczeniu ). A jak ja się zaraziłam? Od Krysi tabazowej na mnie przeszło i chwyciło natychmiast. Kto wie może bym jeszcze miała szansę wyzdrowieć i normalnym ( czytaj obojętnym ) wzrokiem spojrzeć na rodzinkę Geranium ale w roku inkubacji infekcji pojechałam w czerwcu zwiedzać angielskie ogrody. Wróciłam z tych wojaży z chorobą w fazie ostrej, która ponoć na tym etapie jest praktycznie nieuleczalna. Można trochę podleczyć, nieco złagodzić przebieg ale w każdej chwili choroba może ponownie się pojawić i zaatakować ze zdwojoną siłą. Niektóre ataki są śmiertelnie niebezpieczne dla kieszeni ( szczególnie nowe odmiany " nośników zarazy" bywają zabójcze dla stanu finansów ). Szczepionki jeszcze nikt nie wymyślił, jedyne co można zrobić to uprzedzić wybierających się zwiedzać ogrody na wyspach, żeby się mocno nie wgapiali w rabaty na suchym, na wilgotnym, w cieniu, w słońcu - najlepiej niech w ogóle nie patrzą. Jeszcze lepiej będzie jak zostaną w domu i będą rozmyślali nad uprawą rzepaku , wtedy prawie na pewno się nie zarażą!
Bodziszki w Anglii sadzi się do wszystkiego i niemal wszędzie - do róż, do innych bylin, do traw, pod drzewka, na żwirku, na murku, na dachu, bezczelnie w doniczkach, jeszcze bardziej bezczelnie na kwietnych łąkach. Strach otworzyć albiońską szopkę ogrodową bo kto wie czy i tam nie czai się zabłąkany bodziszek, który rozdrażniony może się na nas rzucić i rozsiać miazmaty. Zaraza w końcu występuje na terytorium UK endemicznie. Brytyjczycy powinni być uodpornieni, sadzą namiętnie te bodziszki już drugie stulecie. Jednak wygasania choroby coś nie widać. Co i raz w jakiejś szkółce następuje odkrycie, no i nowe ognisko choroby zaczyna przyciągać uwagę bodziszkomaniaków z całego świata. Ja w tym roku nieopatrznie zajrzałam do szkółki przy ogrodzie Beth Chatto, z którego zdjątka ( pierwsze siedem fotek, kolejne foty to bodzichy w Alcatrazie ) ilustrują ten wpis. Zajrzałam tylko króciutko - szybciutko, na "muśnięcie okiem monitora" . I co? I mi się pogorszyło bodziszkowo natychmiast! Tak niemal do zatrzymania oddechu. Na monitorku w blasku bylinowej chwały, lśnił jak ten brylant wielokaratowy, prześliczny, przecudny, wymarzony i jedyny - Geranium malviflorum (atlanticum), o którym nie wiem jeszcze nic ( czy aby znosi jakieś mrozy? ), ale który już pobudza moje ślinianki do wzmożonej produkcji śliny ( ufaflunię się z zachwytu jak Szpagetka, może nawet dreptać zacznę w miejscu i mruczeć ).
Dlaczego akurat bodziszki darzę takim płomiennym uczuciem? Czemu nie wzdycham do najnowszych objawień jeżówkowych, czemu serducho nie bije szybciej na widok świetnych odmian peoni, dzwonków mieszańcowych, dzielżanów czy liliowców? To przez irysy. Moje ukochane bródkowce są roślinami produkującymi tak bogate w barwy, faktury i formy kwiaty że po prostu potrzebuję od nich czasem oddechu, ucieczki w kierunku prostoty łąk. Wicie, rozumicie - pięć płatków, zasadniczo jeden kolorek tych płatków, wdzięk właściwy dzikunom, uroda liści jakże inna od sztywnej, zielono - szarości liści kosaćców bródkowych. Coś prostego, coś niosącego w sobie wspomnienie po tych wszystkich ogrodach Wielkiego Ogrodowego, łąkach, stepach, lasach - taki swobodny oddech natury, jeszcze nieujarzmionej i wciśniętej w sztywne ramki miejskich ogrodów. Tęsknota za tzw. dziką przyrodą wyłazi z mojego mieszczuchowatego jestestwa. Mój ogród, do bólu miejski, dzięki bodziszkom ma zyskać choć trochę tego uroku chrakterystycznego dla ogrodów w angielskim "country". Wiejskość jest zdecydowanie w tym wypadku angielska bo bodziszek w polskich ogrodach to właściwie szeroko i masowo nie występował i niestety nadal nie występuje.
Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w historii naszego ogrodnictwa. To ogrodnictwo przez duże O, rozwijane głównie przy wielkich rezydencjach, przez trzy stulecia począwszy od XVI wieku importowało wzorce z Włoch, Francji i Anglii, w drugiej połowie XIX wieku zupełnie zignorowało "rewolucję bylinową", jaka miała miejsce w ogrodach wiktoriańskiej Anglii. Powstawały u nas piękne ogrody dendrologiczne, mnóstwo ogrodów neorenesansowych czerpiących wzorce z północnych Włoch, ale słynne ogrody kwiatowe Anglii nie znalazły jakoś solidniejszego odzwierciedlenia w polskich ogrodach rezydencjonalnych . Niby ogrody kwiatowe były, ale często pod tą nazwą funkcjonowały tzw."ciechocinki" czyli partery kwiatowe złożone z różnych gatunków niskich bylin i roślin jednorocznych.
Kwiatowe ogrody złożone z wyższych bylin czy też roślin jednorocznych pełniły funkcję użytkową, dostarczały kwiatów do ozdobienia pomieszczeń. Często znajdowały się w pobliżu warzywników czy sadów, tam gdzie rosły rośliny których przeznaczeniem nie było podziwianie ich w zorganizowanej przestrzeni ogrodowej tylko zaspokajanie innych potrzeb. Do takich ogrodów bodziszek też się nie załapał, jest rośliną dość nietrwałą w "wazonowych warunkach". Z kolei nazwijmy to ogrodnictwo wiejskie, czyli ogrody przy dworach często wyglądały jak uboższa wersja wielkopańskich ogrodów, bo aspiracje były. W takiej sytuacji bodziszek nie miał szans na zaistnienie w "pańskim" ogrodzie, na co komu roślina, która kwitła na pobliskiej łące, pospolita i chwastowata. Skoro bodziszki nie trafiły w sposób zorganizowany do otoczenia dworów, to nie mogły też trafić pod wiejskie chałupy. W ściubolonych nasionach z lepszych ogrodów bodziszka nie było. Podejrzewam że dopiero pojawienie się w Polsce Geranium x magnificum, rozmnażanego wyłącznie przez podział mieszańca o wspaniałych kwiatach, uświadomiło naszym ogrodnikom że bodziszki to byliny warte miejsca w ogrodzie. Pewnie to był ten prekursor sadzenia bodziszków dla uciechy oczu w ogrodach. Bodziszki powoli, z trudem acz wytrwale zdobywają polskie ogrody, grono zabodziszkowanych powiększa się nieustannie ( choć nie w zabójczo szybkim tempie ) wraz z bodziszkowymi info w sieci, wycieczkami ogrodowymi, podglądaniem ogrodu sąsiadów. No i bardzo dobrze!
Bodziszki w Anglii sadzi się do wszystkiego i niemal wszędzie - do róż, do innych bylin, do traw, pod drzewka, na żwirku, na murku, na dachu, bezczelnie w doniczkach, jeszcze bardziej bezczelnie na kwietnych łąkach. Strach otworzyć albiońską szopkę ogrodową bo kto wie czy i tam nie czai się zabłąkany bodziszek, który rozdrażniony może się na nas rzucić i rozsiać miazmaty. Zaraza w końcu występuje na terytorium UK endemicznie. Brytyjczycy powinni być uodpornieni, sadzą namiętnie te bodziszki już drugie stulecie. Jednak wygasania choroby coś nie widać. Co i raz w jakiejś szkółce następuje odkrycie, no i nowe ognisko choroby zaczyna przyciągać uwagę bodziszkomaniaków z całego świata. Ja w tym roku nieopatrznie zajrzałam do szkółki przy ogrodzie Beth Chatto, z którego zdjątka ( pierwsze siedem fotek, kolejne foty to bodzichy w Alcatrazie ) ilustrują ten wpis. Zajrzałam tylko króciutko - szybciutko, na "muśnięcie okiem monitora" . I co? I mi się pogorszyło bodziszkowo natychmiast! Tak niemal do zatrzymania oddechu. Na monitorku w blasku bylinowej chwały, lśnił jak ten brylant wielokaratowy, prześliczny, przecudny, wymarzony i jedyny - Geranium malviflorum (atlanticum), o którym nie wiem jeszcze nic ( czy aby znosi jakieś mrozy? ), ale który już pobudza moje ślinianki do wzmożonej produkcji śliny ( ufaflunię się z zachwytu jak Szpagetka, może nawet dreptać zacznę w miejscu i mruczeć ).
Dlaczego akurat bodziszki darzę takim płomiennym uczuciem? Czemu nie wzdycham do najnowszych objawień jeżówkowych, czemu serducho nie bije szybciej na widok świetnych odmian peoni, dzwonków mieszańcowych, dzielżanów czy liliowców? To przez irysy. Moje ukochane bródkowce są roślinami produkującymi tak bogate w barwy, faktury i formy kwiaty że po prostu potrzebuję od nich czasem oddechu, ucieczki w kierunku prostoty łąk. Wicie, rozumicie - pięć płatków, zasadniczo jeden kolorek tych płatków, wdzięk właściwy dzikunom, uroda liści jakże inna od sztywnej, zielono - szarości liści kosaćców bródkowych. Coś prostego, coś niosącego w sobie wspomnienie po tych wszystkich ogrodach Wielkiego Ogrodowego, łąkach, stepach, lasach - taki swobodny oddech natury, jeszcze nieujarzmionej i wciśniętej w sztywne ramki miejskich ogrodów. Tęsknota za tzw. dziką przyrodą wyłazi z mojego mieszczuchowatego jestestwa. Mój ogród, do bólu miejski, dzięki bodziszkom ma zyskać choć trochę tego uroku chrakterystycznego dla ogrodów w angielskim "country". Wiejskość jest zdecydowanie w tym wypadku angielska bo bodziszek w polskich ogrodach to właściwie szeroko i masowo nie występował i niestety nadal nie występuje.
Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w historii naszego ogrodnictwa. To ogrodnictwo przez duże O, rozwijane głównie przy wielkich rezydencjach, przez trzy stulecia począwszy od XVI wieku importowało wzorce z Włoch, Francji i Anglii, w drugiej połowie XIX wieku zupełnie zignorowało "rewolucję bylinową", jaka miała miejsce w ogrodach wiktoriańskiej Anglii. Powstawały u nas piękne ogrody dendrologiczne, mnóstwo ogrodów neorenesansowych czerpiących wzorce z północnych Włoch, ale słynne ogrody kwiatowe Anglii nie znalazły jakoś solidniejszego odzwierciedlenia w polskich ogrodach rezydencjonalnych . Niby ogrody kwiatowe były, ale często pod tą nazwą funkcjonowały tzw."ciechocinki" czyli partery kwiatowe złożone z różnych gatunków niskich bylin i roślin jednorocznych.
Kwiatowe ogrody złożone z wyższych bylin czy też roślin jednorocznych pełniły funkcję użytkową, dostarczały kwiatów do ozdobienia pomieszczeń. Często znajdowały się w pobliżu warzywników czy sadów, tam gdzie rosły rośliny których przeznaczeniem nie było podziwianie ich w zorganizowanej przestrzeni ogrodowej tylko zaspokajanie innych potrzeb. Do takich ogrodów bodziszek też się nie załapał, jest rośliną dość nietrwałą w "wazonowych warunkach". Z kolei nazwijmy to ogrodnictwo wiejskie, czyli ogrody przy dworach często wyglądały jak uboższa wersja wielkopańskich ogrodów, bo aspiracje były. W takiej sytuacji bodziszek nie miał szans na zaistnienie w "pańskim" ogrodzie, na co komu roślina, która kwitła na pobliskiej łące, pospolita i chwastowata. Skoro bodziszki nie trafiły w sposób zorganizowany do otoczenia dworów, to nie mogły też trafić pod wiejskie chałupy. W ściubolonych nasionach z lepszych ogrodów bodziszka nie było. Podejrzewam że dopiero pojawienie się w Polsce Geranium x magnificum, rozmnażanego wyłącznie przez podział mieszańca o wspaniałych kwiatach, uświadomiło naszym ogrodnikom że bodziszki to byliny warte miejsca w ogrodzie. Pewnie to był ten prekursor sadzenia bodziszków dla uciechy oczu w ogrodach. Bodziszki powoli, z trudem acz wytrwale zdobywają polskie ogrody, grono zabodziszkowanych powiększa się nieustannie ( choć nie w zabójczo szybkim tempie ) wraz z bodziszkowymi info w sieci, wycieczkami ogrodowymi, podglądaniem ogrodu sąsiadów. No i bardzo dobrze!
sobota, 16 stycznia 2016
Niebieskie róże - smętna prawda
Może cała historia potoczyłaby się inaczej gdybym uprawę róż uchodzących za kwitnące kwiatami w odcieniach zbliżonych do koloru niebieskiego zaczęła od odmiany historycznej, pięknej róży 'Veilchenblau' wprowadzonej w świat w 1909 roku, ale ja nieszczęśliwie zaczęłam uprawę od cholernych mieszańców herbatnich. No i wylazło kosmiczne nieporozumienie ogrodowe! Niebieskie róże nie są w związku z tym przeze mnie lubiane. Dobra zacznę od uświadomienia tym wszystkim których wyszukiwarka rzuci na "mojego interneta" w trakcie zdobywania przez nich wymarzonej róży o błękitnych kwiatach, że takiego cuda to nie ma ( znaczy jest ale występuje tylko w bajce pod tytułem "Piękna i Bestia" i w opowieściach Markiza D'Orbessan o podlewanych roztworem indygo różach w Alhambrze ). Jeżeli chcą dalej pielęgnować złudzenia i kupować "błękitną różę - wielką rzadkość" to niech natychmiast porzucą tę lekturę i czym prędzej odpłyną w rejony handlowo - ogrodnicze ( z naciskiem na handlowe ), gdzie znajdą mnóstwo pięknych fotek róż o kwiatach błękitnych jak płatki niezapominajek ( w wersji jeszcze bardziej hardcorowej to jest odcień chaberków polnych, pełna zgroza ). Jeżeli chcą wziąć real na klatę to zapraszam do czytania, może uda się uniknąć rozczarowań, które były moim udziałem. Róże niebieskie zasadniczo występują w dwóch wersjach - jasno kwietnej i ciemno kwietnej. Te o ciemnych kwiatach, mimo występującego w nazwach słóweczka oznaczającego kolor niebieski, sprzedaje się jako róże o kwiatach w odcieniach fioletu. I słusznie, bo takie właśnie barwy mają płatki ich kwiatów. Róże kwitnące w tonach lila - róż nadal serwuje się jako niebieskie, choć każda w miarę realna fotka natychmiast uświadomi ogrodnikowi że ta "niebieskowść" jest problematyczna. Róż o kwiatach w odcieniach fioletu jest całe mnóstwo - od galijki 'Violacea' począwszy na osławionej floribundzie 'Rhapsody In Blue' skończywszy ( a i to pewnie nie ostatnia róża o fioletowych kwiatach, która okrzyknięta zostanie hitem i przełomem ). Róż kwitnących w jasnych odcieniach barwy fioletowej jest znacznie mniej, wielu z nich zdecydowanie bliżej do kwitnień różowych niż "niebiewskich". Typów wśród róż błękitnych mnogo - mamy solidne krzewy, ramblery ( długopędowe róże czepne ), patykowate krzewy mieszańców herbatnich, róże rabatowe ( dość niskie róże do tworzenia jednorodnych grup, tzw.beds czyli po naszemu ....łóżek ), jeszcze chyba tylko róże okrywowe się nie doczekały swojej niebiesko kwitnącej wersji.
Ja niestety zaczęłam przygodę z różami o niebieskich kwiatach od najgorszej możliwości - zauroczona zdechłym wrzosem płatków i pięknym zapachem posadziłam w ogrodzie mieszańca herbatniego, odmianę Tantaua z roku 1964 'Mainzner Fastnacht' ( zdjęcia nr 2 i 3 ). To jest róża legenda - cud, miód i malina, z tym że nie koniecznie w ogrodzie, a już na pewno nie w ogrodzie typu Alcatraz w Centralno - Polscze. Ta dość wysoka, dorasta do 150 cm wysokości ( w optymalnych warunkach ) i bardzo wąsko rosnąca różyca ( 40 - 60 cm ) to drapak nad drapaki, szczególnie że niespecjalnie w naszych warunkach klimatycznych chce się jej wytwarzać więcej pędów. Pokrój jak dla mnie tragiczny, niestety sadzenie większej ilości krzewów wcale nie pomaga, bo wyprostowane wysokie pędy z nielicznymi kwiatami na końcach nadal wyglądają źle. Krzew w ogóle należy do tych ciepłolubnych, żaden z niego hardcor do chłodnego klimatu. Kwiaty za to powalają urodą. 'Mainzner Fastnacht' jest odmianą która maksymalnie ma czterdzieści płatków, takie róże są przepiękne w fazie pąka. Dostać bukiet i być zauroczoną urodą kwiatów to jednak zupełnie coś innego niż uprawiać paskudny krzewik w ogrodzie. Co prawda długo tej odmiany nie uprawiałam, po ostrzejszych zimach stan posiadania ulegał uszczupleniu ( optymistycznie odtwarzałam krzewy żeby uzupełnić nasadzenia - ta róża i floksy 'Blue Paradise' i perowskia w tle ), ale po masowym odpłynięciu w zimie 2012 roku, dałam sobie spokój.
Kolejną różą o niebieskich kwiatach, którą dopiero niedawno zidentyfikowałam ( po zapiskach w cudownie odnalezionym ogrodowym zeszyciku nr 2 ) była odmiana z 1974 roku, autorstwa Marie Louise Meilland 'Charles de Gaulle'. Była i już wiadomo właściwie wszystko, też lubiła ciepełko. Kwiaty o dwa tony ciemniejsze niż w przypadku 'Mainzner Fastnacht', pąk też przepiękny ( ta róża ma zazwyczaj około czterdziestu płatków ), zapach powalający i szczęśliwie pokrój krzewu jakby lepszy ( dorasta do metra, przez co krzew wydaje się bardziej proporcjonalny ). Nie myślę o odtwarzaniu nasadzeń z "niebieskich" mieszańców herbatnich, moim zdaniem to nie są róże do uprawy w naszych ogrodach ( no chyba że w najcieplejszych rejonach i jak kogoś pokrój krzewu nie drażni, znaczy dla wytrwałych różankowych ). Znacznie lepiej radziła sobie w Alcatrazie niezidentyfikowana różyczka w typie floribunda ( zdjęcia 1, 4, 5, 6 ), którą podejrzewałam swego czasu o bycie odmianą 'Magenta' hodowli Kordesa ( jednak zbyt jasne liście i niezbyt wysoki wzrost nie pasują ). Zatem lepiej uprawiać inne rodzaje róż o "niebieskich" kwiatach, floribundy czy choćby wspomnianego już ramblera 'Veilchenblau' ( to dla tych którzy lubią róże o jasnych kwiatach ) lub wybrać róże w odcieniach ciemnej czerwieni zbliżonej do fioletu.
Dobra, 'Veilchnblau' urodny ale dla wielu osób nie będzie to róża marzeń, a już na pewno nie dla tych którzy nie wyobrażają sobie róży inaczej jak tylko w postaci solidnie wielopłatkowej. 'Veilchenblau' jest mieszańcem Rosa multiflora, zatem kwiatki ma o niewielkiej ilości płatków, pylniczki widać, małe 3 - 4 cm, no w dodatku kwitnie tylko raz ( choć dość długo i bardzo obficie ). Najczęściej radzi się w wypadku takich róż podsadzać je powojnikami kwitnącymi latem, coś tam zawsze wtedy się kwieci. 'Veilchenblau' najbardziej "fiołkowy" jest na początku kwitnienia, potem jego kwiaty dosłownie szarzeją ( uprawiając tę różę w półcieniu ponoć barwą kwiatów można się cieszyć nieco dłużej ). Różą czepną o odrobinę ciemniejszych kwiatach jest odmiana kwitnąca później niż 'Veilchenblau' ( 'Veilchenblau' to tzw. wczesna róża ) - 'Bleu Magenta' .To jest róża o dość tajemniczym pochodzeniu ( sukces ma wielu ojców ) ma silniejszy wzrost, pędy dorastają nawet do 5 metrów . Wymagająca cierpliwości ( kwiaty potrafią być przez kilka pierwszych lat uprawy bezczelnie różowe ) i przycinania tegorocznych przyrostów o połowę ( zapewniamy w ten sposób lepsze kwitnienie w przyszłym roku ). Niby bezproblemowa ale podobnie jak galijka 'Cardinal de Richelieu' lubiąca podłapywać grzybki. W latach dwudziestych XX wieku powstały ulepszone wersje 'Veilchenblau' - w roku 1921 Turbat wprowadził 'Violette' a w roku 1924 Ingoult wprowadził odmianę 'Rose-Marie Viaud'. Obie róże mają ciemniejszy kolor od mateczki i bardziej pełne kwiaty, 'Violette' dodatkowo pachnie jak róże piżmowe. Wszystkie te róże kwitną w zasadzie tylko raz. W latach pięćdziesiątych XX wieku Kordes dał światu różę 'Magenta", bardzo urodną ale świat się nie zainteresował. Szkoda bo kwiaty prześliczne a róża w typie floribunda, czyli ma więcej kwiatów na pędzie. Wprowadzona w 1954 roku może wyprzedziła swoje czasy, świat żył wówczas nowymi mieszańcami herbatnimi, których kwiaty tak pięknie prezentują się w bukietach. Duża, bo dorastająca w optymalnych warunkach nawet do 185 cm wysokości i 120 cm szerokości, znacznie bardziej odporna na zimno niż późniejsze mieszańce herbatnie o "błękitnych" kwiatach. Dzisiaj taka introdukcja nie przeszłaby niezauważona. A co z różami angielskimi? Ponoć we wrzosowe tony wpada 'Spirit of Freedom'. Qrczę, ślepa chyba jestem bo dla mnie ta różyca introdukowana w 2002 jest po prostu zwyczajnie jasno różowa. "Niebiewskości" się w jej przypadku nie dopatrzyłam. Z ciemniejszych odcieni różanego "błękitu" karierę robią u nas ostatnio 'Heidi Klum' Tantaua z 1999 roku i 'Rahpsody in Blue' Franka R. Cowlinshawa introdukowana w 2000 ( dwie ostatnie fotki ). Pierwsza to niska róża ( łóżkowa, nie okrywowa ) o bardzo pełnych kwiatach w kolorze ciemnoróżowym z odcieniem fioletu ( naprawdę nie wiem jak to inaczej ująć), i lubiąca podłapać grzybka .Druga to miła floribunda o fioletowych kwiatach, mających jednak jedną wadę. Przekwitając zmieniają kolor na ścierkowo - podłogowy. Sadzić w półcieniu i obrywać jak tylko zaczną ścierkować inaczej paskudnieje nam róża w tempie błyskawicznym ( co zresztą jest udziałem wielu odmian o kwiatach w kolorze zbliżonym do fioletu ).
Ja niestety zaczęłam przygodę z różami o niebieskich kwiatach od najgorszej możliwości - zauroczona zdechłym wrzosem płatków i pięknym zapachem posadziłam w ogrodzie mieszańca herbatniego, odmianę Tantaua z roku 1964 'Mainzner Fastnacht' ( zdjęcia nr 2 i 3 ). To jest róża legenda - cud, miód i malina, z tym że nie koniecznie w ogrodzie, a już na pewno nie w ogrodzie typu Alcatraz w Centralno - Polscze. Ta dość wysoka, dorasta do 150 cm wysokości ( w optymalnych warunkach ) i bardzo wąsko rosnąca różyca ( 40 - 60 cm ) to drapak nad drapaki, szczególnie że niespecjalnie w naszych warunkach klimatycznych chce się jej wytwarzać więcej pędów. Pokrój jak dla mnie tragiczny, niestety sadzenie większej ilości krzewów wcale nie pomaga, bo wyprostowane wysokie pędy z nielicznymi kwiatami na końcach nadal wyglądają źle. Krzew w ogóle należy do tych ciepłolubnych, żaden z niego hardcor do chłodnego klimatu. Kwiaty za to powalają urodą. 'Mainzner Fastnacht' jest odmianą która maksymalnie ma czterdzieści płatków, takie róże są przepiękne w fazie pąka. Dostać bukiet i być zauroczoną urodą kwiatów to jednak zupełnie coś innego niż uprawiać paskudny krzewik w ogrodzie. Co prawda długo tej odmiany nie uprawiałam, po ostrzejszych zimach stan posiadania ulegał uszczupleniu ( optymistycznie odtwarzałam krzewy żeby uzupełnić nasadzenia - ta róża i floksy 'Blue Paradise' i perowskia w tle ), ale po masowym odpłynięciu w zimie 2012 roku, dałam sobie spokój.
Kolejną różą o niebieskich kwiatach, którą dopiero niedawno zidentyfikowałam ( po zapiskach w cudownie odnalezionym ogrodowym zeszyciku nr 2 ) była odmiana z 1974 roku, autorstwa Marie Louise Meilland 'Charles de Gaulle'. Była i już wiadomo właściwie wszystko, też lubiła ciepełko. Kwiaty o dwa tony ciemniejsze niż w przypadku 'Mainzner Fastnacht', pąk też przepiękny ( ta róża ma zazwyczaj około czterdziestu płatków ), zapach powalający i szczęśliwie pokrój krzewu jakby lepszy ( dorasta do metra, przez co krzew wydaje się bardziej proporcjonalny ). Nie myślę o odtwarzaniu nasadzeń z "niebieskich" mieszańców herbatnich, moim zdaniem to nie są róże do uprawy w naszych ogrodach ( no chyba że w najcieplejszych rejonach i jak kogoś pokrój krzewu nie drażni, znaczy dla wytrwałych różankowych ). Znacznie lepiej radziła sobie w Alcatrazie niezidentyfikowana różyczka w typie floribunda ( zdjęcia 1, 4, 5, 6 ), którą podejrzewałam swego czasu o bycie odmianą 'Magenta' hodowli Kordesa ( jednak zbyt jasne liście i niezbyt wysoki wzrost nie pasują ). Zatem lepiej uprawiać inne rodzaje róż o "niebieskich" kwiatach, floribundy czy choćby wspomnianego już ramblera 'Veilchenblau' ( to dla tych którzy lubią róże o jasnych kwiatach ) lub wybrać róże w odcieniach ciemnej czerwieni zbliżonej do fioletu.
Dobra, 'Veilchnblau' urodny ale dla wielu osób nie będzie to róża marzeń, a już na pewno nie dla tych którzy nie wyobrażają sobie róży inaczej jak tylko w postaci solidnie wielopłatkowej. 'Veilchenblau' jest mieszańcem Rosa multiflora, zatem kwiatki ma o niewielkiej ilości płatków, pylniczki widać, małe 3 - 4 cm, no w dodatku kwitnie tylko raz ( choć dość długo i bardzo obficie ). Najczęściej radzi się w wypadku takich róż podsadzać je powojnikami kwitnącymi latem, coś tam zawsze wtedy się kwieci. 'Veilchenblau' najbardziej "fiołkowy" jest na początku kwitnienia, potem jego kwiaty dosłownie szarzeją ( uprawiając tę różę w półcieniu ponoć barwą kwiatów można się cieszyć nieco dłużej ). Różą czepną o odrobinę ciemniejszych kwiatach jest odmiana kwitnąca później niż 'Veilchenblau' ( 'Veilchenblau' to tzw. wczesna róża ) - 'Bleu Magenta' .To jest róża o dość tajemniczym pochodzeniu ( sukces ma wielu ojców ) ma silniejszy wzrost, pędy dorastają nawet do 5 metrów . Wymagająca cierpliwości ( kwiaty potrafią być przez kilka pierwszych lat uprawy bezczelnie różowe ) i przycinania tegorocznych przyrostów o połowę ( zapewniamy w ten sposób lepsze kwitnienie w przyszłym roku ). Niby bezproblemowa ale podobnie jak galijka 'Cardinal de Richelieu' lubiąca podłapywać grzybki. W latach dwudziestych XX wieku powstały ulepszone wersje 'Veilchenblau' - w roku 1921 Turbat wprowadził 'Violette' a w roku 1924 Ingoult wprowadził odmianę 'Rose-Marie Viaud'. Obie róże mają ciemniejszy kolor od mateczki i bardziej pełne kwiaty, 'Violette' dodatkowo pachnie jak róże piżmowe. Wszystkie te róże kwitną w zasadzie tylko raz. W latach pięćdziesiątych XX wieku Kordes dał światu różę 'Magenta", bardzo urodną ale świat się nie zainteresował. Szkoda bo kwiaty prześliczne a róża w typie floribunda, czyli ma więcej kwiatów na pędzie. Wprowadzona w 1954 roku może wyprzedziła swoje czasy, świat żył wówczas nowymi mieszańcami herbatnimi, których kwiaty tak pięknie prezentują się w bukietach. Duża, bo dorastająca w optymalnych warunkach nawet do 185 cm wysokości i 120 cm szerokości, znacznie bardziej odporna na zimno niż późniejsze mieszańce herbatnie o "błękitnych" kwiatach. Dzisiaj taka introdukcja nie przeszłaby niezauważona. A co z różami angielskimi? Ponoć we wrzosowe tony wpada 'Spirit of Freedom'. Qrczę, ślepa chyba jestem bo dla mnie ta różyca introdukowana w 2002 jest po prostu zwyczajnie jasno różowa. "Niebiewskości" się w jej przypadku nie dopatrzyłam. Z ciemniejszych odcieni różanego "błękitu" karierę robią u nas ostatnio 'Heidi Klum' Tantaua z 1999 roku i 'Rahpsody in Blue' Franka R. Cowlinshawa introdukowana w 2000 ( dwie ostatnie fotki ). Pierwsza to niska róża ( łóżkowa, nie okrywowa ) o bardzo pełnych kwiatach w kolorze ciemnoróżowym z odcieniem fioletu ( naprawdę nie wiem jak to inaczej ująć), i lubiąca podłapać grzybka .Druga to miła floribunda o fioletowych kwiatach, mających jednak jedną wadę. Przekwitając zmieniają kolor na ścierkowo - podłogowy. Sadzić w półcieniu i obrywać jak tylko zaczną ścierkować inaczej paskudnieje nam róża w tempie błyskawicznym ( co zresztą jest udziałem wielu odmian o kwiatach w kolorze zbliżonym do fioletu ).
czwartek, 14 stycznia 2016
Elegancka herbatka w salonie państwa Herbstów
Salon państwa Herbstów znajduje się w Łodzi w willi państwa Herbstów, która dzisiaj jest obiektem muzealnym. Bardzo lubię to muzeum i przynajmniej raz w roku staram się w nim bywać ( takie mam skrzywienie muzealne, co pewnie widać po tematach moich wpisów ). Późno jesienną porą postanowiłam poleźć na wystawę czasową, na którą złożyła się część eksponatów z Muzeum Czartoryskich. Bardzo dobrze ogląda się dzieła sztuki bez licznej asysty turystów, którzy czują się w obowiązku "zaliczyć" krakowskie muzeum i przez dwie i pół sekundy spojrzeć na Damę z gronostajem. Zawsze ceniłam sobie kameralną atmosferę. Wystawa czasowa wystawą czasową, ale dobrze jest podpatrzeć co tam nowego "u Herbstów". Podreptałyśmy we trójkę - Ciotka Elka, Mamelon i ja, Ciotka Elka z powodów historyczno - koligacyjno - ciekawskich głównie zainteresowana stałą ekspozycją, Mamelon z nadzieją na dokładne oblookanie wyrobów tzw. rzemiosła artystycznego we wszystkich częściach ekspozycji, a ja jak ta stadna owieczka polazłam obejrzeć "Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem" Rembrandta. Oczywiście zaczęłyśmy od willi w której znajduje się wystawa wnętrz "fabrykanckich" i tam na dłużej utknęłyśmy w salonie gościnnym.
Otoczona ogrodem willa, znajdująca się w sąsiedztwie zabudowań fabrycznych i osiedla mieszkaniowego zbudowanego przez Karola Scheiblera dla pracowników jego fabryki, wyróżnia się wśród sąsiadujących z nią budynków. Wszystko wokół jak przystało na Łódź z porządnej czerwonej cegły a tu łup, biały budynek w stylu zwanym w XIX wieku stylem toskańskim. Jakby inna rzeczywistość. Budowę neorenesansowej willi najprawdopodobniej zaprojektowanej przez Hilarego Majewskiego ( choć ostatnio bardzo mocno kwestionuje się jego udział w projektowaniu tego willowego zespołu), rozpoczęto gdzieś około roku 1875, w związku ze ślubem Matyldy Scheibler z Edwardem Herbstem, dla których ów dom był przeznaczony ( prezent papcia Scheiblera dla córy ). Matylda i Edward mieszkali w willi do 1919 roku, potem przenieśli się do bardzo podobnej willi wybudowanej w Sopocie. W Łodzi pozostał ich syn, Leon, który mieszkał tu wraz z żoną aż do roku 1941. Teraz jest tzw. zagwozdka źródlana bo wersja nr1 głosi że pod koniec tego roku małżeństwo zabrało całe ruchome wyposażenie willi i wyjechało do Wiednia, jak się okazało Leon już na zawsze. Zmarł bezpotomnie w 1942 roku, jego żona Aleksandra z domu Potschtar po śmierci męża ponoć wróciła do Łodzi, lecz nie do swojego dawnego domu. Wersja nr 2 to śmierć Leona i wyjazd jego małżonki do Wiednia po tym fakcie, czyli wyposażenie miała wywieźć sama Aleksandra. Zważywszy na późniejsze losy willi to szkoda że na czas trwający od 1945 roku ( willa do roku 1945 należała do rodziny Herbstów ) do 1976 roku ( to rok przejęcia budynku przez Muzeum Sztuki w Łodzi ) nie wywiozła jej całej. Jeżeli prawdą jest że Aleksandra zmarła w Polsce w 1970 roku, to przyszło jej patrzeć na rujnowanie willi między innymi przez mieszczący się w niej domu pobytu dziennego dla nerwowo chorych, siedzibę Zakładu Biologii PAN, ORMO, oraz dewastatorską spółdzielnię inwalidów wytwarzającą bombki choinkowe. Zdjęcia willi z czasów spółdzielnianych wołają o pomstę do nieba, wspaniały salon do oficjalnych przyjęć zwany inaczej salonem lustrzanym wygląda na nich wręcz tragicznie. Cud że ostały się dekoracje sufitu, żyrandol i wspaniałe piece.
Te piękne ceramiczne cuda są tak jak i oficjalny salon utrzymane w stylu neorokoka ( willa jest szalenie eklektyczna, co pokój to inny styl - piece oczywiście staranie "wpasowane" ). Zdaniem Mamelona i moim to chyba najładniejsze piece w tym domu. Aż wierzyć się nie chce że tak frymuśne i delikatne konstrukcje służyły do tak przyziemnego celu jak ogrzewanie pomieszczenia. Panosząca się spółdzielnia bombkarska zadowoliła się tylko pomalowaniem tych dziełek sztuki farbą olejną ( w stosunku do losów oranżerii, którą po prostu zburzono, to prycho) i skoncentrowała się na niszczeniu salonowej boazerii ( na szczęście nie w pełni zrealizowanym ). Uff, piecom się po prostu upiekło.
Klejnocikiem wśród salonowych mebli jest stół w stylu wczesnego empire z podobiznami wielkich dam Francji, wykonanymi w technice emalii. Nie jest on jak już Wam wiadomo pierwotnym wyposażeniem salonu, ale ze względu na olbrzymią ilość złoceń i wizerunki pań żyjących w wieku XVIII i na początku wieku XIX jakoś "wpasił" się w salonową koncepcję. Na upartego zresztą można go podciągnąć pod styl mebelków z Wersalu, z końca XVIII wieku. Centralnie umieszczona podobizna Marie Antoinette w wersji "ogrodniczej", skopiowanej z portretu autorstwa Élisabeth Louise Vigée-LeBrun ( portrecik autorki licznych portretów królowej Francji oraz jej ulubionych przyjaciółek, też zdobi ten stoliczek ) jest tak "rokokoko" że chyba już bardziej być nie może. Program ikonograficzny tego stoliczka jest tajemnicą nieprzeniknioną, co ma Charlotte Corday do Madame Lavalliere, a ta do Marie Louise? Któż to wie co tworzący ten stoliczek miał na myśli. Mebelek został zrobiony w Polsce, w drugiej połowie XIX wieku. Był niezbędnym wyposażeniem salonu, he, he, służył do zostawiania wizytówek. Z dzisiejszego punktu widzenia mebelek absolutnie do niczego! Salonikowe wyposażenie może miłośników prostoty, w tym młodzież wychowaną na klientów IKEA wprowadzić w stan osłupienia.
To jest takie przerysowanie stylu, tak się mające do klasycyzującego zmierzchu rokokowej sztuki, z jakim mamy do czynienia pod koniec XVIII stulecia, jak sceniczna suknia operowa do codziennego ubabranka. Pewien umiar i zastąpienie szaleńczych krzywizn form mebli i ich ornametów prostszymi rozwiązaniami, utrzymanymi w duchu nadchodzącej epoki klasycyzmu to kwintesencja stylu zwanego stylem Ludwika XVI. Drzewiej salon lustrzany wypełniony był meblami właśnie w tym stylu ( pani, która była pokojówką pracującą u Herbstów przekazała muzeum fotografie salonu z oryginalnym wyposażeniem, obejrzeć je można na wystawie poświęconej historii rezydencji ). Większości neorokokowych mebelków dzisiaj się w nim znajdujących, bliżej do stylu dziadka ostatniego króla Francji, Ludwika XV. Jedynie słodka sofa z wyplatanymi oparciami w "kompleciku" przy wejściu od strony gabinetu jest utrzymana w klasycznym stylu Ludwika XVI. Mebelki oczywiście złocone, jak na powszechne wyobrażenie o "ludwikach" przystało. No i oczywiście wszystko łącznie ze stoliczkiem z emaliowanymi portretami dam jest neo, co najbardziej chyba jest widoczne w komplecie mebli od strony gabinetu orientalnego. Bezczelnie przyznam że obecne wyposażenie salonu przemawia do mnie bardziej niż to widoczne na starej fotografii ( Mamelon też tak ma ). Pewnie dlatego że XIX - wieczne przerysowanie XVIII - wiecznych form ma w sobie coś zabawnego.
Gadżety czyli ozdóbstwa w salonie lustrzanym wszystkie utrzymane w tzw. stylu. Znaczy szalejące neorokoko. Ciepłe barwy porcelanowych waz, złocenia zegara ( te wszystkie ptoszki, kfiotki, siateczki ukwiecone, rocaile w dużej masie ), pastelowy kamień na zakuty w złoconym brązie świeczników. Do tego wszystkiego koronkowe serwety, zupełnie jakby szykowano bardzo elegancki podwieczorek z herbatką w XIX - wiecznej Anglii ( choć ten podwieczorek, zważywszy na niemieckie pochodzenie pana domu i znacznej części gości przyjmowanych w tym domu byłby pewnie popijany kawą ).
Otoczona ogrodem willa, znajdująca się w sąsiedztwie zabudowań fabrycznych i osiedla mieszkaniowego zbudowanego przez Karola Scheiblera dla pracowników jego fabryki, wyróżnia się wśród sąsiadujących z nią budynków. Wszystko wokół jak przystało na Łódź z porządnej czerwonej cegły a tu łup, biały budynek w stylu zwanym w XIX wieku stylem toskańskim. Jakby inna rzeczywistość. Budowę neorenesansowej willi najprawdopodobniej zaprojektowanej przez Hilarego Majewskiego ( choć ostatnio bardzo mocno kwestionuje się jego udział w projektowaniu tego willowego zespołu), rozpoczęto gdzieś około roku 1875, w związku ze ślubem Matyldy Scheibler z Edwardem Herbstem, dla których ów dom był przeznaczony ( prezent papcia Scheiblera dla córy ). Matylda i Edward mieszkali w willi do 1919 roku, potem przenieśli się do bardzo podobnej willi wybudowanej w Sopocie. W Łodzi pozostał ich syn, Leon, który mieszkał tu wraz z żoną aż do roku 1941. Teraz jest tzw. zagwozdka źródlana bo wersja nr1 głosi że pod koniec tego roku małżeństwo zabrało całe ruchome wyposażenie willi i wyjechało do Wiednia, jak się okazało Leon już na zawsze. Zmarł bezpotomnie w 1942 roku, jego żona Aleksandra z domu Potschtar po śmierci męża ponoć wróciła do Łodzi, lecz nie do swojego dawnego domu. Wersja nr 2 to śmierć Leona i wyjazd jego małżonki do Wiednia po tym fakcie, czyli wyposażenie miała wywieźć sama Aleksandra. Zważywszy na późniejsze losy willi to szkoda że na czas trwający od 1945 roku ( willa do roku 1945 należała do rodziny Herbstów ) do 1976 roku ( to rok przejęcia budynku przez Muzeum Sztuki w Łodzi ) nie wywiozła jej całej. Jeżeli prawdą jest że Aleksandra zmarła w Polsce w 1970 roku, to przyszło jej patrzeć na rujnowanie willi między innymi przez mieszczący się w niej domu pobytu dziennego dla nerwowo chorych, siedzibę Zakładu Biologii PAN, ORMO, oraz dewastatorską spółdzielnię inwalidów wytwarzającą bombki choinkowe. Zdjęcia willi z czasów spółdzielnianych wołają o pomstę do nieba, wspaniały salon do oficjalnych przyjęć zwany inaczej salonem lustrzanym wygląda na nich wręcz tragicznie. Cud że ostały się dekoracje sufitu, żyrandol i wspaniałe piece.
Te piękne ceramiczne cuda są tak jak i oficjalny salon utrzymane w stylu neorokoka ( willa jest szalenie eklektyczna, co pokój to inny styl - piece oczywiście staranie "wpasowane" ). Zdaniem Mamelona i moim to chyba najładniejsze piece w tym domu. Aż wierzyć się nie chce że tak frymuśne i delikatne konstrukcje służyły do tak przyziemnego celu jak ogrzewanie pomieszczenia. Panosząca się spółdzielnia bombkarska zadowoliła się tylko pomalowaniem tych dziełek sztuki farbą olejną ( w stosunku do losów oranżerii, którą po prostu zburzono, to prycho) i skoncentrowała się na niszczeniu salonowej boazerii ( na szczęście nie w pełni zrealizowanym ). Uff, piecom się po prostu upiekło.
Klejnocikiem wśród salonowych mebli jest stół w stylu wczesnego empire z podobiznami wielkich dam Francji, wykonanymi w technice emalii. Nie jest on jak już Wam wiadomo pierwotnym wyposażeniem salonu, ale ze względu na olbrzymią ilość złoceń i wizerunki pań żyjących w wieku XVIII i na początku wieku XIX jakoś "wpasił" się w salonową koncepcję. Na upartego zresztą można go podciągnąć pod styl mebelków z Wersalu, z końca XVIII wieku. Centralnie umieszczona podobizna Marie Antoinette w wersji "ogrodniczej", skopiowanej z portretu autorstwa Élisabeth Louise Vigée-LeBrun ( portrecik autorki licznych portretów królowej Francji oraz jej ulubionych przyjaciółek, też zdobi ten stoliczek ) jest tak "rokokoko" że chyba już bardziej być nie może. Program ikonograficzny tego stoliczka jest tajemnicą nieprzeniknioną, co ma Charlotte Corday do Madame Lavalliere, a ta do Marie Louise? Któż to wie co tworzący ten stoliczek miał na myśli. Mebelek został zrobiony w Polsce, w drugiej połowie XIX wieku. Był niezbędnym wyposażeniem salonu, he, he, służył do zostawiania wizytówek. Z dzisiejszego punktu widzenia mebelek absolutnie do niczego! Salonikowe wyposażenie może miłośników prostoty, w tym młodzież wychowaną na klientów IKEA wprowadzić w stan osłupienia.
To jest takie przerysowanie stylu, tak się mające do klasycyzującego zmierzchu rokokowej sztuki, z jakim mamy do czynienia pod koniec XVIII stulecia, jak sceniczna suknia operowa do codziennego ubabranka. Pewien umiar i zastąpienie szaleńczych krzywizn form mebli i ich ornametów prostszymi rozwiązaniami, utrzymanymi w duchu nadchodzącej epoki klasycyzmu to kwintesencja stylu zwanego stylem Ludwika XVI. Drzewiej salon lustrzany wypełniony był meblami właśnie w tym stylu ( pani, która była pokojówką pracującą u Herbstów przekazała muzeum fotografie salonu z oryginalnym wyposażeniem, obejrzeć je można na wystawie poświęconej historii rezydencji ). Większości neorokokowych mebelków dzisiaj się w nim znajdujących, bliżej do stylu dziadka ostatniego króla Francji, Ludwika XV. Jedynie słodka sofa z wyplatanymi oparciami w "kompleciku" przy wejściu od strony gabinetu jest utrzymana w klasycznym stylu Ludwika XVI. Mebelki oczywiście złocone, jak na powszechne wyobrażenie o "ludwikach" przystało. No i oczywiście wszystko łącznie ze stoliczkiem z emaliowanymi portretami dam jest neo, co najbardziej chyba jest widoczne w komplecie mebli od strony gabinetu orientalnego. Bezczelnie przyznam że obecne wyposażenie salonu przemawia do mnie bardziej niż to widoczne na starej fotografii ( Mamelon też tak ma ). Pewnie dlatego że XIX - wieczne przerysowanie XVIII - wiecznych form ma w sobie coś zabawnego.
Gadżety czyli ozdóbstwa w salonie lustrzanym wszystkie utrzymane w tzw. stylu. Znaczy szalejące neorokoko. Ciepłe barwy porcelanowych waz, złocenia zegara ( te wszystkie ptoszki, kfiotki, siateczki ukwiecone, rocaile w dużej masie ), pastelowy kamień na zakuty w złoconym brązie świeczników. Do tego wszystkiego koronkowe serwety, zupełnie jakby szykowano bardzo elegancki podwieczorek z herbatką w XIX - wiecznej Anglii ( choć ten podwieczorek, zważywszy na niemieckie pochodzenie pana domu i znacznej części gości przyjmowanych w tym domu byłby pewnie popijany kawą ).
Sufit a przede wszystkim genialny wprost żyrandol jakimś cudem ocalały z tego dewastacyjnego pogromu urządzonego przez inwalidzką spółdzielnię bombkarską, to taka wisienka na torcie. Przypominają mi się reymontowskie opisy szklanych tulipanów wypełnionych elektrycznością. Warto zobaczyć go w pełnej krasie czyli wtedy kiedy świecą się w nim żarówki. Sufit z malowanymi alegoriami ( alegoria czegoś tam to tylko pretekst, chodziło o roznegliżowane urodne panie i towarzyszące im "amorki" ) i złoceniami nabiera w tym oświetleniu życia. Cienie i cudownie rozchodzące się światło dały mi pretekst do przemyśleń czy aby starych wnętrz pałacowych nie trzeba by oglądać w sezonie późno jesienno - zimowym. Latem,o ile we wnętrzach muzealnych nie jest zbyt ciemno, nie pali się świateł. Salonowi państwa Herbstów odejmuje się w ten sposób sporo uroku.
Herbatki można się napić w muzealnej kawiarence. Wnętrze odnowionej oranżerii jest jednak znacznie mniej przytulne niż olbrzymi salon. Szczerze pisząc kawę czy herbatkę wolałabym chłeptać w salonie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























