środa, 18 września 2019
Małe Mòrze i okolica - kaszëbsczé klimaty
Jest takie miejsce w Polsce nad Bałtykiem gdzie morze nosi inną nazwę niż ta którą możemy wyczytać na Google Map w polskojęzycznej wersji. Od Borów Tucholskich aż po Mierzeję Helską mieszkają Kaszëbe zwani z polska Kaszubami. W ich krainie to Mòrze Bałtyccie vel Bôłt uderza falami o wybrzeże. Jak to mówi stare kaszubskie przysłowie "Chto kaszëbskô mòwa znaje, ten może jachac we wszetcze kraje" ( wg. Tatusia znaczy wg. tego co twierdzi Tatk głównie dlatego że w kaszubskim są takie słowa bene i rut ). No może w prawie wszystkie bo w głębi kraju nazywanego Polską ten język jakby nie było słowiański, budzi zdziwienie. Spór o to czy to dialekt czy język trwa, mła sobie pomyśliwa że to chyba jednak język bo za dużo w nim odrębności - wspólny przodek języka kaszubskiego i polskiego zaniknął dawno, dawno temu ( w kaszubskim zachowało się wiele starosłowiańskich wyrazów po których w dzisiejszej polszczyźnie śladu niemal nie ma ) , historia kształtowała oba te języki w inny sposób i dziś zanikająca kaszubska mowa wydaje się ludziom z innych regionów kraju tak egzotyczna jak narzecza plemion zamieszkujących dorzecze Amazonii. Ostatnimi czasy podjęto mnóstwo działań coby nam kaszubski nie zaniknął kumpletnie ale nie wiem czy możliwe jest uratowanie języka tak niewielkiej liczebnie grupy etnicznej. "Be nie zabëc mòwe starków" uczy się podstaw kaszubskiego w szkole ale w domach coraz rzadziej mówi się po kaszubsku a to oznacza jedno - język staje się martwy. Na północnych terenach Kaszub język nadal w użyciu, choć już nie tak powszechnie jak to mła pamięta z czasów dawniejszych. W tych północnych rejonach wytworzył się dialekt języka kaszubskiego, mieszkańcy Pucka i Helu zdaniem Kaszubów z Kartuz i Kościerzyny "byloczą" czyli kaleczą porządny kaszubski. Oczywiście Bëloce mają inne zdanie na ten temat, to w ich odmianie kaszubszczyzny zachowało się najwięcej dawnych starosłowiańskich wyrażeń. He, he, he, wiadomo to më jesmë Kaszëbë, a nie ci tam z południa.
Mła ma wielki sentyment do języka kaszubskiego choć nie jest Kaszubką, mła wzrastała w kaszubskim miasteczku, które w czasach jej dzieciństwa bardziej przypominało wieś niż cóś miastowego. Mła od kiedy pamięta otoczona była tym językiem jak wyściółką gniazda, nawet do łba jej nie przyszło że nie jest to jej język ojczysty ( no bo po prawdzie to był jej język małoojczyźniany ). Kiedy dziś mła podróżuje znaczy po kaszubsku jest wyjechana do domu Tatusia i Magdzioła to przenosi się w czasie. Zamienia się troszki ( na szczęście tylko troszki ) w tę wersję siebie która dopiero co osiągnęła szczyty ucywilizowania czyli przestała korzystać z nocnika ( "Topek wég!" ) i pełna nadziei oczekiwała kiedy przestanie być z niej taki mãlinczi dzieck i zamiast grube bukse będzie mogła nosić białcze bùte na hawsãce, cycénhalter, niebieszci pùluweter, no i perugé rzecz jasna. Ha, mła zamierzała nawet nosić bryle i palić cigarety, tak jak jej Mama. W oczekiwaniu na dorosłość mła przechodziła tzw. okres kubistyczny i używała środków zastępczych - klocki z literkami robiły za obcasy, a klocki do układania obrazków robiły za biust. Mła mogłaby być w tamtym czasie obiektem badań dla zafascynowanych kubizmem, tyle w niej było sześciennych części niezbędnych do bycia damą. Za papieros robiła nadgryziona słomka do napojów a za bryle stara oprawka do okularów plażowych ( drzewiej na plaży wypadało pokazać się w okularach "słonecznych", no i odsłonić od czasu do czasu maquillage ). Ech... słodki czas dzieciństwa. W onym czasie mła uciekała z domu na takie łąki jak te z fotek ilustrujących dzisiejszy wpis i obserwowała jak zmieniają się ich kolory wraz z wędrówką chmur po niebie. W trzech językach wówczas myślała o tych przedziwnych jej zdaniem zmianach, zupełnie szczerzepolsko niepatriotycznie te myśli były formowane w języku kaszubskim, niemieckim, polskim. Ponoć wpływ języka na sposób percepcji świata jest większy niż to się nam wydawało, ciekawe co mła się wówczas w główce poprzestawiało?
Kaszubski dla mła to przede wszystkim język mówiony, nie bije jej szybciej serce kiedy widzi dwujęzyczne tablice w okolicach Trójmiasta. Może to dlatego że wszyscy którzy za czasów młodości mła pisali po kaszubsku posługiwali się szwabachą. Szczerze pisząc mła nie bardzo wie dlaczego, przeca przed II Wojną Światową to nie były Preußen czyli Niemcy, Kaszuby w swej dużej części należały do Polski a ci piszący szwabachą uczyli się w polskich szkołach. Dziś mła nie wzruszają tablice zapisane łacińskim krojem liter, dopiero zasłyszane słowa mile ją nastrajają. Miękka, bełkotliwa mowa jej dobrze robi na uszy a zaraz potem na serducho. Język zapisywany ma mnóstwo znaków diakrytycznych, język mówiony pieści melodią akcentu, żadnego wysiłku mła nie czuje obcując z mówioną wersją. Widzieć wyraz mòrze a słyszeć cóś jak młerze to jednak duża różnica. Mła sama nie potrafi po kaszubsku gadãc flôt ale cóś tam zawsze z siebie wyduka a słuchać lubi, w końcu to język jej dzieciństwa ( "Trina pulésa!" - a ja dzielnie schowana za krzakiem porzeczki udaję że nie słyszę i że to nie mnie każą przyjść ). A pisze mi się z błędami i ciężko to idzie, za czasów szkolnych mła języka kaszubskiego nie uczono w szkole. To "zepsuta polszczyzna" była. Tak jak nie wspominano że zanim doszło do "Nie ma Kaszëb bez Polonii, a bez Kaszëb Polśczi" to Kaszubi zastanawiali się nad niepodległością własnego regionu. Nie na bazie i nie po linii to było, w szkolnej wersji historii uczonej w czasie młodości mła to działacze kaszubscy od samej kołyski pałali miłością do cycka macierzystej Polski. Pewnie w dzisiejszej szkolnej wersji nadal pałają, he, he, he. Taa... ustrój się zmienił, wolność Panie tego, a opowieści tej samej treści w szkołach się zapodaje. Na Śląsku zdążyła się już nawet wytworzyć alergia na radosną twórczość autorów "historycznych czytanek", kto wie czy nie wytworzy się i na Kaszubach?
Bo na Śląsku i Kaszubach historia toczyła inaczej swoje koło niż na Kielecczyźnie, Małopolsce czy Mazowszu i stworzyła inną pamięć historyczną o czym mam wrażenie bardzo chce się zapomnieć a już w MEN to najlepiej na totalną amnezję mają ochotę zapaść. Zamknę oczy i nie będzie problemu, takie dziecinne gierki się uprawia. A potem zadziwko bo okazuje się że nie wszyscy identyfikują się z cinżko wypracowanym szablonem bogoojczyźnianym i szczerzepolskim. No bo jak tu pogodzić "dziadka z Wermachtu" z mitologią Powstania Warszawskiego? Sama pamiętam takich co to "za Niemca" w Kriegsmarine pływali i nawet nie myśleli coby do lasu uciekać bo w lesie tyż nikogo nie było. Na Kaszubach nie było okupacji takiej jak w GG, za to zbrodnie jakich tutaj dokonywano od pierwszych dni II Wojny Światowej ( tzw. krwawa jesień, czas od października 1939 do stycznia 1940 ) były nieporównywalne rozmiarem ze zbrodniami dokonywanymi w innych częściach Polski ( na Pomorzu zabito w tym czasie 30 000 osób, w Wielkopolsce 10 000, na Śląsku 1500 a na północnym Mazowszu 1000 ). W Polsce dopiero niedawno zaczęło być głośno o Piaśnicy ale nazwa Szpęgawsk mało komu co mówi. Centralistyczna narracja obecna w podręcznikach historii zakłamuje obraz, GG to wycinek Polski a nie jej całość. Na terenach polskich zaanektowanych przez Niemcy było po prostu inaczej a twierdzenie że to co się działo w GG jest reprezentatywne dla całego kraju jest łgarstwem, niczym innym. Gryf Pomorski, organizacja konspiracyjna na Pomorzu liczyła około 18 000 członków, nigdy nie weszła w struktury Polskiego Państwa Podziemnego, choć deklarowano podporządkowanie się Rządowi Londyńskiemu. To było i tak dużo ludzi zważywszy na to że działali w morzu niemczyzny ( tereny pozaborowe ) i że znali skalę przemocy jakiej mogą dopuścić się hitlerowskie Niemcy. Po wojnie Kaszubi byli traktowani jak Niemcy - gwałty dokonywane przez sołdatów, szabrownictwo, morderstwa. Część Kaszubów zwanych Słowińcami po prostu przestała istnieć, ostatni opuścili dawne siedziby w latach 70 XX wieku i wyemigrowali do Niemiec. Kaszubi się trzymają, nie podzielili losu Mazurów ale polityka historyczna uprawiana w Warszawie jest po prostu głupia i nie sprzyja wzmocnieniu więzi narodowych. Język kaszubski może i zanikać ale poczucie odrębności nie maleje.
Mła tak sobie myślała o tych wszystkich zawiłościach stosunków kaszubsko - polskocentralnych spacerując odprężająco po ścieżkach biegnących kole Zatoki Puckiej, zwanej Pucyfikiem a przez miejscowych Małym Mòrzem ( w odróżnieniu od Wieldziego Mòrza czyli otwartego Bałtyku ). Wgapiawszy się jakie ptoci latają ( sporo tego, niektóre gatunki zamiast odlatywać najwyraźniej decydują się na zimowanie ), jakie krzewy bogate w owocki porastają ( brombole czy jeżyny zachęcająco czernią się lub siwieją na krzakach ). Pogoda co prawda była różna, czyli jak to mawia Magdzioł indyjska - czasem słońce, czasem deszcz. Jednak mła jest zaprawiona w bojach i czy jest snaźi czy scziża pògoda to jej jest wsio ribka - ona po prostu lubi się odstresować spacerując. A miała się po czym odstresowywać bo martwiła się o zdrowie swojego własnego krnąbrnego Tatusia
Duża woda zawsze działała na mła uspokajająco, a wody zatoki które rzadko są wzburzone mają dla niej super relaksujące działanie. Mła się wgapia w odbicie nieba w wodzie i od razu jest jej jakby lepiej. Przypomina sobie że tu gdzie pomiędzy Helem a Pùckiem w wodach zatoki skryte jest miasto Wineta ( hym... wcale nie u ujścia Odry na wyspie Wolin gdzie to umieszczają ten legendarny gród dzisiejsi historycy, co zresztą wiąże się z tym że termin Cassubia był bardziej terytorialnie pojemny niż to się "słabo uhistorycznionym" wydaje). A może to nie Wineta, może to inne zatopione miasto o którym przetrwała pamięć wśród mieszkających na w okolicy świeżej zatoki ( Półwysep Helski czyli Hélskô Sztremlëzna to niedawna sprawa, wytworzył się jakieś 5700 - 5500 lat temu a około 1000 lat wstecz ukształtował się jego właściwy charakter - jednak morze na tyle często przerywało jego ciągłość że być może dlatego utrwalił się tak dobrze obraz wysp ). Tak po prawdzie to chyba najbliżej realu jest opowieść o znajdującym się pod wodą Starym Helu. Tuż przed II Wojną Światową podczas prac mających podwyższyć obronność Helu jak donosiła "Gazeta Gdyńska" - " w odległości kilkuset metrów od portu rybackiego, natrafiono na ruiny – fundamenta i szczątki świątyni helskiej". Wezwano nawet archeologów z Torunia ale skończyło się na niczym bo trza się było szybko zbroić i badania zarzucono. Potem była wojna a po niej było "zwiększone znaczenie dla obronności kraju" i zero możliwości pojawienia się naukowców chcących grzebać w ziemi czy morzu. A ze Starym Helem to było tak że pierwsze wzmianki o osadzie sięgają IX wieku. Rozkwit Starego Helu wiąże się z postacią księcia pomorskiego Świętopełka II. Na początku XIV wieku gród podporządkowali sobie Krzyżacy. Póki w na wodach wokół Starego Helu były ławice śledzi to miasto kwitło. To nie była już jakaś tam osada to było miasto które rywalizowało z Gdańskiem. W XIV wieku było bazą wypadową floty krzyżackiej która usiłowała rozgromić piratów i kaprów na Bałtyku ( he, he, he, a mieszkańcy Helu całkiem dobrze się z piratami i kaprami dogadywali ). W XV wieku miało ratusz z mechanicznym zegarem ( nawet ówczesny Gdańsk takowego nie miał ), warsztaty szkutnicze, tawerny, łaźnie i aż 9 winiarni. Niestety miało też wiklerz czyli zbiór restrykcyjnych praw - mieszkańcy Starego Helu nie mogli trzymać w obejściu zwierząt hodowlanych, korzystać z usług pań sprzedajnych pod karą grzywny, mieszkanki nie mogły do woli pofolgować językom pod groźną kary spaceru wokół rynku z kamieniem przywiązanym do szyi, że o takiej niedogodności jak zakaz wyrzucania rybich łbów bezpośrednio na ulicę ledwie napomknę. Ponoć na początku XVIII wieku, w dniu Zielonych Świątek rozpętał się sztorm i pochłonął śledziową potęgę wraz z mechanicznym zegarem i zakazami z wiklerza.
Prawda o zatopionym Starym Helu jest mniej burzliwa, sztormu pochłaniającego nie było. Miasto upadło bo śledzie się wyniosły. Ot, cała tajemnica. Nawet masowe przejście na luteranizm i powierzenie figury Matki Boskiej falom zatoki nie pomogło. Śledzie nie wróciły! Już od końca XV wieku ławice zaczęły się przemieszczać w insze rejony Bałtyku. W XVI wieku Gdańsk rósł w siłę a Stary Hel biedniał. Gdańszczanie zaczęli kupować usługi rybaków ze Starego Helu i narzucać wyśrubowane limity dostaw. Jakby mało było nieszczęść w roku 1572 podupadający Stary Hel strawił wielki pożar. Coraz więcej mieszkańców Starego Helu przenosiło się do Helu nowego, gdzie prawo nie było aż tak restrykcyjne a możliwość jako takiego życia wydawała się lepsza niż to co oferowało stare miasto. A Stary Hel zamieniał się w ruinę pochłanianą przez morze ( szacuje się że zabrało około 200 - 250 metrów terenu i to nie były metry kwadratowe ). W początku XVIII stulecia miasto Stary Hel to właściwie były ruiny wystające z Bałtyku, żadnego wielkiego sztormu nie było trzeba żeby morze z czasem pochłonęło te pozostałości po mieście.
Nad Bałtykiem zresztą to zwyczajna sprawa. Po drugiej stronie zatoki, w Pucku, jest miejsce zwane Zatopionym Portem. Leży niedaleko miejsca po nieistniejącym zamku krzyżackim. Z zamku zostały resztki resztek czyli wały ziemne a z portu zamulona dziura w wodach zatoki w której przed deszczem lubią masowo pokazywać się meduzy. Małe Mòrze potrafi być równie pochłaniające jak to Wieldzie. Lepiej o tym pamiętać w czasie gdy klimat na ziemi robi się cieplejszy. "Ò nasze mòrze, të jes nóm chëczą" może zrobić się prawdziwe do bólu, kto wie czy stocznia w Radomiu to nie smętna przyszłość?
poniedziałek, 16 września 2019
Upside down czyli się porobiło!
Jak już człowiek sobie uplanuje to zawsze musi się człowieku pogmatwać. No wiecie - co się polepszy to się popieprzy. Z Tatusiem nie odbyło się bez akcji - komplikacji, jak człowiek głęboko odetchnie to okazuje się że ten pełen ulgi wydech to tak przed nabraniem powietrza. Takie jest życie, jak mawia Tatuś. Znaczy trzeba brać na klatę, alleluja i do przodu. W związku z zawirowaniami mła rzuciło w inszą czasoprzestrzeń, insze miejsce, inszy czas a właściwie inaczej mijający ( wiecie jak to jest - czas kłopotów się dłuży a czas luziku i rozrywki biegnie jak oszalały ). Mła jest znaczy odklejona od swojej codzienności i to w taki nieprzyjemny sposób. Jednak powinna się cieszyć ( ale bardzo cichutko, coby nie zapeszyć ) bo wyraźnie idzie ku lepszemu - Ociec zażądali maszynki do golenia, gazety do wyczytków i zaczęli kląć na polityków i stwierdzili ze rehabilitantka to niezła sztuka co zwiastuje powrót do normalności. Z tego postawienia na głowie zwyczajności naszej powszedniej mła przybyło całkiem nowe pasemko siwizny, hym... taki poprzejściowy baleyage się mła na głowie zrobił. Mam nadzieję że nas nie popieści doświadczeniami bo jako prawdziwa platynowa blendynka wyglądałabym jeszcze paskudniej niż ma to miejsce teraz. Siwy blend na łbie po całości to nie jest to o czym mła marzy.
W ogrodzie już nie tylko dopieszczanym z doskoku ale z doskoku widywanym robi się prawdziwie jesiennie. Głównie za sprawą kwitnących rozchodników i marcinków. Troszki gorzej idzie trawskom, jakoś nie widać baziek na moich rozplenicach, nie wiem czy to nie sprawka letniej suszy ten brak kłosów. Z drugiej strony przeca moliniom i prosom nie zaszkodziło to dlaczego miałoby zaszkodzić rozplenicom? Czyżby były bardziej wymagające i do kłoszenia potrzebowały lepszych warunków uprawy? Hym... mła się zawsze wydawało że to trawa z tych hardcorowych a tu się okazuje że jednak wylazł z kęp ten delikutasizm który nie pozwala wielu roślinom pochodzącym z japońskich wysp naprawdę bezproblemowo rosnąć w naszych warunkach. No cóż, rozplenice nawet kiedy się nie kłoszą to jednak są widowiskowe bo kępy mają odpowiednie rozmiary, pozostaje mi cieszyć się tym co jest. W Alcatrazie jesień mniej spektakularna, to jeszcze nie jest czas przebarwień liści. Nie kwitną sterane upałami świecznice, resztki liści funkii nie prezentują się dobrze ( o olśnieniach mowy nie ma ), paprocie wyglądają średnio. Nielicznie pojawiające się kwiatki cyklamenów jesiennych jakoś nie są w stanie zrekompensować tych poupałowych braków w "uzielenieniu" ogrodu. Cóż, zieleń wrześniowa tegoroczna w Alcatrazie prezentuje się mniej niż średnio.
No to tyle po porannym obchodzie ogrodu wykonanym w stroju porannym jesiennym ( tzw. grube buby zostały wciągnięte na grzbiet, człowiek przyzwyczaił się do nietypowej dla naszego klimatu ciepłej aury i bubowanie traktuje jako coś niezwykłego ). Pozaogrodowo to dzieje się tak - dziefczynki wyczuły że mła dużą część czasu spędzała w towarzystwie małych kotków ( trzymiesięcznych kocich dzieci Dżizaasa - Tytuska zwanego a racji przylepności Małą Kurewką i Wasylka zwanego z racji skrytego usposobienia Cichociemnym ) i okazały zazdrość - było fumkanie i lekkie podgryzanie. Odpocznę i pomrutkuje po Mrutka, więc pewnie fumkanie będzie większe a podgryzanie zmieni się na mocniejsze. Na wszelki wypadek dopieszczam ze wszelkich sił, starając się ograniczyć skutki fali kociej zazdrości. Od tego dopieszczania to mła niedługo ręce chyba odpadną, bo mła teraz głaszcze i szczypie w tyłek i drapie za uszami nawet podczas posiłków ( przerwanie karesów podczas posiłku skutkuje natychmiastowym zwróceniem uwagi miaukami pełnymi pretensji a Sztaflik bezczelnie podgryza ). Małgoś - Sąsiadka również wymaga dopieszczania, dziś rano pokrzyczałam na nią w ramach walki z cukrzycą. Chyba od razu jej spadł poziom mocznika i kreatyniny we krwi z tego krzyczenia ( darłam gębę tak głośno że Ciotka Elka zeszła z górki ) bo wyciągnęłam z pamięci całą grozę szpitalną jaką pamiętam z nefrologii.
Były opowieści o poddrożności, płukaniach, procedura CADO została starannie opisana, potem było o hemodializie i Małgoś wyciągnęła wreszcie, niechętnie co prawda, pochowane w zakamarkach przed okiem mła zakazane dobroci. Skonfiskowałam te masy ciasteczek "co to nie szkodzą", batonów "co prawie cukru nie mają" i czekoladek a na odchodnym ponownie ujadziłam że umiera to się w maju kiedy kwiatki pogrzebowe są tanie a nie w sezonie jesienno - zimowym kiedy koszty pogrzebu robią się wysokie ( w maju się nie umiera bo nie wypada tak przed sezonem urlopowym schodzić ). Hym... chyba jest OK bo Małgoś postanowiła nie czaić się z umieraniem tylko zakupić wreszcie opał na zimę. Całą zimę! Taa... mła ma naprawdę wprawę w ryczeniu stawiającym chorych na nogi - Tatuś, Małgoś, krótka rozmówka z Włodzimierzem, normalnie robi się ze mła drugi Kaszpirowski. Co prawda mła wolałaby się teraz bawić w stolarza renowatora a nie w uzdrowicielkę ale na kobietę głosem leczącą jest większe zapotrzebowanie.
No nie można mieć wszystkiego, mła się cieszy z tego że powolutku idzie do przodu, że Straszliwe Zagrożenie Zdrowia Tatusia udało się przekształcić w zwykłą rekonwalescencję ( o ile planowanie następnych operacji - nowa zabawa Tatusia - można uznać za normalny objaw zdrowienia ), z tego że koty Dżizassa po kocięcych chorobach mają się coraz lepiej, że Mrutek przyjedzie do dziefczynków, że Małgoś się "pokajała i naprawiła". No i że mła troszki czasu dla siebie może wykukać od życia bo mła ma do przeczytania dwie prezentowe pozycje i zęby sobie ostrzy. Mła by cóś jeszcze obejrzała ( ostatnio tłukła drugi sezon "Mindhunter", któren to serial jej się podobie bo ona lubi takie klimaty ). Po nowym filmie Jarmuscha mła się wzięła i rozochociła też na "filmy jednoczęściowe" ( choć krytycy psioczą na ten Jarmuschowy film ale jak wiadomo "Eunuch i krytyk z jednej są parafii - obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi." ). No mła się zaczyna chcieć chcieć!
P.S. Mamelon i Jądrzej widzieli niedaleko nas lisy, muszę poważnie pomyśleć o zabezpieczeniu kotów, Matka Natura jest suką i nie ma co liczyć na taryfę ulgową z jej strony. Lis drapieżnik od kociambrów większy i nie mają one specjalnie szansy na wygraną w starciu z tym gatunkiem. Hym...lisy zdaje się zaakceptowały miejska dżunglę, następne po dzikach zwierzaki które odnajdują się w mieście. Lis Cywilizalis, Witalis przy takim wysiada! Na zdjątkach powyżej siostrzane duo na tle poduszek edukacyjnych.
piątek, 6 września 2019
Codziennik - pełen ulgi zmęczalnik
Ostatnimi czasy miałam mocno pod górkę. Nie tyle fizycznie co nerwowo mła się zużyła. Tatuś mła dał popalić familii, nie z premedytacją i złośliwie jak przystało na porządnego starszego pana ( Tatuś mła nie kwalifikuje się na staruszka mimo swojego wieku, to tzw. całkiem inne zjawisko ) a tak mimochodem, z odpuszczenia sobie i lekceważenia zbiorowego córczynego ględzenia na temat wizyt u lekarza. Skończyło się gmyractwem chirurgów w Tatusiu i naszymi nerwami. Na szczęście Tatusiowi się udało, co miał przebrnąć przebrnął i mła na własne uszy słyszała jak wykłócał się z pielęgniarką ( znaczy ma się świetnie - biedny ten personel dbający o Tatusia ). Mła po troszku zaczęło odpuszczać to co ją od paru miesięcy niepokoiło "z tyłu głowy" ( no wiecie - niby wszystko wiadomo, niby procedury znane a ten cholerny strach gdzieś pod spodem w człowieku cały czas jest i nie znika ). Sorry za takie wywnętrzanie się do bólu ale wydobycie tego niepokoju dręczącego mła przez ostatnie miesiące ma dla niej wartość terapeutyczną - mła się wywnętrzyła i jest jej lepiej. Wystarczy że Felicjan wyciął mła numer, Tatusiowi na to mła nie pozwoli! Choróbstwem Tatusia i swojemi strachami mła Was nie zadręczała ale ulgą się z Wami podzieli, poczucie ulgi to świetna sprawa.
Niestety wraz z poczuciem ulgi mła uświadomiła sobie jak cholernie jest zmęczona. No niby z górki, papiery poukładane, sprawy które na nią spadły niespodziewanie zostały uregulowane i jak to określa Pan Dzidzio - " Życie zostało wzięte za twarz" ( mła się uważa za osobę miłą i spolegliwą, takowe opinie że ona to tak z buta i o drzwi zawsze ją mocno dziwią ) ale mła nadal w młynie, domyka gdzie trzeba i pilnuje coby diabeł nie wynalazł sobie szczegółów do zasiedzenia. Mła jest tym wszystkim po prostu zmęczona i mła marzy żeby gdzieś wyjechać, niekoniecznie daleko ale tak "oderwawczo", coby jej psyche nadwyrężona choróbskiem Tatusia, odejściem ukochanego Samego Zła, robotą za którą nie przepada, wzięła i odpoczęła. Mła postanowiła połączyć przyjemne z przyjemnie pożytecznym i planuje w przyszły weekend króciutki wypoczynek na Dolnym Śląsku i przywiezienie Mrutka. Jak już koci nastolatek będzie w domu i zwabione dziewczynki zaczną ponownie z mła mieszkać a nie pojawiać się tylko w godzinach posiłkowych, mła się weźmie w końcu za mebelki kuchenne. Za Mrutka wezmą się dziewczynki, troszkę poskubią a potem rozbestwią jako rodzynka męskiego w tym żeńskim gronie. A co do mebelków to oprócz Mamelona w roli eksperta meblowego wystąpi sister średnia czyli Magdzioł, która obiecała częściej ruszać tyłek z domowych pieleszy ( siostrzeńce są w wieku szkolnym średnio zaawansowanym - jest szansa że nie spalą chałupy doglądani przez Tatusia ) i pojawiać się u swoich ódzkich sisters. W sobotę pomysł meblowy będzie konsultowała Cio Mary, świeżo zjechana z urlaubu. Jak widzicie są gryplany i to takie "z rozpiską", mła się zaraz trzy razy okręci z lewa na prawo a potem na odwrót, coby nie zapeszyć.
A co w ogrodzie? Mła w drodze do obowiązków kupiła małe czosnki, znaczy czosnki główkowate, bo mła się od nich uzależniła. Tak pięknie wyglądają w lipcu na rabacie z kwitnącymi lawendami że mła sobie nie wyobraża że czosnków miałoby być tylko tyle ile było ich w tym roku. Stanowczo za mało, czosnki prosimy na plan! Oprócz cebulek czosnków główkowatych mła kupiła cebulki czosnku wąskolistnego Allium amplectens pochodzącego z Hameryki a konkretnie to z terenów Kolumbii Brytyjskiej, Oregonu, stanu Waszyngton i Kalifornii, gdzie rośnie w lasach. Ponoć lubi gleby gliniaste ale cóś mła się zdaje że nie o ciężką, prawdziwą glinę tu chodzi a raczej o lżejsze gleby powstające z wietrzenia skał. Mła zrobiła podstawowy wyczytek i uzyskała info że gleby na jakich w naturze rośnie ten gatunek czosnku mają wysoką zawartość żelaza i niską zawartość organiczną. Ponadto występuje w nich niski stosunek wapnia do magnezu i brakuje wielu niezbędnych składników odżywczych, takich jak azot, fosfor i potas. Hym... znaczy u mła zostaną te nowości posadzone w piochu czyli na Suchej - Żwirowej, zobaczymy jak się mła te Hamerykany udadzą. Zdjęcie na kapersie sugeruje że mła zakupiła odmianę 'Graceful Beauty' ale może się okazać że czosnki zakwitną w kolorze jasnego różu, jak większość kwiatów "czystego gatunku". Ten czosnek osiąga wysokość 30 - 40 cm, kwitnie w maju - czerwcu. Zatem wygląda na to że trafi z kwitnieniem na czas irysowy. Bardzo dobrze bo dużym irysowym kwiatom przyda się bardziej delikatne kwietne towarzystwo.
Oprócz ogrodowych zakupów to mła się udała relaksująco "na wystawki" i "straciła" zawrotną sumę 20 złociszy. Kupiła radośnie rzeczy niepotrzebne a cieszące typu obabrazek haftowany, małe foremki do garaletek czy dzbanuszki do śmietanki. Mła śmietanki do kawy czy do lapsangów shoushengów ( popijanie tych herbatek przez młą napawa grozą i obrzydzeniem wszystkich jej bliskich ) używa sporadycznie, jak ją naprawdę najdzie czyli raz na parę miesięcy - dzbanuszki mają szansę robić za wazoniki albo insze ozdóbstwa a nie za to czym naprawdę są. Mamelon oglądając moje zakupy pokiwała głową i wymruczała że już wie dlaczego moje kuchenne mebelki muszą być głębokie, takie w starym stajlu. Dałam odpór, znaczy gapiłam się wyzywająco na słusznych rozmiarów gablotę z kuchennymi statkami, którą Mamelon przywlokła aż z Poddębic i pieczołowicie odnawiała, co proste nie było. Taa... królowa waz, sosjerek i mleczników gablotę uskuteczniła a moje dzbanuszki do śmietanki i foremki to niby szafeczki odpowiedniej na się nie potrzebują?! A foremusie do ciasteczek, a wałeczki ciasteczka wyciskiem zdobiące, a piciumki różniste o których najstarsi kuchenni nie są w stanie powiedzieć do czegóż to mogło służyć ( he,he, he, tzw. rolki pod profiterolki które wypieka się bez rolek )? Mła jest potrzebowska na szafeczki przepastne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
