środa, 18 września 2019

Małe Mòrze i okolica - kaszëbsczé klimaty


Jest takie miejsce w Polsce nad Bałtykiem gdzie  morze nosi inną nazwę  niż ta którą możemy wyczytać  na Google Map w polskojęzycznej  wersji.  Od  Borów Tucholskich aż po  Mierzeję  Helską  mieszkają Kaszëbe zwani z polska  Kaszubami.  W ich krainie to  Mòrze Bałtyccie vel Bôłt uderza  falami o  wybrzeże. Jak to mówi stare kaszubskie przysłowie "Chto kaszëbskô mòwa znaje, ten może jachac we wszetcze kraje" ( wg. Tatusia znaczy wg. tego co twierdzi Tatk głównie dlatego że  w kaszubskim są takie słowa bene i rut ).  No może w prawie wszystkie bo w głębi kraju nazywanego  Polską ten język jakby nie było słowiański, budzi zdziwienie.  Spór o to  czy to dialekt czy język trwa, mła sobie  pomyśliwa  że  to chyba jednak  język bo za dużo w nim odrębności -  wspólny przodek języka kaszubskiego i polskiego zaniknął dawno, dawno temu ( w kaszubskim zachowało się  wiele  starosłowiańskich wyrazów  po których w dzisiejszej  polszczyźnie śladu niemal  nie ma ) , historia kształtowała oba te języki w inny sposób i dziś zanikająca kaszubska  mowa wydaje się ludziom z innych  regionów kraju tak egzotyczna  jak narzecza  plemion zamieszkujących   dorzecze Amazonii. Ostatnimi czasy podjęto mnóstwo działań coby nam kaszubski  nie zaniknął kumpletnie ale nie wiem czy możliwe jest uratowanie języka tak niewielkiej  liczebnie  grupy etnicznej. "Be nie zabëc mòwe starków" uczy się podstaw kaszubskiego w szkole ale w domach coraz  rzadziej  mówi się po kaszubsku a to oznacza jedno - język staje  się martwy. Na północnych  terenach Kaszub język nadal w użyciu, choć już nie tak powszechnie  jak to mła  pamięta z czasów dawniejszych.  W  tych północnych rejonach wytworzył się dialekt języka  kaszubskiego, mieszkańcy Pucka i Helu zdaniem Kaszubów z Kartuz  i Kościerzyny "byloczą" czyli kaleczą porządny kaszubski.  Oczywiście  Bëloce mają inne zdanie na ten  temat, to w ich odmianie kaszubszczyzny  zachowało się najwięcej dawnych starosłowiańskich wyrażeń. He, he, he, wiadomo to më jesmë Kaszëbë, a nie ci tam z południa.





Mła ma wielki sentyment  do języka kaszubskiego choć nie jest  Kaszubką, mła wzrastała w kaszubskim  miasteczku, które w czasach  jej dzieciństwa  bardziej  przypominało wieś  niż cóś  miastowego. Mła od  kiedy pamięta otoczona była tym językiem jak wyściółką gniazda, nawet do łba jej  nie przyszło że nie jest to jej  język ojczysty ( no  bo  po prawdzie to był jej  język małoojczyźniany ). Kiedy dziś  mła podróżuje  znaczy po  kaszubsku jest wyjechana do domu Tatusia  i Magdzioła to przenosi się w czasie. Zamienia się troszki  ( na szczęście tylko  troszki )  w tę wersję siebie która dopiero co  osiągnęła szczyty ucywilizowania czyli przestała korzystać z  nocnika  ( "Topek wég!" ) i pełna nadziei oczekiwała kiedy przestanie być z niej taki mãlinczi dzieck i zamiast grube  bukse  będzie mogła  nosić białcze bùte na hawsãce, cycénhalter, niebieszci  pùluweter,  no i perugé rzecz jasna. Ha, mła zamierzała  nawet nosić bryle i palić cigarety, tak  jak  jej Mama. W oczekiwaniu na dorosłość mła przechodziła  tzw.  okres  kubistyczny  i używała środków zastępczych - klocki z literkami robiły za obcasy, a klocki do układania obrazków robiły za  biust.  Mła mogłaby być w tamtym czasie obiektem  badań dla zafascynowanych  kubizmem, tyle w niej było sześciennych części  niezbędnych do  bycia damą.  Za  papieros robiła nadgryziona słomka  do napojów a za bryle  stara  oprawka  do okularów plażowych ( drzewiej na plaży wypadało pokazać  się w okularach "słonecznych", no i odsłonić od czasu do czasu maquillage ). Ech... słodki czas dzieciństwa. W onym czasie mła  uciekała z domu na  takie łąki jak te  z fotek ilustrujących dzisiejszy wpis i obserwowała jak zmieniają się ich  kolory  wraz z wędrówką chmur po niebie.  W trzech językach wówczas myślała  o tych przedziwnych  jej zdaniem zmianach, zupełnie  szczerzepolsko niepatriotycznie te   myśli były  formowane w języku kaszubskim, niemieckim, polskim. Ponoć wpływ  języka na sposób  percepcji świata jest większy  niż to się nam  wydawało, ciekawe co mła się wówczas w główce poprzestawiało?





Kaszubski dla  mła to przede wszystkim język mówiony, nie bije  jej  szybciej serce   kiedy widzi dwujęzyczne tablice w okolicach Trójmiasta. Może to dlatego że wszyscy którzy za czasów  młodości mła  pisali  po kaszubsku posługiwali się szwabachą. Szczerze pisząc  mła nie bardzo  wie dlaczego, przeca przed II Wojną  Światową to nie były  Preußen czyli  Niemcy, Kaszuby w swej dużej części należały do  Polski a ci piszący szwabachą  uczyli  się w polskich szkołach. Dziś mła nie wzruszają tablice zapisane  łacińskim krojem  liter, dopiero  zasłyszane słowa mile  ją nastrajają. Miękka,  bełkotliwa mowa jej dobrze robi  na uszy a zaraz potem na serducho. Język zapisywany  ma mnóstwo znaków  diakrytycznych, język  mówiony pieści melodią  akcentu, żadnego wysiłku  mła  nie czuje obcując z mówioną wersją.  Widzieć wyraz mòrze a słyszeć cóś jak  młerze to jednak  duża różnica. Mła sama  nie potrafi po kaszubsku  gadãc  flôt ale cóś tam zawsze z siebie wyduka a słuchać lubi, w końcu to język  jej dzieciństwa ( "Trina pulésa!" - a ja dzielnie schowana za krzakiem porzeczki udaję że nie słyszę i  że to nie mnie każą  przyjść ). A pisze mi się z błędami i ciężko  to  idzie, za czasów szkolnych  mła języka  kaszubskiego nie uczono w szkole. To "zepsuta polszczyzna" była.  Tak jak  nie wspominano że zanim doszło do "Nie ma Kaszëb bez Polonii, a bez Kaszëb Polśczi" to Kaszubi zastanawiali się nad niepodległością własnego regionu. Nie na bazie  i nie po linii to było, w szkolnej wersji  historii uczonej w czasie  młodości  mła to działacze kaszubscy od samej  kołyski pałali  miłością  do cycka macierzystej Polski. Pewnie w dzisiejszej szkolnej wersji nadal pałają, he, he, he.  Taa... ustrój się zmienił, wolność  Panie tego, a  opowieści tej samej treści  w szkołach się zapodaje.  Na Śląsku zdążyła się  już nawet wytworzyć alergia na radosną  twórczość autorów "historycznych czytanek", kto wie  czy nie wytworzy się i na Kaszubach?





Bo na Śląsku i  Kaszubach historia toczyła inaczej swoje  koło niż na  Kielecczyźnie,  Małopolsce czy Mazowszu i stworzyła inną pamięć  historyczną o czym mam wrażenie bardzo chce się zapomnieć a już w  MEN to najlepiej na totalną amnezję mają ochotę zapaść. Zamknę oczy  i nie będzie problemu, takie dziecinne gierki się uprawia.  A potem zadziwko bo okazuje się że nie wszyscy  identyfikują się z cinżko wypracowanym szablonem bogoojczyźnianym i szczerzepolskim. No bo jak tu pogodzić "dziadka z Wermachtu" z mitologią  Powstania Warszawskiego? Sama pamiętam takich co to "za Niemca" w  Kriegsmarine pływali i nawet nie myśleli coby do lasu  uciekać  bo w lesie tyż nikogo nie było. Na Kaszubach nie było okupacji takiej  jak  w GG, za to zbrodnie jakich  tutaj dokonywano od pierwszych dni II Wojny  Światowej ( tzw.  krwawa  jesień, czas od października 1939  do stycznia 1940 ) były nieporównywalne rozmiarem ze zbrodniami dokonywanymi w innych częściach  Polski ( na Pomorzu zabito w tym czasie 30 000 osób, w Wielkopolsce 10 000, na  Śląsku 1500 a na północnym Mazowszu 1000 ).  W Polsce dopiero niedawno zaczęło  być głośno o Piaśnicy ale nazwa Szpęgawsk mało komu co mówi. Centralistyczna  narracja obecna w podręcznikach  historii zakłamuje obraz, GG to wycinek Polski a nie jej całość. Na terenach polskich zaanektowanych przez Niemcy było po prostu inaczej a twierdzenie że to co się działo  w GG jest reprezentatywne  dla całego kraju  jest łgarstwem, niczym innym. Gryf Pomorski, organizacja konspiracyjna na Pomorzu liczyła około 18 000  członków,  nigdy nie weszła w struktury Polskiego Państwa Podziemnego, choć deklarowano podporządkowanie się Rządowi Londyńskiemu. To było i tak dużo ludzi zważywszy na to że działali w morzu niemczyzny ( tereny pozaborowe ) i że znali skalę przemocy jakiej  mogą dopuścić się hitlerowskie  Niemcy. Po wojnie Kaszubi byli traktowani jak Niemcy - gwałty dokonywane przez sołdatów, szabrownictwo, morderstwa. Część Kaszubów zwanych Słowińcami po prostu przestała istnieć, ostatni opuścili dawne siedziby w latach 70 XX wieku i wyemigrowali do Niemiec. Kaszubi się trzymają, nie podzielili losu Mazurów ale polityka historyczna uprawiana w Warszawie jest po prostu głupia i  nie sprzyja wzmocnieniu więzi  narodowych. Język kaszubski  może i  zanikać ale poczucie  odrębności nie maleje.




Mła tak sobie  myślała o tych  wszystkich zawiłościach stosunków  kaszubsko  - polskocentralnych spacerując odprężająco  po ścieżkach biegnących kole  Zatoki Puckiej, zwanej  Pucyfikiem a przez  miejscowych Małym  Mòrzem ( w odróżnieniu  od  Wieldziego Mòrza czyli otwartego  Bałtyku ). Wgapiawszy się jakie ptoci latają ( sporo tego, niektóre  gatunki zamiast odlatywać najwyraźniej  decydują się na zimowanie ), jakie krzewy  bogate  w owocki porastają ( brombole czy jeżyny zachęcająco czernią  się  lub siwieją na krzakach ). Pogoda co prawda była różna, czyli jak to mawia  Magdzioł indyjska - czasem słońce, czasem deszcz. Jednak mła jest zaprawiona w bojach i czy jest snaźi czy scziża pògoda to jej jest wsio ribka - ona po prostu lubi się odstresować spacerując. A miała się po czym  odstresowywać bo martwiła się o zdrowie swojego własnego krnąbrnego  Tatusia




Duża woda zawsze działała na mła uspokajająco, a wody zatoki które rzadko są wzburzone mają dla niej super relaksujące działanie. Mła się wgapia w odbicie  nieba w  wodzie i od razu jest jej jakby lepiej.  Przypomina sobie  że tu gdzie   pomiędzy Helem a Pùckiem w  wodach zatoki skryte jest  miasto Wineta ( hym... wcale  nie u  ujścia  Odry na wyspie Wolin gdzie to umieszczają ten legendarny gród dzisiejsi  historycy, co  zresztą wiąże  się z tym  że termin Cassubia był bardziej  terytorialnie pojemny niż to się "słabo uhistorycznionym"  wydaje). A może to nie  Wineta, może to inne zatopione miasto o którym przetrwała pamięć wśród mieszkających na w okolicy  świeżej zatoki ( Półwysep  Helski czyli Hélskô Sztremlëzna to niedawna sprawa, wytworzył się jakieś 5700 - 5500 lat temu a około 1000 lat wstecz ukształtował się jego właściwy charakter - jednak morze na tyle często przerywało jego ciągłość że być może dlatego  utrwalił się tak  dobrze obraz wysp ). Tak po prawdzie to chyba najbliżej realu jest opowieść o znajdującym się pod  wodą Starym Helu. Tuż przed II Wojną Światową podczas prac mających podwyższyć obronność Helu jak donosiła "Gazeta Gdyńska" - " w odległości kilkuset metrów od portu rybackiego, natrafiono na ruiny – fundamenta i szczątki świątyni helskiej". Wezwano nawet archeologów z Torunia ale skończyło się na niczym bo trza się było szybko zbroić i badania zarzucono. Potem była wojna a po niej  było "zwiększone znaczenie  dla obronności kraju" i zero możliwości  pojawienia się naukowców  chcących  grzebać w ziemi czy  morzu. A ze  Starym  Helem  to było tak  że  pierwsze wzmianki o osadzie sięgają IX wieku.  Rozkwit  Starego Helu wiąże się  z postacią księcia pomorskiego Świętopełka II. Na początku XIV wieku gród podporządkowali sobie Krzyżacy. Póki w na wodach wokół Starego  Helu były  ławice śledzi  to miasto kwitło.  To nie była już jakaś tam osada to było miasto które rywalizowało z Gdańskiem.  W XIV wieku było bazą wypadową  floty  krzyżackiej która usiłowała rozgromić piratów i kaprów na  Bałtyku ( he, he, he, a mieszkańcy Helu całkiem dobrze się z piratami i kaprami dogadywali ).  W  XV wieku  miało ratusz z mechanicznym zegarem (  nawet ówczesny  Gdańsk  takowego nie miał ), warsztaty szkutnicze, tawerny, łaźnie i aż 9 winiarni. Niestety miało też wiklerz czyli zbiór restrykcyjnych praw - mieszkańcy Starego Helu nie mogli  trzymać w obejściu zwierząt hodowlanych, korzystać z usług pań sprzedajnych pod  karą grzywny,  mieszkanki nie mogły  do woli pofolgować językom pod  groźną kary spaceru wokół  rynku z kamieniem przywiązanym  do szyi, że o takiej niedogodności  jak zakaz wyrzucania  rybich łbów bezpośrednio na ulicę ledwie napomknę. Ponoć  na początku XVIII wieku, w dniu Zielonych  Świątek  rozpętał się sztorm i pochłonął śledziową potęgę wraz z mechanicznym zegarem i  zakazami  z wiklerza.





Prawda o zatopionym Starym  Helu jest mniej  burzliwa, sztormu pochłaniającego  nie było. Miasto upadło  bo śledzie się wyniosły.  Ot, cała  tajemnica.  Nawet masowe przejście na luteranizm i powierzenie figury Matki  Boskiej falom zatoki  nie pomogło.  Śledzie  nie wróciły! Już  od końca  XV wieku ławice zaczęły się przemieszczać w insze rejony  Bałtyku.  W XVI wieku  Gdańsk rósł w siłę a Stary Hel  biedniał. Gdańszczanie zaczęli  kupować  usługi rybaków ze  Starego  Helu i narzucać  wyśrubowane limity dostaw.  Jakby mało  było nieszczęść  w roku 1572 podupadający Stary  Hel strawił wielki pożar. Coraz więcej  mieszkańców  Starego  Helu przenosiło się do Helu nowego, gdzie prawo nie było aż tak restrykcyjne a możliwość  jako takiego życia wydawała się lepsza  niż to co  oferowało stare  miasto. A Stary  Hel zamieniał się w ruinę pochłanianą przez morze ( szacuje  się że zabrało około 200 - 250 metrów  terenu i to nie były metry kwadratowe ). W początku XVIII stulecia miasto Stary  Hel to właściwie były ruiny wystające z Bałtyku, żadnego wielkiego sztormu  nie było trzeba żeby morze z czasem pochłonęło te pozostałości po mieście.




Nad  Bałtykiem  zresztą to zwyczajna sprawa.  Po drugiej stronie zatoki, w Pucku, jest miejsce zwane Zatopionym Portem. Leży niedaleko miejsca  po nieistniejącym zamku  krzyżackim.  Z zamku zostały resztki resztek czyli   wały ziemne a z portu zamulona dziura w wodach zatoki w której przed deszczem  lubią masowo  pokazywać się  meduzy. Małe  Mòrze potrafi być  równie pochłaniające  jak to Wieldzie.  Lepiej o tym pamiętać w czasie  gdy  klimat na ziemi robi się cieplejszy. "Ò nasze mòrze, të jes nóm chëczą" może zrobić się prawdziwe  do bólu, kto wie czy stocznia w Radomiu to  nie smętna  przyszłość?



poniedziałek, 16 września 2019

Upside down czyli się porobiło!



Jak już człowiek sobie uplanuje to zawsze musi  się człowieku pogmatwać.  No wiecie - co się polepszy to się popieprzy. Z Tatusiem nie odbyło się  bez akcji - komplikacji,  jak człowiek głęboko odetchnie  to okazuje  się że ten pełen  ulgi wydech to tak przed nabraniem powietrza.  Takie  jest życie, jak mawia  Tatuś. Znaczy trzeba brać na klatę, alleluja i  do przodu.  W  związku z zawirowaniami  mła rzuciło w inszą czasoprzestrzeń, insze miejsce, inszy czas a właściwie inaczej mijający ( wiecie jak to jest - czas kłopotów się dłuży a czas luziku i rozrywki biegnie jak oszalały ).  Mła jest znaczy  odklejona od swojej codzienności i to w taki nieprzyjemny sposób. Jednak powinna się cieszyć ( ale bardzo cichutko, coby  nie zapeszyć ) bo wyraźnie idzie ku  lepszemu  - Ociec zażądali maszynki do golenia, gazety do  wyczytków  i zaczęli  kląć  na polityków i stwierdzili ze rehabilitantka to niezła sztuka co zwiastuje powrót do normalności.  Z tego postawienia  na głowie zwyczajności naszej powszedniej mła przybyło  całkiem nowe pasemko  siwizny,  hym...  taki poprzejściowy baleyage się mła na głowie zrobił.  Mam nadzieję że nas nie popieści doświadczeniami bo jako prawdziwa  platynowa blendynka  wyglądałabym jeszcze paskudniej niż ma to miejsce teraz.  Siwy  blend  na  łbie po całości to nie  jest to o czym  mła marzy.




W ogrodzie  już nie tylko dopieszczanym z doskoku ale  z doskoku widywanym robi się prawdziwie jesiennie.  Głównie za sprawą kwitnących rozchodników i  marcinków.  Troszki  gorzej idzie trawskom, jakoś nie widać baziek na  moich rozplenicach, nie wiem czy to nie sprawka  letniej suszy ten brak kłosów.   Z drugiej strony przeca moliniom i prosom  nie zaszkodziło to dlaczego miałoby zaszkodzić rozplenicom? Czyżby  były  bardziej  wymagające i do kłoszenia potrzebowały lepszych warunków  uprawy? Hym... mła  się zawsze wydawało  że to trawa z tych  hardcorowych a tu się okazuje że jednak wylazł z kęp ten delikutasizm który nie pozwala  wielu roślinom  pochodzącym z japońskich wysp naprawdę bezproblemowo  rosnąć w  naszych warunkach. No cóż, rozplenice nawet kiedy  się nie kłoszą to jednak są widowiskowe bo  kępy mają odpowiednie rozmiary, pozostaje  mi cieszyć  się tym co jest. W Alcatrazie jesień mniej spektakularna, to jeszcze nie jest  czas przebarwień liści. Nie kwitną sterane upałami  świecznice, resztki  liści funkii nie prezentują się dobrze ( o olśnieniach mowy  nie ma ), paprocie wyglądają średnio. Nielicznie pojawiające się kwiatki cyklamenów  jesiennych  jakoś nie są w stanie zrekompensować tych poupałowych braków w "uzielenieniu" ogrodu. Cóż, zieleń wrześniowa tegoroczna w Alcatrazie prezentuje się mniej  niż   średnio.




No to  tyle po porannym obchodzie ogrodu wykonanym w stroju porannym jesiennym ( tzw.  grube  buby zostały wciągnięte na  grzbiet, człowiek przyzwyczaił się do nietypowej dla naszego  klimatu ciepłej aury i bubowanie traktuje jako coś niezwykłego ). Pozaogrodowo to dzieje się tak  - dziefczynki wyczuły  że mła dużą część czasu spędzała w towarzystwie małych kotków ( trzymiesięcznych kocich dzieci  Dżizaasa -  Tytuska zwanego a racji przylepności  Małą Kurewką i Wasylka zwanego z racji skrytego  usposobienia  Cichociemnym ) i okazały zazdrość - było fumkanie i lekkie podgryzanie. Odpocznę i pomrutkuje  po  Mrutka, więc  pewnie  fumkanie będzie większe a podgryzanie zmieni się na mocniejsze. Na wszelki wypadek dopieszczam ze wszelkich sił, starając się ograniczyć skutki fali kociej zazdrości. Od tego dopieszczania to mła niedługo ręce chyba odpadną, bo mła teraz  głaszcze i szczypie w tyłek i drapie za uszami nawet podczas posiłków ( przerwanie karesów podczas posiłku skutkuje natychmiastowym zwróceniem uwagi miaukami pełnymi pretensji a Sztaflik  bezczelnie podgryza ). Małgoś - Sąsiadka również wymaga dopieszczania, dziś rano  pokrzyczałam na nią w ramach walki z cukrzycą. Chyba od razu jej spadł poziom mocznika  i kreatyniny we krwi z tego krzyczenia ( darłam  gębę  tak głośno że   Ciotka  Elka zeszła z górki ) bo wyciągnęłam z pamięci  całą grozę szpitalną jaką pamiętam z  nefrologii. 

Były opowieści o poddrożności, płukaniach, procedura CADO została starannie opisana,  potem było o hemodializie i  Małgoś wyciągnęła wreszcie,  niechętnie co prawda,   pochowane w zakamarkach przed okiem mła zakazane dobroci. Skonfiskowałam te masy ciasteczek "co to  nie szkodzą", batonów "co prawie cukru nie mają"  i czekoladek  a na odchodnym ponownie ujadziłam że umiera to się w maju kiedy kwiatki pogrzebowe są tanie a nie w sezonie jesienno - zimowym kiedy koszty pogrzebu robią się wysokie ( w maju się nie umiera  bo nie wypada tak przed sezonem urlopowym schodzić ).  Hym... chyba jest  OK bo  Małgoś postanowiła  nie czaić się z umieraniem tylko zakupić wreszcie  opał na zimę. Całą zimę! Taa... mła ma naprawdę wprawę w ryczeniu stawiającym chorych na  nogi - Tatuś,  Małgoś, krótka rozmówka z  Włodzimierzem, normalnie  robi się ze mła  drugi Kaszpirowski. Co prawda  mła wolałaby się teraz bawić w  stolarza renowatora a nie w uzdrowicielkę ale na kobietę głosem leczącą jest większe zapotrzebowanie.


No nie można mieć wszystkiego, mła  się cieszy z tego że powolutku idzie  do przodu, że Straszliwe Zagrożenie Zdrowia  Tatusia udało się przekształcić w zwykłą rekonwalescencję (  o ile planowanie następnych  operacji  - nowa zabawa Tatusia - można uznać za normalny  objaw zdrowienia ), z tego że koty  Dżizassa po kocięcych chorobach  mają się coraz lepiej, że  Mrutek przyjedzie do dziefczynków, że  Małgoś się  "pokajała i naprawiła".  No i że  mła troszki czasu dla siebie może wykukać  od  życia  bo mła ma do przeczytania dwie prezentowe pozycje i zęby sobie ostrzy.  Mła by cóś jeszcze obejrzała ( ostatnio tłukła drugi sezon "Mindhunter", któren  to serial  jej się podobie bo ona lubi  takie  klimaty ). Po nowym  filmie Jarmuscha mła się wzięła  i rozochociła też na  "filmy jednoczęściowe"  ( choć  krytycy psioczą na ten Jarmuschowy film ale jak  wiadomo "Eunuch i krytyk  z jednej są parafii - obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi." ). No mła się zaczyna  chcieć  chcieć!



P.S. Mamelon  i Jądrzej widzieli niedaleko nas  lisy, muszę poważnie pomyśleć o zabezpieczeniu  kotów, Matka  Natura jest suką i nie ma co  liczyć na taryfę ulgową z jej  strony. Lis drapieżnik od  kociambrów  większy i nie mają one specjalnie szansy na wygraną w starciu z tym  gatunkiem.  Hym...lisy zdaje się  zaakceptowały miejska dżunglę, następne  po dzikach zwierzaki które odnajdują się w mieście. Lis  Cywilizalis,  Witalis przy takim wysiada! Na zdjątkach powyżej siostrzane  duo na tle poduszek edukacyjnych.

piątek, 6 września 2019

Codziennik - pełen ulgi zmęczalnik



Ostatnimi czasy miałam mocno  pod  górkę.  Nie tyle fizycznie co nerwowo mła się zużyła.  Tatuś mła dał popalić familii, nie z premedytacją i złośliwie jak przystało na porządnego starszego pana  ( Tatuś mła nie kwalifikuje  się na staruszka  mimo swojego  wieku, to tzw. całkiem inne  zjawisko ) a tak  mimochodem, z odpuszczenia sobie i lekceważenia zbiorowego córczynego ględzenia na temat wizyt u lekarza. Skończyło się gmyractwem  chirurgów w Tatusiu i naszymi  nerwami. Na szczęście  Tatusiowi się udało, co miał przebrnąć przebrnął i mła  na własne  uszy słyszała jak  wykłócał się z pielęgniarką ( znaczy ma się świetnie - biedny ten personel dbający o Tatusia ). Mła po troszku zaczęło  odpuszczać to co ją od paru miesięcy niepokoiło "z tyłu głowy" ( no wiecie -  niby wszystko wiadomo, niby procedury znane a  ten cholerny strach  gdzieś pod spodem w człowieku cały czas  jest i nie znika ). Sorry za takie wywnętrzanie się do bólu ale wydobycie tego niepokoju dręczącego mła przez ostatnie miesiące ma dla niej wartość terapeutyczną - mła się wywnętrzyła i jest jej lepiej. Wystarczy że  Felicjan wyciął  mła  numer, Tatusiowi na to  mła nie pozwoli! Choróbstwem  Tatusia  i swojemi strachami mła Was nie zadręczała ale ulgą się z Wami podzieli, poczucie  ulgi to świetna sprawa.



Niestety wraz z poczuciem ulgi mła  uświadomiła sobie jak  cholernie jest zmęczona.  No  niby z górki,  papiery poukładane, sprawy które na nią spadły niespodziewanie zostały uregulowane i  jak to  określa Pan Dzidzio  - " Życie zostało wzięte za twarz" (  mła się uważa za osobę miłą  i spolegliwą, takowe opinie  że ona to tak z buta i o  drzwi zawsze ją mocno dziwią ) ale mła nadal w młynie, domyka gdzie  trzeba i pilnuje coby diabeł nie wynalazł sobie szczegółów  do zasiedzenia. Mła  jest tym wszystkim po prostu zmęczona i mła  marzy żeby  gdzieś  wyjechać, niekoniecznie daleko ale tak "oderwawczo", coby jej psyche nadwyrężona  choróbskiem  Tatusia, odejściem ukochanego Samego Zła, robotą  za którą  nie przepada, wzięła  i  odpoczęła. Mła postanowiła połączyć przyjemne z przyjemnie pożytecznym i planuje w przyszły  weekend  króciutki wypoczynek na Dolnym  Śląsku i przywiezienie  Mrutka.  Jak już koci nastolatek  będzie w domu i zwabione dziewczynki zaczną ponownie z mła  mieszkać a nie pojawiać się  tylko w godzinach  posiłkowych, mła się weźmie w końcu za mebelki kuchenne.  Za  Mrutka wezmą się dziewczynki, troszkę poskubią a potem rozbestwią  jako rodzynka męskiego w tym żeńskim gronie. A co  do mebelków to  oprócz Mamelona w roli eksperta meblowego wystąpi sister średnia czyli  Magdzioł, która obiecała częściej ruszać  tyłek z domowych pieleszy ( siostrzeńce są w  wieku szkolnym  średnio zaawansowanym - jest szansa  że nie spalą chałupy doglądani przez  Tatusia ) i pojawiać się u swoich ódzkich sisters. W sobotę pomysł meblowy będzie konsultowała Cio Mary, świeżo zjechana z urlaubu. Jak widzicie są gryplany i to takie "z rozpiską", mła się zaraz  trzy razy okręci z lewa na prawo a potem na  odwrót, coby  nie zapeszyć.

A co w ogrodzie?  Mła  w drodze do  obowiązków kupiła małe czosnki, znaczy czosnki główkowate,  bo mła się od nich  uzależniła.  Tak pięknie wyglądają w lipcu na rabacie  z kwitnącymi lawendami że mła sobie nie wyobraża  że  czosnków miałoby być  tylko tyle ile było ich w tym roku.  Stanowczo za mało, czosnki prosimy na plan! Oprócz cebulek czosnków główkowatych mła kupiła cebulki czosnku wąskolistnego Allium amplectens pochodzącego z Hameryki a konkretnie to z terenów Kolumbii Brytyjskiej, Oregonu, stanu Waszyngton i Kalifornii, gdzie rośnie w lasach. Ponoć lubi gleby gliniaste ale cóś mła się zdaje że nie o ciężką, prawdziwą glinę tu chodzi a raczej o lżejsze gleby powstające z wietrzenia skał. Mła zrobiła podstawowy wyczytek i uzyskała info że gleby na jakich w naturze rośnie ten gatunek czosnku mają wysoką zawartość żelaza i niską zawartość organiczną. Ponadto występuje w nich niski stosunek wapnia do magnezu i brakuje wielu niezbędnych składników odżywczych, takich jak azot, fosfor i potas. Hym... znaczy u mła zostaną te  nowości posadzone w piochu czyli na Suchej - Żwirowej, zobaczymy jak się mła te Hamerykany udadzą. Zdjęcie na kapersie  sugeruje że mła zakupiła  odmianę 'Graceful  Beauty' ale może  się okazać  że  czosnki zakwitną w  kolorze jasnego różu, jak większość  kwiatów   "czystego gatunku". Ten czosnek  osiąga wysokość  30 - 40 cm, kwitnie w maju - czerwcu. Zatem wygląda na to że trafi  z kwitnieniem na czas irysowy.  Bardzo  dobrze  bo dużym  irysowym kwiatom przyda  się bardziej delikatne kwietne towarzystwo.



Oprócz ogrodowych zakupów to mła się udała relaksująco  "na wystawki" i "straciła" zawrotną sumę 20  złociszy. Kupiła radośnie rzeczy niepotrzebne a cieszące typu obabrazek haftowany, małe  foremki do  garaletek czy dzbanuszki do śmietanki. Mła śmietanki  do kawy czy do lapsangów shoushengów ( popijanie tych herbatek przez młą napawa  grozą i obrzydzeniem wszystkich jej bliskich ) używa sporadycznie, jak ją naprawdę najdzie czyli raz na parę miesięcy - dzbanuszki mają szansę robić za  wazoniki albo insze ozdóbstwa a nie za to czym naprawdę są. Mamelon oglądając  moje zakupy pokiwała  głową i  wymruczała że  już  wie  dlaczego moje kuchenne  mebelki  muszą być głębokie, takie w starym stajlu. Dałam  odpór, znaczy gapiłam się wyzywająco na słusznych rozmiarów gablotę z kuchennymi statkami, którą  Mamelon przywlokła aż z Poddębic   i pieczołowicie  odnawiała, co proste  nie było. Taa... królowa  waz, sosjerek i mleczników gablotę uskuteczniła a moje dzbanuszki do śmietanki i foremki to niby szafeczki odpowiedniej  na się  nie potrzebują?! A foremusie do ciasteczek, a wałeczki ciasteczka wyciskiem zdobiące, a piciumki różniste o których najstarsi kuchenni  nie są w stanie  powiedzieć  do czegóż to  mogło służyć   ( he,he, he, tzw. rolki pod profiterolki które wypieka  się bez rolek )? Mła jest potrzebowska na szafeczki przepastne.