niedziela, 13 października 2019

Babie Lato wymruczane


Na tzw. memłonie  Natury jest pięknie i złoto, w  domu  mrucząco - koegzystencjonalnie a mła   ma  wreszcie  troszki  czasu dla  swojego  ogrodu.  Koty szczęśliwie  zajęte  ukrywaniem   się  przed  sobą, zabawą w napady i tym podobnymi radościami ( Mrutek złapał albo komuś  zabrał swoją pierwszą mysz - odebranie Mrutkowi tego biednego zezwłoka okupione  było  Mrutkową histerią, normalnie przedszkole i "To było moje najmojejsze!" ).  Oczywiście  są  ekscesy bo walka o  "matczyne serce"  mła przeszła  z tej pierwszej,  gorącej  fazy w podstępną  zimną  wojnę psychologiczną. Psychologia  jest wyrafinowana bo niby  nie ma nic  wspólnego  z Mrutkiem ale wymusza się na mła  większe zwracanie uwagi na dziewczynki. Wiedziałam że mistrzynią tak prowadzonej walki będzie Szpagetka, nasz domowy  Machiavelli. Po pierwsze w  ramach protestu wzgardziła zakupioną  dla niej  glukozaminą ( trza dbać  o jej stawy przy tych kontuzjowanych łapkach ) po drugie zastosowała numer z repertuaru  Lalusia - nieznany sprawca  na środku  naszego  najlepszego  pokoju reprezentacyjnego  zwanego Pokojem Cioci Dany i Azy wziął  i zrobił olbrzymią, śmierdzącą  kupę!

Wiem że to  Szpageton  była  wykonawcą  tego dzieła  bo:  Mrutek  z dworu leci  do domu  żeby zaszczycić  kuwetę, numer jest poniżej godności  Sztaflika a  Okularii  nie przyszedłby  do głowy, słodycz  wylewała się  wprost  ze  Szpagetki  uszami - taka przymilność mrucząca to występowała u  niej przed nastaniem  Mrutka, Szpageton zasiadła  na tym  parapecie  którego  nie lubi  po to żeby  był widok na pokój i moją  reakcję na  znalezisko,  jej wzrok który spotkał  się  z moim wzrokiem kiedy  naszłam  kupsko, pełen  był jadowitej satysfakcji a sfrunęła  z tego  parapetu  jak  wróżka  i do  wieczora jej  nie widziałam.  Martwić  się nie martwiłam bo ciepło i wszystkie  koty  siedzą długo na dworze, nawet  Mrutek ( jak przyszedł wczoraj  do  domu to bęcnął w wyrku i spał  jak zabity - musiałam  go śpięcego  podnosić   co bym sama mogła z wyrka skorzystać ).  Dochodzą mnie z Alcatrazu  porykiwania ( Sztaflik ), miauki proszalne ( Mrutek ), jakieś  gonitwy  ciałek  widuje  i to wszystko - normalne  kocie  życie się toczy w ogrodzie. Na  fotce obok Mrutek dogląda marcinków, bardzo  się  nimi  interesuje ( na fotkach poniżej znajdziecie  wyjaśnienie  z czego  się  bierze  jego zainteresowanie ).





Październik  ale wszystko jeszcze funkcjonuje w trybie letnim, pewnie dlatego że  w mieście Odzi bardzo, bardzo  zimnych nocy było  ledwie  dwie  lub trzy. W tym  ciepełku babioletnim wszystko owadzie wylazło  coby  się  na słoneczko i  związane  z nim  dobrutki załapać. Zresztą  nie tylko owadzie, mła też zasuwała jak ten pszczółek  ze szpadlem i sekatorem.  Posadziłam kupione okazyjnie  cebulki  wiosną kwitnące, posadziłam też paprocie choć  wymagało  to  zerwania darni ( czuję że mam  krzyż ). Przede mną  jeszcze wykopanie zaschłego rodka i kombinacja co posadzić na jego miejsce ( cóś  mła mów  że lepiej  tam rodka ponownie  nie sadzić -  w tym roku wypadły dwa na Podskarpku i jakoś nie sądzę żeby odtwarzanie tych nasadzeń było  dobrym pomysłem ). Kupować  niczego  nie  kupię, może przesadzę coś z inszej części ogrodu. Powinna to być  roślina która rośnie  dość  wolno i jest bardziej  rozłożysta niż  wysoka.  Może  kalina  japońska a może  co inszego, szczerze pisząc  świeża sprawa i jakoś  nie mam  pomysła. Ogólnie to  Alcatraz  mła  dobija,  mój ogród  pilnie potrzebuje tzw. chłopa  do roboty. Mła  to się  nawet  chwilami zdaje  że przydałoby się paru chłopów  ale  jak wiadomo  personel pracujący  z  zielenią  winien   być doglądany ( bo może  zrobić  cóś  w brew  a nawet w dwie brwie ) a mła nie  bardzo  widzi  siebie doglądającą więcej  niż jedną  sztukę  chłopa. No  nic, jakoś to będzie.  Dziś  do mła dzwoniła jej  sister średnia i strasznie narzekała że zarósł przydomowy ogródek wielkości 1/10 Alcatrazu,  zdaje  się że mamy rodzinne skłonności  do zapadania na niemoc  ogrodową, he, he, he.





Na szczęście jest jeszcze Sucha  - Żwirowa  i kiedy dobijam  się  stanem  Alcatrazu patrzę  sobie na  moje  Podwórko.  Nie żeby euforia i stany maniakalne ale  troszki lepiej  się mła robi, ona  jeszcze  nie jest taki leń  kumpletny - cóś  tam  się  rusza i robi. Za mało, to mła wie!  Pytanie  tylko  jak z tego za  mało wyleźć?  Dżefa mła sadzi w Alcatrazie ale klimat nie sprzyja bezproblemowemu ich wzrastaniu ( mła  dostała  rachunek  za wodę - nie padła  od niego na serduszko tylko dlatego że latem z konewką zamiast z wężem latała ). Klimat sprzyja  za to takim cholernym  jesionkom czy  nieciekawym  klonom, akurat klony które mła  lubi tak szybko  nie wzrastają. No cóż, trza  się solidnie rozejrzeć  za chłopstwem, które  jeszcze  za granicę  nie uszło a siłą mięśni  i jako takim rozumem dysponuje. Pan Andrzejek   na emeryturkę  dopiero w styczniu - lutym a mła a właściwie to Alcatrazemu trza  chłopa  od  zaraz! Mła  musi  też lepiej  przemyśleć  koncepcję dżefnianych nasadzeń, dotychczasowe  pomysły  mła  "na lasek" niespecjalnie  się  sprawdziły, to jest jej  wina i  nie da się na nikogo owej  winy zwalić. Niestety!






P.S. Zdjątko nr 1  to martwa natura  z  żywym kotem. Hym... tego... Mrutek  zapozował!

piątek, 11 października 2019

Ojej, ojej, już prawie połowa października!

Mój boszsz... już piątek! Przeleciał mła  ten  tydzień jak z bicza  trzasł i  mła  się  teraz  zastanawia  jak  tu  się  udać i gdzie  w poszukiwaniu straconego  czasu. No bo to już  zaraz połowa  października będzie! W  domu  w  kocich sprawach są postępy i podstępy,  Mrutek  zaczął  wyłazić  samodzielnie i zawiązał  koalicję  z  Okularią, czarnule  nadal  nieprzejednane  (  choć  Szpagetka  jak Sztaflik  nie  widzi to nieco  milsza ). Ogrodowo leżę  i kwiczę, znaczy  ogród  widuję  w biegu (  ale  w  weekend  zamierzam  się zebrać  w  sobie i  troszki  go  postraszyć ).  Były  rzecz jasna w  tygodniu jaśniejsze  epizody  typu dłuuuga  rozmowa  z Tatusiem, wybitny  występ kulinarny  Mamelona  z krewetkami w  roli głównej, no i Nobel  Prize dla  Olgi  Tokarczuk (  oczywiście  natychmiast przez politycznych  wszelkich  opcji zawłaszczany  ale  co tam - polityczni  przeminą  a Nobel dla  Tokarczuk  zostanie, kto dziś  pamięta  kto  był ministrem kultury rządu RP w czasie  gdy  Nagrodą  Nobla  byli  wyróżniani  Reymont, Miłosz  czy  Szymborska ).  Po  tym ostatnim  wymienionym  przyjemnym epizodzie mła napuchła z dumy choć  wie  że  prawdziwym  weryfikatorem  wielkości  jest  czas, jednak  dla  niej  tu i teraz  zdobycie tej  nagrody akurat przez tę pisarkę jest po prostu czymś bardzo, bardzo  miłym.  I to wcale nie  dlatego że to  Polka tylko  dlatego że  to dobra pisarka którą  mła  czasem  czytuje ( co prawda  nie jakoś nabożnie i na klęczkach, nie  wszystkie lektury mła darzy upodobaniem  które  każe jej wracać do książki ). To dobra  wiadomość  a ostatnio takich nie było  ( odszedł od  nas Pan  Janeczek i Janusz  Kondratiuk - smutniej  się  zrobiło ).




Polityczni rzecz  jasna  szaleją, nosi ich strasznie  przed  wyborami.  Oczywiście są  ekscesy bo gwiazdy to po prostu bez  ekscesów  nie mogą -  Żywa Legenda Solidarności  puściła bąka  w salonie za nic mając de mortuis aut bene aut nihil ( czym pokazała  jak   blisko  jej  do pewnego posła  z partii obecnie nami zarzundzającej, któren szalał z okazji  pogrzebu  tego  generała  co nam stan  wojenny  zrobił ), Prezes  Narodu usiłował zatorowość  płucną uczynić  narzędziem mordu ale  cóś  szybko  się  zorientował   że przestrzelił ( numer  w stylu płacy minimalnej ) i wrócił  do  obiecywania  wszystkim  wszystkiego  i wymieniania  kogo  nie lubi, była debata  i  chłopi  jeszcze  żyją  dzięki swojemu prezesowi któren  do chłopa w ogóle podobny  nie  jest,  postępowi lewicowi  podstępnie odbierają  elektorat  komu  się  da a Konfederacja  ponoć  istnieje.  Na  razie tych  co chcą  wierzyć  w  dobrobyt powszechny jest  więcej  więc  mam  wrażenie że  będzie  tak  że zawierzający nam wybiorą  władzę.  Jak  to rzekł  swego czasu o zanętach  wyborczych nasz obecny premier  - "Ludzie  są tak głupi, że to działa..." i dopiero  cena miski ryżu ( w  Polszcze to zawsze  była  cena  kaszanki ) zweryfikuje  entuzjazm zawierzających. W  przeciwieństwie do  agencji  ratingowych i ekspertów  BŚ mła podejrzewa   że polska gospodarka tąpnęła około  dwóch lat temu - niedowierzającym polecam przyjrzenie  się  kiedy rzeczone  instytucje  zorientowały  się że w 2008 roku cóś  się będzie złego działo w  USA i jak  szybko dotarło  do  nich  że  Grecja  właśnie  się  wykłada - i że  teraz to  co  widoczne jest  dla  mła i "innych malkontentów" powoli zacznie być  widoczne  dla  inszych z zawierzającymi włącznie . Mła  nie  bardzo martwi spodziewany wynik  wyborów, mła się  bardziej martwi tym  co  każda  nowo  wybrana  władza będzie musiała po  wyborach zrobić  - przejść od obiecanek  do realu zarządzania a tu mamy kolejne oddłużanie szpitali,  urealnienie cen energii (  jak nie pamiętacie to mła  w ogóle przeczuwa  energetyczne bum )  i tym podobne  radości.  Znaczy karnawał  się  skończy i oby się  nie okazało  że  wielki post będzie bardzo  wielkim postem od zaraz  i natentychmiast.




A co w "kurtulatnym życiu" mła? Od  czasu  kiedy Dżizaas bardzo przepraszała rodzinę  i przyjaciół za zaproszenie ich na film pod tytułem "Piłsudski" (  Mamelon jako  jedyna przyzwoita i pełna współczucia wykrztusiła z siebie "Właściwie  to dobrze że przypomniałam  sobie  jak to z  tymi frakcjami PPS było, bo  w szkole  to  mi się zawsze  myliły.", reszta  spuściła  zasłonę  milczenia  na dzieło i potępiająco wgapiała  się  w Dżizaasa ) mła  nie była w kinie a podobno "Joker"  godzien oglądania.  Nic  jednak nie wskazuje  na to żeby mła mogła oddać  się uciechom ducha  bo mła zaplanowała  sobie uciechę ciała i ducha czyli spóźnioną  już i tak solidnie  prackę w ogrodzie ( po której zazwyczaj pada na twarz i jedyne co jest w stanie oglądać  i słyszeć to lgnące  do niej leżącej na wyrku kocie  ciała i słodkie pomruki - mła  po pracy  w ogrodzie odlatuje do  Nibylandii lotem błyskawicy i nawet podobno  chrapie ).  Przed nią  sadzenie kolejnych  cebulek ( przecenili  czosnki białawe Allium christophii i  mła  się nie powstrzymała i zakupiła  cebulki, na  szczęście ledwie trzy bo  tylko  tyle  wygrzebała  z kartonu pełnego cebulkowego dobra ), pożegnanie  z uschłym  rodkiem 'Old  Port', posprzątanie tego kupska  zielonych odrzutów  jakie jej  urosło  na podwórku  po  ostatnim pieleniu   Suchej - Żwirowej.  Zaprawdę powiadam  Wam jest co robić w ogrodzie  i nie czas to na pasienie oczu kurtulą. Może  co  najwyżej mła zrobi dobrze uszom i posłucha  sobie w ciepłe jesienne popołudnie dobrej starej bossanovy.


niedziela, 6 października 2019

A miała być lejna niedziela

W sobotę  wbrew  zapowiedziom było całkiem  całkiem.  Niby  chłodno  bo cóś tak  kole  dziesięciu stopni  na  plusie ale słoneczko  wychodziło, koty  biegali a ja  mogłam nieco poszpadlować  w przerwach pomiędzy doglądaniem  Mrutka.  Nawet  trawki  ja wkopała i poszukała  miejsca  na moje  nowe  lawendki.  Cebulki  co prawda  jeszcze  nie zostały posadzone ale to dlatego że  mam  nowe  koncepcje  cebulkowe.  No i  dokupiłam na pioch troszki nowych  cebulków irysów znaczy  kosaćców  żyłkowanych  ( kosaciec - co za słowo, fuj ).  Konkretnie to odmianę  'Harmony', po taniości i na szczęście że po taniości  bo zakup  był  z łakomstwa.  Ta  odmiana  jakoś u mnie niespecjalnie  się  udaje, szczerze pisząc to  chyba z  wszystkich  wczesnych  irysków  ona  radzi  sobie najgorzej ( mam deja vu, znaczy  pewnie o tym  pisałam ).

Koty nadal  się  docierają, z przerażeniem  widzę że  Mrutek podłapuje  zagrywki  Sztaflika -  zaczął pyskować  podniesionym tonem, to  już nie jest  wysoki słodki  głosik to jest  cóś  pomiędzy  Szaflikowym rozkazywaniem  i pełnym  pretensji  skrzekiem  Szpagetki. Może ja  go rzeczywiście powinnam  trzymać  z dala  od  siostrzyczek? Bo  jak  nie będę  trzymała  to jest  duża  szansa że  różki  na głowie Mrutiego zamienią  się  w łopaty  łosia. Przeca  słyszę pobrzmiewającą Felicjanową nutę w tych  rykach typu - Chcę jeść  surowe  mięcho i co  z tego że  będę  miał  sraczkę! - czy - Nie  mogę oddychać, wypuść  mnie  na dwór!  Jeszcze troszki  to będzie wstawał  jak  każdy  porządny  kot o  drugiej  w nocy  i  występował  z propozycjami nie  do odrzucenia.




A  przy niedzieli  co to  miała  być  lejna  a wcale  nie była mła pracowicie  jak ten  pszczółek  krzątała  się  po podwórku, starając  się  nie patrzeć  na wejście  szopkowe  do Alcatrazu coby  nie kusić niedoświadczonego  Mrutiego.  Na guzik  się to zdało  bo  Mruti  wie  gdzie  stoją  konfitury i  mła  musiała się podzielić na ogrodniczkę i  kociopańcię która  ma oczy na około  głowy.  Mimo  konieczności podzielenia  uwagi i związanej  z tym   mniejszej  wydajności ogrodniczenia, mła udało się  dziś  co nieco  zrobić.  Głównie  mła pracowała gracką, szpadelkiem i sekatorem i powoli podwórkowy   gąszcz staje się  ponownie ogrodem.  W  przyszłym tygodniu  ma być  ciepło i mła zamierza kontynuować i kto  wie, może  przed listopadem jakoś  się podwórkowo  ogarnie.  Z Alcatrazem bardziej  cienko bo i powierzchnia większa i roboty  bardziej  wymagające.  No ale  nie ma  że  nie ma,  mła  się  zaweźmie i zrobi co tam będzie mogła ( nawet jak mało  to zawsze cóś ). Poza tym  mła  ma znów szczwany plan wobec Pana  Andrzejka  któren udaje  się  w styczniu na emeryturę i zaklina  się  publicznie że  wtedy  to  już  kompletnie nic  nie będzie robił tylko pracował w ogródku, drewienko piłował, piwko popijał  a ptoszki będą  mu ćwierkali przeboje Czesia  Niemena. Niestety ponieważ  Pan Andrzejek  jest  z tych  którzy gwóźdź  młotkiem  uderzą  nie  krzywiąc  gwoździa  i nie gubiąc  obucha  młotka,  to  na wspaniały czas  jego  emerytury czekają też inne  harpie (  tylko w naszej  kamienicy ma  trzy  wielbicielki ). Cóś  mła mówi  że  musi zwiększyć  konkurencyjność  oferty ( cholerna  Gienia robi schabowe  jak marzenie ).




Na dzisiejszych zdjątkach - wzbogacony  nowymi łupami zbór strasznych  kotków ( baaardzo kolorowych ), trzy jesienie  ogrodowe a każda inna - trzy  pierwsze fotki  z różanki ( z lekka ogarniętej ), trzy następne z Suchej - Żwirowej i wersja jesieni z Alcatrazu.



piątek, 4 października 2019

Październiczności


No i  zapaździerniczyło! W  tym  roku klonik  japoński 'Aconitifolium' cóś  wcześniej zaczął przebarwianie liści na prawdziwie  ognistą  czerwień.  Cóż,  po  dziwnym lecie  zdziwna  jesień i nie  ma właściwie  czemu  się  dziwić.W  domu jesień  jak zawsze  herbatkowa a w  tym  roku mła  jest szczególnie  mile do herbatki usposobiona  bo ma nowy jesienny  serwis  herbatkowy, którego  zakup bezczelnie  wyżebrała u "swojego faktora".  Garnuszki  są  właśnie  takie  jakie  powinny  być  jesienne garnuszki  herbatkowe.  Olbrzymi  garnek  herbaciany będzie  teraz  robił  za wazonik a herbatkę  będziem  pili " aligancko". Tak  w leśno - polnych  klimatach, jak  mła  lubi.




Mła  w ubiegłym, jeszcze w wrześniowym tygodniu pilnowała "siostrzeńców".  Młodociane  u  Dżizaasa,  Wasyl i  Tytus  po  domowemu  zwani Wasią i Tytim, są  kotami  po przejściach.  Na podwórko kamienicy w której mieszkają Dżizaas i  Jądrzej jakiś ponad  miesiąc  temu przyniosła  je  dzika  kotka.  Dwa spośród  trzech maluchów  były  w dobrym  stanie ale najmniejszy samczyk jak to określiła  Dżizaas "obesrany po  uszy  i ledwie żywy".  Została podjęta  szybka  akcja  ratownicza, małe  rozparcelowano ( dwa  zostały  przy  Dżizaasie, jeden  trafił  do  sąsiadki z   kamienicy z drugiej  strony  ulicy ), kotka  na leczenia  a potem na sterylizację  do lecznicy, Tytus  ostre leczenie  w domu i jakoś  wszyscy  z tego  wyszli żywi, choć  Dżizaas  miała  napady  migren  ze  stresu.  Pierwotnie  Wasię  usiłowano  wcisnąć  do mła ale ona  wiedziała że  tak młody, dziki  kotek może paść  ofiarą paskudyzmu dziewczynek - za  duży  na  maluszka wzbudzającego resztki instynktu macierzyńskiego, za mały żeby  poradzić  sobie z wypasionymi i silnymi dziewczątkami (  Mrutek  miał  problem  a co  dopiero takie  kociątko ).

Poza  tym lepiej  kiedy zwierzę, szczególnie  młodziutkie   ma  w  domu towarzysza ze swojego  gatunku. Z doświadczenia  mła  wynika że stadko  chowa  się  lepiej  niż  jedynaki a w tym  wypadku to kotki  z  tego  samego  miotu, znaczy braciszki.  No i  Dżizaas została   madką wielokotną na pełnym  etacie.  O  dziwo Jądrzej pozazdrościł  i też  chciał  zostać  madkiem bo "alergia  na kocią  sierść to  mu  dawno temu przeszła a w ogóle  to  była  alergia  na roztocza". Taa...  Małe wyleczone, wyedukowane ( kuweta ogarnięta i dobrze  wiedzą  gdzie trzymane  jest żarełko ) i dopieszczone - znaczy  jest  tak  jak powinno  być. Chłopaki  mocno różnią  się  między  sobą -  Waśka czyli Wasyl Bestia  ze  Wschodu jest dużym  kotem o potężnych łapach, cętkach  zamiast pręg i lekko skośnych  oczach ( kocia  fotka nr 1 i  4 to jego portreciki ),  Tytus ( kocia  fotka nr 2 i 5 ) to miniaturek o oczach  jak  groszki, wyłudzający  co  się  da metodą kota z bajki  o  Shreku.
Ciocia Tabs  oczywiście bardzo  kokocha maleństwa, mimo tego że  wie jak  Dżizaas z Jądrzejem  je rozpuszczą i pofolgują  najgorszym  kocim  cechom  charakteru ( no,   ale  Cio  Tabs  nie powinna się  wypowiadać na temat  prawilnego  wychowania  kotów  bo  Cio  ma  koty głównie  po to żeby  je  rozpuszczać ).  Rosną  małe  manipulatory  i zarządcy "państwa", już  teraz są przedsmaczki, he, he, he.




No a  moje  własne  stadko?  Moje  własne stadko  daje  mła  popalić w ramach integracji Nowego. Śpią  już  stadnie, znaczy  wszystkie  koty w domu, ale panienki  przeniosły  się  do  kuchni żeby  Mrutek  sobie  nie myślał! Zimno  w  nocy, tyłek  trzeba  wygrzać  jednak obrazę  dalej  się  zaznacza. Przywództwo Salonu  Odrzuconych mieszczącego  się  w kuchni objęła  Sztaflik, to ona  jest najbardziej  nieprzejednana jeśli  chodzi o dopuszczenie  Mrutiego do łask.  Sztaflik przemawia teraz długo  do mła, gada  zupełnie  jak  wścieknięta  Tabisia ( młau -łau -łał - łała - łał - młałuł ), która przecież  była nastojaszczą  suczą i  nie tylko   gatunek i płeć mam  tu na  myśli.  Treść  tych  Sztaflikowych przemów  nie  nadaje  się  do tłumaczenia, jedna  wielka  nieprzyzwoitość  się  na mła  wylewa z  tego  kociego  gardziołka.  Sztaflik nadal prycha na  Nowego, pokazuje  zęba ( choć  już  nie tak często ), daje  sygnał  do ataku radzieckiego całego stada  ale i  w jej  zachowaniu zachodzą  pozytywne  zmiany.  Zaaferowana  rozdawanym żarciuchem przestaje zwracać uwagę  na Mrutka, no  i nie leje  go  już  tak mocno.  Okularia  i Szpagetka spuszczone  z oka  przez  Sztaflisię  coraz  częściej  podchodzą  do  Mrutka  nie po to żeby  go zdzielić  tylko żeby  go dokładnie obwąchać, Szpagetka  zdecydowała się nawet  jeść  przy  Mrutku.  Mrutek  ze  swej  strony  też  się  pokazał od  rogów. Nie jest kotem  agresywnym, jego zaczepki  wynikają  z chęci  zabawy.  Jest za to uciekinierem.  To prawdziwy wałęsa, niby nie chce (  tak  przynajmniej usiłuje  wyglądać jak zamierzam otworzyć  okno  )  ale  czuje  że  musi! Byle za okno  na zewnętrzny parapet a potem  hulaj dusza, piekła  nie ma!  Madka w szlafroku i laciach  po podwórku  lata  jak  wariatka a on  ani myśli  do  domu  bo  siostrunie chodu,  liście   spadają  a ptoszki  fruwają.  Co  mu tam madka o zagrożeniach  będzie  truła jak on tu   zaraz wszystko sobie sam  zobaczy. No tak,   plan  był taki żeby  Mrutka stopniowo z dworem oswajać i  ten plan  jest zasadniczo  realizowany -  Mrutek na gigancie  sam się  oswaja  a ja  latam usiłując  wykonać  dawkowanie swobody za  oswajanym, który  nie reaguje  na  moje  przywoływania.  Kończy  się  to moje  latanie jednako - zasadzam  się  za brzózką  albo drzwiami  do kamienicy, spadam na Mrutka  jak  "jaszczomb" i  Mrutek wędruje w moich ramionach  w domowe  pielesze  gdzie  wypuszczony czym prędzej zajmuje strategiczną  pozycję na parapecie, obok  Szpagetki schowanej  dla  bezpieczeństwa (  Mrutek jest jeszcze  w końcu półobcy ) w papierowej zakupowej torbie z Leroja.  I tak sobie razem bezekscesowo egzystują  na tym parapecie - torba i Mrutek.
Na  fotkach poniżej  gwiazdunie -  Sztaflik   i  Okularia  udają  ze to  nie one tylko  jakieś  roślinki, w  tym czasie  Mrutek podziwiał  samochód  Pana  Krzysia a Szpagetka usiłowała  wrobić  Małgosi że ona  nic ale to absolutnie  nic  nie  jadła, od przybycia  Mrutka  to o pustym  żołądku chodziła i proszę  jak  się  słania  na Małgosine  stopy.




A poza  życie  stadnym to byłyśmy  z Mamim na  wysortach i odreagowywałyśmy  stresy (  Gosine  zdrowie,  Magdziołowe  kłopoty, Tatuś w roli  rekonwalescenta i Cio  Mary z  nowo zdobytym   "chorzeniem  grypopodobnym" ) radosnym  grzebaniem  w śmieciach.  Czegóż  to  te  Niemce, Holendry  i  Brytyjczyki  nie  wyrzucajo z chałup?! Mła  aż  kwiczała  ze  szczęścia  gdy  dopadła ceramiczne  źwierzątka.  Sama  sobie  prezent  zrobiła  na  Dzień  Zwierząt  ( człowiek też  zwierz ) bo  tak  głupio żeby  koty kuszały karmę  Acana za piniądz ciężki  a mła tak bez  niczego, żadnej przyjemności  za marne rupie kupionej.  No  nie  wypadało. Mła  nabyła paskudki które pasują  do  jej starych paskudek i od razu  jej lepiej.  Hym... grzebanie  w śmieciach ma silne działanie  terapeutyczne, może  mła  nie ma tyle  energii   co po powrocie  z lasu  czy szkółki roślin  ale też ją nosi i  czuje że  gór  co prawda  przenosić nie będzie  ale parę  "sztychów"  szpadlem jest w stanie wykonać.  Zdobycze  mła pokaże  przy inszej okazji, teraz mła jest przywoływana  do zalegania wspólnego - sukces,  Szpagetka i Mrutek zusammen  przywołująco ryczą  razem z wyra!