Miałam napisać o nich wcześniej ale kwitnienie irysów zawsze zajmuje całą moją uwagę i dlatego rutewki orlikolistne dopiero w lipcu doczekały się poświęconego im wpisu. Pominięte nie znaczy w tym wypadku wzgardzone, rutewki to jedne z moich ulubionych bylin. Thalictrum aquilegifolium 'Album' była pierwszą przedstawicielką rutewek zamieszkałą w Alcatrazie. Przyznam się że kupiłam ją bez większego przekonania, ot taki wypełniacz rabaty. Pierwsze kwitnienie raczej nie nastrajało optymistycznie, takie niezbyt obfite "chude" kwiaty. Dopiero w drugim sezonie roślina dała czadu i dotarło do mnie że chyba powinnam rozszerzyć "pole rutewkowe" w Alcatrazie. Znalazłam dla rutewki nowy kawałek miejsca na Zabukszpaniu, gdzie miała bardziej odpowiednie towarzystwo ( bo gleba i na poprzednim stanowisku im odpowiadała ). Rzeczywiście, na tle magnolkowych i kielichowcowych liści, w otoczeniu dużych host białe kwiatki rutewki orlikolistnej "zagrały", ukazując cały delikatny wdzięk rośliny. Apetyt jak wiadomo rośnie w miarę jedzenia, po tak dobrym zaprezentowaniu się w nowym miejscu rutewka zasłużyła na dokupienie koleżanki. Kwiaty gatunku wydały mi się słabiej wybarwione niż kwiaty odmiany 'Black Stockings' i to właśnie ta odmiana została zaproszona do Alcatrazu jako kolejna rutewka.
Nie bez znaczenia było też bardzo ciemne wybarwienie pędów tej odmiany, czarne pończoszki rzeczywiście są mocno widoczne wsród delikatnych rutewkowych liści. Jednak największe wrażenie 'Black Stockings' zrobiła na mnie swoimi kwiatami. Są nie tylko nieco mocniej wybarwione niż kwiaty gatunku ale mają też specyficzny ciepły odcień. Przynajmniej tak mi się wydaje, he, he. 'Black Stockings' kwitnie nieco później niż odmiana 'Album', no i u mnie trochę wolniej się rozrasta. Teraz tak bardziej ogólnie o uprawie rutewek. Rutewki orlikolistne to nasze rodzime byliny, łąkowe że się tak wypiszę. Do ogrodów trafiły w XVII wieku. Glebę lubią przepuszczalną ale dość zasobną i wilgotną, o kwaśnym odczynie. Rozmnażają się poprzez rozrastanie kłącz ( podział po kwitnieniu ) lub przez wysiew nasion ( jak im podpasują warunki to jest okrutny samosiew, w takim wypadku o ile nie zależy nam na poszukiwaniu ciekawych siewek, lepiej ciąć przekwitłe kwiatostany ). Odmiany rzecz oczywista należy rozmnażać przez podział, siewki nie zawsze powtarzają cechy rośliny matecznej. Szkodników mało ale czasem rutewki atakuje ta sama mszyca, która z lubością żeruje na liściach orlików i Rosa rugosa ( na tej ostatniej to zimuje i najlepiej zacząć zwalczanie szkodnika od tej rośliny ). Rutewki niekiedy podłapują też rdzę czy mączniaka ale zdarza się to raczej rzadko ( głównie wtedy gdy roślina rośnie w mocnym a mało przewiewnym cieniu )
Rutewki najlepiej dzielić wtedy , kiedy zauważymy że słabiej kwitną. W różnych ogrodach różnie to wygląda, są stanowiska na których rutewki trzeba dzielić bardzo często a są i takie na których rośliny bez podziału wytrzymują parę lat. Może zależy to od dopieszczania kompościkiem bo rutewki na kompost są szalenie łase.
Odpowiednio dokarmione i dopieszczone rutewki kwitną parę tygodni i robią w ogrodzie genialną robotę.
środa, 2 lipca 2014
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Przegląd techniczny kotostwa
Pada deszcz i to na tyle mocno że nie ma co dziś myśleć o ogrodowaniu. Koty wylegują się w domu i mam teraz szansę żeby zrobić im solidniejszy "przegląd techniczny". Lato zaczęło się na dobre co widać natychmiast po nosie Felicjana. Ma gadzina jedna uczulenie na słoneczko przy wysokiej temperaturze. Latam z kremem na oleju lnianym i jestem w ramach kociej wdzięczności gryziona i to w dodatku solidnie. Felicjanowi aplikowanie kremu na okolice nochala wyraźnie pomaga , mnie za to sama czynność wyraźnie szkodzi. Przegląd techniczny wykazał na Felicjanie tzw. podrapki ( starcia z Lalkiem i dochodzącym do "dziewcząt" Epuzerem) i na szczęście zerowy stan kleszczy. Podczas przeglądu Felicjan zachowywał się tragicznie i ugruntował swoją postawą opinię kota problematycznego i "niestabilnego emocjonalnie" ( znaczy głównie to Felicjan ma problemy z główką i stąd ta niestablilność ). Przegląd Lalentego to po walce z Felicjanem kaszka z mleczkiem lub budyń z soczkiem ( to drugie zestawienie jakoś bardziej pasuje do charakteru Lalka ). Sprawdziłam starannie uszy czy aby nie odnowiły się sprawy świerzbowcowe, w futrze odkryłam całą kolekcję nasion i znalazłam ilość podrapek, którą można spokojnie obdzielić dwa niewykastrowane kocury.
Nasz Lalek tylko w rodzinie sprawia misiowate wrażenie, nikt kto usłyszał ryk ostrzegawczy słodkiego kotunia nie m wątpliwości że ma do czynienia z królem podwórka. Lalek w bojowym nastroju przepędza Puszka i innych psich kolegów, że o takim nieistotnym planktonie jak koty z sąsiedztwa ledwie napomknę. Autorem podrapków na Lalku jest głównie Felicjan, który wykorzystuje swoją pozycję niedorozwoja rodzinnego i bezczelnie Lalka zaczepia. Wiadomo że dobroduszny w gruncie rzeczy Laluś nie będzie prał biednego kociny i tak pokaranego przez los "niestabilnością emocjonalną", no i Felicjanowi większość tych zaczepek kończąca się podrapaniem Lalka, uchodzi na sucho. Stanowisko rodzinnego idioty jest bardzo Felicjanowi na łapę, żadnemu innemu kocurowi Lalek nie pozwoliłby na takie numery ( Epuzer z Rudym próbowali i smutno to się dla nich skończyło - były przerwy w wizytowaniu ). Następna do przeglądu została złapana Okularek vel Pumel. Okularek ostatnio ma linię jak modelka ale raczej nie ma to związku z pasożytami przewodu pokarmowego. Okularek po prostu szaleje, były już miauki pod tytułem "Bo ja nie zejdę z tego drzewa". Wszędzie jej pełno, we wszystkim usiłuje uczestniczyć z taką pełną wdzięku namolnością. Przypomina mi się dialog Witji z Jadźką z filmu "Sami Swoi" - "Pomóc Ci? - "Nie!" - "No to Ci pomogę".
Okularek też pomaga, najbardziej lubi pomagać dociskając przy sprzątaniu mopa. Skutek jest taki że mycie podłóg uskuteczniam na kolanach. Żeby przejrzeć moje czarne piękności musiałam się zaczaić. Obydwie czarnule mają zdrowotne kłopoty i w związku ze związkiem nie życzą sobie żadnych przeglądów. Sztaflik złapana najpierw zrobiła całą operę z wyrywaniem ( recytatywy, arie i balet ) a następnie po przygrożeniu włożeniem w rękaw szlafroka , już tylko burczała. Oczywiście wiedziałam że problem będzie z oczkami, historie z tzw. trzecią powieką to stały fragment gry w przypadku Sztaflika. Czeka mnie zakraplanie, które mam zamiar dokonywać na Sztafliku skorumpowanej kawałkami lepszego żarciuszka. Poza tym w porzo, uszka i futerko w świetnym stanie, o sile mięśni i jakości uzębienia i pazurów dane było mi się przekonać. Na zakończenie przeglądu wyczaiłam Szpagetkę, sprytnie schowaną za fotelem. W przeciwieństwie do Sztaflika Szpagetka nie urządza oper tylko stosuje wymyki. Sprytna z niej bestia i potrafi bez jednego miauku tak się wymskąć człowiekowi że był kot na rękach a nie ma kota. Szpagetka miała oprócz normalnego przeglądu technicznego sprawdzane "nóżki". Niedługo czeka ją wyjęcie wszystkich drutów stabilizujących połamane kostki łapek. O zgrozo, na jednej łapce zdrutowanej zobaczyłam niewielki ( ale jednak ) podrapek. O autorstwo podejrzewam Sztaflika, Felicjan by nie śmiał, Laluś jest przemiły dla Szpagetki a Okularek jest jej najlepszą cooleżanką. Natomiast w Sztafliku zazdrość się już odzywała o pielegnację Szpagetki podczas jej rekonwalescencji ( nie było siostrzanej czułości tylko pokazywanie zębów ). Nic to, podrapek nie jest wielki, Szpagetce na pewno nie zaszkodzi.
Na zakończenie przeglądu uświadomiłam ( znaczy taką mam nadzieję ) moim kotom że mają naprawdę dobrze i "lightowo" bo ja tylko nienachalnie sprawdzam ich stan zdrowia a mogłam szyć ubranka i je ubierać, jak dawniejsze "pańcie od kotów". I dopiero byłby wstyd na całe podwórko i okolice!
Nasz Lalek tylko w rodzinie sprawia misiowate wrażenie, nikt kto usłyszał ryk ostrzegawczy słodkiego kotunia nie m wątpliwości że ma do czynienia z królem podwórka. Lalek w bojowym nastroju przepędza Puszka i innych psich kolegów, że o takim nieistotnym planktonie jak koty z sąsiedztwa ledwie napomknę. Autorem podrapków na Lalku jest głównie Felicjan, który wykorzystuje swoją pozycję niedorozwoja rodzinnego i bezczelnie Lalka zaczepia. Wiadomo że dobroduszny w gruncie rzeczy Laluś nie będzie prał biednego kociny i tak pokaranego przez los "niestabilnością emocjonalną", no i Felicjanowi większość tych zaczepek kończąca się podrapaniem Lalka, uchodzi na sucho. Stanowisko rodzinnego idioty jest bardzo Felicjanowi na łapę, żadnemu innemu kocurowi Lalek nie pozwoliłby na takie numery ( Epuzer z Rudym próbowali i smutno to się dla nich skończyło - były przerwy w wizytowaniu ). Następna do przeglądu została złapana Okularek vel Pumel. Okularek ostatnio ma linię jak modelka ale raczej nie ma to związku z pasożytami przewodu pokarmowego. Okularek po prostu szaleje, były już miauki pod tytułem "Bo ja nie zejdę z tego drzewa". Wszędzie jej pełno, we wszystkim usiłuje uczestniczyć z taką pełną wdzięku namolnością. Przypomina mi się dialog Witji z Jadźką z filmu "Sami Swoi" - "Pomóc Ci? - "Nie!" - "No to Ci pomogę".
Okularek też pomaga, najbardziej lubi pomagać dociskając przy sprzątaniu mopa. Skutek jest taki że mycie podłóg uskuteczniam na kolanach. Żeby przejrzeć moje czarne piękności musiałam się zaczaić. Obydwie czarnule mają zdrowotne kłopoty i w związku ze związkiem nie życzą sobie żadnych przeglądów. Sztaflik złapana najpierw zrobiła całą operę z wyrywaniem ( recytatywy, arie i balet ) a następnie po przygrożeniu włożeniem w rękaw szlafroka , już tylko burczała. Oczywiście wiedziałam że problem będzie z oczkami, historie z tzw. trzecią powieką to stały fragment gry w przypadku Sztaflika. Czeka mnie zakraplanie, które mam zamiar dokonywać na Sztafliku skorumpowanej kawałkami lepszego żarciuszka. Poza tym w porzo, uszka i futerko w świetnym stanie, o sile mięśni i jakości uzębienia i pazurów dane było mi się przekonać. Na zakończenie przeglądu wyczaiłam Szpagetkę, sprytnie schowaną za fotelem. W przeciwieństwie do Sztaflika Szpagetka nie urządza oper tylko stosuje wymyki. Sprytna z niej bestia i potrafi bez jednego miauku tak się wymskąć człowiekowi że był kot na rękach a nie ma kota. Szpagetka miała oprócz normalnego przeglądu technicznego sprawdzane "nóżki". Niedługo czeka ją wyjęcie wszystkich drutów stabilizujących połamane kostki łapek. O zgrozo, na jednej łapce zdrutowanej zobaczyłam niewielki ( ale jednak ) podrapek. O autorstwo podejrzewam Sztaflika, Felicjan by nie śmiał, Laluś jest przemiły dla Szpagetki a Okularek jest jej najlepszą cooleżanką. Natomiast w Sztafliku zazdrość się już odzywała o pielegnację Szpagetki podczas jej rekonwalescencji ( nie było siostrzanej czułości tylko pokazywanie zębów ). Nic to, podrapek nie jest wielki, Szpagetce na pewno nie zaszkodzi.
Na zakończenie przeglądu uświadomiłam ( znaczy taką mam nadzieję ) moim kotom że mają naprawdę dobrze i "lightowo" bo ja tylko nienachalnie sprawdzam ich stan zdrowia a mogłam szyć ubranka i je ubierać, jak dawniejsze "pańcie od kotów". I dopiero byłby wstyd na całe podwórko i okolice!
niedziela, 29 czerwca 2014
Poziomkowo
Powolutku odchodzi czerwiec. Zaczął się pięknie akacjowym zapachem, potem zaatakował nos jaśminowcową wonią wymieszaną z aromatem starych róż, kończy się wszechogarniającą wonnością lipowych kwiatów. Ja cieszę się dziś zapachem nie tak namolnie atakującym zmysł węchu, choć trzeba przyznać że w miarę intensywnym. Zapach to jednak nic przy aromacie czule pieszczącym kubki smakowe , krótko pisząc - zaowocowały nam poziomki. W naszym "miastowym" ogrodzie niewiele rośnie "spożywek", za blisko mamy do wszystkiego złego. Jakieś tam podejrzane ziółka Dżizaasa, "jabłuszka rajskie", którymi głównie żywią się ptaki i właśnie poziomki. Tak naprawdę robią za roślinę ozdobną, bo bardzo lubię ich liście jako tło dla dużych host. Rosną sobie w naszym ogrodzie w półcieniu, co, o dziwo, nie wpływa wcale na jakość owoców. Jakieś wyjątkowe są te poziomki, wszak żeby owoc był słodki potrzeba współpracy ze słoneczkiem. Widać u nas słońca na poziomkowo - hostowym miejscu jest akurat tyle żeby poziomki nie były straszliwym owocowym kwachem a hosty się nie przypalały. Przyznam się że mam dylemat czy te owocki zrywać, wszak pięknie wyglądają na rabacie. Łakomczuch we mnie walczy z ogrodnikiem. Najczęściej kończy się kompromisem - zbieram owoce tylko z jednej strony rabaty. Trochę radości dla podniebienia, nieco szczęścia dla oczu.
Poziomki pożerane są błyskawicznie, jest ich zbyt mało żeby Dżizaas mogła się wyżywać kulinarnie. Zresztą przetwory poziomkowe to wyższa szkoła jazdy, poziomki nie nadają się na dżemy czy tam inne marmolady. Istotą poziomkostwa jest bowiem niepowtarzalny aromat a ten zanika podczas gotowania ( i nie chcecie wiedzieć z czego są te "poziomkowe" smaki w jogurtach czy innych galaretkach ). Nasze babcie pragnąc ocalić ten jedyny w swoim rodzaju aromat przetwarzały poziomki bez gotowania. Niestety cukru używano do tego tyle ile ważyły poziomki, albo i ciut więcej. Poziomkowy surowy przecier pachniał wspominkami letniego lasu ale nadawał się raczej jako dodatek do aromatyzowania potraw niż spełniał rolę klasycznego dżemiku. W czasach dżemfixów i cukrów żelujących przetwory poziomkowe po prostu nie istnieją. Można sobie najwyżej nostalgicznie pomarzyć otwierając dżem truskawkowy. Zostaje nam się cieszyć letnią porą zapachem i smakiem poziomek, dobre i to. W Alcatrazie stanowiska poziomkowe powoli się rozrastają wraz z inwazją Shrekowiska. Pilnie studiuję listę host najlepiej czujących się w półcieniu. Może niektóre paprocie będą też miały poziomkowe towarzystwo, w końcu niby to rośliny z lasów pochodzące.
Poziomki pożerane są błyskawicznie, jest ich zbyt mało żeby Dżizaas mogła się wyżywać kulinarnie. Zresztą przetwory poziomkowe to wyższa szkoła jazdy, poziomki nie nadają się na dżemy czy tam inne marmolady. Istotą poziomkostwa jest bowiem niepowtarzalny aromat a ten zanika podczas gotowania ( i nie chcecie wiedzieć z czego są te "poziomkowe" smaki w jogurtach czy innych galaretkach ). Nasze babcie pragnąc ocalić ten jedyny w swoim rodzaju aromat przetwarzały poziomki bez gotowania. Niestety cukru używano do tego tyle ile ważyły poziomki, albo i ciut więcej. Poziomkowy surowy przecier pachniał wspominkami letniego lasu ale nadawał się raczej jako dodatek do aromatyzowania potraw niż spełniał rolę klasycznego dżemiku. W czasach dżemfixów i cukrów żelujących przetwory poziomkowe po prostu nie istnieją. Można sobie najwyżej nostalgicznie pomarzyć otwierając dżem truskawkowy. Zostaje nam się cieszyć letnią porą zapachem i smakiem poziomek, dobre i to. W Alcatrazie stanowiska poziomkowe powoli się rozrastają wraz z inwazją Shrekowiska. Pilnie studiuję listę host najlepiej czujących się w półcieniu. Może niektóre paprocie będą też miały poziomkowe towarzystwo, w końcu niby to rośliny z lasów pochodzące.
sobota, 28 czerwca 2014
'Mme Hardy' - prawdziwa dama albo dyskretny urok tajemniczej róży
'Madame Hardy' jak przystało na prawdziwą damę jest nieco tajemnicza. Pochodzenie trochę niejasne ale sugeruje się że niewątpliwie dama pochodzi z "tych". Ponoć chodzą plotki, dyskretnie powtarzane w towarzystwie, że 'Mme Hardy' ma pochodzenie hym....tego.....mieszane. Nie do końca wiadomo czy to był mezalians, bo rodzina Rosa x alba ( Rosa canina x Rosa gallica ) mimo tego że niespecjalnie liczna czy eksponowana jest jednak rodziną wielce dla różaństwa zasłużoną. Oficjalnie 'Mme Hardy' zalicza się do grupy róż damasceńskich Rosa x damascena ( Rosa gallica x Rosa moschata ) , napomknienia o portlandzkich czy białych lub nawet stulistnych korzeniach nie przebijają się do świadomości ogółu. Pochodzenie nazwy róży też nie jest sprawą do końca wyjaśnioną, wiadomo jedynie na pewno że imię nadał jej na cześć własnej małżonki Monsieur Jules-Alexandre Hardy, kurator Ogrodu Luksemburskiego. Co prawda Monsieur Hardy różami zajmował się ten...tego, na boku bo głównym jego zadaniem była hodowla drzew owocowych, lecz historia zapamiętała go dzięki temu niby pobocznemu zajęciu. Istnieje wersja jakoby 'Mme Hardy' pierwotnie nazywała się 'Félicité Hardy' co wywołuje lekką konsternację zważywszy na to że żona Monsieur Hardy miała na imię Marie-Thérèse ( Monsieur Hardy poślubił pannę Marie-Thérèse Pezard, swoją kuzynkę ). No cóż, w przypadku dam są rzeczy, których lepiej nie dochodzić. Spuśćmy zatem na tę sprawę zasłonę milczenia niczym dyskretną woalkę na zaróżowioną z zażenowania twarz damy.
'Mme Hardy' jak to często z prawdziwymi damami bywa jest solidnym hardcorem! Mrozoodporna mimo delikatnych pędów ( kolce jak każe dobre wychowanie baaardzo, baaaardzo subtelne ), kwitnie długo a wytrwale ( 5 - 6 tygodni ) i nie powtarza kwitnienia ( wrażenie robi się raz a dobrze, jak to mawiała moja Babcia Wiktoria ). Ma bardzo delikatne, jasnozielone, matowe liście, których nie często imają się choroby grzybowe. Niestety ten chamski skoczek korzysta z tego że liście delikatne i bezczelnie je podgryza ( niczym szalony anarchista )! Krzew dorasta do około 120 cm wysokości i 200 cm szerokości. Damom wieku się nie wypomina ale 'Mme Hardy' czaruje nas od 1832 roku. Mimo niemal dwóch setek na korzeniu ta róża nadal jest chętnie sadzona w ogrodach na całym świecie. Teraz o najważniejszym - kwiaty 'Mme Hardy', początkowo z niemal tylko wyczuwalnym odcieniem różowym , w miarę wykwitania czysto białe, mają budowę ćwierćrozetkową. W pełni rozwinięte, mimo dość płaskiego pokroju przypominają troszkę półpompony. Rozwijają się całkowicie tylko przy ciepłej pogodzie. Oko przywabia dyskretna ale bynajmniej nie niezauważalna ozdoba - malutki zielony punkcik, centralnie usytuowany stożek w odcieniu nefrytu. No sam szyk! Do tego trzeba dodać zapach - nie jest to ciężka woń , niemal czarnych od antocyjanów, aksamitnych płatków czerwonych róż mchowych. Nie jest to też owocowa nuta charakterystyczna dla róż portlandzkich. Mam wrażenie że zapach, mocny ale nie przytłaczający odziedziczyła 'Mme Hardy' po domniemanych przodkach z grupy Rosa x alba. Róże damasceńskie bowiem pachną zazwyczaj bardziej słodko niż "Biała Dama". Zapach 'Mme Hardy' jest po prostu elegancki, jak perfumy prawdziwej damy.
'Mme Hardy' trafiła do Alcatrazu z podpuszczenia Walentyny, jak zresztą większość moich historycznych róż. Sprawuje się bardzo dobrze, należy do tej grupy róż, które człowieka nie rozczarowują. No, prawdziwa dama!
'Mme Hardy' jak to często z prawdziwymi damami bywa jest solidnym hardcorem! Mrozoodporna mimo delikatnych pędów ( kolce jak każe dobre wychowanie baaardzo, baaaardzo subtelne ), kwitnie długo a wytrwale ( 5 - 6 tygodni ) i nie powtarza kwitnienia ( wrażenie robi się raz a dobrze, jak to mawiała moja Babcia Wiktoria ). Ma bardzo delikatne, jasnozielone, matowe liście, których nie często imają się choroby grzybowe. Niestety ten chamski skoczek korzysta z tego że liście delikatne i bezczelnie je podgryza ( niczym szalony anarchista )! Krzew dorasta do około 120 cm wysokości i 200 cm szerokości. Damom wieku się nie wypomina ale 'Mme Hardy' czaruje nas od 1832 roku. Mimo niemal dwóch setek na korzeniu ta róża nadal jest chętnie sadzona w ogrodach na całym świecie. Teraz o najważniejszym - kwiaty 'Mme Hardy', początkowo z niemal tylko wyczuwalnym odcieniem różowym , w miarę wykwitania czysto białe, mają budowę ćwierćrozetkową. W pełni rozwinięte, mimo dość płaskiego pokroju przypominają troszkę półpompony. Rozwijają się całkowicie tylko przy ciepłej pogodzie. Oko przywabia dyskretna ale bynajmniej nie niezauważalna ozdoba - malutki zielony punkcik, centralnie usytuowany stożek w odcieniu nefrytu. No sam szyk! Do tego trzeba dodać zapach - nie jest to ciężka woń , niemal czarnych od antocyjanów, aksamitnych płatków czerwonych róż mchowych. Nie jest to też owocowa nuta charakterystyczna dla róż portlandzkich. Mam wrażenie że zapach, mocny ale nie przytłaczający odziedziczyła 'Mme Hardy' po domniemanych przodkach z grupy Rosa x alba. Róże damasceńskie bowiem pachną zazwyczaj bardziej słodko niż "Biała Dama". Zapach 'Mme Hardy' jest po prostu elegancki, jak perfumy prawdziwej damy.
'Mme Hardy' trafiła do Alcatrazu z podpuszczenia Walentyny, jak zresztą większość moich historycznych róż. Sprawuje się bardzo dobrze, należy do tej grupy róż, które człowieka nie rozczarowują. No, prawdziwa dama!
Shrekowisko
No i mam lekkiego zgryza! Polluton przyuważył że moje Zabukszpanie i Podskarpek powolutku zmieniają się w Shrekowisko. Wzrok u Pollutona bystry ( i nie jest Polluton temu nic winien więc nie użyję paskudnego słówka - niestety ) i wyhaczył wszelkie oznaki zbliżającej się zielonej zarazy opanowującej rabatę. Rośliny o kolorowych liściach nie rosną zbyt szybko ( Miłka stwierdziła że wiatr między nimi hula, he, he ) natomiast te o zielonych wprost przeciwnie. Jak dojdą do właściwych dla się rozmiarów to będę miała tzw. rabatę sałatową, tzn. taką na której przeważają zielone funkie, zielone paprocie i inne zielone, w dodatku funkii jest najwięcej i wszystko to jest paskudnie jednostajne. Jakby było mało "niedogodnościowania" to te funkijno - paprotne kolory, wszystkie te złocistości i niebieskości albo się nie złocą albo nie niebieszczeją należycie. Jakoś jest za zielono i to wcale nie dlatego że przyszedł czas na tracenie hostowych wiosennych wybarwień! Trochę pocieszam się tym że rośliny o innych niż zielone kolorach liści są jeszcze stosunkowo młode a zielone egzemplarze host to staruszki albo "pędzące wariatki" takie jak 'Empress Wu'. W trzecim sezonie uprawy rośliny z in vitro zazwyczaj dostają kopa do przodu i dotyczy to zarówno tych o zielonych jak i kolorowych liściach, więc może i te kolorowolistne jakoś zmniejszą dystans do klasycznej zieleniny. Liczę też na to że sytuacja trochę się zmieni wraz z postępującą renowacją oczka wodnego. Nad oczko bowiem zawędrują niektóre kolorowe trawy a także irysy o variegatowatych liściach. No i woda w oczku też rozbije to wrażenie ataku zielonego na zmysł wzroku.
Tak sobie to wszystko układam i się pocieszam bo czuję że ta shrekowatość wszechogarniająca to w gruncie rzeczy moja wina. Mnie po prostu najbardziej podobają się duże, zielone hosty. Mam ogrzy gust!
Na wszelki wypadek, żeby zniweczyć zakusy Strasznego Zielonego kupiłam kolejne drzewko o wybielonych liściach. Do klonu polnego Acer campestre 'Carnival' i derenia skrętolistnego Cornus alternifolia 'Argentea' dołączył dereń kousa Cornus kousa 'Wolf Eyes'. Jeżeli dół będzie nadal shrekowo zielony to choć wyższe piętra będą się bieliły!
Tak sobie to wszystko układam i się pocieszam bo czuję że ta shrekowatość wszechogarniająca to w gruncie rzeczy moja wina. Mnie po prostu najbardziej podobają się duże, zielone hosty. Mam ogrzy gust!
Na wszelki wypadek, żeby zniweczyć zakusy Strasznego Zielonego kupiłam kolejne drzewko o wybielonych liściach. Do klonu polnego Acer campestre 'Carnival' i derenia skrętolistnego Cornus alternifolia 'Argentea' dołączył dereń kousa Cornus kousa 'Wolf Eyes'. Jeżeli dół będzie nadal shrekowo zielony to choć wyższe piętra będą się bieliły!
'Telepathy' - mój pierwszy solidnie kwitnący irys TB w typie luminata
Irysy z kwiatami typu luminata były jednymi z pierwszych zakupionych przeze mnie nowszych odmian irysów TB. Niestety zaczęłam od 'Double Click' Josepha Ghio a mój Alcatraz reaguje wręcz alergicznie na kłączka pochodzące od tego hybrydyzera. Później nie było jakoś wcale lepiej, owszem irysy rosły ale odmawiały kwitnienia. Latanie z kłączami po różnych stanowiskach nie dawało wymarzonego efektu. Kolejna odmiana Ghio 'Lip Service' okazała się totalnie niewdzięcznym kłączem a dwie odmiany Keppela, 'Fancy Woman' i 'Fancy Dress' i owszem zakwitły ale nie da się tego nazwać spektakularnym kwitnieniem. Odmiany o kwiatach innego typu posadzone w dość bliskim sąsiedztwie kwitły wspaniale a moje luminaty nie tyle wegetowały ( no liściory były świetne ) co kombinowały żeby pączków na pędzie nie było za wiele. Tymczasem w znajomych ogrodach oglądałam wręcz orgie kwitnień luminat i powoli dochodziłam do wniosku że Alcatraz jest wredny i po prostu ten typ irysów chyba nie jest mi pisany. Kłączka wykopałam i rozdałam ( znaczy te resztki, których nie załatwiła pamiętna zima sprzed dwóch lat ) i pogodzona z brakiem luminat na moich rabatach namiętnie tarzałam się w blendach, he, he. I pewnie dalej bym blendziła gdyby nie zrzut od Ewandki pod tytułem 'Telepathy'. To jedyna luminata, która wytworzyła u mnie cztery pąki, rzecz do tej pory niespotykana. Zakwitła zresztą przypadkiem, bo potaśtałam znaczniki i sądziłam że to starsze nasadzenie ( uniknęła przymusowego cięcia jednoroczniaków ). Ciekawe co będzie dalej, przyznam się że czuję lekki straszek przed tzw. zapeszeniem. Może to kwitnienie tegoroczne to tylko przypadek cudowny a w przyszłym sezonie będzie po staremu czyli super liściory i zero kwiatów. Zostaje mi tylko czekać i mieć nadzieję na przełamanie złej luminatowej passy. Teraz metryczka - odmianę zarejestrował w roku 2003 Keith Keppel, jest wynikiem krzyżowania innych dwóch irysów mających kwiaty typu luminata -'Fancy Dress' X 'New Leaf'. 'Telepathy' została wyróżniona Honorable Mention 2005 i Award of Merit 2007. Osiąga około metra wysokości, kwitnienie zaczyna wcześnie ale kwitnie aż do środka sezonu irysów TB. Zapisuje ją w zeszyciku sprawozdawczym jako jedyną luminatę, która mnie nie zawiodła.
Rabaty Alcatrazu - suchosza czyli przyszła rabata Żwirowa
Kto czytał mój wpis na temat podwórka ten wie że gryplan był taki - podwórko będzie obsadzone w sposób nie nastręczający problemów. Żadnych pieleń, iglaki i krzewy i w ogóle pełen oddech i luz ogrodowy. Moje plany ogrodowe ( i nie tylko ogrodowe ) mają to do siebie że ulegają "znacznemu odkształceniu" w czasie realizacji. Znaczy jakbym w ogrodzie nie planowała nasadzeń i tak zawsze kończę sadząc byliny. Wszelkie walki z samą sobą starannie przeżynam. No cóż, jestem byliniarą! Ale co tu mi się dziwić w przypadku podwórka - grzech byłoby nie wykorzystać takich piaseczków na stanowiska irysowe, aż się prosiło o Pumiloton i zaproszenie irysów TB. Wiadomo że jak posadzę irysy, to zaraz się znajdzie do nich szałwiowe towarzystwo ( lubię zestawy z szałwią lekarską ) a potem to już z górki i ani się człowiek obejrzy a tu rabata bylinowa "pełnoetatowa" mu przypadkiem wyszła. Nie ma lekko i trzeba się brać za pielenie, obcinanie pędów i tym podobne robótki, klnąc na własne skrzywienie bylinowe. Na szczęście wolę obrabiać byliny niż pielęgnować Tyrawnik ( panowie zazwyczaj mają zboczenie trawnikowe, mam wrażenie że sporą rolę odgrywają tu gadżety typu areator czy kosiarka ). Poza tym na tej bylinowej rabacie rosną też krzewy więc usprawiedliwiam się sama przed sobą że nie jest to skończone bylinowisko tylko rabata mieszana ( prawda jednak jest taka że bylin multum a krzewy z rzadka, usprawiedliwienie jest mocno naciągane ).
Krzewy na podwórkowej suchej rabacie są z tych mało wymagających, tam gdzie trochę silniejsza ziemia rozgościły się forsycje o kolorowych liściach, na piaseczku rośnie lilak perski. Krzewów iglastych nie jest zbyt dużo i raczej na obrzeżach rabaty ( takie przechodzenie w miarę płynne do iglakowej części podwórka ). Najwięcej jest krzewów różanych ale nie róż nowoczesnych, bo to nie jest ta bajka. Róże na suchej rabacie to dzikuny i róże historyczne. Parę galijek, róże mchowe i alba, jedna remontanka i piękna Rosa glauca, takie klimaty. Te różane krzewy bardzo dobrze radzą sobie na słabej ziemi i nie potrzebują jakichś nadzwyczajnych zabiegów pielęgnacyjnych. Poza tym nieprzeładowane płatkami kwiaty bardziej pasują do "suszkowego stylu" niż nowoczesne odmiany róż. Wyjątek może kiedyś zrobię dla tzw. nowoczesnych piżmaków czyli róż piżmowych. Są one co prawda delikatniejsze niż róże historyczne czy dzikuny ale ich subtelne kwiaty bardzo dobrze "grałyby" z roślinami na suchej rabacie.
Po krzewach czas na półkrzewy czy też krzewinki. Jak wspomniałam jestem fanką łączenia irysów bródkowych z szałwiami lekarskimi ( i nie tylko lekarskimi ). Szałwia lekarska Salvia officinalis to doskonała roślina na suche rabaty. Gatunek rośnie na tyle szeroko i wysoko że robi u mnie za roślinę architektoniczną, odmiany są nieco mniejsze ale posadzone w odpowiedniej wielkości grupach lub też rytmicznie powtarzające się w nasadzeniach również doskonale "porządkują" rabatę. przyznaję się że do kwitnienia szałwii lekarskiej mam stosunek ambiwalentny - fajnie bo przylatują pszczoły i kolorek kwiatów jest z tych, które przemawiają do mojego serca ale pokrój rośliny na tym kwitnieniu traci. Nie przepadam za kwitnieniem odmiany 'Purpurea', wolę pięknie wybarwione liście niż kwiaty tej odmiany. Najbardziej przemawiają do mnie kwiaty odmiany 'Tricolor', właściwie to jedyna szałwia lekarska, której kwitnienie nie powoduje u mnie dylematu sekatorowego ( obciąć czy nie obciąć badylki z kwiatami ). Na mojej suchej rabacie sadzę wszystkie szałwie lekarskie jakie tylko mi się uda zdobyć. Mnożę je robiąc odkłady i powtarzam nasadzenia z nich na całej długości rabaty. Nie zabezpieczam ich na zimę. Gatunek jest wg. mnie nie do zdarcia, przetrwał słynny luty 2012 bez uszczerbku, z odmianami nie jest już tak fajnie. O ile mają okrywę ze śniegu spokojnie i z godnością znoszą zimy centralnopolskie, bez okrywy różnie to bywa. Bardziej wrażliwe są wg. mnie odmiany o variegatowatych liściach - 'Icterina', 'Crème de la Crème’i 'Tricolor' ( w tej kolejności - "Tricolorka" chyba jest najbardziej odporna ), natomiast 'Purpurea' jest dość hardcorowa.
Kolejnym półkrzewem który masowo występuje na suchej rabacie jest lawenda. Zaczynałam na podwórku od siewek z ogrodu Mamelona, potem przyszła kolej na egzemplarze przesadzane z ogrodu właściwego czyli Alcatrazu i na kupowanie odmian. W sumie lawend na podwórku jest mnóstwo bo nie tylko na suchej rabacie się rozpleniły ale i na podokiennej różance. No i bardzo dobrze! Roślina miła dla oka i nosa, kwitnie długo i wytrwale, wymagań wielkich nie ma. Strzygę ją tylko regularnie wczesną wiosną dla zachowania zwartego pokroju. Jedynymi szkodnikami, które u mnie żerują na lawendzie są Ciotka Elka i Dżizaas. Pierwsza załatwia z pomocą kwiatów lawendy porachunki z tzw. "ewentualnymi molami", druga lawendę wykorzystuje w kuchni ( polewy i inne bezy ). Zapowiedziałam straszliwe kary jak złapię na pozyskiwaniu kwiatków lawend odmianowych, ale czuję że szkodniki kombinują żeby z tym karaniem były problemy ( niewinne pytanko Ciotki Elki - "To które są te odmianowe?" ). Nieświadomość nie wyłącza odpowiedzialności, tego będę się trzymać i żadne usprawiedliwionka nie będą do mnie docierać. Spiski i wykorzystywanie mojej nieobecności w domu skończą się smutno dla miłośniczek lawendy. Howgh!
Teraz przechodzimy do bylin właściwych czyli takich którym nic nie drewnieje i które zanikają zimową porą. Zacznę od masowo występującego czyśćca bizantyńskiego Stachys byzantina. Na suchej rabacie uprawiam gatunek i świetną odmianę 'Big Ears'. Szare liście z kutnerem to wymarzone uzupełnienie dla nasadzeń z szałwii lekarskiej i lawendy. Podobnie jak w przypadku półkrzewów tak i i w przypadku czyśćca powtarzam nasadzenia z rośliny na całej długości rabaty. Dzięki dość dużym liściom czyśćce "porządkują" mi tzw. wysoki parter. Podobną nieco do czyśćca rolę spełniają też nasadzenia z szanty Marrubium supinum. Liście szanty nie są co prawda aż tak "wyraziste" jak liście czyśćca ale roślina ta tworzy całkiem spore kępy i jest dobrze widoczna nawet na dość dużej rabacie jaką jest sucha przyszła Żwirowa. Poza tym odcień liści szanty to jest po prostu poezja. Do szarych i szarawych omszonych liści bardzo pasiły mi delikatne różowości, subtelne błękity i inne "przełamane pastele". Kolorek kwiatów pożądany zawsze mogę uzyskać sadząc odpowiednią odmianę irysa niższej kategorii, mam do wyboru taką tęczę jaką tylko w storczykowych kwiatach można jeszcze napotkać. Mnie oprócz kolorku marzyło się też wrażenie pewnej zwiewności, motylego wdzięku. Kocham irysy bródkowe ale tej zwiewności to na pewno nie pod tym adresem szukać. Delikatnie wdzięczne są za to kwiaty bodziszków. Na suchej rabacie zapuściłam czym prędzej Geranium sanguineum 'Vision Light Pink' i Geranium clarkei 'Kashmir Pink',
Później dosadziłam jeszcze Geranium renardii i Geranium subcaulescens. Jedną z najwspanialszych rzeczy jaką udało mi się osiągnąć na piochach podwórkowych jest świetny wygląd przetacznika siwego Veronica incana. Roślina ta męczyła się u mnie na zbyt ciężkiej glebie Alcatrazu, piaskowanie koło korzonków nic nie dawało. Nie tylko nie było kwiatów, siwy nawet nie był siwy! Dopiero przeprowadzka na saharowatą część podwórka sprawiła że siwy pokazał na co go stać. To dla mnie najpiękniejszy z przetaczników! Działając w myśl zasady proch do prochu ( o kolorek liści rzecz jasna łazi ) na suchej w tempie ekspresowym wylądowały goździki Dianthus. podobnie jak z w przypadku przetacznika siwego większości goździków ( bo dziwo nie wszystkim ) taka zmiana posłużyła. Od początku na suchej rabacie lepiej czują się driakwie Scabiosa i pszczelniki Dracocephalum, żałuję że za długo zwlekałam z przeprowadzką driakwii. Za to na suchej swój debiut ogrodowy miały mikołajek nadmorski Eryngium maritimum i agawolistny Eryngium agavifolium, w tym wypadku wiedziałam że nawet nie ma co próbować sadzenia tych roślin na zbyt ciężkiej dla nich alcatrazowej glebie. W przyszłym sezonie zamierzam na piochach posadzić białe i pastelowo różowe maki orientalne, mam nadzieję że sucha gleba spowoduje że ich pędy nie będą się wykładać a liście innych "mocnych" bylin zakryją puste miejsca po kwitnieniu maków.
Parter nasadzeń czyli najbliższą dla wzroku część rabaty porastają macierzanki Thymus, rojniki Sempervivum i inne płożaki. Są pospolite floksy szydlaste Phlox subulata i mniej pospolite kotule Cotula czy aceny Acaena. Pielenie tej drobnicy wymaga benedyktyńskiej cierpliwości ale efekt kwitnącego dywanika powala. Zresztą nie tylko kwitnącego, rośliny zadarniające parter mają często ciekawe ulistnienie. Niektóre z nich są zimozielone jak choćby dębik ośmiopłatkowy Dryas octopetala. Najdelikatniejszymi roślinami parteru są te pochodzące z antypodów, ciężko je zabezpieczyć bo zimą lubią mieć w miarę sucho i niezbyt zimno ( zakrywanie niektórych kotul czy odmian aceny mija się z celem bo roślina przygnije pod przykryciem - przetestowane ). Cóż, zostaje zawsze paciorek do Muczenicy Dorofieji, patronki ogrodników lub bezpośrednie narzucanie się Wielkiemu Ogrodowemu. Jeżeli pogoda sprzyja, pioch zimową porą nienasiąknięty ( te rośliny naprawdę nie znoszą gleb trzymających wilgoć ), mrozy jak w środkowej Europie a nie na Syberii, to jest duża szansa że "antypodki" przetrzymają zimę w dobrym zdrowiu a latem dadzą czadu aż miło. Podobnie jak z "antypodkami" ma się sprawa w z takimi roślinami jak piaskowiec górski Arenaria montana czy mocno egzotyczne lewizje Lewisia. Teraz napiszę tzw. Wielką Prawdę czyli użalę się nad naszym klimatem. Wydawałoby się że rośliny pochodzące z zimniejszych stref będą odporne na wybryki środkowoeuropejskiego klimatu. Niestety nie zawsze tak jest - Wielki Ogrodowy postanowił że za karę ( nie za bardzo wiem za co ) będziemy uprawiać ogrody nękani przez wiosenne przymrozki. To one są najczęściej odpowiedzialne za "wykaszanie" całych grup roślin pochodzących z różnych stref klimatycznych. Roślinki się budzą, soczki zaczynają krążyć a tu łup - 7 w nocy! No taki mamy klimat, że zacytuję klasyka.
Lato na suchej rabacie rozpoczyna się kwitnieniem szałwii omszonej i liliowców. Szałwia omszona Salvia nemorosa występuje na podwórku w wielu odmianach - kompaktowa 'Sensation Blue', klasyczna 'Blaukönigin', wykładająca się ale za to niesłychanie ozdobna 'Pusztaflamme' i ostatni nabytek - 'Caradonna'. Poza 'Pusztaflamme' kolory raczej chłodnawe, różowości i ametysty kwitną sobie na Landrynie, przyszła Żwirowa to zdecydowany szałwiowy chłód. Takie fiolety i niebieskości jakoś bardziej pasują mi do kwiatów perowskii Perovskia atriplicifolia czy werbeny patagońskiej Verbena bonariensis, które latem górują nad niższymi bylinami porastającymi suchą rabatę. Kłosowe kwiatostany szałwii, perowskii czy amorfy szarej Amorpha canescens równoważę cięższymi w odbiorze kwiatami liliowców Hemerocallis. Nie są to jednak liliowce "wagi superciężkiej". Na próżno szukać by na tej rabacie liliowców o olbrzymich kwiatach, których płatki są najeżone rekinimi zębami czy sfalbanione do nieprzytomności. Takie radości to w innych częściach mojego ogrodu, liliowce rosnące na przyszłej Żwirowej są raczej skromne. Braki w urozmaiceniu petali i sepali równoważą za to wyszukaną kolorystyką. Ciekawe różyki, błękitne oczka, niespotykane pastelowe odcienie - takie są liliowce na suchej rabacie. W tym sezonie obok liliowców zadebiutowały lilie ( potrzebowałam zdecydowanie wyższych od liliowców roślin o dużych kwiatach ). Najbardziej pasują mi nasadzenia z lilii królewskiej Lilium regale, na kwitnienie orienpetów jeszcze czekam. Jestem ciekawa efektów, mam nadzieję że duże lilie nie odbiorą "suszkowego charakteru" przyszłej Żwirowej, w końcu kwitnąć będą wśród traw - miskantów i molinii.
Traw zresztą na tej rabacie jest znacznie więcej. Większość kwitnie jesienną porą ale nie wszystkie. Moim marzeniem jest doprowadzenie do kwitnienia ostnicy wielkiej Stipa gigantea. Jak do tej pory trawsko buduje wielką kępę ale na kwitnienie jej się nie zbiera. Mam jednak nadzieję że kiedyś się pięknie wykłosi i w lipcu zostanie Miss Traw Alcatrazu i Okolic. Oczekiwanie umilam sobie oglądaniem kwiatów amorfy szarej ( jak ona kwitnie to dlaczego wielka ostnica miałaby nie zakwitnąć ). Letnie byliny na przyszłej żwirowej są z tych długo kwitnących, do takich zalicza się też jeżówki Echinacea. Zanęcona tą długością kwitnienia skusiłam się i posadziłam tzw. czysty gatunek. No cóż, jak do tej pory to raczej marnie - to jest kolejne stanowisko w moim ogrodzie, które jeżówki mają głęboko w korzeniu. O ile nie ruszą do końca sezonu z kopyta to zostaną eksmitowane do zaprzyjaźnionego ogrodu. Szkoda mi miejsca na rośliny odmawiające współpracy, lepiej posadzić na ich miejscu nawet coś bardzo pospolitego typu krwawnik, byleby tylko dobrze rosło i obficie kwitło. Marnawe rarytety i odmawiające współpracy pospoliciaki które generują wrażenie wyłysiałych placków na rabacie to nie jest to co chętnie uprawiam.
Jesień na przyszłej Żwirowej należy do rozchodników Sedum. Mam ich całą kolekcję dzięki zrzutom od Dorotki i Krysi ( piękna Ziemia Zamojska wydała nie mniej piękne rozchodniki ). Dzięki nim jesienną porą na suchej rabacie roi się od owadów, głównie pszczół i motyli. Chyba żadna roślina kwitnąca o tej porze roku nie przyciąga tak owadów jak te rośliny. Na suchej rosną też jesienne astry, głównie wrzosolistne. Ww wrześniu i październiku ta rabata dalej żyje pełnią życia nie tylko za sprawą kwitnienia jesiennych roślin ale dzięki trwałym, kolorowolistnym półkrzewom i kwitnącym trawom. Po moich doświadczeniach z suchą rabatą śmiem twierdzić że ciężko grzeszą Ci narzekający na piochy. Patelniane piaski to możliwość uprawy niesamowitej ilości fajnych roślin, tylko się wyżywać ogrodniczo. Moja rabata w przyszłości zostanie zażwirowana ( to znaczy jak napadnę szejka roponośnego i zmuszę do ożenku bez intercyzy, he, he ). Żeby rabata dobrze wyglądała będzie wymagane również wyżwirowanie podwórka co jest sprawą niesłychanie bolesną finansowo. Sypanie żwiru wcale nie jest proste ( podkłady ,warstwy, różne rozmiary kamyszków ). Wstrzymujących w tej chwili oddech na myśl o słynnym białym grysie uspokajam - żwirki naturalnie kolorowe mi się marzą, żadne tam dające po oczach jasności ( toż żwirek też wymaga pewnych zabiegów żeby wyglądał ).
Krzewy na podwórkowej suchej rabacie są z tych mało wymagających, tam gdzie trochę silniejsza ziemia rozgościły się forsycje o kolorowych liściach, na piaseczku rośnie lilak perski. Krzewów iglastych nie jest zbyt dużo i raczej na obrzeżach rabaty ( takie przechodzenie w miarę płynne do iglakowej części podwórka ). Najwięcej jest krzewów różanych ale nie róż nowoczesnych, bo to nie jest ta bajka. Róże na suchej rabacie to dzikuny i róże historyczne. Parę galijek, róże mchowe i alba, jedna remontanka i piękna Rosa glauca, takie klimaty. Te różane krzewy bardzo dobrze radzą sobie na słabej ziemi i nie potrzebują jakichś nadzwyczajnych zabiegów pielęgnacyjnych. Poza tym nieprzeładowane płatkami kwiaty bardziej pasują do "suszkowego stylu" niż nowoczesne odmiany róż. Wyjątek może kiedyś zrobię dla tzw. nowoczesnych piżmaków czyli róż piżmowych. Są one co prawda delikatniejsze niż róże historyczne czy dzikuny ale ich subtelne kwiaty bardzo dobrze "grałyby" z roślinami na suchej rabacie.
Po krzewach czas na półkrzewy czy też krzewinki. Jak wspomniałam jestem fanką łączenia irysów bródkowych z szałwiami lekarskimi ( i nie tylko lekarskimi ). Szałwia lekarska Salvia officinalis to doskonała roślina na suche rabaty. Gatunek rośnie na tyle szeroko i wysoko że robi u mnie za roślinę architektoniczną, odmiany są nieco mniejsze ale posadzone w odpowiedniej wielkości grupach lub też rytmicznie powtarzające się w nasadzeniach również doskonale "porządkują" rabatę. przyznaję się że do kwitnienia szałwii lekarskiej mam stosunek ambiwalentny - fajnie bo przylatują pszczoły i kolorek kwiatów jest z tych, które przemawiają do mojego serca ale pokrój rośliny na tym kwitnieniu traci. Nie przepadam za kwitnieniem odmiany 'Purpurea', wolę pięknie wybarwione liście niż kwiaty tej odmiany. Najbardziej przemawiają do mnie kwiaty odmiany 'Tricolor', właściwie to jedyna szałwia lekarska, której kwitnienie nie powoduje u mnie dylematu sekatorowego ( obciąć czy nie obciąć badylki z kwiatami ). Na mojej suchej rabacie sadzę wszystkie szałwie lekarskie jakie tylko mi się uda zdobyć. Mnożę je robiąc odkłady i powtarzam nasadzenia z nich na całej długości rabaty. Nie zabezpieczam ich na zimę. Gatunek jest wg. mnie nie do zdarcia, przetrwał słynny luty 2012 bez uszczerbku, z odmianami nie jest już tak fajnie. O ile mają okrywę ze śniegu spokojnie i z godnością znoszą zimy centralnopolskie, bez okrywy różnie to bywa. Bardziej wrażliwe są wg. mnie odmiany o variegatowatych liściach - 'Icterina', 'Crème de la Crème’i 'Tricolor' ( w tej kolejności - "Tricolorka" chyba jest najbardziej odporna ), natomiast 'Purpurea' jest dość hardcorowa.
Kolejnym półkrzewem który masowo występuje na suchej rabacie jest lawenda. Zaczynałam na podwórku od siewek z ogrodu Mamelona, potem przyszła kolej na egzemplarze przesadzane z ogrodu właściwego czyli Alcatrazu i na kupowanie odmian. W sumie lawend na podwórku jest mnóstwo bo nie tylko na suchej rabacie się rozpleniły ale i na podokiennej różance. No i bardzo dobrze! Roślina miła dla oka i nosa, kwitnie długo i wytrwale, wymagań wielkich nie ma. Strzygę ją tylko regularnie wczesną wiosną dla zachowania zwartego pokroju. Jedynymi szkodnikami, które u mnie żerują na lawendzie są Ciotka Elka i Dżizaas. Pierwsza załatwia z pomocą kwiatów lawendy porachunki z tzw. "ewentualnymi molami", druga lawendę wykorzystuje w kuchni ( polewy i inne bezy ). Zapowiedziałam straszliwe kary jak złapię na pozyskiwaniu kwiatków lawend odmianowych, ale czuję że szkodniki kombinują żeby z tym karaniem były problemy ( niewinne pytanko Ciotki Elki - "To które są te odmianowe?" ). Nieświadomość nie wyłącza odpowiedzialności, tego będę się trzymać i żadne usprawiedliwionka nie będą do mnie docierać. Spiski i wykorzystywanie mojej nieobecności w domu skończą się smutno dla miłośniczek lawendy. Howgh!
Teraz przechodzimy do bylin właściwych czyli takich którym nic nie drewnieje i które zanikają zimową porą. Zacznę od masowo występującego czyśćca bizantyńskiego Stachys byzantina. Na suchej rabacie uprawiam gatunek i świetną odmianę 'Big Ears'. Szare liście z kutnerem to wymarzone uzupełnienie dla nasadzeń z szałwii lekarskiej i lawendy. Podobnie jak w przypadku półkrzewów tak i i w przypadku czyśćca powtarzam nasadzenia z rośliny na całej długości rabaty. Dzięki dość dużym liściom czyśćce "porządkują" mi tzw. wysoki parter. Podobną nieco do czyśćca rolę spełniają też nasadzenia z szanty Marrubium supinum. Liście szanty nie są co prawda aż tak "wyraziste" jak liście czyśćca ale roślina ta tworzy całkiem spore kępy i jest dobrze widoczna nawet na dość dużej rabacie jaką jest sucha przyszła Żwirowa. Poza tym odcień liści szanty to jest po prostu poezja. Do szarych i szarawych omszonych liści bardzo pasiły mi delikatne różowości, subtelne błękity i inne "przełamane pastele". Kolorek kwiatów pożądany zawsze mogę uzyskać sadząc odpowiednią odmianę irysa niższej kategorii, mam do wyboru taką tęczę jaką tylko w storczykowych kwiatach można jeszcze napotkać. Mnie oprócz kolorku marzyło się też wrażenie pewnej zwiewności, motylego wdzięku. Kocham irysy bródkowe ale tej zwiewności to na pewno nie pod tym adresem szukać. Delikatnie wdzięczne są za to kwiaty bodziszków. Na suchej rabacie zapuściłam czym prędzej Geranium sanguineum 'Vision Light Pink' i Geranium clarkei 'Kashmir Pink',
Później dosadziłam jeszcze Geranium renardii i Geranium subcaulescens. Jedną z najwspanialszych rzeczy jaką udało mi się osiągnąć na piochach podwórkowych jest świetny wygląd przetacznika siwego Veronica incana. Roślina ta męczyła się u mnie na zbyt ciężkiej glebie Alcatrazu, piaskowanie koło korzonków nic nie dawało. Nie tylko nie było kwiatów, siwy nawet nie był siwy! Dopiero przeprowadzka na saharowatą część podwórka sprawiła że siwy pokazał na co go stać. To dla mnie najpiękniejszy z przetaczników! Działając w myśl zasady proch do prochu ( o kolorek liści rzecz jasna łazi ) na suchej w tempie ekspresowym wylądowały goździki Dianthus. podobnie jak z w przypadku przetacznika siwego większości goździków ( bo dziwo nie wszystkim ) taka zmiana posłużyła. Od początku na suchej rabacie lepiej czują się driakwie Scabiosa i pszczelniki Dracocephalum, żałuję że za długo zwlekałam z przeprowadzką driakwii. Za to na suchej swój debiut ogrodowy miały mikołajek nadmorski Eryngium maritimum i agawolistny Eryngium agavifolium, w tym wypadku wiedziałam że nawet nie ma co próbować sadzenia tych roślin na zbyt ciężkiej dla nich alcatrazowej glebie. W przyszłym sezonie zamierzam na piochach posadzić białe i pastelowo różowe maki orientalne, mam nadzieję że sucha gleba spowoduje że ich pędy nie będą się wykładać a liście innych "mocnych" bylin zakryją puste miejsca po kwitnieniu maków.
Parter nasadzeń czyli najbliższą dla wzroku część rabaty porastają macierzanki Thymus, rojniki Sempervivum i inne płożaki. Są pospolite floksy szydlaste Phlox subulata i mniej pospolite kotule Cotula czy aceny Acaena. Pielenie tej drobnicy wymaga benedyktyńskiej cierpliwości ale efekt kwitnącego dywanika powala. Zresztą nie tylko kwitnącego, rośliny zadarniające parter mają często ciekawe ulistnienie. Niektóre z nich są zimozielone jak choćby dębik ośmiopłatkowy Dryas octopetala. Najdelikatniejszymi roślinami parteru są te pochodzące z antypodów, ciężko je zabezpieczyć bo zimą lubią mieć w miarę sucho i niezbyt zimno ( zakrywanie niektórych kotul czy odmian aceny mija się z celem bo roślina przygnije pod przykryciem - przetestowane ). Cóż, zostaje zawsze paciorek do Muczenicy Dorofieji, patronki ogrodników lub bezpośrednie narzucanie się Wielkiemu Ogrodowemu. Jeżeli pogoda sprzyja, pioch zimową porą nienasiąknięty ( te rośliny naprawdę nie znoszą gleb trzymających wilgoć ), mrozy jak w środkowej Europie a nie na Syberii, to jest duża szansa że "antypodki" przetrzymają zimę w dobrym zdrowiu a latem dadzą czadu aż miło. Podobnie jak z "antypodkami" ma się sprawa w z takimi roślinami jak piaskowiec górski Arenaria montana czy mocno egzotyczne lewizje Lewisia. Teraz napiszę tzw. Wielką Prawdę czyli użalę się nad naszym klimatem. Wydawałoby się że rośliny pochodzące z zimniejszych stref będą odporne na wybryki środkowoeuropejskiego klimatu. Niestety nie zawsze tak jest - Wielki Ogrodowy postanowił że za karę ( nie za bardzo wiem za co ) będziemy uprawiać ogrody nękani przez wiosenne przymrozki. To one są najczęściej odpowiedzialne za "wykaszanie" całych grup roślin pochodzących z różnych stref klimatycznych. Roślinki się budzą, soczki zaczynają krążyć a tu łup - 7 w nocy! No taki mamy klimat, że zacytuję klasyka.
Lato na suchej rabacie rozpoczyna się kwitnieniem szałwii omszonej i liliowców. Szałwia omszona Salvia nemorosa występuje na podwórku w wielu odmianach - kompaktowa 'Sensation Blue', klasyczna 'Blaukönigin', wykładająca się ale za to niesłychanie ozdobna 'Pusztaflamme' i ostatni nabytek - 'Caradonna'. Poza 'Pusztaflamme' kolory raczej chłodnawe, różowości i ametysty kwitną sobie na Landrynie, przyszła Żwirowa to zdecydowany szałwiowy chłód. Takie fiolety i niebieskości jakoś bardziej pasują mi do kwiatów perowskii Perovskia atriplicifolia czy werbeny patagońskiej Verbena bonariensis, które latem górują nad niższymi bylinami porastającymi suchą rabatę. Kłosowe kwiatostany szałwii, perowskii czy amorfy szarej Amorpha canescens równoważę cięższymi w odbiorze kwiatami liliowców Hemerocallis. Nie są to jednak liliowce "wagi superciężkiej". Na próżno szukać by na tej rabacie liliowców o olbrzymich kwiatach, których płatki są najeżone rekinimi zębami czy sfalbanione do nieprzytomności. Takie radości to w innych częściach mojego ogrodu, liliowce rosnące na przyszłej Żwirowej są raczej skromne. Braki w urozmaiceniu petali i sepali równoważą za to wyszukaną kolorystyką. Ciekawe różyki, błękitne oczka, niespotykane pastelowe odcienie - takie są liliowce na suchej rabacie. W tym sezonie obok liliowców zadebiutowały lilie ( potrzebowałam zdecydowanie wyższych od liliowców roślin o dużych kwiatach ). Najbardziej pasują mi nasadzenia z lilii królewskiej Lilium regale, na kwitnienie orienpetów jeszcze czekam. Jestem ciekawa efektów, mam nadzieję że duże lilie nie odbiorą "suszkowego charakteru" przyszłej Żwirowej, w końcu kwitnąć będą wśród traw - miskantów i molinii.
Traw zresztą na tej rabacie jest znacznie więcej. Większość kwitnie jesienną porą ale nie wszystkie. Moim marzeniem jest doprowadzenie do kwitnienia ostnicy wielkiej Stipa gigantea. Jak do tej pory trawsko buduje wielką kępę ale na kwitnienie jej się nie zbiera. Mam jednak nadzieję że kiedyś się pięknie wykłosi i w lipcu zostanie Miss Traw Alcatrazu i Okolic. Oczekiwanie umilam sobie oglądaniem kwiatów amorfy szarej ( jak ona kwitnie to dlaczego wielka ostnica miałaby nie zakwitnąć ). Letnie byliny na przyszłej żwirowej są z tych długo kwitnących, do takich zalicza się też jeżówki Echinacea. Zanęcona tą długością kwitnienia skusiłam się i posadziłam tzw. czysty gatunek. No cóż, jak do tej pory to raczej marnie - to jest kolejne stanowisko w moim ogrodzie, które jeżówki mają głęboko w korzeniu. O ile nie ruszą do końca sezonu z kopyta to zostaną eksmitowane do zaprzyjaźnionego ogrodu. Szkoda mi miejsca na rośliny odmawiające współpracy, lepiej posadzić na ich miejscu nawet coś bardzo pospolitego typu krwawnik, byleby tylko dobrze rosło i obficie kwitło. Marnawe rarytety i odmawiające współpracy pospoliciaki które generują wrażenie wyłysiałych placków na rabacie to nie jest to co chętnie uprawiam.
Jesień na przyszłej Żwirowej należy do rozchodników Sedum. Mam ich całą kolekcję dzięki zrzutom od Dorotki i Krysi ( piękna Ziemia Zamojska wydała nie mniej piękne rozchodniki ). Dzięki nim jesienną porą na suchej rabacie roi się od owadów, głównie pszczół i motyli. Chyba żadna roślina kwitnąca o tej porze roku nie przyciąga tak owadów jak te rośliny. Na suchej rosną też jesienne astry, głównie wrzosolistne. Ww wrześniu i październiku ta rabata dalej żyje pełnią życia nie tylko za sprawą kwitnienia jesiennych roślin ale dzięki trwałym, kolorowolistnym półkrzewom i kwitnącym trawom. Po moich doświadczeniach z suchą rabatą śmiem twierdzić że ciężko grzeszą Ci narzekający na piochy. Patelniane piaski to możliwość uprawy niesamowitej ilości fajnych roślin, tylko się wyżywać ogrodniczo. Moja rabata w przyszłości zostanie zażwirowana ( to znaczy jak napadnę szejka roponośnego i zmuszę do ożenku bez intercyzy, he, he ). Żeby rabata dobrze wyglądała będzie wymagane również wyżwirowanie podwórka co jest sprawą niesłychanie bolesną finansowo. Sypanie żwiru wcale nie jest proste ( podkłady ,warstwy, różne rozmiary kamyszków ). Wstrzymujących w tej chwili oddech na myśl o słynnym białym grysie uspokajam - żwirki naturalnie kolorowe mi się marzą, żadne tam dające po oczach jasności ( toż żwirek też wymaga pewnych zabiegów żeby wyglądał ).
Subskrybuj:
Posty (Atom)








