poniedziałek, 14 września 2015
Jesiennienie ogrodu
Oj, dzieje się dzieje! U Mamelona nowe cisy i "gallizacja" ogrodu ( zrobi się z tego prawdziwe Mamelonoison - przedogródek nawiąże do części "wewnętrznej" ogrodu ) u mnie akcje z przesadzaniem lilaków ( wczoraj myślałam że będę "zbierać macicę" z gleby, korzenie sięgające na półtora metra w glebie dały mi nieźle popalić ). Generalnie wysadzania, przesadzania i ostre cebulowanie. Już niemal skończyłam z irysami ( przy okazji, szczęśliwie Robert w porę mi przypomniał o składce na MEIS - moja skleroza ostatnio mocno postępuje ), czas się wziąć za sadzenie paproci. We wrześniu przybyły trzy - wymarzona Dryopteris erythrosora 'Brilliance', kolejne Adiantum pedatum 'Miss Sharples' i Athyrium 'Ocean's Fury'. Nerecznica 'Brilliance', wyląduje przy podciętej kosodrzewinie, wraz z okanumką czyli Athyrium otophorum 'Okanum'. No i przy tych napominkach paprotowych doszłam do sprawy kosówki. Dawno, dawno temu kupiłam kosodrzewinę, która miała być tą niższą wersją. Mimo uszczykiwania pędów krzaczysko wyrosło prawie na 3 metry, co bym zniosła jeszcze z godnością, ale zaczęło straszliwie łysieć "od spodu". Nie wyglądała kosóweczka z tym łysieniem seksownie - żaden Yul Brynner, Kojak czy nawet nasz Sławeczek. Chynszor paskudny po prostu i to bez nadziei na pozarastanie tej łysiny.
Doszłam do tzw. ściany - możliwości dwie: wywalić gadzinę kompletnie lub spróbować formowania. Na formowaniu w stylu japońskim nie znam się w ogóle, na formowaniu europejskim też nie - moje jedyne osiągnięcie w dziedzinie formowania to wyprowadzenie sosny na pniu. Nie ma się zatem co dziwić że kosodrzewinka nie wygląda za bardzo przekonująco. Trudno, albo się do niej przyzwyczaję albo ona w cudowny sposób wypięknieje. Jak żadna z tych ewntualności nie będzie miała miejsca to Pan Andrzejek wykopie niewdzięczną. Na razie Podskubana robi za cieniek dla paprociumów i funkii. Na tle jesiennego ogrodu jest nawet znośna bo: po pierwsze primo - mam tyle roboty ogrodowej że nie mam czasu specjalnie się przyglądać Podskubanej, po drugie drugo - we wrześniowym Alcatrazie jest tyle atrakcji że Podskubana ginie przy owocujących szaleńczo berberysach czy zaczynających się przebarwiać liściach klonów i azalek. Kto by tam sobie głowę Podskubaną zaprzątał jak tu miskanty i rozplenice się wykłosiły, proso się wreszcie porządnie niebieszy, zimowity pierwszy raz naprawdę solidnie kwitną od czasu pamiętnego wymrożenia cebul w 2012.W dodatku zakwitły w końcu zadowalająco ( znaczy nie trzema kwiatkami i szlus ) odmiany Geranium wallichianum. Jesień już "za rogiem", Alcatraz to czuje.
sobota, 12 września 2015
Isfahan
Isfahan czyli miasto ze snów. To jest taka kategoria miast pod którą podpadają Samarkanda, Timbuktu, Toledo. Wszystkie one istnieją, są jak najbardziej realne ale nie nie są już tym czym były kiedyś. Nazwy kojarzą się bajkowo - romantycznie, ale w chwili obecnej część z tych świetnych niegdyś miast to albo zapyziałe dziury z rozpadającymi się pomnikami architektury, albo skansen nastawiony na turystów ( niestety często na tych masowych turystów ). Isfahan miał wiele szczęścia bo nie wpadł w żadną z tych pułapek, jest drugim co do wielkości miastem Iranu i raczej jego sytuacja jest zbliżona do sytuacji Krakowa niż takiego Timbuktu czy innej Wenecji. Znaczy miasto żyje własnym współczesnym życiem, choć turystyka jest w nim wszechobecna. No, ale zabytki są w nim "unescowe" to nie ma się co dziwić że "grodzisko" jest turystycznie oblężone. Napiszę o mieście dość pobieżnie bo inaczej, bez narzuconych sobie ramek, zrobiłabym z tego wpisu tzw. post rzekę. Jest w Isfahanie tyle godnych zobaczenia miejsc że blog mógłby się od tego odogrodowić i zrobić isfahański, a wtedy zawodzenie siostrzane od morza by mnie dobiegło ( Magdzioł wyraźnie stęskniona ogrodniczenia, upały nad morzem to w końcu nie są takie prawdziwe upały - sister szczęśliwie nieświadoma ogromu klęski suszy w centralnej i południowej Polszcze ). Isfahan chwile swojej świetności przeżywał za Safawidów, szach Abbas I Wielki uczynił z tego miasta stolicę swojego imperium.
Z całej masy "atakujących" zabytków na Dżizaasie największe wrażenie wywarły dwa: Czehel Sotun ( z anielska Chehel Sotoun ) czyli Pałac Czterdziestu Kolumn wraz z zamkniętym w obrębie jego murów ogrodem i plac Majdan-e Imam Homeini zwany dawniej Maidaan-e Naqsh-e Jehaan ( bardziej prosto będzie Naghsh-i Jahan , he, he ), z całym zespołem przylegających do niego budowli. Czehel Sotun powstał w czasach panowania Abbasa I Wielkiego ale to szach Abbas II był tym, który miał największy wpływ na to jak Czehel Sotun wygląda. Nazwa pochodzi od kolumn pałacowego pawilonu, zwielokrotnionych przez odbicie w tafli wodnej . Pawilon, mimo tego że naprawdę olbrzymi nie wydaje się monumentalny. Nic z ciężkości architektury pałacowej Mogołów czy monumentalności tureckich założeń, nie ta bajka. Wszystko tu jest jakby bardziej subtelne, czuć "oddech" chińskiej sztuki, jak w miniaturach Rezi Abbasiego. Można się też dopatrzeć nawiązań do preislamskiej architektury perskiej, śladów po Persepolis. Są oczywiście odjazdy lustereczkowo - zwierciadlane, ale nie mniejsze mamy w europejskim Wersalu, że napomknę o tym czymś zwanym Gabinetem Zwierciadlanym w Rezydencji Biskupiej w Würzburgu. Rozwijająca się optyka, zabawy Galileusza ze szkiełkami i tym podobne naukowe ekscesy znalazły swoje odbicie ( he, he ) w sztuce. Fascynacja zwierciadłami w XVII i XVIII wieku jak widać nie ominęła Orientu, więc nie ma co jęczeć że "za bogato".
Tak przy okazji zwierciadlanych sufitów Dżizaas wywiedziała się że dobrze zwracać uwagę na dekorację tzw. pował. Często umieszczano na nich odbicie ( znowu lustereczkowo, he, he ) tego co znajdowało się na podłodze. Podłóg wyściełanych oryginalnymi dywanami niewiele się zachowało ( i raczej są to okazy z późniejszych epok niż safawidzka ) i właściwie jedyny ślad po dekoracjach podłóg mamy na.....suficie. Oczywiście dywany dywanami ale i ceramiczne okładziny podłóg , drewniane itp. - wszystko to podlegało temu samemu prawu odwzorowania. Jako na suficie tako i na podłodze. Amen!
Pałac ukończono w 1647 roku, choć słowo ukończenie raczej odnosi się do samej architektury - ściany były wielokrotnie pokrywane nowymi malowidłami ( na niektórych doliczono się wielu warstw tynku ), konserwatorzy mają nielichy problem - pod cennymi malowidłami z epoki Kadżarów, znajdują się jeszcze cenniejsze malowidła z epoki Safawidów.
W pawilonie i na tarasie Abbas II przyjmował poselstwa, ta idylliczna siedziba szacha była czymś pełniącym podobną funkcję do XVII wiecznego Wilanowa - rezydencja królewska i owszem, ale bez jakiegoś zadęcia i "walenia" władzą i związanym z nią przepychem po oczach. Bardziej subtelnie niż we Francji pokazywano "kto tu rządzi".
Pałac zajmuje powierzchnię 2125 metrów kwadratowych, ogród pałacowy 6000 metrów kwadratowych ( kiedyś był większy ). Obecnie pałac jest odrestaurowywany, stąd widoczne rusztowania ( zresztą w całym starym Isfahanie trwa Wielka Restauracja ). Urządzono w nim muzeum, są w nim "na stanie" dzieła sztuki pochodzące ze starych pałaców Isfahanu, które miały mniej szczęścia niż Czehel Sotun i nie udało im się dotrwać do czasów współczesnych.
Majdan-e Imam Homeini ( za czasów mej młodości pisano Chomeini przez Ch, teraz okazało się że to jednak prawdziwe głębokie H ) to Wokół placu wybudowano ciąg dwupoziomowych arkad ( w nich kipi handlowo, dywany "pamiuntki" - te sprawy, ). Po wschodniej stronie placu stoi Meczet szacha Lutf Allaha, a po stronie południowej Meczet Królewski. Po zachodniej stronie placu ma swoje miejsce kompleks pałacowy ze słynnymi Ali Kapu czyli Wysokimi Wrotami - bramą prowadzącą do pałacu, z wybudowanej na tej bramie podwyższonej werandy szachowie mogli oglądać uroczystości na placu. Pomiędzy placem Imama Homeiniego a Meczetem Piątkowym znajduje się Wielki Bazar, rozciągnięty na długości niemal 2 kilometrów. Plac ( tralala, słówko "Majdan" brzmi znajomo ) o wymiarach 512 × 159 metrów zbudowany został w latach 1590–1595, przez Abbasa I Wielkiego po przeniesieniu stolicy państwa do Isfahanu. Na początku miał służyć jedynie jako miejsce ceremonii królewskich i boisko do gry w polo, jednak już w 1602 otoczono go dwupoziomowymi arkadami handlowymi. Dla Irańczyków jest dziś tym czym dla nas Rynek Krakowski - z jednej strony duma z dziedzictwa, z drugiej komercha turystyczna, najbezczelniej oczywiście wyglądająca z tych handlowych arkadek.
Słynne trzy meczety Isfahanu to perły architektury islamskiej - tą najjaśniej błyszczącą w koronie jest niewątpliwie Meczet Piątkowy ( odświętny, muzułmańska niedziela przypada na nasz piątek ). Był co prawda wielokrotnie przebudowywany ale stał na "swoim miejscu" już w VIII wieku naszej ery. Jest jednym z najstarszych meczetów Iranu i nie tylko Iranu. Swój dzisiejszy kształt zawdzięcza w największym stopniu rozbudowie jaka miała miejsce za czasów panowania Seldżuków, czyli w XI i XII wieku. U nas w tym czasie budowano romańskie kościółki i klasztory, w Persji "obudowywano" dziedzińce meczetów, wznoszono kopuły, wymyślano ejwany ( ejwan lub iwan to przesklepione pomieszczenie otwarte od strony dziedzińca, sklepione kolebką o załamanym łuku lub konchą ). Architektoniczna skala trudności którą bezproblemowo opanowali islamscy architekci, przez ich europejskich odpowiedników została opanowana dopiero po wyprawach krzyżowych. Wgapiając się w gotyckie sklepienia katedr możemy odnaleźć w ich konstrukcji echa "wschodniej nuty". Wierni wznoszący chrześcijańskie oczęta ku ostrołukowym sklepieniom oczywiście nie mieli pojęcia że "sięgające nieba" gotyckie katedry "urodziły" się wśród wyznawców innej religii. Tak, tak,....rozmodlony gotyk, a tu niespodziewanka!
Meczet szajcha Lutf Allaha wzniesiony został w latach 1603–1619. Powstał jako prywatny meczet szacha i jego dworu, znaczy nie był meczetem publicznie dostępnym tylko pałacowym. Z tego powodu przy meczecie nie ma minaretów, muezini nie wzywali wiernych - wierni pojawiali się zgodnie z etykietą. Nie jest to też meczet specjalnie wielki, w końcu dwór to była elita a elity mają to do siebie że są grupkami nieliczącymi zbyt wielu członków. Publicznie dostępny stał się ten meczet dopiero w jakieś sto lat po zbudowaniu. Nazwa meczetu wywodzi się od imienia słynnego imama, który przewodniczył modlitwom dworu królewskiego. Konstrukcyjnie to nie jest tzw. "perła architektury" - raczej prosta budowla, bez cudów i nowatorskich rozwiązań, za to dekoracja - no, to jest temat "dysertacyjny". Z dekoracją meczetów jest tak jak z pisaniem ikon czy porządkiem ołtarzy w katedrach - odbiór takich dzieł w oczach laika to tylko interesujące zdobienia, czasem czyste piękno ale dla wiernych to zbiór kodów, swoista księga zawierająca pewien program. Dla przybysza z Zachodu meczety są "ozdabiane kafelkami w arabeski", dla ludzi islamu są opisem ich wiary i nie tylko wiary. Dekoracja meczetu szajcha Lutf Allaha odnosi się do określenia odmienności szyickiej wersji islamu wobec sunnityzmu. To był problem, który zaprzątał umysł fundatora meczetu, szacha Abbasa. Nie chodziło rzecz jasna tylko o samą religię, jak to w takich wypadkach zawsze bywa sprawa była z gatunku politycznych. Na czasy Safawidów przypada okres formowania się podstaw współczesnej tożsamości Irańczyków ( porównać możemy to do formowania się protestanckiej tożsamości ludzi północno - zachodniej Europy ), a także początków irańskiej państwowości w jej obecnym kształcie terytorialnym. "Kafelki" czyli okładzina ceramiczna z wybranymi surami Koranu jest historią tworzenia się współczesnego Iranu.
Masdżet e-Szah czyli Meczet Królewski , wzniesiony został w latach 1612 -1630. Już na etapie projektowania było wiadomo ze nie będzie to taki zwykły meczet. Problemem było umiejscowienie mihrabu czyli półokrągłej wnęki w ścianie wskazującej kierunek Mekki. Żeby skierować mihrab zgodnie z tradycją , architekt zmuszony był do złamania osi budowli. Meczet został wzniesiony na planie czterech ejwanów, gdzie wokół centralnego dziedzińca wznoszą się cztery ejwany wiodące do przykrytych kopułami sal. Oczywiście jest po królewsku olbrzymi, znaczy wielkorozmiarowy - 100 × 130 metrów. Ten meczet ma minarety, był meczetem dla wszystkich wiernych. Trzy portale, z elewacjami pokrytymi barwną ceramiczną okładziną ( najpiękniejsza w tzw. portalu głównym ), z niszami wypełnionymi sklepieniem stalaktytowym, z piętrowymi galeriami, przykryte turkusowymi kopułami, to w sumie trzy olbrzymie, samodzielne budynki. Meczet wieńczy wielka, 60-metrowa kopuła. We wnętrzu meczetu olśnień podobnych do tych z meczetu szajcha Lutf Allaha nie ma się co spodziewać, choć robi wrażenie sklepienia, zwane stalaktytowym, czy też wykuty w białożółtym marmurze minbar czyli kazalnica, no i dekoracja kopuły.
Plac Imama Homeiniego , trzy meczety i bazar to turystyczny standard. Jak już się jest w Isfahanie to mus zobaczyć, bo nie widzieć to tak jak być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. W mieście zabytków od groma ale turystycznie to najbardziej oblężonym miejscem jest ten plac. Jednak architektura jest tak wysokiej próby że nawet "umasowienie turystyczne" nie przeszkadzało Dżizaasowi podziwiać tego miejsca.
I to by było na tyle i baaaardzo "po łebkach" na temat Isfahanu.
Z całej masy "atakujących" zabytków na Dżizaasie największe wrażenie wywarły dwa: Czehel Sotun ( z anielska Chehel Sotoun ) czyli Pałac Czterdziestu Kolumn wraz z zamkniętym w obrębie jego murów ogrodem i plac Majdan-e Imam Homeini zwany dawniej Maidaan-e Naqsh-e Jehaan ( bardziej prosto będzie Naghsh-i Jahan , he, he ), z całym zespołem przylegających do niego budowli. Czehel Sotun powstał w czasach panowania Abbasa I Wielkiego ale to szach Abbas II był tym, który miał największy wpływ na to jak Czehel Sotun wygląda. Nazwa pochodzi od kolumn pałacowego pawilonu, zwielokrotnionych przez odbicie w tafli wodnej . Pawilon, mimo tego że naprawdę olbrzymi nie wydaje się monumentalny. Nic z ciężkości architektury pałacowej Mogołów czy monumentalności tureckich założeń, nie ta bajka. Wszystko tu jest jakby bardziej subtelne, czuć "oddech" chińskiej sztuki, jak w miniaturach Rezi Abbasiego. Można się też dopatrzeć nawiązań do preislamskiej architektury perskiej, śladów po Persepolis. Są oczywiście odjazdy lustereczkowo - zwierciadlane, ale nie mniejsze mamy w europejskim Wersalu, że napomknę o tym czymś zwanym Gabinetem Zwierciadlanym w Rezydencji Biskupiej w Würzburgu. Rozwijająca się optyka, zabawy Galileusza ze szkiełkami i tym podobne naukowe ekscesy znalazły swoje odbicie ( he, he ) w sztuce. Fascynacja zwierciadłami w XVII i XVIII wieku jak widać nie ominęła Orientu, więc nie ma co jęczeć że "za bogato".
Tak przy okazji zwierciadlanych sufitów Dżizaas wywiedziała się że dobrze zwracać uwagę na dekorację tzw. pował. Często umieszczano na nich odbicie ( znowu lustereczkowo, he, he ) tego co znajdowało się na podłodze. Podłóg wyściełanych oryginalnymi dywanami niewiele się zachowało ( i raczej są to okazy z późniejszych epok niż safawidzka ) i właściwie jedyny ślad po dekoracjach podłóg mamy na.....suficie. Oczywiście dywany dywanami ale i ceramiczne okładziny podłóg , drewniane itp. - wszystko to podlegało temu samemu prawu odwzorowania. Jako na suficie tako i na podłodze. Amen!
Pałac ukończono w 1647 roku, choć słowo ukończenie raczej odnosi się do samej architektury - ściany były wielokrotnie pokrywane nowymi malowidłami ( na niektórych doliczono się wielu warstw tynku ), konserwatorzy mają nielichy problem - pod cennymi malowidłami z epoki Kadżarów, znajdują się jeszcze cenniejsze malowidła z epoki Safawidów.
W pawilonie i na tarasie Abbas II przyjmował poselstwa, ta idylliczna siedziba szacha była czymś pełniącym podobną funkcję do XVII wiecznego Wilanowa - rezydencja królewska i owszem, ale bez jakiegoś zadęcia i "walenia" władzą i związanym z nią przepychem po oczach. Bardziej subtelnie niż we Francji pokazywano "kto tu rządzi".
Pałac zajmuje powierzchnię 2125 metrów kwadratowych, ogród pałacowy 6000 metrów kwadratowych ( kiedyś był większy ). Obecnie pałac jest odrestaurowywany, stąd widoczne rusztowania ( zresztą w całym starym Isfahanie trwa Wielka Restauracja ). Urządzono w nim muzeum, są w nim "na stanie" dzieła sztuki pochodzące ze starych pałaców Isfahanu, które miały mniej szczęścia niż Czehel Sotun i nie udało im się dotrwać do czasów współczesnych.
Majdan-e Imam Homeini ( za czasów mej młodości pisano Chomeini przez Ch, teraz okazało się że to jednak prawdziwe głębokie H ) to Wokół placu wybudowano ciąg dwupoziomowych arkad ( w nich kipi handlowo, dywany "pamiuntki" - te sprawy, ). Po wschodniej stronie placu stoi Meczet szacha Lutf Allaha, a po stronie południowej Meczet Królewski. Po zachodniej stronie placu ma swoje miejsce kompleks pałacowy ze słynnymi Ali Kapu czyli Wysokimi Wrotami - bramą prowadzącą do pałacu, z wybudowanej na tej bramie podwyższonej werandy szachowie mogli oglądać uroczystości na placu. Pomiędzy placem Imama Homeiniego a Meczetem Piątkowym znajduje się Wielki Bazar, rozciągnięty na długości niemal 2 kilometrów. Plac ( tralala, słówko "Majdan" brzmi znajomo ) o wymiarach 512 × 159 metrów zbudowany został w latach 1590–1595, przez Abbasa I Wielkiego po przeniesieniu stolicy państwa do Isfahanu. Na początku miał służyć jedynie jako miejsce ceremonii królewskich i boisko do gry w polo, jednak już w 1602 otoczono go dwupoziomowymi arkadami handlowymi. Dla Irańczyków jest dziś tym czym dla nas Rynek Krakowski - z jednej strony duma z dziedzictwa, z drugiej komercha turystyczna, najbezczelniej oczywiście wyglądająca z tych handlowych arkadek.
Słynne trzy meczety Isfahanu to perły architektury islamskiej - tą najjaśniej błyszczącą w koronie jest niewątpliwie Meczet Piątkowy ( odświętny, muzułmańska niedziela przypada na nasz piątek ). Był co prawda wielokrotnie przebudowywany ale stał na "swoim miejscu" już w VIII wieku naszej ery. Jest jednym z najstarszych meczetów Iranu i nie tylko Iranu. Swój dzisiejszy kształt zawdzięcza w największym stopniu rozbudowie jaka miała miejsce za czasów panowania Seldżuków, czyli w XI i XII wieku. U nas w tym czasie budowano romańskie kościółki i klasztory, w Persji "obudowywano" dziedzińce meczetów, wznoszono kopuły, wymyślano ejwany ( ejwan lub iwan to przesklepione pomieszczenie otwarte od strony dziedzińca, sklepione kolebką o załamanym łuku lub konchą ). Architektoniczna skala trudności którą bezproblemowo opanowali islamscy architekci, przez ich europejskich odpowiedników została opanowana dopiero po wyprawach krzyżowych. Wgapiając się w gotyckie sklepienia katedr możemy odnaleźć w ich konstrukcji echa "wschodniej nuty". Wierni wznoszący chrześcijańskie oczęta ku ostrołukowym sklepieniom oczywiście nie mieli pojęcia że "sięgające nieba" gotyckie katedry "urodziły" się wśród wyznawców innej religii. Tak, tak,....rozmodlony gotyk, a tu niespodziewanka!
Meczet szajcha Lutf Allaha wzniesiony został w latach 1603–1619. Powstał jako prywatny meczet szacha i jego dworu, znaczy nie był meczetem publicznie dostępnym tylko pałacowym. Z tego powodu przy meczecie nie ma minaretów, muezini nie wzywali wiernych - wierni pojawiali się zgodnie z etykietą. Nie jest to też meczet specjalnie wielki, w końcu dwór to była elita a elity mają to do siebie że są grupkami nieliczącymi zbyt wielu członków. Publicznie dostępny stał się ten meczet dopiero w jakieś sto lat po zbudowaniu. Nazwa meczetu wywodzi się od imienia słynnego imama, który przewodniczył modlitwom dworu królewskiego. Konstrukcyjnie to nie jest tzw. "perła architektury" - raczej prosta budowla, bez cudów i nowatorskich rozwiązań, za to dekoracja - no, to jest temat "dysertacyjny". Z dekoracją meczetów jest tak jak z pisaniem ikon czy porządkiem ołtarzy w katedrach - odbiór takich dzieł w oczach laika to tylko interesujące zdobienia, czasem czyste piękno ale dla wiernych to zbiór kodów, swoista księga zawierająca pewien program. Dla przybysza z Zachodu meczety są "ozdabiane kafelkami w arabeski", dla ludzi islamu są opisem ich wiary i nie tylko wiary. Dekoracja meczetu szajcha Lutf Allaha odnosi się do określenia odmienności szyickiej wersji islamu wobec sunnityzmu. To był problem, który zaprzątał umysł fundatora meczetu, szacha Abbasa. Nie chodziło rzecz jasna tylko o samą religię, jak to w takich wypadkach zawsze bywa sprawa była z gatunku politycznych. Na czasy Safawidów przypada okres formowania się podstaw współczesnej tożsamości Irańczyków ( porównać możemy to do formowania się protestanckiej tożsamości ludzi północno - zachodniej Europy ), a także początków irańskiej państwowości w jej obecnym kształcie terytorialnym. "Kafelki" czyli okładzina ceramiczna z wybranymi surami Koranu jest historią tworzenia się współczesnego Iranu.
Masdżet e-Szah czyli Meczet Królewski , wzniesiony został w latach 1612 -1630. Już na etapie projektowania było wiadomo ze nie będzie to taki zwykły meczet. Problemem było umiejscowienie mihrabu czyli półokrągłej wnęki w ścianie wskazującej kierunek Mekki. Żeby skierować mihrab zgodnie z tradycją , architekt zmuszony był do złamania osi budowli. Meczet został wzniesiony na planie czterech ejwanów, gdzie wokół centralnego dziedzińca wznoszą się cztery ejwany wiodące do przykrytych kopułami sal. Oczywiście jest po królewsku olbrzymi, znaczy wielkorozmiarowy - 100 × 130 metrów. Ten meczet ma minarety, był meczetem dla wszystkich wiernych. Trzy portale, z elewacjami pokrytymi barwną ceramiczną okładziną ( najpiękniejsza w tzw. portalu głównym ), z niszami wypełnionymi sklepieniem stalaktytowym, z piętrowymi galeriami, przykryte turkusowymi kopułami, to w sumie trzy olbrzymie, samodzielne budynki. Meczet wieńczy wielka, 60-metrowa kopuła. We wnętrzu meczetu olśnień podobnych do tych z meczetu szajcha Lutf Allaha nie ma się co spodziewać, choć robi wrażenie sklepienia, zwane stalaktytowym, czy też wykuty w białożółtym marmurze minbar czyli kazalnica, no i dekoracja kopuły.
Plac Imama Homeiniego , trzy meczety i bazar to turystyczny standard. Jak już się jest w Isfahanie to mus zobaczyć, bo nie widzieć to tak jak być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. W mieście zabytków od groma ale turystycznie to najbardziej oblężonym miejscem jest ten plac. Jednak architektura jest tak wysokiej próby że nawet "umasowienie turystyczne" nie przeszkadzało Dżizaasowi podziwiać tego miejsca.
I to by było na tyle i baaaardzo "po łebkach" na temat Isfahanu.
czwartek, 10 września 2015
'Pink Grootendorst' - róża zmienną jest ( na fotkach )
Trzy fotki jednej odmiany a człowiek ma wrażenie że ma do czynienia z trzema zupełnie różnymi różami. Jednak żywcem oglądana 'Pink Grootendorst' jest nie do pomylenia. To ciekawa róża, zdania na jej temat są podzielone - jedni obstają za tym że cosik mało ozdobna i "choźdygowata", inni twierdzą że posiada ów niezrównany urok dziczyzny, potęgowany przez niewielki rozmiar pojedynczego kwiatu. Ja jestem w tej drugiej grupie, mam wielkie sentymenta dla wariacji rugosy. Przyznam że miałam pewne obawy, naczytałam się że różyczka wypada zdecydowanie lepiej na fotkach niż w realu i w ogóle to niknie w ogrodzie. No jakoś u mnie szczęśliwie nie zaniknęła wśród innych róż. Ba, śmiem twierdzić że z powodu swej "inności" przyciąga wzrok. Malutkie kwiatki o płatkach postrzępionych jak niektóre odmiany goździków są pełne wdzięku. Odpowiada mi jasny różyk tej odmiany, w sam raz pasujący do pastelowych nasadzeń mojej podokiennej różanki. Nie zdecydowałam się na ciemno różową 'F. J. Grootendorst' i smętną 'White Grootendorst' ( ta ostatnia ponoć też smętnie rośnie ), bo kolorek pierwszej jarzeniowy jakby a ta druga wymoczkowata - jasny różyk był w sam raz!
'Pink Grootendorst' została wyhodowana w Holandii. Za datę "urodzin" uznano rok 1923, nazwisko dostała po"tatusiu", hodowcy F. J. Grootendorst, a pierwszy człon nazwy "Pink" od jasnego różyku płatków. Krzew o wysokości do 180 cm i szerokości do 105 cm jest, jak to z większością mieszańców Rosa rugosa bywa, mrozoodporny i odporny na choroby. No i żywotny aż miło. Są co prawda opinie że sporty pochodzące od 'F. J. Grootendorst' ( 'Pink Grootendorst', 'White Grootendorst', 'Grootendorst Supreme' ) mają mniej wigoru niż roślina mateczna ale z doświadczeń znajomków wynika że najbardziej słabowitą odmianą jest ta kwitnąca na biało, dwie pozostałe spokojnie dają radę. Kwiaty "Grootendorstów" mają zazwyczaj około 5 cm średnicy i 25 płatków, kwitną zebrane w klastrach. Minusem tej uroczej "miniaturki kwiatowej" jest to że kwitnie tylko raz ( czasem coś tam powtarza ale bez wielkiego efektu ) i niestety nie pachnie.
'Pink Grootendorst' została wyhodowana w Holandii. Za datę "urodzin" uznano rok 1923, nazwisko dostała po"tatusiu", hodowcy F. J. Grootendorst, a pierwszy człon nazwy "Pink" od jasnego różyku płatków. Krzew o wysokości do 180 cm i szerokości do 105 cm jest, jak to z większością mieszańców Rosa rugosa bywa, mrozoodporny i odporny na choroby. No i żywotny aż miło. Są co prawda opinie że sporty pochodzące od 'F. J. Grootendorst' ( 'Pink Grootendorst', 'White Grootendorst', 'Grootendorst Supreme' ) mają mniej wigoru niż roślina mateczna ale z doświadczeń znajomków wynika że najbardziej słabowitą odmianą jest ta kwitnąca na biało, dwie pozostałe spokojnie dają radę. Kwiaty "Grootendorstów" mają zazwyczaj około 5 cm średnicy i 25 płatków, kwitną zebrane w klastrach. Minusem tej uroczej "miniaturki kwiatowej" jest to że kwitnie tylko raz ( czasem coś tam powtarza ale bez wielkiego efektu ) i niestety nie pachnie.
środa, 9 września 2015
'Mary Rose' - moja pierwsza angielska róża
Gwiazda nad gwiazdami, różany hardcore któremu rady nie dała nawet okrutna zima w 2012 roku, ozdoba maja, czerwca, królowa września, wymagająca jeno podstawowych zabiegów niewybredna piękność - tadam, tadam - 'Mary Rose'! Weteranka w Alcatrazie, najstarsza "austinka" i w ogóle jedna ze starszych róż angielskich, tzw. krok milowy w ich hodowli. Zakwita w moim ogrodzie w drugiej połowie maja i kwitnie z krótkimi przerwami niemal do mrozów. Pozyskana od znajomych szkółkarzy ( dobrze zaszczepiona, podkładka nie wytwarza odrostów i nie odfruwa w niebyt po ciężkiej zimie ), rośnie w Alcatrazie ponad dziesięć lat ( coś mi się tam memle w zwojach że kupiona była w 2003 lub 2004 roku ). Ponoć swój twardy, "pionierski" charakter zawdzięcza ta odmiana obecnym "w rodowodzie" genom Rosa rugosa, różanej mistrzyni przetrwania rodem z japońskich, kamczackich i koreańskich plaż. 'Mary Rose' pochodzi z krzyżowania róż 'The Wife Of Bath' i 'The Miller', może silny charakterek ma po "dzikunach" ale urodę odziedziczyła po jednej z prababek - 'Constance Spry'. Szczęśliwie nie odziedziczyła po niej jednokrotnego kwitnienia i niestety nie odziedziczyła zapachu. 'Mary Rose' pachnie co prawda dość mocno ale oszałamiające nuty zapachowe to nie są. Myślę że swoje długotrwałe kwitnienie zawdzięcza 'Mary Rose' drugiej prababuni - floribundzie 'Ma Perkins'.
Najstarsza z moich angielskich róż zarejestrowana została w 1983 roku. "Tatuś" czyli David Austin, nazwał tę odmianę na cześć flagowego okrętu Henryka VIII. Twórca potęgi morskiej Anglii ( tak, tak, to on rozpoczął inwestowanie w marynarkę, a nie jego córka Królowa Zawsze Dziewica - z pięciu okrętów w początkach panowania Henryka zrobiło się pięćdziesiąt trzy ). Nazwał swą dumę, największy okręt floty, imieniem ukochanej siostry, Mary - zwanej z racji urody Różą Tudorów. Księżniczka Anglii oprócz różanej urody miała zdaje się niezłe kolce - poślubiła co prawda starszego od niej o ponad trzydzieści króla Francji Ludwika XII, ale gdy małżonek po trzymiesięcznym pożyciu wziął i kipnął, nie pozwoliła wydać się za następnego w kolejce do francuskiego tronu Franciszka I, tylko bezczelnie poślubiła księcia Suffolk. Henio się wściekł ale nie na długo, w końcu na cześć Mary nazwał jedną ze swoich córek ( tą pierworodną, więc niby ważniejszą ), no i okręt. Łajba pływała strasząc sąsiadów aż w końcu chwalebnie zeszła na dno w czasie bitwy morskiej jaką stoczono niedaleko Portsmouth w roku 1545. Ponoć miała kiepskiego kapitana, bo dno osiągnęła nie na skutek wrażych działań tylko błędu w sztuce żeglowania. Ciekawe czy Henio zaryczał "Skrócić o głowę!"? W roku 1971 to co zostało po super okręcie Henia podniesiono z dna morza i umieszczono w Muzeum Okrętów Tudorów w Portsmouth.
'Mary Rose' dorasta do 150 cm wysokości ( u mnie ma na maksa 120 cm i myślę że to jest wysokość jaką jest w stanie uzyskać w naszym klimacie ) i 90 - 150 cm szerokości. Kwiaty są duże, pełne - mają 26 do 40 płatków. Kwitną klastrami, jak już pisałam, niemal przez cały sezon ( w Alcatrazie kwitnienie wrześniowe to istne szaleństwo ). Róża jest odporna na grzybice, nigdy nie zdarzyło się jej mieć czarnej plamistości, nawet w najbardziej mokre lato. Jeżeli chcecie zacząć różankowanie, to właśnie 'Mary Rose' jest idealną "pierwszą austinką".
Najstarsza z moich angielskich róż zarejestrowana została w 1983 roku. "Tatuś" czyli David Austin, nazwał tę odmianę na cześć flagowego okrętu Henryka VIII. Twórca potęgi morskiej Anglii ( tak, tak, to on rozpoczął inwestowanie w marynarkę, a nie jego córka Królowa Zawsze Dziewica - z pięciu okrętów w początkach panowania Henryka zrobiło się pięćdziesiąt trzy ). Nazwał swą dumę, największy okręt floty, imieniem ukochanej siostry, Mary - zwanej z racji urody Różą Tudorów. Księżniczka Anglii oprócz różanej urody miała zdaje się niezłe kolce - poślubiła co prawda starszego od niej o ponad trzydzieści króla Francji Ludwika XII, ale gdy małżonek po trzymiesięcznym pożyciu wziął i kipnął, nie pozwoliła wydać się za następnego w kolejce do francuskiego tronu Franciszka I, tylko bezczelnie poślubiła księcia Suffolk. Henio się wściekł ale nie na długo, w końcu na cześć Mary nazwał jedną ze swoich córek ( tą pierworodną, więc niby ważniejszą ), no i okręt. Łajba pływała strasząc sąsiadów aż w końcu chwalebnie zeszła na dno w czasie bitwy morskiej jaką stoczono niedaleko Portsmouth w roku 1545. Ponoć miała kiepskiego kapitana, bo dno osiągnęła nie na skutek wrażych działań tylko błędu w sztuce żeglowania. Ciekawe czy Henio zaryczał "Skrócić o głowę!"? W roku 1971 to co zostało po super okręcie Henia podniesiono z dna morza i umieszczono w Muzeum Okrętów Tudorów w Portsmouth.
'Mary Rose' dorasta do 150 cm wysokości ( u mnie ma na maksa 120 cm i myślę że to jest wysokość jaką jest w stanie uzyskać w naszym klimacie ) i 90 - 150 cm szerokości. Kwiaty są duże, pełne - mają 26 do 40 płatków. Kwitną klastrami, jak już pisałam, niemal przez cały sezon ( w Alcatrazie kwitnienie wrześniowe to istne szaleństwo ). Róża jest odporna na grzybice, nigdy nie zdarzyło się jej mieć czarnej plamistości, nawet w najbardziej mokre lato. Jeżeli chcecie zacząć różankowanie, to właśnie 'Mary Rose' jest idealną "pierwszą austinką".
czwartek, 3 września 2015
Sedumki czyli dyskretny urok rozchodników
Rozchodniki nie od razu skradły mi serce. Przez długi, długi, nazbyt długi czas traktowałam je po macoszemu - mea culpa! Owszem sadziłam te rośliny jako tzw. wypełniacz rabat na mniej eksponowanych rabatowych miejscówach ( te duże ) albo jako tzw."skalniaki" ( no, ale nie o nich ten post ). Kwiatami się specjalnie nie zachwycałam, no chyba że oszronionymi należycie wyschniołkami posezonowymi dużych rozchodników. Zakwitały te moje pochodzące od rozchodnika okazałego Sedum spectablie roślinki późnym latem albo wczesną jesienią, kolorek miały lila - róż i uważałam za główną ich zaletę moc przyciągania jaką kwiaty wykazywały wobec urodnych motyli i nie mniej urodnych pszczółek i trzmieli. Raczej zwabiacz owadów do ogrodu niż ozdoba jesiennych rabat - tak wyglądało moje podejście do dużych rozchodników. Dopiero parę lat temu dotarło do mnie jakie wspaniałe to rośliny. Głównie za sprawą Doroty i Krysi, no i rozchodnikowych poszukiwań Basi - znaczy cooleżeństwo mnie sedumostwem zaraziło! Najpierw było rzecz jasna wielkie zdziwienie że te duże rozchodniki to kwiateczki produkują nie tylko w kolorze lila - róż, potem zachwyty nad kolorami liści, potem nagłe olśnienie - mogą być dla jesiennego ogrodu tym czym koralowce dla rafy koralowej, niby niepozorne ale budują strukturę!
Obecnie mam rozchodnikową "fazę". Szczęśliwie się złożyło, bo taka "faza" np. na irysy japońskie to w tym roku byłaby "na wygaszeniu" i właśnie by przechodziła w zdecydowany irysowstręt spowodowany fakturką za wodę, a rozchodnikowa trwa w najlepsze. Oczywiście jak mnie naszło na rozchodniki to sadziłam namiętnie i bez opamiętania. Nie interesowało mnie jaki to rozchodnik, czy "przepiąkna" odmiana na ten przykład nie rewersuje się do formy z której powstała, albo czy będzie dostatecznie żywotna w klimacie Alcatrazu. No i strzelałam babole i głupio sobie rozchodniczyłam. Takie frycowe zazwyczaj "płaci się" na początku każdej "fazy". Na szczęście takie grzeszki mijają jak choroby wieku dziecięcego - człowiek uodparnia się na różne kuszące zarazy, he, he. Teraz to ostra selekcja i łaskawe dopuszczenie do zasiedlania rabat Alcatrazu, tylko "godne" rozchodniki mają zapewnioną stałą miejscówkę w Alcatrazie. Nie znaczy to że wszystkie moje sedumki to licencjonowane arystokratki w almanachy i herbarze uzbrojone - cenię sobie bardzo siewki od Doroty, klejnociki jak rzadko. A taki niby super odmianowy 'Diamond Edge' ma wieczysty zakaz wstępu do Alcatrazu ( kop w korzeń za bezczelne uwstecznianie się do odmiany 'Matrona', której jest mutacją! ).
Jak uprawiać rozchodniki - zapewnić im słońce i przepuszczalne podłoże. Pamiętać że rozchodniki lubią od czasu do czasu coś podjeść, bo zagłodzone rośliny będą nam karleć. Uważać z nawozami, które mają za dużo azotu ( akcja z gnojóweczką czy suszonymi "produktami drobiowymi" i nie tylko drobiowymi jest ryzykowna ). Ponoć tzw. mączka bazaltowa daje sedumkom power typu "Pokonałem grawitację i witam kosmos". Od czasu do czasu dzielić kępy, no i czule przemawiać do sedumków - bardzo wrażliwe na czułości, he, he. Sedumki nie są na ogół roślinami kapryśnymi czy jakoś specjalnie wrażliwymi, ale są wśród nich gatunki i odmiany bardziej delikatne oraz prawdziwe hardcory. Początkującym sedumowym polecam taką klasykę jak Sedum spectabile 'Brillant'. To jest właściwie cała grupa rozchodników pochodząca od rozchodnika okazałego wyhodowanego w Stanach na początku XX wieku. Bardzo wdzięczna w uprawie jest mocno mieszańcowa odmiana ( znaczy rodzice tzw. "przypuszczalni" ) 'Matrona'. Do uprawy odmian Sedum telephium przystąpić po oswojeniu się z innymi rozchodnikami. Uwaga! - rozchodniki miewają pokładające się pędy. Przyczyny dwie - błędy w uprawie ( często ) albo kiepska odmiana ( wcale nie tak rzadko). To by tak króciutko o dużych sedumkach było.
Obecnie mam rozchodnikową "fazę". Szczęśliwie się złożyło, bo taka "faza" np. na irysy japońskie to w tym roku byłaby "na wygaszeniu" i właśnie by przechodziła w zdecydowany irysowstręt spowodowany fakturką za wodę, a rozchodnikowa trwa w najlepsze. Oczywiście jak mnie naszło na rozchodniki to sadziłam namiętnie i bez opamiętania. Nie interesowało mnie jaki to rozchodnik, czy "przepiąkna" odmiana na ten przykład nie rewersuje się do formy z której powstała, albo czy będzie dostatecznie żywotna w klimacie Alcatrazu. No i strzelałam babole i głupio sobie rozchodniczyłam. Takie frycowe zazwyczaj "płaci się" na początku każdej "fazy". Na szczęście takie grzeszki mijają jak choroby wieku dziecięcego - człowiek uodparnia się na różne kuszące zarazy, he, he. Teraz to ostra selekcja i łaskawe dopuszczenie do zasiedlania rabat Alcatrazu, tylko "godne" rozchodniki mają zapewnioną stałą miejscówkę w Alcatrazie. Nie znaczy to że wszystkie moje sedumki to licencjonowane arystokratki w almanachy i herbarze uzbrojone - cenię sobie bardzo siewki od Doroty, klejnociki jak rzadko. A taki niby super odmianowy 'Diamond Edge' ma wieczysty zakaz wstępu do Alcatrazu ( kop w korzeń za bezczelne uwstecznianie się do odmiany 'Matrona', której jest mutacją! ).
Jak uprawiać rozchodniki - zapewnić im słońce i przepuszczalne podłoże. Pamiętać że rozchodniki lubią od czasu do czasu coś podjeść, bo zagłodzone rośliny będą nam karleć. Uważać z nawozami, które mają za dużo azotu ( akcja z gnojóweczką czy suszonymi "produktami drobiowymi" i nie tylko drobiowymi jest ryzykowna ). Ponoć tzw. mączka bazaltowa daje sedumkom power typu "Pokonałem grawitację i witam kosmos". Od czasu do czasu dzielić kępy, no i czule przemawiać do sedumków - bardzo wrażliwe na czułości, he, he. Sedumki nie są na ogół roślinami kapryśnymi czy jakoś specjalnie wrażliwymi, ale są wśród nich gatunki i odmiany bardziej delikatne oraz prawdziwe hardcory. Początkującym sedumowym polecam taką klasykę jak Sedum spectabile 'Brillant'. To jest właściwie cała grupa rozchodników pochodząca od rozchodnika okazałego wyhodowanego w Stanach na początku XX wieku. Bardzo wdzięczna w uprawie jest mocno mieszańcowa odmiana ( znaczy rodzice tzw. "przypuszczalni" ) 'Matrona'. Do uprawy odmian Sedum telephium przystąpić po oswojeniu się z innymi rozchodnikami. Uwaga! - rozchodniki miewają pokładające się pędy. Przyczyny dwie - błędy w uprawie ( często ) albo kiepska odmiana ( wcale nie tak rzadko). To by tak króciutko o dużych sedumkach było.
wtorek, 1 września 2015
Cebulowe łowy - hiacynty
Pani Asia fryzjerka podrzuciła mi katalog cebulkowy, oferta jesienna sprzedawcy znanego do tej pory z rozprowadzania cebulek lilii. Mam z tą firmą dobre doświadczenia więc bez zwyczajnego przy katalogach cebulkowych memłania pod nosem "Oszukaństwo", łaskawym okiem zajrzałam do zeszyciku. No jak to w katalogach - kolory jarzeniowe, zdrowo mijające się z realem ale oferta całkiem jak dla mnie niezła. Na tulipany się co prawda nie rzucę, bo od pewnego czasu to mnie głównie kręcą botaniczne maluchy, narcyze z tych które odmawiają współpracy z Alcatrazem, ale hiacynty - no, inna inszość. Firma ma w tym roku w ofercie trzydzieści odmian hiacyntów. Zeszłej jesieni miałam fazę różową, głównie zakupy marketowe. Zostały zakupione tylko dwie odmiany - 'China Pink' i 'Fondant' - ale za to w sporej ilości.W tym roku rzuca mną wyraźnie w chłodniejsze odcienie ( śmiem twierdzić że to wina upalnego lata, taka się z tego piekielnego gorąca robi tęsknota za chłodkiem ). W katalogu dwanaście odmian ocierających się o zimną rozkosz. Oczywiście oko zawiesiło mi się głównie na tych odmianach, których jeszcze nie posiadam. Pomijam za tym klasyczną a ulubioną odmianę 'Delft Blue'. To chyba najbardziej popularna odmiana hiacynta. I słusznie!
W Alcatrazie siedzi w gruncie sporo cebulek tego cudownego, głębokiego odcienia błękitu, myślę że stan ich się jeszcze powiększy, choć zakup tego konkretnego hiacynta mogę spokojnie zrobić w ogrodniczym osiedlowym. Dżizaas twierdzi że żadna inna odmiana nie pachnie tak mocno jak 'Delft Blue'. Coś rzeczywiście jest na rzeczy, w końcu Lalek, znany miłośnik hiacyntowych woni, zazwyczaj uwala się w na rabacie obsadzonej tą odmianą. Oprócz tego hiacyntowego klasyka dokupię troszkę cebul odmiany 'Sky Jacket'. To bardzo spokojny, jasny odcień błękitu - rozjaśni nieco rabatę. Kiedyś miałam tę odmianę w Alcatrazie i bardzo mi się podobała, niestety zimą w 2012 przeszła z mojego ogrodu do wieczności. Teraz ją odtworzę. Zastanawiam się czy nie odtworzyć też nasadzeń z cebul odmiany 'Blue Jacket'. W realu wygląda o wiele ładniej niż ten z fotek sprzedażowych. Nie wiem dlaczego tak mocno go podkolorowują, w sumie to taki średnio nasycony błękit wyróżniałby się w masie prezentowanych najczęściej ciemnoniebieskich kwiatów. W końcu jednak ja się na handlu cebulowymi nie wyznaję, może po prostu takie ciemne hiacynty są bardziej "pokupne" i stąd to przebarwienie.
To przekolorowanie barw roślin w katalogach powoduje że z nowymi dla mnie odmianami jest jak z rosyjską ruletką - nie wiesz człowieku czy nie strzelisz samobója. Zafundowałam raz sobie kolorek "meksykański", he, he i od tego czasu uważam na tzw. "deep pink". Teraz nie bardzo wiem jak mam się poruszać wśród cebul które mają w nazwie słówko "purple". Czy to ciemne, zimne czy ciepłe fiolety, a może coś jaśniejszego, wpadającego w cyklamen? No, strach się bać! Najchętniej zdobyłabym gdzieś odmianę 'Ostara', która miała ten właściwy odcień. Nie mniejsza zagadka niż "purpurowe" hiacynty są nowe odmiany w jasnych odcieniach błękitu i fioletu. 'Carribean Dream' i 'City Of Bradford' lądują na liście zakupowej testowo, zobaczymy co to za kolorki w realu. Oczywiście kusi mnie na jasne różowości, ale to też tylko w minimalnych ilościach ( bo zalandrynkuję kwietniowy Alcatraz ). 'Pink Elephant' i 'Top Hit' są na liście zakupowej z przyzwyczajenia, jak to tak, bez różowych hiacyntów! Jak się ochłodzi potupię z katalogiem do Mamelona, niech tez się pomęczy z chciejstwami ( jak znam życie Mamelon "pójdzie" w różowości, choć nie wykluczam jasnego fioletu ).
W Alcatrazie siedzi w gruncie sporo cebulek tego cudownego, głębokiego odcienia błękitu, myślę że stan ich się jeszcze powiększy, choć zakup tego konkretnego hiacynta mogę spokojnie zrobić w ogrodniczym osiedlowym. Dżizaas twierdzi że żadna inna odmiana nie pachnie tak mocno jak 'Delft Blue'. Coś rzeczywiście jest na rzeczy, w końcu Lalek, znany miłośnik hiacyntowych woni, zazwyczaj uwala się w na rabacie obsadzonej tą odmianą. Oprócz tego hiacyntowego klasyka dokupię troszkę cebul odmiany 'Sky Jacket'. To bardzo spokojny, jasny odcień błękitu - rozjaśni nieco rabatę. Kiedyś miałam tę odmianę w Alcatrazie i bardzo mi się podobała, niestety zimą w 2012 przeszła z mojego ogrodu do wieczności. Teraz ją odtworzę. Zastanawiam się czy nie odtworzyć też nasadzeń z cebul odmiany 'Blue Jacket'. W realu wygląda o wiele ładniej niż ten z fotek sprzedażowych. Nie wiem dlaczego tak mocno go podkolorowują, w sumie to taki średnio nasycony błękit wyróżniałby się w masie prezentowanych najczęściej ciemnoniebieskich kwiatów. W końcu jednak ja się na handlu cebulowymi nie wyznaję, może po prostu takie ciemne hiacynty są bardziej "pokupne" i stąd to przebarwienie.
To przekolorowanie barw roślin w katalogach powoduje że z nowymi dla mnie odmianami jest jak z rosyjską ruletką - nie wiesz człowieku czy nie strzelisz samobója. Zafundowałam raz sobie kolorek "meksykański", he, he i od tego czasu uważam na tzw. "deep pink". Teraz nie bardzo wiem jak mam się poruszać wśród cebul które mają w nazwie słówko "purple". Czy to ciemne, zimne czy ciepłe fiolety, a może coś jaśniejszego, wpadającego w cyklamen? No, strach się bać! Najchętniej zdobyłabym gdzieś odmianę 'Ostara', która miała ten właściwy odcień. Nie mniejsza zagadka niż "purpurowe" hiacynty są nowe odmiany w jasnych odcieniach błękitu i fioletu. 'Carribean Dream' i 'City Of Bradford' lądują na liście zakupowej testowo, zobaczymy co to za kolorki w realu. Oczywiście kusi mnie na jasne różowości, ale to też tylko w minimalnych ilościach ( bo zalandrynkuję kwietniowy Alcatraz ). 'Pink Elephant' i 'Top Hit' są na liście zakupowej z przyzwyczajenia, jak to tak, bez różowych hiacyntów! Jak się ochłodzi potupię z katalogiem do Mamelona, niech tez się pomęczy z chciejstwami ( jak znam życie Mamelon "pójdzie" w różowości, choć nie wykluczam jasnego fioletu ).
Subskrybuj:
Posty (Atom)









