poniedziałek, 14 września 2015

Jesiennienie ogrodu


Oj, dzieje się dzieje! U Mamelona  nowe cisy i "gallizacja" ogrodu ( zrobi się z tego prawdziwe  Mamelonoison - przedogródek nawiąże do części "wewnętrznej"  ogrodu  ) u mnie akcje z przesadzaniem lilaków  ( wczoraj myślałam że będę "zbierać macicę" z gleby,  korzenie sięgające na półtora metra w glebie dały mi  nieźle popalić ).  Generalnie wysadzania, przesadzania i ostre cebulowanie.  Już niemal skończyłam  z irysami ( przy okazji, szczęśliwie  Robert w porę  mi przypomniał o składce  na MEIS - moja skleroza ostatnio  mocno postępuje ), czas się wziąć za sadzenie paproci.  We wrześniu przybyły  trzy  - wymarzona Dryopteris erythrosora 'Brilliance', kolejne  Adiantum  pedatum 'Miss Sharples' i  Athyrium 'Ocean's  Fury'.  Nerecznica 'Brilliance', wyląduje przy podciętej kosodrzewinie, wraz z okanumką czyli Athyrium otophorum 'Okanum'.  No i przy tych napominkach paprotowych doszłam do sprawy kosówki.  Dawno, dawno temu kupiłam kosodrzewinę, która miała być tą niższą wersją.  Mimo  uszczykiwania pędów krzaczysko wyrosło  prawie na 3 metry, co  bym zniosła jeszcze z godnością, ale zaczęło straszliwie łysieć "od spodu". Nie wyglądała kosóweczka z tym łysieniem seksownie - żaden Yul Brynner,  Kojak czy nawet  nasz Sławeczek.  Chynszor paskudny  po prostu i to bez nadziei na pozarastanie tej  łysiny.

Doszłam do tzw. ściany - możliwości  dwie: wywalić gadzinę kompletnie  lub spróbować  formowania. Na formowaniu w stylu japońskim nie znam się w ogóle, na formowaniu  europejskim też nie - moje jedyne osiągnięcie w  dziedzinie formowania to wyprowadzenie sosny na pniu.  Nie ma się zatem co dziwić  że kosodrzewinka  nie wygląda za bardzo przekonująco.  Trudno, albo  się do  niej przyzwyczaję albo ona w cudowny sposób wypięknieje.  Jak  żadna z tych ewntualności nie będzie miała miejsca to Pan Andrzejek wykopie  niewdzięczną.  Na razie Podskubana robi za cieniek dla paprociumów  i funkii. Na tle jesiennego ogrodu jest nawet znośna bo: po pierwsze primo -  mam tyle roboty ogrodowej że  nie mam czasu specjalnie się przyglądać Podskubanej, po drugie drugo -  we wrześniowym  Alcatrazie jest tyle atrakcji że Podskubana  ginie przy owocujących szaleńczo  berberysach czy zaczynających się przebarwiać liściach klonów i azalek. Kto  by tam sobie głowę Podskubaną zaprzątał  jak tu miskanty i rozplenice się wykłosiły, proso się wreszcie porządnie niebieszy,  zimowity pierwszy raz naprawdę solidnie  kwitną od czasu pamiętnego wymrożenia cebul w 2012.W dodatku zakwitły w końcu zadowalająco ( znaczy nie trzema kwiatkami i szlus ) odmiany  Geranium wallichianum.  Jesień już "za rogiem",  Alcatraz to czuje.





sobota, 12 września 2015

Isfahan

Isfahan czyli miasto ze snów. To jest taka kategoria miast pod którą podpadają Samarkanda, Timbuktu,  Toledo. Wszystkie one istnieją, są  jak najbardziej  realne ale nie nie są już tym czym były kiedyś. Nazwy kojarzą  się bajkowo - romantycznie, ale w chwili obecnej część z tych świetnych niegdyś  miast to albo zapyziałe dziury z rozpadającymi się pomnikami architektury,  albo skansen nastawiony na  turystów ( niestety  często na tych masowych turystów ).  Isfahan miał wiele szczęścia bo nie wpadł w żadną z tych pułapek, jest drugim co do wielkości miastem  Iranu i raczej jego sytuacja jest zbliżona do  sytuacji  Krakowa niż takiego  Timbuktu czy innej Wenecji. Znaczy miasto żyje własnym współczesnym życiem, choć turystyka jest w nim wszechobecna. No, ale zabytki są w nim "unescowe" to nie ma się co dziwić że "grodzisko"  jest turystycznie oblężone. Napiszę o mieście dość  pobieżnie bo inaczej, bez narzuconych  sobie ramek, zrobiłabym z tego wpisu  tzw. post rzekę. Jest w Isfahanie tyle godnych zobaczenia miejsc że blog mógłby się od tego odogrodowić i zrobić isfahański, a wtedy zawodzenie siostrzane od  morza  by mnie dobiegło (  Magdzioł wyraźnie stęskniona ogrodniczenia, upały nad morzem  to w końcu nie są takie prawdziwe upały - sister szczęśliwie nieświadoma ogromu klęski suszy w centralnej i południowej Polszcze ). Isfahan  chwile swojej świetności przeżywał za Safawidów, szach Abbas I Wielki uczynił z tego miasta stolicę swojego imperium.

 Z całej masy "atakujących" zabytków na Dżizaasie największe wrażenie wywarły dwa:  Czehel Sotun ( z anielska Chehel Sotoun  ) czyli Pałac Czterdziestu Kolumn wraz z zamkniętym w obrębie jego murów ogrodem  i   plac Majdan-e Imam Homeini zwany dawniej Maidaan-e Naqsh-e Jehaan ( bardziej prosto będzie Naghsh-i Jahan , he, he ),  z całym zespołem przylegających do niego budowli. Czehel Sotun powstał w czasach panowania Abbasa I  Wielkiego ale to  szach Abbas II był tym, który miał największy wpływ na to jak Czehel  Sotun  wygląda.  Nazwa pochodzi od kolumn pałacowego pawilonu,  zwielokrotnionych  przez odbicie w tafli wodnej .  Pawilon, mimo tego że naprawdę olbrzymi nie wydaje się monumentalny.  Nic  z ciężkości architektury pałacowej Mogołów czy monumentalności tureckich założeń, nie ta bajka.  Wszystko tu jest jakby bardziej subtelne, czuć "oddech" chińskiej sztuki, jak  w miniaturach Rezi Abbasiego. Można się też  dopatrzeć nawiązań do preislamskiej architektury perskiej, śladów  po Persepolis. Są oczywiście odjazdy lustereczkowo - zwierciadlane, ale nie mniejsze mamy w europejskim Wersalu, że napomknę o tym czymś zwanym Gabinetem Zwierciadlanym w Rezydencji Biskupiej w Würzburgu. Rozwijająca się optyka, zabawy Galileusza ze szkiełkami i tym podobne naukowe ekscesy znalazły swoje odbicie ( he, he ) w sztuce. Fascynacja zwierciadłami w XVII i XVIII wieku jak widać nie ominęła Orientu, więc nie ma co jęczeć że "za bogato".




Tak przy okazji zwierciadlanych sufitów Dżizaas wywiedziała się że  dobrze zwracać  uwagę na dekorację tzw. pował.  Często umieszczano na nich odbicie ( znowu lustereczkowo, he, he ) tego co znajdowało się na podłodze. Podłóg  wyściełanych oryginalnymi dywanami niewiele się zachowało (  i  raczej są to  okazy z późniejszych epok niż  safawidzka  ) i właściwie jedyny ślad po dekoracjach podłóg mamy na.....suficie. Oczywiście dywany dywanami ale i ceramiczne okładziny podłóg , drewniane itp.   - wszystko to podlegało temu samemu prawu  odwzorowania.  Jako na  suficie tako i na podłodze. Amen!
Pałac ukończono w 1647 roku, choć słowo ukończenie raczej odnosi się do samej architektury - ściany  były wielokrotnie pokrywane nowymi malowidłami ( na niektórych doliczono się wielu warstw  tynku ), konserwatorzy mają nielichy problem - pod cennymi malowidłami z epoki  Kadżarów, znajdują się  jeszcze cenniejsze malowidła z epoki Safawidów.
W pawilonie i na  tarasie  Abbas II przyjmował poselstwa, ta  idylliczna siedziba szacha  była czymś pełniącym podobną funkcję do XVII wiecznego Wilanowa  - rezydencja królewska i owszem, ale bez jakiegoś zadęcia i "walenia" władzą i  związanym z nią przepychem po  oczach.  Bardziej subtelnie niż we Francji  pokazywano "kto  tu rządzi".
Pałac zajmuje powierzchnię 2125 metrów kwadratowych, ogród pałacowy 6000 metrów  kwadratowych ( kiedyś był większy ). Obecnie pałac jest  odrestaurowywany, stąd  widoczne rusztowania ( zresztą w całym starym Isfahanie trwa Wielka Restauracja ).  Urządzono w nim muzeum,  są w nim  "na stanie"  dzieła sztuki pochodzące ze starych  pałaców Isfahanu, które miały mniej szczęścia niż Czehel Sotun i nie udało  im się dotrwać do  czasów współczesnych.




Majdan-e Imam Homeini ( za czasów  mej  młodości pisano Chomeini  przez Ch,  teraz okazało się  że to jednak prawdziwe głębokie H ) to Wokół placu wybudowano ciąg dwupoziomowych arkad ( w nich kipi handlowo, dywany  "pamiuntki" -  te sprawy,   ). Po wschodniej stronie placu stoi  Meczet szacha Lutf Allaha, a po stronie południowej Meczet Królewski. Po zachodniej stronie placu ma swoje miejsce  kompleks  pałacowy  ze słynnymi  Ali Kapu czyli Wysokimi  Wrotami -  bramą prowadzącą do pałacu, z wybudowanej na tej  bramie   podwyższonej werandy szachowie mogli oglądać uroczystości na placu. Pomiędzy  placem Imama Homeiniego a Meczetem Piątkowym znajduje się Wielki Bazar, rozciągnięty na długości niemal 2 kilometrów. Plac ( tralala, słówko "Majdan" brzmi znajomo ) o wymiarach 512 × 159 metrów zbudowany został w latach 1590–1595, przez Abbasa I Wielkiego po przeniesieniu stolicy państwa do Isfahanu. Na początku miał służyć jedynie jako miejsce ceremonii królewskich i boisko do gry w polo, jednak już w 1602 otoczono go dwupoziomowymi arkadami handlowymi. Dla  Irańczyków jest dziś tym czym dla nas Rynek Krakowski - z jednej strony duma z dziedzictwa, z drugiej komercha  turystyczna, najbezczelniej oczywiście  wyglądająca z tych handlowych arkadek.




Słynne trzy meczety  Isfahanu to perły architektury  islamskiej - tą najjaśniej błyszczącą w  koronie jest niewątpliwie Meczet Piątkowy ( odświętny, muzułmańska niedziela przypada na nasz piątek ). Był co prawda wielokrotnie przebudowywany ale stał  na "swoim miejscu" już w VIII wieku naszej ery.  Jest jednym z najstarszych meczetów Iranu i nie tylko Iranu. Swój dzisiejszy kształt zawdzięcza w największym stopniu rozbudowie jaka miała miejsce za czasów panowania Seldżuków, czyli w XI i XII wieku. U nas w tym czasie budowano romańskie kościółki i klasztory, w Persji  "obudowywano" dziedzińce meczetów, wznoszono kopuły, wymyślano ejwany ( ejwan lub iwan to przesklepione pomieszczenie otwarte od strony dziedzińca, sklepione kolebką o załamanym łuku lub konchą ).  Architektoniczna skala trudności którą bezproblemowo opanowali islamscy architekci, przez ich europejskich odpowiedników została opanowana dopiero po wyprawach krzyżowych.  Wgapiając  się w gotyckie sklepienia katedr możemy odnaleźć w ich konstrukcji echa "wschodniej  nuty".  Wierni wznoszący chrześcijańskie oczęta ku ostrołukowym sklepieniom oczywiście nie mieli pojęcia że "sięgające nieba"  gotyckie katedry  "urodziły" się wśród  wyznawców innej religii. Tak, tak,....rozmodlony  gotyk, a tu niespodziewanka!

Meczet szajcha Lutf Allaha wzniesiony został w latach 1603–1619. Powstał jako prywatny meczet szacha i jego dworu, znaczy nie był meczetem publicznie dostępnym tylko pałacowym. Z tego powodu przy meczecie nie ma minaretów, muezini nie wzywali wiernych - wierni pojawiali się zgodnie z etykietą. Nie jest to też meczet specjalnie wielki, w końcu dwór to była elita a elity mają to do siebie że są grupkami nieliczącymi zbyt wielu członków. Publicznie dostępny stał się ten meczet dopiero w jakieś sto lat po zbudowaniu.  Nazwa meczetu wywodzi się od imienia słynnego imama, który przewodniczył modlitwom dworu  królewskiego. Konstrukcyjnie to nie jest tzw.  "perła architektury" - raczej prosta budowla, bez cudów i nowatorskich rozwiązań, za to dekoracja - no, to jest  temat  "dysertacyjny".   Z dekoracją meczetów jest tak jak z pisaniem ikon czy  porządkiem ołtarzy w katedrach - odbiór takich dzieł w oczach  laika to  tylko interesujące zdobienia, czasem czyste piękno ale  dla wiernych to zbiór kodów, swoista  księga zawierająca pewien  program.  Dla przybysza z Zachodu meczety są "ozdabiane kafelkami w arabeski", dla  ludzi islamu są  opisem ich wiary i nie tylko wiary. Dekoracja meczetu szajcha Lutf Allaha odnosi się do określenia odmienności szyickiej wersji islamu wobec sunnityzmu.  To był problem, który zaprzątał umysł fundatora meczetu, szacha Abbasa.  Nie chodziło  rzecz jasna  tylko  o  samą religię, jak to  w  takich wypadkach  zawsze bywa sprawa była z gatunku politycznych. Na  czasy Safawidów przypada okres  formowania się podstaw współczesnej tożsamości Irańczyków  ( porównać  możemy to do  formowania się protestanckiej tożsamości  ludzi  północno - zachodniej  Europy  ), a także początków irańskiej państwowości w jej obecnym kształcie terytorialnym. "Kafelki" czyli okładzina ceramiczna z wybranymi surami Koranu jest historią tworzenia się współczesnego  Iranu.

Masdżet e-Szah  czyli Meczet Królewski , wzniesiony został w latach 1612 -1630.  Już na etapie projektowania było wiadomo ze nie będzie to taki  zwykły meczet.  Problemem było umiejscowienie  mihrabu czyli półokrągłej  wnęki w ścianie wskazującej kierunek Mekki. Żeby skierować mihrab zgodnie z  tradycją , architekt zmuszony był do złamania osi budowli.   Meczet został wzniesiony na planie czterech ejwanów, gdzie wokół centralnego dziedzińca wznoszą się cztery ejwany wiodące do przykrytych kopułami sal. Oczywiście jest po królewsku olbrzymi, znaczy wielkorozmiarowy - 100 × 130 metrów. Ten meczet ma  minarety, był meczetem dla wszystkich wiernych. Trzy portale, z elewacjami pokrytymi barwną ceramiczną okładziną ( najpiękniejsza w tzw. portalu głównym ), z niszami wypełnionymi sklepieniem stalaktytowym, z piętrowymi galeriami, przykryte turkusowymi kopułami, to w sumie trzy olbrzymie, samodzielne budynki. Meczet wieńczy wielka, 60-metrowa kopuła. We wnętrzu meczetu olśnień podobnych  do tych z meczetu szajcha Lutf Allaha  nie ma się co spodziewać, choć  robi wrażenie sklepienia, zwane stalaktytowym, czy też wykuty w białożółtym marmurze minbar czyli kazalnica, no i dekoracja kopuły.
Plac Imama  Homeiniego , trzy meczety i bazar to turystyczny standard.  Jak już  się jest   w Isfahanie to  mus zobaczyć, bo nie widzieć  to tak jak  być w  Rzymie  i nie zobaczyć  papieża.  W mieście zabytków od groma ale turystycznie to  najbardziej oblężonym  miejscem jest ten plac.  Jednak architektura jest tak wysokiej  próby że nawet "umasowienie turystyczne" nie przeszkadzało Dżizaasowi podziwiać tego miejsca.
I to by było na tyle i baaaardzo "po łebkach"  na temat Isfahanu.

czwartek, 10 września 2015

'Pink Grootendorst' - róża zmienną jest ( na fotkach )

Trzy fotki  jednej odmiany a człowiek ma wrażenie że ma do czynienia z trzema  zupełnie różnymi  różami. Jednak żywcem  oglądana 'Pink Grootendorst' jest nie do pomylenia. To  ciekawa róża, zdania na jej  temat są podzielone - jedni obstają za tym że cosik mało ozdobna i  "choźdygowata", inni twierdzą że  posiada ów niezrównany  urok dziczyzny, potęgowany  przez niewielki rozmiar pojedynczego kwiatu. Ja jestem w tej drugiej grupie, mam wielkie sentymenta dla  wariacji rugosy.  Przyznam że miałam pewne obawy, naczytałam się że różyczka  wypada zdecydowanie lepiej na fotkach niż w realu  i w ogóle to niknie w ogrodzie.  No jakoś  u mnie szczęśliwie nie zaniknęła wśród innych róż. Ba, śmiem twierdzić że z powodu swej  "inności" przyciąga wzrok. Malutkie kwiatki o płatkach postrzępionych jak niektóre  odmiany  goździków są pełne wdzięku. Odpowiada mi jasny  różyk  tej odmiany, w sam raz pasujący do pastelowych nasadzeń mojej  podokiennej różanki. Nie zdecydowałam się na ciemno różową 'F. J. Grootendorst' i  smętną  'White  Grootendorst' ( ta ostatnia ponoć  też smętnie rośnie ), bo kolorek  pierwszej  jarzeniowy  jakby a ta druga wymoczkowata -  jasny różyk był w sam raz!

'Pink  Grootendorst' została wyhodowana w Holandii. Za datę "urodzin" uznano rok 1923,  nazwisko dostała po"tatusiu", hodowcy F. J. Grootendorst, a pierwszy człon nazwy "Pink" od jasnego różyku płatków. Krzew o wysokości do 180 cm i szerokości do 105 cm jest, jak to z większością mieszańców Rosa rugosa bywa, mrozoodporny i odporny na choroby. No i żywotny aż miło. Są co prawda opinie że sporty pochodzące od 'F. J. Grootendorst' ( 'Pink Grootendorst', 'White Grootendorst', 'Grootendorst Supreme' ) mają mniej wigoru niż roślina mateczna ale z doświadczeń znajomków wynika że najbardziej słabowitą odmianą jest ta kwitnąca na biało, dwie pozostałe spokojnie dają radę. Kwiaty "Grootendorstów" mają zazwyczaj około 5 cm średnicy i 25 płatków, kwitną zebrane w klastrach. Minusem tej uroczej "miniaturki kwiatowej" jest to że kwitnie tylko raz ( czasem coś tam powtarza ale bez wielkiego efektu ) i niestety nie pachnie.

środa, 9 września 2015

'Mary Rose' - moja pierwsza angielska róża

Gwiazda nad  gwiazdami, różany  hardcore któremu rady nie dała nawet okrutna zima w 2012 roku, ozdoba maja, czerwca, królowa września, wymagająca jeno podstawowych zabiegów niewybredna  piękność  - tadam, tadam - 'Mary Rose'! Weteranka w Alcatrazie, najstarsza "austinka" i w ogóle jedna ze starszych  róż angielskich, tzw. krok milowy w ich hodowli. Zakwita w moim ogrodzie  w drugiej  połowie maja i kwitnie z krótkimi przerwami niemal do  mrozów. Pozyskana od znajomych szkółkarzy (  dobrze zaszczepiona, podkładka nie wytwarza odrostów i nie odfruwa w niebyt po ciężkiej zimie ), rośnie w  Alcatrazie ponad dziesięć lat ( coś mi się tam memle w zwojach że kupiona była w 2003 lub 2004 roku ). Ponoć swój twardy, "pionierski" charakter zawdzięcza ta odmiana  obecnym  "w  rodowodzie" genom Rosa rugosa,  różanej mistrzyni przetrwania rodem z japońskich, kamczackich i koreańskich  plaż. 'Mary  Rose' pochodzi z krzyżowania róż 'The Wife Of  Bath' i  'The Miller', może silny charakterek ma po "dzikunach" ale urodę odziedziczyła po jednej z prababek - 'Constance Spry'.  Szczęśliwie nie odziedziczyła po niej jednokrotnego kwitnienia i niestety nie odziedziczyła zapachu. 'Mary  Rose' pachnie co prawda dość mocno ale oszałamiające nuty zapachowe to nie są.  Myślę że swoje długotrwałe kwitnienie zawdzięcza 'Mary  Rose' drugiej prababuni - floribundzie 'Ma  Perkins'.

Najstarsza z moich angielskich róż zarejestrowana została w 1983 roku. "Tatuś" czyli David Austin, nazwał tę odmianę  na cześć  flagowego okrętu Henryka VIII. Twórca potęgi morskiej Anglii ( tak, tak, to on rozpoczął inwestowanie w marynarkę,   a nie jego córka Królowa Zawsze Dziewica  - z  pięciu okrętów  w początkach panowania Henryka zrobiło się pięćdziesiąt trzy ). Nazwał swą dumę, największy okręt  floty, imieniem ukochanej siostry, Mary - zwanej z racji urody Różą  Tudorów. Księżniczka Anglii  oprócz różanej urody miała zdaje się niezłe kolce - poślubiła co prawda starszego od niej o ponad  trzydzieści króla Francji Ludwika XII, ale gdy małżonek po trzymiesięcznym pożyciu wziął i kipnął, nie pozwoliła wydać się za następnego w kolejce do francuskiego tronu Franciszka I,  tylko bezczelnie poślubiła księcia Suffolk.  Henio się wściekł ale nie na długo, w końcu  na cześć Mary nazwał jedną ze swoich córek ( tą pierworodną, więc niby ważniejszą ), no i okręt. Łajba pływała strasząc sąsiadów aż w końcu chwalebnie zeszła na dno w czasie bitwy morskiej jaką stoczono niedaleko Portsmouth w roku 1545. Ponoć miała kiepskiego kapitana,  bo dno osiągnęła nie na skutek wrażych działań tylko błędu w sztuce żeglowania. Ciekawe czy Henio zaryczał "Skrócić o głowę!"? W roku 1971 to co zostało po super okręcie Henia podniesiono z dna morza i umieszczono w Muzeum Okrętów Tudorów w Portsmouth.


'Mary  Rose' dorasta do 150 cm wysokości ( u mnie ma na maksa 120 cm i myślę że to jest wysokość jaką jest w stanie uzyskać w naszym klimacie ) i  90 - 150 cm szerokości. Kwiaty są duże, pełne - mają  26  do 40  płatków.  Kwitną klastrami, jak już pisałam,  niemal przez cały sezon (  w Alcatrazie kwitnienie wrześniowe to istne szaleństwo ). Róża jest odporna na grzybice, nigdy nie zdarzyło się jej mieć  czarnej plamistości, nawet w najbardziej mokre lato. Jeżeli chcecie zacząć różankowanie, to właśnie 'Mary Rose' jest idealną  "pierwszą austinką".

czwartek, 3 września 2015

Sedumki czyli dyskretny urok rozchodników

Rozchodniki nie od razu skradły mi serce.  Przez długi, długi, nazbyt długi  czas traktowałam je po macoszemu - mea culpa! Owszem  sadziłam te rośliny  jako tzw. wypełniacz rabat na   mniej eksponowanych rabatowych miejscówach ( te duże ) albo jako tzw."skalniaki" ( no, ale nie o nich ten post ). Kwiatami się specjalnie nie zachwycałam, no chyba że oszronionymi należycie wyschniołkami posezonowymi dużych rozchodników. Zakwitały te moje pochodzące od rozchodnika okazałego  Sedum spectablie  roślinki późnym latem albo wczesną jesienią, kolorek miały lila - róż i  uważałam za główną ich zaletę moc przyciągania jaką kwiaty wykazywały  wobec  urodnych motyli i nie mniej urodnych pszczółek i trzmieli. Raczej zwabiacz owadów do ogrodu niż ozdoba jesiennych rabat - tak wyglądało moje podejście do dużych rozchodników. Dopiero parę lat temu dotarło do mnie jakie wspaniałe to rośliny. Głównie za sprawą Doroty i Krysi, no i  rozchodnikowych poszukiwań Basi - znaczy cooleżeństwo mnie sedumostwem zaraziło! Najpierw było rzecz jasna wielkie zdziwienie że te duże rozchodniki to kwiateczki  produkują nie tylko w kolorze lila - róż, potem zachwyty nad kolorami liści, potem nagłe olśnienie - mogą być dla jesiennego ogrodu tym czym koralowce dla rafy koralowej, niby niepozorne ale budują strukturę!





Obecnie mam  rozchodnikową "fazę".  Szczęśliwie się złożyło, bo taka "faza" np. na irysy japońskie to w tym roku byłaby "na wygaszeniu" i właśnie by przechodziła w zdecydowany irysowstręt spowodowany fakturką za wodę, a rozchodnikowa trwa w najlepsze. Oczywiście jak mnie  naszło na rozchodniki to sadziłam namiętnie i bez opamiętania.  Nie interesowało mnie jaki to rozchodnik, czy "przepiąkna" odmiana na ten przykład nie rewersuje się do formy z której powstała, albo czy będzie dostatecznie żywotna w klimacie Alcatrazu. No i strzelałam babole i głupio sobie rozchodniczyłam.  Takie frycowe zazwyczaj "płaci się" na początku każdej "fazy". Na szczęście takie grzeszki mijają jak  choroby wieku dziecięcego - człowiek uodparnia się na  różne kuszące zarazy, he, he. Teraz  to ostra selekcja i łaskawe dopuszczenie do  zasiedlania rabat Alcatrazu, tylko "godne" rozchodniki mają zapewnioną stałą miejscówkę w Alcatrazie.  Nie znaczy to że wszystkie moje sedumki  to licencjonowane arystokratki  w almanachy i herbarze uzbrojone - cenię sobie bardzo siewki od Doroty, klejnociki jak rzadko. A taki niby super odmianowy  'Diamond Edge' ma wieczysty zakaz wstępu do Alcatrazu ( kop w korzeń za bezczelne uwstecznianie się do  odmiany 'Matrona',  której jest mutacją! ).




Jak uprawiać rozchodniki - zapewnić im słońce i przepuszczalne podłoże.  Pamiętać że rozchodniki lubią od czasu do czasu coś  podjeść, bo zagłodzone  rośliny będą nam karleć. Uważać z nawozami, które mają za dużo azotu (  akcja z gnojóweczką czy suszonymi "produktami drobiowymi" i nie tylko drobiowymi jest  ryzykowna ). Ponoć tzw. mączka bazaltowa daje sedumkom power typu "Pokonałem grawitację i witam kosmos". Od czasu do czasu dzielić kępy, no i czule przemawiać do sedumków - bardzo wrażliwe na czułości, he, he. Sedumki nie są na ogół roślinami kapryśnymi czy jakoś specjalnie wrażliwymi,  ale  są wśród nich gatunki i odmiany bardziej delikatne oraz prawdziwe hardcory. Początkującym sedumowym polecam taką klasykę jak Sedum spectabile 'Brillant'. To jest właściwie cała grupa rozchodników  pochodząca od rozchodnika okazałego wyhodowanego w Stanach na początku XX wieku. Bardzo wdzięczna w uprawie jest mocno mieszańcowa odmiana ( znaczy rodzice tzw. "przypuszczalni" ) 'Matrona'. Do uprawy odmian Sedum telephium przystąpić po oswojeniu się z innymi rozchodnikami. Uwaga! - rozchodniki miewają pokładające się pędy.  Przyczyny dwie - błędy w uprawie  ( często  ) albo kiepska odmiana ( wcale nie tak rzadko). To by tak króciutko o dużych sedumkach było.



wtorek, 1 września 2015

Cebulowe łowy - hiacynty

Pani Asia fryzjerka podrzuciła mi katalog cebulkowy, oferta  jesienna sprzedawcy znanego do tej pory z rozprowadzania cebulek lilii. Mam z tą firmą dobre doświadczenia więc bez zwyczajnego przy katalogach cebulkowych memłania pod nosem "Oszukaństwo", łaskawym okiem zajrzałam do zeszyciku.  No jak to w katalogach - kolory jarzeniowe, zdrowo mijające się z realem ale oferta całkiem jak dla mnie niezła. Na tulipany się co prawda nie rzucę, bo od pewnego czasu to mnie głównie kręcą botaniczne maluchy, narcyze z tych które odmawiają współpracy z Alcatrazem, ale hiacynty - no, inna inszość. Firma ma w tym roku w ofercie  trzydzieści odmian hiacyntów. Zeszłej jesieni miałam fazę różową, głównie zakupy marketowe.  Zostały zakupione  tylko dwie odmiany  - 'China Pink' i 'Fondant' - ale za to w sporej ilości.W tym roku rzuca mną wyraźnie w chłodniejsze odcienie ( śmiem twierdzić że to wina upalnego lata, taka  się z tego piekielnego gorąca robi tęsknota za chłodkiem ). W katalogu dwanaście odmian ocierających się o zimną rozkosz.  Oczywiście oko zawiesiło mi się głównie na tych odmianach, których jeszcze nie posiadam. Pomijam za tym klasyczną a ulubioną odmianę 'Delft Blue'.  To chyba najbardziej popularna odmiana hiacynta. I słusznie!

W Alcatrazie siedzi w gruncie sporo cebulek tego cudownego, głębokiego  odcienia błękitu, myślę że  stan ich się  jeszcze powiększy, choć zakup tego konkretnego hiacynta mogę spokojnie zrobić w ogrodniczym osiedlowym. Dżizaas twierdzi że żadna inna odmiana nie pachnie tak mocno jak  'Delft  Blue'. Coś rzeczywiście jest na rzeczy, w końcu Lalek, znany miłośnik  hiacyntowych woni, zazwyczaj uwala się w na rabacie obsadzonej  tą odmianą. Oprócz tego hiacyntowego klasyka dokupię troszkę cebul odmiany 'Sky Jacket'.  To bardzo spokojny, jasny  odcień błękitu - rozjaśni nieco rabatę. Kiedyś miałam tę odmianę w Alcatrazie i bardzo mi się podobała, niestety zimą w 2012 przeszła z mojego ogrodu do wieczności. Teraz ją odtworzę.  Zastanawiam się czy nie odtworzyć też nasadzeń z  cebul odmiany 'Blue Jacket'.  W realu wygląda o wiele ładniej niż ten z fotek sprzedażowych.  Nie wiem dlaczego tak mocno  go podkolorowują, w sumie to taki średnio nasycony błękit wyróżniałby się w masie prezentowanych najczęściej ciemnoniebieskich kwiatów. W końcu jednak ja się na handlu  cebulowymi  nie wyznaję, może po prostu takie ciemne hiacynty  są bardziej "pokupne" i stąd  to przebarwienie.

To przekolorowanie  barw roślin w katalogach powoduje że z nowymi dla mnie odmianami jest jak z rosyjską ruletką - nie wiesz człowieku czy nie strzelisz samobója. Zafundowałam raz sobie kolorek "meksykański", he, he  i od tego  czasu uważam na tzw. "deep pink". Teraz nie bardzo wiem jak mam się poruszać wśród cebul które mają w nazwie słówko "purple". Czy to ciemne,  zimne czy ciepłe fiolety, a może coś jaśniejszego, wpadającego w cyklamen? No, strach się bać! Najchętniej zdobyłabym gdzieś odmianę 'Ostara', która miała ten właściwy  odcień. Nie mniejsza zagadka niż "purpurowe" hiacynty  są  nowe  odmiany w jasnych odcieniach  błękitu i fioletu. 'Carribean Dream' i 'City Of Bradford' lądują na liście zakupowej  testowo, zobaczymy co to za kolorki w realu. Oczywiście  kusi mnie  na jasne różowości, ale to też tylko w minimalnych ilościach ( bo zalandrynkuję  kwietniowy Alcatraz ). 'Pink Elephant' i 'Top Hit' są na liście zakupowej z przyzwyczajenia, jak to tak, bez różowych hiacyntów! Jak się ochłodzi potupię z katalogiem do Mamelona, niech tez się pomęczy z chciejstwami ( jak znam życie Mamelon "pójdzie" w różowości, choć nie wykluczam jasnego fioletu ).