czwartek, 11 sierpnia 2016

Bath - spacerkiem po mieście


Parę lat temu bawiąc z  wizytacją w Albionie udałyśmy się z Mamelonem  do wód, bardzo dosłownie do wód, czyli wylądowałyśmy w Bath. Kurort z tradycjami co się zowie, już starożytni  Rzymianie tralala... i to dosłownie bo Bath  to nic  innego tylko  rzymskie kąpielisko Aqua Sulis. Rzymianie rzeczywiście zainwestowali w  infrastrukturę czyli wybudowali łaźnie z okolicznościową świątynią, kiedy tylko zorientowali się że łaźnie będą  tanie  w utrzymaniu bo  wody  do tepidarium i caldarium nie trzeba podgrzewać. Celtycką boginię Sulis zamienili na  rzymską  Minerwę, autochtonów którzy do tej  pory korzystali z ciepłych źródeł w warunkach dzikiej natury postanowili  uraczyć basenami w najlepszym stylu  "prosto ze stolicy Imperium" i stworzyli chyba najbardziej znaną, oprócz Muru Hadriana rzecz jasna, pamiątkę  swego pobytu na Wyspach Brytyjskich.



Wody geotermalne, rzeka Avon i bliskość  wybrzeża, wielowiekowa tradycja  - idealne miejsce na wypoczynek, nie ma się zatem co dziwić że Anglicy od wieków  pielgrzymowali do Bath. Niby w celach  prozdrowotnych ( to jedyne źródła geotermalne w Anglii ) ale cele prozdrowotne w spętanych swoistymi konwenansami epokach minionych,  były często tylko pretekstem do udania się w miejsca gdzie życie płynęło dzięki przybyszom z różnych stron królestwa, znacznie żwawszym nurtem niż miało to miejsce w wiejskich dworach czy nawet zamkach. Dlaczego dworach a nie w domkach, chatkach czy tam innych miejscach w których mieszkali mniej zamożni obywatele królestwa. Ha, na wakacje dla poratowania zdrowia  w dawnej Anglii to mało kogo było stać, tylko ludzie posiadający jakiś tam majątek, stały dochód na poziomie umożliwiającym utrzymanie paru dorosłych, niepracujących osób, mogli sobie bytować w Bath. Opowieści o  biednych pastorach z Bath odczytujemy  dziś często przez  pryzmat  biedy trzecioświatowej a to była zupełnie innego rodzaju bieda ( choć też paskudna ).



Bath jak każde miasto przeżywało wzloty  i upadki. Po wyprowadzce  Rzymian z wysp, podupadło jak niemal wszystko, potem zaczęło się mozolnie dźwigać, szczęśliwie założono w nim opactwo, więc nie zniknęło z mapy. Bath Abbey powstało coś tak koło  675 roku, ponoć na miejscu dawnej pogańskiej świątyni. Musiało być ważnym ośrodkiem kultu skoro odbyła się w nim  królewska koronacja ( w roku 973 Edgar został ukoronowany jako King of the English ). W XI wieku świetność opactwa była tak  wielka że rozpoczęto budowę katedry. Niestety budynek został przez historię potraktowany dość okrutnie ( zniszczał w XV wieku, niby miał być odbudowany ale kiepsko to szło ), po awanturach religijnych  Henryka VIII opactwo zakończyło życie jako monastyczna wspólnota, katedra nie była  już do niczego potrzebna i dopiero  córka Henryka, Elżbieta I podjęła  jakieś działania w celu odbudowy ( dobra królowa Bess w ogóle miło zapisała się  w historii miasta - nadała mu w 1590 roku status city ). Obecnie stojący budynek to resztki  historyczne i neogotyk angielski, zresztą bardzo miły dla oka. Warto się pogapić bo jest w sumie dość nietypowy. Wpisuje się pięknie w kamienne miasto, bo żółtawy kamień z Bathampton i Combe Dawn to główny budulec miasta.




W  końcu XVI i  w XVII wieku Bath  zaczęło zyskiwać na znaczeniu jako miejsce lecznicze, ale swoją drugą młodość  przeżyło jednak dopiero wraz z zasięściem na tronie brytyjskim importu z Hanoweru, to w epoce georgiańskiej ( nazwanej  tak od  czterech królów  Dżordżów miłościwie panujących  nad Great Britain ) powstało miasto które staje przed oczami  czytelników prozy Jane Austen. Nie można jednak odmówić niezbyt mądrej królowej Annie Stuart ( panującej na chwilkę przed pierwszym Dżordżem ) pewnych zasług dla miasta. Nie było wielkiej rozbudowy za  czasów jej panowania, ale to właśnie wtedy Bath stało się modne. Ponowne chwile  chwały zaczęły się od  pięknoducha, birbanta i w ogóle letkiewicza - pana Richarda Nash'a zwanego Beau. Znacie angielskie pojęcie dandy,  no, to był dandy stuprocentowy - wzorzec gatunku ( choć samo pojecie  dandy narodziło się  nieco  później , w czasach kolejnego beau, czyli Beau Brumell'a ). Facet wymyślił sobie genialne zajęcie, został  Mistrzem Ceremonii. Nie miało to nic wspólnego z urzędem powstałym za czasów Jakuba I Stuarta. Fucha mistrza to była początkowo sprawa zupełnie "na dziko", nie jestem nawet pewna czy on się sam na nią nie powołał. Co robił taki Mistrz Ceremonii w kurorcie? Mistrz Ceremonii odprawiał ceremonie, dość durne,  przynajmniej z naszego punktu widzenia. Dla współczesnych Beau Nash'a , pochodzących jak i on z "lepszych sfer",  życie  w kurorcie  bez przewodnika który tworzył warunki towarzyskiej egzystencji byłoby  trudne. No człowiek nie wiedziałby co wypada  zrobić jak Iksińska  sunęła z srebrnym kubeczkiem po te wody lecznicze ( bo w Bath nie  tylko się pławiono w  wodzie lecz też ją w celach leczniczych pijano ) - dygnąć, udać  że się nie widzi, konwersację z pomocą wspólnego znajomego  zacząć ).  Beau rozwiązywał takie problemy, elegancko  i z wdziękiem, jak to Beau. Stworzył swoisty kodeks zachowań,  nieco poluzował gorset etykiety i z lekka  otworzył klasowe szufladki, tak  lubiane przez społeczeństwo brytyjskie - w końcu odpoczynek  u wód wymagał większego  luzu. Rok 1704 to złoty rok w  historii miasta, Beau został Mistrzem Ceremonii, nieważne  czy z samopowołania czy ktoś mu ten urząd przyznał, został i Bath złapało falę która wyniosła je wysoko - nie dość że pierwszy kurort królestwa, to jeszcze miejsce gdzie podobnie jak w Londynie uprawiano politykę przez duże P. Nieoficjalnie i czasem hym... tego... buduarowo - sypialniane, ale życie polityczne w tej  w sumie małej mieścinie osiągało niezwykłą temperaturę. Bardzo ważne dla historii Wielkiej Brytanii ustawy w Bath przepychano,  w parlamencie  w Londynie potem je tylko przyklepywano.



Jak pisałam prawie cały wiek  XVIII, epoka  georgiańska to dla Bath czas budowy. Słynne miodowe wapienie, tzw. Bath Stone i wszechobecna klasycystyczna architektura sprawiły że urbanistycznie miasto wydaje się niesamowicie wręcz  jednorodne. To takie miasto które zwiedza się nie tyle z powodu poszczególnych zabytków ale z powodu całego miasta, jego urody wpisanej w łagodne wzgórza wschodniego Somerset. Nawet krótka przebieżka po nim uświadomi człowiekowi dlaczego znalazło się na liście światowego dziedzictwa  kultury UNESCO. Bath oberwało podczas ostatniej wojny, mało osób zdaje sobie sprawę że  leżące w zachodniej Anglii  miasto mogło być bombardowane, a było  i to solidnie. 25 - 27 kwiecień 1942 to dla  Bath czarne daty, ponad 19 tysięcy budynków zostało uszkodzonych, niektóre z nich całkowicie zniszczone, wypalone, 400 osób zginęło. To był odwet  za naloty  na Lubekę  i Rostock. Teraz właściwie już po tych wojennych ranach na Royal Crescent ( to taka uliczka w kształcie półksiężyca  z domami które są ustawione w  zakrzywionej linii - nr. 3 do zwiedzania po rzymskich łaźniach ), Circus ( plac z domami postawionymi tak by tworzyły okręg - nr 2  na liście zwiedzaczy ), Paragon ( długa wijąca się ulica z domami "wijącymi" się wraz z nią ) nie ma śladu. I dobrze  bo te wszystkie miejsca zaprojektowane przez Thomasa Warr Attwood'a, postać bynajmniej  nie świetlaną, to światełko najczystsze, blask palladiańskich koncepcji architektoniczno - urbanistycznych, świecący  w Anglii w XVIII wieku. Koniecznie do  oblookania ( jak  nie żywcem to choć przez neta ), bo ta koncepcja broni się jeszcze dzisiaj, mimo  tych cholernych samochodów pędzących po mieście.




Nad  ścisłym miastem na wzgórzach dla oglądaczy ogrodów perełka czyli  Prior Park Landscape Garden, jeden z tych ogrodów od których zaczęło się tak naprawdę angielskie ogrodnictwo krajobrazowe. Dzieło wspólne angielskiego poety o wyjątkowo ciężkim charakterze i lekkim piórze czyli Aleksandra Pope'a i ogrodnika Capability'ego Browna. Pierwszy teoretyzował i narzekał na sztuczności ogrodowe typu strzyżone bukszpany czy inne cisy ( tfu, to wcale nie wynalazek holenderski, to jest coś znacznie bardziej dla Anglii niebezpiecznego - francuszczyzna! ) drugi po prostu tworzył. Ogrody piękne i wpisane w naturę - gładkie sukno falującej trawy, pośród której stały stare domostwa jak i nowe domy, wzniesione w nowym klasycystycznym stylu , rozproszone kępy drzew, pasy lasków, stawy, które miały przypominać jeziora w tafli których przeglądają się ściany domu, serpentyny strumyków utworzonych przez sprytne spiętrzenie rzeczek. Niby nie natura a jednak natura. Capability uchodził za najlepszego ogrodnika Anglii, choć my nazwalibyśmy go raczej architektem krajobrazu ( ogrodnik to tak się bardziej kojarzy z facetem od marchewki i buraczków ). O dziwo  po  śmierci został szybciutko zapomniany. Anglikom coś było za spokojnie w jego ogrodach.


To tak króciutko o Bath, miasta spacerkiem niespiesznym przechodzonego. Turystów oczywiście w bród, choć nie jest tak tłoczno jak w Pradze. Samochody za to są dobijające.
Teraz kolejny komunikat o kotach - Jupi oczekuje na to by kogoś adoptować Niezależna Jupi już może startować na podbój świata , lepiej się pospieszyć bo kocina już kombinuje jak by się tu zaląc na tymczasie ( bestia znaczy z tych bardzo inteligentnych ) a u Gosi, za jej drzwiami Białaczkowa ruletka . Tytuł niby okropny ale wieści dobre - tam na tymczasie oczekują zdrowe i zdrowiejące kotowskie, wszystkie pikne co cud! A mnie właśnie włazi na klawiaturę Szpagetka, chyba wyczuwa że piszę o innych kotach, he, he.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Dlaczego warto w domu zapuścić kota


Jak wiecie szukamy miejsca dla kotów nieco bardziej wymagających ( bez przesady z tym uważaniem, po prostu trzeba je normalnie  traktować, jak członków rodziny albo przyjaciół ). W związku z tym  mój dzisiejszy post będzie poświęcony kotom i płynącym z mieszkania z nimi korzyściom. Jak powszechnie wiadomo pies to okazuje  uczucia a kot to nie, bezuczuciowy jest.  Pojęcie powszechnie nie jest tożsame z prawdziwe czy też mądre, częściej z pojęciem powszechny kojarzy się głupotę ( jak często słychać o  powszechnej mądrości? ) lub kłamstwo czy  hipokryzję ( taaa, powszechna prawda też jakoś słabo  w języku polskim funkcjonuje ). Nie należy zatem sugerować się powszechną wiedzą na kocie tematy, no bo  ona jest hym... tego... powszechna.


Warto zastanowić się nad tym co naprawdę Wiemy o kotach. Wiemy że nie żyją w zhierarchizowanych stadach, że  struktura społeczna kociej  gromady nijak się ma do struktury stada ludzkiego. Więc jak to się stało że drogi kocie i ludzkie się  skrzyżowały i że kot został stworzeniem domowym, wplecionym jak ten wątek w osnowę ludzkiego bytowania. Jak zwierzak tak od  nas różny stał nam się tak bliskim? Odpowiedź  prosta jak  drut - kot jest  inteligentny do tego stopnia że czasem sprawia  wrażenie inteligentniejszego od nas. Nie mam tu na myśli  tzw. inteligencji poznawczej, tej na wysokim C wymagającej  logicznego wywodzenia jednych  pojęć z  innych pojęć,  ale umiejętność przeżycia i rozwijania się gatunku w środowisku tak niebezpiecznym jak ludzkie społeczeństwo. Tak, tak, to co stworzyliśmy zwierzętom to horror, z  którego dopiero od niedawna  zaczynamy sobie zdawać sprawę. Kot nie dał się uprzedmiotowić, w związku z tym obrywał od losu w okrutny sposób, ale powolutku i wytrwale, mimo tylu różnic w sposobie funkcjonowania społecznego kotów i ludzi, zdobywa sobie miejsce pieszczocha, pupila domowego. Nie łowi już  często gryzoni, nie toleruje się go w obejściu  bo łowny i nie pozwoli myszom i szczurom obeżreć nas do cna, kot coraz powszechniej "wchodzi na salony" czyli  jest zapraszany do domu, pokoje i kanapy stają się coraz częściej habitatem kociego gatunku. Może  to dlatego że nie wymaga od nas nieustannego zainteresowania, sam nami interesuje się w sposób kulturalnie  nienarzucający się ( hym...przeważnie ) stał się dla współczesnych ludzi z Europy, Ameryki Północnej czy wysoko rozwiniętych krajów Azji ( i nie mam tu na myśli Chin ) kimś w rodzaju towarzysza idealnego.


Uciekamy po pracy w korporacjach, szkołach, fabrykach i innych usługach w świat indywidualny,  w którym tolerujemy  dość łatwe do zerwania więzi  netowe, ale pragniemy zaistnieć w nim niejako  część struktury czegoś narzuconego tylko taki sobie luźny elektron, byt samoistny, którego w  ludzkie stadko wpisuje jedynie uczucie dla rodziny. I w tym miejscu czeka na nas kot - członek rodziny z wyboru, strażnik własnej indywidualności, którą to indywidualność  my  często zmuszani jesteśmy odwieszać, bo w końcu z czegoś trzeba żyć. Wracając w domowe  pielesze zawsze możemy się na kota pogapić i pomyśleć  że  tak samo jak i on jesteśmy nie tylko trybikiem w maszynie, czy ulec,  jak wielu  uważa złudzeniu,   że nie jesteśmy jedynie  nosicielem wiecznie ewoluujących  genów,  ale kimś odrębnym, sobą. Oczywiście radośnie stadnie myślimy o sobie że jesteśmy strasznie zróżnicowani, znaczy każdy z nas myśli że jaki to jest inny -  nie lubimy sobie uświadamiać naszej stadności. Kot jest odpowiedzią  Opatrzności na nasze tęsknoty za byciem sobą, byciem kimś wolnym, spływa z niego na nas ta cała otoczka rozbuchanego indywidualizmu.


Kici, kici a on nie przychodzi, mamy  pilne zajęcie a on włazi na klawiaturę, blat stołu,  rozłożone papiery - jest sobą i za nic ma wszystko inne poza tym że to jest właśnie czas, który wyznaczył nam na pieszczoty. Ubieramy więc jego  zachowania w nasze własne pragnienia bycia Easy Rider, i jakoś tak bardziej  przy kocie czujemy się Kimś. Kot jest Kimś i my mieszkamy z  Kimś czyli wiadomo, też jesteśmy Kimś. I od razu nam lepiej, mniej depresyjnie i łatwiej możemy znieść gderliwego szefa, nieuprzejmą klientkę czy kolejne szkolenie BHP  albo imprezę integracyjną w pracy. Bez kota byłoby znacznie trudniej znosić codzienność! A o stresach okazjonalnych straszliwych  to nawet za dużo  nie napiszę,  wiedzcie jednak że kot to żywy opatrunek na rany duszy - on się liczy a my się dla niego liczymy, balsam!

Dlatego po rozważeniu niezbędnej roli kota w utrzymaniu kruchego zdrowia psychicznego współczesnego ludzia rozważcie Wy, biedni bezkotni jeszcze, czy to już nie czas na zapuszczenie sobie kota w domu żeby  nie dostać kota.


Szukamy Człowieka Wielkiego Czynu!  - koty czekają żeby Was wesprzeć i zadbać o Wasze samopoczucie. Te są wyjątkowe,  możecie je rozpieszczać jeszcze bardziej niż koty nie mające alibi na rozpieszczanie w postaci  nosicielstwa. Rozpieszczony kot uświadomi wam że i Wy jesteście godni rozpieszczania. Weź kota i poczuj że jesteś Kimś!
U Psa w Swetrze Nowa Lokatorka może jeszcze zechce łaskawie rozważyć czy  nadajecie się na opiekunów prawdziwej  Gwiazdy. Zawsze  to miło być blisko kogoś tak ważnego jak Gwiazda! 

Dzisiejszy wpis ozdabiają prace artysty nazywającego się Louis Wain, artysta dostał kota na punkcie kotów ( podobno cierpiał  na syndrom Aspergera ).  H.G. Welles stwierdził kiedyś że " English cats that do not look and live like Louis Wain cats are ashamed of themselves." - co  można przetłumaczyć "Koty angielskie które nie wyglądają i nie  żyją tak jak  koty  Louisa Waina powinny się wstydzić"

sobota, 6 sierpnia 2016

Gotyk strzelisty + o katordze turystycznej w Pradze

 Zaczynam od tego  że przepraszam za jakość zdjęć. Moja małpka powoli zaczyna odmawiać  posłuszeństwa, chyba jej żywot dobiega końca. Pretensji mieć nie mogę,  służyła mi wiernie przez sześć lat. W zasadzie to jest już aparat emeryt, należy się cieszyć że matryca jeszcze jakoś tam funkcjonuje. Ta stetryczałość aparatu + moje nędzne opanowanie arkanów sztuki fotograficznej dały taki a nie inny efekt. Ogniskowa, kiepskie umiejętności i jeszcze parę innych rzeczy sprawiły że gotycka katedra św. Wita wręcz fruwa. To się nazywa gotyk wystrzelisty, he, he! Słabo bo słabo ale coś na moich fotach jednak widać, mam nadzieję że i  Wy dopatrzycie się urody gotyckiego budowania. Przepraszam też za straszną rozwlekłość postu i skakanie takie trochę od  Sasa do Lasa, pisanie o rzeczach wiekowych łatwe nie jest. Dobra, dosyć tego kajania się, przystępuję do rzeczy.

Tak naprawdę to jest to archikatedra pod wezwaniem trzech świętych - "Katedrála svatého Víta, Václava a Vojtěcha" jak to nazywają Czesi. Jest dla nich tym czym dla Polaków katedra na Wawelu - świątynią narodową. Na hradczańskim wzgórzu w czasach przedchrześcijańskich prawdopodobnie istniał chram poświęcony Świętowitowi ( nie mylić ze św. Witem ) i to na miejscu tego "wrażego" dla chrześcijaństwa obiektu książę Wacław z dynastii Przemyślidów, późniejszy święty Kościoła Katolickiego, wzniósł w roku 925 pierwszy kościół. Przechowywano w nim ramię św. Wita, cenną relikwię, którą Wacławowi podarował Henryk I Bawarski. Św. Wit był synem senatora rzymskiego, który za swoją wiarę został w następującej kolejności: ugotowany we wrzącym ołowiu, rzucony na pożarcie dzikim zwierzętom i rozciągany na katowni. Tajemnicą wiary zostaje co dostały po tym  gotowaniu w metalu do pożarcia te dzikie bestie i co jeszcze można było rozciągnąć w  katowni oraz jak przy takim potraktowaniu św. Wita ostało się święte ramię. Cud jakowyś?! No średniowiecze nie takie rzeczy widziało, dość okrutna  jak przystało na średniowieczne standardy dynastia Przemyślidów wydała z siebie paru świętych, co też zakrawa na cud. Św. Wacław skończył żywot ubity  przez siepaczy swojego brata Bolesława, zwanego Okrutnym. Jego babka św. Ludmiła została uduszona  chustą z polecenia synowej ( jest świętą od kłopotów z teściami, he, he ). Najprawdopodobniej z czeskim rodem panującym spokrewniony był św. Wojciech ( ze strony matki, Strzeżysławy ). Za swego życia cała ta święta  trójka  nie cieszyła się zbytnią sympatią  Czechów, ale po śmierci ich szczątki jako cenne dewocjonalia były mocno hołubione ( w roku 1039 w katedrze praskiej złożone zostały relikwie św. Wojciecha złupione z Gniezna przez księcia Brzetysława I  ).

W roku 1085 w katedrze na Hradczanach odbyła się pierwsza koronacja królewska - Wratysław II nałożył na głowę koronę. Świątynia nie była już wówczas wczesnoromańską rotundą tylko trójnawową bazyliką, bardziej odpowiadającą roli miejsca spoczynku świętych i królewskich koronacji. Tak sobie trwała w tym kształcie  przez niemal dwa stulecia, dopiero w roku 1344, wraz z otrzymaniem  przez praskie biskupstwo godności arcybiskupstwa, pod niebo wystrzeliła ostrołukowymi sklepieniami gotycka katedra. I to tak w wielkim stylu! Hradczańska archikatedra to ta sama liga co gotyckie katedry w Chartres, Canterbury, Koloni. Budowana przez stulecia z zachowaniem stylu gotyckiego, jako dominującego  (spore jej fragmenty  to tzw. neogotyk, jak spore o tym poniżej ), zaprojektowana przez jednego z najwybitniejszych architektów średniowiecza. No po prostu czuć  że wzniesiona w czasie kiedy Praga była cesarską stolicą. Przyznam że odczuwam pewne kompleksy i zazdrość mnie zżera o to że Czesi mają tak piękną gotycką katedrę królewską, nasza katedra na Wawelu też co prawda piękna ale nie w ten w miarę jednorodny, gotycki sposób ( dlaczego tak  jest napiszę później ).   Świetne  fragmenty w postaci renesansowych kaplic niestety nie są mi w stanie tego faktu przesłonić.  Nie znaczy że  przy katedrze na Hradczanach nie ma  doklejonego budynków w innym stylu, ale dominujący jest jednak ten niebowzniosły gotyk. No cóż, w połowie XIV wieku  rozbudowano katedrę na Wawelu ale dla  Kazimierza Wielkiego istotniejsza wydawała się ( słusznie zresztą ) kwestia zbudowania ufortyfikowanych zamków i wznoszenie murów  miejskich na terenie królestwa niż solidniejsze zajęcie się katedrą wawelską.  No inne priorytety były.  Czechy, a konkretnie Praga przeżywały swój  Złoty Wiek, Karol IV wyżywał się "w mecenacie", a  Kazimierz wznosił mozolnie podwaliny pod potęgę, jaką  w XV i XVI wieku miała stać się Polska. No i Kazimierz nie miał do dyspozycji na czas nieokreślony Parlerów. A tak w ogóle bez wspomnienia o Parlerach nie sposób przekazać dlaczego katedra na Hradczanach jest tym czym jest - jedną z najpiękniejszych  gotyckich katedr.


Ród Parlerów wywodził się ze Schwäbisch Gmünd, miejscowości położonej dzisiaj w Badeni - Wirtembergii. Nazwisko dała im praca, utworzono je bowiem od nazwy zawodu - "parlier" w staroniemieckim oznaczało majstra budowlanego. Co ciekawe nazwiska rodowego nie używali wszyscy "budujący" członkowie rodziny, ale wszyscy posługiwali się tym samym znakiem kamieniarskim. Ród był to potężny, Parlerowie budowali w Pradze, Fryburgu, Bazylei, Strasburgu, Norymberdze, Ulm, Wiedniu i w Mediolanie. Wznosili katedry, kościoły, mosty. Podejrzenia są że przyłożyli rękę do rozbudowy ratusza w Krakowie ( z gotyckości to się jedynie wieża z niego ostała ).  Gotycką katedrę na Hradczanach zawdzięczamy Peterowi Parlerowi, bodaj najwybitniejszemu przedstawicielowi rodu ( jemu też prażanie zawdzięczają Most Karola, wyrosły na miejscu wcześniejszego Mostu Judyty ). Można sobie wyobrazić jak ważną postacią w historii czeskiej architektury był Peter Parler kiedy prześledzi się co  pobudował. Jednak  trzeba oddać sprawiedliwość niejakiemu Mateuszowi z Arras - to on był pierwszym budowniczym katedry, dopiero po jego śmierci w 1352 roku, Peter Parler przejął budowę, którą realizował w dużej mierze wg. planów swojego poprzednika. Szczerze pisząc szwendając  się po katedrze z wysoko zadartą głową i oczami wlepionymi w słynne sieciowe sklepienie, ani Mateuszowi z Arras ani rodowi Parlerów ( po śmierci Petera katedrę rozbudowywali  jego synowie ) nie poświęciłam nawet jednej myśli. Okrutne ale prawdziwe, bezczelnie i ahistorycznie cieszyłam się  urodą pięknego gotyckiego wnętrza, błogosławiąc w duchu tzw. porę obiadową czyli czas w którym zorganizowane grupy turystów porzuciły katedrę na rzecz knedlików czy tam innej pizzzy.



Katedralne wnętrze piękne i ućkane zabytkami nie tylko  gotyckimi, w końcu katedra  to świątynia grzebalna świętych, królów czeskich i cesarzy. Dla miłośnika sztuki baroku  a i miłośnika secesji coś się znajdzie. Ludziska drepczą do srebrzystego mauzoleum świętego Jana Nepomucena, podziwiają  baldachim i  fruwające anioły, metal szlachetny przyciąga tłumy, he, he. Mauzoleum Habsburgów, miejsce gdzie spoczywa  divina favente clementia electus Romanorum Imperator, semper Augustus, Germaniae rex w liczbie sztuk dwóch - znaczy cesarz  Ferdynand I i Cesarz Maksymilian II i żona Ferdynanda, a matka Maksymiliana - Anna Jagiellonka, wnuczka Kazimierza Jagiellończyka  i Elżbiety Rakuszanki ( zasłużonej, piętnaścioro potomstwa powiła, po babuni miała takie zdolności ) - nie jest tak oblegane. Biały marmur nie błyszczy, więc piękne późno renesansowe rzeźby cesarzy nie przyciągają tak uwagi jak rozbuchana forma rokokowego mauzoleum. Ma to tę dobrą stronę że mauzoleum Habsburgów można spokojnie obejrzeć. Równie spokojnie można obejrzeć tzw. witraż Muchy, artysty którego raczej kojarzy się z plakatami z przełomu wieków. Może nie jest to dzieło tej klasy co witraże  Wyspiańskiego czy fryburski witraż Mehoffera ale wielbiciele  stylu mistrza Alfonsa będą zachwyceni.
Mnie oczywiście najbardziej ciągnęło do "prawdziwego gotyku", więc wgapiałam się w słynne Oratorium Królewskie wykonane w czasach Władysława Jagiellończyka i usiłowałam wypatrzeć jeszcze bardziej słynne popiersia umieszczone w triforium, co nie jest łatwą sprawą. Triforium to takie  trójdzielne okno, bardzo  popularne w architekturze romańskiej  i gotyckiej, a nawet  wczesnorenesansowej, jednak w tym wypadku chodzi  o drugie znaczenie tej nazwy. Triforium to jest też  galeryjka biegnąca wewnątrz budynku, ma grubość muru ( nie wystaje jak  antresola, czyli coś co w architekturze gotyckiej określa się jako emporę ). Oczywiście galeryjka jest na wysokościach, dla takiej żaby jak ja  niebotycznych, więc wypatrywanie jest w zasadzie beznadziejne ( rzeźby są tak umieszczone że najlepiej byłoby podziwiać je łażąc po triforium ). Żałuję bardzo że  nie dojrzałam tych popiersi, bo  są   sztandarowym przykładem stylu Parlerów i na swój sposób są unikatowe. To takie o ponad sto pięćdziesiąt  lat wcześniejsze głowy wawelskie. O ile jednak wawelskie łebki z Sali Poselskiej są przedstawieniami pewnych typów, to popiersia z praskiej katedry są portretami konkretnych osób. Można sobie obejrzeć podobizny członków  dynastii Luksemburskiej ale można zobaczyć też budowniczych katedry, choćby Petera Parlera czy Mateusza z Arras. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Nie udało się z wgapianiem w triforium ( z wielkim chórem nad prezbiterium też ) to się skupiłam na kaplicy świętego Wacława. Szczęśliwie zaliczeniowi turyści nadal chlali knedliki więc był spokój. No i jak już użyłam określenia zaliczeniowi to sobie ulżę.



Katedra św. Wita niestety padła ofiarą swej urody, turyści oblegają ją masowo i to są najczęściej  tzw. turyści masowi. Nie  piszę tak dlatego że zadzieram  nosa bo jaka to ja  elitarna,  wyrafinowana i w ogóle, piszę  narzekająco  bo stwierdziłam naocznie że ludziska w doopie mają tę urodę, z powodu niby  której zadeptują niemal ten budynek. Gdzie te wgapiania się niespieszne w pinakle, wimpergi, gdzie  podziwiania przejrzystości tak doskonałej konstrukcji, gdzie zachwyt nad innowacyjnym sklepieniem sieciowym?  Nie trzeba wiedzieć że pinakle czy też fiale to wieżyczki zdobiące inne wieżyczki, że wimperga to ten trójkącik nad szczytem ostrołukowego okna  czy portalu, nie trzeba wzroku doskonałego i pamięci słonia żeby zauważyć że sklepienie sieciowe różni się od  prostego sklepienia krzyżowo - żebrowego. Naprawdę nie trzeba! Jedyne co przy zwiedzaniu jest potrzebne  to wysilenie się i zwrócenie uwagi na budynek. Taaa, wysilać się na urlopie na jakieś wpatrywania w  stare budownictwo , kretynka - trzeba kijek do selfie całościowego przygotować i cyknąć się na tle. Też wysiłek! W zwiedzaniu najważniejsze jest jak się ustawić z kijkiem. W kijki zaopatrzeni są niemal wszyscy ( widziałyśmy różne okazy z tymi kijkami, przy co niektórych Mamelon z jawną satysfakcją stwierdzała "My nie mamy kijka" ), głównie wdziącznie przeginające się dziewczęta i napinający się młodzieńcy, ale i wycieczki starszych Chińczyków ( przy wycieczkach kijki jeszcze rozumiem, zdjątka grupowe są cykane pamiątkowo ) i niedoinwestowani w jakiś sposób przedstawiciele mojego pokolenia ( znaczy tacy powyżej czterdziestki ). Nie wiem dlaczego oni się tak z tymi kijkami męczą, przecież  wystarczy ściągnąć fotę z neta, program zainstalować i już mamy siebie w Pradze. Pokolenie selfie to narcystyczni kretyni, zwiedzać cokolwiek w ich towarzystwie to katorga. Wypieprzałabym wszystkich z tymi ich kijkami z tzw. miejsc atrakcyjnych turystycznie. Porąbani fotomodele, na cholerę im katedra jak tylko lustra do szczęścia potrzebują?! Srajfon na kijku niepotrzebny, Srajbook czy Insragram można nakarmić fotoshopem ( bo większość srajbookowców  i insragramowiczów ma głęboko gdzieś gdzie była Estella Mamuella i John McObsryphone,  dyszą głównie chęcią zamieszczania własnych  fotek w celu polepszenia sobie samopoczucia ). Wiem, zionę miłością do świata, ale mało jest tak wkurzających rzeczy jak ciągłe uważanie żeby nie napatoczyć się na jakiś  kijek, w porę uskoczyć przed szukającym cud kadru kijkowcem, nie zostać potraktowanym kijkiem. No i to  uświadomienie sobie że oto  otaczają mnie wieprze, które zajęte  promocją swojej wieprzowatości nie zauważają pereł, za to przeszkadzają innym. Nie lubię tłumu, a tłumu z kijkami to wręcz nienawidzę! Kijek im w ....!




Dobra, dość ulewania tej żółci! Lepiej zająć się  katedrą. Jak zawieje Was kiedyś do Pragi, wleźcie  albo wjedźcie na Hradczany ( da się, linia tramwajowa 22 dla tych których wykończają schody ) w porze mało turystycznej ( znaczy ranki i wieczory ) obejdźcie katedrę dookoła, z każdej strony jest ciekawa ale  najpiękniejsza od strony  południowej. Na fasadzie, tuż nad wejściem, umieszczono  w latach 1370 - 71 mozaikę przedstawiającą scenę Sądu Ostatecznego. Cud , miód - gotycka perełka lśniąca złotą barwą, od tych lśnień ponoć nazwano  to wejście do katedry Złotą Bramą, choć ja tę nazwę wiązałabym raczej z tym że było to wejście królewskie, tzn. podczas koronacji królewskich wchodził przez nie przyszły król a wychodził  monarcha. Mozaika ( tło ) nie została wykonana z malutkich złotych płytek, nic  z tych rzeczy - to szkło rodem z Wenecji, czasem nazywa się  ją  mozaiką wenecką ale  to cudo układali  sprowadzeni z Rawenny mistrzowie (  crème de la crème, śmietanka i w ogóle najwyższa półka, z tradycjami sięgającymi hen we wczesne średniowiecze ). Możemy  pozazdraszczać, w Polsce nie mamy tej klasy  dzieła z tych czasów ( no tak, Kazek Wielki wówczas kipnął a Ludwik Anjou dopiero mościł się na tronie, to nie był zdecydowanie czas na sprowadzanie  mozaikarzy ).  Niestety zdjątka Złotej Bramy Wam nie przedstawię, aparat w tym momencie wziął i odmówił posłuszeństwa ( ale łatwo wyszukacie  je w necie ).  Dobra, Złota Brama pikna ale ja najbardziej  lubię oglądać  budynek katedry od tyłu, czyli od strony wschodniej. W dzień wygląda  pięknie, a w nocy wygląda wręcz zjawiskowo! Ściana południowa - zabytek wiekowy, szaconek i w ogóle, ale tyłeczek katedry to Architektura przez duże A. Gdyby pozbawić budynek wszystkich ozdóbstw, same "gołe" ściany by się obroniły ( choć przyznaję że pinakle są wisienką na torcie ). Zastanawiałam się  skąd to wrażenie lekkości, wzlatania, no fruwający gotyk - ano, stąd  że te przypory z łukami oporowymi są dość duże, tzn. widać że konstrukcja na nich  się trzyma ( mam nieodparte skojarzenia z wyrzutnią rakietową, odrzucaną dopiero w momencie startu ).



No to teraz  wyjaśnionko dlaczego katedra jest cud miód gotycka i jeno jedna wieża jej przykryta barokową czapeczką. Husyci, moi Mili, Husyci! W XV wieku Czesi mieli u siebie takie zawirowania religijne  że budowanie katedry stanęło,  imponderabilia były ważne  a nie rozbudowa  budynków  ku  chwale Bożej. No gotowało się u nich tak, że nawet u nas wykipiało ( twarz Czarnej Madonny  z Częstochowy ma blizny pohusyckie ). Poza pracami podjętymi za czasów  Władysława Jagiellończyka to architektonicznie nic  się właściwie  nie działo. Na swój kolejny "dobry czas" Czechy  musiały poczekać aż  do Rudolfa II. Rudolf owszem rodzinę należycie w katedrze zasarkofagował, ale wyżywał się fundacyjnie  gdzie indziej. Poza tym jego stosunek  do  religii katolickiej ( i nie tylko do katolickiej ) był jak na katolickiego cesarza dziwny i to oględnie pisząc. Potem była wojna  trzydziestoletnia, Biała Góra i dopiero w końcu XIX wieku, wraz z nową polityką Franza Josefa,  który zaczął kumać że państwo może mu się rozpaść jeżeli wzrastający nacjonalizm nie znajdzie ujścia w kształcie federacji narodów pod miłościwie panującym cesarskim berłem, coś tam na Hradczanach drgnęło.  Cesarskie przyzwolenie na  zaspokojenie czeskich  ambicji  zostało wydane.  Prawie wszystkie wielkie katedry gotyckie nie są tak do końca prawdziwie gotyckie. W XIX wieku rozbudowywano je namiętnie w stylu neogotyckim ( w końcu liczba  ludności wzrosła wielokrotnie od czasów późnego średniowiecza więc  istniała  potrzeba rozbudowy , wiele katedralnych budów przerwano ze względu na tzw. okoliczności a w ostatnich  trzydziestu  XIX wieku  wraz z postępem technologicznym i jako taką spokojną sytuacją polityczną w Europie pojawiła  się możliwość dokończenia ich  wg. pierwotnych planów, lub planów wzorowanych na starych, gotyckich  ). Szczęśliwie  się złożyło że około połowy XIX wieku zaczęto się interesować szerzej gotyckimi formami ( bardzo wczesny neogotyk to raczej trafiał w tzw. wysublimowane  gusta  arystokracji, dopiero potem został porządnie oswojony, przetrawiony i zaakceptowany ).  Właściwa  katedra gotycka  na hradczańskim wzgórzu przed rokiem 1872 była znacznie mniejsza  niż budynek, który oglądamy obecnie. Jednak świetne  opanowanie stylów historycznych przez architektów XIX - wiecznych sprawiło że wydaje się nam że  katedra w takim kształcie stała tam od czasów Karola IV. Owszem secesyjne grzybki, i tam  zdziwnie podejrzane gotyckie elementy ozdóbstw ujęte w zbyt nowoczesną  jak na czasy średniowiecza formę, jakiś zaplątany facet w garniturze zamiast w zbroi, ale żeby tak  wszytko po całości,  b u  d y n e k?!  A jednak to prawda -   zachodnia strona na zdjątkach poniżej jest XIX - wieczna.  Jak dla mnie to ta rozbudowa  katedry jakoś jej urody  nie zniszczyła, uczyniła ją za to monumentalną.
Ten wpis nie wyczerpuje całej historii tej budowli, historii zebranych w tym miejscu skarbów kultury, nic  z tych rzeczy. To jest wpis zanęcający - do Pragi niedaleko, "kijkowcy" jadają obiady i inne posiłki, podróżuje się nie tylko latem, w wakacje czyli wtedy kiedy wysyp "kijkowców" uniemożliwa normalne zwiedzanie, zobaczyć  duże miasto z kościołami, pałacami, kamienicami  które nie widziały bomb zawsze warto. Katedrę mimo tego że oblegana i zadeptywana przez "kijkowców" polecam Waszym oczom. Dobrze jest podreptać i przebiegając wzrokiem wzdłuż strzelistych form popatrzeć nieco wyżej, tak trochę ponad nasze codzienne zwykle  bytowanie. Może niekoniecznie zaraz metafizycznie, ale tak zwyczajnie oderwać się od życia naszego codziennego przyziemnego.  Gotyk strzelisty dobrą rakietą nośną!



P.S. Nie na tematy gotycko - turystyczne ale bardzo ważne: do zakotowanych - potrzebny dom dla kotów  Szukamy Człowieka Wielkiego Czynu! Pamiętajcie że z kocim FeLV+ jest jak z każdą "nową" chorobą wirusową czy bakteryjną, z czasem przebieg choroby nie jest tak dramatyczny , jak to przy jej "debiucie" było. Kiedyś dla kota ten wirus był to wyrok śmierci w ciągu paru miesięcy, dziś przy normalnym traktowaniu zwierzaczka to jest w sumie zwykłe kocie życie ( wielu ludzi nawet nie wie że ich koty są nosicielami tego wirusa ). Tym niemniej kotki będą wymagały większego doglądania, nie pieniąchów ( bo to się da załatwić ), tylko po prostu serducha dla nich.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Usiłowania ogrodowania czyli początek sierpnia w ogrodzie


Pogoda piękna tylko jakby mało pracom ogrodowym sprzyjająca. Dzisiaj groźnie i buńczucznie chodziliśmy zusammen z Panem Andrzejkiem  po Alcatrazie, strasząc drzewa samosiejki piłą i nożycami. No i na takim wojowniczym paradowaniu ze sprzętem skończyliśmy. Bliziutko  30 stopni  Celsjusza w cieńku,  parno i duszno, czuć że pogrzmi - no  nie są to optymalne warunki  na ogrodowanie. Nie narzekam jednak, uważam  że  w tego lata  jest i tak o niebo lepiej ( tfu, tfu, tfu! ) niż było w zeszłym roku. W końcu nie ma cholernej suszy a że powietrze takie bardziej amazońskie - trudno, znieść  trza z godnością i cieszyć się że parówka  dobrze wpływa na cerę i rośliny. Wychynęliśmy ponownie wieczorną porą kiedy  umówiony z nami młody sąsiad przyszedł rozbierać jedną z szopek ogrodowych. Bezczelnie ograniczyliśmy się do kibicowania i wyrażenia budującej ego młodego sąsiada samokrytyki naszych leniwych  osobowości i paskudnych  charakterów. Pomogło w rozbieraniu szopki tyle o ile, po półgodzinie roboty zaczęliśmy reanimacje młodego, który zdążył rozwalić pół szopki i  niemal padł na placu boju ( podziwiam, chłopczyna przyszła po całym dniu  harówki do tego rozwalania szopska ). Dalsze zagrzewanie do rozwałki to już by było  bestialstwo. Młody został napojony woda źródlaną z  sokiem z  cytryny, pogroził resztkom szopki i umówił się z nami na destroy a building w weekend. Znaczy muszę  przyszykować jakieś  żarło i napoje półwyskokowe na koniec destroyu, nie wypada inaczej  bo młody o kasie  nie chce słyszeć ( dostanie jeszcze zielska  do ogrodu, liliowce zrobiły na nim wrażenie ).


 Ogród jakiś taki zmęczony, niby wody pod dostatkiem i rośliny w dobrej  formie ale szybko wykwitają. Lilie były i już prawie się zmyły, zaczynają kwitnienie sedumki, wczesne marcinki i pierwsze miskanty. Pojesienniał nam błyskawicznie ogród podwórkowy. Na szczęście w części cienistej zero  ekscesów, żadnych kwitnień nie w terminie, anemonopsisy dopiero się szykują do kwitnienia, tak samo większość świecznic. W najlepsze kwitną  funkie, rutewki, prunelki, w bardziej słonecznych miejscach jeszcze floksy i liliowce. Chyba w przyszłym roku na piochy znów zaproszę werbenę patagońską od Mamelona ( w Mamelonosison ona się sieje  jak marzenie, u mnie coś nie chce ), to piękna roślina kiedy kwitnie tak w masie. W sierpniu ogród Mamelona jeżówkami i patagonką stoi. Ha, ja już mam jeżówki oswojone, teraz pora na oswajanie patagonek! Ich sierpniowe kwitnienie powinno przedłużyć lato na przyszłej suchej - żwirowej. Sierpień to nie jest miesiąc w którym ta rabata wygląda tak jak ja bym chciała żeby  wyglądała. W przyszłym roku powinno już być nieco lepiej z sierpniowymi kwitnieniami dzięki lawandynom, niektóre odmiany są  z tych później kwitnących. Na razie to jeszcze maluchy, ich kwiaty  nie mają więc dużego znaczenia dla wyglądu rabaty. Przemyśliwuję też powolutku sprawę traw na przyszłą  suchą - żwirową. Oczywiście większe  ostnice, śmiem twierdzić  że jestem od nich uzależniona. Zastanawiam się bardzo poważnie nad wprowadzeniem do  ogrodu  trawska pod  tytułem Sporobolus  heterolepis, najlepiej odmianę  'Tara', która nie jest tak duża jak  gatunek. Pasiłaby taka trawka do ostnic i palczatek, że o rozplenicach ledwie napomknę.




W Alcatrazie,   w cienistościach też  pojawią  się nowe nasadzenia. Sylwik przywiozła sieweczki własnej  production, śliczne malutkie języczniki, wyglądające na radośnie odbiegające od wzorca "czystego gatunku". Na  razie stoją u Mamelona w cieniu pod ogrodową studzienką, ja zgodnie z radą  coolegi Paprotnego przygotowałam dla nich miejsce cieniste i zaciszne. Walczyłam  przy tym przygotowywaniu stanowiska języcznikowego z całą armią atakujących wściekle krwiopijczych komarzyc, które za nic miały moje smarowania cielska zniechęcającymi środkami naturalnymi,  paskudną sklepową chemią i świństwem zagramanicznym tak  woniejącym że Pan Andrzejek określił ten zapaszek jako "smród czarciego łajna" ( ale jak  kumory zaczęły chlać to sam użył, niestety skutek odstraszający był jak i u mnie, znaczy  żaden ). Teraz usiłuję nie drapać miejsc  pochlanych, ciężko mi idzie trzymać ręce na wodzy. Nic to, oby tylko  jakoś przetrzymać jutrzejszy dzień, zapowiadany jako bardzo gorący. W weekend ma być chłodniej, może kumarom  będzie zimno a my za to nabierzemy sił.




wtorek, 2 sierpnia 2016

Rozważania ogrodowe - czas nas uczy pogody!

Była u nas Sylwik, nowym środkiem transportu  przybyła ale nowy środek po staremu zapchany zielonym aż po dach. Znaczy niby się zmieniło ale się nie zmieniło. Sylwik przysiadła jak to ona, w locie  i zagaiła  na tematy zielone i te mniej zielone. No i do Mamelona i do mnie natentychmiast dotarło że Sylwik pełen sił niespożytych jest  tak mniej więcej w tym  miejscu w jakim  my byłyśmy ponad dekadę temu. Nowy ogród, nowe możliwości, czasem  padanie  na twarz żeby jakoś  życiorys z tym ogrodem ogarnąć. Poczułyśmy się jak stare rury ( metryka jest jaka jest, nie ma co zaklinać rzeczywistości ) i jakby z lekka przerażone Sylwikowym wigorem. Tak, Mamelon połatany katgutem, ja ze swoimi krwiakami "na niezamówienie", ledwie dyszące i "troszkę"  podpasione panie starsze. A tu łup,  Sylwik i nagle wokół nas orgie zielone, nasadzeniowe szaleństwo, plany zadrzewień, zapaproceń, zatrawień, przenoszeń ogrodu do ogrodu a my w centrum tego  ogrodowego  huraganu rozpętanego przez Sylwika jak te dwa ramole szczęśliwie zadowolone z dojrzałych ogrodów, może niezbyt dobrze zaprojektowanych ( zazwyczaj po pewnym czasie coś nam się przestaje podobać, Mamelonowi jeszcze szybciej niż mnie, nie zawsze jednak mamy tak  twarde serca żeby robić wykopki ) ale   jakoś tam  "opanowanych".  Raczej wątpię żebym dziś umiała wykrzesać z siebie ten  entuzjazm, którym charakteryzowało się moje  wczesne ogrodowanie. Siadanie na tyłku i ramolenie powinno napełniać mnie smutkiem, w końcu starość i stetryczałość u proga, brak  wielkich i całkowicie dla mnie nowych podniet ogrodowych to już dno dna, dalej  będzie  tylko  gorzej.  Tylko że jakoś u siebie tego smutku z powodu przekraczania  smugi cienia nie przyuważyłam, ogród  nadal jest ważną sprawą ale... jest tyle innych ważnych spraw. Chyba jest pewną cechą charakterystyczną dla późnego  wieku balzakowskiego ( tak eufemistycznie nazywam swoje latka, he, he ) pogodzenie się z tym że nie wszystko  człowiekowi udaje się osiągnąć, a osiągnięcie wymarzonych celów na ogół rozczarowuje. Akceptacja realu nie jest zadaniem dla ludzi młodych, oni są od zmian i przestawiań rzeczywistości, ale ludzie  tacy jak ja, którzy mają już ładnych parę dziesiątek lat na liczniku mogą a nawet powinni rozumieć że real jest jaki jest i nie zawsze wszystko zależy  tylko od nas,  a zmiany bywa że nic nie  zmieniają.

Taaa, czas nas uczy pogody. Sylwika też już zaczął uczyć bo dzielnie zniosła miskantowe wypady po tegorocznej zimie ( a kolekcja  traw  Sylwika warta  uwagi ). Szlachetna  sztuka rezygnacji jest niezwykle trudna, szczególnie dla kolekcjonera, jednak  ogrodowanie bez niej nie chce się obejść. Z części roślin, pomysłów ogrodowych, sposobów ogrodowania rezygnujemy sami,  niekiedy  rezygnację wymusza na nas  życie ( "Taki mamy klimat", to tylko jedna z przyczyn  rezygnacji, czasem przyczyny są  tak niejednoznaczne że sami nie potrafimy określić dlaczego już nie chcemy robić tego czy owego albo uprawiać roślin które nadal bardzo nam się podobają, z tym że teraz  to już  u kogoś, w innym ogrodzie  ). Rozwijamy się razem z tymi naszymi ogrodami, poznajemy je z każdym rokiem ogrodowania coraz lepiej, wiemy dlaczego posadzone w nich ksiażkowo  rośliny nie chcą rosnąć, dlaczego inne mimo tego że nie miały prawa się udać  wyglądają jak okazy na wystawie ogrodniczej. Wiemy co naszemu ogrodowi pasuje a czego zdecydowanie nie zdzierży. No tak, po prostu z czasem dochodzimy do tego co u zarania  naszego ogrodowania wydawało nam się niemożliwie do zaakceptowania - to nie my tworzymy tak naprawdę ogród, to ogród  tworzy się sam przy naszej   pomocy. Kształtowanie natury prędzej czy później kończy się albo totalną dewastacją onej albo naszą rezygnacją ze zbyt daleko idących  ingerencji. W ogrodach widać to bardzo wyraźnie, chyba wyraźniej widzieć się nie da. Choćbyśmy na głowie stawali niektóre  rośliny po prostu będą wypadać, splot wielu czynników tworzących mikroklimat ogrodu to  sprawca naszych porażek. No dobra, to stwórzmy w ogrodzie ten mikroklimat przychylny  lubianym przez nas roślinom - praca na lata, często na parę  pokoleń. Znaczy  akcja zróbmy ogród wnukom! Ogrodowanie z myślą o wnukach w  moim przypadku  odpada z braku wnuków.  No chciałabym się trochę  dojrzałym ogrodem nacieszyć a nie tylko myślą że ktoś tam kiedyś będzie się nim cieszył. Z uogólnień przechodząc do szczegółów -  irysy  przestały rosnąć w Alcatrazie a zaczęły na naszym mało  reprezentacyjnym podwórku, choć to Alcatraz miał cieszyć nasze oczy ich kwiatami. Do Alcatrazu zawitały paprocie i funkie a wyleciały z niego  na podwórko  róże,  przecież  nie będę przesypywać gleby z jednego końca  hacjendy na drugi, choć niby gleba to w większej części  jest z  tych na której różnorodne rośliny się udają. Trzeba było posadzić  drzewa niekoniecznie tam gdzie je wcześniej posadzić planowałam, to tylko jedne z nielicznych "nieoczekiwanych zmian miejsc" jakie miały miejsce w moim ogrodzie. Alcatraz skorygował sam moje plany, bezwzględne ogrodzisko. A podwórko jakie czasem bywa zdradzieckie!


A jak zaczynałam ogrodowanie  to niby doskonale wiedziałam gdzie co miało rosnąć. Sama  sobie to obmyślilam i to nie  "po  glupiemu", tylko należycie, z książczynami w ręku, żeby mądrości ogrodowe w realu zastosować. No i co?  No i pstro! W  książkach nie pisało że ogród trzeba obserwować, przetestować i zagwarantować sobie czas na to obserwowanie jego rozwoju i wyciąganie z tego wniosków. Posadź tak i tak, a na pewno się uda a jak się nie udało to zrobiłeś błąd. Posadź drugi raz, o cholera znowu się nie udało, błądzisz dalej. Posadź trzeci raz, tym razem ma być tak zgodnie z literaturą ogrodniczą że ważyć będziesz kompost i inne końskie nawozy, drenażyk przynosić z jakichś miejsc dalekich, pielić będziesz narządkiem ciężkodostawalnym, które korzonków rarytetowi grymaśnemu nie uszkodzi. Sruuuu! Cud roślinka  wypada po raz trzeci. Ogrodniczce coś tam zaczyna świtać że ona proponuje  swojemu ogródkowi roślinkę a on ją albo polubi albo  nie. To jak z zaproszeniem do tańca, mogą sobie deptać po różnych rzeczach, odmawiać tańczenia albo ochoczo wykonać tango z  figurami. Zapoznajesz roślinę i ogród ze sobą, jak swatka stwarzasz jakieś tam  warunki do udanego ptigrilli i czekasz czy coś z tego będzie. Książkowe mądrości są przydatne  bo dobrze jak parka ma  zapewniony start w przyszłe  życie ale rozwody  robią się czasem z tzw. pierdół, które się nawarstwiają, a przecież najdzielniejsza i najbardziej  "obczytana"  ogrodniczka nie wie wszystkiego ( bo w książkach to takie ogólności są  a tu mamy konkretna parkę - tę roślinę i ten ogród ).  Potem masz nagłe olśnienie że w wypadku ogrodu ta konkretność wynika z tego że to nie tylko gleba, klimacik, nawodnienie, to coś bardziej skomplikowanego. W ogrodzie zachodzą nieustannie  jakieś zmiany, wczorajszy ogród a dzisiejszy to czasem zupełnie różne warunki - o rany, To  żyje!  Pracujesz na żywym materiale i  nie chodzi  tylko  o rośliny.  "Z żywymi  to same kłopoty" - jak mawiał pewien właściciel zakładu  pogrzebowego, stąd pewnie  w człowieku rodzi się w stosunku do ogrodu pasja. Czasem jest to pasja szewska!  Ciągłe próbowanie i dopasowywanie, tak wygląda w praktyce obsadzanie ogrodu.

Jak już swój ogród człowieku poznałeś, wiesz co możesz z nim zrobić a czego wredny bydlak na pewno  nie zaakceptuje, przysiadasz na czterech literach i przestajesz się ekscytować. Wszystkiego co bym chciała  Alcatrazowi czy podwórku nie wcisnę, ale jak się bardzo postaram to może dojdziemy w paru sprawach do porozumienia. Układ partnerski niby bo Alcatraz  jakby szalejąca natura ale ja zawsze mogę się wkurzyć i zrobić z niego parking, he, he. Akceptuję, kocham w nim pracować ( mimo okresowych tąpnięć w drugiej części sezonu ), uwielbiam snuć  plany z nim w roli głównej ale jego sprawy nie angażują mnie już tak silnie jak  kiedyś. Dojrzeliśmy. Nie ma załamki  że przeżynam z chwastami, że ogródek bezczelnie hołubi osty, że sprawia wrażenie złośliwca pozwalającego wschodzić  siewkom paskudnych jesionków. Przykro mi czasem jak odrzuca roślinę, którą miałam nadzieję widzieć na rabacie, no ale trudno - nie będę  mu  niczego narzucać na siłę. Taka roślina i tak by źle  wyglądała, niedopasowanie  wyłazi z czasem. Zdarza się niekiedy że próbuję w wypadku takiego  odrzucenia podjąć drugą próbę, ale już coraz rzadziej -  Alcatraz  najczęściej nie zmienia opinii o roślinie ( podwórko jest bardziej skłonne do współpracy ). O rany,  teraz całe to wyczuwanie ogrodu, poznawanie jego charakteru, wszystkie unoszące człowieka uprawowe sukcesy i  dołujące uprawowe porażki - wszystko  to przed Sylwikiem! Lata uważnego ogrodowania, ciężka fizyczna robota ( a Sylwik drobniutki ), szlachetna sztuka rezygnacji nieraz ocierająca się o ascezę, niełatwy do zaakceptowania charakter żywego ogrodu ( z wiatrem, wysokimi  wodami gruntowymi i ziemią której żyzność  może być przekleństwem ). Wow, przez jakiś czas to życie z ogrodem w roli głównej. Na szczęście latka lecą a czas sprawia że  akceptująco pogodniejemy. Za jakiś czas Sylwikowy ogród będzie oswojony, a  Sylwik na pytanie co tam u niej w ogrodzie nowego spoko stwierdzi że ogród zarasta, czasem nawet tym czym Sylwik chce żeby zarastał.


Ozdóbstwami tego wpisu są prace Edwarda  Juliusa  Detmolda. To mało znany w Polsce artysta, ilustrator ksiażek dla dzieci. Szkoda wielka bo  ilustracje do powieści Kipplinga "Księga dżungli", które wykonał wraz z bratem bliźniakiem Charlesem Mauricem do wydana  z 1908 roku są świetne, jak dla mnie najlepsze ilustracje tej "książki  dzieciństwa". Trochę uroku akwarel  Detmolda niech spłynie na te moje przydługie rozważania o dojrzewaniu  ogrodu i człowieka.