czwartek, 11 sierpnia 2016
Bath - spacerkiem po mieście
Parę lat temu bawiąc z wizytacją w Albionie udałyśmy się z Mamelonem do wód, bardzo dosłownie do wód, czyli wylądowałyśmy w Bath. Kurort z tradycjami co się zowie, już starożytni Rzymianie tralala... i to dosłownie bo Bath to nic innego tylko rzymskie kąpielisko Aqua Sulis. Rzymianie rzeczywiście zainwestowali w infrastrukturę czyli wybudowali łaźnie z okolicznościową świątynią, kiedy tylko zorientowali się że łaźnie będą tanie w utrzymaniu bo wody do tepidarium i caldarium nie trzeba podgrzewać. Celtycką boginię Sulis zamienili na rzymską Minerwę, autochtonów którzy do tej pory korzystali z ciepłych źródeł w warunkach dzikiej natury postanowili uraczyć basenami w najlepszym stylu "prosto ze stolicy Imperium" i stworzyli chyba najbardziej znaną, oprócz Muru Hadriana rzecz jasna, pamiątkę swego pobytu na Wyspach Brytyjskich.
Wody geotermalne, rzeka Avon i bliskość wybrzeża, wielowiekowa tradycja - idealne miejsce na wypoczynek, nie ma się zatem co dziwić że Anglicy od wieków pielgrzymowali do Bath. Niby w celach prozdrowotnych ( to jedyne źródła geotermalne w Anglii ) ale cele prozdrowotne w spętanych swoistymi konwenansami epokach minionych, były często tylko pretekstem do udania się w miejsca gdzie życie płynęło dzięki przybyszom z różnych stron królestwa, znacznie żwawszym nurtem niż miało to miejsce w wiejskich dworach czy nawet zamkach. Dlaczego dworach a nie w domkach, chatkach czy tam innych miejscach w których mieszkali mniej zamożni obywatele królestwa. Ha, na wakacje dla poratowania zdrowia w dawnej Anglii to mało kogo było stać, tylko ludzie posiadający jakiś tam majątek, stały dochód na poziomie umożliwiającym utrzymanie paru dorosłych, niepracujących osób, mogli sobie bytować w Bath. Opowieści o biednych pastorach z Bath odczytujemy dziś często przez pryzmat biedy trzecioświatowej a to była zupełnie innego rodzaju bieda ( choć też paskudna ).
Bath jak każde miasto przeżywało wzloty i upadki. Po wyprowadzce Rzymian z wysp, podupadło jak niemal wszystko, potem zaczęło się mozolnie dźwigać, szczęśliwie założono w nim opactwo, więc nie zniknęło z mapy. Bath Abbey powstało coś tak koło 675 roku, ponoć na miejscu dawnej pogańskiej świątyni. Musiało być ważnym ośrodkiem kultu skoro odbyła się w nim królewska koronacja ( w roku 973 Edgar został ukoronowany jako King of the English ). W XI wieku świetność opactwa była tak wielka że rozpoczęto budowę katedry. Niestety budynek został przez historię potraktowany dość okrutnie ( zniszczał w XV wieku, niby miał być odbudowany ale kiepsko to szło ), po awanturach religijnych Henryka VIII opactwo zakończyło życie jako monastyczna wspólnota, katedra nie była już do niczego potrzebna i dopiero córka Henryka, Elżbieta I podjęła jakieś działania w celu odbudowy ( dobra królowa Bess w ogóle miło zapisała się w historii miasta - nadała mu w 1590 roku status city ). Obecnie stojący budynek to resztki historyczne i neogotyk angielski, zresztą bardzo miły dla oka. Warto się pogapić bo jest w sumie dość nietypowy. Wpisuje się pięknie w kamienne miasto, bo żółtawy kamień z Bathampton i Combe Dawn to główny budulec miasta.
W końcu XVI i w XVII wieku Bath zaczęło zyskiwać na znaczeniu jako miejsce lecznicze, ale swoją drugą młodość przeżyło jednak dopiero wraz z zasięściem na tronie brytyjskim importu z Hanoweru, to w epoce georgiańskiej ( nazwanej tak od czterech królów Dżordżów miłościwie panujących nad Great Britain ) powstało miasto które staje przed oczami czytelników prozy Jane Austen. Nie można jednak odmówić niezbyt mądrej królowej Annie Stuart ( panującej na chwilkę przed pierwszym Dżordżem ) pewnych zasług dla miasta. Nie było wielkiej rozbudowy za czasów jej panowania, ale to właśnie wtedy Bath stało się modne. Ponowne chwile chwały zaczęły się od pięknoducha, birbanta i w ogóle letkiewicza - pana Richarda Nash'a zwanego Beau. Znacie angielskie pojęcie dandy, no, to był dandy stuprocentowy - wzorzec gatunku ( choć samo pojecie dandy narodziło się nieco później , w czasach kolejnego beau, czyli Beau Brumell'a ). Facet wymyślił sobie genialne zajęcie, został Mistrzem Ceremonii. Nie miało to nic wspólnego z urzędem powstałym za czasów Jakuba I Stuarta. Fucha mistrza to była początkowo sprawa zupełnie "na dziko", nie jestem nawet pewna czy on się sam na nią nie powołał. Co robił taki Mistrz Ceremonii w kurorcie? Mistrz Ceremonii odprawiał ceremonie, dość durne, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Dla współczesnych Beau Nash'a , pochodzących jak i on z "lepszych sfer", życie w kurorcie bez przewodnika który tworzył warunki towarzyskiej egzystencji byłoby trudne. No człowiek nie wiedziałby co wypada zrobić jak Iksińska sunęła z srebrnym kubeczkiem po te wody lecznicze ( bo w Bath nie tylko się pławiono w wodzie lecz też ją w celach leczniczych pijano ) - dygnąć, udać że się nie widzi, konwersację z pomocą wspólnego znajomego zacząć ). Beau rozwiązywał takie problemy, elegancko i z wdziękiem, jak to Beau. Stworzył swoisty kodeks zachowań, nieco poluzował gorset etykiety i z lekka otworzył klasowe szufladki, tak lubiane przez społeczeństwo brytyjskie - w końcu odpoczynek u wód wymagał większego luzu. Rok 1704 to złoty rok w historii miasta, Beau został Mistrzem Ceremonii, nieważne czy z samopowołania czy ktoś mu ten urząd przyznał, został i Bath złapało falę która wyniosła je wysoko - nie dość że pierwszy kurort królestwa, to jeszcze miejsce gdzie podobnie jak w Londynie uprawiano politykę przez duże P. Nieoficjalnie i czasem hym... tego... buduarowo - sypialniane, ale życie polityczne w tej w sumie małej mieścinie osiągało niezwykłą temperaturę. Bardzo ważne dla historii Wielkiej Brytanii ustawy w Bath przepychano, w parlamencie w Londynie potem je tylko przyklepywano.
Jak pisałam prawie cały wiek XVIII, epoka georgiańska to dla Bath czas budowy. Słynne miodowe wapienie, tzw. Bath Stone i wszechobecna klasycystyczna architektura sprawiły że urbanistycznie miasto wydaje się niesamowicie wręcz jednorodne. To takie miasto które zwiedza się nie tyle z powodu poszczególnych zabytków ale z powodu całego miasta, jego urody wpisanej w łagodne wzgórza wschodniego Somerset. Nawet krótka przebieżka po nim uświadomi człowiekowi dlaczego znalazło się na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Bath oberwało podczas ostatniej wojny, mało osób zdaje sobie sprawę że leżące w zachodniej Anglii miasto mogło być bombardowane, a było i to solidnie. 25 - 27 kwiecień 1942 to dla Bath czarne daty, ponad 19 tysięcy budynków zostało uszkodzonych, niektóre z nich całkowicie zniszczone, wypalone, 400 osób zginęło. To był odwet za naloty na Lubekę i Rostock. Teraz właściwie już po tych wojennych ranach na Royal Crescent ( to taka uliczka w kształcie półksiężyca z domami które są ustawione w zakrzywionej linii - nr. 3 do zwiedzania po rzymskich łaźniach ), Circus ( plac z domami postawionymi tak by tworzyły okręg - nr 2 na liście zwiedzaczy ), Paragon ( długa wijąca się ulica z domami "wijącymi" się wraz z nią ) nie ma śladu. I dobrze bo te wszystkie miejsca zaprojektowane przez Thomasa Warr Attwood'a, postać bynajmniej nie świetlaną, to światełko najczystsze, blask palladiańskich koncepcji architektoniczno - urbanistycznych, świecący w Anglii w XVIII wieku. Koniecznie do oblookania ( jak nie żywcem to choć przez neta ), bo ta koncepcja broni się jeszcze dzisiaj, mimo tych cholernych samochodów pędzących po mieście.
Nad ścisłym miastem na wzgórzach dla oglądaczy ogrodów perełka czyli Prior Park Landscape Garden, jeden z tych ogrodów od których zaczęło się tak naprawdę angielskie ogrodnictwo krajobrazowe. Dzieło wspólne angielskiego poety o wyjątkowo ciężkim charakterze i lekkim piórze czyli Aleksandra Pope'a i ogrodnika Capability'ego Browna. Pierwszy teoretyzował i narzekał na sztuczności ogrodowe typu strzyżone bukszpany czy inne cisy ( tfu, to wcale nie wynalazek holenderski, to jest coś znacznie bardziej dla Anglii niebezpiecznego - francuszczyzna! ) drugi po prostu tworzył. Ogrody piękne i wpisane w naturę - gładkie sukno falującej trawy, pośród której stały stare domostwa jak i nowe domy, wzniesione w nowym klasycystycznym stylu , rozproszone kępy drzew, pasy lasków, stawy, które miały przypominać jeziora w tafli których przeglądają się ściany domu, serpentyny strumyków utworzonych przez sprytne spiętrzenie rzeczek. Niby nie natura a jednak natura. Capability uchodził za najlepszego ogrodnika Anglii, choć my nazwalibyśmy go raczej architektem krajobrazu ( ogrodnik to tak się bardziej kojarzy z facetem od marchewki i buraczków ). O dziwo po śmierci został szybciutko zapomniany. Anglikom coś było za spokojnie w jego ogrodach.
To tak króciutko o Bath, miasta spacerkiem niespiesznym przechodzonego. Turystów oczywiście w bród, choć nie jest tak tłoczno jak w Pradze. Samochody za to są dobijające.
Teraz kolejny komunikat o kotach - Jupi oczekuje na to by kogoś adoptować Niezależna Jupi już może startować na podbój świata , lepiej się pospieszyć bo kocina już kombinuje jak by się tu zaląc na tymczasie ( bestia znaczy z tych bardzo inteligentnych ) a u Gosi, za jej drzwiami Białaczkowa ruletka . Tytuł niby okropny ale wieści dobre - tam na tymczasie oczekują zdrowe i zdrowiejące kotowskie, wszystkie pikne co cud! A mnie właśnie włazi na klawiaturę Szpagetka, chyba wyczuwa że piszę o innych kotach, he, he.
wtorek, 9 sierpnia 2016
Dlaczego warto w domu zapuścić kota
Jak wiecie szukamy miejsca dla kotów nieco bardziej wymagających ( bez przesady z tym uważaniem, po prostu trzeba je normalnie traktować, jak członków rodziny albo przyjaciół ). W związku z tym mój dzisiejszy post będzie poświęcony kotom i płynącym z mieszkania z nimi korzyściom. Jak powszechnie wiadomo pies to okazuje uczucia a kot to nie, bezuczuciowy jest. Pojęcie powszechnie nie jest tożsame z prawdziwe czy też mądre, częściej z pojęciem powszechny kojarzy się głupotę ( jak często słychać o powszechnej mądrości? ) lub kłamstwo czy hipokryzję ( taaa, powszechna prawda też jakoś słabo w języku polskim funkcjonuje ). Nie należy zatem sugerować się powszechną wiedzą na kocie tematy, no bo ona jest hym... tego... powszechna.
Warto zastanowić się nad tym co naprawdę Wiemy o kotach. Wiemy że nie żyją w zhierarchizowanych stadach, że struktura społeczna kociej gromady nijak się ma do struktury stada ludzkiego. Więc jak to się stało że drogi kocie i ludzkie się skrzyżowały i że kot został stworzeniem domowym, wplecionym jak ten wątek w osnowę ludzkiego bytowania. Jak zwierzak tak od nas różny stał nam się tak bliskim? Odpowiedź prosta jak drut - kot jest inteligentny do tego stopnia że czasem sprawia wrażenie inteligentniejszego od nas. Nie mam tu na myśli tzw. inteligencji poznawczej, tej na wysokim C wymagającej logicznego wywodzenia jednych pojęć z innych pojęć, ale umiejętność przeżycia i rozwijania się gatunku w środowisku tak niebezpiecznym jak ludzkie społeczeństwo. Tak, tak, to co stworzyliśmy zwierzętom to horror, z którego dopiero od niedawna zaczynamy sobie zdawać sprawę. Kot nie dał się uprzedmiotowić, w związku z tym obrywał od losu w okrutny sposób, ale powolutku i wytrwale, mimo tylu różnic w sposobie funkcjonowania społecznego kotów i ludzi, zdobywa sobie miejsce pieszczocha, pupila domowego. Nie łowi już często gryzoni, nie toleruje się go w obejściu bo łowny i nie pozwoli myszom i szczurom obeżreć nas do cna, kot coraz powszechniej "wchodzi na salony" czyli jest zapraszany do domu, pokoje i kanapy stają się coraz częściej habitatem kociego gatunku. Może to dlatego że nie wymaga od nas nieustannego zainteresowania, sam nami interesuje się w sposób kulturalnie nienarzucający się ( hym...przeważnie ) stał się dla współczesnych ludzi z Europy, Ameryki Północnej czy wysoko rozwiniętych krajów Azji ( i nie mam tu na myśli Chin ) kimś w rodzaju towarzysza idealnego.
Uciekamy po pracy w korporacjach, szkołach, fabrykach i innych usługach w świat indywidualny, w którym tolerujemy dość łatwe do zerwania więzi netowe, ale pragniemy zaistnieć w nim niejako część struktury czegoś narzuconego tylko taki sobie luźny elektron, byt samoistny, którego w ludzkie stadko wpisuje jedynie uczucie dla rodziny. I w tym miejscu czeka na nas kot - członek rodziny z wyboru, strażnik własnej indywidualności, którą to indywidualność my często zmuszani jesteśmy odwieszać, bo w końcu z czegoś trzeba żyć. Wracając w domowe pielesze zawsze możemy się na kota pogapić i pomyśleć że tak samo jak i on jesteśmy nie tylko trybikiem w maszynie, czy ulec, jak wielu uważa złudzeniu, że nie jesteśmy jedynie nosicielem wiecznie ewoluujących genów, ale kimś odrębnym, sobą. Oczywiście radośnie stadnie myślimy o sobie że jesteśmy strasznie zróżnicowani, znaczy każdy z nas myśli że jaki to jest inny - nie lubimy sobie uświadamiać naszej stadności. Kot jest odpowiedzią Opatrzności na nasze tęsknoty za byciem sobą, byciem kimś wolnym, spływa z niego na nas ta cała otoczka rozbuchanego indywidualizmu.
Kici, kici a on nie przychodzi, mamy pilne zajęcie a on włazi na klawiaturę, blat stołu, rozłożone papiery - jest sobą i za nic ma wszystko inne poza tym że to jest właśnie czas, który wyznaczył nam na pieszczoty. Ubieramy więc jego zachowania w nasze własne pragnienia bycia Easy Rider, i jakoś tak bardziej przy kocie czujemy się Kimś. Kot jest Kimś i my mieszkamy z Kimś czyli wiadomo, też jesteśmy Kimś. I od razu nam lepiej, mniej depresyjnie i łatwiej możemy znieść gderliwego szefa, nieuprzejmą klientkę czy kolejne szkolenie BHP albo imprezę integracyjną w pracy. Bez kota byłoby znacznie trudniej znosić codzienność! A o stresach okazjonalnych straszliwych to nawet za dużo nie napiszę, wiedzcie jednak że kot to żywy opatrunek na rany duszy - on się liczy a my się dla niego liczymy, balsam!
Dlatego po rozważeniu niezbędnej roli kota w utrzymaniu kruchego zdrowia psychicznego współczesnego ludzia rozważcie Wy, biedni bezkotni jeszcze, czy to już nie czas na zapuszczenie sobie kota w domu żeby nie dostać kota.
Szukamy Człowieka Wielkiego Czynu! - koty czekają żeby Was wesprzeć i zadbać o Wasze samopoczucie. Te są wyjątkowe, możecie je rozpieszczać jeszcze bardziej niż koty nie mające alibi na rozpieszczanie w postaci nosicielstwa. Rozpieszczony kot uświadomi wam że i Wy jesteście godni rozpieszczania. Weź kota i poczuj że jesteś Kimś!
U Psa w Swetrze Nowa Lokatorka może jeszcze zechce łaskawie rozważyć czy nadajecie się na opiekunów prawdziwej Gwiazdy. Zawsze to miło być blisko kogoś tak ważnego jak Gwiazda!
Dzisiejszy wpis ozdabiają prace artysty nazywającego się Louis Wain, artysta dostał kota na punkcie kotów ( podobno cierpiał na syndrom Aspergera ). H.G. Welles stwierdził kiedyś że " English cats that do not look and live like Louis Wain cats are ashamed of themselves." - co można przetłumaczyć "Koty angielskie które nie wyglądają i nie żyją tak jak koty Louisa Waina powinny się wstydzić"
sobota, 6 sierpnia 2016
Gotyk strzelisty + o katordze turystycznej w Pradze
Zaczynam od tego że przepraszam za jakość zdjęć. Moja małpka powoli zaczyna odmawiać posłuszeństwa, chyba jej żywot dobiega końca. Pretensji mieć nie mogę, służyła mi wiernie przez sześć lat. W zasadzie to jest już aparat emeryt, należy się cieszyć że matryca jeszcze jakoś tam funkcjonuje. Ta stetryczałość aparatu + moje nędzne opanowanie arkanów sztuki fotograficznej dały taki a nie inny efekt. Ogniskowa, kiepskie umiejętności i jeszcze parę innych rzeczy sprawiły że gotycka katedra św. Wita wręcz fruwa. To się nazywa gotyk wystrzelisty, he, he! Słabo bo słabo ale coś na moich fotach jednak widać, mam nadzieję że i Wy dopatrzycie się urody gotyckiego budowania. Przepraszam też za straszną rozwlekłość postu i skakanie takie trochę od Sasa do Lasa, pisanie o rzeczach wiekowych łatwe nie jest. Dobra, dosyć tego kajania się, przystępuję do rzeczy.
Tak naprawdę to jest to archikatedra pod wezwaniem trzech świętych - "Katedrála svatého Víta, Václava a Vojtěcha" jak to nazywają Czesi. Jest dla nich tym czym dla Polaków katedra na Wawelu - świątynią narodową. Na hradczańskim wzgórzu w czasach przedchrześcijańskich prawdopodobnie istniał chram poświęcony Świętowitowi ( nie mylić ze św. Witem ) i to na miejscu tego "wrażego" dla chrześcijaństwa obiektu książę Wacław z dynastii Przemyślidów, późniejszy święty Kościoła Katolickiego, wzniósł w roku 925 pierwszy kościół. Przechowywano w nim ramię św. Wita, cenną relikwię, którą Wacławowi podarował Henryk I Bawarski. Św. Wit był synem senatora rzymskiego, który za swoją wiarę został w następującej kolejności: ugotowany we wrzącym ołowiu, rzucony na pożarcie dzikim zwierzętom i rozciągany na katowni. Tajemnicą wiary zostaje co dostały po tym gotowaniu w metalu do pożarcia te dzikie bestie i co jeszcze można było rozciągnąć w katowni oraz jak przy takim potraktowaniu św. Wita ostało się święte ramię. Cud jakowyś?! No średniowiecze nie takie rzeczy widziało, dość okrutna jak przystało na średniowieczne standardy dynastia Przemyślidów wydała z siebie paru świętych, co też zakrawa na cud. Św. Wacław skończył żywot ubity przez siepaczy swojego brata Bolesława, zwanego Okrutnym. Jego babka św. Ludmiła została uduszona chustą z polecenia synowej ( jest świętą od kłopotów z teściami, he, he ). Najprawdopodobniej z czeskim rodem panującym spokrewniony był św. Wojciech ( ze strony matki, Strzeżysławy ). Za swego życia cała ta święta trójka nie cieszyła się zbytnią sympatią Czechów, ale po śmierci ich szczątki jako cenne dewocjonalia były mocno hołubione ( w roku 1039 w katedrze praskiej złożone zostały relikwie św. Wojciecha złupione z Gniezna przez księcia Brzetysława I ).
W roku 1085 w katedrze na Hradczanach odbyła się pierwsza koronacja królewska - Wratysław II nałożył na głowę koronę. Świątynia nie była już wówczas wczesnoromańską rotundą tylko trójnawową bazyliką, bardziej odpowiadającą roli miejsca spoczynku świętych i królewskich koronacji. Tak sobie trwała w tym kształcie przez niemal dwa stulecia, dopiero w roku 1344, wraz z otrzymaniem przez praskie biskupstwo godności arcybiskupstwa, pod niebo wystrzeliła ostrołukowymi sklepieniami gotycka katedra. I to tak w wielkim stylu! Hradczańska archikatedra to ta sama liga co gotyckie katedry w Chartres, Canterbury, Koloni. Budowana przez stulecia z zachowaniem stylu gotyckiego, jako dominującego (spore jej fragmenty to tzw. neogotyk, jak spore o tym poniżej ), zaprojektowana przez jednego z najwybitniejszych architektów średniowiecza. No po prostu czuć że wzniesiona w czasie kiedy Praga była cesarską stolicą. Przyznam że odczuwam pewne kompleksy i zazdrość mnie zżera o to że Czesi mają tak piękną gotycką katedrę królewską, nasza katedra na Wawelu też co prawda piękna ale nie w ten w miarę jednorodny, gotycki sposób ( dlaczego tak jest napiszę później ). Świetne fragmenty w postaci renesansowych kaplic niestety nie są mi w stanie tego faktu przesłonić. Nie znaczy że przy katedrze na Hradczanach nie ma doklejonego budynków w innym stylu, ale dominujący jest jednak ten niebowzniosły gotyk. No cóż, w połowie XIV wieku rozbudowano katedrę na Wawelu ale dla Kazimierza Wielkiego istotniejsza wydawała się ( słusznie zresztą ) kwestia zbudowania ufortyfikowanych zamków i wznoszenie murów miejskich na terenie królestwa niż solidniejsze zajęcie się katedrą wawelską. No inne priorytety były. Czechy, a konkretnie Praga przeżywały swój Złoty Wiek, Karol IV wyżywał się "w mecenacie", a Kazimierz wznosił mozolnie podwaliny pod potęgę, jaką w XV i XVI wieku miała stać się Polska. No i Kazimierz nie miał do dyspozycji na czas nieokreślony Parlerów. A tak w ogóle bez wspomnienia o Parlerach nie sposób przekazać dlaczego katedra na Hradczanach jest tym czym jest - jedną z najpiękniejszych gotyckich katedr.
Ród Parlerów wywodził się ze Schwäbisch Gmünd, miejscowości położonej dzisiaj w Badeni - Wirtembergii. Nazwisko dała im praca, utworzono je bowiem od nazwy zawodu - "parlier" w staroniemieckim oznaczało majstra budowlanego. Co ciekawe nazwiska rodowego nie używali wszyscy "budujący" członkowie rodziny, ale wszyscy posługiwali się tym samym znakiem kamieniarskim. Ród był to potężny, Parlerowie budowali w Pradze, Fryburgu, Bazylei, Strasburgu, Norymberdze, Ulm, Wiedniu i w Mediolanie. Wznosili katedry, kościoły, mosty. Podejrzenia są że przyłożyli rękę do rozbudowy ratusza w Krakowie ( z gotyckości to się jedynie wieża z niego ostała ). Gotycką katedrę na Hradczanach zawdzięczamy Peterowi Parlerowi, bodaj najwybitniejszemu przedstawicielowi rodu ( jemu też prażanie zawdzięczają Most Karola, wyrosły na miejscu wcześniejszego Mostu Judyty ). Można sobie wyobrazić jak ważną postacią w historii czeskiej architektury był Peter Parler kiedy prześledzi się co pobudował. Jednak trzeba oddać sprawiedliwość niejakiemu Mateuszowi z Arras - to on był pierwszym budowniczym katedry, dopiero po jego śmierci w 1352 roku, Peter Parler przejął budowę, którą realizował w dużej mierze wg. planów swojego poprzednika. Szczerze pisząc szwendając się po katedrze z wysoko zadartą głową i oczami wlepionymi w słynne sieciowe sklepienie, ani Mateuszowi z Arras ani rodowi Parlerów ( po śmierci Petera katedrę rozbudowywali jego synowie ) nie poświęciłam nawet jednej myśli. Okrutne ale prawdziwe, bezczelnie i ahistorycznie cieszyłam się urodą pięknego gotyckiego wnętrza, błogosławiąc w duchu tzw. porę obiadową czyli czas w którym zorganizowane grupy turystów porzuciły katedrę na rzecz knedlików czy tam innej pizzzy.
Katedralne wnętrze piękne i ućkane zabytkami nie tylko gotyckimi, w końcu katedra to świątynia grzebalna świętych, królów czeskich i cesarzy. Dla miłośnika sztuki baroku a i miłośnika secesji coś się znajdzie. Ludziska drepczą do srebrzystego mauzoleum świętego Jana Nepomucena, podziwiają baldachim i fruwające anioły, metal szlachetny przyciąga tłumy, he, he. Mauzoleum Habsburgów, miejsce gdzie spoczywa divina favente clementia electus Romanorum Imperator, semper Augustus, Germaniae rex w liczbie sztuk dwóch - znaczy cesarz Ferdynand I i Cesarz Maksymilian II i żona Ferdynanda, a matka Maksymiliana - Anna Jagiellonka, wnuczka Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki ( zasłużonej, piętnaścioro potomstwa powiła, po babuni miała takie zdolności ) - nie jest tak oblegane. Biały marmur nie błyszczy, więc piękne późno renesansowe rzeźby cesarzy nie przyciągają tak uwagi jak rozbuchana forma rokokowego mauzoleum. Ma to tę dobrą stronę że mauzoleum Habsburgów można spokojnie obejrzeć. Równie spokojnie można obejrzeć tzw. witraż Muchy, artysty którego raczej kojarzy się z plakatami z przełomu wieków. Może nie jest to dzieło tej klasy co witraże Wyspiańskiego czy fryburski witraż Mehoffera ale wielbiciele stylu mistrza Alfonsa będą zachwyceni.
Mnie oczywiście najbardziej ciągnęło do "prawdziwego gotyku", więc wgapiałam się w słynne Oratorium Królewskie wykonane w czasach Władysława Jagiellończyka i usiłowałam wypatrzeć jeszcze bardziej słynne popiersia umieszczone w triforium, co nie jest łatwą sprawą. Triforium to takie trójdzielne okno, bardzo popularne w architekturze romańskiej i gotyckiej, a nawet wczesnorenesansowej, jednak w tym wypadku chodzi o drugie znaczenie tej nazwy. Triforium to jest też galeryjka biegnąca wewnątrz budynku, ma grubość muru ( nie wystaje jak antresola, czyli coś co w architekturze gotyckiej określa się jako emporę ). Oczywiście galeryjka jest na wysokościach, dla takiej żaby jak ja niebotycznych, więc wypatrywanie jest w zasadzie beznadziejne ( rzeźby są tak umieszczone że najlepiej byłoby podziwiać je łażąc po triforium ). Żałuję bardzo że nie dojrzałam tych popiersi, bo są sztandarowym przykładem stylu Parlerów i na swój sposób są unikatowe. To takie o ponad sto pięćdziesiąt lat wcześniejsze głowy wawelskie. O ile jednak wawelskie łebki z Sali Poselskiej są przedstawieniami pewnych typów, to popiersia z praskiej katedry są portretami konkretnych osób. Można sobie obejrzeć podobizny członków dynastii Luksemburskiej ale można zobaczyć też budowniczych katedry, choćby Petera Parlera czy Mateusza z Arras. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Nie udało się z wgapianiem w triforium ( z wielkim chórem nad prezbiterium też ) to się skupiłam na kaplicy świętego Wacława. Szczęśliwie zaliczeniowi turyści nadal chlali knedliki więc był spokój. No i jak już użyłam określenia zaliczeniowi to sobie ulżę.
Katedra św. Wita niestety padła ofiarą swej urody, turyści oblegają ją masowo i to są najczęściej tzw. turyści masowi. Nie piszę tak dlatego że zadzieram nosa bo jaka to ja elitarna, wyrafinowana i w ogóle, piszę narzekająco bo stwierdziłam naocznie że ludziska w doopie mają tę urodę, z powodu niby której zadeptują niemal ten budynek. Gdzie te wgapiania się niespieszne w pinakle, wimpergi, gdzie podziwiania przejrzystości tak doskonałej konstrukcji, gdzie zachwyt nad innowacyjnym sklepieniem sieciowym? Nie trzeba wiedzieć że pinakle czy też fiale to wieżyczki zdobiące inne wieżyczki, że wimperga to ten trójkącik nad szczytem ostrołukowego okna czy portalu, nie trzeba wzroku doskonałego i pamięci słonia żeby zauważyć że sklepienie sieciowe różni się od prostego sklepienia krzyżowo - żebrowego. Naprawdę nie trzeba! Jedyne co przy zwiedzaniu jest potrzebne to wysilenie się i zwrócenie uwagi na budynek. Taaa, wysilać się na urlopie na jakieś wpatrywania w stare budownictwo , kretynka - trzeba kijek do selfie całościowego przygotować i cyknąć się na tle. Też wysiłek! W zwiedzaniu najważniejsze jest jak się ustawić z kijkiem. W kijki zaopatrzeni są niemal wszyscy ( widziałyśmy różne okazy z tymi kijkami, przy co niektórych Mamelon z jawną satysfakcją stwierdzała "My nie mamy kijka" ), głównie wdziącznie przeginające się dziewczęta i napinający się młodzieńcy, ale i wycieczki starszych Chińczyków ( przy wycieczkach kijki jeszcze rozumiem, zdjątka grupowe są cykane pamiątkowo ) i niedoinwestowani w jakiś sposób przedstawiciele mojego pokolenia ( znaczy tacy powyżej czterdziestki ). Nie wiem dlaczego oni się tak z tymi kijkami męczą, przecież wystarczy ściągnąć fotę z neta, program zainstalować i już mamy siebie w Pradze. Pokolenie selfie to narcystyczni kretyni, zwiedzać cokolwiek w ich towarzystwie to katorga. Wypieprzałabym wszystkich z tymi ich kijkami z tzw. miejsc atrakcyjnych turystycznie. Porąbani fotomodele, na cholerę im katedra jak tylko lustra do szczęścia potrzebują?! Srajfon na kijku niepotrzebny, Srajbook czy Insragram można nakarmić fotoshopem ( bo większość srajbookowców i insragramowiczów ma głęboko gdzieś gdzie była Estella Mamuella i John McObsryphone, dyszą głównie chęcią zamieszczania własnych fotek w celu polepszenia sobie samopoczucia ). Wiem, zionę miłością do świata, ale mało jest tak wkurzających rzeczy jak ciągłe uważanie żeby nie napatoczyć się na jakiś kijek, w porę uskoczyć przed szukającym cud kadru kijkowcem, nie zostać potraktowanym kijkiem. No i to uświadomienie sobie że oto otaczają mnie wieprze, które zajęte promocją swojej wieprzowatości nie zauważają pereł, za to przeszkadzają innym. Nie lubię tłumu, a tłumu z kijkami to wręcz nienawidzę! Kijek im w ....!
Dobra, dość ulewania tej żółci! Lepiej zająć się katedrą. Jak zawieje Was kiedyś do Pragi, wleźcie albo wjedźcie na Hradczany ( da się, linia tramwajowa 22 dla tych których wykończają schody ) w porze mało turystycznej ( znaczy ranki i wieczory ) obejdźcie katedrę dookoła, z każdej strony jest ciekawa ale najpiękniejsza od strony południowej. Na fasadzie, tuż nad wejściem, umieszczono w latach 1370 - 71 mozaikę przedstawiającą scenę Sądu Ostatecznego. Cud , miód - gotycka perełka lśniąca złotą barwą, od tych lśnień ponoć nazwano to wejście do katedry Złotą Bramą, choć ja tę nazwę wiązałabym raczej z tym że było to wejście królewskie, tzn. podczas koronacji królewskich wchodził przez nie przyszły król a wychodził monarcha. Mozaika ( tło ) nie została wykonana z malutkich złotych płytek, nic z tych rzeczy - to szkło rodem z Wenecji, czasem nazywa się ją mozaiką wenecką ale to cudo układali sprowadzeni z Rawenny mistrzowie ( crème de la crème, śmietanka i w ogóle najwyższa półka, z tradycjami sięgającymi hen we wczesne średniowiecze ). Możemy pozazdraszczać, w Polsce nie mamy tej klasy dzieła z tych czasów ( no tak, Kazek Wielki wówczas kipnął a Ludwik Anjou dopiero mościł się na tronie, to nie był zdecydowanie czas na sprowadzanie mozaikarzy ). Niestety zdjątka Złotej Bramy Wam nie przedstawię, aparat w tym momencie wziął i odmówił posłuszeństwa ( ale łatwo wyszukacie je w necie ). Dobra, Złota Brama pikna ale ja najbardziej lubię oglądać budynek katedry od tyłu, czyli od strony wschodniej. W dzień wygląda pięknie, a w nocy wygląda wręcz zjawiskowo! Ściana południowa - zabytek wiekowy, szaconek i w ogóle, ale tyłeczek katedry to Architektura przez duże A. Gdyby pozbawić budynek wszystkich ozdóbstw, same "gołe" ściany by się obroniły ( choć przyznaję że pinakle są wisienką na torcie ). Zastanawiałam się skąd to wrażenie lekkości, wzlatania, no fruwający gotyk - ano, stąd że te przypory z łukami oporowymi są dość duże, tzn. widać że konstrukcja na nich się trzyma ( mam nieodparte skojarzenia z wyrzutnią rakietową, odrzucaną dopiero w momencie startu ).
No to teraz wyjaśnionko dlaczego katedra jest cud miód gotycka i jeno jedna wieża jej przykryta barokową czapeczką. Husyci, moi Mili, Husyci! W XV wieku Czesi mieli u siebie takie zawirowania religijne że budowanie katedry stanęło, imponderabilia były ważne a nie rozbudowa budynków ku chwale Bożej. No gotowało się u nich tak, że nawet u nas wykipiało ( twarz Czarnej Madonny z Częstochowy ma blizny pohusyckie ). Poza pracami podjętymi za czasów Władysława Jagiellończyka to architektonicznie nic się właściwie nie działo. Na swój kolejny "dobry czas" Czechy musiały poczekać aż do Rudolfa II. Rudolf owszem rodzinę należycie w katedrze zasarkofagował, ale wyżywał się fundacyjnie gdzie indziej. Poza tym jego stosunek do religii katolickiej ( i nie tylko do katolickiej ) był jak na katolickiego cesarza dziwny i to oględnie pisząc. Potem była wojna trzydziestoletnia, Biała Góra i dopiero w końcu XIX wieku, wraz z nową polityką Franza Josefa, który zaczął kumać że państwo może mu się rozpaść jeżeli wzrastający nacjonalizm nie znajdzie ujścia w kształcie federacji narodów pod miłościwie panującym cesarskim berłem, coś tam na Hradczanach drgnęło. Cesarskie przyzwolenie na zaspokojenie czeskich ambicji zostało wydane. Prawie wszystkie wielkie katedry gotyckie nie są tak do końca prawdziwie gotyckie. W XIX wieku rozbudowywano je namiętnie w stylu neogotyckim ( w końcu liczba ludności wzrosła wielokrotnie od czasów późnego średniowiecza więc istniała potrzeba rozbudowy , wiele katedralnych budów przerwano ze względu na tzw. okoliczności a w ostatnich trzydziestu XIX wieku wraz z postępem technologicznym i jako taką spokojną sytuacją polityczną w Europie pojawiła się możliwość dokończenia ich wg. pierwotnych planów, lub planów wzorowanych na starych, gotyckich ). Szczęśliwie się złożyło że około połowy XIX wieku zaczęto się interesować szerzej gotyckimi formami ( bardzo wczesny neogotyk to raczej trafiał w tzw. wysublimowane gusta arystokracji, dopiero potem został porządnie oswojony, przetrawiony i zaakceptowany ). Właściwa katedra gotycka na hradczańskim wzgórzu przed rokiem 1872 była znacznie mniejsza niż budynek, który oglądamy obecnie. Jednak świetne opanowanie stylów historycznych przez architektów XIX - wiecznych sprawiło że wydaje się nam że katedra w takim kształcie stała tam od czasów Karola IV. Owszem secesyjne grzybki, i tam zdziwnie podejrzane gotyckie elementy ozdóbstw ujęte w zbyt nowoczesną jak na czasy średniowiecza formę, jakiś zaplątany facet w garniturze zamiast w zbroi, ale żeby tak wszytko po całości, b u d y n e k?! A jednak to prawda - zachodnia strona na zdjątkach poniżej jest XIX - wieczna. Jak dla mnie to ta rozbudowa katedry jakoś jej urody nie zniszczyła, uczyniła ją za to monumentalną.
Ten wpis nie wyczerpuje całej historii tej budowli, historii zebranych w tym miejscu skarbów kultury, nic z tych rzeczy. To jest wpis zanęcający - do Pragi niedaleko, "kijkowcy" jadają obiady i inne posiłki, podróżuje się nie tylko latem, w wakacje czyli wtedy kiedy wysyp "kijkowców" uniemożliwa normalne zwiedzanie, zobaczyć duże miasto z kościołami, pałacami, kamienicami które nie widziały bomb zawsze warto. Katedrę mimo tego że oblegana i zadeptywana przez "kijkowców" polecam Waszym oczom. Dobrze jest podreptać i przebiegając wzrokiem wzdłuż strzelistych form popatrzeć nieco wyżej, tak trochę ponad nasze codzienne zwykle bytowanie. Może niekoniecznie zaraz metafizycznie, ale tak zwyczajnie oderwać się od życia naszego codziennego przyziemnego. Gotyk strzelisty dobrą rakietą nośną!
P.S. Nie na tematy gotycko - turystyczne ale bardzo ważne: do zakotowanych - potrzebny dom dla kotów Szukamy Człowieka Wielkiego Czynu! Pamiętajcie że z kocim FeLV+ jest jak z każdą "nową" chorobą wirusową czy bakteryjną, z czasem przebieg choroby nie jest tak dramatyczny , jak to przy jej "debiucie" było. Kiedyś dla kota ten wirus był to wyrok śmierci w ciągu paru miesięcy, dziś przy normalnym traktowaniu zwierzaczka to jest w sumie zwykłe kocie życie ( wielu ludzi nawet nie wie że ich koty są nosicielami tego wirusa ). Tym niemniej kotki będą wymagały większego doglądania, nie pieniąchów ( bo to się da załatwić ), tylko po prostu serducha dla nich.
W roku 1085 w katedrze na Hradczanach odbyła się pierwsza koronacja królewska - Wratysław II nałożył na głowę koronę. Świątynia nie była już wówczas wczesnoromańską rotundą tylko trójnawową bazyliką, bardziej odpowiadającą roli miejsca spoczynku świętych i królewskich koronacji. Tak sobie trwała w tym kształcie przez niemal dwa stulecia, dopiero w roku 1344, wraz z otrzymaniem przez praskie biskupstwo godności arcybiskupstwa, pod niebo wystrzeliła ostrołukowymi sklepieniami gotycka katedra. I to tak w wielkim stylu! Hradczańska archikatedra to ta sama liga co gotyckie katedry w Chartres, Canterbury, Koloni. Budowana przez stulecia z zachowaniem stylu gotyckiego, jako dominującego (spore jej fragmenty to tzw. neogotyk, jak spore o tym poniżej ), zaprojektowana przez jednego z najwybitniejszych architektów średniowiecza. No po prostu czuć że wzniesiona w czasie kiedy Praga była cesarską stolicą. Przyznam że odczuwam pewne kompleksy i zazdrość mnie zżera o to że Czesi mają tak piękną gotycką katedrę królewską, nasza katedra na Wawelu też co prawda piękna ale nie w ten w miarę jednorodny, gotycki sposób ( dlaczego tak jest napiszę później ). Świetne fragmenty w postaci renesansowych kaplic niestety nie są mi w stanie tego faktu przesłonić. Nie znaczy że przy katedrze na Hradczanach nie ma doklejonego budynków w innym stylu, ale dominujący jest jednak ten niebowzniosły gotyk. No cóż, w połowie XIV wieku rozbudowano katedrę na Wawelu ale dla Kazimierza Wielkiego istotniejsza wydawała się ( słusznie zresztą ) kwestia zbudowania ufortyfikowanych zamków i wznoszenie murów miejskich na terenie królestwa niż solidniejsze zajęcie się katedrą wawelską. No inne priorytety były. Czechy, a konkretnie Praga przeżywały swój Złoty Wiek, Karol IV wyżywał się "w mecenacie", a Kazimierz wznosił mozolnie podwaliny pod potęgę, jaką w XV i XVI wieku miała stać się Polska. No i Kazimierz nie miał do dyspozycji na czas nieokreślony Parlerów. A tak w ogóle bez wspomnienia o Parlerach nie sposób przekazać dlaczego katedra na Hradczanach jest tym czym jest - jedną z najpiękniejszych gotyckich katedr.
Ród Parlerów wywodził się ze Schwäbisch Gmünd, miejscowości położonej dzisiaj w Badeni - Wirtembergii. Nazwisko dała im praca, utworzono je bowiem od nazwy zawodu - "parlier" w staroniemieckim oznaczało majstra budowlanego. Co ciekawe nazwiska rodowego nie używali wszyscy "budujący" członkowie rodziny, ale wszyscy posługiwali się tym samym znakiem kamieniarskim. Ród był to potężny, Parlerowie budowali w Pradze, Fryburgu, Bazylei, Strasburgu, Norymberdze, Ulm, Wiedniu i w Mediolanie. Wznosili katedry, kościoły, mosty. Podejrzenia są że przyłożyli rękę do rozbudowy ratusza w Krakowie ( z gotyckości to się jedynie wieża z niego ostała ). Gotycką katedrę na Hradczanach zawdzięczamy Peterowi Parlerowi, bodaj najwybitniejszemu przedstawicielowi rodu ( jemu też prażanie zawdzięczają Most Karola, wyrosły na miejscu wcześniejszego Mostu Judyty ). Można sobie wyobrazić jak ważną postacią w historii czeskiej architektury był Peter Parler kiedy prześledzi się co pobudował. Jednak trzeba oddać sprawiedliwość niejakiemu Mateuszowi z Arras - to on był pierwszym budowniczym katedry, dopiero po jego śmierci w 1352 roku, Peter Parler przejął budowę, którą realizował w dużej mierze wg. planów swojego poprzednika. Szczerze pisząc szwendając się po katedrze z wysoko zadartą głową i oczami wlepionymi w słynne sieciowe sklepienie, ani Mateuszowi z Arras ani rodowi Parlerów ( po śmierci Petera katedrę rozbudowywali jego synowie ) nie poświęciłam nawet jednej myśli. Okrutne ale prawdziwe, bezczelnie i ahistorycznie cieszyłam się urodą pięknego gotyckiego wnętrza, błogosławiąc w duchu tzw. porę obiadową czyli czas w którym zorganizowane grupy turystów porzuciły katedrę na rzecz knedlików czy tam innej pizzzy.
Katedralne wnętrze piękne i ućkane zabytkami nie tylko gotyckimi, w końcu katedra to świątynia grzebalna świętych, królów czeskich i cesarzy. Dla miłośnika sztuki baroku a i miłośnika secesji coś się znajdzie. Ludziska drepczą do srebrzystego mauzoleum świętego Jana Nepomucena, podziwiają baldachim i fruwające anioły, metal szlachetny przyciąga tłumy, he, he. Mauzoleum Habsburgów, miejsce gdzie spoczywa divina favente clementia electus Romanorum Imperator, semper Augustus, Germaniae rex w liczbie sztuk dwóch - znaczy cesarz Ferdynand I i Cesarz Maksymilian II i żona Ferdynanda, a matka Maksymiliana - Anna Jagiellonka, wnuczka Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki ( zasłużonej, piętnaścioro potomstwa powiła, po babuni miała takie zdolności ) - nie jest tak oblegane. Biały marmur nie błyszczy, więc piękne późno renesansowe rzeźby cesarzy nie przyciągają tak uwagi jak rozbuchana forma rokokowego mauzoleum. Ma to tę dobrą stronę że mauzoleum Habsburgów można spokojnie obejrzeć. Równie spokojnie można obejrzeć tzw. witraż Muchy, artysty którego raczej kojarzy się z plakatami z przełomu wieków. Może nie jest to dzieło tej klasy co witraże Wyspiańskiego czy fryburski witraż Mehoffera ale wielbiciele stylu mistrza Alfonsa będą zachwyceni.
Mnie oczywiście najbardziej ciągnęło do "prawdziwego gotyku", więc wgapiałam się w słynne Oratorium Królewskie wykonane w czasach Władysława Jagiellończyka i usiłowałam wypatrzeć jeszcze bardziej słynne popiersia umieszczone w triforium, co nie jest łatwą sprawą. Triforium to takie trójdzielne okno, bardzo popularne w architekturze romańskiej i gotyckiej, a nawet wczesnorenesansowej, jednak w tym wypadku chodzi o drugie znaczenie tej nazwy. Triforium to jest też galeryjka biegnąca wewnątrz budynku, ma grubość muru ( nie wystaje jak antresola, czyli coś co w architekturze gotyckiej określa się jako emporę ). Oczywiście galeryjka jest na wysokościach, dla takiej żaby jak ja niebotycznych, więc wypatrywanie jest w zasadzie beznadziejne ( rzeźby są tak umieszczone że najlepiej byłoby podziwiać je łażąc po triforium ). Żałuję bardzo że nie dojrzałam tych popiersi, bo są sztandarowym przykładem stylu Parlerów i na swój sposób są unikatowe. To takie o ponad sto pięćdziesiąt lat wcześniejsze głowy wawelskie. O ile jednak wawelskie łebki z Sali Poselskiej są przedstawieniami pewnych typów, to popiersia z praskiej katedry są portretami konkretnych osób. Można sobie obejrzeć podobizny członków dynastii Luksemburskiej ale można zobaczyć też budowniczych katedry, choćby Petera Parlera czy Mateusza z Arras. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Nie udało się z wgapianiem w triforium ( z wielkim chórem nad prezbiterium też ) to się skupiłam na kaplicy świętego Wacława. Szczęśliwie zaliczeniowi turyści nadal chlali knedliki więc był spokój. No i jak już użyłam określenia zaliczeniowi to sobie ulżę.
Katedra św. Wita niestety padła ofiarą swej urody, turyści oblegają ją masowo i to są najczęściej tzw. turyści masowi. Nie piszę tak dlatego że zadzieram nosa bo jaka to ja elitarna, wyrafinowana i w ogóle, piszę narzekająco bo stwierdziłam naocznie że ludziska w doopie mają tę urodę, z powodu niby której zadeptują niemal ten budynek. Gdzie te wgapiania się niespieszne w pinakle, wimpergi, gdzie podziwiania przejrzystości tak doskonałej konstrukcji, gdzie zachwyt nad innowacyjnym sklepieniem sieciowym? Nie trzeba wiedzieć że pinakle czy też fiale to wieżyczki zdobiące inne wieżyczki, że wimperga to ten trójkącik nad szczytem ostrołukowego okna czy portalu, nie trzeba wzroku doskonałego i pamięci słonia żeby zauważyć że sklepienie sieciowe różni się od prostego sklepienia krzyżowo - żebrowego. Naprawdę nie trzeba! Jedyne co przy zwiedzaniu jest potrzebne to wysilenie się i zwrócenie uwagi na budynek. Taaa, wysilać się na urlopie na jakieś wpatrywania w stare budownictwo , kretynka - trzeba kijek do selfie całościowego przygotować i cyknąć się na tle. Też wysiłek! W zwiedzaniu najważniejsze jest jak się ustawić z kijkiem. W kijki zaopatrzeni są niemal wszyscy ( widziałyśmy różne okazy z tymi kijkami, przy co niektórych Mamelon z jawną satysfakcją stwierdzała "My nie mamy kijka" ), głównie wdziącznie przeginające się dziewczęta i napinający się młodzieńcy, ale i wycieczki starszych Chińczyków ( przy wycieczkach kijki jeszcze rozumiem, zdjątka grupowe są cykane pamiątkowo ) i niedoinwestowani w jakiś sposób przedstawiciele mojego pokolenia ( znaczy tacy powyżej czterdziestki ). Nie wiem dlaczego oni się tak z tymi kijkami męczą, przecież wystarczy ściągnąć fotę z neta, program zainstalować i już mamy siebie w Pradze. Pokolenie selfie to narcystyczni kretyni, zwiedzać cokolwiek w ich towarzystwie to katorga. Wypieprzałabym wszystkich z tymi ich kijkami z tzw. miejsc atrakcyjnych turystycznie. Porąbani fotomodele, na cholerę im katedra jak tylko lustra do szczęścia potrzebują?! Srajfon na kijku niepotrzebny, Srajbook czy Insragram można nakarmić fotoshopem ( bo większość srajbookowców i insragramowiczów ma głęboko gdzieś gdzie była Estella Mamuella i John McObsryphone, dyszą głównie chęcią zamieszczania własnych fotek w celu polepszenia sobie samopoczucia ). Wiem, zionę miłością do świata, ale mało jest tak wkurzających rzeczy jak ciągłe uważanie żeby nie napatoczyć się na jakiś kijek, w porę uskoczyć przed szukającym cud kadru kijkowcem, nie zostać potraktowanym kijkiem. No i to uświadomienie sobie że oto otaczają mnie wieprze, które zajęte promocją swojej wieprzowatości nie zauważają pereł, za to przeszkadzają innym. Nie lubię tłumu, a tłumu z kijkami to wręcz nienawidzę! Kijek im w ....!
Dobra, dość ulewania tej żółci! Lepiej zająć się katedrą. Jak zawieje Was kiedyś do Pragi, wleźcie albo wjedźcie na Hradczany ( da się, linia tramwajowa 22 dla tych których wykończają schody ) w porze mało turystycznej ( znaczy ranki i wieczory ) obejdźcie katedrę dookoła, z każdej strony jest ciekawa ale najpiękniejsza od strony południowej. Na fasadzie, tuż nad wejściem, umieszczono w latach 1370 - 71 mozaikę przedstawiającą scenę Sądu Ostatecznego. Cud , miód - gotycka perełka lśniąca złotą barwą, od tych lśnień ponoć nazwano to wejście do katedry Złotą Bramą, choć ja tę nazwę wiązałabym raczej z tym że było to wejście królewskie, tzn. podczas koronacji królewskich wchodził przez nie przyszły król a wychodził monarcha. Mozaika ( tło ) nie została wykonana z malutkich złotych płytek, nic z tych rzeczy - to szkło rodem z Wenecji, czasem nazywa się ją mozaiką wenecką ale to cudo układali sprowadzeni z Rawenny mistrzowie ( crème de la crème, śmietanka i w ogóle najwyższa półka, z tradycjami sięgającymi hen we wczesne średniowiecze ). Możemy pozazdraszczać, w Polsce nie mamy tej klasy dzieła z tych czasów ( no tak, Kazek Wielki wówczas kipnął a Ludwik Anjou dopiero mościł się na tronie, to nie był zdecydowanie czas na sprowadzanie mozaikarzy ). Niestety zdjątka Złotej Bramy Wam nie przedstawię, aparat w tym momencie wziął i odmówił posłuszeństwa ( ale łatwo wyszukacie je w necie ). Dobra, Złota Brama pikna ale ja najbardziej lubię oglądać budynek katedry od tyłu, czyli od strony wschodniej. W dzień wygląda pięknie, a w nocy wygląda wręcz zjawiskowo! Ściana południowa - zabytek wiekowy, szaconek i w ogóle, ale tyłeczek katedry to Architektura przez duże A. Gdyby pozbawić budynek wszystkich ozdóbstw, same "gołe" ściany by się obroniły ( choć przyznaję że pinakle są wisienką na torcie ). Zastanawiałam się skąd to wrażenie lekkości, wzlatania, no fruwający gotyk - ano, stąd że te przypory z łukami oporowymi są dość duże, tzn. widać że konstrukcja na nich się trzyma ( mam nieodparte skojarzenia z wyrzutnią rakietową, odrzucaną dopiero w momencie startu ).
No to teraz wyjaśnionko dlaczego katedra jest cud miód gotycka i jeno jedna wieża jej przykryta barokową czapeczką. Husyci, moi Mili, Husyci! W XV wieku Czesi mieli u siebie takie zawirowania religijne że budowanie katedry stanęło, imponderabilia były ważne a nie rozbudowa budynków ku chwale Bożej. No gotowało się u nich tak, że nawet u nas wykipiało ( twarz Czarnej Madonny z Częstochowy ma blizny pohusyckie ). Poza pracami podjętymi za czasów Władysława Jagiellończyka to architektonicznie nic się właściwie nie działo. Na swój kolejny "dobry czas" Czechy musiały poczekać aż do Rudolfa II. Rudolf owszem rodzinę należycie w katedrze zasarkofagował, ale wyżywał się fundacyjnie gdzie indziej. Poza tym jego stosunek do religii katolickiej ( i nie tylko do katolickiej ) był jak na katolickiego cesarza dziwny i to oględnie pisząc. Potem była wojna trzydziestoletnia, Biała Góra i dopiero w końcu XIX wieku, wraz z nową polityką Franza Josefa, który zaczął kumać że państwo może mu się rozpaść jeżeli wzrastający nacjonalizm nie znajdzie ujścia w kształcie federacji narodów pod miłościwie panującym cesarskim berłem, coś tam na Hradczanach drgnęło. Cesarskie przyzwolenie na zaspokojenie czeskich ambicji zostało wydane. Prawie wszystkie wielkie katedry gotyckie nie są tak do końca prawdziwie gotyckie. W XIX wieku rozbudowywano je namiętnie w stylu neogotyckim ( w końcu liczba ludności wzrosła wielokrotnie od czasów późnego średniowiecza więc istniała potrzeba rozbudowy , wiele katedralnych budów przerwano ze względu na tzw. okoliczności a w ostatnich trzydziestu XIX wieku wraz z postępem technologicznym i jako taką spokojną sytuacją polityczną w Europie pojawiła się możliwość dokończenia ich wg. pierwotnych planów, lub planów wzorowanych na starych, gotyckich ). Szczęśliwie się złożyło że około połowy XIX wieku zaczęto się interesować szerzej gotyckimi formami ( bardzo wczesny neogotyk to raczej trafiał w tzw. wysublimowane gusta arystokracji, dopiero potem został porządnie oswojony, przetrawiony i zaakceptowany ). Właściwa katedra gotycka na hradczańskim wzgórzu przed rokiem 1872 była znacznie mniejsza niż budynek, który oglądamy obecnie. Jednak świetne opanowanie stylów historycznych przez architektów XIX - wiecznych sprawiło że wydaje się nam że katedra w takim kształcie stała tam od czasów Karola IV. Owszem secesyjne grzybki, i tam zdziwnie podejrzane gotyckie elementy ozdóbstw ujęte w zbyt nowoczesną jak na czasy średniowiecza formę, jakiś zaplątany facet w garniturze zamiast w zbroi, ale żeby tak wszytko po całości, b u d y n e k?! A jednak to prawda - zachodnia strona na zdjątkach poniżej jest XIX - wieczna. Jak dla mnie to ta rozbudowa katedry jakoś jej urody nie zniszczyła, uczyniła ją za to monumentalną.
Ten wpis nie wyczerpuje całej historii tej budowli, historii zebranych w tym miejscu skarbów kultury, nic z tych rzeczy. To jest wpis zanęcający - do Pragi niedaleko, "kijkowcy" jadają obiady i inne posiłki, podróżuje się nie tylko latem, w wakacje czyli wtedy kiedy wysyp "kijkowców" uniemożliwa normalne zwiedzanie, zobaczyć duże miasto z kościołami, pałacami, kamienicami które nie widziały bomb zawsze warto. Katedrę mimo tego że oblegana i zadeptywana przez "kijkowców" polecam Waszym oczom. Dobrze jest podreptać i przebiegając wzrokiem wzdłuż strzelistych form popatrzeć nieco wyżej, tak trochę ponad nasze codzienne zwykle bytowanie. Może niekoniecznie zaraz metafizycznie, ale tak zwyczajnie oderwać się od życia naszego codziennego przyziemnego. Gotyk strzelisty dobrą rakietą nośną!
P.S. Nie na tematy gotycko - turystyczne ale bardzo ważne: do zakotowanych - potrzebny dom dla kotów Szukamy Człowieka Wielkiego Czynu! Pamiętajcie że z kocim FeLV+ jest jak z każdą "nową" chorobą wirusową czy bakteryjną, z czasem przebieg choroby nie jest tak dramatyczny , jak to przy jej "debiucie" było. Kiedyś dla kota ten wirus był to wyrok śmierci w ciągu paru miesięcy, dziś przy normalnym traktowaniu zwierzaczka to jest w sumie zwykłe kocie życie ( wielu ludzi nawet nie wie że ich koty są nosicielami tego wirusa ). Tym niemniej kotki będą wymagały większego doglądania, nie pieniąchów ( bo to się da załatwić ), tylko po prostu serducha dla nich.
czwartek, 4 sierpnia 2016
Usiłowania ogrodowania czyli początek sierpnia w ogrodzie
Pogoda piękna tylko jakby mało pracom ogrodowym sprzyjająca. Dzisiaj groźnie i buńczucznie chodziliśmy zusammen z Panem Andrzejkiem po Alcatrazie, strasząc drzewa samosiejki piłą i nożycami. No i na takim wojowniczym paradowaniu ze sprzętem skończyliśmy. Bliziutko 30 stopni Celsjusza w cieńku, parno i duszno, czuć że pogrzmi - no nie są to optymalne warunki na ogrodowanie. Nie narzekam jednak, uważam że w tego lata jest i tak o niebo lepiej ( tfu, tfu, tfu! ) niż było w zeszłym roku. W końcu nie ma cholernej suszy a że powietrze takie bardziej amazońskie - trudno, znieść trza z godnością i cieszyć się że parówka dobrze wpływa na cerę i rośliny. Wychynęliśmy ponownie wieczorną porą kiedy umówiony z nami młody sąsiad przyszedł rozbierać jedną z szopek ogrodowych. Bezczelnie ograniczyliśmy się do kibicowania i wyrażenia budującej ego młodego sąsiada samokrytyki naszych leniwych osobowości i paskudnych charakterów. Pomogło w rozbieraniu szopki tyle o ile, po półgodzinie roboty zaczęliśmy reanimacje młodego, który zdążył rozwalić pół szopki i niemal padł na placu boju ( podziwiam, chłopczyna przyszła po całym dniu harówki do tego rozwalania szopska ). Dalsze zagrzewanie do rozwałki to już by było bestialstwo. Młody został napojony woda źródlaną z sokiem z cytryny, pogroził resztkom szopki i umówił się z nami na destroy a building w weekend. Znaczy muszę przyszykować jakieś żarło i napoje półwyskokowe na koniec destroyu, nie wypada inaczej bo młody o kasie nie chce słyszeć ( dostanie jeszcze zielska do ogrodu, liliowce zrobiły na nim wrażenie ).
Ogród jakiś taki zmęczony, niby wody pod dostatkiem i rośliny w dobrej formie ale szybko wykwitają. Lilie były i już prawie się zmyły, zaczynają kwitnienie sedumki, wczesne marcinki i pierwsze miskanty. Pojesienniał nam błyskawicznie ogród podwórkowy. Na szczęście w części cienistej zero ekscesów, żadnych kwitnień nie w terminie, anemonopsisy dopiero się szykują do kwitnienia, tak samo większość świecznic. W najlepsze kwitną funkie, rutewki, prunelki, w bardziej słonecznych miejscach jeszcze floksy i liliowce. Chyba w przyszłym roku na piochy znów zaproszę werbenę patagońską od Mamelona ( w Mamelonosison ona się sieje jak marzenie, u mnie coś nie chce ), to piękna roślina kiedy kwitnie tak w masie. W sierpniu ogród Mamelona jeżówkami i patagonką stoi. Ha, ja już mam jeżówki oswojone, teraz pora na oswajanie patagonek! Ich sierpniowe kwitnienie powinno przedłużyć lato na przyszłej suchej - żwirowej. Sierpień to nie jest miesiąc w którym ta rabata wygląda tak jak ja bym chciała żeby wyglądała. W przyszłym roku powinno już być nieco lepiej z sierpniowymi kwitnieniami dzięki lawandynom, niektóre odmiany są z tych później kwitnących. Na razie to jeszcze maluchy, ich kwiaty nie mają więc dużego znaczenia dla wyglądu rabaty. Przemyśliwuję też powolutku sprawę traw na przyszłą suchą - żwirową. Oczywiście większe ostnice, śmiem twierdzić że jestem od nich uzależniona. Zastanawiam się bardzo poważnie nad wprowadzeniem do ogrodu trawska pod tytułem Sporobolus heterolepis, najlepiej odmianę 'Tara', która nie jest tak duża jak gatunek. Pasiłaby taka trawka do ostnic i palczatek, że o rozplenicach ledwie napomknę.
W Alcatrazie, w cienistościach też pojawią się nowe nasadzenia. Sylwik przywiozła sieweczki własnej production, śliczne malutkie języczniki, wyglądające na radośnie odbiegające od wzorca "czystego gatunku". Na razie stoją u Mamelona w cieniu pod ogrodową studzienką, ja zgodnie z radą coolegi Paprotnego przygotowałam dla nich miejsce cieniste i zaciszne. Walczyłam przy tym przygotowywaniu stanowiska języcznikowego z całą armią atakujących wściekle krwiopijczych komarzyc, które za nic miały moje smarowania cielska zniechęcającymi środkami naturalnymi, paskudną sklepową chemią i świństwem zagramanicznym tak woniejącym że Pan Andrzejek określił ten zapaszek jako "smród czarciego łajna" ( ale jak kumory zaczęły chlać to sam użył, niestety skutek odstraszający był jak i u mnie, znaczy żaden ). Teraz usiłuję nie drapać miejsc pochlanych, ciężko mi idzie trzymać ręce na wodzy. Nic to, oby tylko jakoś przetrzymać jutrzejszy dzień, zapowiadany jako bardzo gorący. W weekend ma być chłodniej, może kumarom będzie zimno a my za to nabierzemy sił.
wtorek, 2 sierpnia 2016
Rozważania ogrodowe - czas nas uczy pogody!
Była u nas Sylwik, nowym środkiem transportu przybyła ale nowy środek po staremu zapchany zielonym aż po dach. Znaczy niby się zmieniło ale się nie zmieniło. Sylwik przysiadła jak to ona, w locie i zagaiła na tematy zielone i te mniej zielone. No i do Mamelona i do mnie natentychmiast dotarło że Sylwik pełen sił niespożytych jest tak mniej więcej w tym miejscu w jakim my byłyśmy ponad dekadę temu. Nowy ogród, nowe możliwości, czasem padanie na twarz żeby jakoś życiorys z tym ogrodem ogarnąć. Poczułyśmy się jak stare rury ( metryka jest jaka jest, nie ma co zaklinać rzeczywistości ) i jakby z lekka przerażone Sylwikowym wigorem. Tak, Mamelon połatany katgutem, ja ze swoimi krwiakami "na niezamówienie", ledwie dyszące i "troszkę" podpasione panie starsze. A tu łup, Sylwik i nagle wokół nas orgie zielone, nasadzeniowe szaleństwo, plany zadrzewień, zapaproceń, zatrawień, przenoszeń ogrodu do ogrodu a my w centrum tego ogrodowego huraganu rozpętanego przez Sylwika jak te dwa ramole szczęśliwie zadowolone z dojrzałych ogrodów, może niezbyt dobrze zaprojektowanych ( zazwyczaj po pewnym czasie coś nam się przestaje podobać, Mamelonowi jeszcze szybciej niż mnie, nie zawsze jednak mamy tak twarde serca żeby robić wykopki ) ale jakoś tam "opanowanych". Raczej wątpię żebym dziś umiała wykrzesać z siebie ten entuzjazm, którym charakteryzowało się moje wczesne ogrodowanie. Siadanie na tyłku i ramolenie powinno napełniać mnie smutkiem, w końcu starość i stetryczałość u proga, brak wielkich i całkowicie dla mnie nowych podniet ogrodowych to już dno dna, dalej będzie tylko gorzej. Tylko że jakoś u siebie tego smutku z powodu przekraczania smugi cienia nie przyuważyłam, ogród nadal jest ważną sprawą ale... jest tyle innych ważnych spraw. Chyba jest pewną cechą charakterystyczną dla późnego wieku balzakowskiego ( tak eufemistycznie nazywam swoje latka, he, he ) pogodzenie się z tym że nie wszystko człowiekowi udaje się osiągnąć, a osiągnięcie wymarzonych celów na ogół rozczarowuje. Akceptacja realu nie jest zadaniem dla ludzi młodych, oni są od zmian i przestawiań rzeczywistości, ale ludzie tacy jak ja, którzy mają już ładnych parę dziesiątek lat na liczniku mogą a nawet powinni rozumieć że real jest jaki jest i nie zawsze wszystko zależy tylko od nas, a zmiany bywa że nic nie zmieniają.
Taaa, czas nas uczy pogody. Sylwika też już zaczął uczyć bo dzielnie zniosła miskantowe wypady po tegorocznej zimie ( a kolekcja traw Sylwika warta uwagi ). Szlachetna sztuka rezygnacji jest niezwykle trudna, szczególnie dla kolekcjonera, jednak ogrodowanie bez niej nie chce się obejść. Z części roślin, pomysłów ogrodowych, sposobów ogrodowania rezygnujemy sami, niekiedy rezygnację wymusza na nas życie ( "Taki mamy klimat", to tylko jedna z przyczyn rezygnacji, czasem przyczyny są tak niejednoznaczne że sami nie potrafimy określić dlaczego już nie chcemy robić tego czy owego albo uprawiać roślin które nadal bardzo nam się podobają, z tym że teraz to już u kogoś, w innym ogrodzie ). Rozwijamy się razem z tymi naszymi ogrodami, poznajemy je z każdym rokiem ogrodowania coraz lepiej, wiemy dlaczego posadzone w nich ksiażkowo rośliny nie chcą rosnąć, dlaczego inne mimo tego że nie miały prawa się udać wyglądają jak okazy na wystawie ogrodniczej. Wiemy co naszemu ogrodowi pasuje a czego zdecydowanie nie zdzierży. No tak, po prostu z czasem dochodzimy do tego co u zarania naszego ogrodowania wydawało nam się niemożliwie do zaakceptowania - to nie my tworzymy tak naprawdę ogród, to ogród tworzy się sam przy naszej pomocy. Kształtowanie natury prędzej czy później kończy się albo totalną dewastacją onej albo naszą rezygnacją ze zbyt daleko idących ingerencji. W ogrodach widać to bardzo wyraźnie, chyba wyraźniej widzieć się nie da. Choćbyśmy na głowie stawali niektóre rośliny po prostu będą wypadać, splot wielu czynników tworzących mikroklimat ogrodu to sprawca naszych porażek. No dobra, to stwórzmy w ogrodzie ten mikroklimat przychylny lubianym przez nas roślinom - praca na lata, często na parę pokoleń. Znaczy akcja zróbmy ogród wnukom! Ogrodowanie z myślą o wnukach w moim przypadku odpada z braku wnuków. No chciałabym się trochę dojrzałym ogrodem nacieszyć a nie tylko myślą że ktoś tam kiedyś będzie się nim cieszył. Z uogólnień przechodząc do szczegółów - irysy przestały rosnąć w Alcatrazie a zaczęły na naszym mało reprezentacyjnym podwórku, choć to Alcatraz miał cieszyć nasze oczy ich kwiatami. Do Alcatrazu zawitały paprocie i funkie a wyleciały z niego na podwórko róże, przecież nie będę przesypywać gleby z jednego końca hacjendy na drugi, choć niby gleba to w większej części jest z tych na której różnorodne rośliny się udają. Trzeba było posadzić drzewa niekoniecznie tam gdzie je wcześniej posadzić planowałam, to tylko jedne z nielicznych "nieoczekiwanych zmian miejsc" jakie miały miejsce w moim ogrodzie. Alcatraz skorygował sam moje plany, bezwzględne ogrodzisko. A podwórko jakie czasem bywa zdradzieckie!
A jak zaczynałam ogrodowanie to niby doskonale wiedziałam gdzie co miało rosnąć. Sama sobie to obmyślilam i to nie "po glupiemu", tylko należycie, z książczynami w ręku, żeby mądrości ogrodowe w realu zastosować. No i co? No i pstro! W książkach nie pisało że ogród trzeba obserwować, przetestować i zagwarantować sobie czas na to obserwowanie jego rozwoju i wyciąganie z tego wniosków. Posadź tak i tak, a na pewno się uda a jak się nie udało to zrobiłeś błąd. Posadź drugi raz, o cholera znowu się nie udało, błądzisz dalej. Posadź trzeci raz, tym razem ma być tak zgodnie z literaturą ogrodniczą że ważyć będziesz kompost i inne końskie nawozy, drenażyk przynosić z jakichś miejsc dalekich, pielić będziesz narządkiem ciężkodostawalnym, które korzonków rarytetowi grymaśnemu nie uszkodzi. Sruuuu! Cud roślinka wypada po raz trzeci. Ogrodniczce coś tam zaczyna świtać że ona proponuje swojemu ogródkowi roślinkę a on ją albo polubi albo nie. To jak z zaproszeniem do tańca, mogą sobie deptać po różnych rzeczach, odmawiać tańczenia albo ochoczo wykonać tango z figurami. Zapoznajesz roślinę i ogród ze sobą, jak swatka stwarzasz jakieś tam warunki do udanego ptigrilli i czekasz czy coś z tego będzie. Książkowe mądrości są przydatne bo dobrze jak parka ma zapewniony start w przyszłe życie ale rozwody robią się czasem z tzw. pierdół, które się nawarstwiają, a przecież najdzielniejsza i najbardziej "obczytana" ogrodniczka nie wie wszystkiego ( bo w książkach to takie ogólności są a tu mamy konkretna parkę - tę roślinę i ten ogród ). Potem masz nagłe olśnienie że w wypadku ogrodu ta konkretność wynika z tego że to nie tylko gleba, klimacik, nawodnienie, to coś bardziej skomplikowanego. W ogrodzie zachodzą nieustannie jakieś zmiany, wczorajszy ogród a dzisiejszy to czasem zupełnie różne warunki - o rany, To żyje! Pracujesz na żywym materiale i nie chodzi tylko o rośliny. "Z żywymi to same kłopoty" - jak mawiał pewien właściciel zakładu pogrzebowego, stąd pewnie w człowieku rodzi się w stosunku do ogrodu pasja. Czasem jest to pasja szewska! Ciągłe próbowanie i dopasowywanie, tak wygląda w praktyce obsadzanie ogrodu.
Jak już swój ogród człowieku poznałeś, wiesz co możesz z nim zrobić a czego wredny bydlak na pewno nie zaakceptuje, przysiadasz na czterech literach i przestajesz się ekscytować. Wszystkiego co bym chciała Alcatrazowi czy podwórku nie wcisnę, ale jak się bardzo postaram to może dojdziemy w paru sprawach do porozumienia. Układ partnerski niby bo Alcatraz jakby szalejąca natura ale ja zawsze mogę się wkurzyć i zrobić z niego parking, he, he. Akceptuję, kocham w nim pracować ( mimo okresowych tąpnięć w drugiej części sezonu ), uwielbiam snuć plany z nim w roli głównej ale jego sprawy nie angażują mnie już tak silnie jak kiedyś. Dojrzeliśmy. Nie ma załamki że przeżynam z chwastami, że ogródek bezczelnie hołubi osty, że sprawia wrażenie złośliwca pozwalającego wschodzić siewkom paskudnych jesionków. Przykro mi czasem jak odrzuca roślinę, którą miałam nadzieję widzieć na rabacie, no ale trudno - nie będę mu niczego narzucać na siłę. Taka roślina i tak by źle wyglądała, niedopasowanie wyłazi z czasem. Zdarza się niekiedy że próbuję w wypadku takiego odrzucenia podjąć drugą próbę, ale już coraz rzadziej - Alcatraz najczęściej nie zmienia opinii o roślinie ( podwórko jest bardziej skłonne do współpracy ). O rany, teraz całe to wyczuwanie ogrodu, poznawanie jego charakteru, wszystkie unoszące człowieka uprawowe sukcesy i dołujące uprawowe porażki - wszystko to przed Sylwikiem! Lata uważnego ogrodowania, ciężka fizyczna robota ( a Sylwik drobniutki ), szlachetna sztuka rezygnacji nieraz ocierająca się o ascezę, niełatwy do zaakceptowania charakter żywego ogrodu ( z wiatrem, wysokimi wodami gruntowymi i ziemią której żyzność może być przekleństwem ). Wow, przez jakiś czas to życie z ogrodem w roli głównej. Na szczęście latka lecą a czas sprawia że akceptująco pogodniejemy. Za jakiś czas Sylwikowy ogród będzie oswojony, a Sylwik na pytanie co tam u niej w ogrodzie nowego spoko stwierdzi że ogród zarasta, czasem nawet tym czym Sylwik chce żeby zarastał.
Ozdóbstwami tego wpisu są prace Edwarda Juliusa Detmolda. To mało znany w Polsce artysta, ilustrator ksiażek dla dzieci. Szkoda wielka bo ilustracje do powieści Kipplinga "Księga dżungli", które wykonał wraz z bratem bliźniakiem Charlesem Mauricem do wydana z 1908 roku są świetne, jak dla mnie najlepsze ilustracje tej "książki dzieciństwa". Trochę uroku akwarel Detmolda niech spłynie na te moje przydługie rozważania o dojrzewaniu ogrodu i człowieka.
Taaa, czas nas uczy pogody. Sylwika też już zaczął uczyć bo dzielnie zniosła miskantowe wypady po tegorocznej zimie ( a kolekcja traw Sylwika warta uwagi ). Szlachetna sztuka rezygnacji jest niezwykle trudna, szczególnie dla kolekcjonera, jednak ogrodowanie bez niej nie chce się obejść. Z części roślin, pomysłów ogrodowych, sposobów ogrodowania rezygnujemy sami, niekiedy rezygnację wymusza na nas życie ( "Taki mamy klimat", to tylko jedna z przyczyn rezygnacji, czasem przyczyny są tak niejednoznaczne że sami nie potrafimy określić dlaczego już nie chcemy robić tego czy owego albo uprawiać roślin które nadal bardzo nam się podobają, z tym że teraz to już u kogoś, w innym ogrodzie ). Rozwijamy się razem z tymi naszymi ogrodami, poznajemy je z każdym rokiem ogrodowania coraz lepiej, wiemy dlaczego posadzone w nich ksiażkowo rośliny nie chcą rosnąć, dlaczego inne mimo tego że nie miały prawa się udać wyglądają jak okazy na wystawie ogrodniczej. Wiemy co naszemu ogrodowi pasuje a czego zdecydowanie nie zdzierży. No tak, po prostu z czasem dochodzimy do tego co u zarania naszego ogrodowania wydawało nam się niemożliwie do zaakceptowania - to nie my tworzymy tak naprawdę ogród, to ogród tworzy się sam przy naszej pomocy. Kształtowanie natury prędzej czy później kończy się albo totalną dewastacją onej albo naszą rezygnacją ze zbyt daleko idących ingerencji. W ogrodach widać to bardzo wyraźnie, chyba wyraźniej widzieć się nie da. Choćbyśmy na głowie stawali niektóre rośliny po prostu będą wypadać, splot wielu czynników tworzących mikroklimat ogrodu to sprawca naszych porażek. No dobra, to stwórzmy w ogrodzie ten mikroklimat przychylny lubianym przez nas roślinom - praca na lata, często na parę pokoleń. Znaczy akcja zróbmy ogród wnukom! Ogrodowanie z myślą o wnukach w moim przypadku odpada z braku wnuków. No chciałabym się trochę dojrzałym ogrodem nacieszyć a nie tylko myślą że ktoś tam kiedyś będzie się nim cieszył. Z uogólnień przechodząc do szczegółów - irysy przestały rosnąć w Alcatrazie a zaczęły na naszym mało reprezentacyjnym podwórku, choć to Alcatraz miał cieszyć nasze oczy ich kwiatami. Do Alcatrazu zawitały paprocie i funkie a wyleciały z niego na podwórko róże, przecież nie będę przesypywać gleby z jednego końca hacjendy na drugi, choć niby gleba to w większej części jest z tych na której różnorodne rośliny się udają. Trzeba było posadzić drzewa niekoniecznie tam gdzie je wcześniej posadzić planowałam, to tylko jedne z nielicznych "nieoczekiwanych zmian miejsc" jakie miały miejsce w moim ogrodzie. Alcatraz skorygował sam moje plany, bezwzględne ogrodzisko. A podwórko jakie czasem bywa zdradzieckie!
A jak zaczynałam ogrodowanie to niby doskonale wiedziałam gdzie co miało rosnąć. Sama sobie to obmyślilam i to nie "po glupiemu", tylko należycie, z książczynami w ręku, żeby mądrości ogrodowe w realu zastosować. No i co? No i pstro! W książkach nie pisało że ogród trzeba obserwować, przetestować i zagwarantować sobie czas na to obserwowanie jego rozwoju i wyciąganie z tego wniosków. Posadź tak i tak, a na pewno się uda a jak się nie udało to zrobiłeś błąd. Posadź drugi raz, o cholera znowu się nie udało, błądzisz dalej. Posadź trzeci raz, tym razem ma być tak zgodnie z literaturą ogrodniczą że ważyć będziesz kompost i inne końskie nawozy, drenażyk przynosić z jakichś miejsc dalekich, pielić będziesz narządkiem ciężkodostawalnym, które korzonków rarytetowi grymaśnemu nie uszkodzi. Sruuuu! Cud roślinka wypada po raz trzeci. Ogrodniczce coś tam zaczyna świtać że ona proponuje swojemu ogródkowi roślinkę a on ją albo polubi albo nie. To jak z zaproszeniem do tańca, mogą sobie deptać po różnych rzeczach, odmawiać tańczenia albo ochoczo wykonać tango z figurami. Zapoznajesz roślinę i ogród ze sobą, jak swatka stwarzasz jakieś tam warunki do udanego ptigrilli i czekasz czy coś z tego będzie. Książkowe mądrości są przydatne bo dobrze jak parka ma zapewniony start w przyszłe życie ale rozwody robią się czasem z tzw. pierdół, które się nawarstwiają, a przecież najdzielniejsza i najbardziej "obczytana" ogrodniczka nie wie wszystkiego ( bo w książkach to takie ogólności są a tu mamy konkretna parkę - tę roślinę i ten ogród ). Potem masz nagłe olśnienie że w wypadku ogrodu ta konkretność wynika z tego że to nie tylko gleba, klimacik, nawodnienie, to coś bardziej skomplikowanego. W ogrodzie zachodzą nieustannie jakieś zmiany, wczorajszy ogród a dzisiejszy to czasem zupełnie różne warunki - o rany, To żyje! Pracujesz na żywym materiale i nie chodzi tylko o rośliny. "Z żywymi to same kłopoty" - jak mawiał pewien właściciel zakładu pogrzebowego, stąd pewnie w człowieku rodzi się w stosunku do ogrodu pasja. Czasem jest to pasja szewska! Ciągłe próbowanie i dopasowywanie, tak wygląda w praktyce obsadzanie ogrodu.
Jak już swój ogród człowieku poznałeś, wiesz co możesz z nim zrobić a czego wredny bydlak na pewno nie zaakceptuje, przysiadasz na czterech literach i przestajesz się ekscytować. Wszystkiego co bym chciała Alcatrazowi czy podwórku nie wcisnę, ale jak się bardzo postaram to może dojdziemy w paru sprawach do porozumienia. Układ partnerski niby bo Alcatraz jakby szalejąca natura ale ja zawsze mogę się wkurzyć i zrobić z niego parking, he, he. Akceptuję, kocham w nim pracować ( mimo okresowych tąpnięć w drugiej części sezonu ), uwielbiam snuć plany z nim w roli głównej ale jego sprawy nie angażują mnie już tak silnie jak kiedyś. Dojrzeliśmy. Nie ma załamki że przeżynam z chwastami, że ogródek bezczelnie hołubi osty, że sprawia wrażenie złośliwca pozwalającego wschodzić siewkom paskudnych jesionków. Przykro mi czasem jak odrzuca roślinę, którą miałam nadzieję widzieć na rabacie, no ale trudno - nie będę mu niczego narzucać na siłę. Taka roślina i tak by źle wyglądała, niedopasowanie wyłazi z czasem. Zdarza się niekiedy że próbuję w wypadku takiego odrzucenia podjąć drugą próbę, ale już coraz rzadziej - Alcatraz najczęściej nie zmienia opinii o roślinie ( podwórko jest bardziej skłonne do współpracy ). O rany, teraz całe to wyczuwanie ogrodu, poznawanie jego charakteru, wszystkie unoszące człowieka uprawowe sukcesy i dołujące uprawowe porażki - wszystko to przed Sylwikiem! Lata uważnego ogrodowania, ciężka fizyczna robota ( a Sylwik drobniutki ), szlachetna sztuka rezygnacji nieraz ocierająca się o ascezę, niełatwy do zaakceptowania charakter żywego ogrodu ( z wiatrem, wysokimi wodami gruntowymi i ziemią której żyzność może być przekleństwem ). Wow, przez jakiś czas to życie z ogrodem w roli głównej. Na szczęście latka lecą a czas sprawia że akceptująco pogodniejemy. Za jakiś czas Sylwikowy ogród będzie oswojony, a Sylwik na pytanie co tam u niej w ogrodzie nowego spoko stwierdzi że ogród zarasta, czasem nawet tym czym Sylwik chce żeby zarastał.
Ozdóbstwami tego wpisu są prace Edwarda Juliusa Detmolda. To mało znany w Polsce artysta, ilustrator ksiażek dla dzieci. Szkoda wielka bo ilustracje do powieści Kipplinga "Księga dżungli", które wykonał wraz z bratem bliźniakiem Charlesem Mauricem do wydana z 1908 roku są świetne, jak dla mnie najlepsze ilustracje tej "książki dzieciństwa". Trochę uroku akwarel Detmolda niech spłynie na te moje przydługie rozważania o dojrzewaniu ogrodu i człowieka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























