Inna sprawa związana z AI to propaganda powielana przez boty, do zarzygania. Oczywiście jest to propaganda wszelaka, to nie tak że tylko państwa autorytarne tworzą propagandę. Wystarczy przypomnieć tę bzdurną, srovidową. Dla mła tragiczne są bajki ku pokrzepieniu serc produkowane przez sztuczną pod Polaków, te nasze osiągi i wogle. Jednakże obecnie to propaganda rosyjska święci triumf, czemu mła się specjalnie nie dziwi, bo wojna informacyjna jest jedynym teatrem działań na którym Rosjanie są w stanie robić jakieś realne postępy. Front w realu leży i kwiczy a wojska od dłuższego czasu kręcą się bez sensu wokół jakichś wioch. Chińczycy i Rosjanie stawiali zarówno na AI, jak i na ludzi, znaczy otwierali farmy trolli i botów w krajach III świata. Elon przypadkiem to ujawnił, ale w swoim "dążeniu do prawdy", czym prędzej zaciemnił, być może dlatego że był przez te farmy grzany. No cóż, ci z wolnością słowa na ustach, nie bardzo lubią kiedy ta wolność słowa zaczyna wyświetlać sprawy, które ich zdaniem nie powinny być znane opinii publicznej, he, he, he a Elon ma sporo do ukrycia. Teraz chyba te kraje pójdą mocniej w AI, mniej kłopotliwe, bardziej wydajne. Zamiast farm trolli, będzie więcej farm botów, to jest tańsze. Druga strona medalu to pomysły na walkę z bocią propagandą, zasadzające się na wprowadzeniu jakiejś formy cenzury, w tym celuje KE. Zdaniem mła jest to absolutna głupota, bo nie po to walczymy z autokracją, żeby wprowadzać autokratyczne instrumenty u siebie. Moje stanowcze "nie" dla wszelkiej formy cenzury, najwyższa pora żeby Europejskie zaczęły trzeźwieć i myśleć realnie a nie odlatywać w cenzurę, tym bardziej że Hamerykany zarzundzające zaczęły odfruwać do Krainy Nigdy- Nigdy, w której mali chłopcy od lat 9 do 90 wszystko mogą. Sprzeciw wobec cenzury nie oznacza że mła sądzi że nie trzeba inszych instrumentów, pozwalających stwierdzać z czym człowiek ma do czynienia w necie. Treści z VPN powinny być oznaczane, tako samo filmiki robione przez AI. W końcu chyba algorytmy są na tyle inteligentne by to wychwycić. Jeżeli nie są, to może czas wrócić do ludzi. Dziś za ozdóbstwa robią kartki świąteczne z jamniczkami a w Muzyczniku kolęda ludu Yoruba. Po mojemu to chyba ichnie "Przybieżeli do Betlejem pasterze", raczej nie "Lulaj że Jezuniu". Jest jeszcze cóś przed Muzycznikiem, co takie niesztucznie inteligentne jest. Włączcie tłumacza jeśli angielski językiem Wam obcym i zobaczcie jak Sheehan Quirke odbiera świat, w zalewie śmiecia zawsze się jakaś perełka znajdzie.poniedziałek, 15 grudnia 2025
Śmietnik informacyjny
Inna sprawa związana z AI to propaganda powielana przez boty, do zarzygania. Oczywiście jest to propaganda wszelaka, to nie tak że tylko państwa autorytarne tworzą propagandę. Wystarczy przypomnieć tę bzdurną, srovidową. Dla mła tragiczne są bajki ku pokrzepieniu serc produkowane przez sztuczną pod Polaków, te nasze osiągi i wogle. Jednakże obecnie to propaganda rosyjska święci triumf, czemu mła się specjalnie nie dziwi, bo wojna informacyjna jest jedynym teatrem działań na którym Rosjanie są w stanie robić jakieś realne postępy. Front w realu leży i kwiczy a wojska od dłuższego czasu kręcą się bez sensu wokół jakichś wioch. Chińczycy i Rosjanie stawiali zarówno na AI, jak i na ludzi, znaczy otwierali farmy trolli i botów w krajach III świata. Elon przypadkiem to ujawnił, ale w swoim "dążeniu do prawdy", czym prędzej zaciemnił, być może dlatego że był przez te farmy grzany. No cóż, ci z wolnością słowa na ustach, nie bardzo lubią kiedy ta wolność słowa zaczyna wyświetlać sprawy, które ich zdaniem nie powinny być znane opinii publicznej, he, he, he a Elon ma sporo do ukrycia. Teraz chyba te kraje pójdą mocniej w AI, mniej kłopotliwe, bardziej wydajne. Zamiast farm trolli, będzie więcej farm botów, to jest tańsze. Druga strona medalu to pomysły na walkę z bocią propagandą, zasadzające się na wprowadzeniu jakiejś formy cenzury, w tym celuje KE. Zdaniem mła jest to absolutna głupota, bo nie po to walczymy z autokracją, żeby wprowadzać autokratyczne instrumenty u siebie. Moje stanowcze "nie" dla wszelkiej formy cenzury, najwyższa pora żeby Europejskie zaczęły trzeźwieć i myśleć realnie a nie odlatywać w cenzurę, tym bardziej że Hamerykany zarzundzające zaczęły odfruwać do Krainy Nigdy- Nigdy, w której mali chłopcy od lat 9 do 90 wszystko mogą. Sprzeciw wobec cenzury nie oznacza że mła sądzi że nie trzeba inszych instrumentów, pozwalających stwierdzać z czym człowiek ma do czynienia w necie. Treści z VPN powinny być oznaczane, tako samo filmiki robione przez AI. W końcu chyba algorytmy są na tyle inteligentne by to wychwycić. Jeżeli nie są, to może czas wrócić do ludzi. Dziś za ozdóbstwa robią kartki świąteczne z jamniczkami a w Muzyczniku kolęda ludu Yoruba. Po mojemu to chyba ichnie "Przybieżeli do Betlejem pasterze", raczej nie "Lulaj że Jezuniu". Jest jeszcze cóś przed Muzycznikiem, co takie niesztucznie inteligentne jest. Włączcie tłumacza jeśli angielski językiem Wam obcym i zobaczcie jak Sheehan Quirke odbiera świat, w zalewie śmiecia zawsze się jakaś perełka znajdzie.piątek, 12 grudnia 2025
Weekendownik - szurum - burum, czyli akcja świąteczne nieporządki trwa
Okna zrobione, J. może się przeglądać w szybkach! Teraz zabawa z mebelkami spod klosza. W temacie kocim to oprócz zakraplania uszka Mruciowi jest zakraplanie uszka Sztaflisi, która jest tylko nieco łagodniejsza od Mrutka, znaczy nie używa zębów tylko pazura protestacyjnego. Zaraz jadę do Dżizaasa, która właśnie wróciła od lekarza i zionie mniłością do świata. Wyniki ma jak na nią w porzo, to personel rejestrujący Dżizaasa wnerwił. Napiszę wincyj później. Na razie dwa zdjątka zdziśki i Muzycznik. Dziś nastrojowy pan Piotruś.
Wróciłam i od razu musiałam uspokajać towarzystwo. Poczuły zapach Dżizaasowej kociej trójki i natentychmiast im odbiło. Głównie Mrutiemu, któren chciał ustawiać dziefczynki, bo kogoś musiał. Sztaflik uznała że z Mrutka żaden kierownik i była mała bitwa. Mrutek dostał w tyłek za prowokowanie bójek, Sztaflik zarobiła ścierką za podatność na prowokację i razem poszły spać na jednej poduszce, bardzo zgodne i ciężko obrażone na mła. Okularia, Kasiuleńka i Helenka podenerwowane tymi jazgotami i nawalankami, madka przytula i paczy złym oczkiem na śpiące czarnosiorstki, spokojnie pochrapujące i wtulone w siebie. Ech... te kocie zazdrości. Razem z Dżizaasem rozliczyłyśmy ostatecznie naszą zeszłą wyprawę do Ligurii i zamówiłyśmy mieszkanko na przyszłoroczne wakacje. Wiem, wcześnie, ale ceny są teraz milutkie. Jak ma być tanio, musi być knute wcześnie. Tym samym wakacje przyszłoroczne zaplanowane i rozliczone przyszłe wydatki, mła wie ile trzeba jej miesięcznie wykombinować do odłożenia. Jutro lezę do Mamelona zdać sprawozdanie i zachęcić ją do szlifowania formy, szykuje się niezłe łażenie. To ma być bardzo czynny wypoczynek!
Mła zamieszcza fotkę ostatniego minisprzętu do kuchenki pod kloszem. To świąteczny prezent, mła sobie kupiła, bo została zasponsorowana. W Muzyczniku mła zamieszcza piosenkę Magdy Umer, która dziś od nas odeszła. Bardzo stara piosenka.
wtorek, 9 grudnia 2025
Serenissima - Burano
Burano, czy jak to mawiano niegdyś w Wenecji Buràn, to małe miasteczko liczące coś ponad dwa tysiące mieszkańców, położone na czterech wyspach w północnej części laguny weneckiej. Jest też połączone od zachodu mostem z kolejną wyspą, Mazzorbo, która stała się jego dzielnicą. Z Wenecji płynie się tam około 20 minut, znaczy z Fondamente Nove, trochę dłużej to zajmie jeżeli wsiadamy na vaporetto na przystankach San Marco i San Zaccaria. Ci którzy płyną na Burano z Murano odpływają z przystanku Faro, z wybrzeża Cavallino-Treporti z przystanków Ricevitoria lub Punta
Sabbioni. Pływa ta sama linia, która łączy je również z Torcello i
Mazzorbo. Wyspy, wyspy, ale komunikacja pływa i to naprawdę żadna wielka wyprawa, raczej coś w rodzaju odwiedzania bardziej odległej od centrum dzielnicy. Po lagunie pływa się wzdłuż szlaków, niech nikogo nie dziwią wbite w lagunę konstrukcje z pali, oznaczają siatkę wodnych ulic. Pływa się żeglownymi kanałami Bisatto, Carbonera i Scomenzera San Giacomo, wokół rozciągają się bagna: bagna Santa Caterina na południowym zachodzie, bagna Burano na południowym wschodzie. Od północy Burano opływają wody Kanału Borgognoni-Burano, który prowadzi do Treporti ( na południu ) i Torcello ( na północy ). W samym mieście znajdują się trzy kanały wewnętrzne, znaczy miasteczkowe: rio Pontinello, rio Giudecca i rio Terranova. Podobnie jak Wenecja, Burano dzieli się na pięć sestieri. Ze wszystkich miejsc w Wenecji to tu mła mogła zobaczyć, jak wyglądała przeszłość Wenecji. Zacznijmy od bagiennych wysp, tych na których wskutek osuszania gruntu zdołały się zapuścić drzewa i tych placków sitowia, rosnących w bagnie. Mimo tych opalowanych kanałów laguna tu taka dzikawa, zielona, ze stadami ptoków wzbijających się w powietrze z trzcinowych łanów.
Przypuszcza się że nazwa Burano wywodzi się z określenia położenia wysp, na których znajduje się miasteczko - borea - północ. Położenie nie względem Wenecji a starożytnego miasta Altino, znajdującego się na stałym lądzie, ale w czasach hym... niemal przedantycznych, wzniesionego w warunkach przypominających te, znane nam z dzisiejszego Amsterdamu, nadmorskie bagienko znaczy. Inna koncepcja pochodzenia nazwy to uznanie że to tzw. prediał odnoszący się do imienia właściciela ziemskiego, który mógł nazywać się Burius lub Borius. To przypuszczenie stąd że w starożytności wyspy mogły mieć znacznie większą powierzchnię niż obecnie, i któś tam prowadził tzw. sielskie, wiejskie życie, znaczy wykorzystywał rolniczo. Jak widzicie miejsce była zamieszkane od bardzo dawna. Podobnie jak Wenecja, Burano przeżyło najazd uchodźców z lądu w czasach, kiedy Attyla plądrował ziemie cesarstwa, wtedy założono tu miasto. Jednakże pierwsze pisemne potwierdzenie tego faktu pochodzi z roku 840, kiedy w Pactum Lotharii miasto jest cytowane, w dopełniaczu, jako Burani. Pierwsze domy budowano tak samo jak w Wenecji, na palach a ich ściany były zrobione z trzciny i błota. Domy z cegły zaczęto budować dopiero w roku 1000. Burano uchodziło za miasto ze zdrowym klimatem, łagodnym a jednocześnie że tak to określę, mało bagiennym. Nie występowała tu malaria. Od XIII wieku okręgi Burano, Mazzorbo, Ammiana i Costanziaca podlegały jurysdykcji Podestà de Torcello. Kiedy Republika Wenecka zreorganizowała system polityczny, administracyjny i terytorialny, ustanowiono tzw. rząd podestrialny. Gastaldi zostali zastąpieni na wyspie Burano przez Radę Wspaniałej Wspólnoty Burano, która podejmowała decyzje większością głosów. Decyzje, rezolucje i petycje musiały zostać zatwierdzone i ratyfikowane przez Podestà. Taka demokracja to była. W XVI wieku Podestà de Torcello przeniosła się na Burano, a wyspa zyskała w większy prestiż.
Kiedy Wenecja w 1797 roku znalazła się pod okupacją francuską, Burano podzieliło jej los. Potem przyszli Austriacy, którzy ustalili że miasto stanie się gminą drugiej klasy podległą podestà Wenecji.
Po Risorgimento za to Burano nie mogło się doprosić, by ponownie związano je z Wenecją, dopiero w 1923 roku
wniosek o włączenie został zaakceptowany. Nie do uwierzenia ale to prawdziwne, to maleńkie miasteczko dorobiło się własnej diaspory.
Przez stulecia rodziny z Burano przenosiły się do Ankony, gdzie utworzyły małą społeczność nazywaną Buraneli. Dobra, przejdźmy do tego co ciekawego do zobaczenia jest miasteczku. Centrum miasteczka to Piazza Baldassare Galuppi, tak po prawdzie to jedyny plac w mieście. Powstał na zasypanym kanale, bardzo zgodnie postanowiono mu nadać imię słynnego
w XVIII wieku kompozytora, który urodził się w Burano. Nad
placem góruje w klasycznym "weneckim przechyle" dzwonnica kościoła San Martino, obecnie jedynego wciąż czynnego kościoła na
wyspie. Ten przechył jest spowodowany
częściowym zawaleniem się fundamentów, pale pracują. Do kościolła mła nie weszła, cały w foliach i płytach OSB, znaczy wielki remont. W kościele ponoć "Ukrzyżowanie" Giambattisty Tiepolo z 1725
roku, mła jednakże bardziej niż do obrazu ciągnęło do tej urny ze szczątkami
Albano, Domenico i Orso, patronów Burano, które to święte szątki według legendy cudownie
przybyły do świątyni w sarkofagu, który unosił się na wodzie. Unoszenie na wodzie zawsze mła fascynowało, he, he, he. Nie odwiedziłam też kaplicy świętej Barbary, z jej szczątkami, ani kościoła Santa Maria delle Grazie, znanego też jako kościół Kapucynów, powstałego w 1533 roku, teraz przerobionego na galerię. Zagnało mła w inne rejony.
Jednakże zanim przejdziemy do innych rejonów mła jeszcze Wam napisze o coolorowych domach, z których słynie Burano. Skąd wziął się zwyczaj malowania domów coolorkami bijącymi po oczach? Jedna z hipotez sugeruje, że każdy kolor jest po prostu
symbolem konkretnej rodziny, biorąc pod uwagę, że nawet w czasach
współczesnych Burano ma jedynie kilka, ale za to mocno rozpowszechnionych nazwisk. Z tego
powodu w Burano, podobnie jak w innych miejscach w regionie Veneto,
używa się powiedzeń, czy też przezwisk dodawanych do nazwiska, aby odróżnić
jedną gałąź rodziny od drugiej. Wicie jak u naszych górali. Inna teoria jest taka, że jaskrawe kolory pomagały rybakom znaleźć domy we mgle,
która jest w okolicach Burano i częsta i gęsta. Te domy tak jaskrawe coolorki mają od dawna, niegdyś w całym
Królestwie Włoch zmiana koloru domu wymagała zgody zarządcy. Dziś ci od ochrony zabytków patrzą krzywym okiem na tzw. innowacje. Hym... chyba przez te coolorowe domki Burano dorobiło się powstałej w 1909 roku własnej szkoły malarskiej. Jednym z
najsłynniejszych kolorowych domów jest dom Bepi Suà, z
charakterystycznymi geometrycznymi dekoracjami. Zabijcie, nie wiem który to i czy w ogóle jest na zdjęciach, w Burano akurat był przypływ i trzeba było kombinować, gdzie przejść tak, by stóp nie zamoczyć. Mła się cieszyła że w ogóle jest coolorowo i nie szukała konkretów. No poza jednym, ale o tym napiszę Wam inną razą.
niedziela, 7 grudnia 2025
Krótki wrzutnik polityczny
Mła się dowiedziała że Ryży z Ameryki dojrzał do tego, by ogłosić światu że to UE jest wrogiem US. Media przeżywają, politycy jakoś tak mniej. Mła postanowiła do sprawy podejść bez emocji, zobaczyć kto co może bez tego całego bzdurzenia o potędze. No więc tak, tradycyjnie UE wzięła na przeczekania a nie na przeczyszczenie, bowiem Europejskie już dawno temu doszły do wniosku że trzeba pozwolić na robienie Ryżemu wszelkich głupot, hym tego.... w celu wzmocnienia własnej pozycji. Tak, wiem że zdziwne ale mniej jeżeli się przyjmie że po Ryżym US będą miały tak zmniejszoną siłę rażenia że nikt nie będzie myślał o pax americana, państwa Zachodu będą dogadywać się bez dyrektora. Wicie rozumicie - atrakcyjność US to obecnie tak mniej więcej na poziomie pani z foty obok i tej z foty poniżej. Nie wiem czy europejska strategia to dobra strategia. Żeby był koncert mocarstw, jak to się marzy obecnej amerykańskiej administracji, potrzebne są mocarstwa, nie potęgi schodzące. Państwo, które nie jest w stanie zmusić tej kruszynki Izraela, do postępowania zgodnego ze swoim interesem, twierdzi że ułoży świat pospołu ze zdychającą gospodarczo i społecznie Rosją, której można co najwyżej przedłużyć agonię a nie uleczyć, z Chinami na skraju załamania demograficznego, wyniku polityki jednego dziecka, na które nic nie można poradzić i z Indiami, w których bulgoczą pod powierzchnią konflikty etniczne, religijne i kastowe. Z tych wszystkich krajów Indie mają największy potencjał i zarazem najmniej przychylny stosunek wobec US, pewnie w US dlatego niechęć pewna do dogadywania porządku świata z Indiami.
W 2022 roku, mimo wpadki w Afganistanie, US jakoś utrzymały na powierzchni swoją rolę rozgrywającego, potrafiły zarządzić Europą w obliczu wojny na Ukrainie i chwała im za to, być może dlatego że tamta administracja rozumiała pojęcie Zachód, choć miała problem wewnętrzny z odparciem korporacyjnych skoków na państwową kasę. Ta wyraźnie nie rozumie, dlatego US czeka bolesna lekcja. Nie wiem czy lekcja dla administracji wystarczy, bo wybrać Ryżego raz to wypadek przy pracy, wybrać po raz drugi to oznaka że ze społeczeństwem jest coś nie tak, bo wierzy w czarodzieja. Mam nadzieję że Europa, Japonia, Kanada i Australia będą miały nerwy ze stali i sporą odporność na zalew kretynizmów zza Atlantyku, że nikomu nie przyjdzie do głowy by postąpić za ostro, np. sprowadzić dolara do wartości śmiecia a US do roli państwa upadłego, z nagle wyparowanym majątkiem korporacji. Bo mogą to zrobić, wystarczy sprzedaż obligacji by państwo finansowane głównie kredytem padło. Znoszenie kretynizmów też ma granicę, ale politycy nie powinni kierować się emocjami. Lepiej żeby swoje siły skierowali na tak palące kwestie jak w przypadku Europy reforma UE i wypieprzenie w kosmos zielonego wału. Stany trzeba zostawić same sobie, miejmy świadomość że na szczęście te występy niedługo się skończą. Grunt się pali pod Ryżym i jego ekipą, zdaje się że ze wszystkich sił chcą rozwalić US póki jeszcze rządzą niepodzielnie, no to akurat mogą zrobić. Niestety, na to nic nie poradzimy, to wewnętrzna sprawa US. Można co najwyżej pogryzać popcorn i oglądać ten sitcom z nadymającym się Ryżym i jego ekipą, wolno bez wyrzutów sumienia rżeć, bo Amerykanie sami to sobie zrobili. Wybrali klauna to mają cyrk.P.S. Ryżowaty i świta chcą mieć na wyłączność półkulę zachodnią, znaczy najwyraźniej chcą aby Ameryka Łacińska pogoniła Amerykanom kota w samych US. Hym... część ludzi się oburza, jednakże coraz więcej rechocze. Wietnamu się już w US nie pamięta. W Muzyczniku cóś co pasi do tematu, to jest ten właściwy poziom.
sobota, 6 grudnia 2025
Serenissima - weneckie miejsca nieoczywiste
Dwa nieoczywiste miejsca w Wenecji, jedno odwiedzane nader chętnie, drugie przez turystów nie aż tak chętnie, choć ciekawe. Zacznę od księgarni "Acqua Alta", powstałej z fascynacji faceta z Vicenzy miastem w lagunie. W roku 2002 Luigi Frizzo , postanowił zrealizować swoją wizję księgarni, dość wyjątkowy projekt.
Nieustający happening na temat tego czym jest Wenecja, tak to można krótko określić. Kreatywność Luigiego rzeczywiście wielka, facet ponoć sporo podróżował po świecie, róże dziwności widział, z różnymi kulturami się stykał. W Wenecji pragnął stworzyć takie miejsce, które będzie czymś więcej niż księgarnią, ale jednocześnie nie stanie się galerią, czy kawiarnią. Znaczy nie pójdzie w tym kierunku, w którym idą "księgarnie z ambicjami". Jego lokal miał być przede wszystkim sklepem z książkami, owszem, wypełnionym też innymi przedmiotami jednakże, co podkreślam, przede wszystkim wypełnionym książkami. Można tu nabyć magnesiki z kotami gondolierami, urocze kartki pocztowe ale przede wszystkim można tu kupić książki. Jest olbrzymi dział z "wenecjanami", literaturą poświęconą Wenecji, w innych działach książki albumy o sztuce, opracowania naukowe, beletrystyka z troszki wyższej półki, jak i kryminałki. Dla miłośników literatury wszelakiej miejsce wciągające, nawet mła, u której znajomość języka włoskiego mikra, odczuła przymus przeglądania książek. Wicie rozumicie, jak u psa Pawłowa, widzę masę książek i podchodzę automatycznie, bezmyślnie. Oczywiście rzuciło mła w rejony, w których kwestia znajomości innego języka nie jest tak istotna, w albumy z cud fotografiami.
W księgarni oprócz książek mieszkają koty, tak w majestacie prawa, przejęły to miejsce na równi z osobami sprzedawców, choć dla wszystkich znających gatunek Felis catus oczywistym jest, że są tu raczej na prawach właścicieli. Niestety to miejsce jest nader licznie odwiedzane przez turystów, którzy czują się w obowiązku zwiedzać miejsce w którym gondole i żeliwne wanny wypełnione są książkami a na półkach zalegają koty. Jeżeli chcecie pobuszować w księgarni, należy się do niej udać wcześnie, o poranku. Wówczas możecie spokojne pooglądać książki, wybrać jakiś drobny souvenir dla bliskich, poprzymilać się bezskutecznie do kotów. No i możecie chłonąć bez przeszkód surrealistyczną atmosferę tego miejsca, w którym książki i niszcząca je woda zdają się przyjaźnie koegzystować. Tak, wiem, to jest nieco zdziwne, ale tak to mła odczuła. Rozpadający się papier z ledwie widocznymi literami, grzbiety opasłych tomów ze stronami zadrukowanymi wiedzą, która dziś nikomu do niczego nie jest potrzebna, mła uznała że w takiej księgarni wręcz wypada kupić wydanie nowel ze "Śmiercią w Wenecji" Thomasa Manna, po prostu to się samo nasuwa. Dla mła "Acqua Alta" to takie skrzyżowanie świata Gustawa von Aschenbacha z poetyką "Sanatorium pod Klepsydrą" Bruno Schulza. Człowiek porusza się w labiryncie, który niespodziewanie prowadzi do drzwi otwierających się na kanał, lub na podwórko wypełnione książkami przeznaczonymi do recyklingu. Trochę to jak tajemnicze przejścia pod łóżkiem, prowadzące do dżungli, z filmowej adaptacji prozy Schulza zrobionej przez Wojciecha Haasa. Dla chcących odwiedzić to miejsce mła podawa adres - Longa Santa Maria Formosa 5176b.
Żeby odwiedzić kolejne zdziwne i nieoczywiste miejsce, należy udać się z księgarni "Acqua Alta" przez Fondamente Tetta, Ponte Tetta, Calle Tetta, Ponte de l'Ospealeto, Calle l'Ospealeto, Barbaria de la Tole na Campo SS Giovanni e Paolo, plac ze wspaniałą, gotycką świątynią, kościołem pod wezwaniem
świętego Giovanniego i świętego Paolo i z cud urody scuolą, przypisaną do tego miejsca. Wbrew liczbie nazw ulic i mostków, jest to ledwie rzut kamieniem. Zacznę wizytowanie miejsca nieoczywistego od wyjaśnienia Wam, czym były weneckie scuole. W Europie Północnej mieliśmy świeckie bractwa, najczęściej zrzeszenia cechowe, albo stanowe. Scuole weneckie, powstałe najprawdopodobniej w XI wieku, były jakby bogatsze programowo, choćby z racji tego że Serenissima była swoistym imperium, scuole zrzeszały ziomków z rozsianych weneckich ziem. Patrycjusze weneccy występowali tylko do bractw zwanych Scuola Grandi, ustanowionych przez wenecki organ zarządzający, Radę Dziesięciu, w roku 1467. Trzy typy scuoli to: stowarzyszenie rzemieślników, stowarzyszenie religijne, stowarzyszenie kraju pochodzenia. Scuole wybierały sobie świętego patrona, fundowały sztandar i budynek, często zarąbisty, oraz wypełniały ten budynek dziełami sztuki takiego formatu, że dziś prace z nich pochodzące to ozdoby zbiorów renomowanych muzeów. Scuola to była w Wenecji przynależność społeczna, często polityczna, coś co wykraczało poza standardowe procesje z chorągwią patrona i uprawianą działalność charytatywną. Scuoli było w mieście od groma i ciut, ciut, ta przy Campo SS Giovanni e Paolo, to Scuola Grandi, potężna instytucja. Nazywała się Scuola di San Marco, założono ją w 1261 roku, do rangi Grande podniesiono ją w roku 1467. W XV wieku była jedną z najważniejszych scuola, zatem niech Was nie dziwi klasa budynku, który był jej siedzibą.
Scuola ta wywodziła się ruchu biczowników, pierwszą siedzibą bractwa
San Marco był zburzony kościół Santa Croce ( znajdował się na terenie dzisiejszych
ogrodów Papadopoli ).
W 1437 roku dominikanie z pobliskiej bazyliki świętych Jana i Pawła
przekazali sąsiedni teren pod budowę nowej siedziby. Scuola zrzeszała ludzi o sporych majątkach i dużym znaczeniu politycznym, więc nowa siedziba od początku zaplanowana była z rozmachem. Pierwszy budynek,
przypominający wyglądem Scuola della Misericordia i o gotyckim układzie,
został wzniesiony pod kierownictwem Matteo i Stefana di Nicola Bon z
Cremony, ale długo nie postał.
W roku 1485 został zniszczony przez wielki pożar, jednakże w ciągu
trzydziestu lat szkołę odbudowano dzięki funduszowi, jaki bractwo
utworzyło wśród swoich członków, oraz wsparciu Rady Pregadi.
W 1487 roku prace restauracyjne budowli powierzono Gregorio di Antonio
da Padova, którego zadaniem było wzniesienie murów, kamieniarki,
marmurowych okładzin i drewnianego dachu. Układ i dekorację
nowego budynku powierzono Pietro Lombardo i Giovanniemu Buorze oraz ich
partnerowi Bartolomeo di Domenico Duca. Około 1490 roku prace przejął
Mauro Codussi we współpracy z Antoniem Rizzo. Wicie rozumicie, to była wierchuszka weneckich architektów, budowniczych i rzeźbiarzy tego czasu. Obaj nowi mistrzowie mieli za zadanie dokończenie prac. Najprawdopodobniej brakowało jedynie zwieńczenia górnej
części fasady, dekoracji wnętrz i budowy wewnętrznych schodów łączących
salę parterową z kapitularzem. Około 1504 roku braciom Biagio i Pietro
da Faenza powierzono zadanie dekoracji sufitu Sali Albergo a w 1518 roku wykonaniem sufitu Sali Capitolare zajęli się Vettore
Scienza di Battista da Feltre i Lorenzo di Vincenzo da Trento.
W kolejnych latach udokumentowano szereg modyfikacji, z których
najważniejsze to rozbudowa budynku w kierunku północnym, umieszczenie
ołtarza w kapitularzu i wybudowanie małego pomieszczenia dla strażnika
da Mattin. Doradztwem w tych zadaniach służyli również Jacopo Sansovino i
Alessandro Vittoria. Tyle w skrócie o historii budynku scuola.
Większość scuoli nie przetrwała upadku Serenissimy, Scuola Grande di San Marco została skasowana a w 1807 roku budynek, należący do kasaty bractwa, wraz z kościołem San
Lazzaro dei Mendicanti i klasztorem dominikanów, stał się szpitalem wojskowym. Od 1819 roku przekształcono go w wenecki szpital
cywilny, co znacznie zmieniło jego wnętrze. Ostatecznie w
1950 roku do pomieszczeń dawnej scuola przeniesiono Bibliotekę Historyczną
ośrodka medyczno - naukowego. Obecnie znajduje się tu Muzeum
Historii Medycyny ( bardzo bogate w instrumenty medyczno - chirurgiczne, z
monumentalną biblioteką zawierającą tysiące dzieł wszystkich autorów
medycyny zachodniej, od Hipokratesa począwszy ), Muzeum Anatomii
Patologicznej, Apteka Historyczna, Kościół Szpitalny, Itinerarium
Lekarzy Żydowskich. Jednakże budynek scuola jest nadal głównym wejściem do działającego szpitala. Wicie rozumicie, karetki podpływają od strony Fondamenta dei Mendicanti albo od Fondamente Nove, lecz jeżeli udajecie się do szpitala na nogach własnych to wchodzicie przez perłę renesansu. Z wynikami badań w dłoni możecie pogapić się na posadzkę w holu wejściowym, której wykonanie zlecono
Giovanniemu di Mafio, który pod nadzorem Mauro Codussiego stworzył
czarno - biało - czerwoną szachownicę. Widzicie te dziesięć okien o okrągłych łukach
na zachodniej ścianie, serię
marmurowych płyt umieszczonych ku pamięci dobroczyńców bractwa. Oczy napotykają te wszystkie radości miejsca zwanego "Portego delle
Colonne", dużego pomieszczenia podzielonego na trzy części podwójnym
rzędem kolumn korynckich spoczywających na wysokich istryjskich
kamiennych bazach. Gregorio di Antonio da Padova
rozpoczął instalację filarów fundamentowych kolumn po pożarze, chcąc ratować co było do uratowania a Pietro Lombardo i
Giovanni Buora pracowali następnie nad wykonaniem kolumn i rzeźbieniem
cokołów. Taa... nie trzeba wchodzić na piętro do muzeów, wystarczy przejść przez szpitalne wejście żeby czlowieka zatchnęło. No i to by było na dzisiaj na tyle.



