Viola to łacińska nazwa rośliny z rodzaju Violaceae , do którego zaliczamy fiołki i bratki. Brzmi dla ucha ta nazwa przepięknie, a rośliny nią nazwane równie pięknie prezentują się naszym oczom. Jak do tego dodamy zapach niektórych gatunków fiołków to mamy niemal roślinę doskonałą.Jej wielkość nie ma tu zbyt wielkiego znaczenia, fiołki są żywym potwierdzeniem tezy że "Małe jest piękne". W przypadku rabat ogrodowych to szczególnie wtedy jak małe występuje masowo. Nie dziwi człowieka że kwiat ten był poświęcony Afrodycie, najpiękniejszej z bogiń ( co prawda w czasie tzw. Sądu Parysa doszło do jawnej korupcji, łapówka została inteligentnie przemyślana i niewątpliwie najcwańsza z bogiń została tą najpiękniejszą, he, he ). Pochodzenie fiołka wg. wierzeń starożytnych Greków było hym....tego... krwawe i obłędne. Mity greckie przypisywały powstanie fiołków tajemniczej mocy krwi oszalałego samobójcy Ajaksa lub samokaleczeniu niemniej szalonego boga Attisa ( czegóż to ten biedny frygijski bożek nie poświęcił żeby człowiek mógł się cieszyć wiosennymi urokami fiołkowych łanów, strach się bać ). Jest jeszcze co prawda wersja z powstaniem fiołka z oddechu kochanki Zeusa, nimfy Io, niby mniej krwawa ale nie pozbawiona elementu szaleństwa. Małżonka Zeusa, zazdrosna Hera ( zero tolerancji dla związku otwartego, dla Zeusa rzecz jasna, he, he ), zesłała na biedną Io dokuczliwego owada który przyprawił nimfę o szaleństwo ( leczone szybką ewakuacją do Egiptu ).
Te antyczne echa związku fiołków z szaleństwem widać u Shakespear'a, to fiołki miały porastać grób Ofelii i robić za jeszcze jeden wyrzut sumienia u Hamleta ( wszak książęce uczucie było tak nietrwałe jak kwiaty fiołków ). No i dochodzimy do tej jakże niemiłej dla ogrodnika sprawy - długości kwitnienia. Viola odorata, jak większość roślin kwitnących bardzo wczesną wiosną, dla trwałości kwiatów wymaga odpowiedniej temperatury. Podobnie jak wiosenne cyklameny, przebiśniegi i krokusy źle reagują na tzw. wiosnę nagle rozbuchaną tak i fiołek wonny reaguje szybkim przekwitaniem. Sadzenie w cieniu niespecjalnie dużo daje, szczególnie jeżeli jest to taki "sezonowy" cień drzew liściastych jak ma to miejsce w przypadku Alcatrazu ( w marcu, kwietniu na fiołkowisku jest patelnia, co służy bardzo uwalnianiu fiołkowej woni ). Niestety w przypadku Viola odorata człowiek skazany jest na kaprysy wiosennej aury, pozostaje mu tylko zaklinać pogodę. Na szczęście jednak fiołki są nie tylko fioletowe ( nazwa barwy pochodzi od nazwy łacińskiej fiołków, oczywiście solidnie ją spolszczyliśmy ) i nie tylko wonne. Oprócz Viola odorata możemy uprawiać i inne fiołki, o późniejszym terminie kwitnienia, niemal pozbawione woni ale za to bardziej odporne na wiosenne przygrzewanie. Są nawet takie hardcory w tej rodzinie jak ogrodowe mieszańce Viola x wittrockiana czy Viola x williamsiana lub Viola cornuta, znane jako bratki ogrodowe, które spokojnie znoszą słoneczne stanowiska i kwitną długo i wytrwale. Jednak nie o bratkach jest ten post a o fiołkach które mają prawo do nazwy bylina tzn. nie wymagają wysiewania w takim cyklu jak rośliny dwuletnie. Pominę jedynie gatunek Viola odorata ( pierwsza fotka ), bo on jako mój ulubiony zasługuje na osobny wpis.
Jako pierwszego przedstawiam tu fiołka motylkowatego Viola sororia, roślinę pochodzącą z Ameryki Północnej, wdzięczną i na ogół niezwykle prostą w uprawie ( jak dla mnie jest jeden wyjątek od prostoty tej hodowli ). Chyba wspominałam już o niej w poście o roślinach pod leszczynę Magdzioła. Uprawiam pięć odmian co do których mam pewność że to fiołki motylkowate: 'Freckles' ( drugie zdjątko ), 'Albiflora' ( zdjątko nr 3 ), 'Rubra' ( fotka czwarta ) i odmiany których nie ma na zdjęciach - 'Variegata' i 'Priceana'. Najsłabiej rośnie mi odmiana 'Variegata' co mnie nie dziwi bo variegatowate odmiany roślin często wymagają większej staranności w uprawie. 'Variegata' musi mieć zdecydowanie bardziej cieniste stanowisko niż reszta odmian fiołków motylkowych, mam wrażenie że i gleba dla niej powinna być z tych solidniejszych. Tę odmianę trzeba często odmładzać, co jest dla mnie problematyczne, bo wolniej osiąga ona rozmiary kępy satysfakcjonującej moje ogrodnicze ego. Ledwie dorośnie toto do właściwej wielkości a już trzeba dzielić i "da capo al fine" czyli mam ten sam problem co z żurawkami. No cóż, nie jest to odmiana, która mnie powala , mimo że doceniam urodę i rolę rozjaśniacza cienia, którą świetnie grają jej piękne liście.
'Albiflora' to taki "fiołek podstawowy". Bardzo obficie kwitnie na słonecznych stanowiskach, na półcienistych też wcale nie gorzej mu idzie. Kwiaty rzeczywiście wyglądają jak białe motylki. Odmiana 'Priceana' robi na mnie jednak większe wrażenie. Jej kwiaty nie są już takie motylo lekkie, chabrowe oko splecione z wielu żyłek nieco je optycznie "dociąża". Tej odmiany nie sposób przegapić. 'Freckles' traktuję jako ogniwo łączące dwie wcześniej wymienione
odmiany. Mam wrażenie że kwiaty tego fiołka są nieco drobniejsze niż innych fiołków motylkowych. Ale może to tylko u mnie 'Freckles' tak ma. Największymi kwiatami jak do tej pory obdarzyła ogród odmiana 'Rubra'. Nie da się ich nie zauważyć, tym bardziej że kolorek z tych wyrazistych. Fiołki dość łatwo się rozsiewają ( słówko dość to jest eufemizm, jak im podpasi to nie ma zmiłuj - klasyczne ścierwo ogrodowe z nich wyłazi ), jeżeli jednak chcemy zachować w miarę powtarzalne cechy to lepiej fiołki dzielić. Co prawda niby siewki powtarzają cechy roślin matecznych ale po pierwsze primo to istnieje coś takiego jak słynna "zmienność w obrębie taksonu", po drugie secundo jak uprawiamy parę odmian "motylków" to można liczyć na niespodzianki.
Dla mnie takowe niespodzianki mają swój urok, choć genealogia raczej nie w stylu ciotkowo-makowieckim ( same enenki, z wkładem nie tylko fiołków motylkowych ale i innych przedstawicieli rodzaju ). Przypuszczam że takim niespodziankiem jest ten fiołek przywleczony z Szewczykowa. Jest uroczy i "dobrze rosnący", co przekonuje mnie do tego że ma sporo genów Viola sororia. Nie da się bowiem ukryć że moje fiołkowe sukcesy to głównie są odoratkowe i motylkowate, z uprawą innych fiołków to bywa w Alcatrazie bardzo różnie. O ile europejscy i amerykańscy przedstawiciele fiołkowej familii sprawują się bardzo dobrze, o tyle azjatyckie fiołkowe piękności bezczelnie grymaszą. Wszelkie chińskie, koreańskie, japońskie fiołki i ich mieszańce rosną wstecz, doprowadzając mnie do szału! Diabli wiedzą dlaczego gardzą alcatrazowymi stanowiskami, lekturę na temat ich uprawy odbębniłam starannie. Od paru lat wędruję z nimi po różnych miejscach w ogrodzie , mając nadzieję że w końcu im kiedyś dogodzę i doczekam się porządnych łanów fiołkowych azjatyckiego pochodzenia. Wiadomo czyją mamusia jest nadzieja, ale matkę kochać należy!
Ciekawym, dobrze rosnącym i miłym dla oka fiołkiem jest wszędobylski ( Azja, Północna Afryka, Europa i Grenlandia ) fiołek leśny czyli Viola reichenbachiana znany też jako Viola silvestris. Do Alcatrazu trafił z przyulicznego trawnika. Leśny dorasta w Alcatrazie do niemal dwudziestu pięciu centymetrów ( na trawniku bujał się w okolicach piętnastu ) i jest doskonałym wypełnieniem "fiołkowej martwej chwili", która następuje w Alcatrazie po przekwitnięciu odoratek. Zanim zakwitną fiołki motylkowe to fiołek leśny reprezentuje fiołkową familię. Pełnienie honorów wychodzi mu bardzo dobrze, chyba brak zapachu powoduje że ten fiołek nie jest powszechnie uprawiany w ogrodach. A szkoda! Kolejny fiołek jest dla mnie zagadką, nie pamiętam skąd go mam i czy w ogóle on jest "skądesiowy", czy też to tzw. wykwit Alcatrazu. Stawiałabym na to że to może oryginalny "czysty gatunek" motylkowatego, ale ponoć czysty motylkowaty ma kwiaty takiej sobie wielkości, mniejsze niż kwiaty odmianowych, a ten roślinek "wypracowuje" naprawdę duże kwiaty. Niewiele mniejsze niż odmiana 'Rubra'. Rośnie bardzo dobrze, w tempie charakterystycznym dla motylkowatych. Wygląda na to że to jakiś wesoły mutancik.
Viola jooi czyli fiołek transylwański to gość z cieplejszych rejonów Europy, roślina pochodzi rzecz jasna z krainy Draculi. Jak na południowca przystało ten fiołek lubi się wygrzewać, zdecydowanie bardziej niż półcień służą mu słoneczne stanowiska w Alcatrazie. W takich warunkach dobrze się rozwija i wręcz ekspresowo rozsiewa ( u Mamelona jego siewki powoli stają się plagą ). Kępy są w nasłonecznionych miejscach znacznie bardziej trwałe ( nie jest to roślina długowieczna ) niż te sadzone w półcieniu.. Fiołek transylwański jest rośliną znacznie mniejszą niż fiołki motylkowate, czy fiołek leśny - dorasta zaledwie do piętnastu centymetrów. Jednak mimo tego że niespecjalnie wyrośnięty Viola jooi przykuwa w maju wzrok. W bardzo mroźne zimy temu fiołkowi może się zdrowo oberwać, nie znosi numerów typu mróz bez śniegu! Jak dla mnie jednak ten fiołek jest must have. Do Alcatrazu trafił dzięki Markowi ( chwała mu za to ).
Pochodzący z solidnie północnej części Ameryki Północnej fiołek labradorski o purpurowych liściach czyli Viola labradorica 'Purpurea' jest fiołkiem "składkowym". Do mojego ogrodu zawitał za sprawą Mamelona, Doro - Danuty i Fafika. Podobnie jak w przypadku fiołka transylwańskiego bardziej mu u mnie paszą słoneczne stanowiska. Na nich liście tego niewysokiego fiołka ( na maksa dziesięć centymetrów ) wybarwiają się na niemal czarny kolor. Dzięki takiemu wybarwieniu liści fiołek labradorski 'Purpurea' to perełka wśród roślin okrywowych. Do dziś mam przed oczyma świetne zestawy z nim w roli głównej w RHS Roosemor.To jeden z tych fiołków, który jest piękny nie tylko w okresie kwitnienia ale niemal przez cały sezon. Niestety nie pachnie, no ale nie można mieć wszystkiego, i tak ten mały amerykański klejnocik jest bliski fiołkowego ideału. Jego stanowiska w Alcatrazie będą się rozrastać. On sam zresztą na to pracuje ładnie się siejąc. Ja wspomagam mnożenie dzieląc kępy. Niby powinno to się robić jesienią ale bez przesadyzmu, fiołki podzielone wczesna wiosną też dają sobie radę, choć kwitnienie nie jest wówczas zabójcze. Żeby wszystkie fiołki chciały tak ze mną i Alcatrazem współpracować jak labradorski 'Purpurea' to byłabym w fiołkowym niebie.
Ostatnim dziś prezentowanym fiołkiem jest Viola palmata. Nie wiem czy dorobił się już oficjalnej polskiej nazwy, wśród "ogrodowych ludzi" znany jest jako fiołek palmowy. Pochodzi ze wschodniej Ameryki Północnej. Do Alcatrazu trafił dwiema drogami, z Szewczykowa i z ogrodu Krysi, która strasznie na niego narzekała ( znaczy na fiołka, nie na ogród ). Rośnie u mnie całkiem całkiem, choć nie jest to taka ekspansja jak w przypadku innych fiołków ( może ma trochę za kwaśną ziemię ). Dorasta do piętnastu centymetrów wysokości ale kępy nie robią zbyt imponującego wrażenia ( przynajmniej na mnie, może to wina Alcatrazu ). Kwitnie mniej więcej w tej porze w której zakwitają pierwsze fiołki motylkowate ( u mnie 'Albiflora' jest najbardziej wyrywna ). Kwiaty ma interesujące, w ogóle to on jest z tych fiołków ciekawych, może niekoniecznie najpiękniejszych, he, he. Od niedawna zaczął się u mnie siać, jest więc szansa na większe ( bardziej widoczne ) stanowisko. W Alcatrazie ten fiołek zajmuje półcieniste stanowisko ale przyuważyłam że jego siewki wyłażą na nasłonecznionych miejscach. Być może w takich warunkach świetlnych jest mu lepiej, rozważam przesadzenie starszych kęp ( z podziałem ) w przyszłym sezonie ( najlepiej wiosną ).
Teraz troszkę o warunkach glebowych dla wszystkich przedstawionych tu fotkowo fiołków ( pomijam te azjatyckie, bo brak sukcesu hodowlanego uniemożliwia mi dzielenie się "dobrym doświadczeniem " ). Fiołki zniosą niemal wszystko o ile tylko będą mieć dobrą próchniczą glebę, w miarę wilgotną, o obojętnym lub lekko zasadowym odczynie. Nie są roślinami wymagającymi stałego nawożenia ale dobrze im robi od czasu do czasu coś dobrego "do jedzenia". Szaleją za podłożem podpieczarkowym, podejrzewam ze z powodu końskiej "zawartości" owego podłoża. Potrafią nieźle bujnąć po takim papu. No, i to by było na tyle!
wtorek, 11 listopada 2014
niedziela, 9 listopada 2014
Jak ten czas leci!
No i minął Blogiemu już roczek. Czas na podsumowanie! Za piknie to nie jest bo mimo moich szumnych zapowiedzi odnośnie gadżetów, podklejań i wklejań, linków jedyne co zrobiłam to lekkie przyporządkowanie. We wrześniu mi się to zdarzyło, niemal jedenaście miesięcy po rozpoczęciu pisaniny. A czasu Jej Głupowatości proces porządkowy zajął, ho, ho! Nigdy nie byłam mocna w cyberbajkach, za czasów mojej młodości komputry widziało się w telewizji, były potężnymi krowami, które nijak nie pasowały gabarytowo do socmieszkanek typu M 3. Szaconek i nabożną zgrozę się czuło na widok maszyny wypluwającej perforowany papier i automatycznie piszącej. A teraz proszę PC - komputry to przeżytek, młode posługują się masowo wszystkim zaczynającym na literę I ( czyli jak to wymawiają "Aj" ), a ja jestem relikt PRL - u, cud natury czyli żywa skamielina. A poza tym to bezczelnie się przyznaję że wolę pisać niż ślęczeć nad tym jak co przenieść i gdzie powklejać ( mam tajny blog testowy, tak w nim narozrabiałam że wymaga kompletnego resetu ). Jednak czuję że powinnam trochę fałd przysiedzieć i opanować choć wklejanie linków spoza własnego bloga , bo przyjacioły mnie powklejały a ja jak ten sobek nie zalinkowałam. Znaczy na pierwsze urodziny bloga mam już lekkiego kaca moralnego ( hangover drugiego stopnia ) z powodu grzychu blogosferowego.
Jak już o grzychach pitu - pitu to powinnam też solidnie popracować nad stajlem. Piszę niezdrowo zawile, na szczęście udało się uniknąć tzw. opowieści szkatułkowych ( sposób opowiadania dla mnie charakterystyczny, zgroza i ból zęba ), choć nie jestem pewna czy tak do końca, hym....tego. Inny grzych to anielskość mego charakteru niemal wyciekająca z monitora, mam nadzieję że jednak autocenzura jest na tyle skuteczna że czytający moje wypociny nie czują się porażeni jadem ukrytym w niewinnych z pozoru sformułowaniach. Czasem tak mam że bez zastanowienia mówię to co czuję i myślę a potem się okazuję że sprawiłam komuś przykrość ( najczęściej niestety tę przykrość odczuwają akurat nie ci co powinni ). Niby słowo pisane jako bardziej skomplikowana sprawa wymaga więcej refleksji, ale różnie to bywa i czasem udaje mi się mimowolnie kogoś pisemnie ujadzić. Nie jest to tak żebym ja sobie tylko pod publiczkę pisała ale nie lubię ( u siebie też ) tzw. szczerości "napastliwej". Z mojego doświadczenia życiowego wynika że od tego typu szczerości jest dość blisko do prawd absolutnych i jedynie słusznych. Znaczy za wszelkie blogowe grzychy szczerze żałuję i obiecuję poprawę. Pamiętajcie jednak Kochani że ten mój anielski charakter to jest po tych upadłych aniołach i bądźcie proszę wyrozumiali jeżeli w przyszłości zdarzy mi się nadal grzeszyć.
środa, 5 listopada 2014
Wysorty i Przeceniaki
Tratata, sezon, sezon i po sezonie! Znaczy nastał radosny czas łowów na Wysorty i Przeceniaki. Oczywiście "mła" się rzuciła i zanabywszy cebule hiacyntów. Mamelon też się nakręciła i zakupiła przecenione cebulki narcyzkowe. Do Wysortów i Przeceniaków mamy obie szczęście. Dzielony z Mamelonem zakup z Rosemoor, czyli Geranium clarkei 'Kashmir Pink' jest chyba moim najładniejszym "bodziszkiem udziałowym". Przecenione cebule kupione parę lat temu były zaś jednymi z nielicznych zakupów cebulowych w których zgodność odmianowa nie stanowiła problemu. Od pewnego czasu z powodu tego problemu dokonuję zakupów cebulowych głównie w marketach budowlanych ( w tym roku zaryzykowałam też z lidlowską ofertą ). Czar allegrowych hurtowni przestał na mnie działać!
Pogoda piękna więc cebule można jeszcze spokojnie sadzić. Z moich doświadczeń ogrodowych tak mi wychodzi że w Centralno - Polszcze cebule to można właściwie sadzić do stycznia, o ile tylko aura na to pozwala. Mam za sobą sadzenie narcyzkowych cebul 25 listopada, szafirków 6 grudnia i krokusów wtykanych w ziemię 28 grudnia. Wszystkie te rośliny zakwitły we właściwym dla siebie terminie ku zgrozie Ciotki Elki wieszczącej twardo "wygnicie nieukorzenionych cebul".
Według książkowej ogrodniczej wiedzy to Ciotka Elka była jak najbardziej uprawniona do "czarnowidztwa" - przebiśniegi i narcyze najlepiej sadzić od 15 sierpnia do 15 września, hiacynty i szafirki do końca września a tulipany i krokusy najpóźniej do końca października. No i wtedy wszystko jest zgodne ze sztuką i człowiek może spokojnie spać snem zimowym w poczuciu dobrze wypełnionego cebulowego obowiązku, he, he. A potem przyjdzie zima stulecia, -34 bez okrywy śnieżnej i szlag trafi zarówno cebule nieterminowo posadzone przez maruderów ogrodniczych jak i te prawilno w terminie wkopane przez ogrodowych purystów. Prawda jest bowiem taka że na zimę bezśnieżną a mroźną rady nie ma a cebule tak naprawdę potrzebują tylko od sześciu do ośmiu tygodni chłodu, o czym najlepiej można się przekonać pędząc rośliny cebulowe w domu. Ogrodnicy sadzący wcześnie "cebule wiosenne" po prostu nie ryzykują zawirowań w harmonogramie ogrodowym spowodowanych przez zzimowienie jesieni. Bywają sobie jesienie w których sezon kończy się praktycznie w trzeciej dekadzie października a są i takie w których trwa on w najlepsze jeszcze w okolicach astronomicznego końca tej pory roku. Tegoroczna jesień zafundowała nam jak do tej pory takie sobie przymrozki październikowe ale i całkiem sporo słonecznych dni z temperaturką wymarzoną na ogrodowe prace. Deszczowiło też w miarę, bez przesadyzmu ale na tyle że nie jest bardzo sucho. W związku z taką a nie inną obecną aurą i w miarę optymistycznymi prognozami meteo posadziłam 20 cebul hiacyntów odmiany 'Fondant' ( pierwsze zdjątko ) i dowaliłam jeszcze 9 cebul odmiany 'China Pink' ( zdjątko nr 2) . W sumie cebule hiacyntów z przeceny kosztowały mnie 24 złocisze bez jednego grosza. Niemal trzydzieści kwiatów przepięknie pachnących w kwietniowe dni będzie swoim widokiem zaświadczało o chwale Wysortów i Przeceniaków!
Pogoda piękna więc cebule można jeszcze spokojnie sadzić. Z moich doświadczeń ogrodowych tak mi wychodzi że w Centralno - Polszcze cebule to można właściwie sadzić do stycznia, o ile tylko aura na to pozwala. Mam za sobą sadzenie narcyzkowych cebul 25 listopada, szafirków 6 grudnia i krokusów wtykanych w ziemię 28 grudnia. Wszystkie te rośliny zakwitły we właściwym dla siebie terminie ku zgrozie Ciotki Elki wieszczącej twardo "wygnicie nieukorzenionych cebul".
Według książkowej ogrodniczej wiedzy to Ciotka Elka była jak najbardziej uprawniona do "czarnowidztwa" - przebiśniegi i narcyze najlepiej sadzić od 15 sierpnia do 15 września, hiacynty i szafirki do końca września a tulipany i krokusy najpóźniej do końca października. No i wtedy wszystko jest zgodne ze sztuką i człowiek może spokojnie spać snem zimowym w poczuciu dobrze wypełnionego cebulowego obowiązku, he, he. A potem przyjdzie zima stulecia, -34 bez okrywy śnieżnej i szlag trafi zarówno cebule nieterminowo posadzone przez maruderów ogrodniczych jak i te prawilno w terminie wkopane przez ogrodowych purystów. Prawda jest bowiem taka że na zimę bezśnieżną a mroźną rady nie ma a cebule tak naprawdę potrzebują tylko od sześciu do ośmiu tygodni chłodu, o czym najlepiej można się przekonać pędząc rośliny cebulowe w domu. Ogrodnicy sadzący wcześnie "cebule wiosenne" po prostu nie ryzykują zawirowań w harmonogramie ogrodowym spowodowanych przez zzimowienie jesieni. Bywają sobie jesienie w których sezon kończy się praktycznie w trzeciej dekadzie października a są i takie w których trwa on w najlepsze jeszcze w okolicach astronomicznego końca tej pory roku. Tegoroczna jesień zafundowała nam jak do tej pory takie sobie przymrozki październikowe ale i całkiem sporo słonecznych dni z temperaturką wymarzoną na ogrodowe prace. Deszczowiło też w miarę, bez przesadyzmu ale na tyle że nie jest bardzo sucho. W związku z taką a nie inną obecną aurą i w miarę optymistycznymi prognozami meteo posadziłam 20 cebul hiacyntów odmiany 'Fondant' ( pierwsze zdjątko ) i dowaliłam jeszcze 9 cebul odmiany 'China Pink' ( zdjątko nr 2) . W sumie cebule hiacyntów z przeceny kosztowały mnie 24 złocisze bez jednego grosza. Niemal trzydzieści kwiatów przepięknie pachnących w kwietniowe dni będzie swoim widokiem zaświadczało o chwale Wysortów i Przeceniaków!
niedziela, 2 listopada 2014
Chryzantemy wyzwolone ( z cmentarnych okowów )
Dzień Zaduszny czyli prawdziwe święto zmarłych a nie tylko tych uświęconych przez Kościół Katolicki. Niedziela więc grobing trwa w najlepsze, Polacy zwyczaj odwiedzania mogiłek traktują poważnie. Wczorajszego wieczoru wysłuchałam opowieści Małgoś Sąsiadki o tym jak obchodzono listopadowe święta przed wojną. W małgosinych okolicach było na ogół bardzo skromnie, na świeże kwiaty układane na grobach mało kogo było stać. Mogiłki ubierano głównie świerczyną i jedliną na której układano "artystycznie" szyszki. Najważniejsze było światełko dla zmarłych, w tym dniu na żaden grób nie mógł być go pozbawiony. Światełko należało się każdemu, wszak śmierć zmywała wszelkie grzechy wobec ludzkiej wspólnoty i Najwyższego. Chryzantemy na grobach to sprawa późniejsza, powojenna. To wtedy nastapiło ich "ucmentarnienie". Przed drugą wojną chryzantemy jeszcze nie były tak mocno związane z cmentarnym świętowaniem, "w kryształowym wazonie" stały sobie "na fortepianie". W starym tangu, nagranym ledwie parę dni przed wybuchem wojny, chryzantemy to kwiaty kojarzone z nostalgią ale jeszcze nie tak jednoznacznie mogiłkowe. Właściwie to miały pozytywne moce, wszak miały koić "smutek i żal".
Od paru lat, na szczęście wracają do łask zarówno ogrodników jak i miłośników kwiatów ciętych. No i bardzo dobrze bo to przepiękne kwiaty, jedne z moich ulubionych. Kocham gorzki zapach chryzantem, ich niesamowitą długość kwitnienia, mnogość kształtów i rozpiętość wielkości kwiatów. Zasługują jak najbardziej na poczesne miejsce w ogrodach i w domowych pieleszach. Na rabaty i do kryształowego wazonu z nimi!
czwartek, 30 października 2014
Nadchodzi listopad
Podstępnie objawiła nam się mroźna twarz jesieni. Dwa dni temu wieczorkiem było zimno ale to dopiero ranek ujawnił paskudność nocy. Na trawie podwórkowej i dachach szopek biało, chwycił przymrozek i objawił się szronem. Oj, nie lubię ja takich niespodzianek pogodowych kiedy trwa czas chryzantem. Mróz warzy płatki kwiatów i psuje mi coroczny chryzantemowy przegląd podcmentarny. No bo dla mnie chryzantemki to nie tylko kwiaty służące do ubierania grobów w Dzień Wszystkich Świętych. Chryzantemy są ukoronowaniem kwitnień jesiennego sezonu. Chętnie bym je zaprosiła do ogrodu ale niestety coś nie lubią się z Alcatrazem ( parę razy próbowałam tzw.oswojenia ). Chryzantemy wielkokwiatowe rzecz jasna nie mają żadnych szans na przeżycie w naszym klimacie, ale te ślicznotki o mniejszych kwiatach, zwane popularnie dąbkami lub dębkami, "udają się " w Polsce całkiem nieźle.
W Alcatrazie rosną tylko te najwytrzymalsze z wytrzymałych czyli złocienie czerwonawe Chrysanetmum grupa Rubellum. Wyjątkowo dobrze rośnie złocień czerwonawy odmiany 'Clara Curtis' i na tym, niestety, kończą się moje sukcesy chryzantemkowe. Inne złocienie jesienne rosną tak sobie, większość tych rarytetniejszych odpływa po kolejnej zimie a ja obiecuję sobie że już nigdy więcej się nie skuszę na chryzantemkowy zakup, never i w ogóle szlus! Trwam w tym postanowieniu tak mniej więcej do połowy października a potem zaczynam się łamać. W okolicach pierwszego jestem już gotowa kupić najtrwalsze i dość wcześnie zakwitające hardcory ( nie ma sensu kupowanie złocieni zakwitających w listopadzie, miałam już takowe i zazwyczaj doczekiwałam się jedynie kiepskawych pąków, a przy lepszej pogodzie mało ciekawych kwiatów ), problem tylko w tym że pod cmentarzami hardcory nie są licznie reprezentowane. Pełno jest delikatniejszych odmian, prowadzonych w "kulę" ( uszczykiwanie wierzchołków do nieprzytomności, zabieg szklarniowy nie do powtórzenia w warunkach ogrodowych, gdzie uszczykiwania nie można przeprowadzać za często ), cieniowanych o odpowiedniej godzinie ( kwitnienie chryzantem to kwestia odpowiedniej dawki światła - to kwiaty krótkiego dnia ), dokarmianych do przesytu i chronionych przed wszelką zarazą. Te delikatesy raczej są radością kwiaciarza niż ogrodnika, ale kuszą jako jednoroczna jesienna ozdoba tarasów czy placyków ogrodowych. Tym bardziej że cena doniczek chryzantemkowych w Zaduszki pikuje na łeb, na szyję.
niedziela, 26 października 2014
Psikus czy cukierek?
Nie jestem miłośniczką świąt świeżo importowanych, radości halloweenowe czy walentynkowe słabo do mnie przemawiają. Po pierwsze wiek już nie ten żeby słodycze sępić groźbą szantażu ( pomysły na psikusy by się znalazły i to takie że murowana groza natychmiastowa i włos dęba staje, he, he ), czy też z utęsknieniem wyglądać tandetnego, czerwonego serduszka ( jak wiadomo w pewnym wieku to już tylko brylanty wielokaratowe na człowieku robią wrażenie, he, he). Nasze całkiem nowe święta ( bo co to jest to ćwierć wieku - jedno pokolenie ) traktuję jako zjawiska handlowe. Co prawda dorobiliśmy się już własnej malutkiej tradycji jaką są protesty niektórych katechetów czy proboszczów przeciwko "szatańskim" zabawom czy protesty Szczeropolaków przeciwko zachodniemu importowi ( mamy własne Dziady, słowiańskie, no dobra z lekkim bałtyjskim wkładem ale w sumie nasze, halloweenów nam nie trzeba, he, he ). Tradycja protestowania przeciw nowemu zwyczajowi nie ma jednak moim zdaniem szans na dłuższe zagoszczenie w naszej kulturze ( protesty tego typu to do siebie mają że po pewnym czasie samoistnie zanikają, wraz z asymilacją zwyczaju).
W sumie do wiary w czary nam niemal tak samo blisko jak Anglosasom. Powszechnie uważa się że ostatnią czarownicą skazaną za czary na ziemiach polskich i jednocześnie w Europie była niejaka Barbara Zdunk z Reszla. Jednak jak się okazuje Barbara nie była sądzona za czary tylko za podpalenie domu, to spalenie jej zwłok na stosie spowodowało że uważano ją za ofiarę procesu o czary. Prawda jest taka że w tym czasie ( 1811 rok ) to już sędziowie mieli postoświeceniowe kodeksy i trzeba było radzić sobie inaczej. Radzono, czego najlepszym przykładem była sprawa Krystyny Ceynowy, poddanej próbie wody ( której nie przeżyła ) przez jej sąsiadów, mieszkańców wsi Chałupy, w 1836 roku. Co prawda Witchcraft Act został odwołany w Wielkiej Brytanii w 1951 roku ( Helen Duncan handlująca tajnymi informacjami jeszcze się zdążyła załapać na proces o czary ), a w 1999 roku na amerykańskim tzw. Midwest zawieszono w prawach ucznia za rzucanie uroków jakąś głęboko wierzącą w czary nastolatkę , jednak i my mamy się czym "pochwalić". Otóż w 2003 roku przed krakowskim sądem toczył się proces w sprawie pomówienia o czary. Dobrego imienia bronił nie będący czarownikiem ( bo wszak wiadomo że czarownicy i czarownice istnieją, he, he ) rolnik z Woli Kalinowskiej. Jego sąsiadka przyuważyła że krowy domniemanego dają coś więcej mleka od jej krów ( wiadomo zauroczenie ) i podzieliła się tym odkrywczym spostrzeżeniem z resztą podkrakowskiej wsi. Proces zakończył się ugodą. Podobno domniemany czarownik w czary nie wierzył ale nie miał pewności czy sąsiedzi też są niewierzący. Jakoś jestem dziwnie spokojnie pewna że świętowanie Halloween wrośnie w tradycję kraju nad Wisłą, he, he.
W sumie do wiary w czary nam niemal tak samo blisko jak Anglosasom. Powszechnie uważa się że ostatnią czarownicą skazaną za czary na ziemiach polskich i jednocześnie w Europie była niejaka Barbara Zdunk z Reszla. Jednak jak się okazuje Barbara nie była sądzona za czary tylko za podpalenie domu, to spalenie jej zwłok na stosie spowodowało że uważano ją za ofiarę procesu o czary. Prawda jest taka że w tym czasie ( 1811 rok ) to już sędziowie mieli postoświeceniowe kodeksy i trzeba było radzić sobie inaczej. Radzono, czego najlepszym przykładem była sprawa Krystyny Ceynowy, poddanej próbie wody ( której nie przeżyła ) przez jej sąsiadów, mieszkańców wsi Chałupy, w 1836 roku. Co prawda Witchcraft Act został odwołany w Wielkiej Brytanii w 1951 roku ( Helen Duncan handlująca tajnymi informacjami jeszcze się zdążyła załapać na proces o czary ), a w 1999 roku na amerykańskim tzw. Midwest zawieszono w prawach ucznia za rzucanie uroków jakąś głęboko wierzącą w czary nastolatkę , jednak i my mamy się czym "pochwalić". Otóż w 2003 roku przed krakowskim sądem toczył się proces w sprawie pomówienia o czary. Dobrego imienia bronił nie będący czarownikiem ( bo wszak wiadomo że czarownicy i czarownice istnieją, he, he ) rolnik z Woli Kalinowskiej. Jego sąsiadka przyuważyła że krowy domniemanego dają coś więcej mleka od jej krów ( wiadomo zauroczenie ) i podzieliła się tym odkrywczym spostrzeżeniem z resztą podkrakowskiej wsi. Proces zakończył się ugodą. Podobno domniemany czarownik w czary nie wierzył ale nie miał pewności czy sąsiedzi też są niewierzący. Jakoś jestem dziwnie spokojnie pewna że świętowanie Halloween wrośnie w tradycję kraju nad Wisłą, he, he.
sobota, 25 października 2014
Październikowe zaciemnienie
No i zbliża się niestety ta paskudna chwila w której cofać będziemy wskazówki zegarów. Wrócimy do czasu środkowoeuropejskiego, ku mojemu wielkiemu niezadowoleniu. Co z tego że godzinkę dłużej pośpię, wolałabym godzinkę dłużej przy jako takim popołudniowym, dziennym świetle pobalować. Nie tylko mnie boli ta zmiana, Mamelon też zawsze w okolicach ostatniej soboty października notuje tzw. obniżenie nastroju. Dżizaas i Małgoś Sąsiadka nie mają "normalnego" obniżenia tylko depresję w stylu doliny Morza Martwego. Znaczy szykuje się coroczne październikowe lekkie załamanie nerwowe. Nie wiem po jaką cholerę majstrują przy czasie, kiedy to ponoć żadnych wielkich oszczędności już nie przynosi ( 100 lat po wprowadzeniu zmian czasu świat się jednak trochę zmienił ). W dodatku "ponurzy" mnie fakt że nawet jak przestaną majstrować to pewnikiem zostaniemy przy czasie zimowym jako przy naszym "naturalnym". Łeeee!
Jak czegoś nijak zmienić nie można to należy próbować się z tym pogodzić. Trochę ciężko mi to idzie ale staram się znaleźć jakieś pozytywy wczesnych jesiennych wieczorów. No więc nic nie wyciąga człowieka z domu ( hym....nie do końca ) i ma więcej czasu na "radości domowych pieleszy". Jesienią najlepiej smakuje herbata, a ta wieczorna z rumem i konfiturką jest the best ( nie wiem dlaczego ale już pod koniec lutego smaki herbaciane jakoś mnie nie nęcą ). Jak człowieka najdzie ochota może wyciągnąć swoje małe"jesienne" filiżaneczki do kawy i urządzić dyskretnie nienarzucające się ( znaczy na chybcika ) party przy świecach. Dżizaas w listopadzie zacznie Wielkie Pierniczenie czyli zarobi piernikowe ciasto dojrzewające. Ja odgrzebię stare przepisy z przedwojennych czasopism, których od wiosny praktycznie nie przeglądam ( przy okazji znowu poczytam porady jak walczyć z kurzym pomorem i hodować króliki angory ).
Wreszcie przeczytam też coś książkowego i nie mam tu na myśli "literatury pracowej".Co prawda jakoś mną nie rzuca strasznie w kierunku dobrej beletrystyki, nawet tej której autorzy nagradzani są Nagrodą Nobla, więc nie będzie bardzo ambitnie. No cóż, czas kiedy człowiek czuł że musi być na intelektualnym topie został pożegnany. Jakoś nic nie zwiastuje aby miał powrócić, Tatuś nazywa to dojrzałym wyborem zainteresowań. Spokojnie, nie będzie czytania tylko i wyłącznie "literatury ogrodowej" ( tralala, większość znanych mi ogrodujących ma solidne księgozbiory takowej literatury i są to tzw. czytadła najmilsze ). Jak czytanie książek to w kocyku i pozycji leżącej, wiadomo że zaraz zjawią się koty i czytanie będzie się odbywało z mruczącym akompaniamentem. Raczej nie będzie w związku z tym pomrukiwaniami trwało zbyt długo, kocie mruuum, mruuum działa na mnie usypiająco. Znaczy w jesienne wieczorki można liczyć na regularne drzemki.
Zacznę palić świeczki, rozjaśnianie jesienno - zimowych ciemności żywym ogniem ma dla mnie wielki urok. Kto wie czy przy zapowiadanych podwyżkach cen prądu nie przejdę na oświetlanie świecami, he, he. Najbardziej przemawiają do mnie zapalone woskowe świece, zapach świeżego palonego wosku jest cudowny. Niestety z tym cudownym zapachem idzie w parze nie mniej cudowna cena! Człowiekowi zostaje wmawianie sobie że parafina też jest cool i cieszenie się płomieniem ( radości piromana). Nie lubię świec zapachowych, nie palę ich bo mam w wrażenie że w domu działa Chemiczny Ali, czasem zdarza mi się palić lampki olejowe, ale i w tym wypadku wybieram oleje bez zapachowych ulepszaczy. Co innego z zapalaniem świeczuszki pod kominkiem aromaterapeutycznym, zapach olejku neroli ( delikatny, bez przesadyzmu ) roznosi się po chałupie a ja czuję się niemal świątecznie.
To tyle przypomniało mi się radości wczesnych jesiennych wieczorów, dużo tego nie ma ale co robić?! Awanturę Wielkiemu Astronomicznemu że żyję w tej a nie innej szerokości geograficznej. Jeszcze usłyszę z Niebios poleconko wyniesienia się na własną rękę do południowej Kalifornii, gdzie ponoć pory roku nie istnieją albo wypomni mi się że Eskimosi mają teraz gorzej. Lepiej Zwierzchności nie prowokować! Wczesne jesienne wieczory trzeba jakoś znieść, nie ma zmiłuj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















