wtorek, 11 listopada 2014

Viola Story czyli fiołki to nie tylko odoratki

Viola to łacińska nazwa rośliny z rodzaju Violaceae , do którego  zaliczamy fiołki i bratki. Brzmi dla ucha ta nazwa  przepięknie, a rośliny  nią nazwane równie pięknie prezentują  się naszym oczom. Jak do tego  dodamy zapach niektórych gatunków fiołków to mamy niemal roślinę  doskonałą.Jej wielkość nie ma tu zbyt wielkiego znaczenia, fiołki są żywym potwierdzeniem tezy że "Małe jest piękne". W  przypadku rabat ogrodowych to szczególnie wtedy  jak małe  występuje masowo. Nie dziwi człowieka że kwiat ten był poświęcony Afrodycie, najpiękniejszej z bogiń ( co prawda w czasie tzw. Sądu Parysa doszło do jawnej korupcji,  łapówka została  inteligentnie  przemyślana i niewątpliwie najcwańsza z bogiń została tą najpiękniejszą, he, he ). Pochodzenie  fiołka wg. wierzeń  starożytnych Greków było hym....tego... krwawe i  obłędne. Mity greckie przypisywały powstanie fiołków tajemniczej  mocy krwi oszalałego samobójcy Ajaksa lub samokaleczeniu niemniej szalonego boga Attisa ( czegóż to  ten biedny frygijski  bożek nie poświęcił żeby człowiek  mógł się cieszyć wiosennymi urokami fiołkowych łanów, strach się bać ).  Jest  jeszcze co prawda  wersja z powstaniem fiołka z oddechu kochanki Zeusa, nimfy Io, niby mniej krwawa ale nie pozbawiona elementu szaleństwa. Małżonka  Zeusa, zazdrosna Hera ( zero tolerancji dla związku otwartego, dla Zeusa  rzecz jasna, he, he ), zesłała  na biedną  Io dokuczliwego  owada który przyprawił  nimfę  o szaleństwo  ( leczone szybką ewakuacją do Egiptu ).

Te antyczne echa związku fiołków z szaleństwem widać  u Shakespear'a, to fiołki miały porastać  grób Ofelii i robić  za  jeszcze jeden wyrzut  sumienia  u Hamleta ( wszak  książęce uczucie  było tak nietrwałe  jak kwiaty  fiołków ). No  i dochodzimy  do tej jakże  niemiłej dla ogrodnika sprawy - długości kwitnienia. Viola  odorata, jak większość roślin kwitnących bardzo  wczesną wiosną, dla trwałości kwiatów wymaga odpowiedniej temperatury. Podobnie jak wiosenne cyklameny, przebiśniegi i krokusy źle reagują na tzw. wiosnę nagle  rozbuchaną  tak  i fiołek wonny reaguje szybkim przekwitaniem. Sadzenie w cieniu niespecjalnie dużo daje, szczególnie  jeżeli jest  to taki "sezonowy" cień drzew liściastych jak ma to miejsce w przypadku Alcatrazu (  w marcu, kwietniu na fiołkowisku jest patelnia, co służy bardzo uwalnianiu fiołkowej woni  ). Niestety w przypadku Viola  odorata człowiek skazany jest na kaprysy wiosennej aury, pozostaje mu tylko zaklinać pogodę. Na szczęście  jednak fiołki są nie tylko fioletowe ( nazwa barwy pochodzi  od nazwy łacińskiej fiołków, oczywiście  solidnie ją spolszczyliśmy ) i nie tylko wonne. Oprócz Viola  odorata możemy  uprawiać i inne fiołki, o późniejszym terminie kwitnienia,  niemal  pozbawione woni ale za to bardziej odporne na wiosenne przygrzewanie. Są nawet takie hardcory w tej rodzinie jak ogrodowe mieszańce Viola x wittrockiana czy Viola x williamsiana lub Viola cornuta, znane jako bratki ogrodowektóre spokojnie znoszą słoneczne stanowiska i kwitną długo i wytrwale.  Jednak nie o bratkach jest ten post a o fiołkach które mają prawo do nazwy bylina tzn. nie wymagają  wysiewania w takim cyklu jak rośliny dwuletnie. Pominę jedynie gatunek  Viola odorata ( pierwsza fotka ), bo on  jako mój ulubiony zasługuje na osobny  wpis.

Jako  pierwszego  przedstawiam tu fiołka motylkowatego  Viola sororia, roślinę pochodzącą z Ameryki Północnej, wdzięczną  i na ogół niezwykle prostą w uprawie ( jak dla mnie jest jeden wyjątek od prostoty tej  hodowli ). Chyba wspominałam już o niej w poście o roślinach pod leszczynę Magdzioła. Uprawiam pięć odmian co do których mam pewność  że to fiołki motylkowate: 'Freckles' ( drugie zdjątko ), 'Albiflora' ( zdjątko nr 3 ), 'Rubra' ( fotka czwarta ) i odmiany których nie ma na zdjęciach - 'Variegata' i 'Priceana'. Najsłabiej rośnie mi odmiana 'Variegata' co mnie  nie dziwi bo variegatowate odmiany roślin często wymagają większej  staranności w uprawie. 'Variegata' musi mieć zdecydowanie bardziej cieniste stanowisko niż  reszta odmian fiołków motylkowych, mam wrażenie że i gleba dla niej powinna być z tych solidniejszych.  Tę odmianę  trzeba często odmładzać, co jest dla mnie problematyczne, bo wolniej osiąga ona rozmiary kępy satysfakcjonującej moje ogrodnicze ego. Ledwie dorośnie toto do właściwej wielkości a już  trzeba dzielić  i "da capo al fine" czyli mam ten  sam problem co z żurawkami.  No cóż, nie jest to odmiana, która mnie  powala , mimo że doceniam urodę i rolę rozjaśniacza cienia, którą świetnie  grają jej piękne liście.

'Albiflora' to taki "fiołek podstawowy". Bardzo obficie kwitnie na słonecznych stanowiskach, na półcienistych też wcale nie gorzej mu  idzie. Kwiaty rzeczywiście wyglądają jak białe motylki. Odmiana  'Priceana' robi na mnie jednak większe wrażenie. Jej kwiaty nie są już takie motylo lekkie, chabrowe oko splecione z wielu żyłek nieco je  optycznie "dociąża". Tej odmiany nie sposób przegapić. 'Freckles' traktuję jako ogniwo łączące dwie wcześniej  wymienione
odmiany. Mam wrażenie  że kwiaty tego  fiołka są nieco drobniejsze niż  innych  fiołków motylkowych. Ale  może  to tylko u mnie 'Freckles' tak ma. Największymi kwiatami jak do tej pory obdarzyła  ogród odmiana 'Rubra'. Nie da się ich nie zauważyć, tym bardziej że  kolorek z tych wyrazistych. Fiołki dość  łatwo się rozsiewają (  słówko dość  to jest eufemizm, jak im podpasi to nie ma zmiłuj - klasyczne  ścierwo ogrodowe z nich wyłazi ), jeżeli jednak chcemy zachować w miarę powtarzalne cechy to lepiej fiołki dzielić. Co prawda niby siewki powtarzają cechy  roślin matecznych ale po pierwsze primo to istnieje coś takiego  jak słynna "zmienność w obrębie taksonu", po drugie secundo jak  uprawiamy parę odmian "motylków"  to można liczyć na niespodzianki.

Dla mnie takowe niespodzianki mają swój urok, choć genealogia raczej nie w stylu ciotkowo-makowieckim ( same enenki, z wkładem nie tylko fiołków motylkowych ale i innych przedstawicieli rodzaju ). Przypuszczam że takim niespodziankiem jest  ten fiołek przywleczony z Szewczykowa. Jest uroczy i "dobrze rosnący", co przekonuje mnie do tego że  ma  sporo genów  Viola sororia. Nie da się bowiem ukryć że moje fiołkowe sukcesy to  głównie są odoratkowe i motylkowate, z uprawą  innych fiołków to  bywa w Alcatrazie bardzo  różnie. O ile  europejscy i amerykańscy  przedstawiciele  fiołkowej familii sprawują  się bardzo dobrze, o tyle azjatyckie fiołkowe piękności bezczelnie  grymaszą. Wszelkie  chińskie, koreańskie, japońskie fiołki i ich mieszańce rosną  wstecz, doprowadzając mnie do szału! Diabli wiedzą dlaczego gardzą alcatrazowymi stanowiskami, lekturę na temat ich uprawy  odbębniłam starannie. Od paru lat wędruję z nimi po różnych miejscach w ogrodzie , mając nadzieję że w końcu im kiedyś  dogodzę i doczekam się porządnych łanów fiołkowych azjatyckiego pochodzenia. Wiadomo czyją mamusia jest nadzieja, ale matkę  kochać  należy!

Ciekawym, dobrze rosnącym i miłym dla oka fiołkiem jest wszędobylski  ( Azja, Północna Afryka, Europa i Grenlandia ) fiołek leśny czyli  Viola reichenbachiana znany też  jako Viola  silvestris. Do Alcatrazu trafił z przyulicznego trawnika.  Leśny dorasta w Alcatrazie do niemal dwudziestu  pięciu centymetrów ( na trawniku bujał się w okolicach piętnastu  ) i jest doskonałym wypełnieniem "fiołkowej martwej  chwili",  która następuje w Alcatrazie po przekwitnięciu odoratek. Zanim zakwitną fiołki motylkowe  to fiołek leśny reprezentuje fiołkową familię. Pełnienie honorów wychodzi mu bardzo  dobrze, chyba brak zapachu powoduje że ten fiołek nie jest powszechnie uprawiany w  ogrodach. A szkoda! Kolejny fiołek jest dla mnie zagadką, nie pamiętam skąd  go mam i czy w ogóle on jest "skądesiowy", czy też to tzw.  wykwit Alcatrazu. Stawiałabym na to że to może oryginalny "czysty gatunek" motylkowatego, ale ponoć czysty motylkowaty ma kwiaty  takiej sobie  wielkości, mniejsze niż kwiaty odmianowych, a ten roślinek "wypracowuje" naprawdę duże kwiaty. Niewiele mniejsze niż odmiana 'Rubra'. Rośnie bardzo dobrze, w tempie charakterystycznym dla motylkowatych. Wygląda na to że  to jakiś wesoły mutancik.


Viola jooi czyli fiołek transylwański to gość z cieplejszych rejonów Europy, roślina pochodzi rzecz jasna z krainy  Draculi.  Jak na południowca przystało ten fiołek lubi się wygrzewać, zdecydowanie bardziej niż  półcień służą mu  słoneczne stanowiska w Alcatrazie. W takich warunkach dobrze się rozwija i wręcz ekspresowo rozsiewa ( u Mamelona jego siewki powoli stają  się plagą ).  Kępy   są w nasłonecznionych miejscach znacznie bardziej trwałe ( nie jest to roślina długowieczna ) niż  te  sadzone w półcieniu..  Fiołek transylwański jest rośliną znacznie mniejszą niż fiołki motylkowate, czy fiołek leśny - dorasta zaledwie do piętnastu centymetrów.  Jednak mimo tego że niespecjalnie wyrośnięty Viola jooi przykuwa w maju  wzrok. W bardzo mroźne zimy temu fiołkowi może się zdrowo oberwać, nie znosi numerów  typu  mróz bez śniegu! Jak dla mnie jednak ten fiołek jest must have.  Do Alcatrazu trafił  dzięki  Markowi ( chwała mu za to ).


 Pochodzący z solidnie północnej  części Ameryki Północnej fiołek labradorski o purpurowych liściach czyli Viola labradorica 'Purpurea' jest fiołkiem  "składkowym". Do mojego ogrodu zawitał za sprawą  Mamelona, Doro - Danuty i  Fafika. Podobnie  jak w przypadku fiołka transylwańskiego bardziej mu u mnie paszą słoneczne stanowiska. Na nich liście tego   niewysokiego fiołka  ( na maksa dziesięć centymetrów ) wybarwiają się na niemal czarny kolor. Dzięki takiemu wybarwieniu liści fiołek labradorski 'Purpurea' to perełka wśród roślin okrywowych. Do dziś mam  przed oczyma świetne zestawy z nim w roli głównej w RHS Roosemor.To  jeden z tych fiołków, który jest piękny nie tylko w okresie kwitnienia ale niemal przez cały sezon. Niestety  nie pachnie, no ale nie można mieć wszystkiego, i tak ten mały amerykański klejnocik jest bliski fiołkowego ideału.  Jego stanowiska w Alcatrazie będą się rozrastać. On sam zresztą na to pracuje ładnie się siejąc. Ja wspomagam mnożenie dzieląc  kępy. Niby powinno to się robić  jesienią ale  bez przesadyzmu, fiołki podzielone wczesna wiosną też dają  sobie radę, choć kwitnienie nie jest wówczas zabójcze. Żeby  wszystkie fiołki chciały tak ze mną  i Alcatrazem współpracować  jak labradorski 'Purpurea' to byłabym w fiołkowym niebie.

Ostatnim dziś prezentowanym fiołkiem jest Viola palmata. Nie wiem czy dorobił się już oficjalnej polskiej nazwy, wśród "ogrodowych ludzi" znany  jest jako fiołek palmowy. Pochodzi ze wschodniej Ameryki Północnej. Do Alcatrazu trafił dwiema drogami, z Szewczykowa  i z  ogrodu Krysi, która strasznie na niego narzekała ( znaczy na fiołka, nie na ogród ).  Rośnie u mnie całkiem całkiem, choć nie jest to taka  ekspansja jak w przypadku innych fiołków ( może ma trochę  za kwaśną ziemię ). Dorasta do piętnastu centymetrów wysokości ale  kępy nie robią zbyt imponującego wrażenia  ( przynajmniej na mnie, może to wina Alcatrazu ). Kwitnie mniej więcej w tej porze w której zakwitają pierwsze fiołki motylkowate (  u mnie 'Albiflora' jest najbardziej wyrywna ). Kwiaty ma interesujące, w  ogóle  to on jest z tych fiołków ciekawych, może niekoniecznie najpiękniejszych, he, he. Od niedawna zaczął się  u mnie siać, jest więc  szansa na większe ( bardziej widoczne  ) stanowisko. W Alcatrazie ten fiołek zajmuje półcieniste  stanowisko ale przyuważyłam że jego siewki wyłażą na nasłonecznionych miejscach. Być  może w takich warunkach świetlnych jest mu lepiej, rozważam przesadzenie starszych kęp  ( z podziałem  ) w przyszłym sezonie ( najlepiej wiosną ).
 Teraz troszkę o warunkach  glebowych dla wszystkich przedstawionych tu fotkowo fiołków ( pomijam te azjatyckie, bo brak sukcesu hodowlanego uniemożliwia mi dzielenie się  "dobrym doświadczeniem " ). Fiołki zniosą niemal wszystko o ile  tylko będą mieć  dobrą próchniczą glebę, w miarę  wilgotną, o obojętnym  lub lekko zasadowym odczynie. Nie są roślinami wymagającymi stałego nawożenia ale dobrze  im robi od czasu do czasu coś  dobrego  "do jedzenia". Szaleją za podłożem podpieczarkowym, podejrzewam ze z powodu końskiej "zawartości" owego podłoża. Potrafią nieźle bujnąć po takim papu. No, i to by było na tyle!

niedziela, 9 listopada 2014

Jak ten czas leci!


No i minął  Blogiemu już  roczek. Czas na podsumowanie! Za piknie to nie jest bo mimo moich szumnych zapowiedzi odnośnie gadżetów, podklejań i wklejań, linków jedyne co zrobiłam to lekkie przyporządkowanie. We wrześniu mi się to zdarzyło, niemal jedenaście miesięcy po  rozpoczęciu pisaniny. A czasu Jej Głupowatości proces  porządkowy zajął, ho, ho! Nigdy  nie byłam mocna w cyberbajkach, za czasów mojej  młodości komputry  widziało się  w telewizji, były potężnymi krowami, które  nijak nie pasowały gabarytowo do socmieszkanek typu M 3. Szaconek i nabożną  zgrozę się czuło na widok maszyny wypluwającej perforowany papier i automatycznie piszącej. A teraz proszę PC - komputry to przeżytek, młode posługują się  masowo wszystkim zaczynającym na literę I ( czyli jak to wymawiają "Aj" ),  a ja jestem  relikt  PRL - u, cud natury czyli  żywa skamielina. A poza tym to bezczelnie się przyznaję że wolę pisać niż  ślęczeć nad tym jak co  przenieść  i gdzie powklejać (  mam tajny  blog testowy, tak w nim narozrabiałam że wymaga kompletnego resetu ). Jednak czuję że powinnam trochę  fałd  przysiedzieć i opanować  choć wklejanie linków spoza własnego bloga , bo przyjacioły mnie powklejały a ja jak ten sobek  nie zalinkowałam. Znaczy na pierwsze urodziny bloga mam już lekkiego kaca moralnego ( hangover drugiego  stopnia ) z powodu grzychu blogosferowego.

Jak już o grzychach pitu - pitu to powinnam  też solidnie popracować nad stajlem. Piszę niezdrowo zawile, na szczęście udało się uniknąć tzw. opowieści szkatułkowych ( sposób opowiadania  dla mnie charakterystyczny, zgroza i ból zęba ), choć nie jestem pewna czy tak do końca, hym....tego. Inny  grzych to  anielskość mego charakteru niemal wyciekająca z monitora, mam nadzieję że  jednak autocenzura jest na tyle skuteczna że czytający moje wypociny nie czują  się porażeni jadem ukrytym w niewinnych z pozoru sformułowaniach. Czasem tak mam że bez  zastanowienia mówię to co czuję i myślę a potem się okazuję  że sprawiłam komuś  przykrość ( najczęściej niestety tę przykrość  odczuwają akurat nie ci co powinni ). Niby słowo pisane jako bardziej skomplikowana sprawa wymaga więcej refleksji, ale różnie to bywa i czasem udaje mi się mimowolnie kogoś  pisemnie ujadzić. Nie jest to tak żebym ja sobie tylko pod  publiczkę pisała ale nie lubię ( u siebie też  ) tzw. szczerości "napastliwej". Z mojego doświadczenia życiowego wynika że od tego typu szczerości jest dość  blisko do prawd absolutnych i jedynie słusznych. Znaczy za wszelkie blogowe grzychy szczerze żałuję i obiecuję poprawę. Pamiętajcie jednak Kochani że ten  mój anielski charakter to jest po tych upadłych aniołach i bądźcie proszę  wyrozumiali jeżeli w przyszłości zdarzy mi się nadal  grzeszyć.

środa, 5 listopada 2014

Wysorty i Przeceniaki

Tratata, sezon, sezon i po sezonie! Znaczy nastał radosny czas łowów na Wysorty i Przeceniaki. Oczywiście "mła" się rzuciła i zanabywszy cebule hiacyntów. Mamelon też się nakręciła  i zakupiła przecenione cebulki narcyzkowe. Do  Wysortów  i Przeceniaków mamy obie szczęście. Dzielony z Mamelonem zakup  z Rosemoor, czyli Geranium clarkei 'Kashmir Pink' jest chyba  moim najładniejszym  "bodziszkiem udziałowym". Przecenione cebule kupione parę lat temu były zaś  jednymi z nielicznych zakupów cebulowych w których zgodność odmianowa nie stanowiła problemu.  Od pewnego czasu  z powodu tego  problemu dokonuję zakupów  cebulowych głównie w marketach budowlanych ( w  tym roku zaryzykowałam też z lidlowską ofertą ). Czar allegrowych hurtowni przestał na mnie działać!
Pogoda piękna więc cebule można jeszcze spokojnie sadzić. Z moich doświadczeń ogrodowych tak  mi wychodzi że w Centralno - Polszcze  cebule  to można właściwie sadzić do stycznia, o ile tylko aura na to pozwala.  Mam za sobą sadzenie narcyzkowych cebul 25 listopada, szafirków 6  grudnia i  krokusów wtykanych w ziemię 28  grudnia. Wszystkie te rośliny  zakwitły we właściwym dla siebie terminie ku zgrozie  Ciotki Elki  wieszczącej twardo "wygnicie nieukorzenionych cebul".

Według książkowej ogrodniczej wiedzy to Ciotka  Elka była jak najbardziej uprawniona do "czarnowidztwa" - przebiśniegi  i narcyze najlepiej sadzić od 15 sierpnia do 15 września, hiacynty i szafirki  do końca września a  tulipany i krokusy najpóźniej do końca października. No i wtedy wszystko jest zgodne ze sztuką i człowiek może spokojnie  spać snem zimowym w poczuciu dobrze wypełnionego cebulowego obowiązku, he, he. A potem przyjdzie zima stulecia, -34 bez okrywy śnieżnej i szlag trafi zarówno cebule nieterminowo posadzone przez maruderów ogrodniczych jak i te prawilno w terminie wkopane przez ogrodowych purystów. Prawda jest bowiem taka że na zimę bezśnieżną a mroźną rady nie ma a cebule tak naprawdę potrzebują tylko od sześciu do ośmiu tygodni chłodu, o czym najlepiej można się przekonać pędząc rośliny cebulowe w domu. Ogrodnicy sadzący wcześnie "cebule  wiosenne"  po prostu nie ryzykują zawirowań w harmonogramie  ogrodowym spowodowanych  przez zzimowienie  jesieni. Bywają sobie jesienie w których sezon kończy się  praktycznie w  trzeciej dekadzie  października a są i takie w których trwa on w najlepsze jeszcze w okolicach astronomicznego końca  tej pory roku. Tegoroczna  jesień zafundowała nam  jak do tej  pory takie sobie  przymrozki październikowe ale i całkiem sporo słonecznych dni z temperaturką wymarzoną na ogrodowe  prace. Deszczowiło też  w miarę, bez przesadyzmu ale na tyle że nie jest bardzo sucho. W związku z taką a nie inną obecną aurą i w miarę optymistycznymi prognozami meteo posadziłam 20 cebul hiacyntów odmiany 'Fondant' ( pierwsze zdjątko  ) i dowaliłam jeszcze 9 cebul odmiany  'China  Pink'  ( zdjątko nr 2) . W sumie cebule hiacyntów z przeceny kosztowały mnie 24 złocisze bez jednego grosza. Niemal trzydzieści kwiatów przepięknie pachnących w kwietniowe dni będzie swoim widokiem zaświadczało o chwale Wysortów i Przeceniaków!

niedziela, 2 listopada 2014

Chryzantemy wyzwolone ( z cmentarnych okowów )



Dzień Zaduszny czyli prawdziwe święto zmarłych a nie tylko tych uświęconych przez Kościół  Katolicki. Niedziela  więc  grobing trwa w najlepsze, Polacy zwyczaj odwiedzania mogiłek traktują  poważnie. Wczorajszego wieczoru wysłuchałam opowieści  Małgoś Sąsiadki o tym jak obchodzono listopadowe święta przed wojną. W małgosinych  okolicach było na ogół bardzo skromnie, na świeże  kwiaty układane na grobach mało kogo było stać. Mogiłki ubierano głównie świerczyną  i jedliną na której  układano "artystycznie" szyszki. Najważniejsze było światełko dla zmarłych, w tym dniu na żaden grób nie mógł być  go pozbawiony. Światełko należało się każdemu, wszak śmierć zmywała wszelkie  grzechy wobec ludzkiej wspólnoty i Najwyższego. Chryzantemy na grobach to sprawa późniejsza, powojenna. To wtedy nastapiło ich "ucmentarnienie".  Przed drugą wojną  chryzantemy jeszcze nie były tak mocno związane z cmentarnym świętowaniem,  "w kryształowym wazonie" stały sobie "na fortepianie". W starym tangu, nagranym ledwie parę dni przed wybuchem wojny, chryzantemy  to kwiaty kojarzone z nostalgią  ale jeszcze nie tak jednoznacznie mogiłkowe. Właściwie to miały  pozytywne moce, wszak miały  koić  "smutek i żal".
Od paru lat, na szczęście wracają do łask zarówno ogrodników jak i miłośników kwiatów ciętych. No i bardzo dobrze bo  to przepiękne kwiaty, jedne z moich ulubionych.  Kocham  gorzki zapach chryzantem, ich niesamowitą długość kwitnienia, mnogość kształtów i rozpiętość  wielkości  kwiatów. Zasługują jak najbardziej na poczesne miejsce w ogrodach i w domowych pieleszach.  Na  rabaty i do kryształowego wazonu z nimi!




czwartek, 30 października 2014

Nadchodzi listopad


Podstępnie objawiła nam się mroźna twarz jesieni. Dwa dni temu wieczorkiem było zimno ale to dopiero ranek ujawnił paskudność nocy. Na trawie podwórkowej  i dachach szopek biało, chwycił przymrozek i objawił się szronem. Oj, nie lubię ja takich niespodzianek pogodowych kiedy trwa  czas chryzantem. Mróz  warzy płatki kwiatów i psuje mi coroczny chryzantemowy  przegląd podcmentarny.  No bo dla mnie chryzantemki to nie tylko kwiaty służące do ubierania grobów w Dzień  Wszystkich Świętych. Chryzantemy są ukoronowaniem  kwitnień jesiennego sezonu.  Chętnie bym  je zaprosiła do ogrodu ale niestety coś  nie lubią się z Alcatrazem ( parę razy próbowałam tzw.oswojenia ).  Chryzantemy wielkokwiatowe  rzecz jasna nie mają żadnych szans na przeżycie w naszym klimacie, ale  te  ślicznotki o mniejszych kwiatach, zwane popularnie dąbkami lub  dębkami, "udają się " w Polsce całkiem  nieźle.

W Alcatrazie rosną  tylko te najwytrzymalsze z wytrzymałych czyli złocienie czerwonawe Chrysanetmum  grupa Rubellum. Wyjątkowo  dobrze rośnie złocień czerwonawy odmiany 'Clara Curtis' i na tym, niestety, kończą  się moje sukcesy chryzantemkowe. Inne złocienie jesienne rosną tak sobie, większość tych rarytetniejszych odpływa po kolejnej zimie a ja obiecuję sobie że już nigdy więcej się nie skuszę na  chryzantemkowy zakup, never i w ogóle szlus! Trwam w tym postanowieniu tak mniej więcej do połowy października a potem zaczynam się łamać.  W okolicach pierwszego jestem  już gotowa kupić  najtrwalsze i dość wcześnie zakwitające hardcory ( nie ma sensu kupowanie złocieni zakwitających w listopadzie, miałam już takowe i zazwyczaj doczekiwałam się jedynie  kiepskawych pąków, a przy lepszej pogodzie  mało ciekawych kwiatów ), problem tylko w tym że pod  cmentarzami hardcory nie są licznie reprezentowane. Pełno jest delikatniejszych odmian, prowadzonych w  "kulę" ( uszczykiwanie wierzchołków do nieprzytomności, zabieg szklarniowy nie do powtórzenia w warunkach ogrodowych, gdzie uszczykiwania nie można przeprowadzać za często ), cieniowanych o odpowiedniej godzinie  ( kwitnienie chryzantem to kwestia odpowiedniej dawki światła - to kwiaty  krótkiego dnia ), dokarmianych do przesytu i chronionych  przed wszelką zarazą. Te delikatesy raczej są radością kwiaciarza niż ogrodnika, ale kuszą jako jednoroczna jesienna ozdoba  tarasów czy  placyków ogrodowych. Tym bardziej że cena doniczek chryzantemkowych w Zaduszki pikuje na łeb, na szyję.








niedziela, 26 października 2014

Psikus czy cukierek?

Nie jestem miłośniczką świąt świeżo importowanych, radości halloweenowe czy walentynkowe słabo do mnie przemawiają. Po pierwsze wiek już nie ten żeby słodycze sępić groźbą szantażu ( pomysły na psikusy by się znalazły i to takie  że murowana groza natychmiastowa i włos dęba staje, he, he ), czy też  z utęsknieniem wyglądać tandetnego, czerwonego serduszka ( jak wiadomo w pewnym wieku to już tylko brylanty wielokaratowe na człowieku robią wrażenie, he, he). Nasze całkiem  nowe święta ( bo co to jest to ćwierć wieku - jedno pokolenie ) traktuję jako zjawiska handlowe. Co prawda dorobiliśmy się już własnej malutkiej tradycji jaką są  protesty  niektórych katechetów czy proboszczów przeciwko "szatańskim" zabawom czy  protesty Szczeropolaków przeciwko zachodniemu importowi ( mamy własne Dziady, słowiańskie, no dobra z lekkim bałtyjskim wkładem ale w sumie nasze,  halloweenów nam  nie trzeba, he, he ). Tradycja protestowania przeciw  nowemu zwyczajowi nie ma jednak moim zdaniem szans na dłuższe zagoszczenie w naszej kulturze ( protesty tego typu to do siebie mają że po pewnym czasie samoistnie zanikają, wraz z asymilacją zwyczaju).

W sumie do  wiary w czary nam niemal tak samo blisko  jak  Anglosasom.   Powszechnie uważa się że ostatnią czarownicą  skazaną za  czary na ziemiach polskich i jednocześnie w Europie  była niejaka Barbara Zdunk z Reszla.  Jednak  jak się okazuje Barbara nie była sądzona za czary tylko za podpalenie  domu, to spalenie jej  zwłok na stosie spowodowało że uważano ją za ofiarę  procesu  o czary. Prawda jest taka że w  tym czasie ( 1811 rok   ) to już  sędziowie mieli postoświeceniowe  kodeksy i trzeba było radzić sobie  inaczej. Radzono, czego najlepszym przykładem była  sprawa Krystyny Ceynowy, poddanej  próbie wody ( której  nie przeżyła ) przez jej sąsiadów, mieszkańców  wsi Chałupy, w 1836 roku.  Co prawda Witchcraft Act został odwołany w Wielkiej Brytanii w 1951 roku ( Helen Duncan handlująca tajnymi informacjami jeszcze się zdążyła załapać na proces o czary ), a w 1999 roku na amerykańskim tzw. Midwest zawieszono w prawach ucznia za rzucanie uroków jakąś głęboko wierzącą w czary nastolatkę ,  jednak i my mamy się  czym "pochwalić".  Otóż w  2003 roku przed  krakowskim sądem toczył się proces w sprawie pomówienia  o czary. Dobrego imienia bronił  nie będący  czarownikiem ( bo wszak wiadomo że czarownicy  i czarownice istnieją, he, he  ) rolnik z Woli Kalinowskiej.  Jego sąsiadka przyuważyła  że krowy domniemanego dają coś więcej mleka od  jej  krów ( wiadomo zauroczenie ) i podzieliła się  tym odkrywczym spostrzeżeniem z resztą podkrakowskiej wsi. Proces zakończył się ugodą. Podobno domniemany czarownik w czary nie wierzył ale nie miał pewności czy sąsiedzi też są niewierzący.  Jakoś jestem dziwnie spokojnie pewna że świętowanie Halloween wrośnie w  tradycję kraju nad Wisłą, he, he.

sobota, 25 października 2014

Październikowe zaciemnienie


No i zbliża się niestety ta paskudna chwila w której  cofać będziemy wskazówki zegarów. Wrócimy do czasu środkowoeuropejskiego, ku mojemu wielkiemu  niezadowoleniu. Co z tego że godzinkę dłużej pośpię, wolałabym godzinkę dłużej przy jako takim popołudniowym, dziennym świetle pobalować. Nie tylko mnie boli ta zmiana, Mamelon też zawsze w okolicach ostatniej soboty października notuje tzw.  obniżenie nastroju. Dżizaas i Małgoś Sąsiadka nie mają "normalnego" obniżenia  tylko depresję w stylu  doliny Morza Martwego. Znaczy szykuje  się coroczne październikowe lekkie załamanie nerwowe. Nie wiem po jaką cholerę  majstrują przy czasie, kiedy to ponoć żadnych wielkich oszczędności już nie przynosi ( 100 lat po wprowadzeniu zmian czasu świat się jednak trochę zmienił ). W dodatku  "ponurzy" mnie fakt że nawet jak  przestaną majstrować  to pewnikiem zostaniemy przy czasie zimowym jako przy naszym "naturalnym". Łeeee!

Jak czegoś nijak zmienić  nie można to należy próbować się z tym pogodzić. Trochę ciężko mi to idzie ale staram się znaleźć  jakieś pozytywy wczesnych jesiennych wieczorów. No więc nic nie wyciąga  człowieka z domu ( hym....nie do końca ) i ma więcej czasu na "radości domowych pieleszy". Jesienią  najlepiej smakuje herbata, a ta wieczorna z rumem i konfiturką jest the best ( nie wiem dlaczego ale już pod  koniec lutego smaki  herbaciane jakoś mnie  nie nęcą ). Jak człowieka najdzie ochota może wyciągnąć  swoje małe"jesienne" filiżaneczki do kawy i urządzić dyskretnie nienarzucające się ( znaczy na chybcika ) party przy świecach. Dżizaas w listopadzie zacznie  Wielkie Pierniczenie czyli zarobi piernikowe ciasto dojrzewające. Ja odgrzebię stare przepisy z przedwojennych  czasopism, których od wiosny praktycznie nie przeglądam ( przy  okazji znowu poczytam porady jak walczyć z kurzym pomorem i hodować króliki angory ).

Wreszcie przeczytam też coś  książkowego i nie mam tu na myśli "literatury  pracowej".Co  prawda jakoś mną nie rzuca strasznie w kierunku dobrej beletrystyki, nawet tej której autorzy nagradzani są  Nagrodą  Nobla, więc  nie  będzie bardzo ambitnie. No cóż,  czas kiedy człowiek  czuł że musi być na  intelektualnym  topie został  pożegnany. Jakoś nic nie zwiastuje aby miał powrócić, Tatuś nazywa  to dojrzałym wyborem zainteresowań. Spokojnie, nie będzie czytania tylko i wyłącznie "literatury ogrodowej" ( tralala, większość znanych mi ogrodujących ma solidne księgozbiory takowej literatury i są to  tzw.  czytadła najmilsze ). Jak czytanie książek to w kocyku i pozycji leżącej, wiadomo że zaraz zjawią się koty i czytanie będzie się odbywało z mruczącym akompaniamentem. Raczej nie będzie w związku z tym pomrukiwaniami trwało zbyt  długo, kocie mruuum, mruuum działa na mnie usypiająco. Znaczy w jesienne wieczorki  można liczyć na regularne drzemki.

Zacznę palić świeczki, rozjaśnianie  jesienno - zimowych ciemności żywym ogniem ma dla mnie wielki urok. Kto wie czy przy zapowiadanych podwyżkach cen prądu nie przejdę na oświetlanie świecami, he, he. Najbardziej przemawiają do mnie  zapalone  woskowe świece, zapach świeżego palonego wosku jest cudowny. Niestety z tym cudownym zapachem idzie w parze nie mniej cudowna cena! Człowiekowi zostaje  wmawianie sobie że parafina też jest cool  i cieszenie się płomieniem ( radości piromana). Nie lubię świec zapachowych, nie palę ich bo mam w wrażenie że w domu działa  Chemiczny Ali, czasem zdarza mi się palić lampki olejowe, ale i w tym wypadku wybieram oleje bez zapachowych ulepszaczy. Co innego z zapalaniem świeczuszki pod  kominkiem aromaterapeutycznym, zapach olejku neroli  ( delikatny, bez przesadyzmu ) roznosi się po chałupie a ja czuję się niemal świątecznie.
To tyle przypomniało mi się radości wczesnych  jesiennych wieczorów, dużo tego nie ma ale co robić?! Awanturę Wielkiemu Astronomicznemu że żyję w tej a nie innej szerokości geograficznej. Jeszcze usłyszę z Niebios poleconko wyniesienia się na  własną rękę  do południowej Kalifornii, gdzie ponoć  pory roku nie istnieją albo wypomni mi się że  Eskimosi mają  teraz gorzej. Lepiej Zwierzchności nie prowokować! Wczesne jesienne wieczory trzeba jakoś znieść, nie ma zmiłuj.