No nie wiem jak to niektórzy wyczuli że dziś najważniejsze kocie święto w roku - Dzień Lotnika Kosmonauty skrzyżowany z Dniem Drzewołaza oraz Dniem Kontrolera, z elementami Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, zesłaniami różnymi czynionymi przez Opatrzność i celebracją wszystkich Matek Bosek. Nastał nam Dzień Kota i towarzystwo już od rana pruje sznupy. Głownie pruje ponaglająco bo trzeba się nafutrować przed wyjściem na dwór. Pogoda taka że mimo mżawienia można balować do woli z innym towarzystwem z sąsiedztwa, do domu wrócić tylko na posiłek, myknąć i w ogóle prowadzić prawdziwe kocie życie. Felicjanowi wyraźnie lepiej, poczuł się na tyle dobrze że napadł na torbę Ciotki Elki popijającej u mnie kawkę po drodze ze sklepów. Łupem padła lepsza wędzonka, w całości padła. Ciotka zaklinała się że bez konserwantów więc szlag Felicjana rychło nie trafi. W tzw. pierwszym odruchu Ciotka Elka pożyczyła Felicjanowi zdrowego przeczyszczenia ( "A żebyś Ty sraki dostał wredna świnio!" ) ale potem się zmitygowała że to ja bym miała również problem i przeczyszczenie zostało zmienione na lekką niestrawność. Polazłam i odkupiłam rzeczoną wędzonkę ( Felicjan zawsze wybierze coś w dobrym gatunku, Ciotka miała rację bez konserwantów za to z odpowiednią ceną ) i wręczyłam cud wędliniarstwa trochę wzbraniającej się Ciotce Elce ( "No co ty, no co ty?!" ). Po tym występie uznaję Felicjana za niemal wyleczonego - pogryzł mnie, kradnie żarcie, wybywa z domu - kot wrócił do normy! Martwi mnie tylko że czasem coś go przy szerokim ziewaniu denerwuje, solidne rozwarcie sznupy nie jest bezproblemowe. Znaczy jeszcze nie skończyliśmy "dohtorowania".
Reszta kotów też w właściwie w normie ( co prawda Dżizaas która widziała je niedawno p oraz pierwszy od listopada twierdzi że stado z wyjątkiem modelki Szpagetki to mastodonty ), zwykle tej porze roku zajęcia mają. Lalek przeżywa obecnie swoje wielkie chwile, nasz prawie bezzębny dominator postanowił zaznaczać swój status wielkością i rykiem wydobywanym z gardziołka. Cały napuszony, podobny do balona obszytego futrem Lalencjusz Hedoniusz przechadza się przed kocimi gośćmi porażając ich rozmiarem swojego ciałka. Goście podziwiają z lekkim przestrachem , Epuzer na wszelki wypadek kręci się niedaleko naszej podwórkowej robinii ( zawsze to szybko można myk zrobić i wrócić prawie na swoje podwórko ), Rudy, Niescęście i Ocelot Jaguar Drugi trochę bardziej odważni ( Epuzer jest delikatnej budowy ciałka ) podchodzą w okolice lilaków. Pod okna kiedy Lalek królewsko stoi na parapecie żaden nie śmie podejść ( ku wielkiemu żalowi Okularii ). Lalek wydobywa z siebie ryki w które z lubością się wsłuchuje, Ciotka Elka określa naszego najstarszego kota mianem "afrykański bęben" i to właściwie mówi wszystko zarówno o wyglądzie Lalka jak i odgłosach przez niego wydawanych. Całkiem głośno porykuje też Sztaflik, odkąd nasza większa czarna kota postanowiła ostatecznie zostać kocim chłopcem trzyma się bardzo blisko kocurów i całkiem na serio bierze udział w działaniach zaczepnych wobec gości ( goniła Epuzera i Niescęście, potem były triumfalne ryki przy drzwiach i przechadzka "na sztywnych łapach" z biciem ogonem ).
Po prawdzie to duża z niej kota ( choć nie jest tak obła jak występna Okularia ) i wiele osób bierze ją za kocurka ( tym bardziej że taka ambitnie waleczna ). Sztaflik jest bardzo dumna z dopuszczenia przez kocury do brygady kasacyjnej ( w tym roku Felicjan przestał na nią prychać, pełnoprawne członkostwo w samczym klubie otrzymała ), obnosi się ze swoją ważnością i usiłuje lać Szpagetkę ( która się nie daję ) i Okularię ( która uwielbia być kotą zdominowaną, mruczy ze szczęścia kiedy Sztaflik na niej odstawia bardzo groźną kocurzycę ). Okularia w ogóle kwitnie, wizyty towarzyskie, hołdy składane jej grubemu tyłkowi i słodkiemu obejściu wprawiają ją w stan podekscytowania. Od rana nudzi żeby wypuścić ją na dwór, bo tam kawalerowie czekają i ona już, zaraz wyjść do nich musi, nawet o suchym pysku i bez śniadanka ( spokojnie wróci na drugie i jeszcze będzie żądała trzeciego ). Myślę że dla Okularii czas wzmożonych sąsiedzkich wizyt to najpiękniejsze chwile, nawet letnie lenistwo na trawsku udającym Tyrawnik się chowa. Inaczej ma się sprawa ze Szpagetką. Najmniejsza jest zdegustowana tymi sąsiedzkimi wizytami i ciągłym pruciem sznup przez domowników i gości, ryki przeszkadzają jej w obserwacji ptoszków ( wiadomo koty gadają, ptocy się nie pokazują ). Nie ma w związku z tym udanych polowań ( na szczęście ) i Szpagetka zdaje się być lekko wkurzona że rozrywki innych przeszkadza jej w uprawianiu własnych rozrywek. Ostentacyjnie nie uczestniczy w spotkaniach sąsiedzkich, przestała rozpędzać kocie bójki, twardo trzyma dystans i dopuszcza do siebie jedynie ludzi ( znaczy posiedzę z tobą albo z Małgoś - Sąsiadką ale na pewno nie będę siedzieć z tymi kocimi kretynami ). Wygląda jak mała chińska cesarzowa, kocia miniatura z wyższością przyglądająca się światu lekko zmrużonymi oczami. Na miniaturowym obliczu widoczne jest poczucie wyższości.
No nic, trzeba szykować koci obiadek - tak, tak Dzień Kota, niektórzy zjedzą surową wołowinę a inni pochłoną zalewajkę. Dzisiejszy wpis ozdabiają pracę japońskiego artysty Tetsuo Takahary . Kocie portrety psychologiczne jak u Fujity, spójrzcie ile tu osobowości kocich. O artyście za wiele się nie dowiedziałam ( pewnie dlatego że nie fejsbuczę ) poza niepokojącym info że już go z nami od paru lat nie ma ( daty życia podają różne 1958 - 2014 lub 1958 - 2015 ). No prawdziwym kocim portrecistą był Tetsuo Takahara.
piątek, 17 lutego 2017
wtorek, 14 lutego 2017
"Z pewną taką nieśmiałością" - czyli najwcześniejsze przyziemne kwitnienia
Pisałam już o najwcześniej wyłażących wiosną roślinkach, odświeżyć info możecie przy lekturze wpisów - Małe wczesnowiosenne cebuliszcza , Śnieżyczki , Wiosenne cyklamenki , Najwcześniejsze tulipanki , Pierwsze krokusy , Zawilce greckie , Przylaszczkarnia. Jak widzicie wpisów o roślinach przedwiośnia i bardzo młodej wiosny wcale nie jest tak mało. Wynika to z mojej nimi fascynacji, upartego sadzenia w Alcatrazie niemal wszystkiego "wczesnowiosennego", choć te roślinki ledwie parę albo najwyżej paręnaście centymetrów wysokości osiągają i nie są z tych "walących po oczach". Skąd ta fascynacja maluchami, które wydają się nie mieć specjalnego znaczenia dla wyglądu i kondycji ogrodu ( no tak, jak wiadomo masowo się przesiaduje w słodkie marcowe głębokie popołudnia w ogrodzie i w cieple zachodzącego słońca obserwuje piciumiste roślinki ). Po pierwsze - po zimie człowiek stęskniony jest do zielonego a rośliny przedwiośnia i bardzo młodej wiosny tę tęsknotę zaspokajają, przy okazji wydłużając nam ogrodowy sezon o niemal miesiąc. Po drugie - nie my jedni korzystamy z ogrodowych radości, pierwsze kwitnące rośliny zapewnią żyr świeżo obudzonym owadom ( niestety zdarza się że i świeżo obudzonym nornicom ). Miło pogapić się na trzmiele pracujące w kieliszkach krokusów, czy pszczoły na inszych wczesnowiosennych maleństwach.
Po trzecie - zyskujemy genialne ogrodnicze tworzywo, rośliny niewymagające ( w olbrzymiej większości, bo wczesnowiosenne cymesy i rarytety potrafią grymasić jak wszystkie tego typu rośliny ), znaczy proste w obsłudze ( o ile przestrzega się podstawowych zasad ich uprawy ) i bardzo widowiskowe jeżeli tylko będziemy sadzić je masowo. Tak, w masowości nasadzeń kryje się sekret urody najwcześniej kwitnących wiosenną porą roślin. Co tam dziesięć sztuk krokusów różnych odmian posadzonych na kawałku zatrawniczonym lub gdzieś pod różami, takie dziesięć sztuk to może dobrze wyglądać w doniczce na parapecie, kiedy w styczniu, lutym tworzy nam w domu złudzenie że już za chwilę będzie prawdziwa wiosna. W ogrodzie takie nasadzenie się nie sprawdzi, choćby to był ogródek malutki jak chusteczka do nosa.
Siła urody malutkich roślin widoczna jest w łanach, w dużych skupiskach kwitnących odmian. Nie wiem czy przyuważyliście - w naturze nie występują takie miksy "wszystkiego po równo", zawsze przeważają rośliny jednego gatunku. Nie zawsze oznacza to monokulturę, słówko przeważają oznacza czasem tylko że roślin danego gatunku czy odmiany jest najwięcej a nie jak to się niektórym wydaje że "W górach to tylko takie fiołkowe krokusy rosną" ( a tymczasem szafran spiski Crocus scepusiensis ma też formę biało kwitnącą, rzadsza jest niż podstawowa forma gatunku ale istnieje ). Jak popatrzymy na zdjęcia Chochołowskiej czy Kościeliskiej w marcowo - kwietniowej odsłonie uderza nas jednak masowa fiołkowość, nie widzimy dużych skupisk biało kwitnącej formy. Podobnie sprawa ma się z przylaszczkami, Hepatica nobilis występuje u nas przynajmniej w trzech ( niektórzy doliczyli się czterech ) formach, jednak to ta o kwiatach w odcieniu błękitu o średnim wysyceniu występuje najczęściej i to ona niebieszczy się w bukowych lasach na przedwiośniu. Bardziej prosto jest w naturze z przebiśniegami czy rannikami - dziko występują u nas właściwe tylko formy podstawowe Galanthus nivalis i Eranthis hyemalis. Skupiska tych roślin siłą rzeczy są jednoodmianowe. W ogrodzie mieszamy gatunki, odmiany z różnych stron świata, czasem w pogoni za różnorodnością uda nam się przesadzić i zamieniamy mały kawałek gruntu w przegląd oferty miksów hurtowni a nie w coś miłego dla oka.
Znacznie bardziej naturalnie wyglądają jednogatunkowe czy jednoodmianowe skupiska ( jak największe ) malutkich roślin wczesnowiosennych. Zadziwiające jest że właściwie nie ma znaczenia czy ogród jest wielki czy mały, sadzenie jednorodnymi grypami gatunków czy odmian bardziej się sprawdza. Pisałam już że w mieście Odzi jest taki stary park gdzie pod dębem liczącym sześćset lat, zwanym Fabrykantem rośnie sobie najpospolitsza cebulica syberyjska i troszeczkę zwykłego, "podstawowego" śnieżnika Chionodoxa forbesii . Ten zestaw jest genialny, nic więcej do szczęścia nie potrzeba a uzyskano go bardzo prosto - pozwolono rozrastać się roślinom cebulowym ledwie dwóch, dość podobnych gatunków i nie dosadzano na siłę żadnych miksów cebulowych. Nie ma cud łączki mieszanej, jest morze błękitu. Tak szczerze pisząc to podejrzewam że nasadzenie mieszane skończyłoby się dość szybko, gatunek najbardziej ekspansywny wygryzłby z czasem te bardziej delikatne ( założę się że sadzenie puszkinii czy odmianowych śnieżników w miksie w skład którego wchodzą cebulica syberyjska i śnieżnik lśniący w formie podstawowej oznacza że za parę lat w miksie nie będzie ani puszkinii ani odmianowych śnieżników ). Zatem jak sadzić drobnicę to bezmiksowo, drożej wychodzi ale mamy szansę na rozrastanie się wszystkich gatunków czy odmian które chcielibyśmy uprawiać. Jak zależy nam na kontraście odmian jednego gatunku to sadźmy je w grupach niedaleko siebie, bardziej żywotne nie zagrożą bezpośrednio ( chyba że się rozsieją bo będą miały tak optymalnie dopasowane warunki ) tym delikatniejszym.
Na koniec o malutkich cebulowych, przylaszczkach, nieco później kwitnących miodunkach i drzewach. Drobnica cebulowa idealnie nadaje się do sadzenia pod większość drzew liściastych, przy bukach, kasztanowcach, niektórych klonach dobrze udają się przylaszczki czy miodunki. Sadzenie pod drzewami ( w cieniu rzucanym przez konary, nie tuż przy pniu ) jest dla wczesnowiosennych roślin cebulowych tym co najlepsze - tak spora ich część rośnie w naturze. Wyjątkiem są krokusy i tulipany botaniczne, to rośliny kochające słoneczne stanowiska nawet w porze spoczynku. A tak à propos krokusów - ciekawe dlaczego w Kraju Kwitnącej Cebuli nie można dostać legalnie w sklepie bulwko - cebulek krokusa spiskiego, wszak chronionego można by w ogrodach uprawiać jaki inne gatunki. Jest tak urodny że znalazłoby się na jego uprawę sporo amatorów ( ja, ja, i jeszcze raz ja ). I z tą krokusozagadką Was zostawiam, szczując fotkami które najwcześniej będą aktualne za jakiś miesiąc.
Po trzecie - zyskujemy genialne ogrodnicze tworzywo, rośliny niewymagające ( w olbrzymiej większości, bo wczesnowiosenne cymesy i rarytety potrafią grymasić jak wszystkie tego typu rośliny ), znaczy proste w obsłudze ( o ile przestrzega się podstawowych zasad ich uprawy ) i bardzo widowiskowe jeżeli tylko będziemy sadzić je masowo. Tak, w masowości nasadzeń kryje się sekret urody najwcześniej kwitnących wiosenną porą roślin. Co tam dziesięć sztuk krokusów różnych odmian posadzonych na kawałku zatrawniczonym lub gdzieś pod różami, takie dziesięć sztuk to może dobrze wyglądać w doniczce na parapecie, kiedy w styczniu, lutym tworzy nam w domu złudzenie że już za chwilę będzie prawdziwa wiosna. W ogrodzie takie nasadzenie się nie sprawdzi, choćby to był ogródek malutki jak chusteczka do nosa.
Siła urody malutkich roślin widoczna jest w łanach, w dużych skupiskach kwitnących odmian. Nie wiem czy przyuważyliście - w naturze nie występują takie miksy "wszystkiego po równo", zawsze przeważają rośliny jednego gatunku. Nie zawsze oznacza to monokulturę, słówko przeważają oznacza czasem tylko że roślin danego gatunku czy odmiany jest najwięcej a nie jak to się niektórym wydaje że "W górach to tylko takie fiołkowe krokusy rosną" ( a tymczasem szafran spiski Crocus scepusiensis ma też formę biało kwitnącą, rzadsza jest niż podstawowa forma gatunku ale istnieje ). Jak popatrzymy na zdjęcia Chochołowskiej czy Kościeliskiej w marcowo - kwietniowej odsłonie uderza nas jednak masowa fiołkowość, nie widzimy dużych skupisk biało kwitnącej formy. Podobnie sprawa ma się z przylaszczkami, Hepatica nobilis występuje u nas przynajmniej w trzech ( niektórzy doliczyli się czterech ) formach, jednak to ta o kwiatach w odcieniu błękitu o średnim wysyceniu występuje najczęściej i to ona niebieszczy się w bukowych lasach na przedwiośniu. Bardziej prosto jest w naturze z przebiśniegami czy rannikami - dziko występują u nas właściwe tylko formy podstawowe Galanthus nivalis i Eranthis hyemalis. Skupiska tych roślin siłą rzeczy są jednoodmianowe. W ogrodzie mieszamy gatunki, odmiany z różnych stron świata, czasem w pogoni za różnorodnością uda nam się przesadzić i zamieniamy mały kawałek gruntu w przegląd oferty miksów hurtowni a nie w coś miłego dla oka.
Znacznie bardziej naturalnie wyglądają jednogatunkowe czy jednoodmianowe skupiska ( jak największe ) malutkich roślin wczesnowiosennych. Zadziwiające jest że właściwie nie ma znaczenia czy ogród jest wielki czy mały, sadzenie jednorodnymi grypami gatunków czy odmian bardziej się sprawdza. Pisałam już że w mieście Odzi jest taki stary park gdzie pod dębem liczącym sześćset lat, zwanym Fabrykantem rośnie sobie najpospolitsza cebulica syberyjska i troszeczkę zwykłego, "podstawowego" śnieżnika Chionodoxa forbesii . Ten zestaw jest genialny, nic więcej do szczęścia nie potrzeba a uzyskano go bardzo prosto - pozwolono rozrastać się roślinom cebulowym ledwie dwóch, dość podobnych gatunków i nie dosadzano na siłę żadnych miksów cebulowych. Nie ma cud łączki mieszanej, jest morze błękitu. Tak szczerze pisząc to podejrzewam że nasadzenie mieszane skończyłoby się dość szybko, gatunek najbardziej ekspansywny wygryzłby z czasem te bardziej delikatne ( założę się że sadzenie puszkinii czy odmianowych śnieżników w miksie w skład którego wchodzą cebulica syberyjska i śnieżnik lśniący w formie podstawowej oznacza że za parę lat w miksie nie będzie ani puszkinii ani odmianowych śnieżników ). Zatem jak sadzić drobnicę to bezmiksowo, drożej wychodzi ale mamy szansę na rozrastanie się wszystkich gatunków czy odmian które chcielibyśmy uprawiać. Jak zależy nam na kontraście odmian jednego gatunku to sadźmy je w grupach niedaleko siebie, bardziej żywotne nie zagrożą bezpośrednio ( chyba że się rozsieją bo będą miały tak optymalnie dopasowane warunki ) tym delikatniejszym.
Na koniec o malutkich cebulowych, przylaszczkach, nieco później kwitnących miodunkach i drzewach. Drobnica cebulowa idealnie nadaje się do sadzenia pod większość drzew liściastych, przy bukach, kasztanowcach, niektórych klonach dobrze udają się przylaszczki czy miodunki. Sadzenie pod drzewami ( w cieniu rzucanym przez konary, nie tuż przy pniu ) jest dla wczesnowiosennych roślin cebulowych tym co najlepsze - tak spora ich część rośnie w naturze. Wyjątkiem są krokusy i tulipany botaniczne, to rośliny kochające słoneczne stanowiska nawet w porze spoczynku. A tak à propos krokusów - ciekawe dlaczego w Kraju Kwitnącej Cebuli nie można dostać legalnie w sklepie bulwko - cebulek krokusa spiskiego, wszak chronionego można by w ogrodach uprawiać jaki inne gatunki. Jest tak urodny że znalazłoby się na jego uprawę sporo amatorów ( ja, ja, i jeszcze raz ja ). I z tą krokusozagadką Was zostawiam, szczując fotkami które najwcześniej będą aktualne za jakiś miesiąc.
niedziela, 12 lutego 2017
Codziennik - śnieżna pełnia i inne atrakcje
Wczorajsza noc była rzeczywiście piękna, choć i styczniowa pełnia zrobiła na nas wrażenie. Wicie, rozumicie, śnieg, czyste niebo i duży księżyc. Mieszanka dająca tzw. hollywoodzkie efekty. U mnie była impreza światło i dźwięk - do Rudego, Ocelota i Niescęścia dołączył długo oczekiwany Epuzer i moje towarzystwo uznało że to czas na dłuższe night garden party, cóś w stylu "Nights in white satin". Działo się, nawet Felicjan po tuningu ( z zakroplonymi uszami i śnieżnobiałymi zębami ) uczestniczył. W związku z działaniami imprezowymi oko udało mi się zamknąć tak bliżej trzeciej nad ranem, więc otworzyłam je w sobotę w okolicy godziny dziesiątej. Towarzystwo zamiast odsypiać nocne hulanki pruło sznupy o żyr, skarmiłam ulubionymi konserwami zawierającymi prawdziwe mięso w mięsie, snując się przy tym skarmianiu i ziewając. Poczułam że chyba czas na przebieżkę, smogowo jakby lepiej i może dobrze by było przewentylować płucka. Towarzystwo nażarte odpoczywało po ekscesach więc poogrodowałam sobie solo i przynajmniej bezstresowo pooglądałam ptaki. Przylatuje ich teraz mnóstwo, wyżerają owocki berberysu, nasiona traw i marcinków, zakradają się do słoninki wywieszonej przez Ciotkę Elkę. Dzwońce szaleją, w tym roku jakaś inwazja dzwońcowa nastąpiła. Jest też sporo sikorek różnych ( do tej słoninki Ciotki Elki zleciały stada - na pewno były bogatki bo te rozpoznaje Ciotka na bank, ale przyleciały też inne bardziej niebieskie - modraszki może? ), pod oknem sypialni na berberysie siada drozd, tylko czujna Szpagetka była nim rano zainteresowana. Z ptasich gości półegzotycznych to odwiedziły nas gile a u Mamelona pojawił się zielonawy dzięcioł. Ostrzejsza zima, zostawione w ogrodach nasienniki + słoninki i inne takie kuszą ptoki. Sąsiedzkie koty przekarmione więc polowania takie bardziej dla rozrywki, przez przyłożenia się ( no i bardzo dobrze ). Sroki też tłuste i cóś nieruchawe, może dlatego tych mniejszych ptaków tak sporo widuję i półegzoty nawet oglądam.
Sobotnim wczesnym popołudniem zrobiłam porządek z zakupionymi cebulowymi ( wreszcie znalazłam praktyczny sposób wykorzystania wazy do zup ) i usiłowałam wykonać stroik walniętynkowy dla kotów ( serduszka są tak przymocowane w obciążonej kamorami doniczce że jedyne co mogą bestie zniszczyć to wstążki podrzeć - panzerdekoracja znaczy ), taki do dostawienia do dekoracji przedwiosennej z kwiatów cebulowych i gałązek ( tak, tęskni mi się do zielonego ). Stroik walniętynkowy został natychmiast wypróbowany przez obie czarnule ( na pierwszej fotce Szpagetka , na drugiej Sztaflik ), które w momencie mojego podchodzenia z aparatem natychmiast udawały désintéressement walentynkowym ustrojstwem. Szczęśliwie żadnej z nich nie przyszło do głowy wyhaczyć pazurem z walniętynkowego szklanej skrzydlatej świnki robiącej za Amora ( nie posunęłam się do zrobienia własnoręcznego maleńkiego złotego łuczku dla mojego świńskiego bożka ). Ołtarzyk został wykonany połowicznie, tzn. dużych szkieł z gałązkami zielonego jeszcze nie ma ( dużo szkieł i dużo gałązek ). Do cebulowej wazy dorzuciłam w sobotę narcyzy 'Bridal Crown', bo krokusy niedługo odpłyną i zdobić będzie jedynie ich "szczypiorek".
Późniejszym popołudniem przyszła na kawę Ciotka Elka, a że kawa w sobotnie popołudnie aż się prosi o słodkie to na chybcika zostały wykonane muffinki. Przyznam się że nie przepadam za tymi wypiekami ale to miało być cóś na szybko, góra pół godziny a z wystygnięciem i posmarunkiem ze czterdzieści minut ( akurat czas przy pieczeniu na szybkie ploty, omówienie problemów zdrowotnych mamy Wujka Jo, pastwienie się nad jedną z dalszych pokrewnych, która zaangażowała się nie tam gdzie trzeba itd. ). Muffinki zostały zrobione z tartych migdałów ( promocja była ) z prawdziwym aromatem i w ogóle. Ukłonem w stronę muffinkowej tradycji był dodatek melasy. Mąki nie dodawałam bo lubię konkrety migdałowe a nie wypieki mączyste o smaku migdałowym. Kremik prosty do bólu czyli żółtko z masłem i cukrem ukręcone z orzechami laskowymi. Ot i wszystko ale kawa od razu zrobiła się z tych wykwintnych ( Ciotka Elka zażądała podgrzania śmietanki ). Przed nami Walniętynki, czyli następna okazja do chlania, Ciotka Elka roztoczyła czarowną wizję róż karnawałowych. No i tak się ten zimowy weekend toczy, bez niespodziewanek, spokojnie i leniwie. Dobrze, łapię oddech.
Sorrky za jakość zdjęć , bardzo powoli oswajam się z nowym aparatem, koty w pełnym słońcu nie powychodziły, z łapaniem ostrości problem bo pogram jakby inny, łatwo mi nie jest ( ja w ogóle z techniką ciężko się oswajam ).
Sobotnim wczesnym popołudniem zrobiłam porządek z zakupionymi cebulowymi ( wreszcie znalazłam praktyczny sposób wykorzystania wazy do zup ) i usiłowałam wykonać stroik walniętynkowy dla kotów ( serduszka są tak przymocowane w obciążonej kamorami doniczce że jedyne co mogą bestie zniszczyć to wstążki podrzeć - panzerdekoracja znaczy ), taki do dostawienia do dekoracji przedwiosennej z kwiatów cebulowych i gałązek ( tak, tęskni mi się do zielonego ). Stroik walniętynkowy został natychmiast wypróbowany przez obie czarnule ( na pierwszej fotce Szpagetka , na drugiej Sztaflik ), które w momencie mojego podchodzenia z aparatem natychmiast udawały désintéressement walentynkowym ustrojstwem. Szczęśliwie żadnej z nich nie przyszło do głowy wyhaczyć pazurem z walniętynkowego szklanej skrzydlatej świnki robiącej za Amora ( nie posunęłam się do zrobienia własnoręcznego maleńkiego złotego łuczku dla mojego świńskiego bożka ). Ołtarzyk został wykonany połowicznie, tzn. dużych szkieł z gałązkami zielonego jeszcze nie ma ( dużo szkieł i dużo gałązek ). Do cebulowej wazy dorzuciłam w sobotę narcyzy 'Bridal Crown', bo krokusy niedługo odpłyną i zdobić będzie jedynie ich "szczypiorek".
Późniejszym popołudniem przyszła na kawę Ciotka Elka, a że kawa w sobotnie popołudnie aż się prosi o słodkie to na chybcika zostały wykonane muffinki. Przyznam się że nie przepadam za tymi wypiekami ale to miało być cóś na szybko, góra pół godziny a z wystygnięciem i posmarunkiem ze czterdzieści minut ( akurat czas przy pieczeniu na szybkie ploty, omówienie problemów zdrowotnych mamy Wujka Jo, pastwienie się nad jedną z dalszych pokrewnych, która zaangażowała się nie tam gdzie trzeba itd. ). Muffinki zostały zrobione z tartych migdałów ( promocja była ) z prawdziwym aromatem i w ogóle. Ukłonem w stronę muffinkowej tradycji był dodatek melasy. Mąki nie dodawałam bo lubię konkrety migdałowe a nie wypieki mączyste o smaku migdałowym. Kremik prosty do bólu czyli żółtko z masłem i cukrem ukręcone z orzechami laskowymi. Ot i wszystko ale kawa od razu zrobiła się z tych wykwintnych ( Ciotka Elka zażądała podgrzania śmietanki ). Przed nami Walniętynki, czyli następna okazja do chlania, Ciotka Elka roztoczyła czarowną wizję róż karnawałowych. No i tak się ten zimowy weekend toczy, bez niespodziewanek, spokojnie i leniwie. Dobrze, łapię oddech.
Sorrky za jakość zdjęć , bardzo powoli oswajam się z nowym aparatem, koty w pełnym słońcu nie powychodziły, z łapaniem ostrości problem bo pogram jakby inny, łatwo mi nie jest ( ja w ogóle z techniką ciężko się oswajam ).
piątek, 10 lutego 2017
Felicjan - kocie zło
Felicjan jest podłym bydlakiem! Nie ma tłumaczeń że kocięctwo miał ciężkie, że wypadł z czwartego pietra ( niewątpliwie na główkę ), że zmieniał domy i miał stresy. Jest po prostu wrednym osobnikiem kociego gatunku, szowinistyczną samczą kocią świnią ( wszystkie świnie, szczególnie te samcze, w tym miejscu przepraszam, porównania użyłam żeby ludzkość stopień Felicjanowego znikczemnienia w zrozumiały dla się sposób odebrała ). Zacznę od początku świata - w środę Felicjan pojechał na kontrolę do lekarza. Ponieważ ryczał na transporterek to został zawinięty w żyrafki które Szpagetka dostała po wypadku i Krzysiu czule zwany Karczkiem zawiózł nas do dohtora. W samochodzie i gabinecie Felicjan zachowywał się poprawnie, nawet badanie uszu zniósł z godnością. W drodze powrotnej zaczął nieco pomiaukiwać ale tak radośnie bo czuł że jedziemy do domu. Nocka upłynęła spokojnie, nic nie zapowiadało wystąpień i nerwów, jednak w czwartek rano Felicjan pokazał na co go stać. Zeżarł błyskawicznie swoją porcję i zaczął atakować "na poważnie" inne koty, bezczelnie odganiał je od misek i chlał nieswoje. Gulgotał przy tym i warczał i przede wszystkim gryzł. Kiedy krzyknęłam zamiast myknąć wgapił się we mnie z pomrukami i podnoszeniem wargi nad kłem, po czym nie przerywając wgapiania i pomrukiwania zabrał się do nielegalnego żarcia ( nie wiem jak on to robi że jednocześnie podżera i warczy ). Chciałam zabrać nie jego michy i wynieść a w tym momencie w tego gnoja diabeł wstąpił. Skutek jest taki że ja jestem pochlana a on ma zbity tyłek . Na pogryzieniu mnie się nie skończyło, transporterek został obficie przez Felicjana olany, żyrafki zostały podrapane a następnie też na nie nalał ( żebym wiedziała że to wszystko przez wizytę u dohtora, a właściwie to brak rekompensaty w postaci całego kociego żarcia za tę odbębnioną wizytę - i nie piszcie mi że fantazjuję i antropomorfizuję kota, wiem całą sobą za co to była msta ) po czym zaczął wyszarpywanie futerka z moich nowych kapci ( jednym z nich dostał po dupsku ). Felicjan waży siedem kilo, na mięsku chowany, silny i prawie zdrowy, do opanowania ciężki. Zachowuje się bardziej jak wkurzony pies niż normalny kot choć obraza była kocia ( tyłkiem do mnie odwrócony i wychodził ostentacyjnie tupiąc - tak, on czasem tupie - z pomieszczeń do których wchodziłam ). Oczywiście po paru godzinach mu przeszło i w najlepsze przymilał się do Małgoś - Sąsiadki i słodko bawił z innymi kotami, ja w tym czasie wmasowywałam żel przeciwbólowy w okolice pokąsane i pocieszająco przypominałam sobie jak Tatusiowi Behemot zwany Misiem żyłkę nagdryzł ( o amoku w jaki wpadała Tabisia, nasza prawie jamniczka i szkodach zdrowotnych poniesionych w związku z tym przez moją Mamę aż wstyd pisać ). Wychodzi na to że pochodzę z rodziny patologicznej, zwierzęta dysfunkcyjne z nami dysfunkcyjnymi razem egzystowały, nie ma się co dziwić że powielam wzorce. Może jakaś psychoterapia dla mnie i kotów, może niebiewska karta dla Felicjana, a może rękawice do spawania mieć na podorędziu. No i maskę ochronną na oczy, a najlepiej to strój hutnika. O rzeczy podstawowej czyli kaftanie bezpieczeństwa dla Felicjana pod żadnym pozorem nie zapomnieć i wpisać na listę zakupową. Może uda się jakoś znormalnieć.
Cio Mary doniosła mi że przeczytawszy o napadającym na dzieci w Bydgoszczy Czarnym Kocie ( he, he, Czarna Wołga w nowej postaci ), kot jakoby miał gonić nieszczęsne pomioty. Ponoć jakaś mamusia dzieciom się zaprodukowała ( nie wierzę że można być takim debilem, podejrzewam podpuchę ). Cio Mary tak pocieszająco mi tę historyjkę opowiedziała, nawet dodała "Nasz Felicjan jest szary w prążki" co mi humor poprawiło.
Cio Mary doniosła mi że przeczytawszy o napadającym na dzieci w Bydgoszczy Czarnym Kocie ( he, he, Czarna Wołga w nowej postaci ), kot jakoby miał gonić nieszczęsne pomioty. Ponoć jakaś mamusia dzieciom się zaprodukowała ( nie wierzę że można być takim debilem, podejrzewam podpuchę ). Cio Mary tak pocieszająco mi tę historyjkę opowiedziała, nawet dodała "Nasz Felicjan jest szary w prążki" co mi humor poprawiło.
Ogrodowe rozmyślania przedwiosenne - oczkowanie
Wszystko przez lekturę bezprojektu , wpisu w którym Meg szczuła oczkiem ponoć bezproblemowym ( aha, staram się uwierzyć - ciężko mi idzie ). Smętnie spoglądam na zdjęcia mojego wyprojektowanego do bólu oczka z dni jego chwały, starannie nie patrzę na jego stan obecny i powoli zbieram się w sobie żeby w końcu coś z bajorem zrobić ( znaczy myślę co by tu, skąd wziąć na to kasę, rozważam co dam radę zrobić sama a czemu absolutnie nie podołam, co chciałabym zmienić a co zostawić ). Dawno, dawno temu wymyśliłam sobie takie a nie inne oczko wodne i teraz poruszam się po starych śladach, ślizgam "bezprojektowo" po starym projekcie, który przestał pasować do mojego ogrodowania i który jako ten "zbyt pochopnie podjęty krok" niechcący zejść z moich oczu i z myśli, zaczyna mnie wkurzać. Meg jest w tej szczęśliwej sytuacji że w ogrodach które dostała do roboty w stanie "dojrzałym" może sobie spokojnie myśleć "Co oni tu odwalili", ja mogę tylko przeprowadzać tzw. konstruktywną samokrytykę, a to nie wpływa dobrze na mój humor, co z kolei rzutuje na mój i tak już nie najlepszy charakter. Oczko jest problematycznie wpływowe, he, he, znaczy wpływa na mnie i czuję że mam problema a zaraz potem inni mają problema ze mną. No dobra, teraz będzie zgodnie z Megową "wytyczną" - opowiastek bez liku o jednej rabatce, w tym wypadku wodnej. Konkrety!
Na skarpce nad oczkiem wodnym posadziłam swego czasu iglaki. Klasyka - iglak nie zaśmieca oczka liśćmi i nie trzeba czyścić nieustannie. W praniu wyszło że liście mogą być przywiane skądinąd a iglaki rosną i tworzą "ścianę" ( i nie są to smreki czy inna kosodrzewina nad górskim jeziorem ), która nad wodą wygląda jak to określiła Cio Mary "niekoniecznie dobrze". Szczerze pisząc wygląda doopiasto, wręcz przygnębiająco. Swego czasu usiłowałam załatwić tę iglaczą nużącą jednorodność sadząc miskanty. Pomogło ale w 2012 część z nich wymarzła. Młode sadzonki rosną źle bo drzewka szpilkowe też rosną. Niby mogłabym posadzić miskanty przy sąsiedztwie posiadającym korzenie palowe ( Abies lasiocarpa 'Compacta' ) ale zasłaniać miskantami igieł takiej jodły się nie godzi. No i jest zagwozdka bo przy cyprysiku i jałowcach trawska ( nie tylko sztywne miskanty ale i mniej wybredne od nich hardcory ) nie mają specjalnej ochoty się rozwijać i nici wychodzą z prób rozbicia zwiewnością traw tego szeregu iglaków. Współpracy odmówiły też te pnącza które powinny z takimi iglakami jakoś tam koegzystować ( choć z nimi zdaje się tak naprawdę mało co koegzystuje ). No iglakowisko sobie zrobiłam, konifery po całości, w dodatku sadzone bez ładu i składu, na zasadzie "bo te igiełki się tak pięknie różnią, choć wszystkie jakby srebrzyste". Patrzę na to, na rzyg mnie się zbiera ale siekierki nie ostrzę. Szkoda mi drzewek, które nie chorują, dobrze rosną i osłaniają mnie od świata. Będę musiała żyć z błędami swojej "ogrodniczej młodości", nie ma lekko. Może coś tam kiedyś do głowy mi wpadnie w temacie "odścienniania" iglaków.
Znacznie lepiej ( moim zdaniem ) poszło mi z południowym brzegiem oczka. Ta część skarpki utworzonej z ziemi z wykopu wymieszanej z wysokim torfem okazała się fajnym stanowiskiem dla rodków. Są częściowo zacieniane przez duże drzewa liściaste rosnące w pobliżu ( ale nie takim bardzo bliskim pobliżu ) a wilgoć oczkowa korzystnie wpływa na ich bytowanie. Rododendronarium nadoczkowe mnie w miarę zadowala, do pełni szczęścia brakuje mi obsadzenia małymi rodkami yakuszimankami niższej części skarpki. Rododendronarium byłoby jakoś dopełnione, wielopoziomowe i może zrównoważyłoby optycznie ten plastron z iglaków w zachodnio północnej części skarpki. Do towarzystwa rodki mają paprocie, byliny cieniolubne i trawy. Bezpośrednio przy oczku królują trawy, od pewnego czasu królują też w oczku i to one przede wszystkim z oczka i jego okolic wylecą. Nie ma zmiłuj! Oczywiście nie wszystkie trawy eksmituję, są gatunki które nie są bardzo ekspansywne a nad wodą wyglądają wręcz genialnie np. turzyca sztywna Carex elata 'Aurea', całkiem dobrze rośnie też w takich warunkach kosmatka śnieżna Luzula nivea. Wszelkie sity i inne trzcinowate paskudniki zarastające podstępnie lustro wody won! Tam gdzie potrzebuje wysokich roślin posadzę długosza królewskiego Osmunda regalis, nie sądzę żeby próbował pełzać kłączami po dnie i wybijać w nieprawdopodobnych miejscach ( co prawda Wilczyca kwestionowała urodę długosza ale dla mnie on urodziwy i na pewno milszy od wrażego situ ). Czeka mnie mnóstwo pracy przy linii brzegowej oczka, zimno mi się robi kiedy myślę o rozmontowaniu "konstrukcji", czyli odkamienianiu brzegów. Jest to konieczne, nie robiłam tego od bardzo dawna ( bo to katorga ) a bez tej czynności jakiekolwiek roboty oczkowe tracą sens ( sprytne korzonki wrażych roślin na pewno siedzą pod kamieniami ). Gdzie się da to miedzy kamory planuję wpuścić kopytnik, wiem że to będzie tak sobie wyglądało ale kopytnika zniosę a trzcinkę to już nie koniecznie.
Lustro wody, uff, myślę i myślę - chyba niedługo zostanę myśliwą ( Blogger podkreślił to słówko na czerwono - myśliwa nie istnieje ). Myślę czy nie zrezygnować z barokowych kształtów akwenu i części oczka po prostu nie zasypać i przeznaczyć pod uprawę irysów mieczolistnych Iris kaempferi a w tych najwilgotniejszych miejscach nie pokusić się o uprawę irysów gładkich Iris laevigata. O czyhających na Irysowych nowych hybrydach międzygatunkowych ledwie napomknę. Tylko że to jest takie ciut głupawe - wykopać oczko, część zasypać, o pieleniu wilgotnego gruntu lepiej nie wspominać - no czuję że to jest droga prowadząca nie w tym kierunku co trzeba. Jeżeli zmniejszę lustro wody to będą to zmiany minimalne, w końcu po to jest sadzawka żeby niebo mogło się w niej przeglądać ( choć trochę bo oczko bez grzybieni jest dla mnie półprawdziwym oczkiem ). Dochodzimy teraz do problemu przejrzystości wód, oczko niby głębokie ale woda w płytszych miejscach się nagrzewa i sprzyja rozwojowi alg. Oczko będzie bezrybne bo zarybianie oczka przy tej ilości kotów traktujących ogród jako swój salon jest bez sensu. Jednak bezrybność oczka nie oznacza z automatu braku problemów z algami. Pompa ciągle pracująca nie służy uprawie grzybieni, a po cholerę mi oczko w którym grzybienie źle rosną. Przychodzi mi do głowy sprytny plan doprowadzenia strumyka ( o leniwym nurcie ) do oczka, he, he, tak, niedługo renowacja bajora przejdzie w budowanie oceanu. Albo będę wyławiać algi albo coś rzeczywiście wykombinuję z przepływem wody bo do chemii oczkowej mam jeszcze mniej zaufania niż do chemii ogrodowej.
A co z roślinami porastającymi w płytkiej wodzie? Zostają, mimo tego że rosną jak wściekłe i parę razy w sezonie przerzedzać trzeba stanowiska. Kiedy o nich myślę nawiedzają mnie największe wątpliwości co do posiadania oczka wodnego. Jednak bez nich bajoro czy sadzawka zamienia się dla mnie w zbiornik wodny, sztuczny twór z folii czy tworzywa i kamieni, coś na siłę wpakowanego do ogrodu. Tak szczerze pisząc zniosłabym ( z bardzo dużym, wręcz "ciężkowyobrażalnym" trudem ) brak grzybieni ale nie widzę mojego oczka wodnego bez roślin porastających płycizny, a nawet głębsze wody ( jak na przykład ukochana przez mnie przęstka Hippuris vulgaris czy też osoka aloesowata Stratiotes aloides ). Zniosę bez najmniejszego bólu brak oczeretów, pałki wodnej, z radości będę skakać kiedy pozbędę się ponikła ale nie wszystkie rośliny rosnące w płytkiej wodzie chcę bezwzględnie wywalić. Przemawia do mnie urok czermieni błotnej Calla palustris ( ciekawe czy ten kwasolub dałby radę gdyby go posadzić przy planowanym stanowisku długoszy ) czy bobrka trójlistkowego Menyanthes trifoliata. Jednak za dużo grzybków w barszcz w przypadku nie największego oczka wodnego to przepis na zupkę ciężkostrawną, ból pleców i jeszcze parę innych dolegliwości oraz wieczne niezadowolenie z siebie ( za mało czasu poświęcam bajoru i zarasta, o bozsz... jaka ja leniwa jestem ). Najlepiej liczbę gatunków rosnących w płytszej wodzie ograniczyć do dwóch, góra trzech tak żeby można było nad tymi nasadzeniami wodnymi zapanować.
Część zachodniego i wschodni brzeg bajora, strefa okresowo zalewana jednak tak naprawdę będąca znacznie częściej lekko tylko podmokłą niż solidnie bagienną - sen z powiek spędzają mi te nasadzenia. Etap kontrolowanej łąki zakończył się chynszorami po całości, znaczy kontrola była za słaba i trawska wydusiły co słabsze bylinki łąkowe. Pojawił się też problem wierzb ( cholerny prezent od kaczuszek odwiedzających oczko albo przybyło te wierzbowe nasionka z wiatrem ). Koszenie malutkiej łączki nadoczkowej kosiarką czy podkaszarką odpada ( stoję w kaloszach w wodzie i koszę sprzętem elektrycznym, zastanawiając się przy tym jak to dokładnie jest z tym przepływaniem prądu przez ciało, gumowym obuwiem i w ogóle ), cięcie sierpem pozostaje albo strzyżenie nożycami do trawy. No i ta trawa, która za nic ma ochronne donice, wory, wiaderka itp., wypełzająca i podstępnie zdobywająca nowe tereny. O nie, nigdy więcej! Firletka poszarpana Silene flos-cuculi bez towarzystwa traw lubi się wykładać - co robić? Zrezygnować z firletki! Jakże to tak, z firletki?! Never! A co z kaczeńcami, a kuklik? Przecież one do nasadzeń z kosmatką śnieżną to zupełnie nie tego. Ech, grupa jednogatunkowa chyba tylko mi zostaje i raczej nie będzie to grupa firletkowa . Może gdzieś tam uda się przemycić cebulki szachownicy kostkowatej Fritillaria meleagris ( w okolicach rodków czyli na południowym brzegu bajora , tam jest odpowiednia kwasowość gleby ). Dużo jeszcze do przemyślenia przed wiosennymi robotami oczkowymi mam, na prostym wywaleniu wszystkiego wrażego pełzającego to moje oczkowanie się nie skończy.
Przepraszam za jakość fotek, różne aparaty fociły ale z drugiej strony była zawsze ta sama niewprawna focistka i zdjątka są w związku z tym "różne, różniste" że zacytuję klasyka.
Na skarpce nad oczkiem wodnym posadziłam swego czasu iglaki. Klasyka - iglak nie zaśmieca oczka liśćmi i nie trzeba czyścić nieustannie. W praniu wyszło że liście mogą być przywiane skądinąd a iglaki rosną i tworzą "ścianę" ( i nie są to smreki czy inna kosodrzewina nad górskim jeziorem ), która nad wodą wygląda jak to określiła Cio Mary "niekoniecznie dobrze". Szczerze pisząc wygląda doopiasto, wręcz przygnębiająco. Swego czasu usiłowałam załatwić tę iglaczą nużącą jednorodność sadząc miskanty. Pomogło ale w 2012 część z nich wymarzła. Młode sadzonki rosną źle bo drzewka szpilkowe też rosną. Niby mogłabym posadzić miskanty przy sąsiedztwie posiadającym korzenie palowe ( Abies lasiocarpa 'Compacta' ) ale zasłaniać miskantami igieł takiej jodły się nie godzi. No i jest zagwozdka bo przy cyprysiku i jałowcach trawska ( nie tylko sztywne miskanty ale i mniej wybredne od nich hardcory ) nie mają specjalnej ochoty się rozwijać i nici wychodzą z prób rozbicia zwiewnością traw tego szeregu iglaków. Współpracy odmówiły też te pnącza które powinny z takimi iglakami jakoś tam koegzystować ( choć z nimi zdaje się tak naprawdę mało co koegzystuje ). No iglakowisko sobie zrobiłam, konifery po całości, w dodatku sadzone bez ładu i składu, na zasadzie "bo te igiełki się tak pięknie różnią, choć wszystkie jakby srebrzyste". Patrzę na to, na rzyg mnie się zbiera ale siekierki nie ostrzę. Szkoda mi drzewek, które nie chorują, dobrze rosną i osłaniają mnie od świata. Będę musiała żyć z błędami swojej "ogrodniczej młodości", nie ma lekko. Może coś tam kiedyś do głowy mi wpadnie w temacie "odścienniania" iglaków.
Znacznie lepiej ( moim zdaniem ) poszło mi z południowym brzegiem oczka. Ta część skarpki utworzonej z ziemi z wykopu wymieszanej z wysokim torfem okazała się fajnym stanowiskiem dla rodków. Są częściowo zacieniane przez duże drzewa liściaste rosnące w pobliżu ( ale nie takim bardzo bliskim pobliżu ) a wilgoć oczkowa korzystnie wpływa na ich bytowanie. Rododendronarium nadoczkowe mnie w miarę zadowala, do pełni szczęścia brakuje mi obsadzenia małymi rodkami yakuszimankami niższej części skarpki. Rododendronarium byłoby jakoś dopełnione, wielopoziomowe i może zrównoważyłoby optycznie ten plastron z iglaków w zachodnio północnej części skarpki. Do towarzystwa rodki mają paprocie, byliny cieniolubne i trawy. Bezpośrednio przy oczku królują trawy, od pewnego czasu królują też w oczku i to one przede wszystkim z oczka i jego okolic wylecą. Nie ma zmiłuj! Oczywiście nie wszystkie trawy eksmituję, są gatunki które nie są bardzo ekspansywne a nad wodą wyglądają wręcz genialnie np. turzyca sztywna Carex elata 'Aurea', całkiem dobrze rośnie też w takich warunkach kosmatka śnieżna Luzula nivea. Wszelkie sity i inne trzcinowate paskudniki zarastające podstępnie lustro wody won! Tam gdzie potrzebuje wysokich roślin posadzę długosza królewskiego Osmunda regalis, nie sądzę żeby próbował pełzać kłączami po dnie i wybijać w nieprawdopodobnych miejscach ( co prawda Wilczyca kwestionowała urodę długosza ale dla mnie on urodziwy i na pewno milszy od wrażego situ ). Czeka mnie mnóstwo pracy przy linii brzegowej oczka, zimno mi się robi kiedy myślę o rozmontowaniu "konstrukcji", czyli odkamienianiu brzegów. Jest to konieczne, nie robiłam tego od bardzo dawna ( bo to katorga ) a bez tej czynności jakiekolwiek roboty oczkowe tracą sens ( sprytne korzonki wrażych roślin na pewno siedzą pod kamieniami ). Gdzie się da to miedzy kamory planuję wpuścić kopytnik, wiem że to będzie tak sobie wyglądało ale kopytnika zniosę a trzcinkę to już nie koniecznie.
Lustro wody, uff, myślę i myślę - chyba niedługo zostanę myśliwą ( Blogger podkreślił to słówko na czerwono - myśliwa nie istnieje ). Myślę czy nie zrezygnować z barokowych kształtów akwenu i części oczka po prostu nie zasypać i przeznaczyć pod uprawę irysów mieczolistnych Iris kaempferi a w tych najwilgotniejszych miejscach nie pokusić się o uprawę irysów gładkich Iris laevigata. O czyhających na Irysowych nowych hybrydach międzygatunkowych ledwie napomknę. Tylko że to jest takie ciut głupawe - wykopać oczko, część zasypać, o pieleniu wilgotnego gruntu lepiej nie wspominać - no czuję że to jest droga prowadząca nie w tym kierunku co trzeba. Jeżeli zmniejszę lustro wody to będą to zmiany minimalne, w końcu po to jest sadzawka żeby niebo mogło się w niej przeglądać ( choć trochę bo oczko bez grzybieni jest dla mnie półprawdziwym oczkiem ). Dochodzimy teraz do problemu przejrzystości wód, oczko niby głębokie ale woda w płytszych miejscach się nagrzewa i sprzyja rozwojowi alg. Oczko będzie bezrybne bo zarybianie oczka przy tej ilości kotów traktujących ogród jako swój salon jest bez sensu. Jednak bezrybność oczka nie oznacza z automatu braku problemów z algami. Pompa ciągle pracująca nie służy uprawie grzybieni, a po cholerę mi oczko w którym grzybienie źle rosną. Przychodzi mi do głowy sprytny plan doprowadzenia strumyka ( o leniwym nurcie ) do oczka, he, he, tak, niedługo renowacja bajora przejdzie w budowanie oceanu. Albo będę wyławiać algi albo coś rzeczywiście wykombinuję z przepływem wody bo do chemii oczkowej mam jeszcze mniej zaufania niż do chemii ogrodowej.
A co z roślinami porastającymi w płytkiej wodzie? Zostają, mimo tego że rosną jak wściekłe i parę razy w sezonie przerzedzać trzeba stanowiska. Kiedy o nich myślę nawiedzają mnie największe wątpliwości co do posiadania oczka wodnego. Jednak bez nich bajoro czy sadzawka zamienia się dla mnie w zbiornik wodny, sztuczny twór z folii czy tworzywa i kamieni, coś na siłę wpakowanego do ogrodu. Tak szczerze pisząc zniosłabym ( z bardzo dużym, wręcz "ciężkowyobrażalnym" trudem ) brak grzybieni ale nie widzę mojego oczka wodnego bez roślin porastających płycizny, a nawet głębsze wody ( jak na przykład ukochana przez mnie przęstka Hippuris vulgaris czy też osoka aloesowata Stratiotes aloides ). Zniosę bez najmniejszego bólu brak oczeretów, pałki wodnej, z radości będę skakać kiedy pozbędę się ponikła ale nie wszystkie rośliny rosnące w płytkiej wodzie chcę bezwzględnie wywalić. Przemawia do mnie urok czermieni błotnej Calla palustris ( ciekawe czy ten kwasolub dałby radę gdyby go posadzić przy planowanym stanowisku długoszy ) czy bobrka trójlistkowego Menyanthes trifoliata. Jednak za dużo grzybków w barszcz w przypadku nie największego oczka wodnego to przepis na zupkę ciężkostrawną, ból pleców i jeszcze parę innych dolegliwości oraz wieczne niezadowolenie z siebie ( za mało czasu poświęcam bajoru i zarasta, o bozsz... jaka ja leniwa jestem ). Najlepiej liczbę gatunków rosnących w płytszej wodzie ograniczyć do dwóch, góra trzech tak żeby można było nad tymi nasadzeniami wodnymi zapanować.
Część zachodniego i wschodni brzeg bajora, strefa okresowo zalewana jednak tak naprawdę będąca znacznie częściej lekko tylko podmokłą niż solidnie bagienną - sen z powiek spędzają mi te nasadzenia. Etap kontrolowanej łąki zakończył się chynszorami po całości, znaczy kontrola była za słaba i trawska wydusiły co słabsze bylinki łąkowe. Pojawił się też problem wierzb ( cholerny prezent od kaczuszek odwiedzających oczko albo przybyło te wierzbowe nasionka z wiatrem ). Koszenie malutkiej łączki nadoczkowej kosiarką czy podkaszarką odpada ( stoję w kaloszach w wodzie i koszę sprzętem elektrycznym, zastanawiając się przy tym jak to dokładnie jest z tym przepływaniem prądu przez ciało, gumowym obuwiem i w ogóle ), cięcie sierpem pozostaje albo strzyżenie nożycami do trawy. No i ta trawa, która za nic ma ochronne donice, wory, wiaderka itp., wypełzająca i podstępnie zdobywająca nowe tereny. O nie, nigdy więcej! Firletka poszarpana Silene flos-cuculi bez towarzystwa traw lubi się wykładać - co robić? Zrezygnować z firletki! Jakże to tak, z firletki?! Never! A co z kaczeńcami, a kuklik? Przecież one do nasadzeń z kosmatką śnieżną to zupełnie nie tego. Ech, grupa jednogatunkowa chyba tylko mi zostaje i raczej nie będzie to grupa firletkowa . Może gdzieś tam uda się przemycić cebulki szachownicy kostkowatej Fritillaria meleagris ( w okolicach rodków czyli na południowym brzegu bajora , tam jest odpowiednia kwasowość gleby ). Dużo jeszcze do przemyślenia przed wiosennymi robotami oczkowymi mam, na prostym wywaleniu wszystkiego wrażego pełzającego to moje oczkowanie się nie skończy.
Przepraszam za jakość fotek, różne aparaty fociły ale z drugiej strony była zawsze ta sama niewprawna focistka i zdjątka są w związku z tym "różne, różniste" że zacytuję klasyka.
czwartek, 9 lutego 2017
Zawilce greckie
Zawilec grecki czyli taki pochodzący z Grecji. Tak naprawdę gatunek Anemone blanda pochodzi nie tylko z Grecji, zasięg jego występowania w naturze jest znacznie bardziej rozległy - Azja Mniejsza aż po Kaukaz. Porasta w lasach liściastych, tak jak u nas zawilce gajowe Anemone nemorosa. Do ogrodów trafił gdzieś koło 1895 roku i niemal natychmiast zyskał uznanie. Przyczyna jego ogrodowej kariery jest dość prozaiczna - bardzo wcześnie pokazują się liście i kwiaty, niemal chwilkę po pełni sezonu cyklamenków dyskowatych i śnieżyczek przebiśniegów. Konkurencja praktycznie żadna, inne zawilce w glebie jeszcze siedzą, na tapecie tylko te mniejsze cebulowe, małego anemonka po prostu widać. Dwa tygodnie późniejsze rozpoczęcie wegetacji i nie byłby zauważalny wśród wyższych i w ogóle bardziej okazałych roślin. Jak się osiąga wysokość dziesięciu cm to lepiej się spieszyć z kwitnieniem, he, he. Zawilce greckie są też pędzone też jak wiosenne rośliny cebulowe, dla ozdóbstwa domostw przez spragnionych wiosny ludzi.
Zawilec grecki zaliczany jest do roślin bulwiastych. Zawilce gajowe kwitnące w naszych lasach mają małe, kruche kłączka, gatunek Anemone blanda ma malutkie, ciemne, nieregularnego kształtu bulwki. Tak szczerze pisząc nie jestem do końca przekonana że to są takie bulwy w stylu cyklamenów, te korzonki wyglądają mi na bardzo grube bulwiaste kłącza. Ale kim ja jestem żeby się z systematykami wykłócać - twierdzą że bulwy, niech im będzie. Te bulwo- kłączka sadzimy wczesną jesienią poziomo w ziemię próchniczą, najlepiej o słabo alkalicznym odczynie lub obojętną ( dopuszcza się lekką kwasowość ale przy rodkach tych zawilców lepiej nie sadzić ) i bardzo dobrze zdrenowaną ( gleba powinna być naprawdę lekka, w gliniastej, ciężkiej zawilce po prostu wygniją ). Zawilce najlepiej prezentują się na stanowiskach półcienistych, dobrze rosną sadzone pod drzewami liściastymi - przed rozwojem liści drzew na takim stanowisku jest w miarę słonecznie a potem liście ocieniają i ochładzają glebę a drzewa wykorzystując wodę zapewniają optymalne warunki letniego spoczynku dla zawilców. Opadłe z drzew liście stanowią świetną zimową "kordłę" - same zalety ma takie poddrzewne stanowisko ( nic dziwnego, skopiowane z natury ). Zawilce greckie są też z lubością uprawiane w alpinariach wśród innych "dziubdziulków".
Po kwitnieniu liście zawilców greckich zanikają, zostają znaczy łyse placki których lepiej nie ruszać ( pokruszyć bulwko- kłącza, wykopać je i nie zauważyć tego jest dość łatwo ). Jeżeli chcemy rozmnożyć te zawilce to najlepiej będzie zabrać się do tego tak: oznaczyć dokładnie stanowisko ( patyczki, nitki, te klimaty ) i w czasie spoczynku letniego podzielić paroletnie kłącza na nieco mniejsze części ( byle nie za małe ). Gatunek Anemone blanda kwitnie dość dużymi kwiatami ( od dwóch do czterech cm średnicy ) jak na tak niską roślinkę, w kolorze jasnego błękitu ( zdjęcie nr 1 i 2 ). W naturze występują formy o kwiatach białych lub w odcieniu jasnego różu. W ogrodach uprawia się odmiany: 'Blue Shades' ( na zdjęciu nr 3 ) która jest być może tożsama z odmianą 'Atrocaerulea' ( nie doszukałam się odpowiedzi ), 'White Splendour' ( odmiana o białych kwiatach, nagrodzona Award of Garden Merit ), 'Rosea' ( w zasadzie to botaniczna odmiana Anemone blanda var. rosea - jasnoróżowe kwiaty z lekkim odcieniem wrzosowym ), 'Radar' ( ciemnoróżowe w odcieniu magenta płatki z białym zabarwieniem do 1/3 długości płatka, tworzącym "oczko" kwiatu ), 'Pink Star' ( ciemnoróżowe w płatki z podobnym jak w przypadku odmiany 'Radar' białym zabarwieniem do 1/3 długości płatka, tworzącym "oczko" kwiatu ), 'Charmer' ( różowe, wpadające we wrzosowy odcień płatki z podobnym jak w przypadku odmian 'Radar' i 'Pink Star' białym zabarwieniem do 1/3 długości płatka, tworzącym "oczko" kwiatu ), 'Ingramii' CEH 626 ( kwiaty w odcieniu głębokiego różu ), 'Violet Star' ( mocno wrzosowe płatki z białym zabarwieniem do 1/3 długości płatka, tworzącym "oczko" kwiatu ). W hurtownianym handlu najczęściej można spotkać tzw. mix , czasem uda się trafić 'Blue Shades' lub 'White Splendour'.
Zawilec grecki zaliczany jest do roślin bulwiastych. Zawilce gajowe kwitnące w naszych lasach mają małe, kruche kłączka, gatunek Anemone blanda ma malutkie, ciemne, nieregularnego kształtu bulwki. Tak szczerze pisząc nie jestem do końca przekonana że to są takie bulwy w stylu cyklamenów, te korzonki wyglądają mi na bardzo grube bulwiaste kłącza. Ale kim ja jestem żeby się z systematykami wykłócać - twierdzą że bulwy, niech im będzie. Te bulwo- kłączka sadzimy wczesną jesienią poziomo w ziemię próchniczą, najlepiej o słabo alkalicznym odczynie lub obojętną ( dopuszcza się lekką kwasowość ale przy rodkach tych zawilców lepiej nie sadzić ) i bardzo dobrze zdrenowaną ( gleba powinna być naprawdę lekka, w gliniastej, ciężkiej zawilce po prostu wygniją ). Zawilce najlepiej prezentują się na stanowiskach półcienistych, dobrze rosną sadzone pod drzewami liściastymi - przed rozwojem liści drzew na takim stanowisku jest w miarę słonecznie a potem liście ocieniają i ochładzają glebę a drzewa wykorzystując wodę zapewniają optymalne warunki letniego spoczynku dla zawilców. Opadłe z drzew liście stanowią świetną zimową "kordłę" - same zalety ma takie poddrzewne stanowisko ( nic dziwnego, skopiowane z natury ). Zawilce greckie są też z lubością uprawiane w alpinariach wśród innych "dziubdziulków".
Po kwitnieniu liście zawilców greckich zanikają, zostają znaczy łyse placki których lepiej nie ruszać ( pokruszyć bulwko- kłącza, wykopać je i nie zauważyć tego jest dość łatwo ). Jeżeli chcemy rozmnożyć te zawilce to najlepiej będzie zabrać się do tego tak: oznaczyć dokładnie stanowisko ( patyczki, nitki, te klimaty ) i w czasie spoczynku letniego podzielić paroletnie kłącza na nieco mniejsze części ( byle nie za małe ). Gatunek Anemone blanda kwitnie dość dużymi kwiatami ( od dwóch do czterech cm średnicy ) jak na tak niską roślinkę, w kolorze jasnego błękitu ( zdjęcie nr 1 i 2 ). W naturze występują formy o kwiatach białych lub w odcieniu jasnego różu. W ogrodach uprawia się odmiany: 'Blue Shades' ( na zdjęciu nr 3 ) która jest być może tożsama z odmianą 'Atrocaerulea' ( nie doszukałam się odpowiedzi ), 'White Splendour' ( odmiana o białych kwiatach, nagrodzona Award of Garden Merit ), 'Rosea' ( w zasadzie to botaniczna odmiana Anemone blanda var. rosea - jasnoróżowe kwiaty z lekkim odcieniem wrzosowym ), 'Radar' ( ciemnoróżowe w odcieniu magenta płatki z białym zabarwieniem do 1/3 długości płatka, tworzącym "oczko" kwiatu ), 'Pink Star' ( ciemnoróżowe w płatki z podobnym jak w przypadku odmiany 'Radar' białym zabarwieniem do 1/3 długości płatka, tworzącym "oczko" kwiatu ), 'Charmer' ( różowe, wpadające we wrzosowy odcień płatki z podobnym jak w przypadku odmian 'Radar' i 'Pink Star' białym zabarwieniem do 1/3 długości płatka, tworzącym "oczko" kwiatu ), 'Ingramii' CEH 626 ( kwiaty w odcieniu głębokiego różu ), 'Violet Star' ( mocno wrzosowe płatki z białym zabarwieniem do 1/3 długości płatka, tworzącym "oczko" kwiatu ). W hurtownianym handlu najczęściej można spotkać tzw. mix , czasem uda się trafić 'Blue Shades' lub 'White Splendour'.
środa, 8 lutego 2017
Narcyzy w małym i najmniejszym rozmiarze
Kiedyś już o nich wspomniałam ( wpis łowiecki z sierpnia 2015 roku Polowanie na cebule czas rozpocząć! - pierwszy łup narcyzy ) ale to ledwie przymiarka do tematu była, ot takie tam plany nasadzeniowe z udziałem kurduplastych narcyzków sobie roiłam a przy okazji coś tam, coś tam o nich mnie się wymknęło ale nie było to wymknięcie należyte, temat wyczerpujące i solidne jak te stare mercedesy w niemieckich fabrykach składane. Ponieważ tegoroczna zima upływa mi na pędzonej cebulowej rozpuście aż się prosi żeby któraś z wiosennych roślin cebulowych miała poświęcony sobie wpis. Padło na malutkie narcyzki bo: karzełki mają w sobie wdzięk dziczyzny, są to na ogół odmiany wcześnie kwitnące lub te dające czadu w środku sezonu narcyzowego, co dla mnie obsadzającej nimi stanowiska dość późno wychodzących host ma znaczenie. Nieduży "szczypior" w fazie zasychania szybko jest zakrywany przez inne rośliny ( cebulowym pod żadnym pozorem nie wolno usuwać zasychających liści - prosta droga do osłabiania cebul i ich zanikania ). Już te trzy wyżej wymienione zalety powodują że te maluchy są roślinami przeze mnie pożądanymi i chętnie zapraszanymi do Alcatrazu, choć niektóre z karzełków mają wyraźnie skrzywiony charakter ( pamiętacie fraszkę Sztaudyngera - "Mszczą się ludzie mali bo nie powyrastali", co prawda nie tylko do wzrostu fizycznego autor pił, no i mowa o ludziach ale są narcyzy do których sens fraszki pasuje jak ulał ). Dlaczego karzełki dzielą się na wredne niedorozwoje i całkiem miłe bezproblemowce? Ano dlatego że należą do różnych grup narcyzów, mają różnych przodków. Żeby to dobrze wytłumaczyć muszę się niestety znów zamienić w ciotkę Makowiecką.
Kiedyś tam przyszło komuś do głowy żeby wyczynowo ogrodującym cebulowanie ułatwić - narcyzy podzielono na dwanaście lub trzynaście grup. To "lub" jest dlatego że toczą się spory czy mieszańce Narcissus bulbocodium zasługują na osobną grupę czy też należy do grupy dziesiątej im przypisanej dołożyć jeszcze inne gatunki. No kontrowersje są związane z tą grupą botanicznych. Dla potrzeb tego wpisu przyjęłam podział z forum mojego matecznego czyli Tabazy, choć dziś przeważa opcja ładująca wszystkie narcyzy botaniczne do grupy dziesiątej. Tak, to pokręcone! A tak w ogóle to taki zwyczajny ogrodnik rozróżnia żonkile o żółtych, trąbkowatych kwiatach i narcyzy o kwiatach "płaskich" - szlus, kwestia narcyzków opracowana i zamknięta. Czasem zdarza się nawet że żonkile uważane są za jakiś osobny rodzaj, coś z całkiem innej beczki ( początkujący tak mają, spuśćmy na ten smętny fakt litościwie zasłonę milczenia ). A tu proszę aż trzynaście grup utworzono z roślin podtytułem Narcissus "żeby wszystko skomplikować", he, he. Teraz będzie najważniejsze - żadna z tych grup nie nazywa się narcyzy miniaturowe. Narcyzów nie podzielono bowiem ze względu na osiągany przez rośliny wzrost lecz ze względu na udział konkretnych gatunków w procesie hybrydyzacji ( i dlatego mamy na przykład mieszańce tazetta czy mieszańce jonquilla ), co już zapewne podejrzewaliście po moim napomknieniu o dylematach związanych z liczbą grup, lub wygląd kwiatów ( mieszańce o pełnych kwiatach, mieszańce wielkoprzykoronkowe, o rozszczepionym przykoronku, trąbkowe itd. ). Narcyzy dorastające od 10 do 33 cm należą do różnych grup, zatem różnią się od siebie wyglądem kwiatów, wymaganiami uprawowymi ( głównie te należące do grupy trzynastej, czyli do tej w skład której wchodzą gatunki, dziczyzna znaczy ), mrozoodpornością. Trzeba mieć to na uwadze kiedy przyjdzie nam ochota posadzić urocze maluchy.
Zacznijmy od karzełkowatych narcyzów najtrudniejszych w uprawie czyli od gatunków. Chyba najdostępniejszym z nich jest Narcissus bulbocodium czyli narcyz łuskowaty. Pochodzi z południa Europy ( południowo- zachodnia Francja, Półwysep Iberyjski ), występuje też w północnej Afryce - no i już czujecie bluesa, narcyzek z tych ciepłolubnych. Dodajcie do konieczność sadzenia w podłożu próchniczo - gliniastym z dużą ilością żwiru pod cebulami i w razie mokrego lata wykopywana cebul i przetrzymywania ich w miejscu suchym i ciemnym. Łatwizna! Po prostu aż się człowiek pali żeby ten dorastający w porywach do 20 cm gatunek albo jego botaniczne formy czy też mieszańce z jego udziałem ( taka 'Smarple' na ten przykład, czy 'Mitimoto' ) zaroślinniały mu ogród. Roślina raczej dla amatorów mocnych wrażeń niż dla ogrodników amatorów. Jak dla mnie zaliczany do grupy dziesiątej "Mieszańców bulbocodium" narcyzek , podobnie jak inni karłowaci przedstawiciele grupy trzynastej " Narcyzy botaniczne" ( szalenie ekskluzywny czyli rzadki jak czysty barszyk Narcissus cantabricus z paroma formami botanicznym, Narcissus nanus dorastający do 10 - 12 cm wysokości z genealogią cóś niepewną - niby tożsamy z Narcissus minor ale może nie do końca, a może to nie gatunek tylko mieszaniec Narcissus pseudonarcissus z Narcissus asturiensis, ojczyzna bardziej pewna - Pireneje, 'Midget' forma ogrodowa Narcissus nanus wyprodukowana przez holenderskiego ogrodnika G.J. Mooymana, w 1984 roku ) to rośliny dla kolekcjonerów, ogrodników z wieloletnim doświadczeniem w uprawie roślin z cieplejszych stref klimatycznych .
Nieco mniej kłopotów sprawiają narcyzy zaliczane do grupy szóstej - "Mieszańce cyclamineus" . Jak się łatwo domyślić narcyzy tej grupy pochodzą od Narcissus cyclamineus, ślicznego narcyzka porastającego tereny północnej części Półwyspu Iberyjskiego. Mieszańce na ogół mają mniej lub bardziej odgięte do tyłu działki okwiatu, cechę odziedziczoną po Narcissus cyclamineus ( choć żadna odmiana nie ma tak odgiętych płatków jak gatunek ). Niestety niektóre z nich odziedziczyły też cieplolubność, są odmiany wymagające cieplejszego klimatu jak i takie które wytrzymają w naszych ogrodach ( 'Jetfire' jest taką twardzielką, 'Ara' czy 'Jack Snipe' mogą czasem w paskudniejsze zimy odpłynąć ). Do najbardziej popularnych odmian z grupy szóstej należą: 'Jack Snipe' autorstwa M.P. Williamsa, wyhodowana i wprowadzona przed rokiem 1951, 'Jetfire' wyhodowana przez G.E. Mitscha i wprowadzona w roku 1966, 'Ara' którą wyhodował Holender W.F. Leenen, wprowadzona w 2004 roku, 'Trena' autorstwa Mavis Verry z Nowej Zelandii, wprowadzona w 1971 roku. Wszystkie te narcyzki dorastają do 15 cm wysokości, 'Jetfire' dorasta nieco wyżej. Do grupy dwunastej w której zgrupowane są narcyzy które sprawiają trudność z przypisaniem, bo jak to ujęto na moim forum matecznym "nie mieszczą się w grupach", należą potomkowie narcyza cyklamenowatego: 'Tête à Tête' - Narcissus cyclamineus x Narcissus' Cyclataz' (Narcissus cyclamineus x Narcissus tazzetta 'Grand Soleil d'Or '), 'Jumblie' z tego samego krzyżowania co 'Tête à Tête', nazywana czasem biało kwitnącą wersją odmiany 'Tête à Tête' odmiana 'Toto', nagrodzona Award of Garden Merit ( te trzy odmiany dorastają do 20 - 25 cm, są z tych wyższych karzełków ). Dlaczego mimo tak dużej dawki genów Narcissus cyclamineus narcyzki te przypisano do grupy dwunastej pozostanie słodką tajemnicą systematyków.
Do grupy siódmej czyli do "Mieszańców jonquilla" należy malutka odmiana 'Sun Disc' autorstwa hodowcy Aleca Graya, wprowadzona w 1946 roku. Narcyzek śliczny, nagrodzony Award of Garden Merit w 1996 roku. Do tej samej grupy przypisano odmianę 'Baby Moon' wprowadzoną w 1958 roku. Rodzic z powodu któregonazwanocalą grupę to Narcissus jonquilla , gatunek występujący w naturze na Półwyspie Iberyjskim. Słowo jonquilla pochodzi od hiszpańskiego junquillo, takiego zdrobnienia do junco, słowa oznaczającego trzcinę. Od łacińskiej nazwy gatunkowej ukuto francuskie jonquille, którym nazywano wszystkie żółte narcyzy i tak do Polski zawitał żonkil ( którym to określeniem dziś z lubością obdarzamy mieszańce trąbkowe - grupa pierwsza - we wszystkich narcyzowych kolorach, he, he, żeby było śmieszniej gatunek Narcissus jonquilla nie ma żadnej trąby ). Czasem do narcyzów miniaturowych zalicza się jeszcze dwoje przedstawicieli grupy siódmej - odmianę 'Pipit' wyhodowaną przez G.E. Mitscha i wprowadzona w roku 1963 roku i bliżej mi nieznane "żywcowo" odmiany 'Kokopelli' i 'Chit Chat' - hodowcy Matthew Fowldsa z Oregonu, wprowadzenej w 1960, Award of Garden Merit odmiana dostała w 1966 roku. 'Sun Disc' i 'Baby Moon dorastają do15 cm, 'Pipit' i 'Kokopelli' bujają wyżej - 25, czasem nawet jeszcze wyżej, natomiast 'Chit Chat' potrafi dorastać prawie do 33 cm - to już niemal "wysoki" narcyz i dla mnie to żadna z niego miniatura! Podobnie ma się sprawa ze słynną 'Bell Song', odmianą G.E. Mitscha o różowawym przykoronku ( po mamusi, tatuś "zwyczajny" - 'Wild Rose' x 'Interim' ) zarejestrowaną w 1971 roku. Ciut za wysoka! Odmiany tej grupy kwitną później niż mieszańce cyclamineus, ich kwitnienie wypada w środku sezonu narcyzowego.
Teraz o kolejnej grupie - grypa ósma to "Mieszańce tazzeta" i do niej należy dość popularna odmiana 'Minnow' osiągająca wysokość 18 cm, nagrodzona Award of Garden Merit w 1998 roku. Większość odmian z tej grupy to delikatne rośliny, protoplasta czyli Narcissus tazetta ( po polsku pięknie zwany narcyzem wielokwiatowym ) to delikates. Niby zasięg występowania od półwyspu Iberyjskiego po Syberię ale w Europie północnej go nie spotykamy ( za to północna Afryka, Bliski Wschód, Iran i dwie chińskie prowincje są przez ten gatunek porastane. Odmiana 'Minnow' kwitnąca w maju bywa kapryśna, są ogrody gdzie rośnie bezproblemowaale są i takie w których znika po jednym sezonie albo w ogóle nie wschodzi. Wszystko zależy od tego jak warunki naszego ogrodu temu narcyzkowi podpaszą ( Alcatraz jest przez kurdupla średnio lubiany, oględnie pisząc ). Ciekawa sprawa jest z dość łatwym do dostania, 15- centymetrowym w porywach narcyzem wyżłobionym Narcissus canaliculatus , który najprawdopodobniej jest mieszańcem lub formą Narcissus tazetta, ale są też żarliwi wyznawcy osobności jego gatunku. Narcissus canaliculatus jest dość wredny, nie mam z nim dobrych doświadczeń.
A teraz chyba najbardziej znany maluch - 'Rip van Winkle' w uprawie już przed 1885 rokiem. Dorasta zaledwie do 14 cm. Kiedyś wymyślano mu piękne łacińskie nazwy Narcissus minor ssp.pumilus 'Plenus' czy też Narcissus pumilus 'Plenus' . Dziś po prostu zalicza się go do grupy czwartej czyli do "Mieszańców pełnokwiatowych". Kwitnie bardzo wcześnie, można go sadzić razem z mieszańcami cyclamineus - zakwitną w jednym terminie. Odmiana bardzo lubiana i dość twarda, jak podpaszą warunki dobrze się rozrasta.
W środku sezonu kwitnie za to niski narcyz z grupy piątej - "Mieszańce triadrus". Odmiana 'Hawera' wyhodowana gdzieś pomiędzy 1935 a 1938 rokiem w Nowej Zelandii przez W.M.Thomsona dorasta do 20 cm. To prześliczny i co ważne dość odporny narcyzek. W roku 1995 docenił go RHS i przyznał Award of Garden Merit. Nisko rośnie też 'Dainty Monique' autorstwa Nowozelandczyka Billa Dijka.
"Mieszańce triandrus" kwitną w środku sezonu narcyzowego. To prześliczne narcyzy z kwiatami o płatkach okwiatu wąskich i dość długich, lekko odgiętych do tyłu, z wystającym, średniej wielkości przykoronkiem - czysta elegancja. Na jednym pędzie kwitnie zazwyczaj więcej niż jeden kwiat. Cechą charakterystyczną dla gatunku Narcissus triandrus, którą odziedziczyły po nim mieszańce, jest przewieszenie w dół kwiatu ( kolokwialna nazwa tego gatunku w miejscu jego występowania może być tłumaczona jako "Anielska Łza" ).
W grupie pierwszej czyli grupie "Mieszańców trąbkowych" - karłowate odmiany to: 'Elka' wcześnie kwitnąca odmiana autorstwa Gray - Cape wprowadzona w 1989 roku, 'Bowles Early Sulphur' wyhodowana przez legendę brytyjskiego ogrodnictwa E.A.Bowlesa znana już przed 1952 rokiem i kwitnąca chyba najwcześniej z wszystkich wymienionych tu odmian "trąbkowców", 'Topolino' wyhodowany w holenderskiej szkółce J. Gerritsen and Son i zarejesetrowany w 1965 roku ( Award of Garden Merit odmiana otrzymała w 2001 roku ), stareńka odmiana z końca XIX wieku 'W.P. Milner' autorstwa Williama Backhouse'a. Mieszańce trąbkowe rosną nieco wyżej niż reszta miniatur, 33 cm spokojnie osiągają. Tak szczerze pisząc to takie miniatury "na wyrost" ale większość ogrodników zalicza te odmiany do narcyzów niskich. Niech będzie, he, he.
Podobny wzrost ma jedyny "karłowy" narcyz zaliczany do grupy trzeciej "Mieszańców małoprzykoronkowych" - odmiana 'Segovia' brytyjskiego hodowcy Aleca Graya, zarejestrowana w 1962 roku a w roku 1996 wyróżniona Award of Garden Merit. Kwitnie w środku sezonu, nie uchodzi za odmianę kłopotliwą.
I to by było na tyle o narcyzkach małych i najmniejszych. Mam nadzieję że ten wpis Wam się przyda kiedy najdzie Was ochota przynarcyzować miniaturowo. Howgh!
Kiedyś tam przyszło komuś do głowy żeby wyczynowo ogrodującym cebulowanie ułatwić - narcyzy podzielono na dwanaście lub trzynaście grup. To "lub" jest dlatego że toczą się spory czy mieszańce Narcissus bulbocodium zasługują na osobną grupę czy też należy do grupy dziesiątej im przypisanej dołożyć jeszcze inne gatunki. No kontrowersje są związane z tą grupą botanicznych. Dla potrzeb tego wpisu przyjęłam podział z forum mojego matecznego czyli Tabazy, choć dziś przeważa opcja ładująca wszystkie narcyzy botaniczne do grupy dziesiątej. Tak, to pokręcone! A tak w ogóle to taki zwyczajny ogrodnik rozróżnia żonkile o żółtych, trąbkowatych kwiatach i narcyzy o kwiatach "płaskich" - szlus, kwestia narcyzków opracowana i zamknięta. Czasem zdarza się nawet że żonkile uważane są za jakiś osobny rodzaj, coś z całkiem innej beczki ( początkujący tak mają, spuśćmy na ten smętny fakt litościwie zasłonę milczenia ). A tu proszę aż trzynaście grup utworzono z roślin podtytułem Narcissus "żeby wszystko skomplikować", he, he. Teraz będzie najważniejsze - żadna z tych grup nie nazywa się narcyzy miniaturowe. Narcyzów nie podzielono bowiem ze względu na osiągany przez rośliny wzrost lecz ze względu na udział konkretnych gatunków w procesie hybrydyzacji ( i dlatego mamy na przykład mieszańce tazetta czy mieszańce jonquilla ), co już zapewne podejrzewaliście po moim napomknieniu o dylematach związanych z liczbą grup, lub wygląd kwiatów ( mieszańce o pełnych kwiatach, mieszańce wielkoprzykoronkowe, o rozszczepionym przykoronku, trąbkowe itd. ). Narcyzy dorastające od 10 do 33 cm należą do różnych grup, zatem różnią się od siebie wyglądem kwiatów, wymaganiami uprawowymi ( głównie te należące do grupy trzynastej, czyli do tej w skład której wchodzą gatunki, dziczyzna znaczy ), mrozoodpornością. Trzeba mieć to na uwadze kiedy przyjdzie nam ochota posadzić urocze maluchy.
Zacznijmy od karzełkowatych narcyzów najtrudniejszych w uprawie czyli od gatunków. Chyba najdostępniejszym z nich jest Narcissus bulbocodium czyli narcyz łuskowaty. Pochodzi z południa Europy ( południowo- zachodnia Francja, Półwysep Iberyjski ), występuje też w północnej Afryce - no i już czujecie bluesa, narcyzek z tych ciepłolubnych. Dodajcie do konieczność sadzenia w podłożu próchniczo - gliniastym z dużą ilością żwiru pod cebulami i w razie mokrego lata wykopywana cebul i przetrzymywania ich w miejscu suchym i ciemnym. Łatwizna! Po prostu aż się człowiek pali żeby ten dorastający w porywach do 20 cm gatunek albo jego botaniczne formy czy też mieszańce z jego udziałem ( taka 'Smarple' na ten przykład, czy 'Mitimoto' ) zaroślinniały mu ogród. Roślina raczej dla amatorów mocnych wrażeń niż dla ogrodników amatorów. Jak dla mnie zaliczany do grupy dziesiątej "Mieszańców bulbocodium" narcyzek , podobnie jak inni karłowaci przedstawiciele grupy trzynastej " Narcyzy botaniczne" ( szalenie ekskluzywny czyli rzadki jak czysty barszyk Narcissus cantabricus z paroma formami botanicznym, Narcissus nanus dorastający do 10 - 12 cm wysokości z genealogią cóś niepewną - niby tożsamy z Narcissus minor ale może nie do końca, a może to nie gatunek tylko mieszaniec Narcissus pseudonarcissus z Narcissus asturiensis, ojczyzna bardziej pewna - Pireneje, 'Midget' forma ogrodowa Narcissus nanus wyprodukowana przez holenderskiego ogrodnika G.J. Mooymana, w 1984 roku ) to rośliny dla kolekcjonerów, ogrodników z wieloletnim doświadczeniem w uprawie roślin z cieplejszych stref klimatycznych .
Nieco mniej kłopotów sprawiają narcyzy zaliczane do grupy szóstej - "Mieszańce cyclamineus" . Jak się łatwo domyślić narcyzy tej grupy pochodzą od Narcissus cyclamineus, ślicznego narcyzka porastającego tereny północnej części Półwyspu Iberyjskiego. Mieszańce na ogół mają mniej lub bardziej odgięte do tyłu działki okwiatu, cechę odziedziczoną po Narcissus cyclamineus ( choć żadna odmiana nie ma tak odgiętych płatków jak gatunek ). Niestety niektóre z nich odziedziczyły też cieplolubność, są odmiany wymagające cieplejszego klimatu jak i takie które wytrzymają w naszych ogrodach ( 'Jetfire' jest taką twardzielką, 'Ara' czy 'Jack Snipe' mogą czasem w paskudniejsze zimy odpłynąć ). Do najbardziej popularnych odmian z grupy szóstej należą: 'Jack Snipe' autorstwa M.P. Williamsa, wyhodowana i wprowadzona przed rokiem 1951, 'Jetfire' wyhodowana przez G.E. Mitscha i wprowadzona w roku 1966, 'Ara' którą wyhodował Holender W.F. Leenen, wprowadzona w 2004 roku, 'Trena' autorstwa Mavis Verry z Nowej Zelandii, wprowadzona w 1971 roku. Wszystkie te narcyzki dorastają do 15 cm wysokości, 'Jetfire' dorasta nieco wyżej. Do grupy dwunastej w której zgrupowane są narcyzy które sprawiają trudność z przypisaniem, bo jak to ujęto na moim forum matecznym "nie mieszczą się w grupach", należą potomkowie narcyza cyklamenowatego: 'Tête à Tête' - Narcissus cyclamineus x Narcissus' Cyclataz' (Narcissus cyclamineus x Narcissus tazzetta 'Grand Soleil d'Or '), 'Jumblie' z tego samego krzyżowania co 'Tête à Tête', nazywana czasem biało kwitnącą wersją odmiany 'Tête à Tête' odmiana 'Toto', nagrodzona Award of Garden Merit ( te trzy odmiany dorastają do 20 - 25 cm, są z tych wyższych karzełków ). Dlaczego mimo tak dużej dawki genów Narcissus cyclamineus narcyzki te przypisano do grupy dwunastej pozostanie słodką tajemnicą systematyków.
Do grupy siódmej czyli do "Mieszańców jonquilla" należy malutka odmiana 'Sun Disc' autorstwa hodowcy Aleca Graya, wprowadzona w 1946 roku. Narcyzek śliczny, nagrodzony Award of Garden Merit w 1996 roku. Do tej samej grupy przypisano odmianę 'Baby Moon' wprowadzoną w 1958 roku. Rodzic z powodu któregonazwanocalą grupę to Narcissus jonquilla , gatunek występujący w naturze na Półwyspie Iberyjskim. Słowo jonquilla pochodzi od hiszpańskiego junquillo, takiego zdrobnienia do junco, słowa oznaczającego trzcinę. Od łacińskiej nazwy gatunkowej ukuto francuskie jonquille, którym nazywano wszystkie żółte narcyzy i tak do Polski zawitał żonkil ( którym to określeniem dziś z lubością obdarzamy mieszańce trąbkowe - grupa pierwsza - we wszystkich narcyzowych kolorach, he, he, żeby było śmieszniej gatunek Narcissus jonquilla nie ma żadnej trąby ). Czasem do narcyzów miniaturowych zalicza się jeszcze dwoje przedstawicieli grupy siódmej - odmianę 'Pipit' wyhodowaną przez G.E. Mitscha i wprowadzona w roku 1963 roku i bliżej mi nieznane "żywcowo" odmiany 'Kokopelli' i 'Chit Chat' - hodowcy Matthew Fowldsa z Oregonu, wprowadzenej w 1960, Award of Garden Merit odmiana dostała w 1966 roku. 'Sun Disc' i 'Baby Moon dorastają do15 cm, 'Pipit' i 'Kokopelli' bujają wyżej - 25, czasem nawet jeszcze wyżej, natomiast 'Chit Chat' potrafi dorastać prawie do 33 cm - to już niemal "wysoki" narcyz i dla mnie to żadna z niego miniatura! Podobnie ma się sprawa ze słynną 'Bell Song', odmianą G.E. Mitscha o różowawym przykoronku ( po mamusi, tatuś "zwyczajny" - 'Wild Rose' x 'Interim' ) zarejestrowaną w 1971 roku. Ciut za wysoka! Odmiany tej grupy kwitną później niż mieszańce cyclamineus, ich kwitnienie wypada w środku sezonu narcyzowego.
Teraz o kolejnej grupie - grypa ósma to "Mieszańce tazzeta" i do niej należy dość popularna odmiana 'Minnow' osiągająca wysokość 18 cm, nagrodzona Award of Garden Merit w 1998 roku. Większość odmian z tej grupy to delikatne rośliny, protoplasta czyli Narcissus tazetta ( po polsku pięknie zwany narcyzem wielokwiatowym ) to delikates. Niby zasięg występowania od półwyspu Iberyjskiego po Syberię ale w Europie północnej go nie spotykamy ( za to północna Afryka, Bliski Wschód, Iran i dwie chińskie prowincje są przez ten gatunek porastane. Odmiana 'Minnow' kwitnąca w maju bywa kapryśna, są ogrody gdzie rośnie bezproblemowaale są i takie w których znika po jednym sezonie albo w ogóle nie wschodzi. Wszystko zależy od tego jak warunki naszego ogrodu temu narcyzkowi podpaszą ( Alcatraz jest przez kurdupla średnio lubiany, oględnie pisząc ). Ciekawa sprawa jest z dość łatwym do dostania, 15- centymetrowym w porywach narcyzem wyżłobionym Narcissus canaliculatus , który najprawdopodobniej jest mieszańcem lub formą Narcissus tazetta, ale są też żarliwi wyznawcy osobności jego gatunku. Narcissus canaliculatus jest dość wredny, nie mam z nim dobrych doświadczeń.
A teraz chyba najbardziej znany maluch - 'Rip van Winkle' w uprawie już przed 1885 rokiem. Dorasta zaledwie do 14 cm. Kiedyś wymyślano mu piękne łacińskie nazwy Narcissus minor ssp.pumilus 'Plenus' czy też Narcissus pumilus 'Plenus' . Dziś po prostu zalicza się go do grupy czwartej czyli do "Mieszańców pełnokwiatowych". Kwitnie bardzo wcześnie, można go sadzić razem z mieszańcami cyclamineus - zakwitną w jednym terminie. Odmiana bardzo lubiana i dość twarda, jak podpaszą warunki dobrze się rozrasta.
W środku sezonu kwitnie za to niski narcyz z grupy piątej - "Mieszańce triadrus". Odmiana 'Hawera' wyhodowana gdzieś pomiędzy 1935 a 1938 rokiem w Nowej Zelandii przez W.M.Thomsona dorasta do 20 cm. To prześliczny i co ważne dość odporny narcyzek. W roku 1995 docenił go RHS i przyznał Award of Garden Merit. Nisko rośnie też 'Dainty Monique' autorstwa Nowozelandczyka Billa Dijka.
"Mieszańce triandrus" kwitną w środku sezonu narcyzowego. To prześliczne narcyzy z kwiatami o płatkach okwiatu wąskich i dość długich, lekko odgiętych do tyłu, z wystającym, średniej wielkości przykoronkiem - czysta elegancja. Na jednym pędzie kwitnie zazwyczaj więcej niż jeden kwiat. Cechą charakterystyczną dla gatunku Narcissus triandrus, którą odziedziczyły po nim mieszańce, jest przewieszenie w dół kwiatu ( kolokwialna nazwa tego gatunku w miejscu jego występowania może być tłumaczona jako "Anielska Łza" ).
W grupie pierwszej czyli grupie "Mieszańców trąbkowych" - karłowate odmiany to: 'Elka' wcześnie kwitnąca odmiana autorstwa Gray - Cape wprowadzona w 1989 roku, 'Bowles Early Sulphur' wyhodowana przez legendę brytyjskiego ogrodnictwa E.A.Bowlesa znana już przed 1952 rokiem i kwitnąca chyba najwcześniej z wszystkich wymienionych tu odmian "trąbkowców", 'Topolino' wyhodowany w holenderskiej szkółce J. Gerritsen and Son i zarejesetrowany w 1965 roku ( Award of Garden Merit odmiana otrzymała w 2001 roku ), stareńka odmiana z końca XIX wieku 'W.P. Milner' autorstwa Williama Backhouse'a. Mieszańce trąbkowe rosną nieco wyżej niż reszta miniatur, 33 cm spokojnie osiągają. Tak szczerze pisząc to takie miniatury "na wyrost" ale większość ogrodników zalicza te odmiany do narcyzów niskich. Niech będzie, he, he.
Podobny wzrost ma jedyny "karłowy" narcyz zaliczany do grupy trzeciej "Mieszańców małoprzykoronkowych" - odmiana 'Segovia' brytyjskiego hodowcy Aleca Graya, zarejestrowana w 1962 roku a w roku 1996 wyróżniona Award of Garden Merit. Kwitnie w środku sezonu, nie uchodzi za odmianę kłopotliwą.
I to by było na tyle o narcyzkach małych i najmniejszych. Mam nadzieję że ten wpis Wam się przyda kiedy najdzie Was ochota przynarcyzować miniaturowo. Howgh!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































