niedziela, 14 stycznia 2018

Codziennik - życie zwyczajne czyli pospolite

Zrobiwszy  tygodniowy przegląd prasy ( bo czas się znalazł ) i dostrzegłwszy cóś jakby zwiastun politycznej wiosny - rzundzące i  łopozycja występowały w tym tygodniu jak te  primabalerony na scenie Teatru Maryjskiego, jak zwykle zajęte głównie sobą a tu jakby ktoś kosteczkę domina w konstrukcji trącił  - przy okazji tzw. sporu zastępczego, który niedługo może okazać się preludium czegoś  czego  dotychczasowi politycy nie będą w stanie okiełznać a mianowicie nieuchronnie nadciągającej fali zmian obyczajowych - powoli  i w bólach rodzi nam się nowa lewica.  Nie dziewczątka i chłopcy, sierotki po nieboszczce PZPR   ( choć nie mam złudzeń że stare wygi się nie podczepią ) z    ćwierćinteligentką z tytułem naukowym w charakterze  przywabiacza dla wyborców ale po prostu lewica -  taka przeciwwaga dla narodowych socjalistów, konserwatywnych liberałów, antysystemowców niemających pomysłu na nowy system za to nie potrafiących rozwalić starego i związku zawodowego rolników.   Wyraźnie  drgnęło, choć  nie wydaje się by zajęci sobą aktorzy obsadzeni w rolach głównych to naprawdę zauważyli. Jednak za jakiś czas może wykluć się z tego coś co zmieni dotychczasowy status quo , który staje  się coraz bardziej nieznośny dla małych żuczków.  Najśmieszniejsze  że  ta nasza polityczna lewica niewiedząca   że ma już solidny  elektorat gotowy na nią głosować, jeszcze się miota od  koncepcji  towarzysza Mao do jakichś post izmów ale kiedy do nich dotrze co mogą ugrać, he, he, he. Licytacją na socjal nie ma kto z nimi konkurować, nawet obecni rzundzący odpadają w przedbiegach a społeczeństwo powoli staje się zmęczone hipokryzją  urzędników głównego wyznania, którym ołtarz  pomylił się z tronem i polityków z nimi związanych. Mimo żem ja gospodarcza konserwa ( choć obyczajowo to libertyn, he, he, he ) czyli  nie bardzo mi  z lewicą po drodze, to   będę mocno kibicować bo solidnie się prosi  o przewietrzenie naszego grajdołka - "Barbara Ubryk"- dziura nad dziury; Barbara Ubryk" - hotel ponury. Pokojów nigdy się nie przewietrza,wszyscy wołają: - Powietrza nie trza!" - klimacik mamy  dziś taki j jak to mistrz  Konstanty Ildefons napisał a śpiewał swego czasu Pan Janek.

 Na tym pozytywności się nie kończą,  Małgoś - Sąsiadka opanowała używanie swojego nowego przyrządu  do mierzenia cukru  ( "Wkurza mnie ta technika!" ) i glukometr został zwyczajnym urządzeniem domowym. Ja straciłam  stanowisko Głównej  Mierzącej, ale jakoś to przeżyję, he, he, he. W ogóle Małgoś - Sąsiadka  odstawia mnie od  piersi, twierdzi że czas na samodzielność. Znaczy bierze swoje sprawy w swoje ręce, zaczęła od przepytania naszego domowego  lekarza na okoliczność - "Panie  Doktorze, czy opłaca  mi się kupować jeszcze opał  i wiosenne obuwie, znaczy czy dożyję?". Po wypowiedzeniu przez pacjentkę tej  kwestii wzrok doktora M. był barani, wicie rozumicie, takie szklane spojrzenie, długotrwałe i bez ruchu powiek. "Wszystko na to wskazuje, Pani  Małgorzato" wykrztusił  po dłuższym czasie  a następnie dodał "Zastanawiałbym się nawet nad  kupieniem butów zimowych, bo teraz są promocje".  Świadkowałam przy  badaniu bo  Małgoś głuchawa i trzeba do niej ryczeć na odpowiednich tonach, o tajemnicy lekarskiej nie ma co bredzić  bo pewnie pół  kamienicy mnie słyszało a i odpowiedzi  Małgoś  - Sąsiadki były gromkie. Po tej medycznej  rozmowie Małgoś - Sąsiadka utwierdziła się w przekonaniu że zasadniczo nic poważnego  jej  nie dolega a nawet  że na tzw.  tle jest jakby sprawna (  "Zupełnie  nie rozumiem dlaczego  Irena udaje  że nie jest głucha!" ). Co prawda jak ten Cerber pilnuję żeby nie było przy kiepskiej pogodzie samodzielnych i absolutnie nielegalnych wypraw do sklepu  ale poza tym "obiekt funkcjonuje prawidłowo i jest używany zgodnie z przeznaczeniem" ( znaczy Małgoś - Sąsiadka znów gotuje  dla nas  swoje  popisowe dania ). Moja geriatria, jak nazywam dwie najstarsze sąsiadki, jest na chodzie i to mimo ubiegłorocznych wypadków, operacji i całego użerania się z rehabilitacją ( "Co ty pieprzysz! Potrafię! Mam osiągnięcia - powtarzam po 240 razy a Ty w ogóle  nie ćwiczysz! Zobaczysz, zobaczysz co to będzie jak będziesz w moim wieku!" ),  jak na  89 latek przebiegu trzymają się babki całkiem nieźle.

Oblookawszy angielski film o gorzkiej starości królowej Wiktorii i stwierdziwszy że nawet, nawet. Takie solidne brytyjskie kino ( nie żeby tam och i ach i w ogóle fajerwerki, ale rzecz porządna ),  jak zwykle doskonale zagrane, niewiele brytyjskich towarów  trzyma  poziom, wszędzie masówka ale  od czasu do czasu coś dobrego z Wysp się trafi.  Obejrzawszy  też film o ubiciu świętego jelenia, który to  film  był w połowie mnie zadowalniający.  Czasem nieznośny tzw. artyzm się wylewał a mnie prostaczce przeszkadza to w oglądaniu i trawieniu oglądanego ( zdziwna  sprawa bo jakoś toleruję oglądadła Żuławskiego a tu mnie wzięło i nieco zmierziło - pewnie przestaje być dziecięciem epoki i zamieniam się w piernika ). Zacząwszy czytać książkę o nieodwzajemnionej miłości  Żydów do  niemieckiej kultury , zakochaniu beznadziejnym które rozpoczęło się już pod koniec XVIII wieku a skończyło się w  latach czterdziestych ubiegłego wieku gwałtownie i zdaje się że raz na zawsze. Interesujące, zaprawdę powiadam Wam interesujące. Przerywnikiem  lżejszym jest książka kucharska "365 obiadów",  dzieło wiekopomne Lucyny Ćwierczakiewiczowej czytane po raz kolejny. Przepisy czyta się trochę dziwnie bo cały czas gdzieś  mi tak te synapsy się jarzą  przy przeliczaniu garnców, kwart i półkwaterek na współczesne miary. Nie czytam jej  dosłownie  jako książki kucharskiej,  to raczej opowieść o XIX wiecznej polskiej kuchni. Niektóre przepisy to wręcz  opowieści z kręgu markiza de Sade, np. topione kurczęta  na "szybkie użycie".

Szczęśliwie jakoś wrażliwość nam się  wywrażliwiła w ciągu tego wieku z solidnym hakiem, który minął od napisania tej książki "dla pań" . No i tak podczytuję na przemian obie pozycje naraz czego wynikiem może być przekonanie  że Heine to najlepiej jak w cebulce czytany, albo jakieś inne  bzdury. A takowe podejrzenie  o możliwość popieprzenia wrażeń z czytanych  lektur mnie się zalęgło  przez to że Cio Mary straszy mnie obumieraniem komórek mózgowych atakowanych przez  wraży tłuszcz, które to obumieranie ma ponoć powodować między innymi spiętrzanie danych i niemożność ich przyporządkowania do określonych folderów. Cio Mary twierdzi że należy walczyć alkoholem ze złowrogim tłuszczem który pośrednio i bezpośrednio zagraża biednym, szarym komórkom. Tylko trzeba uważać żeby nie wpaść w alkoholizm bo wtedy szlag trafi  szare z powodu ochlajstwa. Normalnie wszędzie się czai niebezpieczeństwo, człowiek boi się więcej niż jedną książkę  czytać "w tym samym czasie" bo jeszcze się okaże  że musi wybierać między dietą ekstremalną a możliwością wpadnięcia w alkoholizm. A te wszystkie strachy to przez to  że Wujek Jo jakąś kretyńską gazetkę darmową z apteki przyniósł ( przy zakupie Amolu do walki z przeziębieniem - wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi że  Amol ma głównie walczyć z tłuszczem ). Na wszelki wypadek, w trosce o zdrowie  psychiczne  został wydany zakaz przynoszenia  gazetek z apteki. Lepiej  jednak  czytać książki, nawet dwie naraz.




Dzisiejsze ozdobniki wpisu  to wyjątki z manuskryptu zwanego Mira Calligraphiae Monumenta . W XVI wieku druk stał się podstawową metodą produkcji książek. Nie znaczy jednak że sztuka kaligrafii została zapomniana. Ba, jak to bywa z rzeczami które nie muszą już spełniać tylko podstawowej funkcji co innego niż dotychczas się liczyło , estetyczne właściwości pisma zaczęły być uważane za bardzo  istotne. No wzięło i się rozbuchało. Od 1561 do 1562 r. Georg Bocskay, chorwacki sekretarz sądowy cesarza Ferdynanda I , stworzył taką księgę kaligrafii, wzornik złożony ze znanych mu stylów pisania. Około trzydziestu lat później cesarz Rudolf II, wnuk Ferdynanda, zlecił Jorisowi Hoefnagelowi, rysownikowi uważanemu za najlepszego ilustratora epoki ozdobić książkę Bocskaya. Hoefnagel dodawał wizerunki owoców, kwiatów, owadów do niemal każdej strony, równoważąc tzw. kompozycję i równowagę karty . Ilustrator i kaligraf nigdy się nie spotkali a jednak razem stworzyli coś co do dzisiaj budzi zachwyt. Księga znajdowała się w gabinecie osobliwości osobliwego cesarza Rudolfa II, teraz zdaje się jest w Getty Museum w Los Angeles.




sobota, 13 stycznia 2018

Podgniły styczeń i ciemiernicze zakupy

No i mija ten miesiąc zimowy w stylu angielskim,  że tak rzecz ujmę. Mży, leje, czasem z lekka tylko sypnie, cóś tam oblodzi.  Nie żebym  bardzo narzekała, wszak paliwka  mniej idzie na ogrzanie kocich tyłków ( dobra, mojego tyłka też ).  Z drugiej strony pamiętam łagodną zimę sprzed dwóch lat po której ogrodnicy nie mieli wesoło. Ileż to roślin wówczas wygniło, a ile przedwcześnie rozbudzonych załatwiły wiosenne przymrozki! Nie chciałabym powtórki z rozrywki. Alcatraz wygląda podgniło ale trudno dobrze się prezentować pod ołowianym niebem, Sucha  - Żwirowa też nie wygląda wyjściowo - trawy  się wytrawiły, niby sterczą ale tzw. roli dekoracyjnej  nie spełniają a półkrzewy czyli szałwije lekarskie  i lawendy szarzeją w ogólnej szarości. Nie czuję urody przyrody, wolałabym już lekki  śnieżek, ale taki zakrywający niedostatki wyglądu otoczenia i niewielki mrozik - przynajmniej człowiek wiedziałby bez upewniającego porannego zerknięcia w kalendarz ( tylko raz mi się zdarzyło, jak porządnie pospałam po laj, laj, laj miałam chwilowe zamroczenie, takie właściwie na półjawie )  że to już styczeń a nie nadal listopad. No dobra, ponarzekawszy jak to rasowy ogrodnik na  pogodę i szlus!
Jak nie uprawiam ogrodu to uprawiam zakupy, znaczy poluję na poświąteczne resztki na wyprzedażach. Mamelon poluje na ciuchy pod pozorem konieczności sporządzenia ekwipunku "na Portugalię", każda z nas wygrzebuje ostatki, "koszowe" i nabywa za  niewielkie  pieniądze rzeczy na które wcześniej  nie było jej stać ( na wyprzedażach poznaje się prawdziwą cenę towaru, he, he, he ). Oczywiście bez zielonych zakupów  prawdziwych zakupów nie ma. Bez zielonego się nie liczy!



Nabywszy Alcatrazu jeszcze jednego uroczego i cudownie przecenionego o ponad połowę  ciemierniczka ( oby ten gadzi ogród jakim jest Alcatraz   go docenił ). Roślina nazywa się Helleborus x ericsmithii 'HGC Monte Christo'. To HGC to  oznaczenie serii mieszańcowych ciemierników - Helleborus Gold Colection. Ta złota rodzinka to efekt pracy faceta nazywającego się  Josef Heuger, który tak na bardzo ale to bardzo poważnie zajmuje się  w Niemczech uprawą ciemierników.   Złotą ciemierniczą rodzinkę można podzielić zasadniczo na trzy grupy: bardzo wcześnie kwitnących, królów stycznia i lutego, późnych piękności. Oczywiście niemieckich zapewnień  co do ciemierniczych kwitnień nie należy brać bardzo serio, u nas klimacik ostrzejszy i poza pojedynczymi kwiatami ciemiernika białego  nie liczyłabym na większe występy, a już na pewno na oszołamiające kwitnienie  wszelkich mieszańców.

W grupie wcześnie kwitnących rozróżnia się tzw. Christrosen czyli odmiany ciemiernikia białego Helleborus niger oraz odmianę polecaną do  świątecznych dekoracji, dość dobrze znoszącą domowe warunki  'White Christmas'. W grupie  Christrosen, nazwijmy ją bożonarodzeniowej trafiają się rośliny  zakwitające już przy końcu listopada. Odmiany 'Diva', Jacob Classic' , Jacob Royal', 'Jesko' i 'Jonas' znane mi sa tylko z fotek, natomiast odmianę 'Wintergold' poznałam osobiście. Bardzo miły dla oka ciemiernik, jego kwiaty mają zwiększoną liczbę płatków  ( choć nie nazwałabym go odmianą dubeltową to niewątpliwie jest znacznie bardziej ogrodowy  od gatunku ).

 Ciemierniki kwitnące w pełni zimy  tę podzielono na podgrupy:  Schneerosen czyli ciemierniki dość wcześnie kwitnące - mieszańce Helleborus x ericsmithii, Helleborus x ballardiae, Helleborus x nigercors i Helleborus x lermonierae oraz   Ice N' Roses - mieszańce Helleborus x glandorfensis. Z  podgrupy Schneerosen pochodzi  mój urodny 'Monte  Christo', o lekko niebieskawych liściach, różowawym nalocie na kremowych płatkach kwiatu, sam cudek.  Odmiana ma być ponoć mniej wrażliwa na chłody niż mieszańce ericsmithii o mocno wysrebrzonych liściach.  No cóż, pożyjemy zobaczymy.  Inne znane odmiany tej grupy to : 'Joker', 'Champion', 'Camelot', 'Paradenia',  'Marlon', 'Malory', 'Shooting Star', 'Merlin", 'Sparkle',  'Pink  Frost' i 'Madame Lemonnier' ( obie na ostatku wymienione mają różowe kwiaty ). Jest też cała  podgrupka w podgrupce - seria ciemierników nazwana 'Ice Breaker' złożonych mieszańców   Helleborus x nigercors.  To hardcory, które mają odporność ciemiernika białego i zwiększoną liczbę pąków  na pędzie po ciemiernikach korsykańskich. W grupie Ice N' Roses na razie dopracowano się trzech odmian - 'Ice N' Roses White', 'Ice N' Roses Red' i uroczej 'Ice N' Roses Rose'. Ostatnia z tej grupy trafiła na moją listę chciejstw, jest  pikotka na płatkach kwiatów i serce bije mi szybciej.

Ciemierniki późno kwitnące złożone czyli wielokrotnie skrzyżowane z  innymi gatunkami mieszańce Helloborus orientalis, nazywane prawilno z łacińska Helloborus x hybridus zaliczono do grupy zwanej Lenzrosen. Ślicznych odmian od cholery i ciut, ciut, mnie w oko wpadła należycie przypikotkowana na końcach płatków i  cudnie na  nich użyłkowana  'SP Anja Oudlof'. W tym typie, tylko o zwiększonej  ilości płatków jest też odmiana  'SP Maggy'. Są też z lekka odjechane "baroki", jak nazywam ciemierniki mocno ogrodowe -  odmiany 'SP Frilly Kitty'  i  'Frilly Isabelle'. Jak widzicie za tą naszą zachodnią granica, wcale nie aż tak daleko wyrosła ciemiernikowa potęga. I dobrze, bo do tej pory człowiek smętnie spoglądał w kierunku wysp i zastanawiał się jak na ekscesy kontynentalnego klimatu zareagowałyby  ciemiernikowe krzyżówki Juliet Davis.



Dzisiejsze fotki to Mamelonowy wypiek ( Mamelon mnie zażyła wykonując makaroniki z kremem malinowym, nie wiedziałam jeść czy tylko nabożnie podziwiać to cudo ) - po degustacji doniosłam Mamelonowi składniki do ciasteczek i wyczekująco patrzę w jej kierunku ( metoda na Kaszpirowskiego - adin, dwa, tri, myślisz o makaronikach, chcesz robić makaroniki, robisz makaroniki ), mój nowy ciemierniczek ( sztuk dwie, bo na fotkach znalazł się i ten kupiony w grudniu ) i pożegnanie na rok z chowanymi do szafy  z bombkami, jedyną rzeczą która jeszcze  jakoś tam podtrzymuje w moim domu tzw. magię świąt  ( sporo nowych  nabywszy za 1/3 ceny ) .




P.S.  Żeby wpis nie był za słodki - właśnie się dowiedziałam  że bliska znajoma pożegnała się ze swoim kociambrem, szesnaście lat byli razem.  Odszedł  na jej rękach. Przykro mi bo znałam kiciulca, moja słodkiej pamięci Melania się z nim lała o dostęp  do korytarzowego okna ( pozycjonowanie się na parapecie ). Stara gwardia odchodzi i przyznam się że z niepokojem patrzę na  nie najmłodszego w końcu Lalunia.  Na szczęście Lali jakoś się trzyma, złośliwy z niego tetryk ( w stosunku do innych kotów,  mnie tylko karze udając  głuchego ) ale tfu, tfu, tfu,  zdrowie jeszcze ma nie najgorsze.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

O Agatkowej rabacie

To nie jest przepis na "piąkną" rabatę, to nawet nie  jest instant przepis na konkretną rabatę.  To  po prostu wpis na temat jak amator zabiera się do ucudniania rabaty innego amatora.  Takie tam porady Ciotki  Klotki,  znaczy są to internetowe ogrodowe gadki dla Agatki.



Zacznę od  czegoś co niby jest oczywistą oczywistością  ale po ogrodach naszych się rozglądając nie zauważyłam żeby ta oczywistość była w realu tak oczywista. Rabata jest częścią ogrodu a nie bytem samodzielnym, wyalienowanym z otoczenia.  Kiedyś Megi pisała o tym ze ogród musi byś jakiś, że nie może być zbiorem pomysłów ogrodowych.  U siebie też   już kiedyś o tym pisałam ale wracam do tematu żeby było porządnie o rabaciźmie napisane. Na ogród w różnych stylach prowadzony można sobie pozwolić  jak się ma przynajmniej skromny hektarek, he, he, he. No dobra, można  mieć wielostylowy ogród mniejszy ( w końcu od czego żywopłoty cisowe i wymyślone w edwardiańskiej  Anglii - pokoje ogrodowe ) ale zasada jest taka - im mniejszy ogród tym mniej pomysłów "na ogród"  na nim  mieścimy. A zatem mniej różnorodnych rabat bo skalniaczek, oczko wodne, byliniak klasyczny, japońskie klimaty, "ogródek  żwyrowy" i tu panie "świątynia dumania" a to wszystko na pięciuset metrach kwadratowych zusammen do kupy nie powoduje wcale  że nasz ogród jest piąkny  i przebogaty tylko że jest niespójny, męcący dla oka, drenujący kieszeń  w w ogóle od  czapy. Zdecydujmy się zanim rozrysujemy czy też  tylko  ułożymy w głowie plany  jaki ogród chcemy mieć.   No  i rzecz bardzo ważna - lepiej od razu rozplanujmy całość ogrodu, tworzenie nowych rabat w różnych przypadkowych miejscach ( prawie każdy to  robi,  z te słowa piszącą włącznie, he, he, he  ) to  nie jest coś co pozwala uzyskać ogrodowi piękny wygląd i utrzymać typ czy styl. W przypadku  Agatka preferowany jest styl zwany z angielska stylem country - ogród wiejski,  rabatowo rzecz ujmując to dość swobodne rabaty z bylin podstawowego doboru przechodzące wraz z oddalaniem się od  domu w coraz bardziej naturalistyczne założenia.



 Dobra, ogarnęli  my rabatę jako jeden z elementów składowych ogrodu, teraz do konkretów. Agatek ma takiego zgryza  - "Miejsce mało słoneczne ale za to jest w bardzo bliskim sąsiedztwie z moją ławką na ala patio, na którym lubimy z mężem posiedzieć i odpocząć. W bardzo upalny dzień ten zakątek tuż u stóp wielgaśnego domu jest niewiarygodnie chłodny i przyjemny o każdej porze dnia." - a ogrodniczo się z lekka denerwuje  bo  - "Niby taki prosty kawałek paska z ziemią a mam z nim mnóstwo problemów.". Poprosiwszy  Agatka o dogłębniejsze skonkretyzowanie konkreta i dowiedziawszy się że "Ogólnie zaskoczyły mnie parametry w szczególności usadowienie na oko świerka. Świerk dzieli rabatę na dwie części. Stojąc do rabaty przodem, to na lewo mamy więcej cienia na prawo od świerku trochę więcej słońca ale ogólnie cała rabata jest z małą ilością słońca. Część lewa ma długości 340 cm a szerokości 280 cm. Rosną na niej 2 cisy pod płotem, 2 rododendrony bliżej świerku i mam na niej posadzone hosty i języczki. Oraz za świerkiem wspomniane kiedyś bodziszki. Prawa strona od świerka, ma długości 340 cm i szerokości 240, rośnie na niej 1 rodendron, część irysów do przesadzenia , zostają liliowce, zostaje berberys tak przy świerku ( bliżej ogrodzenia ). I nie wiem co zrobić z hortensją bo nie zakwitła przesadzona wiosną ale za to pięknie się rozrosła i odżyła bo była w opłakanym stanie."



Mamy  około osiemnastu  metrów kwadratowych po jednej i drugiej stronie świerka, trzy rodki,  dwa cisy , berberys i hortensję.  No i wiem jedno - to już nie będzie rabata bylinowa  w stylu country.  Nie da się, chyba  że z piłą, siekierą i szpadlem. Nie uda się też zrobić rabaty bylinowej która będzie kwitnąca przez większość sezonu, za mało miejsca ( mam ten problem z Suchą - Żwirową a ona ma dziesięć metrów szerokości  i jakieś naście długości,  z tymi nowszymi nasadzeniami  przed różanką to cóś ponad  dwadzieścia ale jakoś ogromnie to nie pomogło ). 

Zacznę od tego że i ja kiedyś przeszłam etap "małych dużych drzew i krzewów".  Człowiek sadzi młode egzemplarze tych roślin a po jakimś czasie orientuje się że potrzebny będzie sekator,  jeszcze później dociera do niego że chyba jednak bardziej właściwym  narzędziem  będzie piła. Rabata bylinowa, taka  klasyczna,  którą swego czasu  usiłowałam ucudnić okolice magnolki jest już w zasadzie wspomnieniem.  Drzewa to do siebie mają  że rosną a te, które mają płytki system korzeniowy, taki właśnie jak magnolka czy świerk są  trudnymi partnerami dla bylin podstawowego doboru.  Takie roślinne partnerstwo prędzej czy  później smutno kończy się dla jednej ze stron, zgadnijcie której? Polazłwszy do  ogrodu Agatka i oblookawszy świerk i stwierdziwszy  że drzewko spore i ładne i  żal piłę ostrzyć.  Lepiej niech rośnie i zacienia co trzeba. Rodki  Agatek posadziła dosyć daleko  od  drzewa więc  na razie nie powinno być większych problemów  z nawodnieniem, cisy z kolei  mają niewielki system korzeniowy wiec nie powinny innym roślinom przeszkadzać. Rodki Agatek ma  młodziutkie  i stąd pewnie się wzięło  Agatkowe przekonanie  że miejsca do sadzenia to jest na tej rabacie ho, ho  i jeszcze trochę. Moje rodki zaskoczyły mnie po paru latach, owszem grzeczne rododendrony yakuszimańskie trzymają się w granicach metra ale  niektóre  krzewy to bezczelne są, sekator musiał przyjść z pomocą. Za wiele bylin w tej sytuacji na rabatę się nie wciśnie, konkurencja rodkowo - świerkowa w zacienionej stronie jest zbyt duża. No i cóś nie pasują te pierwsze  przychodzące zazwyczaj na myśl  rośliny podstawowego doboru, rododendronowiska to  inne klimaty. Po lewej stronie są cztery krzewy, to sporo jak na dziewięć metrów kwadratowych.  Liczmy  że rodki docelowo zajmą około czterech  metrów kwadratowych powierzchni  i że na upartego zostało nam coś  pięć metrów i że cisy są kolumnowe ( tak mi się wydaje  że na zdjęciu były kolumnowe ).

 Na pięciu metrach kwadratowych to cztery a najwyżej z pięć grup z bylin średniej wielkości da się upchnąć bez szkody dla  tzw. widoków a tam już są bardzo duże  języczki i bliżej nieopisane hosty.  No i jak tam cóś jeszcze pchać.  Gdzie? Żeby języczki robiły wrażenie muszą mieć co najmniej trzy metry kwadratowe  tylko dla siebie.  I mam tu na myśli jedną odmianę bądź gatunek.  U Agatka są bardzo ładne języczki Przewalskiego, dałabym im te trzy metry i niech  gwiazdorzą. Co do  host to nie wiem jakie one mają rozmiary ( hosty oznacza się jak  ciuchy - są eski, elki, ikselki ) i ciężko  mi w związku z tym napisać ile mniej więcej miejsca trzeba by na nie przeznaczyć. Tak szczerze pisząc to nie wiem czy one  mogłyby się na tej rabacie zmieścić. Może jedna, może dwie, a może przenieść tam rodka z prawej i już.Po drugiej stronie świerka  jest półcień a w nim rosną liliowce i  irysy bródkowe i duży berberys z rodkiem. No i mamy dwa krzewy, w tym berberys nie osiągnął jeszcze właściwych  rozmiarów ( być może z powodu bliskości świerka - w każdym razie  jak przymierzyłam  go do  kiciandry widocznej  na zdjątku  to wydaje mi się  że krzew jeszcze urośnie ) a hortensja  odżyta czyli duża ( rodek  "ewentualnie do przeniesienia" pewnie za to  młodziutki ). No liczmy że  ze trzy metry kwadratowe zajmą,  na byliny cóś piątka z hakiem zostaje. 

Gdyby zgrupować rodki na jednej części rabaty byłoby trochę więcej miejsca dla innych roślin. Wtedy  można troszkę bylin posadzić, troszkę czyli trzeba uważać  żeby nie przesadzić  z ilością gatunków. Lepiej dla oczu jest sadzić mniej rozmaicie a w większej ilości sztuk. Tak właśnie sadzili Anglicy na przełomie  wieków XIX  i XX.  Klasyka, że się tak wypiszę. Co do konkretnych roślin, Agatek ma bodziszki, liliowce, hosty - może wcale  nie trzeba na tę rabatę kupować niczego nowego, tylko solidnie porozsadzać stare  rośliny tak  aby utworzyły duże, fajne kępy.  Myśląc o jesiennych kwiatach na  bardziej słonecznej stronie rabaty wpadałam  na  to czy aby nie dosadzić jakiejś hortensji drzewkowatej czy bukietowej do tej, która już tam rośnie. Może nawet więcej niż jeden krzew. Wtedy mniej  bylin rabata by zniosła ale kwitnienie letnio  - jesienne byłoby zapewnione ( Taka 'Annabelle' ma zieleniejące kwiaty już w sierpniu, pasiłaby do tych języczek Przewalskiego ). Rabata byłaby w zasadzie krzewiasta ale też małorobotna. A Agatek mógłby się wówczas rozejrzeć tak niby pod  pretekstem "Co z tymi roślinami zrobić" za miejscem na nowy  byliniak. To jest dopiero szczwany plan.




Dzisiejszy wpis okraszony jest zdjątkami z angielskich  ogrodów - Tintinhull Garden,   Rosemoor RHS Garden, Barrington  Court Gardens, Coleton Fishcare. Na zdjątkach ogrody w stylu country - mnóstwo bylin, trochę krzewów, wcale nie tak mało  roślin dwuletnich i jednorocznych.

sobota, 6 stycznia 2018

Wpis ku pokrzepieniu - nieco tylko złośliwy i z lekka schizofreniczny

Polazłam do Megi na blogiego  i mnie się lekko  od niej smęcenie udzieliło. Takie na rzeczywistość naszą przez małe  "r" pisaną. Przez ten dualizm medialno - realny człowiekowi się porzyguje jakąś  dziwną papą, dlaczego jak jest tak dobrze to jest tak źle? . W związku z przysmęceniem ogólnym  żeby się zabawić napiwszy się promili i pooglądawszy filma. Po raz kolejny oglądałam odprężający "Tropic Thunder" ( przetłumaczono to jako "Jaja w  tropikach", żeby durny widz wiedział że ma być śmiesznie ), humor radośnie "w złym  guście" co wcale nie oznacza że  nieinteligentny. Taka satyra na  Hollywooda. Niestety przedtem  przejrzawszy wiadomości tygodniowe i mnie się nałożyło.  Znaczy  "Korona  Królów", odcinek 10 001 = rekonstrukcja Rzundu a potem to  Rzund vs Świat. Tyż  śmieszne. I pewnie dlatego mnie się plącze.

Nie chcę się nami zamartwiać.  Niech się martwio  Grażyny i Janusze ( których w stanie dzikim, bez obróbki, w przeciwieństwie  do niektórych naszych  yntelektualistów nie trawię  ), w końcu nie wystarczy aspirować do roli  "nowych elyt", trzeba się jeszcze takową elytą stać a to duży wysiłek i nie da się na nikogo zwalić.  Nie wystarczy sobie wmawiać że jest się  solą ziemi i ornamentem człowieczeństwa bo prawda o człowieku i tak wylezie jak ta słoma z butów. Bycie elitą ma swoją cenę, niech więc Grażyny  i Janusze ją płacą. Taka nauka  boli ale  inaczej się nie da. Na dzień dobry trzeba  się będzie nauczyć  że wykształcenie pod tytułem papierek nie tworzy elit podobnie jak  tzw. świeże pieniądze ich nie tworzą.  A potem  to dopiero będzie ból doopska - tzw. problema  złożone wypłyną. Tak, tak, - tak właśnie hartuje się stal, he, he. Niewesoło czyli na poważnie  śmiem twierdzić  że społecznie żyjemy złudzeniami, nawet  nasze tzw. prawdziwe elity nimi  żyją.   Procesów  rządzących tym światem  uparcie nie chcemy zrozumieć i się czepiamy nie wiadomo dlaczego nieszczęsnej "narodowej tradycji"  jak dziecko matczynego fartucha bo przeca  tradycją walcząc   "Z komunizmem się udało".  Taa, mylimy zjawiska, pojęcia, dewaluujemy to spoiwo jakim jest tradycja ( kiedy wahadełko polityczne  ruszy w drugą stronę alergia na nią będzie powszechna - to nie jest rzecz, która mnie cieszy ) i kręcimy się w kółko. Tu i hola, jak te chochołki.  No i dopieszcza się namiętnie  Grażyny  i Januszów wmawiając im że bycie  nimi to jest właśnie kwintesencja najlepszego co przydarzyło się światu ze strony człowieka. Polityczni pewnie zaproponują  że jeszcze bardziej uszczęśliwią Grażyno - Januszy koralikami, barchanami, lusterkami  i wodą ognistą.  A łune skojarzo że  jak bedo miały koraliki to może łatwiej zelyciejo, tak bezboleśnie. Potem jak zwykle doopa i oszukaństwo ale kto by się prostakami przejmował ( prostactwo to dla mnie  kategoria  etyczno - estetyczna,   można być  wykształconym prostakiem, nawet wysoce wykształconym  ). Dobrzy są tylko wtedy jak na ich  grzbietach trzeba  gdzieś wjechać, a potem  "Bujaj się Fela" i kacyk do wtóru   "Miałeś chamie złoty róg". No i to wrażenie zdziwne  że nic  się właściwie nie zmieniło - jak cie rąbali tak cię nadal rąbią.

Coś ciężko mi idzie ostatnio wczuwanie się w  ducha narodu, może  się boję że jak za bardzo się wczuję to mogę skończyć  zamknięta w lodówce, w której  będę próbowała wrócić w ziemską atmosferę lub też jako iluzja koguta, he, he.  Wicie rozumicie, filmowe skojarzenia mam. W każdym razie jak się zamartwiacie sytuacja naszą codzienną to przestańcie i włączcie sobie coś do pośmiania a i  promila  możecie użyć ( byle nie za dużo ). Poniżej macie moje ulubione dialogi z "amerykańskiego filmu o  Wietnamie". Prawie tak niezłe jak orbanomowa i zapewnienia naszego premiera  że oto mieszkamy w raju i  że zaraz już za chwileczkę to  on nam pokaże że sam z niczego zrobi 76 rajskich dziewic. W kwestii zapewnień nasz bankier bije ś.p. towarzysza  Gierka na głowę. Czekam kiedy zapowie  że w 2050 każdy dostanie od państwa 30 000 na miesiąc.  Tak za nic. Cieszmy się, kto wie  może dzięki temu stać nas będzie na bułkę  raz w tygodniu, he, he, he.  A teraz filmowo.

Komedia pomyłek na dzień dobry
- "Zabiłem ją.
Najbardziej ukochane przeze mnie  stworzenie.
- To dziwka. Zabiłeś dziwkę. Uspokój się. Oto, co zrobimy: poszukaj wybielacza, nadtlenku wodoru i wapna.
- Ale ja zabiłem pandę.
-  Amandę? To pewnie zmyślone imię."

Zważywszy na to że prawdziwym problemem nie jest ubicie pandy tylko  gang  narkotykowy osaczający rozbitego  spowodowaniem  śmierci  pandy bohatera, rady jego  przyjaciela są równie przydatne jak  "poparcie Orbana". Normalnie wybielacz, nadtlenek  wodoru i mnóstwo wapna załatwiają wszystko.

Albo taki kwiatuszek, cóś przypominający nasze targi z bandycką zagramanicą. Usiłujemy robić za szantażystę a wychodzi to mniej więcej tak.

-"Jesteśmy z Ognistego Smoka, mamy  Speedmena, oddamy go za  50 milionów.
- Kto mówi i skąd masz ten telefon?
- Jesteśmy z Ognistego Smoka, Głupi Jack  jest nasz!
- Wasz mówisz?! Coś ci powiem zasrańcu - nie słyszałem o waszej agencji, jeśli myślisz  że mi zgarniecie klienta...
-50 milionów albo go zabijemy!"

Telefon zostaje  przejęty przez Lesa Grossmana, pana Kasę.  Nawet "Pope blesses Les". Pan Kasa jest paliwem dla tego motoru , który porusza  łódź  którą wszyscy płyniemy. Jak wiadomo  od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku z paliwem to ostrożnie bo cena skacze i może ubić jak wysokie ciśnienie.

-" Tu Les Grossman, z kim  mówię?
- Jesteśmy z Ognistego Smoka!
- OK, jasne ze  Smoka, yebay się w pysk. Najpierw zrób krok  do tyłu - pan Kasa podnosi  głos - i naprawdę yebniy się w pysk!"
(... stek artystycznych bluzgów w wykonaniu pana Kasy)

Pan Kasa do asystenta po rzuceniu telefonem:
"Sprawdzisz mi kto to był?" ( He, he, he - Polska peryferyjnym centrum wszechświata jest i basta! )

Dalej  jest naprawdę ciekawie. Stajemy na kolanach, to znaczy chciałam napisać wstajemy z kolan.

Dryń, dryń.
-"Les Grossman
- Nie dostaliśmy pieniędzy, cena rośnie do 100 milionów. Zapłacicie albo Głupi Jack jutro zginie!
-Tylko zapiszę - 100 milionów.  Zaraz, mam lepszy pomysł - zamiast 100 milionów przyślę  wam sera spod skóry.
- Co?
- Zabijajcie go, róbcie swoje, obedrzyjcie drania ze skóry,  co tam chcecie i oczywiście ... walcie się."
Wtręt w wykonaniu przyjaciela  Speedmana.
-"Nie!"
Pan Kasa oświadcza:
- "Z terrorystami się nie negocjuje"
Ogólne oklaski
Przyjaciel  Speedmana
-" Odbiło ci, zabiją go!"

Pan Kasa wyjaśniająco
- " A my będziemy płakać, żeby media widziały. Ufundujmy stypendium jego imienia. A potem, dużo, dużo  później wystąpimy o odszkodowanie."
Asystent pana Kasy
-" Ale przed końcem roku fiskalnego, to pokryje straty ( ... ) "

Tak bym chciała ktoś by naszych politycznych, szczególnie tych teraz  rzundzących,  usadowił przed  ekranem z właściwym filmem.   Co prawda  niewielka szansa że opanują strategie negocjacyjne ale przynajmniej  by wiedzieli  ( taką mam nadzieje ) że pod  żadnym pozorem nie należy być w położeniu Ognistego Smoka, he, he, he.   Wnerw członków walnego zgromadzenia zarządu to picoletto przy rozjuszonym suwerenie, któremu z przyczyn oczywistych (  Grażyno - Januszyzm ) cinżko będzie zrozumieć że sam się oszukał a nie jego oszukano.  Jakby kto zarzucał że się bez podstaw nad Grażyno - Januszyzm wywyższam to  informuję że jestem świadoma  że Grażyna we mnie mieszka  ale ze wszystkich sił się staram żeby nie ubiła we mnie Tabazelli. Grażyna to poczciwa kobita ale jako mentalna kuchta ( przepraszam  kucharki, ale przeca nie o zawód tu chodzi tylko o pojęcie ) nie nadaje się na ministra. Tabazella na szczęście to rozumie i dlatego z Grażyną siedzą w chałupie a nie brylują w  rzundowych ławach w parlamencie czy tam innych salonach ( choć  Grażyna wyrwałaby się dla rozrywki ). I filmy na przemian z wiadomościami ze świata oglądają aż im się kręci która komedia  jest realna a która to fikcja ( Tabazella  twierdzi że real też półfikcyjny, a jak sobie popije to że wszystko jest złudzeniem ), każda rechocząc z czego innego zawartego w tej mieszance medialnej.

Dzisiejszy wpis zdobią  ilustracje  Georga Barbiera. To słodkie fête galante z początku XX wieku. Temat  w sam raz do gadek na  temat elyt, he, he.   George Barbier żył w latach 1882 - 1932. Zajmował się niemal "wszystkim artystycznym" – malował, , ilustrował i projektował modę. Uważa się go za jednego z czołowych twórców stylu Art Deco.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Nowy Rok - nowa jakość

Od czterech lat z kawałkiem prowadzę blogiego co to niby jest ogrodowy. Niby, bo pełno w nim postów całkiem nieogrodowych, w tym  sporo takich o doopie  Maryni ( pozdrawiam Cio  Mary ).  Czas zbastować, 168 postów w roku to jest hola  hola. W nowym roku będę pisać mniej za to bardziej na temat. Rzecz jasna  nie oznacza to że nie będzie wpisów podróżniczych, kotowych, ciotkoelkokulinarnych czy "życiowych". Będą i owszem, tylko wszystkiego będzie mniej.  Czasem mniej oznacza więcej, he, he, he. To nie jest tzw. postanowienie noworoczne tylko zdrowe  podejście do rzeczywistości, nawet jak ona   wirtualna.

 A jak tam z postanowieniami noworocznymi?  Hym... od paru lat nie uprawiam i całkiem  mi z tym dobrze. Wystarczą mi  w zupełności marzonka  noworoczne, takie mniej zobowiązujące od  postanowień. Po wczorajszym maratonie ajerkoniakowo - uzowo - bąbelkowym tylko na marzonka mnie stać, he, he, he. Dziś wraz z pierwszym  łykiem kefirku spłynęło olśnienie na mnie coby zajrzeć do  Mid - America, irysowej szkółki zza Ołszyna. A tam już na mnie czekał prześliczny 'Another Suggestion', odmiana  Keppela  w typie 'Haunted Heart'  w ciepłym kolorycie. Zajarzyło natetntychmiast!  Już kiedyś podczas przeglądu  odmian TB dokonywanego u Mamelona ( "Ona znów siedzi w moim fotelu"  - Największy  Miś do  Mamelona ) ten  irys wpadł mi w  ślepia. Tym razem oblookałam więcej zdjęć i jestem pewna - must have. Znaczy wpisuję na listę wymarzeńców. W maluchach  też  fajnie, najbardziej podobały mi się esdebięta - 'It's A Small World',
'Web Of Desire' , 'Orange Obsession' i 'Breathtaking'. Może znajdę je w katalogu na 2018, który ma być na tzw. dniach. Czyż nie piękne to noworoczne "otwarcie sezonu ogrodowego"? Za oknem pogoda tyż taka bardziej jesienno  - wiosenna a nie zimowa, mile do marzonek ogrodowych dostrojona. A insze marzenia ogrodowe? Głównie roboty alcatrazowe cudzymi rękami wykonywane mnie się marzą, chciałabym jakąś siłę kompetentną do cięższego kopania  i pielenia. Tylko  że to jest marzenie ściętej głowy, nie chcesz mieć wypielonych anemonopsisów  nie dopuszczaj ludziów do pielu, nawet jak twierdzą że zęby zjedli ogrodując. Skończy się raczej na takich co ze śnieguliczką pomogą, pielenie spadnie jak zwykle na mła. I nie ma za bardzo co sarkać na tę sytuejszyn , lepiej popielić  co nieco, resztę odpuścić niż narzekać  jak panna Marple na źle okopany groszek i cholerny, krwisty odcień lwich paszczy posadzony  po wszystkich "tak, lady, będą pastelowe" wymuszonych na ogrodniku.

 A tak poza ogrodem to marzę sobie ażeby koty przez ducha dobroci zostały nawiedzone. Po świętach, chyba z przeżarcia, zrobiły się  prawdziwie super upierdliwe.  Nie ma innego słowa, które lepiej by określiło tę ich  gotowość nieustanną do tego żeby ode mnie czegoś wymagać i włazić mi na głowę kiedy słusznie ( zawsze jest słusznie ) odmawiam ustępstw w sprawach ich kretyńskich zachcianek. Nie będę łapać srok ani przynosić im  żółwia od sąsiadów do domu. Nie ma i ryki oraz napraszania tego nie zmienią! Ostatnio cała piątka śpi na drugim piętrze szafy (  drabina oczywiście nadal ustawiona,  potrącam o to ustrojstwo codziennie ),  w miejscu po wyciągniętych na święta bombkach.  Przyznaję że mnie kusi żeby przesunąć  płytę drzwi kiedy towarzystwo siedzi w  środku, he, he, he. Takie niegrzeczne  myśli mam. Ryk byłby co prawda straszny ale moja pozycja w domu niewątpliwie byłaby wyższa ( obecnie  jestem tak  gdzieś między sługą a podnóżkiem, znaczy niezmiennie od lat w tym samym  miejscu  ). Kto wie czy nie skorzystam z  brzydkich cech mojego charakteru i nie wyzłośliwię się wobec kotów. Towarzystwu przydałoby się choć lekkie otrzeźwienie, nie wiedzą gady na czym im kocie tyłki jeżdżą! Kocham je bardzo ale czasem chciałabym żeby były choć trochę bardziej "mamusine", "do ludzi", no, żeby  były społecznie przystosowane. A one ciągle prawdziwe koty, robio co chco!

A czego poza kotowego  bym sobie życzyła? Luzu i możliwości podróżowania.  Nie muszę koniecznie  odwiedzać Ritza w Paryżewie, ale bardzo, bardzo ciągnie mnie tam gdzie mnie jeszcze nie było. Czyżby geny  koczowniczych  przodków znów się we mnie odezwały? Chciałabym trochę równowagi złapać pomiędzy   życiem osiadłym  a takim podróżniczym. W ubiegłym roku głównie  siedziałam na tyłku ( taka zdziwność z tymi nie  - niby nie mój wybór, przymusowo niby nie było ale czasem tak się po prostu  układa ) i to zasiedzenie uzmysłowiło mi jedną ważną rzecz - bez podróży, choćby tramwajem do pobliskich Pabianic, schnę ja te świerki na drodze  do Morskiego Oka. Muszę od czasu do czasu gdzieś się wyrwać    żeby się codziennością nie udusić. Taki ze mnie typ. Dom tak, ogród tak, ale czasem szkoda  że nie na kółkach te moje bytowiska ( Ciotka Elka i  koty zdaje się są innego zdania ).


I to by było w zasadzie na tyle.  Nie ma co Najwyższej  Zwierzchności sobą głowy zawracać paciorkując namiętnie w intencji spełnienia pragnień.  Jeszcze Najwyższa  Zwierzchność zechce się przyjrzeć bliżej moim poczynaniom i jak to się mawia - dopieści.  Dopieszczanie  przez Najwyższą  Zwierzchność może być stresujące, Najwyższa  Zwierzchność ma charakterek  jak Babcia Wiktoria - zawsze wie co  dla człowieka najlepsze. A ty człowieku tłumacz że nie o to  ci chodziło! W tym roku nie ma noworocznych kartek w charakterze ozdóbstwa wpisu, są za to foty z bombową  świnką i innymi atrakcjami ( prozdrowotnymi z błonnikiem ). Do siego!

niedziela, 31 grudnia 2017

Codziennik - zasylwestrzyło!

"Don't stop me now I'm having such a good time
I'm having a ball don't stop me now
If you wanna have a good time just give me a call
Don't stop me now ('cause I'm havin' such a good time)
Don't stop me now (yes I'm havin' such a good time)
I don't want to stop at all"

Freddie Mercury

Nie chodzi o to  żeby się uchlać, ujarać czy tam jeszcze inne u,   bezmyślnie, durnie i tak żeby człowieka wywnętrzyło na dzień drugi, trzeci a czasem nawet i czwarty.  Jakoś tak nie bardzo bliska jest mi idea wyrażona w starym rosyjskim powiedzeniu "Jak  kochać  to do zatracenia, jak tańczyć to do omdlenia a jak  pić to na umór" ( chyba tak to szło, choć nie jestem pewna ). Zawsze cóś wolałam przeżywać  mniej ekscytujące stany emocjonalne niż całkowite odloty. Jednak czasem człowiek czuje że musi się uweselić, choć niekoniecznie od razu zaliczać to co pod stołem. I tu kolejna  mądrość zza wschodniej granicy - "Źle jak nie ma co jeść, gorzej gdy nie ma z kim siąść do stołu". Znaczy  dbajcie o przyjacioły swoje  bo uchlanie, ujaranie czy inne u czynione w samotności to w zasadzie smętne działania są. Co prawda lepiej umrzeć z pijaństwa niż z nudów ( jeszcze jedno  rosyjskie przysłowie ) ale niektórzy lubią  czynić pijaństwo nudnym - napij się z przyjacielem, zawsze  będzie ciekawiej! Jest co potem  mile wspominać ( z litości nad tą garstką moich przyjaciół nie będę przytaczała  tzw.  przykładów szokujących, ale wierzcie mi bywało  -
 "I'm a shooting star leaping through the sky
Like a tiger defying the laws of gravity
I'm a racing car passing by like Lady Godiva"
- he, he, he ).  I to by było na tyle pochwały uweselenia się uweselaczami, takie na czasie bo  w końcu  dziś sylwestrzymy.

 Cóś nawet jakby drgnęło w sposobie wyrażania "szampańskiego nastroju", qrcze, wreszcie poszli po rozum do głowy i zaczęli w niektórych miastach pokazy laserowe urządzać zamiast tych  cholernych fajerwerków używać. Nie dość że smog nas dobija to jeszcze  masowo  człowieka podtruwają fajerwerczący. O zwierzęcym strachu pisać nie będę  bo mi się nóż w kieszeni  otwiera a nie chcę się  dziś denerwować.  O  ludzkich ofiarach ludzkiej głupoty też pisać nie będę. Oby jak najszybciej zakazali handlu  tym fajerwerkowym dziadostwem i wreszcie zaczęły obowiązywać jakieś bardziej cywilizowane  wzorce sylwestrowych zabaw  niż "chłopce walą z kaniklorku" ( "kaniklorek" to taka  forma nazwy kalichlorek, zasłyszałam to  na ódzkich  Bałutach )! Koniec z terrorem dwunastolatka budzącego się w  okolicach końca roku w paniach i panach dorosłych, czasem nawet mocno dorosłych!


A co u nas doma? Przygotowujemy zdrowotne ciasto z błonnikiem bo Małgoś - Sąsiadka zarządziła błonnik, nadal podżeramy marmoladki ( wydzielam  oszczędnie ), dorwalim dzięki Mamelonowi uplanowane  bombencje ( są tak okrutniaste co cud, Mamelona skręcało jak nabywałam ), Dżizaas nas niedługo odwiedzi  (  się zapowiedziała ), Sławencjusz cóś  cierpi i to nie jest ten ból związany z napadem Mamelona i  moim na jego kartę kredytową tylko taki  jak u  Wilczycy i u mnie , kręgosłupek znaczy nawala. Ciotka Elka steruje Włodzimierzem za pomocą pilota ( znaczy przejęła  pilociaka  telewizyjnego  i wydziela  możliwość oglądania transmisji sportowych w zależności od stopnia wykonania wyznaczonych przez nią zadań domowych - Ciotka chodzi z pilotem, śpi z pilotem, Włodzimierz znów zaprzyjaźnił się z odkurzaczem ),  Cio Mary pod koniec semestru została prymuską na swoich "kursach informatycznych" ( Wujek  Jo podziwia rozsądnie z daleka, znaczy nie zbliża się do zagarniętego przez Cio  Mary lapka ), Tatuś troszki zalega bo potrzebuje wygrzania ( Macoszka twierdzi że to kot Nemiaszek potrzebuje Tatiego w charakterze piernata i stąd to zaleganie ), wśród przyjaciół objawił się kolejny  kociarz ( Janek stwierdził że wcisnęli mu  trzymiesięczną Misię i że tylko on tak naprawdę "rozumie kota" - niecały tydzień wystarczył aby  mój kumpel znalazł się pod  pazurem ), przyjacióła Doro za to w dzikim Schwarzwaldzie utworzyła grupę dochodzących kotów  podwórkowych ( znaczy dochodzą już do niej do kuchennego okna i ryczą - wiadomo po co ).  Moje koty tradycyjnie zwyrodniałe i  rozbestwione, dokładnie tak samo  jak było rok temu i jeszcze parę lat wcześniej ( cóś nie mam zdolności wychowawczych ). Znaczy właściwie nic się nie zmieniło choć  się zmieniło - stękamy, żyjemy ze zwierzyńcem ( Ciotka Elka i Cio Mary zaliczają wiadomo kogo do animalów,  były nawet dyskusje panelowe na temat dlaczego zaliczają ), oplotkowujemy się wzajemnie i jest nam jakoś jakoś. Ot, takie zwyczajne  życie, oby trwało w tej formie jak najdłużej ( mimo tych bolących kręgosłupów, są przecież gorsze rzeczy na świecie ). Mijający rok poczęstował mnie, rodzinę i przyjaciół paroma kopniakami, człowiek cieszy się kiedy życie biegnie spokojnie i bez ekscesów, docenia codzienność ze zwykłą porcją trosk.  Oby i u Was w nowym roku codzienność była  łagodna jak ten baranek a ekscesy rzeczywistości były z tych naprawdę przyjemnych. Howgh!

sobota, 30 grudnia 2017

Sezon 2017 w Alcatrazie - podsumowanko

Koniec roku  czasem podsumowań różnych, tradycyjnie już wspomagając się wspominkowymi fotkami "rozgryzam" sezon ogrodowy w Alcatrazie. Właściwie powinnam napisać sezon  ogrodowy w Alcatrazie i na Podwórku, bo to już w zasadzie dwa różne ogrody z innym typem nasadzeń.  No insze światy ogrodowe. Podwórko robi się zdecydowanie bardziej ogrodowe niż sam ogród. Alcatraz zachynszony powoli acz nieustannie przestawiany jest na pseudo grąd. Wicie rozumicie, ogród w typie lasu lyściastego. Główne radości z kwitnień  przeżywa się  w takim ogrodzie  wiosną, latem podziwia się  365 odcieni zieleni a jesienią złoto - ogniste wybarwienie drzew i krzewów.

Alcatraz kwitnieniowo cebulami wiosennymi stoi, głównie drobnicą typu śnieżnik, krokus czy tam inny przebiśnieg, ale nie tylko drobnica w nim porasta  bo nadal mam narcyzomanię, a właściwie  thaliomanię ( odmiany 'Thalia' nigdy dosyć, to już ociera się o dewiację ). Nie da się ukryć że w tym  moim pseudo grądzie rosną też cóś mało leśne hiacynty  Niby mogłabym je w okolicach sadku wisienkowo  - jabłonkowego posadzić ale najpierw trzeba  by sadek wyczyścić z atakującej  go  śnieguliczki ( i to jest coś co zrobić niestety trzeba będzie bo  śnieguliczka zrobiła się ekspansywna jak  cholera, znaczy  nie zna umiaru ). Rzecz do przemyślenia, kiedyś tam w sadkowej części rosły cebulaki pod tytułem szafirki i  granatowe  hiacynty i nawet nieźle to wyglądało.  Teraz hiacynty porastają brzeg rabaty iglaczkowo - azaliowej i wygląda to trochę zdziwnie. Znaczy dysonans czuję bo kwiaty urodne ale bajka do nich nie ta co trzeba. Niestety już samo myślenie o  trzebieniu  śnieguliczki wywołuje  u mnie ból kręgów  piersiowych ( konkretnie to dwóch ). Może  wiosną mnie się polepszy a i Pan Andrzejek wykroi trochę czasu na potrzeby Alcatrazu. A może przy okazji planowanego "ekipowego" uprzątania ogrodu z samosiewów ( cholerne jesionki zdradziecko rozsiane i potwornie szybko przyrastające ) załatwię i sprawę śnieguliczek.


W tym roku przebiśniegi i krokusy kwitły o właściwej porze. Na początku kwietnia zrobiło się zimno i w związku z tym mieliśmy dłuuugą młodą wiosnę. Niby się można było dłużej cieszyć kwitnieniami ale  wyłażenie do zimnego ogrodu nie sprawiało wielkiej przyjemności.  No i to wieczne zamartwianie się o przymrozki. Czy rozwalą kwitnienie magnolii ( rozwaliły kwitnienie soulengean, herbata była  a nie różowości  i biel tepali ), czy nie przemrożą kwiatów kłoszących się irysów SDB ( co  poniektórym  odmianom się nie udało uniknąć mroźnego oddechu  i kwiaty się nie prezentowały ), czy nie załatwią młodziutkich liści  funkii ( cinko było, pomroziło sałatę na co bardziej otwartych stanowiskach  )? Zimnawo było aż do połowy maja i jakoś człowiek mniej ogrodowych przyjemności odczuwał niż ma to miejsce zazwyczaj wiosenną porą. Aura wiosenna znaczy była  wpół sprzyjająca bo niby wiosna zatrzymana, taka w zwolnionym tempie ale warunków do nacieszenia się nią nie było. Jak to mawia moja przyjaciółka  Doro "Z której strony nie patrzeć wszędzie doopa". Tak to jakoś odczuwałam, tę wiosnę rozlazłą, z wolna wykwitającą, uporczywie  przedwiosenną czyli zimniejszą niż to zwykle  bywa.



Na szczęście lato okazało się dla ogrodu dobre.  Przede wszystkim  nie było wielkich upałów, po drugie było sporo wody (  przyznaję, dla niektórych było tej wody za dużo ale w moich miejskich warunkach  taka ilość opadów nie była zła ). Sporo "leśnych" roślin skorzystało na tym zwiększeniu wilgotności gleby, na ten przykład moja "japońszczyzna" typu kokoryczkopodobne nieco się rozrosła. Niestety potem inna "japońszczyzna"  pod tytułem  amenopsis dostała jakiegoś grzybka na liściach i choć odmiana o podwójnym okółku  płatków kwitła uroczo, no po prostu cudnie, to widok czarnych listków gatunku  psuł nieco efekt.



Jednak z większością grzybków moje rośliny jakoś sobie tam radzą, z konsekwencjami upałów radzą sobie mniej. W tym roku nowe sadzonki "implantowane" w Alcatrazie i na Podwórku miały łatwiej, woda i ciepełko to jest to czego większość młodych roślin domaga się do pełni szczęścia, zatem lato sprzyjało  sadzeniu. Trochę nowego się pojawiło, Alcatraz otrzymał nowe paprociumy, epimedia i tym podobne cienioluby  a także drzewa, żeby ten cień był tak bardziej  po całości.  Podwórko dostało nowe stare róże, trawy i oczywiście irysy bródkowe.  Przybyło na  nim też trochę półkrzewinek typu lawenda, lawandyna i  hyzop oraz bylin takich jak czyśćce, żeleźniaki czy przetacznikowce.

Porozsadzałam też moje stare byliny, anektując kolejne połacie  Podwórka.  No tak, droga dojazdowa jeszcze jest ale  Ciotka Elka już dała publicznie upust dywagacjom jak długo jeszcze będzie ona droga istniała ( okazało się że Ciotka Elka ma koncepcję  karmnikowo - floksowo szydlastą "samochód przejedzie i wielkiej szkody nie zrobi" - taa ).  Oczywiście  z większości snutych przeze mnie   gryplanów ogrodowych, nie tylko nasadzeniowych,  guzik w tym roku wyszło ale  tym razem  mogę  z całą bezczelnością zwalić winę na pogodę. Wszystko przez cholernie dżdżystą jesień! To nie jest głupie szukanie wymówek, nie tylko ja miałam w jesienią tego  roku  tzw. załamanie frontu robót.




No niestety, jesień tegoroczna była po prostu dodoopna! Woda w postaci 259 rodzajów dżdżu, opad w zasadzie   nieustający.  Wszystkie roboty ogrodowe człowiek wykonywał ino mig, pełen strachu  że zaraz znów zacznie lać.  Posadzenie tulipanowych cebul na Podwórku rozpatruję w kategorii cudów - cud  że się udało.  To samo dotyczy przesadzanych  liliowych cebul ( tu cud był jakby mniejszy bo trzy cebule siedzą w torfie w pralni - nie zdanżyłam bo zabyłam o tych ostatkach ). Wszystkie poważniejsze  gryplany nie miały jednak szans na realizację, praca w jesiennym , zimnym  błotku to nie jest szczyt marzeń ogrodowych.




 Co wspominam najmilej z sezonu ogrodowego 2017? - zaleganie z kotami! Ten sezon był zalężony, zalegaliśmy we wszystkich możliwych  konfiguracjach ( część na Podwórku, część w Alcatrazie, zajęcia w podgrupach, grupa łączona ), z wszystkimi możliwymi dodatkami niezbędnymi nam do szczęścia. Taa, ten sezon był leniwy.  Nie tylko z powodu aury, he, he.