Zrobiwszy tygodniowy przegląd prasy ( bo czas się znalazł ) i dostrzegłwszy cóś jakby zwiastun politycznej wiosny - rzundzące i łopozycja występowały w tym tygodniu jak te primabalerony na scenie Teatru Maryjskiego, jak zwykle zajęte głównie sobą a tu jakby ktoś kosteczkę domina w konstrukcji trącił - przy okazji tzw. sporu zastępczego, który niedługo może okazać się preludium czegoś czego dotychczasowi politycy nie będą w stanie okiełznać a mianowicie nieuchronnie nadciągającej fali zmian obyczajowych - powoli i w bólach rodzi nam się nowa lewica. Nie dziewczątka i chłopcy, sierotki po nieboszczce PZPR ( choć nie mam złudzeń że stare wygi się nie podczepią ) z ćwierćinteligentką z tytułem naukowym w charakterze przywabiacza dla wyborców ale po prostu lewica - taka przeciwwaga dla narodowych socjalistów, konserwatywnych liberałów, antysystemowców niemających pomysłu na nowy system za to nie potrafiących rozwalić starego i związku zawodowego rolników. Wyraźnie drgnęło, choć nie wydaje się by zajęci sobą aktorzy obsadzeni w rolach głównych to naprawdę zauważyli. Jednak za jakiś czas może wykluć się z tego coś co zmieni dotychczasowy status quo , który staje się coraz bardziej nieznośny dla małych żuczków. Najśmieszniejsze że ta nasza polityczna lewica niewiedząca że ma już solidny elektorat gotowy na nią głosować, jeszcze się miota od koncepcji towarzysza Mao do jakichś post izmów ale kiedy do nich dotrze co mogą ugrać, he, he, he. Licytacją na socjal nie ma kto z nimi konkurować, nawet obecni rzundzący odpadają w przedbiegach a społeczeństwo powoli staje się zmęczone hipokryzją urzędników głównego wyznania, którym ołtarz pomylił się z tronem i polityków z nimi związanych. Mimo żem ja gospodarcza konserwa ( choć obyczajowo to libertyn, he, he, he ) czyli nie bardzo mi z lewicą po drodze, to będę mocno kibicować bo solidnie się prosi o przewietrzenie naszego grajdołka - "Barbara Ubryk"- dziura nad dziury; Barbara Ubryk" - hotel ponury. Pokojów nigdy się nie przewietrza,wszyscy wołają: - Powietrza nie trza!" - klimacik mamy dziś taki j jak to mistrz Konstanty Ildefons napisał a śpiewał swego czasu Pan Janek.
Na tym pozytywności się nie kończą, Małgoś - Sąsiadka opanowała używanie swojego nowego przyrządu do mierzenia cukru ( "Wkurza mnie ta technika!" ) i glukometr został zwyczajnym urządzeniem domowym. Ja straciłam stanowisko Głównej Mierzącej, ale jakoś to przeżyję, he, he, he. W ogóle Małgoś - Sąsiadka odstawia mnie od piersi, twierdzi że czas na samodzielność. Znaczy bierze swoje sprawy w swoje ręce, zaczęła od przepytania naszego domowego lekarza na okoliczność - "Panie Doktorze, czy opłaca mi się kupować jeszcze opał i wiosenne obuwie, znaczy czy dożyję?". Po wypowiedzeniu przez pacjentkę tej kwestii wzrok doktora M. był barani, wicie rozumicie, takie szklane spojrzenie, długotrwałe i bez ruchu powiek. "Wszystko na to wskazuje, Pani Małgorzato" wykrztusił po dłuższym czasie a następnie dodał "Zastanawiałbym się nawet nad kupieniem butów zimowych, bo teraz są promocje". Świadkowałam przy badaniu bo Małgoś głuchawa i trzeba do niej ryczeć na odpowiednich tonach, o tajemnicy lekarskiej nie ma co bredzić bo pewnie pół kamienicy mnie słyszało a i odpowiedzi Małgoś - Sąsiadki były gromkie. Po tej medycznej rozmowie Małgoś - Sąsiadka utwierdziła się w przekonaniu że zasadniczo nic poważnego jej nie dolega a nawet że na tzw. tle jest jakby sprawna ( "Zupełnie nie rozumiem dlaczego Irena udaje że nie jest głucha!" ). Co prawda jak ten Cerber pilnuję żeby nie było przy kiepskiej pogodzie samodzielnych i absolutnie nielegalnych wypraw do sklepu ale poza tym "obiekt funkcjonuje prawidłowo i jest używany zgodnie z przeznaczeniem" ( znaczy Małgoś - Sąsiadka znów gotuje dla nas swoje popisowe dania ). Moja geriatria, jak nazywam dwie najstarsze sąsiadki, jest na chodzie i to mimo ubiegłorocznych wypadków, operacji i całego użerania się z rehabilitacją ( "Co ty pieprzysz! Potrafię! Mam osiągnięcia - powtarzam po 240 razy a Ty w ogóle nie ćwiczysz! Zobaczysz, zobaczysz co to będzie jak będziesz w moim wieku!" ), jak na 89 latek przebiegu trzymają się babki całkiem nieźle.
Oblookawszy angielski film o gorzkiej starości królowej Wiktorii i stwierdziwszy że nawet, nawet. Takie solidne brytyjskie kino ( nie żeby tam och i ach i w ogóle fajerwerki, ale rzecz porządna ), jak zwykle doskonale zagrane, niewiele brytyjskich towarów trzyma poziom, wszędzie masówka ale od czasu do czasu coś dobrego z Wysp się trafi. Obejrzawszy też film o ubiciu świętego jelenia, który to film był w połowie mnie zadowalniający. Czasem nieznośny tzw. artyzm się wylewał a mnie prostaczce przeszkadza to w oglądaniu i trawieniu oglądanego ( zdziwna sprawa bo jakoś toleruję oglądadła Żuławskiego a tu mnie wzięło i nieco zmierziło - pewnie przestaje być dziecięciem epoki i zamieniam się w piernika ). Zacząwszy czytać książkę o nieodwzajemnionej miłości Żydów do niemieckiej kultury , zakochaniu beznadziejnym które rozpoczęło się już pod koniec XVIII wieku a skończyło się w latach czterdziestych ubiegłego wieku gwałtownie i zdaje się że raz na zawsze. Interesujące, zaprawdę powiadam Wam interesujące. Przerywnikiem lżejszym jest książka kucharska "365 obiadów", dzieło wiekopomne Lucyny Ćwierczakiewiczowej czytane po raz kolejny. Przepisy czyta się trochę dziwnie bo cały czas gdzieś mi tak te synapsy się jarzą przy przeliczaniu garnców, kwart i półkwaterek na współczesne miary. Nie czytam jej dosłownie jako książki kucharskiej, to raczej opowieść o XIX wiecznej polskiej kuchni. Niektóre przepisy to wręcz opowieści z kręgu markiza de Sade, np. topione kurczęta na "szybkie użycie".
Szczęśliwie jakoś wrażliwość nam się wywrażliwiła w ciągu tego wieku z solidnym hakiem, który minął od napisania tej książki "dla pań" . No i tak podczytuję na przemian obie pozycje naraz czego wynikiem może być przekonanie że Heine to najlepiej jak w cebulce czytany, albo jakieś inne bzdury. A takowe podejrzenie o możliwość popieprzenia wrażeń z czytanych lektur mnie się zalęgło przez to że Cio Mary straszy mnie obumieraniem komórek mózgowych atakowanych przez wraży tłuszcz, które to obumieranie ma ponoć powodować między innymi spiętrzanie danych i niemożność ich przyporządkowania do określonych folderów. Cio Mary twierdzi że należy walczyć alkoholem ze złowrogim tłuszczem który pośrednio i bezpośrednio zagraża biednym, szarym komórkom. Tylko trzeba uważać żeby nie wpaść w alkoholizm bo wtedy szlag trafi szare z powodu ochlajstwa. Normalnie wszędzie się czai niebezpieczeństwo, człowiek boi się więcej niż jedną książkę czytać "w tym samym czasie" bo jeszcze się okaże że musi wybierać między dietą ekstremalną a możliwością wpadnięcia w alkoholizm. A te wszystkie strachy to przez to że Wujek Jo jakąś kretyńską gazetkę darmową z apteki przyniósł ( przy zakupie Amolu do walki z przeziębieniem - wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi że Amol ma głównie walczyć z tłuszczem ). Na wszelki wypadek, w trosce o zdrowie psychiczne został wydany zakaz przynoszenia gazetek z apteki. Lepiej jednak czytać książki, nawet dwie naraz.
Dzisiejsze ozdobniki wpisu to wyjątki z manuskryptu zwanego Mira Calligraphiae Monumenta . W XVI wieku druk stał się podstawową metodą produkcji książek. Nie znaczy jednak że sztuka kaligrafii została zapomniana. Ba, jak to bywa z rzeczami które nie muszą już spełniać tylko podstawowej funkcji co innego niż dotychczas się liczyło , estetyczne właściwości pisma zaczęły być uważane za bardzo istotne. No wzięło i się rozbuchało. Od 1561 do 1562 r. Georg Bocskay, chorwacki sekretarz sądowy cesarza Ferdynanda I , stworzył taką księgę kaligrafii, wzornik złożony ze znanych mu stylów pisania. Około trzydziestu lat później cesarz Rudolf II, wnuk Ferdynanda, zlecił Jorisowi Hoefnagelowi, rysownikowi uważanemu za najlepszego ilustratora epoki ozdobić książkę Bocskaya. Hoefnagel dodawał wizerunki owoców, kwiatów, owadów do niemal każdej strony, równoważąc tzw. kompozycję i równowagę karty . Ilustrator i kaligraf nigdy się nie spotkali a jednak razem stworzyli coś co do dzisiaj budzi zachwyt. Księga znajdowała się w gabinecie osobliwości osobliwego cesarza Rudolfa II, teraz zdaje się jest w Getty Museum w Los Angeles.
niedziela, 14 stycznia 2018
sobota, 13 stycznia 2018
Podgniły styczeń i ciemiernicze zakupy
No i mija ten miesiąc zimowy w stylu angielskim, że tak rzecz ujmę. Mży, leje, czasem z lekka tylko sypnie, cóś tam oblodzi. Nie żebym bardzo narzekała, wszak paliwka mniej idzie na ogrzanie kocich tyłków ( dobra, mojego tyłka też ). Z drugiej strony pamiętam łagodną zimę sprzed dwóch lat po której ogrodnicy nie mieli wesoło. Ileż to roślin wówczas wygniło, a ile przedwcześnie rozbudzonych załatwiły wiosenne przymrozki! Nie chciałabym powtórki z rozrywki. Alcatraz wygląda podgniło ale trudno dobrze się prezentować pod ołowianym niebem, Sucha - Żwirowa też nie wygląda wyjściowo - trawy się wytrawiły, niby sterczą ale tzw. roli dekoracyjnej nie spełniają a półkrzewy czyli szałwije lekarskie i lawendy szarzeją w ogólnej szarości. Nie czuję urody przyrody, wolałabym już lekki śnieżek, ale taki zakrywający niedostatki wyglądu otoczenia i niewielki mrozik - przynajmniej człowiek wiedziałby bez upewniającego porannego zerknięcia w kalendarz ( tylko raz mi się zdarzyło, jak porządnie pospałam po laj, laj, laj miałam chwilowe zamroczenie, takie właściwie na półjawie ) że to już styczeń a nie nadal listopad. No dobra, ponarzekawszy jak to rasowy ogrodnik na pogodę i szlus!
Jak nie uprawiam ogrodu to uprawiam zakupy, znaczy poluję na poświąteczne resztki na wyprzedażach. Mamelon poluje na ciuchy pod pozorem konieczności sporządzenia ekwipunku "na Portugalię", każda z nas wygrzebuje ostatki, "koszowe" i nabywa za niewielkie pieniądze rzeczy na które wcześniej nie było jej stać ( na wyprzedażach poznaje się prawdziwą cenę towaru, he, he, he ). Oczywiście bez zielonych zakupów prawdziwych zakupów nie ma. Bez zielonego się nie liczy!
Nabywszy Alcatrazu jeszcze jednego uroczego i cudownie przecenionego o ponad połowę ciemierniczka ( oby ten gadzi ogród jakim jest Alcatraz go docenił ). Roślina nazywa się Helleborus x ericsmithii 'HGC Monte Christo'. To HGC to oznaczenie serii mieszańcowych ciemierników - Helleborus Gold Colection. Ta złota rodzinka to efekt pracy faceta nazywającego się Josef Heuger, który tak na bardzo ale to bardzo poważnie zajmuje się w Niemczech uprawą ciemierników. Złotą ciemierniczą rodzinkę można podzielić zasadniczo na trzy grupy: bardzo wcześnie kwitnących, królów stycznia i lutego, późnych piękności. Oczywiście niemieckich zapewnień co do ciemierniczych kwitnień nie należy brać bardzo serio, u nas klimacik ostrzejszy i poza pojedynczymi kwiatami ciemiernika białego nie liczyłabym na większe występy, a już na pewno na oszołamiające kwitnienie wszelkich mieszańców.
W grupie wcześnie kwitnących rozróżnia się tzw. Christrosen czyli odmiany ciemiernikia białego Helleborus niger oraz odmianę polecaną do świątecznych dekoracji, dość dobrze znoszącą domowe warunki 'White Christmas'. W grupie Christrosen, nazwijmy ją bożonarodzeniowej trafiają się rośliny zakwitające już przy końcu listopada. Odmiany 'Diva', Jacob Classic' , Jacob Royal', 'Jesko' i 'Jonas' znane mi sa tylko z fotek, natomiast odmianę 'Wintergold' poznałam osobiście. Bardzo miły dla oka ciemiernik, jego kwiaty mają zwiększoną liczbę płatków ( choć nie nazwałabym go odmianą dubeltową to niewątpliwie jest znacznie bardziej ogrodowy od gatunku ).
Ciemierniki kwitnące w pełni zimy tę podzielono na podgrupy: Schneerosen czyli ciemierniki dość wcześnie kwitnące - mieszańce Helleborus x ericsmithii, Helleborus x ballardiae, Helleborus x nigercors i Helleborus x lermonierae oraz Ice N' Roses - mieszańce Helleborus x glandorfensis. Z podgrupy Schneerosen pochodzi mój urodny 'Monte Christo', o lekko niebieskawych liściach, różowawym nalocie na kremowych płatkach kwiatu, sam cudek. Odmiana ma być ponoć mniej wrażliwa na chłody niż mieszańce ericsmithii o mocno wysrebrzonych liściach. No cóż, pożyjemy zobaczymy. Inne znane odmiany tej grupy to : 'Joker', 'Champion', 'Camelot', 'Paradenia', 'Marlon', 'Malory', 'Shooting Star', 'Merlin", 'Sparkle', 'Pink Frost' i 'Madame Lemonnier' ( obie na ostatku wymienione mają różowe kwiaty ). Jest też cała podgrupka w podgrupce - seria ciemierników nazwana 'Ice Breaker' złożonych mieszańców Helleborus x nigercors. To hardcory, które mają odporność ciemiernika białego i zwiększoną liczbę pąków na pędzie po ciemiernikach korsykańskich. W grupie Ice N' Roses na razie dopracowano się trzech odmian - 'Ice N' Roses White', 'Ice N' Roses Red' i uroczej 'Ice N' Roses Rose'. Ostatnia z tej grupy trafiła na moją listę chciejstw, jest pikotka na płatkach kwiatów i serce bije mi szybciej.
Ciemierniki późno kwitnące złożone czyli wielokrotnie skrzyżowane z innymi gatunkami mieszańce Helloborus orientalis, nazywane prawilno z łacińska Helloborus x hybridus zaliczono do grupy zwanej Lenzrosen. Ślicznych odmian od cholery i ciut, ciut, mnie w oko wpadła należycie przypikotkowana na końcach płatków i cudnie na nich użyłkowana 'SP Anja Oudlof'. W tym typie, tylko o zwiększonej ilości płatków jest też odmiana 'SP Maggy'. Są też z lekka odjechane "baroki", jak nazywam ciemierniki mocno ogrodowe - odmiany 'SP Frilly Kitty' i 'Frilly Isabelle'. Jak widzicie za tą naszą zachodnią granica, wcale nie aż tak daleko wyrosła ciemiernikowa potęga. I dobrze, bo do tej pory człowiek smętnie spoglądał w kierunku wysp i zastanawiał się jak na ekscesy kontynentalnego klimatu zareagowałyby ciemiernikowe krzyżówki Juliet Davis.
Dzisiejsze fotki to Mamelonowy wypiek ( Mamelon mnie zażyła wykonując makaroniki z kremem malinowym, nie wiedziałam jeść czy tylko nabożnie podziwiać to cudo ) - po degustacji doniosłam Mamelonowi składniki do ciasteczek i wyczekująco patrzę w jej kierunku ( metoda na Kaszpirowskiego - adin, dwa, tri, myślisz o makaronikach, chcesz robić makaroniki, robisz makaroniki ), mój nowy ciemierniczek ( sztuk dwie, bo na fotkach znalazł się i ten kupiony w grudniu ) i pożegnanie na rok z chowanymi do szafy z bombkami, jedyną rzeczą która jeszcze jakoś tam podtrzymuje w moim domu tzw. magię świąt ( sporo nowych nabywszy za 1/3 ceny ) .
P.S. Żeby wpis nie był za słodki - właśnie się dowiedziałam że bliska znajoma pożegnała się ze swoim kociambrem, szesnaście lat byli razem. Odszedł na jej rękach. Przykro mi bo znałam kiciulca, moja słodkiej pamięci Melania się z nim lała o dostęp do korytarzowego okna ( pozycjonowanie się na parapecie ). Stara gwardia odchodzi i przyznam się że z niepokojem patrzę na nie najmłodszego w końcu Lalunia. Na szczęście Lali jakoś się trzyma, złośliwy z niego tetryk ( w stosunku do innych kotów, mnie tylko karze udając głuchego ) ale tfu, tfu, tfu, zdrowie jeszcze ma nie najgorsze.
Jak nie uprawiam ogrodu to uprawiam zakupy, znaczy poluję na poświąteczne resztki na wyprzedażach. Mamelon poluje na ciuchy pod pozorem konieczności sporządzenia ekwipunku "na Portugalię", każda z nas wygrzebuje ostatki, "koszowe" i nabywa za niewielkie pieniądze rzeczy na które wcześniej nie było jej stać ( na wyprzedażach poznaje się prawdziwą cenę towaru, he, he, he ). Oczywiście bez zielonych zakupów prawdziwych zakupów nie ma. Bez zielonego się nie liczy!
Nabywszy Alcatrazu jeszcze jednego uroczego i cudownie przecenionego o ponad połowę ciemierniczka ( oby ten gadzi ogród jakim jest Alcatraz go docenił ). Roślina nazywa się Helleborus x ericsmithii 'HGC Monte Christo'. To HGC to oznaczenie serii mieszańcowych ciemierników - Helleborus Gold Colection. Ta złota rodzinka to efekt pracy faceta nazywającego się Josef Heuger, który tak na bardzo ale to bardzo poważnie zajmuje się w Niemczech uprawą ciemierników. Złotą ciemierniczą rodzinkę można podzielić zasadniczo na trzy grupy: bardzo wcześnie kwitnących, królów stycznia i lutego, późnych piękności. Oczywiście niemieckich zapewnień co do ciemierniczych kwitnień nie należy brać bardzo serio, u nas klimacik ostrzejszy i poza pojedynczymi kwiatami ciemiernika białego nie liczyłabym na większe występy, a już na pewno na oszołamiające kwitnienie wszelkich mieszańców.
W grupie wcześnie kwitnących rozróżnia się tzw. Christrosen czyli odmiany ciemiernikia białego Helleborus niger oraz odmianę polecaną do świątecznych dekoracji, dość dobrze znoszącą domowe warunki 'White Christmas'. W grupie Christrosen, nazwijmy ją bożonarodzeniowej trafiają się rośliny zakwitające już przy końcu listopada. Odmiany 'Diva', Jacob Classic' , Jacob Royal', 'Jesko' i 'Jonas' znane mi sa tylko z fotek, natomiast odmianę 'Wintergold' poznałam osobiście. Bardzo miły dla oka ciemiernik, jego kwiaty mają zwiększoną liczbę płatków ( choć nie nazwałabym go odmianą dubeltową to niewątpliwie jest znacznie bardziej ogrodowy od gatunku ).
Ciemierniki kwitnące w pełni zimy tę podzielono na podgrupy: Schneerosen czyli ciemierniki dość wcześnie kwitnące - mieszańce Helleborus x ericsmithii, Helleborus x ballardiae, Helleborus x nigercors i Helleborus x lermonierae oraz Ice N' Roses - mieszańce Helleborus x glandorfensis. Z podgrupy Schneerosen pochodzi mój urodny 'Monte Christo', o lekko niebieskawych liściach, różowawym nalocie na kremowych płatkach kwiatu, sam cudek. Odmiana ma być ponoć mniej wrażliwa na chłody niż mieszańce ericsmithii o mocno wysrebrzonych liściach. No cóż, pożyjemy zobaczymy. Inne znane odmiany tej grupy to : 'Joker', 'Champion', 'Camelot', 'Paradenia', 'Marlon', 'Malory', 'Shooting Star', 'Merlin", 'Sparkle', 'Pink Frost' i 'Madame Lemonnier' ( obie na ostatku wymienione mają różowe kwiaty ). Jest też cała podgrupka w podgrupce - seria ciemierników nazwana 'Ice Breaker' złożonych mieszańców Helleborus x nigercors. To hardcory, które mają odporność ciemiernika białego i zwiększoną liczbę pąków na pędzie po ciemiernikach korsykańskich. W grupie Ice N' Roses na razie dopracowano się trzech odmian - 'Ice N' Roses White', 'Ice N' Roses Red' i uroczej 'Ice N' Roses Rose'. Ostatnia z tej grupy trafiła na moją listę chciejstw, jest pikotka na płatkach kwiatów i serce bije mi szybciej.
Ciemierniki późno kwitnące złożone czyli wielokrotnie skrzyżowane z innymi gatunkami mieszańce Helloborus orientalis, nazywane prawilno z łacińska Helloborus x hybridus zaliczono do grupy zwanej Lenzrosen. Ślicznych odmian od cholery i ciut, ciut, mnie w oko wpadła należycie przypikotkowana na końcach płatków i cudnie na nich użyłkowana 'SP Anja Oudlof'. W tym typie, tylko o zwiększonej ilości płatków jest też odmiana 'SP Maggy'. Są też z lekka odjechane "baroki", jak nazywam ciemierniki mocno ogrodowe - odmiany 'SP Frilly Kitty' i 'Frilly Isabelle'. Jak widzicie za tą naszą zachodnią granica, wcale nie aż tak daleko wyrosła ciemiernikowa potęga. I dobrze, bo do tej pory człowiek smętnie spoglądał w kierunku wysp i zastanawiał się jak na ekscesy kontynentalnego klimatu zareagowałyby ciemiernikowe krzyżówki Juliet Davis.
Dzisiejsze fotki to Mamelonowy wypiek ( Mamelon mnie zażyła wykonując makaroniki z kremem malinowym, nie wiedziałam jeść czy tylko nabożnie podziwiać to cudo ) - po degustacji doniosłam Mamelonowi składniki do ciasteczek i wyczekująco patrzę w jej kierunku ( metoda na Kaszpirowskiego - adin, dwa, tri, myślisz o makaronikach, chcesz robić makaroniki, robisz makaroniki ), mój nowy ciemierniczek ( sztuk dwie, bo na fotkach znalazł się i ten kupiony w grudniu ) i pożegnanie na rok z chowanymi do szafy z bombkami, jedyną rzeczą która jeszcze jakoś tam podtrzymuje w moim domu tzw. magię świąt ( sporo nowych nabywszy za 1/3 ceny ) .
P.S. Żeby wpis nie był za słodki - właśnie się dowiedziałam że bliska znajoma pożegnała się ze swoim kociambrem, szesnaście lat byli razem. Odszedł na jej rękach. Przykro mi bo znałam kiciulca, moja słodkiej pamięci Melania się z nim lała o dostęp do korytarzowego okna ( pozycjonowanie się na parapecie ). Stara gwardia odchodzi i przyznam się że z niepokojem patrzę na nie najmłodszego w końcu Lalunia. Na szczęście Lali jakoś się trzyma, złośliwy z niego tetryk ( w stosunku do innych kotów, mnie tylko karze udając głuchego ) ale tfu, tfu, tfu, zdrowie jeszcze ma nie najgorsze.
poniedziałek, 8 stycznia 2018
O Agatkowej rabacie
To nie jest przepis na "piąkną" rabatę, to nawet nie jest instant przepis na konkretną rabatę. To po prostu wpis na temat jak amator zabiera się do ucudniania rabaty innego amatora. Takie tam porady Ciotki Klotki, znaczy są to internetowe ogrodowe gadki dla Agatki.
Zacznę od czegoś co niby jest oczywistą oczywistością ale po ogrodach naszych się rozglądając nie zauważyłam żeby ta oczywistość była w realu tak oczywista. Rabata jest częścią ogrodu a nie bytem samodzielnym, wyalienowanym z otoczenia. Kiedyś Megi pisała o tym ze ogród musi byś jakiś, że nie może być zbiorem pomysłów ogrodowych. U siebie też już kiedyś o tym pisałam ale wracam do tematu żeby było porządnie o rabaciźmie napisane. Na ogród w różnych stylach prowadzony można sobie pozwolić jak się ma przynajmniej skromny hektarek, he, he, he. No dobra, można mieć wielostylowy ogród mniejszy ( w końcu od czego żywopłoty cisowe i wymyślone w edwardiańskiej Anglii - pokoje ogrodowe ) ale zasada jest taka - im mniejszy ogród tym mniej pomysłów "na ogród" na nim mieścimy. A zatem mniej różnorodnych rabat bo skalniaczek, oczko wodne, byliniak klasyczny, japońskie klimaty, "ogródek żwyrowy" i tu panie "świątynia dumania" a to wszystko na pięciuset metrach kwadratowych zusammen do kupy nie powoduje wcale że nasz ogród jest piąkny i przebogaty tylko że jest niespójny, męcący dla oka, drenujący kieszeń w w ogóle od czapy. Zdecydujmy się zanim rozrysujemy czy też tylko ułożymy w głowie plany jaki ogród chcemy mieć. No i rzecz bardzo ważna - lepiej od razu rozplanujmy całość ogrodu, tworzenie nowych rabat w różnych przypadkowych miejscach ( prawie każdy to robi, z te słowa piszącą włącznie, he, he, he ) to nie jest coś co pozwala uzyskać ogrodowi piękny wygląd i utrzymać typ czy styl. W przypadku Agatka preferowany jest styl zwany z angielska stylem country - ogród wiejski, rabatowo rzecz ujmując to dość swobodne rabaty z bylin podstawowego doboru przechodzące wraz z oddalaniem się od domu w coraz bardziej naturalistyczne założenia.
Dobra, ogarnęli my rabatę jako jeden z elementów składowych ogrodu, teraz do konkretów. Agatek ma takiego zgryza - "Miejsce mało słoneczne ale za to jest w bardzo bliskim sąsiedztwie z moją ławką na ala patio, na którym lubimy z mężem posiedzieć i odpocząć. W bardzo upalny dzień ten zakątek tuż u stóp wielgaśnego domu jest niewiarygodnie chłodny i przyjemny o każdej porze dnia." - a ogrodniczo się z lekka denerwuje bo - "Niby taki prosty kawałek paska z ziemią a mam z nim mnóstwo problemów.". Poprosiwszy Agatka o dogłębniejsze skonkretyzowanie konkreta i dowiedziawszy się że "Ogólnie zaskoczyły mnie parametry w szczególności usadowienie na oko świerka. Świerk dzieli rabatę na dwie części. Stojąc do rabaty przodem, to na lewo mamy więcej cienia na prawo od świerku trochę więcej słońca ale ogólnie cała rabata jest z małą ilością słońca. Część lewa ma długości 340 cm a szerokości 280 cm. Rosną na niej 2 cisy pod płotem, 2 rododendrony bliżej świerku i mam na niej posadzone hosty i języczki. Oraz za świerkiem wspomniane kiedyś bodziszki. Prawa strona od świerka, ma długości 340 cm i szerokości 240, rośnie na niej 1 rodendron, część irysów do przesadzenia , zostają liliowce, zostaje berberys tak przy świerku ( bliżej ogrodzenia ). I nie wiem co zrobić z hortensją bo nie zakwitła przesadzona wiosną ale za to pięknie się rozrosła i odżyła bo była w opłakanym stanie."
Mamy około osiemnastu metrów kwadratowych po jednej i drugiej stronie świerka, trzy rodki, dwa cisy , berberys i hortensję. No i wiem jedno - to już nie będzie rabata bylinowa w stylu country. Nie da się, chyba że z piłą, siekierą i szpadlem. Nie uda się też zrobić rabaty bylinowej która będzie kwitnąca przez większość sezonu, za mało miejsca ( mam ten problem z Suchą - Żwirową a ona ma dziesięć metrów szerokości i jakieś naście długości, z tymi nowszymi nasadzeniami przed różanką to cóś ponad dwadzieścia ale jakoś ogromnie to nie pomogło ).
Zacznę od tego że i ja kiedyś przeszłam etap "małych dużych drzew i krzewów". Człowiek sadzi młode egzemplarze tych roślin a po jakimś czasie orientuje się że potrzebny będzie sekator, jeszcze później dociera do niego że chyba jednak bardziej właściwym narzędziem będzie piła. Rabata bylinowa, taka klasyczna, którą swego czasu usiłowałam ucudnić okolice magnolki jest już w zasadzie wspomnieniem. Drzewa to do siebie mają że rosną a te, które mają płytki system korzeniowy, taki właśnie jak magnolka czy świerk są trudnymi partnerami dla bylin podstawowego doboru. Takie roślinne partnerstwo prędzej czy później smutno kończy się dla jednej ze stron, zgadnijcie której? Polazłwszy do ogrodu Agatka i oblookawszy świerk i stwierdziwszy że drzewko spore i ładne i żal piłę ostrzyć. Lepiej niech rośnie i zacienia co trzeba. Rodki Agatek posadziła dosyć daleko od drzewa więc na razie nie powinno być większych problemów z nawodnieniem, cisy z kolei mają niewielki system korzeniowy wiec nie powinny innym roślinom przeszkadzać. Rodki Agatek ma młodziutkie i stąd pewnie się wzięło Agatkowe przekonanie że miejsca do sadzenia to jest na tej rabacie ho, ho i jeszcze trochę. Moje rodki zaskoczyły mnie po paru latach, owszem grzeczne rododendrony yakuszimańskie trzymają się w granicach metra ale niektóre krzewy to bezczelne są, sekator musiał przyjść z pomocą. Za wiele bylin w tej sytuacji na rabatę się nie wciśnie, konkurencja rodkowo - świerkowa w zacienionej stronie jest zbyt duża. No i cóś nie pasują te pierwsze przychodzące zazwyczaj na myśl rośliny podstawowego doboru, rododendronowiska to inne klimaty. Po lewej stronie są cztery krzewy, to sporo jak na dziewięć metrów kwadratowych. Liczmy że rodki docelowo zajmą około czterech metrów kwadratowych powierzchni i że na upartego zostało nam coś pięć metrów i że cisy są kolumnowe ( tak mi się wydaje że na zdjęciu były kolumnowe ).
Na pięciu metrach kwadratowych to cztery a najwyżej z pięć grup z bylin średniej wielkości da się upchnąć bez szkody dla tzw. widoków a tam już są bardzo duże języczki i bliżej nieopisane hosty. No i jak tam cóś jeszcze pchać. Gdzie? Żeby języczki robiły wrażenie muszą mieć co najmniej trzy metry kwadratowe tylko dla siebie. I mam tu na myśli jedną odmianę bądź gatunek. U Agatka są bardzo ładne języczki Przewalskiego, dałabym im te trzy metry i niech gwiazdorzą. Co do host to nie wiem jakie one mają rozmiary ( hosty oznacza się jak ciuchy - są eski, elki, ikselki ) i ciężko mi w związku z tym napisać ile mniej więcej miejsca trzeba by na nie przeznaczyć. Tak szczerze pisząc to nie wiem czy one mogłyby się na tej rabacie zmieścić. Może jedna, może dwie, a może przenieść tam rodka z prawej i już.Po drugiej stronie świerka jest półcień a w nim rosną liliowce i irysy bródkowe i duży berberys z rodkiem. No i mamy dwa krzewy, w tym berberys nie osiągnął jeszcze właściwych rozmiarów ( być może z powodu bliskości świerka - w każdym razie jak przymierzyłam go do kiciandry widocznej na zdjątku to wydaje mi się że krzew jeszcze urośnie ) a hortensja odżyta czyli duża ( rodek "ewentualnie do przeniesienia" pewnie za to młodziutki ). No liczmy że ze trzy metry kwadratowe zajmą, na byliny cóś piątka z hakiem zostaje.
Gdyby zgrupować rodki na jednej części rabaty byłoby trochę więcej miejsca dla innych roślin. Wtedy można troszkę bylin posadzić, troszkę czyli trzeba uważać żeby nie przesadzić z ilością gatunków. Lepiej dla oczu jest sadzić mniej rozmaicie a w większej ilości sztuk. Tak właśnie sadzili Anglicy na przełomie wieków XIX i XX. Klasyka, że się tak wypiszę. Co do konkretnych roślin, Agatek ma bodziszki, liliowce, hosty - może wcale nie trzeba na tę rabatę kupować niczego nowego, tylko solidnie porozsadzać stare rośliny tak aby utworzyły duże, fajne kępy. Myśląc o jesiennych kwiatach na bardziej słonecznej stronie rabaty wpadałam na to czy aby nie dosadzić jakiejś hortensji drzewkowatej czy bukietowej do tej, która już tam rośnie. Może nawet więcej niż jeden krzew. Wtedy mniej bylin rabata by zniosła ale kwitnienie letnio - jesienne byłoby zapewnione ( Taka 'Annabelle' ma zieleniejące kwiaty już w sierpniu, pasiłaby do tych języczek Przewalskiego ). Rabata byłaby w zasadzie krzewiasta ale też małorobotna. A Agatek mógłby się wówczas rozejrzeć tak niby pod pretekstem "Co z tymi roślinami zrobić" za miejscem na nowy byliniak. To jest dopiero szczwany plan.
Dzisiejszy wpis okraszony jest zdjątkami z angielskich ogrodów - Tintinhull Garden, Rosemoor RHS Garden, Barrington Court Gardens, Coleton Fishcare. Na zdjątkach ogrody w stylu country - mnóstwo bylin, trochę krzewów, wcale nie tak mało roślin dwuletnich i jednorocznych.
Zacznę od czegoś co niby jest oczywistą oczywistością ale po ogrodach naszych się rozglądając nie zauważyłam żeby ta oczywistość była w realu tak oczywista. Rabata jest częścią ogrodu a nie bytem samodzielnym, wyalienowanym z otoczenia. Kiedyś Megi pisała o tym ze ogród musi byś jakiś, że nie może być zbiorem pomysłów ogrodowych. U siebie też już kiedyś o tym pisałam ale wracam do tematu żeby było porządnie o rabaciźmie napisane. Na ogród w różnych stylach prowadzony można sobie pozwolić jak się ma przynajmniej skromny hektarek, he, he, he. No dobra, można mieć wielostylowy ogród mniejszy ( w końcu od czego żywopłoty cisowe i wymyślone w edwardiańskiej Anglii - pokoje ogrodowe ) ale zasada jest taka - im mniejszy ogród tym mniej pomysłów "na ogród" na nim mieścimy. A zatem mniej różnorodnych rabat bo skalniaczek, oczko wodne, byliniak klasyczny, japońskie klimaty, "ogródek żwyrowy" i tu panie "świątynia dumania" a to wszystko na pięciuset metrach kwadratowych zusammen do kupy nie powoduje wcale że nasz ogród jest piąkny i przebogaty tylko że jest niespójny, męcący dla oka, drenujący kieszeń w w ogóle od czapy. Zdecydujmy się zanim rozrysujemy czy też tylko ułożymy w głowie plany jaki ogród chcemy mieć. No i rzecz bardzo ważna - lepiej od razu rozplanujmy całość ogrodu, tworzenie nowych rabat w różnych przypadkowych miejscach ( prawie każdy to robi, z te słowa piszącą włącznie, he, he, he ) to nie jest coś co pozwala uzyskać ogrodowi piękny wygląd i utrzymać typ czy styl. W przypadku Agatka preferowany jest styl zwany z angielska stylem country - ogród wiejski, rabatowo rzecz ujmując to dość swobodne rabaty z bylin podstawowego doboru przechodzące wraz z oddalaniem się od domu w coraz bardziej naturalistyczne założenia.
Dobra, ogarnęli my rabatę jako jeden z elementów składowych ogrodu, teraz do konkretów. Agatek ma takiego zgryza - "Miejsce mało słoneczne ale za to jest w bardzo bliskim sąsiedztwie z moją ławką na ala patio, na którym lubimy z mężem posiedzieć i odpocząć. W bardzo upalny dzień ten zakątek tuż u stóp wielgaśnego domu jest niewiarygodnie chłodny i przyjemny o każdej porze dnia." - a ogrodniczo się z lekka denerwuje bo - "Niby taki prosty kawałek paska z ziemią a mam z nim mnóstwo problemów.". Poprosiwszy Agatka o dogłębniejsze skonkretyzowanie konkreta i dowiedziawszy się że "Ogólnie zaskoczyły mnie parametry w szczególności usadowienie na oko świerka. Świerk dzieli rabatę na dwie części. Stojąc do rabaty przodem, to na lewo mamy więcej cienia na prawo od świerku trochę więcej słońca ale ogólnie cała rabata jest z małą ilością słońca. Część lewa ma długości 340 cm a szerokości 280 cm. Rosną na niej 2 cisy pod płotem, 2 rododendrony bliżej świerku i mam na niej posadzone hosty i języczki. Oraz za świerkiem wspomniane kiedyś bodziszki. Prawa strona od świerka, ma długości 340 cm i szerokości 240, rośnie na niej 1 rodendron, część irysów do przesadzenia , zostają liliowce, zostaje berberys tak przy świerku ( bliżej ogrodzenia ). I nie wiem co zrobić z hortensją bo nie zakwitła przesadzona wiosną ale za to pięknie się rozrosła i odżyła bo była w opłakanym stanie."
Mamy około osiemnastu metrów kwadratowych po jednej i drugiej stronie świerka, trzy rodki, dwa cisy , berberys i hortensję. No i wiem jedno - to już nie będzie rabata bylinowa w stylu country. Nie da się, chyba że z piłą, siekierą i szpadlem. Nie uda się też zrobić rabaty bylinowej która będzie kwitnąca przez większość sezonu, za mało miejsca ( mam ten problem z Suchą - Żwirową a ona ma dziesięć metrów szerokości i jakieś naście długości, z tymi nowszymi nasadzeniami przed różanką to cóś ponad dwadzieścia ale jakoś ogromnie to nie pomogło ).
Zacznę od tego że i ja kiedyś przeszłam etap "małych dużych drzew i krzewów". Człowiek sadzi młode egzemplarze tych roślin a po jakimś czasie orientuje się że potrzebny będzie sekator, jeszcze później dociera do niego że chyba jednak bardziej właściwym narzędziem będzie piła. Rabata bylinowa, taka klasyczna, którą swego czasu usiłowałam ucudnić okolice magnolki jest już w zasadzie wspomnieniem. Drzewa to do siebie mają że rosną a te, które mają płytki system korzeniowy, taki właśnie jak magnolka czy świerk są trudnymi partnerami dla bylin podstawowego doboru. Takie roślinne partnerstwo prędzej czy później smutno kończy się dla jednej ze stron, zgadnijcie której? Polazłwszy do ogrodu Agatka i oblookawszy świerk i stwierdziwszy że drzewko spore i ładne i żal piłę ostrzyć. Lepiej niech rośnie i zacienia co trzeba. Rodki Agatek posadziła dosyć daleko od drzewa więc na razie nie powinno być większych problemów z nawodnieniem, cisy z kolei mają niewielki system korzeniowy wiec nie powinny innym roślinom przeszkadzać. Rodki Agatek ma młodziutkie i stąd pewnie się wzięło Agatkowe przekonanie że miejsca do sadzenia to jest na tej rabacie ho, ho i jeszcze trochę. Moje rodki zaskoczyły mnie po paru latach, owszem grzeczne rododendrony yakuszimańskie trzymają się w granicach metra ale niektóre krzewy to bezczelne są, sekator musiał przyjść z pomocą. Za wiele bylin w tej sytuacji na rabatę się nie wciśnie, konkurencja rodkowo - świerkowa w zacienionej stronie jest zbyt duża. No i cóś nie pasują te pierwsze przychodzące zazwyczaj na myśl rośliny podstawowego doboru, rododendronowiska to inne klimaty. Po lewej stronie są cztery krzewy, to sporo jak na dziewięć metrów kwadratowych. Liczmy że rodki docelowo zajmą około czterech metrów kwadratowych powierzchni i że na upartego zostało nam coś pięć metrów i że cisy są kolumnowe ( tak mi się wydaje że na zdjęciu były kolumnowe ).
Na pięciu metrach kwadratowych to cztery a najwyżej z pięć grup z bylin średniej wielkości da się upchnąć bez szkody dla tzw. widoków a tam już są bardzo duże języczki i bliżej nieopisane hosty. No i jak tam cóś jeszcze pchać. Gdzie? Żeby języczki robiły wrażenie muszą mieć co najmniej trzy metry kwadratowe tylko dla siebie. I mam tu na myśli jedną odmianę bądź gatunek. U Agatka są bardzo ładne języczki Przewalskiego, dałabym im te trzy metry i niech gwiazdorzą. Co do host to nie wiem jakie one mają rozmiary ( hosty oznacza się jak ciuchy - są eski, elki, ikselki ) i ciężko mi w związku z tym napisać ile mniej więcej miejsca trzeba by na nie przeznaczyć. Tak szczerze pisząc to nie wiem czy one mogłyby się na tej rabacie zmieścić. Może jedna, może dwie, a może przenieść tam rodka z prawej i już.Po drugiej stronie świerka jest półcień a w nim rosną liliowce i irysy bródkowe i duży berberys z rodkiem. No i mamy dwa krzewy, w tym berberys nie osiągnął jeszcze właściwych rozmiarów ( być może z powodu bliskości świerka - w każdym razie jak przymierzyłam go do kiciandry widocznej na zdjątku to wydaje mi się że krzew jeszcze urośnie ) a hortensja odżyta czyli duża ( rodek "ewentualnie do przeniesienia" pewnie za to młodziutki ). No liczmy że ze trzy metry kwadratowe zajmą, na byliny cóś piątka z hakiem zostaje.
Gdyby zgrupować rodki na jednej części rabaty byłoby trochę więcej miejsca dla innych roślin. Wtedy można troszkę bylin posadzić, troszkę czyli trzeba uważać żeby nie przesadzić z ilością gatunków. Lepiej dla oczu jest sadzić mniej rozmaicie a w większej ilości sztuk. Tak właśnie sadzili Anglicy na przełomie wieków XIX i XX. Klasyka, że się tak wypiszę. Co do konkretnych roślin, Agatek ma bodziszki, liliowce, hosty - może wcale nie trzeba na tę rabatę kupować niczego nowego, tylko solidnie porozsadzać stare rośliny tak aby utworzyły duże, fajne kępy. Myśląc o jesiennych kwiatach na bardziej słonecznej stronie rabaty wpadałam na to czy aby nie dosadzić jakiejś hortensji drzewkowatej czy bukietowej do tej, która już tam rośnie. Może nawet więcej niż jeden krzew. Wtedy mniej bylin rabata by zniosła ale kwitnienie letnio - jesienne byłoby zapewnione ( Taka 'Annabelle' ma zieleniejące kwiaty już w sierpniu, pasiłaby do tych języczek Przewalskiego ). Rabata byłaby w zasadzie krzewiasta ale też małorobotna. A Agatek mógłby się wówczas rozejrzeć tak niby pod pretekstem "Co z tymi roślinami zrobić" za miejscem na nowy byliniak. To jest dopiero szczwany plan.
Dzisiejszy wpis okraszony jest zdjątkami z angielskich ogrodów - Tintinhull Garden, Rosemoor RHS Garden, Barrington Court Gardens, Coleton Fishcare. Na zdjątkach ogrody w stylu country - mnóstwo bylin, trochę krzewów, wcale nie tak mało roślin dwuletnich i jednorocznych.
sobota, 6 stycznia 2018
Wpis ku pokrzepieniu - nieco tylko złośliwy i z lekka schizofreniczny
Polazłam do Megi na blogiego i mnie się lekko od niej smęcenie udzieliło. Takie na rzeczywistość naszą przez małe "r" pisaną. Przez ten dualizm medialno - realny człowiekowi się porzyguje jakąś dziwną papą, dlaczego jak jest tak dobrze to jest tak źle? . W związku z przysmęceniem ogólnym żeby się zabawić napiwszy się promili i pooglądawszy filma. Po raz kolejny oglądałam odprężający "Tropic Thunder" ( przetłumaczono to jako "Jaja w tropikach", żeby durny widz wiedział że ma być śmiesznie ), humor radośnie "w złym guście" co wcale nie oznacza że nieinteligentny. Taka satyra na Hollywooda. Niestety przedtem przejrzawszy wiadomości tygodniowe i mnie się nałożyło. Znaczy "Korona Królów", odcinek 10 001 = rekonstrukcja Rzundu a potem to Rzund vs Świat. Tyż śmieszne. I pewnie dlatego mnie się plącze.
Nie chcę się nami zamartwiać. Niech się martwio Grażyny i Janusze ( których w stanie dzikim, bez obróbki, w przeciwieństwie do niektórych naszych yntelektualistów nie trawię ), w końcu nie wystarczy aspirować do roli "nowych elyt", trzeba się jeszcze takową elytą stać a to duży wysiłek i nie da się na nikogo zwalić. Nie wystarczy sobie wmawiać że jest się solą ziemi i ornamentem człowieczeństwa bo prawda o człowieku i tak wylezie jak ta słoma z butów. Bycie elitą ma swoją cenę, niech więc Grażyny i Janusze ją płacą. Taka nauka boli ale inaczej się nie da. Na dzień dobry trzeba się będzie nauczyć że wykształcenie pod tytułem papierek nie tworzy elit podobnie jak tzw. świeże pieniądze ich nie tworzą. A potem to dopiero będzie ból doopska - tzw. problema złożone wypłyną. Tak, tak, - tak właśnie hartuje się stal, he, he. Niewesoło czyli na poważnie śmiem twierdzić że społecznie żyjemy złudzeniami, nawet nasze tzw. prawdziwe elity nimi żyją. Procesów rządzących tym światem uparcie nie chcemy zrozumieć i się czepiamy nie wiadomo dlaczego nieszczęsnej "narodowej tradycji" jak dziecko matczynego fartucha bo przeca tradycją walcząc "Z komunizmem się udało". Taa, mylimy zjawiska, pojęcia, dewaluujemy to spoiwo jakim jest tradycja ( kiedy wahadełko polityczne ruszy w drugą stronę alergia na nią będzie powszechna - to nie jest rzecz, która mnie cieszy ) i kręcimy się w kółko. Tu i hola, jak te chochołki. No i dopieszcza się namiętnie Grażyny i Januszów wmawiając im że bycie nimi to jest właśnie kwintesencja najlepszego co przydarzyło się światu ze strony człowieka. Polityczni pewnie zaproponują że jeszcze bardziej uszczęśliwią Grażyno - Januszy koralikami, barchanami, lusterkami i wodą ognistą. A łune skojarzo że jak bedo miały koraliki to może łatwiej zelyciejo, tak bezboleśnie. Potem jak zwykle doopa i oszukaństwo ale kto by się prostakami przejmował ( prostactwo to dla mnie kategoria etyczno - estetyczna, można być wykształconym prostakiem, nawet wysoce wykształconym ). Dobrzy są tylko wtedy jak na ich grzbietach trzeba gdzieś wjechać, a potem "Bujaj się Fela" i kacyk do wtóru "Miałeś chamie złoty róg". No i to wrażenie zdziwne że nic się właściwie nie zmieniło - jak cie rąbali tak cię nadal rąbią.
Coś ciężko mi idzie ostatnio wczuwanie się w ducha narodu, może się boję że jak za bardzo się wczuję to mogę skończyć zamknięta w lodówce, w której będę próbowała wrócić w ziemską atmosferę lub też jako iluzja koguta, he, he. Wicie rozumicie, filmowe skojarzenia mam. W każdym razie jak się zamartwiacie sytuacja naszą codzienną to przestańcie i włączcie sobie coś do pośmiania a i promila możecie użyć ( byle nie za dużo ). Poniżej macie moje ulubione dialogi z "amerykańskiego filmu o Wietnamie". Prawie tak niezłe jak orbanomowa i zapewnienia naszego premiera że oto mieszkamy w raju i że zaraz już za chwileczkę to on nam pokaże że sam z niczego zrobi 76 rajskich dziewic. W kwestii zapewnień nasz bankier bije ś.p. towarzysza Gierka na głowę. Czekam kiedy zapowie że w 2050 każdy dostanie od państwa 30 000 na miesiąc. Tak za nic. Cieszmy się, kto wie może dzięki temu stać nas będzie na bułkę raz w tygodniu, he, he, he. A teraz filmowo.
Komedia pomyłek na dzień dobry
- "Zabiłem ją.
Najbardziej ukochane przeze mnie stworzenie.
- To dziwka. Zabiłeś dziwkę. Uspokój się. Oto, co zrobimy: poszukaj wybielacza, nadtlenku wodoru i wapna.
- Ale ja zabiłem pandę.
- Amandę? To pewnie zmyślone imię."
Zważywszy na to że prawdziwym problemem nie jest ubicie pandy tylko gang narkotykowy osaczający rozbitego spowodowaniem śmierci pandy bohatera, rady jego przyjaciela są równie przydatne jak "poparcie Orbana". Normalnie wybielacz, nadtlenek wodoru i mnóstwo wapna załatwiają wszystko.
Albo taki kwiatuszek, cóś przypominający nasze targi z bandycką zagramanicą. Usiłujemy robić za szantażystę a wychodzi to mniej więcej tak.
-"Jesteśmy z Ognistego Smoka, mamy Speedmena, oddamy go za 50 milionów.
- Kto mówi i skąd masz ten telefon?
- Jesteśmy z Ognistego Smoka, Głupi Jack jest nasz!
- Wasz mówisz?! Coś ci powiem zasrańcu - nie słyszałem o waszej agencji, jeśli myślisz że mi zgarniecie klienta...
-50 milionów albo go zabijemy!"
Telefon zostaje przejęty przez Lesa Grossmana, pana Kasę. Nawet "Pope blesses Les". Pan Kasa jest paliwem dla tego motoru , który porusza łódź którą wszyscy płyniemy. Jak wiadomo od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku z paliwem to ostrożnie bo cena skacze i może ubić jak wysokie ciśnienie.
-" Tu Les Grossman, z kim mówię?
- Jesteśmy z Ognistego Smoka!
- OK, jasne ze Smoka, yebay się w pysk. Najpierw zrób krok do tyłu - pan Kasa podnosi głos - i naprawdę yebniy się w pysk!"
(... stek artystycznych bluzgów w wykonaniu pana Kasy)
Pan Kasa do asystenta po rzuceniu telefonem:
"Sprawdzisz mi kto to był?" ( He, he, he - Polska peryferyjnym centrum wszechświata jest i basta! )
Dalej jest naprawdę ciekawie. Stajemy na kolanach, to znaczy chciałam napisać wstajemy z kolan.
Dryń, dryń.
-"Les Grossman
- Nie dostaliśmy pieniędzy, cena rośnie do 100 milionów. Zapłacicie albo Głupi Jack jutro zginie!
-Tylko zapiszę - 100 milionów. Zaraz, mam lepszy pomysł - zamiast 100 milionów przyślę wam sera spod skóry.
- Co?
- Zabijajcie go, róbcie swoje, obedrzyjcie drania ze skóry, co tam chcecie i oczywiście ... walcie się."
Wtręt w wykonaniu przyjaciela Speedmana.
-"Nie!"
Pan Kasa oświadcza:
- "Z terrorystami się nie negocjuje"
Ogólne oklaski
Przyjaciel Speedmana
-" Odbiło ci, zabiją go!"
Pan Kasa wyjaśniająco
- " A my będziemy płakać, żeby media widziały. Ufundujmy stypendium jego imienia. A potem, dużo, dużo później wystąpimy o odszkodowanie."
Asystent pana Kasy
-" Ale przed końcem roku fiskalnego, to pokryje straty ( ... ) "
Tak bym chciała ktoś by naszych politycznych, szczególnie tych teraz rzundzących, usadowił przed ekranem z właściwym filmem. Co prawda niewielka szansa że opanują strategie negocjacyjne ale przynajmniej by wiedzieli ( taką mam nadzieje ) że pod żadnym pozorem nie należy być w położeniu Ognistego Smoka, he, he, he. Wnerw członków walnego zgromadzenia zarządu to picoletto przy rozjuszonym suwerenie, któremu z przyczyn oczywistych ( Grażyno - Januszyzm ) cinżko będzie zrozumieć że sam się oszukał a nie jego oszukano. Jakby kto zarzucał że się bez podstaw nad Grażyno - Januszyzm wywyższam to informuję że jestem świadoma że Grażyna we mnie mieszka ale ze wszystkich sił się staram żeby nie ubiła we mnie Tabazelli. Grażyna to poczciwa kobita ale jako mentalna kuchta ( przepraszam kucharki, ale przeca nie o zawód tu chodzi tylko o pojęcie ) nie nadaje się na ministra. Tabazella na szczęście to rozumie i dlatego z Grażyną siedzą w chałupie a nie brylują w rzundowych ławach w parlamencie czy tam innych salonach ( choć Grażyna wyrwałaby się dla rozrywki ). I filmy na przemian z wiadomościami ze świata oglądają aż im się kręci która komedia jest realna a która to fikcja ( Tabazella twierdzi że real też półfikcyjny, a jak sobie popije to że wszystko jest złudzeniem ), każda rechocząc z czego innego zawartego w tej mieszance medialnej.
Dzisiejszy wpis zdobią ilustracje Georga Barbiera. To słodkie fête galante z początku XX wieku. Temat w sam raz do gadek na temat elyt, he, he. George Barbier żył w latach 1882 - 1932. Zajmował się niemal "wszystkim artystycznym" – malował, , ilustrował i projektował modę. Uważa się go za jednego z czołowych twórców stylu Art Deco.
Nie chcę się nami zamartwiać. Niech się martwio Grażyny i Janusze ( których w stanie dzikim, bez obróbki, w przeciwieństwie do niektórych naszych yntelektualistów nie trawię ), w końcu nie wystarczy aspirować do roli "nowych elyt", trzeba się jeszcze takową elytą stać a to duży wysiłek i nie da się na nikogo zwalić. Nie wystarczy sobie wmawiać że jest się solą ziemi i ornamentem człowieczeństwa bo prawda o człowieku i tak wylezie jak ta słoma z butów. Bycie elitą ma swoją cenę, niech więc Grażyny i Janusze ją płacą. Taka nauka boli ale inaczej się nie da. Na dzień dobry trzeba się będzie nauczyć że wykształcenie pod tytułem papierek nie tworzy elit podobnie jak tzw. świeże pieniądze ich nie tworzą. A potem to dopiero będzie ból doopska - tzw. problema złożone wypłyną. Tak, tak, - tak właśnie hartuje się stal, he, he. Niewesoło czyli na poważnie śmiem twierdzić że społecznie żyjemy złudzeniami, nawet nasze tzw. prawdziwe elity nimi żyją. Procesów rządzących tym światem uparcie nie chcemy zrozumieć i się czepiamy nie wiadomo dlaczego nieszczęsnej "narodowej tradycji" jak dziecko matczynego fartucha bo przeca tradycją walcząc "Z komunizmem się udało". Taa, mylimy zjawiska, pojęcia, dewaluujemy to spoiwo jakim jest tradycja ( kiedy wahadełko polityczne ruszy w drugą stronę alergia na nią będzie powszechna - to nie jest rzecz, która mnie cieszy ) i kręcimy się w kółko. Tu i hola, jak te chochołki. No i dopieszcza się namiętnie Grażyny i Januszów wmawiając im że bycie nimi to jest właśnie kwintesencja najlepszego co przydarzyło się światu ze strony człowieka. Polityczni pewnie zaproponują że jeszcze bardziej uszczęśliwią Grażyno - Januszy koralikami, barchanami, lusterkami i wodą ognistą. A łune skojarzo że jak bedo miały koraliki to może łatwiej zelyciejo, tak bezboleśnie. Potem jak zwykle doopa i oszukaństwo ale kto by się prostakami przejmował ( prostactwo to dla mnie kategoria etyczno - estetyczna, można być wykształconym prostakiem, nawet wysoce wykształconym ). Dobrzy są tylko wtedy jak na ich grzbietach trzeba gdzieś wjechać, a potem "Bujaj się Fela" i kacyk do wtóru "Miałeś chamie złoty róg". No i to wrażenie zdziwne że nic się właściwie nie zmieniło - jak cie rąbali tak cię nadal rąbią.
Coś ciężko mi idzie ostatnio wczuwanie się w ducha narodu, może się boję że jak za bardzo się wczuję to mogę skończyć zamknięta w lodówce, w której będę próbowała wrócić w ziemską atmosferę lub też jako iluzja koguta, he, he. Wicie rozumicie, filmowe skojarzenia mam. W każdym razie jak się zamartwiacie sytuacja naszą codzienną to przestańcie i włączcie sobie coś do pośmiania a i promila możecie użyć ( byle nie za dużo ). Poniżej macie moje ulubione dialogi z "amerykańskiego filmu o Wietnamie". Prawie tak niezłe jak orbanomowa i zapewnienia naszego premiera że oto mieszkamy w raju i że zaraz już za chwileczkę to on nam pokaże że sam z niczego zrobi 76 rajskich dziewic. W kwestii zapewnień nasz bankier bije ś.p. towarzysza Gierka na głowę. Czekam kiedy zapowie że w 2050 każdy dostanie od państwa 30 000 na miesiąc. Tak za nic. Cieszmy się, kto wie może dzięki temu stać nas będzie na bułkę raz w tygodniu, he, he, he. A teraz filmowo.
Komedia pomyłek na dzień dobry
- "Zabiłem ją.
Najbardziej ukochane przeze mnie stworzenie.
- To dziwka. Zabiłeś dziwkę. Uspokój się. Oto, co zrobimy: poszukaj wybielacza, nadtlenku wodoru i wapna.
- Ale ja zabiłem pandę.
- Amandę? To pewnie zmyślone imię."
Zważywszy na to że prawdziwym problemem nie jest ubicie pandy tylko gang narkotykowy osaczający rozbitego spowodowaniem śmierci pandy bohatera, rady jego przyjaciela są równie przydatne jak "poparcie Orbana". Normalnie wybielacz, nadtlenek wodoru i mnóstwo wapna załatwiają wszystko.
Albo taki kwiatuszek, cóś przypominający nasze targi z bandycką zagramanicą. Usiłujemy robić za szantażystę a wychodzi to mniej więcej tak.
-"Jesteśmy z Ognistego Smoka, mamy Speedmena, oddamy go za 50 milionów.
- Kto mówi i skąd masz ten telefon?
- Jesteśmy z Ognistego Smoka, Głupi Jack jest nasz!
- Wasz mówisz?! Coś ci powiem zasrańcu - nie słyszałem o waszej agencji, jeśli myślisz że mi zgarniecie klienta...
-50 milionów albo go zabijemy!"
Telefon zostaje przejęty przez Lesa Grossmana, pana Kasę. Nawet "Pope blesses Les". Pan Kasa jest paliwem dla tego motoru , który porusza łódź którą wszyscy płyniemy. Jak wiadomo od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku z paliwem to ostrożnie bo cena skacze i może ubić jak wysokie ciśnienie.
-" Tu Les Grossman, z kim mówię?
- Jesteśmy z Ognistego Smoka!
- OK, jasne ze Smoka, yebay się w pysk. Najpierw zrób krok do tyłu - pan Kasa podnosi głos - i naprawdę yebniy się w pysk!"
(... stek artystycznych bluzgów w wykonaniu pana Kasy)
Pan Kasa do asystenta po rzuceniu telefonem:
"Sprawdzisz mi kto to był?" ( He, he, he - Polska peryferyjnym centrum wszechświata jest i basta! )
Dalej jest naprawdę ciekawie. Stajemy na kolanach, to znaczy chciałam napisać wstajemy z kolan.
Dryń, dryń.
-"Les Grossman
- Nie dostaliśmy pieniędzy, cena rośnie do 100 milionów. Zapłacicie albo Głupi Jack jutro zginie!
-Tylko zapiszę - 100 milionów. Zaraz, mam lepszy pomysł - zamiast 100 milionów przyślę wam sera spod skóry.
- Co?
- Zabijajcie go, róbcie swoje, obedrzyjcie drania ze skóry, co tam chcecie i oczywiście ... walcie się."
Wtręt w wykonaniu przyjaciela Speedmana.
-"Nie!"
Pan Kasa oświadcza:
- "Z terrorystami się nie negocjuje"
Ogólne oklaski
Przyjaciel Speedmana
-" Odbiło ci, zabiją go!"
Pan Kasa wyjaśniająco
- " A my będziemy płakać, żeby media widziały. Ufundujmy stypendium jego imienia. A potem, dużo, dużo później wystąpimy o odszkodowanie."
Asystent pana Kasy
-" Ale przed końcem roku fiskalnego, to pokryje straty ( ... ) "
Tak bym chciała ktoś by naszych politycznych, szczególnie tych teraz rzundzących, usadowił przed ekranem z właściwym filmem. Co prawda niewielka szansa że opanują strategie negocjacyjne ale przynajmniej by wiedzieli ( taką mam nadzieje ) że pod żadnym pozorem nie należy być w położeniu Ognistego Smoka, he, he, he. Wnerw członków walnego zgromadzenia zarządu to picoletto przy rozjuszonym suwerenie, któremu z przyczyn oczywistych ( Grażyno - Januszyzm ) cinżko będzie zrozumieć że sam się oszukał a nie jego oszukano. Jakby kto zarzucał że się bez podstaw nad Grażyno - Januszyzm wywyższam to informuję że jestem świadoma że Grażyna we mnie mieszka ale ze wszystkich sił się staram żeby nie ubiła we mnie Tabazelli. Grażyna to poczciwa kobita ale jako mentalna kuchta ( przepraszam kucharki, ale przeca nie o zawód tu chodzi tylko o pojęcie ) nie nadaje się na ministra. Tabazella na szczęście to rozumie i dlatego z Grażyną siedzą w chałupie a nie brylują w rzundowych ławach w parlamencie czy tam innych salonach ( choć Grażyna wyrwałaby się dla rozrywki ). I filmy na przemian z wiadomościami ze świata oglądają aż im się kręci która komedia jest realna a która to fikcja ( Tabazella twierdzi że real też półfikcyjny, a jak sobie popije to że wszystko jest złudzeniem ), każda rechocząc z czego innego zawartego w tej mieszance medialnej.
Dzisiejszy wpis zdobią ilustracje Georga Barbiera. To słodkie fête galante z początku XX wieku. Temat w sam raz do gadek na temat elyt, he, he. George Barbier żył w latach 1882 - 1932. Zajmował się niemal "wszystkim artystycznym" – malował, , ilustrował i projektował modę. Uważa się go za jednego z czołowych twórców stylu Art Deco.
poniedziałek, 1 stycznia 2018
Nowy Rok - nowa jakość
Od czterech lat z kawałkiem prowadzę blogiego co to niby jest ogrodowy. Niby, bo pełno w nim postów całkiem nieogrodowych, w tym sporo takich o doopie Maryni ( pozdrawiam Cio Mary ). Czas zbastować, 168 postów w roku to jest hola hola. W nowym roku będę pisać mniej za to bardziej na temat. Rzecz jasna nie oznacza to że nie będzie wpisów podróżniczych, kotowych, ciotkoelkokulinarnych czy "życiowych". Będą i owszem, tylko wszystkiego będzie mniej. Czasem mniej oznacza więcej, he, he, he. To nie jest tzw. postanowienie noworoczne tylko zdrowe podejście do rzeczywistości, nawet jak ona wirtualna.
A jak tam z postanowieniami noworocznymi? Hym... od paru lat nie uprawiam i całkiem mi z tym dobrze. Wystarczą mi w zupełności marzonka noworoczne, takie mniej zobowiązujące od postanowień. Po wczorajszym maratonie ajerkoniakowo - uzowo - bąbelkowym tylko na marzonka mnie stać, he, he, he. Dziś wraz z pierwszym łykiem kefirku spłynęło olśnienie na mnie coby zajrzeć do Mid - America, irysowej szkółki zza Ołszyna. A tam już na mnie czekał prześliczny 'Another Suggestion', odmiana Keppela w typie 'Haunted Heart' w ciepłym kolorycie. Zajarzyło natetntychmiast! Już kiedyś podczas przeglądu odmian TB dokonywanego u Mamelona ( "Ona znów siedzi w moim fotelu" - Największy Miś do Mamelona ) ten irys wpadł mi w ślepia. Tym razem oblookałam więcej zdjęć i jestem pewna - must have. Znaczy wpisuję na listę wymarzeńców. W maluchach też fajnie, najbardziej podobały mi się esdebięta - 'It's A Small World',
'Web Of Desire' , 'Orange Obsession' i 'Breathtaking'. Może znajdę je w katalogu na 2018, który ma być na tzw. dniach. Czyż nie piękne to noworoczne "otwarcie sezonu ogrodowego"? Za oknem pogoda tyż taka bardziej jesienno - wiosenna a nie zimowa, mile do marzonek ogrodowych dostrojona. A insze marzenia ogrodowe? Głównie roboty alcatrazowe cudzymi rękami wykonywane mnie się marzą, chciałabym jakąś siłę kompetentną do cięższego kopania i pielenia. Tylko że to jest marzenie ściętej głowy, nie chcesz mieć wypielonych anemonopsisów nie dopuszczaj ludziów do pielu, nawet jak twierdzą że zęby zjedli ogrodując. Skończy się raczej na takich co ze śnieguliczką pomogą, pielenie spadnie jak zwykle na mła. I nie ma za bardzo co sarkać na tę sytuejszyn , lepiej popielić co nieco, resztę odpuścić niż narzekać jak panna Marple na źle okopany groszek i cholerny, krwisty odcień lwich paszczy posadzony po wszystkich "tak, lady, będą pastelowe" wymuszonych na ogrodniku.
A tak poza ogrodem to marzę sobie ażeby koty przez ducha dobroci zostały nawiedzone. Po świętach, chyba z przeżarcia, zrobiły się prawdziwie super upierdliwe. Nie ma innego słowa, które lepiej by określiło tę ich gotowość nieustanną do tego żeby ode mnie czegoś wymagać i włazić mi na głowę kiedy słusznie ( zawsze jest słusznie ) odmawiam ustępstw w sprawach ich kretyńskich zachcianek. Nie będę łapać srok ani przynosić im żółwia od sąsiadów do domu. Nie ma i ryki oraz napraszania tego nie zmienią! Ostatnio cała piątka śpi na drugim piętrze szafy ( drabina oczywiście nadal ustawiona, potrącam o to ustrojstwo codziennie ), w miejscu po wyciągniętych na święta bombkach. Przyznaję że mnie kusi żeby przesunąć płytę drzwi kiedy towarzystwo siedzi w środku, he, he, he. Takie niegrzeczne myśli mam. Ryk byłby co prawda straszny ale moja pozycja w domu niewątpliwie byłaby wyższa ( obecnie jestem tak gdzieś między sługą a podnóżkiem, znaczy niezmiennie od lat w tym samym miejscu ). Kto wie czy nie skorzystam z brzydkich cech mojego charakteru i nie wyzłośliwię się wobec kotów. Towarzystwu przydałoby się choć lekkie otrzeźwienie, nie wiedzą gady na czym im kocie tyłki jeżdżą! Kocham je bardzo ale czasem chciałabym żeby były choć trochę bardziej "mamusine", "do ludzi", no, żeby były społecznie przystosowane. A one ciągle prawdziwe koty, robio co chco!
A czego poza kotowego bym sobie życzyła? Luzu i możliwości podróżowania. Nie muszę koniecznie odwiedzać Ritza w Paryżewie, ale bardzo, bardzo ciągnie mnie tam gdzie mnie jeszcze nie było. Czyżby geny koczowniczych przodków znów się we mnie odezwały? Chciałabym trochę równowagi złapać pomiędzy życiem osiadłym a takim podróżniczym. W ubiegłym roku głównie siedziałam na tyłku ( taka zdziwność z tymi nie - niby nie mój wybór, przymusowo niby nie było ale czasem tak się po prostu układa ) i to zasiedzenie uzmysłowiło mi jedną ważną rzecz - bez podróży, choćby tramwajem do pobliskich Pabianic, schnę ja te świerki na drodze do Morskiego Oka. Muszę od czasu do czasu gdzieś się wyrwać żeby się codziennością nie udusić. Taki ze mnie typ. Dom tak, ogród tak, ale czasem szkoda że nie na kółkach te moje bytowiska ( Ciotka Elka i koty zdaje się są innego zdania ).
I to by było w zasadzie na tyle. Nie ma co Najwyższej Zwierzchności sobą głowy zawracać paciorkując namiętnie w intencji spełnienia pragnień. Jeszcze Najwyższa Zwierzchność zechce się przyjrzeć bliżej moim poczynaniom i jak to się mawia - dopieści. Dopieszczanie przez Najwyższą Zwierzchność może być stresujące, Najwyższa Zwierzchność ma charakterek jak Babcia Wiktoria - zawsze wie co dla człowieka najlepsze. A ty człowieku tłumacz że nie o to ci chodziło! W tym roku nie ma noworocznych kartek w charakterze ozdóbstwa wpisu, są za to foty z bombową świnką i innymi atrakcjami ( prozdrowotnymi z błonnikiem ). Do siego!
A jak tam z postanowieniami noworocznymi? Hym... od paru lat nie uprawiam i całkiem mi z tym dobrze. Wystarczą mi w zupełności marzonka noworoczne, takie mniej zobowiązujące od postanowień. Po wczorajszym maratonie ajerkoniakowo - uzowo - bąbelkowym tylko na marzonka mnie stać, he, he, he. Dziś wraz z pierwszym łykiem kefirku spłynęło olśnienie na mnie coby zajrzeć do Mid - America, irysowej szkółki zza Ołszyna. A tam już na mnie czekał prześliczny 'Another Suggestion', odmiana Keppela w typie 'Haunted Heart' w ciepłym kolorycie. Zajarzyło natetntychmiast! Już kiedyś podczas przeglądu odmian TB dokonywanego u Mamelona ( "Ona znów siedzi w moim fotelu" - Największy Miś do Mamelona ) ten irys wpadł mi w ślepia. Tym razem oblookałam więcej zdjęć i jestem pewna - must have. Znaczy wpisuję na listę wymarzeńców. W maluchach też fajnie, najbardziej podobały mi się esdebięta - 'It's A Small World',
'Web Of Desire' , 'Orange Obsession' i 'Breathtaking'. Może znajdę je w katalogu na 2018, który ma być na tzw. dniach. Czyż nie piękne to noworoczne "otwarcie sezonu ogrodowego"? Za oknem pogoda tyż taka bardziej jesienno - wiosenna a nie zimowa, mile do marzonek ogrodowych dostrojona. A insze marzenia ogrodowe? Głównie roboty alcatrazowe cudzymi rękami wykonywane mnie się marzą, chciałabym jakąś siłę kompetentną do cięższego kopania i pielenia. Tylko że to jest marzenie ściętej głowy, nie chcesz mieć wypielonych anemonopsisów nie dopuszczaj ludziów do pielu, nawet jak twierdzą że zęby zjedli ogrodując. Skończy się raczej na takich co ze śnieguliczką pomogą, pielenie spadnie jak zwykle na mła. I nie ma za bardzo co sarkać na tę sytuejszyn , lepiej popielić co nieco, resztę odpuścić niż narzekać jak panna Marple na źle okopany groszek i cholerny, krwisty odcień lwich paszczy posadzony po wszystkich "tak, lady, będą pastelowe" wymuszonych na ogrodniku.
A tak poza ogrodem to marzę sobie ażeby koty przez ducha dobroci zostały nawiedzone. Po świętach, chyba z przeżarcia, zrobiły się prawdziwie super upierdliwe. Nie ma innego słowa, które lepiej by określiło tę ich gotowość nieustanną do tego żeby ode mnie czegoś wymagać i włazić mi na głowę kiedy słusznie ( zawsze jest słusznie ) odmawiam ustępstw w sprawach ich kretyńskich zachcianek. Nie będę łapać srok ani przynosić im żółwia od sąsiadów do domu. Nie ma i ryki oraz napraszania tego nie zmienią! Ostatnio cała piątka śpi na drugim piętrze szafy ( drabina oczywiście nadal ustawiona, potrącam o to ustrojstwo codziennie ), w miejscu po wyciągniętych na święta bombkach. Przyznaję że mnie kusi żeby przesunąć płytę drzwi kiedy towarzystwo siedzi w środku, he, he, he. Takie niegrzeczne myśli mam. Ryk byłby co prawda straszny ale moja pozycja w domu niewątpliwie byłaby wyższa ( obecnie jestem tak gdzieś między sługą a podnóżkiem, znaczy niezmiennie od lat w tym samym miejscu ). Kto wie czy nie skorzystam z brzydkich cech mojego charakteru i nie wyzłośliwię się wobec kotów. Towarzystwu przydałoby się choć lekkie otrzeźwienie, nie wiedzą gady na czym im kocie tyłki jeżdżą! Kocham je bardzo ale czasem chciałabym żeby były choć trochę bardziej "mamusine", "do ludzi", no, żeby były społecznie przystosowane. A one ciągle prawdziwe koty, robio co chco!
A czego poza kotowego bym sobie życzyła? Luzu i możliwości podróżowania. Nie muszę koniecznie odwiedzać Ritza w Paryżewie, ale bardzo, bardzo ciągnie mnie tam gdzie mnie jeszcze nie było. Czyżby geny koczowniczych przodków znów się we mnie odezwały? Chciałabym trochę równowagi złapać pomiędzy życiem osiadłym a takim podróżniczym. W ubiegłym roku głównie siedziałam na tyłku ( taka zdziwność z tymi nie - niby nie mój wybór, przymusowo niby nie było ale czasem tak się po prostu układa ) i to zasiedzenie uzmysłowiło mi jedną ważną rzecz - bez podróży, choćby tramwajem do pobliskich Pabianic, schnę ja te świerki na drodze do Morskiego Oka. Muszę od czasu do czasu gdzieś się wyrwać żeby się codziennością nie udusić. Taki ze mnie typ. Dom tak, ogród tak, ale czasem szkoda że nie na kółkach te moje bytowiska ( Ciotka Elka i koty zdaje się są innego zdania ).
I to by było w zasadzie na tyle. Nie ma co Najwyższej Zwierzchności sobą głowy zawracać paciorkując namiętnie w intencji spełnienia pragnień. Jeszcze Najwyższa Zwierzchność zechce się przyjrzeć bliżej moim poczynaniom i jak to się mawia - dopieści. Dopieszczanie przez Najwyższą Zwierzchność może być stresujące, Najwyższa Zwierzchność ma charakterek jak Babcia Wiktoria - zawsze wie co dla człowieka najlepsze. A ty człowieku tłumacz że nie o to ci chodziło! W tym roku nie ma noworocznych kartek w charakterze ozdóbstwa wpisu, są za to foty z bombową świnką i innymi atrakcjami ( prozdrowotnymi z błonnikiem ). Do siego!
niedziela, 31 grudnia 2017
Codziennik - zasylwestrzyło!
"Don't stop me now I'm having such a good time
I'm having a ball don't stop me now
If you wanna have a good time just give me a call
Don't stop me now ('cause I'm havin' such a good time)
Don't stop me now (yes I'm havin' such a good time)
I don't want to stop at all"
Freddie Mercury
Nie chodzi o to żeby się uchlać, ujarać czy tam jeszcze inne u, bezmyślnie, durnie i tak żeby człowieka wywnętrzyło na dzień drugi, trzeci a czasem nawet i czwarty. Jakoś tak nie bardzo bliska jest mi idea wyrażona w starym rosyjskim powiedzeniu "Jak kochać to do zatracenia, jak tańczyć to do omdlenia a jak pić to na umór" ( chyba tak to szło, choć nie jestem pewna ). Zawsze cóś wolałam przeżywać mniej ekscytujące stany emocjonalne niż całkowite odloty. Jednak czasem człowiek czuje że musi się uweselić, choć niekoniecznie od razu zaliczać to co pod stołem. I tu kolejna mądrość zza wschodniej granicy - "Źle jak nie ma co jeść, gorzej gdy nie ma z kim siąść do stołu". Znaczy dbajcie o przyjacioły swoje bo uchlanie, ujaranie czy inne u czynione w samotności to w zasadzie smętne działania są. Co prawda lepiej umrzeć z pijaństwa niż z nudów ( jeszcze jedno rosyjskie przysłowie ) ale niektórzy lubią czynić pijaństwo nudnym - napij się z przyjacielem, zawsze będzie ciekawiej! Jest co potem mile wspominać ( z litości nad tą garstką moich przyjaciół nie będę przytaczała tzw. przykładów szokujących, ale wierzcie mi bywało -
"I'm a shooting star leaping through the sky
Like a tiger defying the laws of gravity
I'm a racing car passing by like Lady Godiva"
- he, he, he ). I to by było na tyle pochwały uweselenia się uweselaczami, takie na czasie bo w końcu dziś sylwestrzymy.
Cóś nawet jakby drgnęło w sposobie wyrażania "szampańskiego nastroju", qrcze, wreszcie poszli po rozum do głowy i zaczęli w niektórych miastach pokazy laserowe urządzać zamiast tych cholernych fajerwerków używać. Nie dość że smog nas dobija to jeszcze masowo człowieka podtruwają fajerwerczący. O zwierzęcym strachu pisać nie będę bo mi się nóż w kieszeni otwiera a nie chcę się dziś denerwować. O ludzkich ofiarach ludzkiej głupoty też pisać nie będę. Oby jak najszybciej zakazali handlu tym fajerwerkowym dziadostwem i wreszcie zaczęły obowiązywać jakieś bardziej cywilizowane wzorce sylwestrowych zabaw niż "chłopce walą z kaniklorku" ( "kaniklorek" to taka forma nazwy kalichlorek, zasłyszałam to na ódzkich Bałutach )! Koniec z terrorem dwunastolatka budzącego się w okolicach końca roku w paniach i panach dorosłych, czasem nawet mocno dorosłych!
A co u nas doma? Przygotowujemy zdrowotne ciasto z błonnikiem bo Małgoś - Sąsiadka zarządziła błonnik, nadal podżeramy marmoladki ( wydzielam oszczędnie ), dorwalim dzięki Mamelonowi uplanowane bombencje ( są tak okrutniaste co cud, Mamelona skręcało jak nabywałam ), Dżizaas nas niedługo odwiedzi ( się zapowiedziała ), Sławencjusz cóś cierpi i to nie jest ten ból związany z napadem Mamelona i moim na jego kartę kredytową tylko taki jak u Wilczycy i u mnie , kręgosłupek znaczy nawala. Ciotka Elka steruje Włodzimierzem za pomocą pilota ( znaczy przejęła pilociaka telewizyjnego i wydziela możliwość oglądania transmisji sportowych w zależności od stopnia wykonania wyznaczonych przez nią zadań domowych - Ciotka chodzi z pilotem, śpi z pilotem, Włodzimierz znów zaprzyjaźnił się z odkurzaczem ), Cio Mary pod koniec semestru została prymuską na swoich "kursach informatycznych" ( Wujek Jo podziwia rozsądnie z daleka, znaczy nie zbliża się do zagarniętego przez Cio Mary lapka ), Tatuś troszki zalega bo potrzebuje wygrzania ( Macoszka twierdzi że to kot Nemiaszek potrzebuje Tatiego w charakterze piernata i stąd to zaleganie ), wśród przyjaciół objawił się kolejny kociarz ( Janek stwierdził że wcisnęli mu trzymiesięczną Misię i że tylko on tak naprawdę "rozumie kota" - niecały tydzień wystarczył aby mój kumpel znalazł się pod pazurem ), przyjacióła Doro za to w dzikim Schwarzwaldzie utworzyła grupę dochodzących kotów podwórkowych ( znaczy dochodzą już do niej do kuchennego okna i ryczą - wiadomo po co ). Moje koty tradycyjnie zwyrodniałe i rozbestwione, dokładnie tak samo jak było rok temu i jeszcze parę lat wcześniej ( cóś nie mam zdolności wychowawczych ). Znaczy właściwie nic się nie zmieniło choć się zmieniło - stękamy, żyjemy ze zwierzyńcem ( Ciotka Elka i Cio Mary zaliczają wiadomo kogo do animalów, były nawet dyskusje panelowe na temat dlaczego zaliczają ), oplotkowujemy się wzajemnie i jest nam jakoś jakoś. Ot, takie zwyczajne życie, oby trwało w tej formie jak najdłużej ( mimo tych bolących kręgosłupów, są przecież gorsze rzeczy na świecie ). Mijający rok poczęstował mnie, rodzinę i przyjaciół paroma kopniakami, człowiek cieszy się kiedy życie biegnie spokojnie i bez ekscesów, docenia codzienność ze zwykłą porcją trosk. Oby i u Was w nowym roku codzienność była łagodna jak ten baranek a ekscesy rzeczywistości były z tych naprawdę przyjemnych. Howgh!
I'm having a ball don't stop me now
If you wanna have a good time just give me a call
Don't stop me now ('cause I'm havin' such a good time)
Don't stop me now (yes I'm havin' such a good time)
I don't want to stop at all"
Freddie Mercury
Nie chodzi o to żeby się uchlać, ujarać czy tam jeszcze inne u, bezmyślnie, durnie i tak żeby człowieka wywnętrzyło na dzień drugi, trzeci a czasem nawet i czwarty. Jakoś tak nie bardzo bliska jest mi idea wyrażona w starym rosyjskim powiedzeniu "Jak kochać to do zatracenia, jak tańczyć to do omdlenia a jak pić to na umór" ( chyba tak to szło, choć nie jestem pewna ). Zawsze cóś wolałam przeżywać mniej ekscytujące stany emocjonalne niż całkowite odloty. Jednak czasem człowiek czuje że musi się uweselić, choć niekoniecznie od razu zaliczać to co pod stołem. I tu kolejna mądrość zza wschodniej granicy - "Źle jak nie ma co jeść, gorzej gdy nie ma z kim siąść do stołu". Znaczy dbajcie o przyjacioły swoje bo uchlanie, ujaranie czy inne u czynione w samotności to w zasadzie smętne działania są. Co prawda lepiej umrzeć z pijaństwa niż z nudów ( jeszcze jedno rosyjskie przysłowie ) ale niektórzy lubią czynić pijaństwo nudnym - napij się z przyjacielem, zawsze będzie ciekawiej! Jest co potem mile wspominać ( z litości nad tą garstką moich przyjaciół nie będę przytaczała tzw. przykładów szokujących, ale wierzcie mi bywało -
"I'm a shooting star leaping through the sky
Like a tiger defying the laws of gravity
I'm a racing car passing by like Lady Godiva"
- he, he, he ). I to by było na tyle pochwały uweselenia się uweselaczami, takie na czasie bo w końcu dziś sylwestrzymy.
Cóś nawet jakby drgnęło w sposobie wyrażania "szampańskiego nastroju", qrcze, wreszcie poszli po rozum do głowy i zaczęli w niektórych miastach pokazy laserowe urządzać zamiast tych cholernych fajerwerków używać. Nie dość że smog nas dobija to jeszcze masowo człowieka podtruwają fajerwerczący. O zwierzęcym strachu pisać nie będę bo mi się nóż w kieszeni otwiera a nie chcę się dziś denerwować. O ludzkich ofiarach ludzkiej głupoty też pisać nie będę. Oby jak najszybciej zakazali handlu tym fajerwerkowym dziadostwem i wreszcie zaczęły obowiązywać jakieś bardziej cywilizowane wzorce sylwestrowych zabaw niż "chłopce walą z kaniklorku" ( "kaniklorek" to taka forma nazwy kalichlorek, zasłyszałam to na ódzkich Bałutach )! Koniec z terrorem dwunastolatka budzącego się w okolicach końca roku w paniach i panach dorosłych, czasem nawet mocno dorosłych!
A co u nas doma? Przygotowujemy zdrowotne ciasto z błonnikiem bo Małgoś - Sąsiadka zarządziła błonnik, nadal podżeramy marmoladki ( wydzielam oszczędnie ), dorwalim dzięki Mamelonowi uplanowane bombencje ( są tak okrutniaste co cud, Mamelona skręcało jak nabywałam ), Dżizaas nas niedługo odwiedzi ( się zapowiedziała ), Sławencjusz cóś cierpi i to nie jest ten ból związany z napadem Mamelona i moim na jego kartę kredytową tylko taki jak u Wilczycy i u mnie , kręgosłupek znaczy nawala. Ciotka Elka steruje Włodzimierzem za pomocą pilota ( znaczy przejęła pilociaka telewizyjnego i wydziela możliwość oglądania transmisji sportowych w zależności od stopnia wykonania wyznaczonych przez nią zadań domowych - Ciotka chodzi z pilotem, śpi z pilotem, Włodzimierz znów zaprzyjaźnił się z odkurzaczem ), Cio Mary pod koniec semestru została prymuską na swoich "kursach informatycznych" ( Wujek Jo podziwia rozsądnie z daleka, znaczy nie zbliża się do zagarniętego przez Cio Mary lapka ), Tatuś troszki zalega bo potrzebuje wygrzania ( Macoszka twierdzi że to kot Nemiaszek potrzebuje Tatiego w charakterze piernata i stąd to zaleganie ), wśród przyjaciół objawił się kolejny kociarz ( Janek stwierdził że wcisnęli mu trzymiesięczną Misię i że tylko on tak naprawdę "rozumie kota" - niecały tydzień wystarczył aby mój kumpel znalazł się pod pazurem ), przyjacióła Doro za to w dzikim Schwarzwaldzie utworzyła grupę dochodzących kotów podwórkowych ( znaczy dochodzą już do niej do kuchennego okna i ryczą - wiadomo po co ). Moje koty tradycyjnie zwyrodniałe i rozbestwione, dokładnie tak samo jak było rok temu i jeszcze parę lat wcześniej ( cóś nie mam zdolności wychowawczych ). Znaczy właściwie nic się nie zmieniło choć się zmieniło - stękamy, żyjemy ze zwierzyńcem ( Ciotka Elka i Cio Mary zaliczają wiadomo kogo do animalów, były nawet dyskusje panelowe na temat dlaczego zaliczają ), oplotkowujemy się wzajemnie i jest nam jakoś jakoś. Ot, takie zwyczajne życie, oby trwało w tej formie jak najdłużej ( mimo tych bolących kręgosłupów, są przecież gorsze rzeczy na świecie ). Mijający rok poczęstował mnie, rodzinę i przyjaciół paroma kopniakami, człowiek cieszy się kiedy życie biegnie spokojnie i bez ekscesów, docenia codzienność ze zwykłą porcją trosk. Oby i u Was w nowym roku codzienność była łagodna jak ten baranek a ekscesy rzeczywistości były z tych naprawdę przyjemnych. Howgh!
sobota, 30 grudnia 2017
Sezon 2017 w Alcatrazie - podsumowanko
Koniec roku czasem podsumowań różnych, tradycyjnie już wspomagając się wspominkowymi fotkami "rozgryzam" sezon ogrodowy w Alcatrazie. Właściwie powinnam napisać sezon ogrodowy w Alcatrazie i na Podwórku, bo to już w zasadzie dwa różne ogrody z innym typem nasadzeń. No insze światy ogrodowe. Podwórko robi się zdecydowanie bardziej ogrodowe niż sam ogród. Alcatraz zachynszony powoli acz nieustannie przestawiany jest na pseudo grąd. Wicie rozumicie, ogród w typie lasu lyściastego. Główne radości z kwitnień przeżywa się w takim ogrodzie wiosną, latem podziwia się 365 odcieni zieleni a jesienią złoto - ogniste wybarwienie drzew i krzewów.
Alcatraz kwitnieniowo cebulami wiosennymi stoi, głównie drobnicą typu śnieżnik, krokus czy tam inny przebiśnieg, ale nie tylko drobnica w nim porasta bo nadal mam narcyzomanię, a właściwie thaliomanię ( odmiany 'Thalia' nigdy dosyć, to już ociera się o dewiację ). Nie da się ukryć że w tym moim pseudo grądzie rosną też cóś mało leśne hiacynty Niby mogłabym je w okolicach sadku wisienkowo - jabłonkowego posadzić ale najpierw trzeba by sadek wyczyścić z atakującej go śnieguliczki ( i to jest coś co zrobić niestety trzeba będzie bo śnieguliczka zrobiła się ekspansywna jak cholera, znaczy nie zna umiaru ). Rzecz do przemyślenia, kiedyś tam w sadkowej części rosły cebulaki pod tytułem szafirki i granatowe hiacynty i nawet nieźle to wyglądało. Teraz hiacynty porastają brzeg rabaty iglaczkowo - azaliowej i wygląda to trochę zdziwnie. Znaczy dysonans czuję bo kwiaty urodne ale bajka do nich nie ta co trzeba. Niestety już samo myślenie o trzebieniu śnieguliczki wywołuje u mnie ból kręgów piersiowych ( konkretnie to dwóch ). Może wiosną mnie się polepszy a i Pan Andrzejek wykroi trochę czasu na potrzeby Alcatrazu. A może przy okazji planowanego "ekipowego" uprzątania ogrodu z samosiewów ( cholerne jesionki zdradziecko rozsiane i potwornie szybko przyrastające ) załatwię i sprawę śnieguliczek.
W tym roku przebiśniegi i krokusy kwitły o właściwej porze. Na początku kwietnia zrobiło się zimno i w związku z tym mieliśmy dłuuugą młodą wiosnę. Niby się można było dłużej cieszyć kwitnieniami ale wyłażenie do zimnego ogrodu nie sprawiało wielkiej przyjemności. No i to wieczne zamartwianie się o przymrozki. Czy rozwalą kwitnienie magnolii ( rozwaliły kwitnienie soulengean, herbata była a nie różowości i biel tepali ), czy nie przemrożą kwiatów kłoszących się irysów SDB ( co poniektórym odmianom się nie udało uniknąć mroźnego oddechu i kwiaty się nie prezentowały ), czy nie załatwią młodziutkich liści funkii ( cinko było, pomroziło sałatę na co bardziej otwartych stanowiskach )? Zimnawo było aż do połowy maja i jakoś człowiek mniej ogrodowych przyjemności odczuwał niż ma to miejsce zazwyczaj wiosenną porą. Aura wiosenna znaczy była wpół sprzyjająca bo niby wiosna zatrzymana, taka w zwolnionym tempie ale warunków do nacieszenia się nią nie było. Jak to mawia moja przyjaciółka Doro "Z której strony nie patrzeć wszędzie doopa". Tak to jakoś odczuwałam, tę wiosnę rozlazłą, z wolna wykwitającą, uporczywie przedwiosenną czyli zimniejszą niż to zwykle bywa.
Na szczęście lato okazało się dla ogrodu dobre. Przede wszystkim nie było wielkich upałów, po drugie było sporo wody ( przyznaję, dla niektórych było tej wody za dużo ale w moich miejskich warunkach taka ilość opadów nie była zła ). Sporo "leśnych" roślin skorzystało na tym zwiększeniu wilgotności gleby, na ten przykład moja "japońszczyzna" typu kokoryczkopodobne nieco się rozrosła. Niestety potem inna "japońszczyzna" pod tytułem amenopsis dostała jakiegoś grzybka na liściach i choć odmiana o podwójnym okółku płatków kwitła uroczo, no po prostu cudnie, to widok czarnych listków gatunku psuł nieco efekt.
Jednak z większością grzybków moje rośliny jakoś sobie tam radzą, z konsekwencjami upałów radzą sobie mniej. W tym roku nowe sadzonki "implantowane" w Alcatrazie i na Podwórku miały łatwiej, woda i ciepełko to jest to czego większość młodych roślin domaga się do pełni szczęścia, zatem lato sprzyjało sadzeniu. Trochę nowego się pojawiło, Alcatraz otrzymał nowe paprociumy, epimedia i tym podobne cienioluby a także drzewa, żeby ten cień był tak bardziej po całości. Podwórko dostało nowe stare róże, trawy i oczywiście irysy bródkowe. Przybyło na nim też trochę półkrzewinek typu lawenda, lawandyna i hyzop oraz bylin takich jak czyśćce, żeleźniaki czy przetacznikowce.
Porozsadzałam też moje stare byliny, anektując kolejne połacie Podwórka. No tak, droga dojazdowa jeszcze jest ale Ciotka Elka już dała publicznie upust dywagacjom jak długo jeszcze będzie ona droga istniała ( okazało się że Ciotka Elka ma koncepcję karmnikowo - floksowo szydlastą "samochód przejedzie i wielkiej szkody nie zrobi" - taa ). Oczywiście z większości snutych przeze mnie gryplanów ogrodowych, nie tylko nasadzeniowych, guzik w tym roku wyszło ale tym razem mogę z całą bezczelnością zwalić winę na pogodę. Wszystko przez cholernie dżdżystą jesień! To nie jest głupie szukanie wymówek, nie tylko ja miałam w jesienią tego roku tzw. załamanie frontu robót.
No niestety, jesień tegoroczna była po prostu dodoopna! Woda w postaci 259 rodzajów dżdżu, opad w zasadzie nieustający. Wszystkie roboty ogrodowe człowiek wykonywał ino mig, pełen strachu że zaraz znów zacznie lać. Posadzenie tulipanowych cebul na Podwórku rozpatruję w kategorii cudów - cud że się udało. To samo dotyczy przesadzanych liliowych cebul ( tu cud był jakby mniejszy bo trzy cebule siedzą w torfie w pralni - nie zdanżyłam bo zabyłam o tych ostatkach ). Wszystkie poważniejsze gryplany nie miały jednak szans na realizację, praca w jesiennym , zimnym błotku to nie jest szczyt marzeń ogrodowych.
Co wspominam najmilej z sezonu ogrodowego 2017? - zaleganie z kotami! Ten sezon był zalężony, zalegaliśmy we wszystkich możliwych konfiguracjach ( część na Podwórku, część w Alcatrazie, zajęcia w podgrupach, grupa łączona ), z wszystkimi możliwymi dodatkami niezbędnymi nam do szczęścia. Taa, ten sezon był leniwy. Nie tylko z powodu aury, he, he.
Alcatraz kwitnieniowo cebulami wiosennymi stoi, głównie drobnicą typu śnieżnik, krokus czy tam inny przebiśnieg, ale nie tylko drobnica w nim porasta bo nadal mam narcyzomanię, a właściwie thaliomanię ( odmiany 'Thalia' nigdy dosyć, to już ociera się o dewiację ). Nie da się ukryć że w tym moim pseudo grądzie rosną też cóś mało leśne hiacynty Niby mogłabym je w okolicach sadku wisienkowo - jabłonkowego posadzić ale najpierw trzeba by sadek wyczyścić z atakującej go śnieguliczki ( i to jest coś co zrobić niestety trzeba będzie bo śnieguliczka zrobiła się ekspansywna jak cholera, znaczy nie zna umiaru ). Rzecz do przemyślenia, kiedyś tam w sadkowej części rosły cebulaki pod tytułem szafirki i granatowe hiacynty i nawet nieźle to wyglądało. Teraz hiacynty porastają brzeg rabaty iglaczkowo - azaliowej i wygląda to trochę zdziwnie. Znaczy dysonans czuję bo kwiaty urodne ale bajka do nich nie ta co trzeba. Niestety już samo myślenie o trzebieniu śnieguliczki wywołuje u mnie ból kręgów piersiowych ( konkretnie to dwóch ). Może wiosną mnie się polepszy a i Pan Andrzejek wykroi trochę czasu na potrzeby Alcatrazu. A może przy okazji planowanego "ekipowego" uprzątania ogrodu z samosiewów ( cholerne jesionki zdradziecko rozsiane i potwornie szybko przyrastające ) załatwię i sprawę śnieguliczek.
W tym roku przebiśniegi i krokusy kwitły o właściwej porze. Na początku kwietnia zrobiło się zimno i w związku z tym mieliśmy dłuuugą młodą wiosnę. Niby się można było dłużej cieszyć kwitnieniami ale wyłażenie do zimnego ogrodu nie sprawiało wielkiej przyjemności. No i to wieczne zamartwianie się o przymrozki. Czy rozwalą kwitnienie magnolii ( rozwaliły kwitnienie soulengean, herbata była a nie różowości i biel tepali ), czy nie przemrożą kwiatów kłoszących się irysów SDB ( co poniektórym odmianom się nie udało uniknąć mroźnego oddechu i kwiaty się nie prezentowały ), czy nie załatwią młodziutkich liści funkii ( cinko było, pomroziło sałatę na co bardziej otwartych stanowiskach )? Zimnawo było aż do połowy maja i jakoś człowiek mniej ogrodowych przyjemności odczuwał niż ma to miejsce zazwyczaj wiosenną porą. Aura wiosenna znaczy była wpół sprzyjająca bo niby wiosna zatrzymana, taka w zwolnionym tempie ale warunków do nacieszenia się nią nie było. Jak to mawia moja przyjaciółka Doro "Z której strony nie patrzeć wszędzie doopa". Tak to jakoś odczuwałam, tę wiosnę rozlazłą, z wolna wykwitającą, uporczywie przedwiosenną czyli zimniejszą niż to zwykle bywa.
Na szczęście lato okazało się dla ogrodu dobre. Przede wszystkim nie było wielkich upałów, po drugie było sporo wody ( przyznaję, dla niektórych było tej wody za dużo ale w moich miejskich warunkach taka ilość opadów nie była zła ). Sporo "leśnych" roślin skorzystało na tym zwiększeniu wilgotności gleby, na ten przykład moja "japońszczyzna" typu kokoryczkopodobne nieco się rozrosła. Niestety potem inna "japońszczyzna" pod tytułem amenopsis dostała jakiegoś grzybka na liściach i choć odmiana o podwójnym okółku płatków kwitła uroczo, no po prostu cudnie, to widok czarnych listków gatunku psuł nieco efekt.
Jednak z większością grzybków moje rośliny jakoś sobie tam radzą, z konsekwencjami upałów radzą sobie mniej. W tym roku nowe sadzonki "implantowane" w Alcatrazie i na Podwórku miały łatwiej, woda i ciepełko to jest to czego większość młodych roślin domaga się do pełni szczęścia, zatem lato sprzyjało sadzeniu. Trochę nowego się pojawiło, Alcatraz otrzymał nowe paprociumy, epimedia i tym podobne cienioluby a także drzewa, żeby ten cień był tak bardziej po całości. Podwórko dostało nowe stare róże, trawy i oczywiście irysy bródkowe. Przybyło na nim też trochę półkrzewinek typu lawenda, lawandyna i hyzop oraz bylin takich jak czyśćce, żeleźniaki czy przetacznikowce.
Porozsadzałam też moje stare byliny, anektując kolejne połacie Podwórka. No tak, droga dojazdowa jeszcze jest ale Ciotka Elka już dała publicznie upust dywagacjom jak długo jeszcze będzie ona droga istniała ( okazało się że Ciotka Elka ma koncepcję karmnikowo - floksowo szydlastą "samochód przejedzie i wielkiej szkody nie zrobi" - taa ). Oczywiście z większości snutych przeze mnie gryplanów ogrodowych, nie tylko nasadzeniowych, guzik w tym roku wyszło ale tym razem mogę z całą bezczelnością zwalić winę na pogodę. Wszystko przez cholernie dżdżystą jesień! To nie jest głupie szukanie wymówek, nie tylko ja miałam w jesienią tego roku tzw. załamanie frontu robót.
No niestety, jesień tegoroczna była po prostu dodoopna! Woda w postaci 259 rodzajów dżdżu, opad w zasadzie nieustający. Wszystkie roboty ogrodowe człowiek wykonywał ino mig, pełen strachu że zaraz znów zacznie lać. Posadzenie tulipanowych cebul na Podwórku rozpatruję w kategorii cudów - cud że się udało. To samo dotyczy przesadzanych liliowych cebul ( tu cud był jakby mniejszy bo trzy cebule siedzą w torfie w pralni - nie zdanżyłam bo zabyłam o tych ostatkach ). Wszystkie poważniejsze gryplany nie miały jednak szans na realizację, praca w jesiennym , zimnym błotku to nie jest szczyt marzeń ogrodowych.
Co wspominam najmilej z sezonu ogrodowego 2017? - zaleganie z kotami! Ten sezon był zalężony, zalegaliśmy we wszystkich możliwych konfiguracjach ( część na Podwórku, część w Alcatrazie, zajęcia w podgrupach, grupa łączona ), z wszystkimi możliwymi dodatkami niezbędnymi nam do szczęścia. Taa, ten sezon był leniwy. Nie tylko z powodu aury, he, he.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























