Pogoda jakby bardziej właściwa dla obecnej pory roku, po ulewach temperatury nieco spadły i zrobiły się bardziej wiosenne. Czytawszy że w Hameryce śnieżyce i w ogóle zimowe ekscesy i z lekka się przestraszywszy czy i u nas ten hawajski kwiecień nie zakończy się jakimś doopnięciem auralnym. Wicie rozumicie, Wielki Pogodowy i jego rozrywki rozpraszające nudę. Jak na razie cieszę się zielonym które pojawia się na drzewach, krzewach i poszyciu. Co prawda podagrycznik nadal mnie wkurza ale po sześciu miesiącach szarzyzny, beżów wypłowiałych robiących za śnieg ( miejski ) , burości niedookreślonej to nawet podagrycznikowa jadowita młoda zieleń jest radością dla oczu. Jak do tego dodać kolory kwitnących hiacyntów, ciemierników czy olśniewającą barwę petali magnolki to naprawdę jest miło.
Niestety życie to nie tylko przyjemności i nie mogę w związku z tym "przesiadywać" jeno w ogrodzie. Nadejszła wiekopomna chwila w której musiałam umyć okna, dłużej nie sposób czekać . Pozimowe okna w mieście Odzi czyścić to znaczy czuć na sobie ciężar walki ze smogiem. Qrczę, co za syfiland wokół mnie, cóż to na tych oknach osiada?! Tzw. wyngiel to już chyba nie jest wyngiel, wszak ludzie w mieście Odzi wynglem palili ale nie powodowali tym paleniem powstawania czegóś takiego co wzięło i osiadło na moich szybach i ramach okiennych. Pierwszy raz mam z czymś takim do czynienia i zresztą nie tylko ja bo sąsiadka Gienia i Ciotka Elka określiły tegoroczne wiosenne mycie okien nazwą karnego ciężkiego szorowania szyb z przyległościami. Wiadomo - wyngiel brudzi ale to wynglopodobne cóś obecnie sprzedawane pod nazwą wyngiel to upieprza po całości i wżera się w co tylko weżreć się może. Najgorsze że ja to pewnikiem mam w płucach , w skórze, we włosach już na stałe i cholera, koty też pewnie majo! Na szczęście sezon grzewczy już za nami, strach przed następnym zacznę odczuwać we wrześniu. Aha, po umyciu okien skończoną robotę odebrał Epuzer, znaczy olał jedną szybę ( na resztę odbioru nie pozwoliłam, Epuzerowe odebranie wyszorowałam i wyglancowałam, do Epuzeru brzydko przemawiałam, to jest obiecywałam mu wyrwanie włąsoręczne wszystkich czterech odnóży wraz z ogonem, ucięcie jakichkolwiek jego kontaktów z naszą występną Okularią i zero zaproszeń na obiadki ).
Umycie okien zostało też docenione przez resztę kotów bo na parapecie pojawiły się nornice i dżdżownice ( nornice szczęśliwie już martwe ). Myślę że kotony chciały przyozdobić wyszorowane okienka, znaczy majo po mnie zboczenie dekoracyjne. Ja tradycyjnie tyż cóś tak czułam chęć przyozdobienia i w związku ze związkiem nabywszy nowe zasłonko - firanki. Kur mnie opiał bo nabywszy takie przecenione o połowę, za którymi około roku ja się kręciła, ( Przecenią czy nie przecenią, oto jest pytanie? ). Teraz zasłonko - firanki w motylki wiszą na moich oknach sypialnianych ciesząc mnie i szalenie denerwując koty ( "Po cholerę te szmaty powiesiła?" ). Znaczy cóś jakby wiosna w domu zagościła wraz z domyciem okien i motylkami na zasłonko - firankowym materiale. Czuję się prawie jak Kura Naczelna wszystko malująca, jakoś tak bardziej świeżo, wiosennie i u siebie.
Tak à propos wiosennej świeżości, zamarzywszy mnie się kretyńsko fiołkowe perfumy, coby przedłużyć szalenie krótkie w tym roku cieszenie się fiołkami wonnymi. Miały być to fiołki tanie ( znaczy najlepiej perfumetka ), prawdziwne a nie chemiczne i jeszcze na dodatek pachnące głównie fiołkami. Hym tego... jakież ja smrody w poszukiwaniu prawdziwnego fiołka wąchałam! Fiołek przyduszony kadzidłem ( mirra albo inne kadzidlane pachnidło, ciężkawe jak mój tyłek po tzw. zależeniu ), fiołek ukryty w goździkach, wściekły fiołek syntetyczny ( tak, bywają wściekłe fiołki ) przyduszony równie syntetycznym nierozpoznanym owocem, róża damasceńska która robi za fiołka, zdechły fiołek wyczuwalny po sześćset sześćdziesiątym szóstym pociągnięciu nosem ( tzw. diablofiołek ) i cóś bez nazwy co według pani sprzedającej jest świeże i ożywczo kwiatowe ( a po prawdzie pachnie trochę jak landrynki ). Fiołkowego pachnidła dalej nie ma i cóś mi mówi że na razie nie będzie ( zakupy zagramaniczne w obecnej sytuacji finansowej nie wchodzą w grę a w kraju fiołkowa bryndza ). Cóż, zostaje mi szybkie podwąchiwanie fiołkowych resztek, nie ma zmiłuj! A spieszyć się naprawdę trza, jeszcze moment i nie będzie fiołków. Przeminą równie szybko jak tegoroczne przebiśniegi, krokusy czy przylaszczki.
niedziela, 15 kwietnia 2018
środa, 11 kwietnia 2018
Jak to jest z tymi kwitnieniami w moim ogrodzie.
Burza się odbywszy, było błyskanie i grzmocenie i dżedż. Koty profilaktycznie w domu a potem w szopce bo bliżej terenu polowań na dżdżownice i myszki oraz nornice. Ja w oknie bo wdychałam zapach zmoczonej wiosennym deszczem ziemi, sam miód, szkoda że w buteleczkach perfumiastych nie sprzedają. Rozmyślawszy sobie przy tym wdychaniu ziemno - deszczowej woni troszki o tych achach i ochach na tematy wczesnowiosennych kwitnień i doszłam do wniosku że pokazywanie tylko kwitnących fragmentów ogrodu jest całkiem nie halo, znaczy że fałszuje rzeczywistość bardziej niż zazwyczaj. To wcale nie jest tak że mój ogród jest wiosenna porą kwitnący "po całości", on kwitnie w zasadzie w tej leśnej części i to głównie w tej która jest już jako tako poustawiana. Reszta ogrodowych ziem czeka dopiero na swoje dni chwały.
Nawet ta niby kwitnąca teraz część nie jest taka jak mi się marzy - Alcatraz zachynszony nie tym co trzeba czeka aż obrobię Podwórko, Podwórko wcale nie takie na raz, dwa, trzy do obrobienia. Chciałoby się kwitnieniem w Alcatrazie nacieszyć ale Podwórko nieobrobieniem jak ten wyrzut sumienia uwiera. No i mam zamiast kontemplacji kwitnień pielenie, przesadzanie, nerwy na Wielkiego Ogrodowego że to wszystko tak na szybko, na chybcika bo w marcu mu się zaspało i pogoda ogrodowaniu nie sprzyjała. A teraz nadgania, staruch jeden, pogodą niemal letnią, powodującą szybkie wykwitanie roślin. A ja padam bo też chcę nadgonić i czasu na cieszenie się kwiatami prawie nie mam. Alcatraz powoli a nawet bardzo powoli zamienia się w cóś na kształt grądu, Podwórko coraz bardziej ogrodowieje. Teraz będzie o problemach. Niestety jeżeli chcę by Alcatraz porządnie zgrądział i nie zmienił się w plantację nawłoci zwanej mimozą lub nie zarósł w całości podagrycznikiem ( skądinąnd pożyteczną niby rośliną która jednak solidnie mnie wkurza swoją ekspansywnością ), muszę ten mój przyszły lasek podpielać. Nie jest to proste kiedy wyłażą wiosenne cebulowe. Dla lasów liściastych do bycia których dalekim krewnym Alcatraz aspiruje charakterystyczne są wiosenne kwitnienia, mało co kwitnie w lesie liściastym latem. Im więcej drzew będzie rosło w Alcatrazie i im większe będą osiągały rozmiary tym mniej miejsca będzie w nim dla roślin kwitnących latem. Za to wiosną, zanim rozwiną się liście istne kwietne szaleństwo. A w tym kwietnym szaleństwie ledwie tylko ukryta zapowiedź przyszłych zmagań z cholernym zielskiem. Może to i lepiej że wnikliwie się pokrytej kwiatami glebie Alcatrazu nie przyglądam, kto wie czy widok wyłażących wrażych roślinnych ścierw i wizja przyszłego pielenia radochy z kwitnień by mi nie popsuła. Wszak łyżka dziegciu beczkę miodu potrafi skiepścić.
Przyznaję bezczelnie że łatwiej mi wiosną ogarnąć ogrodowe Podwórko niż niby leśny Alcatraz, pełen kwietnych dywaników wśród których, jak się lepiej przyjrzeć, złowieszczo zielenieją liście podagrycznika. Podłażę, patrzę starając się widzieć tylko kwiaty cebulaczków, jak dojrzę paskudnie soczystą zieleń wyłażącego podargrycznika mruczę brzydkie wyrazy i wyłażę z ogrodu pielęgnować Podwórko na którym kwitną głównie forsycje i zaraz zakwitną barwinki. Alcatraz zostawiam sobie na później, na czas po kwitnieniu pierwszych cebulowych. Na Podwórku do kwitnienia Suchej - Żwirowej jeszcze daleko, rabata o tej porze roku nie wygląda uroczo. Kikuty szałwii lekarskiej i lawend wyglądają na uschnięte, młode liście pojawią się na nich w większej masie za parę tygodni. Poduchy goździków dopiero zaczynają nabierać właściwych barw, trawy jeszcze nie wylazły, liście odziomkowe bylin dopiero startują. Jedynie młode żywo jasno zielone liście irysów bródkowych można podpiąć pod wiosenność ogrodową. Gdyby nie one rabata wyglądałaby na nadal niewybudzoną z zimowego snu. A w Alcatrazie wiosna fiołkami pachnąca i wielkie oczekiwanie na kwitnienie hiacyntów ( w tym roku są już bardziej zbliżone do dzikiej formy, nie takie sztywne i napakowane kwiatami tylko wielopędowe z lekko przewisającymi kwiatami, no większa wersja puszkini - urocze ! ). I tak to jest z tymi kwitnieniami w moim ogrodzie. Kiedy kwitnie Alcatraz w większej części Podwórko jeszcze śpi, kiedy kończą się masowe kwitnienia w Alcatrazie Podwórko budzi się i zaczyna się na nim wielkie kwitnienie.
Nawet ta niby kwitnąca teraz część nie jest taka jak mi się marzy - Alcatraz zachynszony nie tym co trzeba czeka aż obrobię Podwórko, Podwórko wcale nie takie na raz, dwa, trzy do obrobienia. Chciałoby się kwitnieniem w Alcatrazie nacieszyć ale Podwórko nieobrobieniem jak ten wyrzut sumienia uwiera. No i mam zamiast kontemplacji kwitnień pielenie, przesadzanie, nerwy na Wielkiego Ogrodowego że to wszystko tak na szybko, na chybcika bo w marcu mu się zaspało i pogoda ogrodowaniu nie sprzyjała. A teraz nadgania, staruch jeden, pogodą niemal letnią, powodującą szybkie wykwitanie roślin. A ja padam bo też chcę nadgonić i czasu na cieszenie się kwiatami prawie nie mam. Alcatraz powoli a nawet bardzo powoli zamienia się w cóś na kształt grądu, Podwórko coraz bardziej ogrodowieje. Teraz będzie o problemach. Niestety jeżeli chcę by Alcatraz porządnie zgrądział i nie zmienił się w plantację nawłoci zwanej mimozą lub nie zarósł w całości podagrycznikiem ( skądinąnd pożyteczną niby rośliną która jednak solidnie mnie wkurza swoją ekspansywnością ), muszę ten mój przyszły lasek podpielać. Nie jest to proste kiedy wyłażą wiosenne cebulowe. Dla lasów liściastych do bycia których dalekim krewnym Alcatraz aspiruje charakterystyczne są wiosenne kwitnienia, mało co kwitnie w lesie liściastym latem. Im więcej drzew będzie rosło w Alcatrazie i im większe będą osiągały rozmiary tym mniej miejsca będzie w nim dla roślin kwitnących latem. Za to wiosną, zanim rozwiną się liście istne kwietne szaleństwo. A w tym kwietnym szaleństwie ledwie tylko ukryta zapowiedź przyszłych zmagań z cholernym zielskiem. Może to i lepiej że wnikliwie się pokrytej kwiatami glebie Alcatrazu nie przyglądam, kto wie czy widok wyłażących wrażych roślinnych ścierw i wizja przyszłego pielenia radochy z kwitnień by mi nie popsuła. Wszak łyżka dziegciu beczkę miodu potrafi skiepścić.
Przyznaję bezczelnie że łatwiej mi wiosną ogarnąć ogrodowe Podwórko niż niby leśny Alcatraz, pełen kwietnych dywaników wśród których, jak się lepiej przyjrzeć, złowieszczo zielenieją liście podagrycznika. Podłażę, patrzę starając się widzieć tylko kwiaty cebulaczków, jak dojrzę paskudnie soczystą zieleń wyłażącego podargrycznika mruczę brzydkie wyrazy i wyłażę z ogrodu pielęgnować Podwórko na którym kwitną głównie forsycje i zaraz zakwitną barwinki. Alcatraz zostawiam sobie na później, na czas po kwitnieniu pierwszych cebulowych. Na Podwórku do kwitnienia Suchej - Żwirowej jeszcze daleko, rabata o tej porze roku nie wygląda uroczo. Kikuty szałwii lekarskiej i lawend wyglądają na uschnięte, młode liście pojawią się na nich w większej masie za parę tygodni. Poduchy goździków dopiero zaczynają nabierać właściwych barw, trawy jeszcze nie wylazły, liście odziomkowe bylin dopiero startują. Jedynie młode żywo jasno zielone liście irysów bródkowych można podpiąć pod wiosenność ogrodową. Gdyby nie one rabata wyglądałaby na nadal niewybudzoną z zimowego snu. A w Alcatrazie wiosna fiołkami pachnąca i wielkie oczekiwanie na kwitnienie hiacyntów ( w tym roku są już bardziej zbliżone do dzikiej formy, nie takie sztywne i napakowane kwiatami tylko wielopędowe z lekko przewisającymi kwiatami, no większa wersja puszkini - urocze ! ). I tak to jest z tymi kwitnieniami w moim ogrodzie. Kiedy kwitnie Alcatraz w większej części Podwórko jeszcze śpi, kiedy kończą się masowe kwitnienia w Alcatrazie Podwórko budzi się i zaczyna się na nim wielkie kwitnienie.
niedziela, 8 kwietnia 2018
Bardzo ciepły kwietniowy weekend w Alcatrazie
Z jednej skrajności w drugą, Wielki Pogodowy postanowił zbadać granicę moich możliwości. Nadal chyrczę i faflunię ale jakby mniej więc postanowiłam zaszaleć z sekatorem i gracką. Oczywiście padłam jak kawka po jakichś dwóch godzinach intensywnego porannego ogrodowania, o tym żebym była w stanie dokonać w sobotę popołudniowej awantury mowy nie było ( awantura musowo powinna się odbyć po południu bowiem ekipa do załadowania śmieci po południu jest "czynna" ) . A w niedzielę główny winowajca wyfrunął na łono przyrody, także nie było komu grandy robić. Co się odwlecze to nie uciecze, przynajmniej sił nabiorę. Poprzycinałam co trzeba na Suchej - Żwirowej i udałam się na łono Alcatrazu li tylko po to żeby na chybcika obejrzeć kwiaty cebulaczków wczesnowiosennych , które zaraz z powodu wysokiej temperatury wezmą i przeminą.
Praktycznie jest już po tzw. krokusach botanicznych, trwa w najlepsze kwitnienie krokusowych mieszańców ogrodowych. Dużo ich to nawet nieźle się prezentują w celowo "nieposprzątanym" Alcatrazie. Wyłażą później więc zawirowania pogody pod koniec marca nie dały im tak popalić jak "botanicznym" maluchom ale ich urodą trzeba się szybko cieszyć ( no co i raz przerywałam przycinania i inne takie żeby sobie na nich oczy popaść ). Na byłym Tyrawniku mnóstwo krokusów których nigdy tam nie sadziłam. Jakimś cudem cebulki zawędrowały albo po prostu nasiona się wysiały. Stąpam ostrożnie po trawsku coby nie zgnieść dobra przez naturę podarowanego i nie przeszkadza mi że one jak na razie niekępkowe ale pojedyncze kieliszki co i raz z trawska wyłażące. W końcu najważniejsze że zaczęły kolonizację, z czasem się rozkępią.
Po przebiśniegach prawie śladu nie ma, dobrze że udało mi się zasuszyć choć parę kwiatów do jesiennych obrazków. Teraz muszę spieszyć się z suszeniem kwiatów przylaszczek. Jak tak dalej będzie niemalże letnio to ino mig i przylaszczki też przeminą, podobnie jak cebulaczki wczesnowiosenne. Podczas utrzymywania się wysokich temperatur rośliny bardzo młodej wiosny kwitną ledwie parę dni. Nie wiem jak Wy ale ja uważam że Wielki Pogodowy cóś się solidnie wyzłośliwia, cholerny tetryk. Kupiłam sobie na poprawę humoru po tych Jego złośliwościach i siurprajzach małe bratki na osłodę, ich kwiaty powinny wytrzymać numery starucha. Posadziłam jak zwykle w okolicy dopiero wyłażących hiacyntów, bardzo lubię ten zestaw. Po mojemu malutkie bratki dobrze robią bardzo ogrodowym kwiatom jakimi są hiacynty.
No a co poza tym? Poza tym to Alcatraz grądzieje, podczas zimy odpłynęły z nieznanych mi przyczyn małe świerki białe ( nie będę dociekać dlaczego, cześć ich pamięci i szlus ). Nieuprzątnięte Zabukszpanie wygląda tak.
Praktycznie jest już po tzw. krokusach botanicznych, trwa w najlepsze kwitnienie krokusowych mieszańców ogrodowych. Dużo ich to nawet nieźle się prezentują w celowo "nieposprzątanym" Alcatrazie. Wyłażą później więc zawirowania pogody pod koniec marca nie dały im tak popalić jak "botanicznym" maluchom ale ich urodą trzeba się szybko cieszyć ( no co i raz przerywałam przycinania i inne takie żeby sobie na nich oczy popaść ). Na byłym Tyrawniku mnóstwo krokusów których nigdy tam nie sadziłam. Jakimś cudem cebulki zawędrowały albo po prostu nasiona się wysiały. Stąpam ostrożnie po trawsku coby nie zgnieść dobra przez naturę podarowanego i nie przeszkadza mi że one jak na razie niekępkowe ale pojedyncze kieliszki co i raz z trawska wyłażące. W końcu najważniejsze że zaczęły kolonizację, z czasem się rozkępią.
Po przebiśniegach prawie śladu nie ma, dobrze że udało mi się zasuszyć choć parę kwiatów do jesiennych obrazków. Teraz muszę spieszyć się z suszeniem kwiatów przylaszczek. Jak tak dalej będzie niemalże letnio to ino mig i przylaszczki też przeminą, podobnie jak cebulaczki wczesnowiosenne. Podczas utrzymywania się wysokich temperatur rośliny bardzo młodej wiosny kwitną ledwie parę dni. Nie wiem jak Wy ale ja uważam że Wielki Pogodowy cóś się solidnie wyzłośliwia, cholerny tetryk. Kupiłam sobie na poprawę humoru po tych Jego złośliwościach i siurprajzach małe bratki na osłodę, ich kwiaty powinny wytrzymać numery starucha. Posadziłam jak zwykle w okolicy dopiero wyłażących hiacyntów, bardzo lubię ten zestaw. Po mojemu malutkie bratki dobrze robią bardzo ogrodowym kwiatom jakimi są hiacynty.
No a co poza tym? Poza tym to Alcatraz grądzieje, podczas zimy odpłynęły z nieznanych mi przyczyn małe świerki białe ( nie będę dociekać dlaczego, cześć ich pamięci i szlus ). Nieuprzątnięte Zabukszpanie wygląda tak.
czwartek, 5 kwietnia 2018
Codziennik - powyjezdny poświątecznik
Pewnie już porzygujecie tą moją Portugalią, blog ostatnio ostro skręcił w kierunku podróżniczym. Powolutku wracam w kieracik czyli codzienność. Na stołach jeszcze stoją pourządzane naprędce ozdóbstwa świąteczne, takie z biegu, na raz, dwa i trzy poustawiane, a ja dojadam ostatnie kawałki Małgosinych wypieków. Poczuwam się średnio, zimny świąteczny dzień zrobił swoje ( nie ma to jak usłyszeć po powrocie z cieplejszych stron że temperatura na Okęciu to cały jeden stopień na plusie ), teraz gdy zaczyna być naprawdę ciepło ja cóś chyrlam i odkrztuszam. Koty powoli dają się przepraszać za moją nieobecność, oczywiście jak wróciłam doszło do brzydkiego ekscesu. Felicjan zachował się klasycznie, znaczy obrazę za moją absencję wylał na moje buty. No olał gad jeden moje nowe skórzane trepki jak je tylko po powrocie zdjęłam z nóg! Szorowałam natychmiast miotając brzydkie ( dobra, bardzo brzydkie ) wyrazy na tego pomiota. Oczywiście bydlak pokazywał się w domu tylko w porze posiłków i ostentacyjnie siadał do mnie tyłem gdy mu ładowałam żarło do michy. No i łaził na sztywnych łapach. Wychowawczo ignorowałam te przedstawienia i jakoś powoli mu przełazi to okazywanie niezadowolenia.
Pozostała czwórka też jest dobra, choć szczęśliwie nie przyszło im do tych pustych łepków małpować Felicjana. Lalek wystąpił jednak ze skargami na głodzenie jego osoby dokonywane przez Cio Mary i Małgoś - Sąsiadkę pospołu, Sztaflik i Okularia postanowiły udawać zdziczałe kocice a Szpagetka zażądała natychmiast jak tylko wlazłam do domu ( naprawdę natychmiast ) okazania jej wszystkich należnych względów wraz z odsetkami ( znów brałam kąpiel z kotem ). Z każdym kolejnym moim wyjazdem rośnie oburzenie kotów na to że śmiem zostawiać je z inszą służbą ( jakby ta służba nie była równie wobec nich spolegliwa jak ja ). Nie zamierzam przejmować się tymi obrazami, obuwie podróżne będę tylko ściągać z się i przechowywać w odkoconym pomieszczeniu. Teraz w ramach normalizacji stosunków cała piątka przyłazi na wieczorne zaleganie i ma żądania. "Podrap tu!", "Pogłaszcz tam!", "Chcę być nynowana!" - normalka, znów czuję że powinnam mieć przynajmniej jeszcze parę rąk cudownie wyrosłych na brzuchu i przeznaczonych do zabawiania towarzystwa.
No a co w ogrodzie? Kiepsko! Niestety widać że mrozy były całkiem nie w porę. Mnóstwo wczesnowiosennych roślin ma pouszkadzane kfioty. Wyglądają jakby nie wyglądały. Nieładne, zbyt małe kwiaty krokusów, poprzemrażane kwiaty ciemierników orientalnych ( gatunku ), pouszkadzane kwiaty ciemierników hybrydowych ( te szczęśliwie wyłażą najpóźniej więc najmniej oberwały ). Niby łączki z cebulowych są ale olśnień nimi nie ma. Pozostaje mi się cieszyć z takich wydarzeń ogrodowych jak przeżycie moich irysków cebulowych. Iris reticulata nie zawsze przeżywa nasze lata a co dopiero zimy. Poza tym totalne zapuszczenie bo przycinań nie uskuteczniałam. Teraz to wszystko przede mną, powinnam szybciutko ogarniać chaos a cóś mi tak brzydko w tyle głowizny szepcze że nie tak szybko, że dopiero początek kwietnia a potem to jeszcze te cholerne majowe przymrozki. No i przed przymrozkami majowi przynależnymi Wielki Pogodowy dziwnym poczuciem humoru powodowany może cóś naprawdę spektakularnego wykręcić. Przypominam sobie zeszłoroczny kwiecień, prognozy niby były optymistyczne po wyjątkowo ciepłej końcówce marca a ziąb nie napiszę co ściskał. Aż boję się planowania robót ogrodowych w nadchodzący weekend bo nie wiadomo co się znów wydarzy z wyżami i niżami.
W tym roku eksperymentalnie nie odgarniam liści w "części leśnej", same muszą się rozkruszyć i zmienić w próchnicę ( przeca lasu nikt nie grabi, dmuchawą nie dmucha, roślin nie opiela ). Na Podwórku nie ma tak lekko, inny typ ogrodu - Sucha - Żwirowa wymaga solidnego przycięcia krzewinek, spulchnienia gleby przy kłączach irysów bródkowych, niewielkiego nawożenia mineralnego i rozłożenia sporej ilości kompostu. No jest roboty od groma. Co gorsza czeka mnie odkładana od dawna awantura sąsiedzka o śmieci wrzucane do ogrodu, zamierzam w weekend urządzić dintojrę. Rozmawiałam już z właścicielką posesji, wytropiony został śmieciarz i w sobotę ruszamy do boju. Mam solidny wnerw bo trzeba być naprawdę wieprzem żeby remontowe śmieci ładować komuś do ogrodu ( nawet jak ten ogród duży, zadrzewiony i śmieciów niby nie widać ). Rozumiem że koszt wywiezienia takich odpadów to jest w tej chwili parę stów ale dlaczego to niby ja mam je płacić. Porobiłam zdjęcia, postraszę policją a w odwodzie pan Andrzejek, Maciek i Włodzimierz Ciotczyny którzy "obce śmieci" władują na posesję z której pochodzą. No radości sąsiedzkie w stylu szczerzepolskim przede mną. Ze szczęścia przez to nie szaleję. I to by było na razie na tyle.
Zajrzycie do Psa w swetrze - Tuśko - bazarek trwa tam w najlepsze.
Pozostała czwórka też jest dobra, choć szczęśliwie nie przyszło im do tych pustych łepków małpować Felicjana. Lalek wystąpił jednak ze skargami na głodzenie jego osoby dokonywane przez Cio Mary i Małgoś - Sąsiadkę pospołu, Sztaflik i Okularia postanowiły udawać zdziczałe kocice a Szpagetka zażądała natychmiast jak tylko wlazłam do domu ( naprawdę natychmiast ) okazania jej wszystkich należnych względów wraz z odsetkami ( znów brałam kąpiel z kotem ). Z każdym kolejnym moim wyjazdem rośnie oburzenie kotów na to że śmiem zostawiać je z inszą służbą ( jakby ta służba nie była równie wobec nich spolegliwa jak ja ). Nie zamierzam przejmować się tymi obrazami, obuwie podróżne będę tylko ściągać z się i przechowywać w odkoconym pomieszczeniu. Teraz w ramach normalizacji stosunków cała piątka przyłazi na wieczorne zaleganie i ma żądania. "Podrap tu!", "Pogłaszcz tam!", "Chcę być nynowana!" - normalka, znów czuję że powinnam mieć przynajmniej jeszcze parę rąk cudownie wyrosłych na brzuchu i przeznaczonych do zabawiania towarzystwa.
No a co w ogrodzie? Kiepsko! Niestety widać że mrozy były całkiem nie w porę. Mnóstwo wczesnowiosennych roślin ma pouszkadzane kfioty. Wyglądają jakby nie wyglądały. Nieładne, zbyt małe kwiaty krokusów, poprzemrażane kwiaty ciemierników orientalnych ( gatunku ), pouszkadzane kwiaty ciemierników hybrydowych ( te szczęśliwie wyłażą najpóźniej więc najmniej oberwały ). Niby łączki z cebulowych są ale olśnień nimi nie ma. Pozostaje mi się cieszyć z takich wydarzeń ogrodowych jak przeżycie moich irysków cebulowych. Iris reticulata nie zawsze przeżywa nasze lata a co dopiero zimy. Poza tym totalne zapuszczenie bo przycinań nie uskuteczniałam. Teraz to wszystko przede mną, powinnam szybciutko ogarniać chaos a cóś mi tak brzydko w tyle głowizny szepcze że nie tak szybko, że dopiero początek kwietnia a potem to jeszcze te cholerne majowe przymrozki. No i przed przymrozkami majowi przynależnymi Wielki Pogodowy dziwnym poczuciem humoru powodowany może cóś naprawdę spektakularnego wykręcić. Przypominam sobie zeszłoroczny kwiecień, prognozy niby były optymistyczne po wyjątkowo ciepłej końcówce marca a ziąb nie napiszę co ściskał. Aż boję się planowania robót ogrodowych w nadchodzący weekend bo nie wiadomo co się znów wydarzy z wyżami i niżami.
W tym roku eksperymentalnie nie odgarniam liści w "części leśnej", same muszą się rozkruszyć i zmienić w próchnicę ( przeca lasu nikt nie grabi, dmuchawą nie dmucha, roślin nie opiela ). Na Podwórku nie ma tak lekko, inny typ ogrodu - Sucha - Żwirowa wymaga solidnego przycięcia krzewinek, spulchnienia gleby przy kłączach irysów bródkowych, niewielkiego nawożenia mineralnego i rozłożenia sporej ilości kompostu. No jest roboty od groma. Co gorsza czeka mnie odkładana od dawna awantura sąsiedzka o śmieci wrzucane do ogrodu, zamierzam w weekend urządzić dintojrę. Rozmawiałam już z właścicielką posesji, wytropiony został śmieciarz i w sobotę ruszamy do boju. Mam solidny wnerw bo trzeba być naprawdę wieprzem żeby remontowe śmieci ładować komuś do ogrodu ( nawet jak ten ogród duży, zadrzewiony i śmieciów niby nie widać ). Rozumiem że koszt wywiezienia takich odpadów to jest w tej chwili parę stów ale dlaczego to niby ja mam je płacić. Porobiłam zdjęcia, postraszę policją a w odwodzie pan Andrzejek, Maciek i Włodzimierz Ciotczyny którzy "obce śmieci" władują na posesję z której pochodzą. No radości sąsiedzkie w stylu szczerzepolskim przede mną. Ze szczęścia przez to nie szaleję. I to by było na razie na tyle.
Zajrzycie do Psa w swetrze - Tuśko - bazarek trwa tam w najlepsze.
środa, 4 kwietnia 2018
Praia do Guincho - wiatr i fale
Zachód słońca nad plażą Guincho, cudna plaża pełna surferów pokonujących fale, romantyczna plaża na której Bond, James Bond uratował contessę Teresę di Vicenzo przed utonięciem, głównie po to by samemu utonąć w ramionach hrabiny. Takie to zanęcania znajdzie człowiek w folderach. Człowiek taki jak ja czuje po takim zanęceniu że może niekoniecznie musi zobaczyć tę cudowność. Na szczęście w necie są foty a na fotach czasem trafia się prawdziwa Guincho, piękna i nadal dzika! Pierwszy raz żywcem zobaczyłam ją ze wzniesienia w drodze do Sintry - morze złotego piasku, wydmy Duna da Cresmina i rozbijające się o brzeg potężne fale. Wszystko to otoczone zielenią głęboką ale nie ciemną. Od razu wiedziałam że nie ma zmiłuj, muszę zobaczyć to miejsce z bliska, poczuć wiatr i niepokorne fale ( znaczy takie które nie liżą stóp ). Spokojnie, kąpieli nie planowałam, na Guincho nie trzeba wchodzić do wody żeby poczuć siłę fal. Wychowana nad morzem wiem że moc fali poczujesz na twarzy, gdy podejdziesz na tyle blisko że wiatr przyniesie ci spienioną wodę. Takie zdziwne ciągotki budzą się w miejskim człowieku przyduszanym przez parę miesięcy w roku smogiem.
Praia do Guincho wraz z Duna da Cresmina, która jest częścią wydm Guincho - Oitavos leżą na skraju Parku Narodowego. Jak wiadomo wydmy wędrują a przeszkody takie jak restauracje czy hotele, które zawężają korytarze transportu piasku między plażami i wydmami, powodują tendencję do zwiększania prędkości wiatru na niektórych odcinkach co prowadzi w konsekwencji do zwiększenia pokładów osadów w obszarach położonych dalej od linii brzegowej, zmniejszenia powierzchni plaży i powstawanie potencjalnych szkód dla sąsiednich gruntów i domów. Strasznie mundrze, prosto zaś jest - to co wybudowano niech się już ostanie, ale więcej hoteli, barów i restauracji się nie wybuduje! Nie wybuduje się bo za jakiś czas nie byłoby już plaży - jasne i proste. Na wydmach turyści mogą się poruszać drepcząc po drewnianych kładkach, po plaży mogą łazić jak chcą ale na udogodnienia niech nie liczą i wszyscy mają pamiętać że to dobro narodowe a nie wywczasownia przynosząca krociowe zyski. Na wydmach porastają Ammophila arenaria czyli trawa marram, Armeria welwitschii , Junisperus turbinata, Pancratium martimum czyli żonkil morski zwany inaczej lilią świętego Mikołaja, Ononis ramossisima. Ponoć na wydmach występują endemiczne gatunki ale cóś nie doczytałam jakie ( wiało, autobus przyjechał a w necie nie znalazłam bo mi się głęboko kopać nie chciało ).
Sama plaża jest szeroka i przede wszystkim długa, jej linia brzegowa ma coś około ośmiuset metrów. Jest po czym pochodzić. Teraz będę obrzydliwie szczera - uwielbiam Guincho nie tylko za jej niewątpliwą urodę ale także za to że jest plażą odturystycznioną. Znaczy zieję miłością do ludzkości jak widzicie. Na Guincho prędzej czy później padnie każdy parawan, małe dziecię wejdzie do wody raz a dobrze oszczędzając rodzicom wydatków na edukację, babcie zedrą gardło podczas dyscyplinowania małoletnich którzy i tak ich z powodu wiatru nie usłyszą nawoływań, sprzedawcy lodów nie mają czego tu szukać, paradowanie w bikini tylko dla morsic. To nie jest plaża dla spragnionych dosmażania słońcem, zalegania na piaseczku w foczym tłumie, złaknionych kąpieli w ciepłej wodzie niedzielnych pływaków. Skuterkiem nie popływasz, materacyk dmuchany cię nie poniesie po gładkiej toni. Wrzasków radyjnych nie usłyszysz bo głos Oceanu je zagłuszy. W lecie najczęściej wieje tu z północy, pojawiają się wówczas niezłe fale do uprawiania windsurfingu i kitesurfingu, prawdziwe święto ma miejsce jednak zimową porą, w grudniu zaczyna wiać ze wschodu i pojawiają się wielkie fale na których można surfować ( nie znaczy to że surferzy szaleją na falach tylko zimą ale wtedy są naprawdę idealne warunki dla tych z nich, którzy lubią pływać na naprawdę duuużych falach ). Dla mnie spragnionej pędu powietrza przesyconego solą i uspokojenia gonitwy myśli ta plaża to idealne miejsce do odpoczynku. No i ten niezmniennie zmienny Ocean!
Subskrybuj:
Posty (Atom)