To nie przesada, 'Raubritter' to rzeczywiście róża wyjątkowa! Znacie zapewne sporo odmian austinek, mieszańców herbatnich, floribund czy tam inszych zbieranin różanych genów, a ile znacie mieszańców Rosa macrantha? Ha?! Sprawa miała się tak, w latach trzydziestych ubiegłego wieku Wilhelm Kordes zweite ( pierwszym był jego tatuś, założyciel firmy Kordes und Söhne ) pracował nad wyhodowaniem krzewów różanych odpornych na warunki zimnawej krainy jaką jest Schleswig - Holstein ( to w niej, a konkretnie to w maleńkim Klein Offenseth-Sparrieshoop znajdowały się różane pola Kordesów ). Skrzyżował między innymi Rosa macrantha 'Daisy Hill' z 'Solarium'. Mamusia wprowadzona w 1906 roku i nazwana na cześć własnej szkółki przez zasłużonego dla ogrodnictwa Brytyjczyka, pana Thomasa Smitha, to kwitnący białawym kwiatem o podwójnym okółku płatków efekt krzyżowania hybrydy Rosa X waitziana var. macrantha . 'Daisy Hill' to dziś właściwie róża zapomniana, gdzieś tam się tylko plącze po rozariach i kolekcjach. 'Solarium' czyli tatuś to wyhodowana przez Francuzów a wprowadzona przez Australijczyków w 1927 roku hybryda Rosa wichuraiana. Po mamusi 'Raubritter' odziedziczył kulisty kształt kwiatów, po tatusiu w kolorze płatków pojawiły się barwniki odpowiadające za zaróżowienie ( w niedużej ilości, bo tatuś kwitnie na czerwono jak ten zajadły komunista w pochodzie pierwszomajowym ). Dzięki mamusi jest zdrówko i odporność na złe warunki atmosferyczne, dzięki tatusiowi na ogół zdrowe, jasnozielone liście ( ich leciuteńki szarawy odcień to po mamusi ) i wielkość kwiatu. 'Raubritter' został introdukowany w roku 1936 i od razu było wiadomo że to jest "coś". Po pierwsze róża wielozadaniowa - można z niej tworzyć krzewy, traktować jak wspinacza ( zaliczana jest do typu climber ), zadarniać nawet jak kto lubi, po drugie zjawiskowe kwitnienie - krzew kwitnie co prawda raz ale za to długo i wytrwale. Kwiaty nie są specjalnie wielkie, takie około pięciocentymetrowej średnicy ale za to o świetnym, okrągławym kształcie. Półpełne i lekko pachnące, bardzo trwałe ( mogą spokojnie przez tydzień zdobić krzew ) będą pięknie wyglądać zarówno w klasycznym różanym ogrodzie jak i w nasadzeniach mało formalnych. Pędy są giętkie, dłuuugie ( dochodzą do ponad trzech metrów długości ) więc można wyczyniać z nimi cuda. Mrozoodporność bardzo dobra i jeszcze na dodatek znosi zacienienie! Cud nie róża! Oczywiście w tej beczce miodziku musi być łyżka dziegciu - czasem 'Raubritter' podłapuje mączniaka i znosi to wówczas ciężko. Za to przycinać można oszczędnie, głównie tak formująco jak mieszańce Wichura.
Teraz o nazwie - 'Raubritter' to termin ukuty pod koniec XVIII wieku w Niemczech, w czasie wielkiej popularności tzw. powieści gotyckiej. Oznaczał on rycerza który z bidy wziął się za rozbój, co rzeczywiście zdarzało się niegdyś wcale często nie tylko niemieckim baronom ale i inszej europejskiej szlachcie. Nie wiem skąd ta nazwa - czy to pochwała dla zdolności przetrwania rycerskich rabusiów czy hołd dla romantycznej legendy zrodzonej parę stuleci po ich wytępieniu. Myślę że prędzej to drugie, bo po prawdzie to raubritterzy to straszna hołota była i w ogóle plaga i ból głowy.
poniedziałek, 18 czerwca 2018
niedziela, 17 czerwca 2018
Codziennik - dyszymy i oczekujemy na dżedż
Jeszcze trochę a nawet prezenterom pogody wiecznie zatroskanym losem urlopowiczów zmięknie rura, jak to się nieelegancko mawia. Czekamy na deszcz a on jak pada to tylko miejscami za to ulewnie i zaraz wyparowuje. Hym... może czas na tradycyjne modły poselskie i zawierzenia ( z tymi ostatnimi to trudno, tacy którym trudno zawierzać, mimo tego że sami deklarują wiarę czystą i bez domieszek, mogą mieć słabą siłę proszalną ). Deszcz jest, Panie tego, towarem deficytowym i w tym sezonie wiosennym występują znane mi z lat dzieciństwa i młodości chmurnej a durnej "przejściowe trudności na tym odcinku".
Hipotetycznie przebywającemu jeszcze w ogrodzie lejonkowi chyba brak deszczu nie przeszkadza, są nowe wyleżane miejsca ( znaczy wszyscy podejrzani o zalegiwanie się zaklinali że nikt przytomny na umyśle nie będzie właził do ogrodu i zalegał jak tu "miszczostwa" i zalega się przed tewałką ). Zalegania za duże na wszystkie koty zusammen z jeżami więc wychodzi na to że lejonek nas nawiedza albo się wziął i zaszył. Kolejny raz gościliśmy straż animalną ale łune tyż nic nie znalazły choć podejrzewajo i się jeszcze zapowiedziały. Widok strażowych uświadomił mi że muszę na biegu malować puszki śmieciowe ( ani mi się śnie kupować nowych ) bo cztery coolory puszek śmieciowych majo rozwiązać w cudowny sposób wszystkie problemy śmieciowe jakie nam od paru lat w pocie niskich czółek przygotowują ustawodawcy. Bez względu na to kto w parlamencie ma przewagę polityczną rezultat zawsze jest ten sam - śmieci i wszystko co z nimi związane wyraźnie powodują obstrukcję intelektualną wybrańców narodu. Cóż nie najlepiej to też świadczy o wybierających. Tak sobie pomyślawszy że może by sprytnie i na bezczela po piracku ściągnąć rozwiązania od bardziej zaawansowanych w usuwaniu śmieci sąsiadów a niepotrzebnych wybrańców narodu ( czytaj śmieci ) kulturalnie gdzieś wywalić i przechować ( no nie będę nawoływać przeca do utylizacji, he, he ). Taki miłe sercu mieszkańca Cebulandii zakombinowanie. Może nawet przy okazji gdzieś zakombinujemy maszynę do robienia deszczu?
Naprawiwszy Wolfganga i wziąwszy w obroty Helgę, nawet nieźle wyszło przywracanie im dawnego wyglądu. Na razie do ogrodu ich nie wystawię, kto wie czy lejonek tam na nich nie czyha? Pozostała trójka ceramicznej obsady nadal w ogrodzie, krasnale i żaba są poustawiane pod krzewami azalek japońskich i wśród paproci, zdaje się że lejonek nie preferuje przebywania w tych rejonach Alcatrazu. Hym... dla nieco większych krasnali i żab nadal jest niebezpiecznie. Tak o niebezpieczeństwach pisząc - szukamy domu dla Fraczka , biedak ma tylko opcję zamieszkiwania z Felicjanem a szczerze pisząc to żadna opcja ( mieszkanie z bandytą pod jednym dachem, nawet kiedy ten bandyta ma depresję po odejściu jedynego kota który trzymał go w szachu, to nie jest prosta sprawa ). Fraczek jest wychowany i w ogóle, potrzeba mu tylko naprawdę dobrego domu gdzie mógłby rozwijać swą przemiłą osobowość ( Fraczek jest przytulaśny ). A na fotce poniżej pręgowane Samo Zło, odczulane i faszerowane wzmacniaczami. Samopoczucie takie sobie co widać na fotce, obraza na mnie za całokształt i upieprzenie sznupy nie wiadomo czym ( usiłowałam wyczyścić kocie usteczka, oj poczułam że robię źle - nie żeby od razu straszliwe gryzienia, pomruki były).
piątek, 15 czerwca 2018
Codziennik - nadal dołki i górki
Mija nam ta dziwna wiosna która właściwie była latem, czas na lato prawdziwe. Trochę strach się bać co Wielki Pogodowy nam na tę porę roku wyszykował. Dookoła mnie tak sobie, nadal zbyt dużo smętnych wiadomości z gatunku "I nie da się nic zrobić!" do mnie dociera, w związku z czym mój zakupoholizm jest coraz mniej kontrolowany. Co usłyszę to odreagowuję, głupia sprawa. Odgradzam się przyjemnościami od złego które zaatakowało i już wiadomo że nie odpuści. Tak jakby te moje przyjemności mogły przypudrować paskudną rzeczywistość. Szczerze pisząc to na ogół pudrują średnio skutecznie, co i raz spod tego pudru cóś niepokojącego wyłazi. No to się skupiam na jakichś pierdołach typu przywracanie Wolfgangowi normalnego wyglądu ( po spotkaniu Wolfganga z lejonkiem ten pierwszy wygląda jakby zamiast lejonka spotkał krwiożerczego wilka wyjątkowo nielubiącego krasnoludków ) albo zaganianiu Małgoś - Sąsiadki do smażeniu dżemów. Takie tam zajęcia usypiające, nic prawdziwego.
W ogrodzie robię mało, mój kręgosłup bardzo brzydko się ostatnio zachował. Usiłowałam go wytonować prochami i skończyło się tzw. upojnym rzyganiem. Womitowałam po prochach a ten skurczygnat nadal bolał! Po takich przejściach zachowuję się "rozsądnie" bo nie mam ochoty na powtórkę z rozrywki. W związku ze związkiem ogród odłogiem sobie leży a ja leżę z kotami w wyrze. Wyro zaścielone, na wyrze ja i głównie ciągle obrażony na nieobecność Lalusia Felicjan. Jak się Felicjanowi nie poprawi ( obecnie nie chce wychodzić z domu bo po co, dziewczynki nie potrafią się z nim bawić w napaść ) to czeka nas wizyta u dohtora ( ledwo co byłam z podtrutą Sztaflisią ). Może trza co na melancholię a może to jakaś insza sprawa. Felicjan bardzo się zmienił, niby źle nie wygląda ale zachowuje się zupełnie nie po swojemu ( od czasu choroby i odejścia Laliego ani razu mnie nie użarł, rzecz niesłychana, o takim piknikowaniu z nim w Alcatrazie jak w zeszłym roku miało miejsce nawet nie ma co mówić ). Sztaflik jakby lepiej, znów usiłuje wyżerać innym kotom z misek. Znaczy jest i coś miłego.
Właściwie jest więcej miłych rzeczy. Po różanej pogwarce z bjork w ramach wyciszania skrzeków realu postanowiwszy nabyć coś różanego w donicy. Padło na austinkę 'Geoff Hamilton', a potem to już się nie mogłam opanować! Taa, skutek jest taki że pojawi się także od dawna planowana do nasadzenia odmiana 'James Galway', odtworzę 'Sweet Juliet' zeszłą z tego świata pamiętnej zimy 2012 roku, oraz drugi raz podejdę do 'Jude the Obscure' ( zaginęła albo się podszywa, w każdym razie to co kwitnie na jej miejscu nijak tej odmiany nie przypomina ). Ubyło mi z portfela co akurat nie jest miłe ale za to jak dobrze zrobi mi się kiedy przyjadą krzaki. Co prawda nie wiem jak je wkopię z cholernym, nawalającym kręgosłupem ale cóś tam na pewno wymyślę. Na razie cieszę się gryplanowaniem czyli tym gdzie co posadzę. Dobre i to, przynajmniej się odrywam od ponurych rozkmin na temat tzw. kondycji ludzkiej. Zakupoholizm roślinny wydaje mi jakiś lepszy, jakby kupowanie roślin było czymś zdecydowanie bardziej szlachetnym niż nabywanie rzeczy. Hym... pewnie bredzę jak każdy nałogowiec. W każdym razie zauważyłam że przypudrowywanie realu roślinami działa u mnie skuteczniej niż pudrowanie czym innym. No dłużej trzyma czyli cieszy.
Dzisiejsze fotki to takie usprawiedliwienie austinkowych zakupów. Żebyście wiedzieli jak ciężko się oprzeć urokowi tych róż.
środa, 13 czerwca 2018
'Lovely Green' ® czyli śliczna zieleninka
Bardzo wyrafinowana kreacja Meillanda z 2005 roku, takie różane haute couture ( nie istnieje termin wysokie różaństwo to zapożyczam ze świata mody ). Kwiaty ma to różyczka okrągławe, w kolorze kremowo - zielonym, dochodzą do średnicy około 5-6cm. Złożone są z ponad 60 - 70 płatków ale nie wyglądają na bardzo pełne, upchane. Pewnie dzięki temu że nigdy nie otwierają się całkowicie, odchylają się tylko zewnętrzne płatki odsłaniając stożkowy pąk ( przypominają wówczas kwiaty mieszańców herbatnich we wczesnej fazie rozwoju ). Niestety kwiaty nie pachną, no ale nie można mieć wszystkiego. Na pędzie znajduje się około 5 do 8 kwiatów co upodabnia tę różę do róż grupy floribunda. Jednak ta odmiana jest zaliczana do tzw. róż florystycznych, to szklarniówka przeznaczona na kwiat cięty. Jednak coraz chętniej sadzi się ten dochodzący do 80 cm wysokości krzew w ogrodach. Mimo że kwiaty wrażliwe na deszcze, zimne rosy i tym podobne auralne nieprzyjemności, odmiana ma wcale nie najgorszą odporność na choroby grzybowe i przeżywa nasze zimy. Kwitnie parę razy w sezonie. Nazwy rodziców tej róży to słodka tajemnica firmy Meilland International.
wtorek, 12 czerwca 2018
Z nieba żar na Suchej Żwirowej kwiatów czar
Gdyby nie paskudna, dziwna zima ( dlaczego nasze zimy muszą być takie wredne? ) to na Suchej - Żwirowej powinien zaczynać się lawendowy festiwal. Niestety jest jak jest, jak to swego czasu śpiewały niejakie siostry Panas ( pewnie mało kto to ten przebój pamięta bo ja ledwie pamiętam ). No niestety, z lawendowych pól nici, co nie oznacza że totalnie lawendy wymiotło. Są, wiele fajnych odmian przetrwało, głównie te sadzone dwa lata temu i wcześniej. Zeszłoroczne sadzonki lawendowe, mimo tego że kupione i wsadzone na początku ogrodowego sezonu okazały się zbyt słabe. Hym... w naszym klimacie lepiej jak sadzona lawenda nie jest zbyt młoda i podpędzona w szklarni. I nie ma tu specjalnie znaczenia czy to lawenda czy lawandyna, młodziutkie rośliny nawet jak spędzą cały sezon w gruncie zimą mają kłopoty. Nie ma zmiłuj, trza sadzić starsze egzemplarze albo wymodlić zimę ze śnieżną okrywą, niezbyt niskimi temperaturami i trwającą tyle ile zima trwać powinna. A potem jeszcze najlepiej domodlić brak wiosennych przymrozków! Kiedy za główną atrakcję rabaty zaczął robić chabrowo kwitnący przetacznik siwy Veronica incana zatęskniło mi się za siwymi listkami zdechłych lawend i podjudzana przez Mamelona bezmyślnie rzuciłam się w wir netowych zakupów. Taa... a tak się zaklinałam, tak ćwierkałam że może jednak cóś inszego posadzę a wystarczyła pierwsza zakwitająca lawenda i kolorek przetacznikowych kwiatów i siwizna listków żebym znów miała pomysły na nasadzenia z lawendą. No nie moja winna że w upalne dni mnie się w głowie śródziemnomorskie marzonka lęgną.
Teraz zastanawiam się co otrzymam i jakie akcje z okrywaniem roślin czekają mnie zimą. Radosne sadzenie latem a potem zimowy stres. A Wielki Pogodowy tak jakoś głupio pogodą ostatnio zarządza że wiosny i lata mamy jak w jakiej Prowansji za to zimy z mroźnymi pozdrowieniami z Syberii. Tylko w zeszłym roku było w miarę mokro ale za to wiosną długo zimno. No i co tu sadzić żeby taką huśtawkę auralną przechytrzyć? Niby wiem - rośliny prerii i stepów, one znoszą bardzo mroźne zimy i bardzo gorące lata. Niektóre to nawet niewielką ilość opadów znoszą. No to są jeżówki i preriowe trawy, przetacznikowce i krwawniki, krwawnice, sedumki i żeleźniaki. W zasadzie to baaardzo książkowo i prawilno.
Tylko że one wszystkie schowają się przed mroźną zimą pod ziemię, jak na przyzwoite rośliny prerii i stepów przystało. Znaczy mumie niby zostają ale nie wszystkie są trwałe i ozdobne. A ja mam takie mało racjonalne oczekiwanie że zimową porą nie będę oglądała rozmoczonych i rozwalonych traw tylko pooglądam sobie zimową kompozycję z roślin zachowujących jakiś kształt i tworzących przyjemną dla oka strukturę nasadzeń. No i co? Szałwia lekarska, lawenda, solidnie rozrośnięta perowskia robią za tło dla mumii sedumków czy jeżówek, szczerze pisząc cóś nie wyobrażam sobie mojego podwórka bez krzewinek czy tam inszych półkrzewów. Uprawa półkrzewów to w naszym klimacie tzw. stresor, zimą wiecznie uprawiam pogodę, zupełnie jak ogrodnik o którym pisał Hašek.
Na szczęście lawendową posuchę pięknie wynagrodził kwitnący rozchodnik biały Sedum album. To skromna roślinka, bardzo przeze mnie lubiana za zadarnianie gleby na Suchej - Żwirowej. Dużo słońca, w miarę przepuszczalne podłoże i jazda! Jest parę odmian tego rozchodnika o różnych barwach liści - 'Coral Carpet' uprawiana w pełnym słońcu cieszy oko jak mało który niski rozchodnik, 'Murale' wpada bardziej w zielono - miedziane tony, 'Laconicum' rośnie bardzo bujnie, jej liście mają sporo czerwieni, za to 'Micranthum Chloroticum' jest niziutka, drobniutka, mało ekspansywna i szaro - zielona. Można wybierać kolorek na dywan, he, he.
Teraz zastanawiam się co otrzymam i jakie akcje z okrywaniem roślin czekają mnie zimą. Radosne sadzenie latem a potem zimowy stres. A Wielki Pogodowy tak jakoś głupio pogodą ostatnio zarządza że wiosny i lata mamy jak w jakiej Prowansji za to zimy z mroźnymi pozdrowieniami z Syberii. Tylko w zeszłym roku było w miarę mokro ale za to wiosną długo zimno. No i co tu sadzić żeby taką huśtawkę auralną przechytrzyć? Niby wiem - rośliny prerii i stepów, one znoszą bardzo mroźne zimy i bardzo gorące lata. Niektóre to nawet niewielką ilość opadów znoszą. No to są jeżówki i preriowe trawy, przetacznikowce i krwawniki, krwawnice, sedumki i żeleźniaki. W zasadzie to baaardzo książkowo i prawilno.
Tylko że one wszystkie schowają się przed mroźną zimą pod ziemię, jak na przyzwoite rośliny prerii i stepów przystało. Znaczy mumie niby zostają ale nie wszystkie są trwałe i ozdobne. A ja mam takie mało racjonalne oczekiwanie że zimową porą nie będę oglądała rozmoczonych i rozwalonych traw tylko pooglądam sobie zimową kompozycję z roślin zachowujących jakiś kształt i tworzących przyjemną dla oka strukturę nasadzeń. No i co? Szałwia lekarska, lawenda, solidnie rozrośnięta perowskia robią za tło dla mumii sedumków czy jeżówek, szczerze pisząc cóś nie wyobrażam sobie mojego podwórka bez krzewinek czy tam inszych półkrzewów. Uprawa półkrzewów to w naszym klimacie tzw. stresor, zimą wiecznie uprawiam pogodę, zupełnie jak ogrodnik o którym pisał Hašek.
Na szczęście lawendową posuchę pięknie wynagrodził kwitnący rozchodnik biały Sedum album. To skromna roślinka, bardzo przeze mnie lubiana za zadarnianie gleby na Suchej - Żwirowej. Dużo słońca, w miarę przepuszczalne podłoże i jazda! Jest parę odmian tego rozchodnika o różnych barwach liści - 'Coral Carpet' uprawiana w pełnym słońcu cieszy oko jak mało który niski rozchodnik, 'Murale' wpada bardziej w zielono - miedziane tony, 'Laconicum' rośnie bardzo bujnie, jej liście mają sporo czerwieni, za to 'Micranthum Chloroticum' jest niziutka, drobniutka, mało ekspansywna i szaro - zielona. Można wybierać kolorek na dywan, he, he.
niedziela, 10 czerwca 2018
'Bloomfield Abundance' - róża zagadkowa
Chyba najbardziej tajemnicza róża w moim ogrodzie, taki różany sfinks. Obecnie zaliczana do grupy Floribunda, zarejestrowana w roku 1920 w Stanach Zjednoczonych Ameryki przez niejakiego Captain Georgea C. Thomasa ( nie wiem dlaczego ten kapitański stopień taki ważny, prawie jak tytuł szlachecki w Zjednoczonym Królestwie ). Na rynek wprowadziła tę odmianę firma Bobbink &Atkins i w tym samym 1920 roku pod tą samą nazwą która nadał jej hodowca. 'Bloomfield Abundance' zaliczana była do różnych różanych grup - China / Bengale, Floribunda, Hybrid Tea, Polyantha. Tak sobie pachnąca, nie zapach jest jej mocną stroną a jak to ładnie ujął David Austin- najładniejsze miniaturowe kwiaty w typie klasycznego mieszańca herbatniego. Te kwiatowe cuda liczą sobie od 41 do 56 płatków, pojawiają się rzutami przez prawie cały sezon. Osiągają średnicę około 5 cm. Krzewy tej odmiany dorastają w optymalnych warunkach do ponad dwóch metrów wysokości, u nas na takie rozmiary raczej nie ma co liczyć ( będzie dobrze jak dojdzie do 120 cm wysokości ) bo to ciepłolubna róża ( jeżeli mieszkacie w zimniejszej strefie niż 6b to z uprawą tej róży będą problemy ). Odmiana powstała ze skrzyżowania róż 'Sylvia' (Paul 1911) x 'Dorothy Page Roberts'. 'Sylvia' to stosunkowo niewysoka hybryda wichuraiana, 'Dorothy Page Roberts' to mieszaniec herbatni. Po mamusi 'Bloomfield Abundance' odziedziczyła pokrój, wiotkie pędy i wielkość kwiatów, po tatusiu mieszańcu herbatnim kolor kwiatów, ich zapach i przede wszystkim ciągłość kwitnienia. Liście pięknie zielone, niestety nieodporne na mączniaka.
Teraz będzie o zagadce. W 1941 roku w Stanach Zjednoczonych, w szkółce Howard Rose Co. odkryto róże bardzo podobną do odmiany 'Cécile Brunner'. Nazwano ją 'Spray Cécile Brunner' i w tymże 1941 roku wprowadzono ją do handlu. Przez wiele lat panowało solidne różane zamieszanie, uważano bowiem że odmiana 'Bloomfield Abundance' jest tożsama z odmianą 'Spray Cécile Brunner'. W handlu używano obu nazw jako synonimów. Dopiero analiza DNA przeprowadzona przez Florida Southern College potwierdziła że 'Spray Cécile Brunner' jest praktycznie identyczny zarówno z 'Cécile Brunner', jak i z 'Cl.Cécile Brunner', co sugeruje, że 'Spray Cécile Brunner' jest sportem róży 'Cécile Brunner'. Z 'Bloomfield Abundance' ten sport ma wbrew pozorom bardzo mało wspólnego. Jak dla mnie te pomyłki to zdziwna sprawa bo kwiaty "Cecylki" na tzw. zwykły ogląd różnią się od kwiatów 'Bloomfield Abundance'. Hym... może to nie tyle była tajemnica różana co tajemnica handlowa?
Teraz będzie o zagadce. W 1941 roku w Stanach Zjednoczonych, w szkółce Howard Rose Co. odkryto róże bardzo podobną do odmiany 'Cécile Brunner'. Nazwano ją 'Spray Cécile Brunner' i w tymże 1941 roku wprowadzono ją do handlu. Przez wiele lat panowało solidne różane zamieszanie, uważano bowiem że odmiana 'Bloomfield Abundance' jest tożsama z odmianą 'Spray Cécile Brunner'. W handlu używano obu nazw jako synonimów. Dopiero analiza DNA przeprowadzona przez Florida Southern College potwierdziła że 'Spray Cécile Brunner' jest praktycznie identyczny zarówno z 'Cécile Brunner', jak i z 'Cl.Cécile Brunner', co sugeruje, że 'Spray Cécile Brunner' jest sportem róży 'Cécile Brunner'. Z 'Bloomfield Abundance' ten sport ma wbrew pozorom bardzo mało wspólnego. Jak dla mnie te pomyłki to zdziwna sprawa bo kwiaty "Cecylki" na tzw. zwykły ogląd różnią się od kwiatów 'Bloomfield Abundance'. Hym... może to nie tyle była tajemnica różana co tajemnica handlowa?
'A Shropshire Lad' - o słodyczy pełnej nostalgii
Śmietana i truskawka, jak w Eton Mess, do tego mocno brzoskwiniowe tony przy odpowiedniej pogodzie, słodki do bólu zapach, taki z owocowymi nutami, wigor i zdrowie. Skąd więc ta nazwa kojarząca się z nostalgią i przemijaniem wyzierającym z wierszy Alfreda Housmana? Przeca to musi być coś więcej niż tylko data introdukcji róży w setną rocznicę wydania zbioru poezji "A Shropshire Lad". Trochę to by było za proste, przecież Austin mógł w roku 1997 wypuścić na rynek całkiem inną różę, co roku parę nowych odmian jego szkółka wprowadza na rynek. Dlaczego właśnie ta, tak pełna życia, kwitnąca "słodkim" kwiatem odmiana została uhonorowana nazwą tego konkretnego tomiku wierszy? Na pewno to coś więcej niż tylko klasyczna rozetowa budowa kwiatów tak miła sercu miłośników różanej nostalgii, tych dawnych dobrych czasów kiedy róże pachniały własnym zapachem w ogrodach i oranżeriach a nie były przemysłowo uprawiane i skrapiane olejkami ( podejrzanymi mieszankami z geraniolem w roli głównej ) w celu nadania im odpowiedniego zapachu. Nikt w owych czasach nie naświetlał nasion w celu uzyskania niespotykanych mutacji, nie grzebał urządzeniami High Tech w kodzie genetycznym, nie uprawiał krzewów w ilości paru milionów sztuk jednej pokupnej odmiany. Tęsknota za minionym a pięknym?
A może to apoteoza przetrwania, wszak wiersze Housmana nie zachwycały wielu wybitnych krytyków poezji w XX wieku, trzeba było czasu który pozwolił ocenić je nie tylko jako tzw. wykwit epoki. No a w tej róży jest wszystko co najlepsze mogła nam dać epoka róż wiktoriańskich, cały ten spadek zamknięty w jednej nowoczesnej odmianie. A może to po prostu tęsknota za młodością, śmietankowo - różową, pachnąca nam obłędnie w pamięci jak nic realnego nie jest w stanie pachnieć? Tajemnicą tajemnic jest dlaczego akurat potomek odmiany 'Leander' był dla Davida Austina godnym tej a nie innej nazwy. Teraz o samej różycy - krzew dorasta optymalnie do 185 cm ale to raczej nie w naszym klimacie, szerokość osiągana to tak na maksa 150 cm ale częściej krzew jest znacznie węższy. Kwiat pełny , potrafi mieć około dziewięćdziesięciu płatków, o średnicy ośmiu centymetrów. Odmiana jest dość wytrzymała na mrozy, w moich miejskich warunkach jej nie kopczykuję ani nie okrywam na zimę. Przyuważyłam ze bardziej brzoskwiniowe tony kwiaty przybierają podczas jesiennego kwitnienia. Tegoroczne czerwcowe fotki nie oddają pełni urody tej róży, jest po prostu za ciepło a to nie robi dobrze różom na coolorek. No takie czasy mamy że róże fotkować tak aby uchwycić ich tożsamość jest ciężko!
A może to apoteoza przetrwania, wszak wiersze Housmana nie zachwycały wielu wybitnych krytyków poezji w XX wieku, trzeba było czasu który pozwolił ocenić je nie tylko jako tzw. wykwit epoki. No a w tej róży jest wszystko co najlepsze mogła nam dać epoka róż wiktoriańskich, cały ten spadek zamknięty w jednej nowoczesnej odmianie. A może to po prostu tęsknota za młodością, śmietankowo - różową, pachnąca nam obłędnie w pamięci jak nic realnego nie jest w stanie pachnieć? Tajemnicą tajemnic jest dlaczego akurat potomek odmiany 'Leander' był dla Davida Austina godnym tej a nie innej nazwy. Teraz o samej różycy - krzew dorasta optymalnie do 185 cm ale to raczej nie w naszym klimacie, szerokość osiągana to tak na maksa 150 cm ale częściej krzew jest znacznie węższy. Kwiat pełny , potrafi mieć około dziewięćdziesięciu płatków, o średnicy ośmiu centymetrów. Odmiana jest dość wytrzymała na mrozy, w moich miejskich warunkach jej nie kopczykuję ani nie okrywam na zimę. Przyuważyłam ze bardziej brzoskwiniowe tony kwiaty przybierają podczas jesiennego kwitnienia. Tegoroczne czerwcowe fotki nie oddają pełni urody tej róży, jest po prostu za ciepło a to nie robi dobrze różom na coolorek. No takie czasy mamy że róże fotkować tak aby uchwycić ich tożsamość jest ciężko!
Subskrybuj:
Posty (Atom)