niedziela, 11 listopada 2018
Ogród nieposprzątany
To był sezon w którym Alcatraz został puszczony samopas, znaczy ogród robił co chciał. Przede wszystkim skończyłam z wiosennym zgrabianiem zdechłych liści, jak las to las a w lesie nikt liści nie zgrabia. Bezczelnie bez ludzkiej pomocy zamieniają się w próchnicę. Czy miałam dzięki temu więcej chwastów? Hym... zachwastowienie było przeciętne, spektakularnych rozsiewań nie zauważyłam. Szczerze pisząc bardziej mnie martwi ta część ogrodu w której szaleje żubrówka, tam to się powysiewała nawłoć, którą tępię z uporem maniaka. Natomiast w miejscach gdzie liście nie zostały sprzątnięte ekspansja nawłoci nie jest specjalnie widoczna. Znaczy spektakularnego ataku nie było tylko jakieś tam pojedyncze próby zajęcia terenu. Donoszę też że straty wśród cebul narcyzowych nie były związane z korzystniejszymi dla gryzoni warunkami a z działalnością wrednej muchówki ( pobzyga cebularz jest francą zajadle tropiącą narcyzy, dobrze że nie zalęgła się u mnie udnica bo w niebezpieczeństwie byłyby i inne cebulowe ). Walczyć z latającymi szkodnikiem należy w maju i opadłe liście nie mają nic do tego. Nieruszanie grabiami liści i gromadzenie małego chruściku w jednym miejscu przyciągnęło kolejne jeże, w związku ze związkiem solidne straty w hostowych liściach spowodowały upały a nie ślimory.
No a jak ja się czuję z tym ogrodowym nieposprzątaniem? Szczerze pisząc człowiek musi się przyzwyczaić do tego że nie należy szaleć wiosną z grabiami. Zakodowało się przez te kilkanaście lat ogrodowania wiosenne sprzątanko po którym ogród jest wypucowany i gotowy do kiełkowania wyczynowego. W przeciwieństwie do mła stary kręgosłup od razu docenił radości wiosennego lenistwa, mła tyż się przestawiła kiedy zobaczyła że wczesnowiosennym roślinom cebulowym niestraszna kordła z liści i że jakoś tak bardziej naturalnie wyglądają kwitnąc na tym tle. W przyszłym roku będziemy mieć drugi sezon bez wiosennych porządków, zobaczymy co nowego nam ten kolejny brak sprzątania liści przyniesie. Mam nadzieje że przełoży się na jak najlepszą formę paproci i tych wszystkich podszytów typu disporopsisy i dispora. Kto wie, może za jakiś czas wykonam to czym od paru lat grożę czyli storczyki zapuszczę?
sobota, 10 listopada 2018
Wpis na stulecie Najjaśniejszej Odzyskanej
"Ciężkie to czasy, w których człek jest zdrajcą,
Nie wiedząc o tym."
"Makbet " - William Shakespeare w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego
Hip, hip, hurra, hip, hip hurra, w górę , w górę tego szczura! Piłsudski już był wszystkim kim tzw. dobry Polak być powinien - zdrajcą, mężem opatrznościowym, znowu zdrajcą, po raz kolejny mężem opatrznościowym. Prywatnie rozwiedzionym katolikiem i żonatym protestantem albo jakoś tak na odwrót. Na dodatek był Dziadkiem i półbogiem. Tak sobie przemyśliwam z okazji stulecia urodzin Najjaśniejszej Odzyskanej ( cium, cium w urodzinki ) o tym narodzeniu. He, he, he, wicie rozumicie, pamięć historyczna to cóś jak te filmy z porodówki co to na nich włoska łonowego nie uświadczysz, smrodu wód płodowych z przyczyn oczywistych nie poczujesz, nowo narodzony co prawda niewyjściowo się prezentuje ale przeca to film i nikt nie każe oślizgłego, ubabranego krwią małego netoperka organoleptycznie poznawać. No i wrzasku co lepszego nie zarejestrowano bo lekarz z sali wyrzucił a tatuś fajtnął już na korytarzu bo myślał że " to będzie inaczej". Taa, pamięć historyczna tak się ma do realu jak te filmy do tego czym naprawdę jest poród. Ciężka fizjologia jest dodupna, rodzinna telenowela to jest cóś. Zastanawiam się czy nie powinno się zakazać oglądania niektórych programów jakby historycznych powstałych wyraźnie "ku pokrzepieniu serc" , sprzedawanie mitów źle się kończy. Wygląda jednak na to że tzw. naród kocha bajki a wykwit naroda czyli szczerzepolacy są w fazie odlotu w stronę ideologii wujka Adiego ( no bo podobne do bajek o Aryjczykach pseudosłowiańskie wiedźmińskie klimaty so lepsze niż smęcenie o bajdach sprzed stu lat ).
No i jak tak sobie przemyśliwam urodzinowo to co i raz mi wychodzi że u nas co bardziej wybitny przywódca to zdrajca i sprzedawczyk. Od Bolesława Szczodrego zwanego też Śmiałym poczynając ( któren co prawda "zdradził" tylko Kościół Matkę Naszą ale za to na pewno nie był w związku z tą zdradą prawdziwym Polakiem, przynajmniej w szczerzepolskim rozumieniu ) na słynnym Bolku Wałęsie kończąc. Nawet św. Stanisław, patron naszego kraju, patrząc z punktu interesów Polski bynajmniej świętym nie był. I w dodatku mła wychodzi że wcale nie różnimy się w tym zdradziectwie notorycznym od inszych nacji. Ech... że też ta historia nie chce złośliwie być czarno - biała tylko lubi wszelkie odcienie szarzyzny. A my tak uparcie uczymy dzieci tej wersji komiksowej, prostej do bólu, w której są tylko zdrajcy i bohaterowie. Generałów Zajączków najchętniej byśmy pominęli, różni kontrowersyjni typu Rozwadowski i Okulicki też lepiej żeby nie istnieli. No ale co tam generałowie, tych z samego szczytu brązujemy aż niemiło. A potem są problemy bo niektóre dzieci nigdy nie dorastają i nadal widzą świat w czaro - białej wersji i plotą androny które się nijak mają do faktów, z którymi to faktami się przecież nie dyskutuje. To wszystko, Panie tego, przez nadmiar interpretacji a małą ilość podawanych faktów.
Nie tak łatwo byłoby kształtować wg. tzw. założeń dziatwę szkolną gdyby zamiast opowieści o historii pozwolić jej poznawać jeno same zdarzenia. Nawet najdurniejszy uczeń by pokumał prędzej czy później że bohaterami czy zdrajcami to się bywa a człowiek to istota na tyle skomplikowana że ciężko ją zaszufladkować ( wicie, rozumicie - na ten przykład wujek Adi naprawdę przepadał za niektórymi zwierzętami co jak wiadomo nie przeszkodziło mu paru milionów ludzi uznanych przez niego za zwierzęta wysłać przez komin do nieba, no a w kontaktach prywatnych ponoć bywał uroczy, polityków nie znosił za to kochał artystów - gdyby nie Goebbels i tych paru innych kolegów oraz charyzma wujka Adiego to kto wie czy byśmy w ogóle powszechnie wiedzieli że wujek Adi istniał ). Tak to jest że w najgorszym potworze można odnaleźć cechy dobrego człowieka, a w dobrym człowieku cechy potwora. Ludzie nie są jednoznaczni i historia nie jest jednoznaczna. Tak bym chciała żeby z okazji tej setki która z racji odzyskania miana państwa Ojczyźnie stuknęła, świadomość o złożoności ludzi i historii stała się bardziej powszechna wśród obywateli Najjaśniejszej. Cóś mi się wydaje że lepiej by nam się wszystkim ze sobą żyło. Na razie jednak mamy tzw. reformę edukacji i stan jest taki że można podpiąć pod niego inny cytat ze szkockiej sztuki:
" Zamiary są wiatrem,
Kiedy nie idą z wykonaniem w parze."
Dzisiejszy ojczyźniano urodzinowy wpis ozdabiają perskie kfiotki, choć co do tych ostatnich to cóś nie jestem pewna jak z tą perskością jest. Wiadomo urodzinki to bez kfiotów tak głupio, mus z bukietem wystąpić.
Nie wiedząc o tym."
"Makbet " - William Shakespeare w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego
Hip, hip, hurra, hip, hip hurra, w górę , w górę tego szczura! Piłsudski już był wszystkim kim tzw. dobry Polak być powinien - zdrajcą, mężem opatrznościowym, znowu zdrajcą, po raz kolejny mężem opatrznościowym. Prywatnie rozwiedzionym katolikiem i żonatym protestantem albo jakoś tak na odwrót. Na dodatek był Dziadkiem i półbogiem. Tak sobie przemyśliwam z okazji stulecia urodzin Najjaśniejszej Odzyskanej ( cium, cium w urodzinki ) o tym narodzeniu. He, he, he, wicie rozumicie, pamięć historyczna to cóś jak te filmy z porodówki co to na nich włoska łonowego nie uświadczysz, smrodu wód płodowych z przyczyn oczywistych nie poczujesz, nowo narodzony co prawda niewyjściowo się prezentuje ale przeca to film i nikt nie każe oślizgłego, ubabranego krwią małego netoperka organoleptycznie poznawać. No i wrzasku co lepszego nie zarejestrowano bo lekarz z sali wyrzucił a tatuś fajtnął już na korytarzu bo myślał że " to będzie inaczej". Taa, pamięć historyczna tak się ma do realu jak te filmy do tego czym naprawdę jest poród. Ciężka fizjologia jest dodupna, rodzinna telenowela to jest cóś. Zastanawiam się czy nie powinno się zakazać oglądania niektórych programów jakby historycznych powstałych wyraźnie "ku pokrzepieniu serc" , sprzedawanie mitów źle się kończy. Wygląda jednak na to że tzw. naród kocha bajki a wykwit naroda czyli szczerzepolacy są w fazie odlotu w stronę ideologii wujka Adiego ( no bo podobne do bajek o Aryjczykach pseudosłowiańskie wiedźmińskie klimaty so lepsze niż smęcenie o bajdach sprzed stu lat ).
No i jak tak sobie przemyśliwam urodzinowo to co i raz mi wychodzi że u nas co bardziej wybitny przywódca to zdrajca i sprzedawczyk. Od Bolesława Szczodrego zwanego też Śmiałym poczynając ( któren co prawda "zdradził" tylko Kościół Matkę Naszą ale za to na pewno nie był w związku z tą zdradą prawdziwym Polakiem, przynajmniej w szczerzepolskim rozumieniu ) na słynnym Bolku Wałęsie kończąc. Nawet św. Stanisław, patron naszego kraju, patrząc z punktu interesów Polski bynajmniej świętym nie był. I w dodatku mła wychodzi że wcale nie różnimy się w tym zdradziectwie notorycznym od inszych nacji. Ech... że też ta historia nie chce złośliwie być czarno - biała tylko lubi wszelkie odcienie szarzyzny. A my tak uparcie uczymy dzieci tej wersji komiksowej, prostej do bólu, w której są tylko zdrajcy i bohaterowie. Generałów Zajączków najchętniej byśmy pominęli, różni kontrowersyjni typu Rozwadowski i Okulicki też lepiej żeby nie istnieli. No ale co tam generałowie, tych z samego szczytu brązujemy aż niemiło. A potem są problemy bo niektóre dzieci nigdy nie dorastają i nadal widzą świat w czaro - białej wersji i plotą androny które się nijak mają do faktów, z którymi to faktami się przecież nie dyskutuje. To wszystko, Panie tego, przez nadmiar interpretacji a małą ilość podawanych faktów.
Nie tak łatwo byłoby kształtować wg. tzw. założeń dziatwę szkolną gdyby zamiast opowieści o historii pozwolić jej poznawać jeno same zdarzenia. Nawet najdurniejszy uczeń by pokumał prędzej czy później że bohaterami czy zdrajcami to się bywa a człowiek to istota na tyle skomplikowana że ciężko ją zaszufladkować ( wicie, rozumicie - na ten przykład wujek Adi naprawdę przepadał za niektórymi zwierzętami co jak wiadomo nie przeszkodziło mu paru milionów ludzi uznanych przez niego za zwierzęta wysłać przez komin do nieba, no a w kontaktach prywatnych ponoć bywał uroczy, polityków nie znosił za to kochał artystów - gdyby nie Goebbels i tych paru innych kolegów oraz charyzma wujka Adiego to kto wie czy byśmy w ogóle powszechnie wiedzieli że wujek Adi istniał ). Tak to jest że w najgorszym potworze można odnaleźć cechy dobrego człowieka, a w dobrym człowieku cechy potwora. Ludzie nie są jednoznaczni i historia nie jest jednoznaczna. Tak bym chciała żeby z okazji tej setki która z racji odzyskania miana państwa Ojczyźnie stuknęła, świadomość o złożoności ludzi i historii stała się bardziej powszechna wśród obywateli Najjaśniejszej. Cóś mi się wydaje że lepiej by nam się wszystkim ze sobą żyło. Na razie jednak mamy tzw. reformę edukacji i stan jest taki że można podpiąć pod niego inny cytat ze szkockiej sztuki:
" Zamiary są wiatrem,
Kiedy nie idą z wykonaniem w parze."
Dzisiejszy ojczyźniano urodzinowy wpis ozdabiają perskie kfiotki, choć co do tych ostatnich to cóś nie jestem pewna jak z tą perskością jest. Wiadomo urodzinki to bez kfiotów tak głupio, mus z bukietem wystąpić.
piątek, 9 listopada 2018
Alcatraz listopadowo złoty
Jest uroczo, jakby październik nadal trwał i nie zamierzał się odpaździerniczyć. Naczelna Kura w punkt trafiła stwierdzeniem że "Jesień się zacięła". Tak, tak, na tej najfajniejszej, złotej fazie. Bezczelnie przyznaję że mam ochotę ćwierkać "Chwilo trwaj!", wcale nie spieszy mi się do niskich temperatur. Jedyne czego mogłoby być więcej to opadów, deszczyk nocny by się przydał, rano rzecz jasna słoneczko wstające zza mgieł. Bo mgły mi tyż w listopadzie nie przeszkadzają, pod warunkiem że temperatura jest odpowiednia. W lesie nadal grzybowo, w domu pigwowo - jabłkowo a w ogrodzie baaardzo powolne układanie się do zimowej drzemki. Po raz pierwszy od zawsze właściwie prezentuje się ambrowiec, długa słoneczna jesień wyraźnie mu służy. Liście wreszcie pięknie zaczynają się przebarwiać, o ile utrzymają się dodatnie temperatury jeszcze długo będę się cieszyć widokiem "gorejącego" krzewu. Dobrze też wyglądają berberysy, irgi i róże rugosy, nadal są kolorowe. Niestety po urodzie jesiennej klonów, oczarów, fotergilii i judaszowca zostały już tylko wspomnienia ale jeszcze złocą się liście brzóz. Trawy ciągle urocze, na ich tle ostatnie dogasające marcinki wabią oko wyblakłymi z lekka kolorami kwiatów. Od czasu do czasu jakieś zapóźnione bzyczenie się słyszy a oko zatrzymuje na motylich skrzydełkach, których właściciele powinni udać się lulu a nie śmigać po ostatnich kwiatach lawend. No ale co tu wymagać od owadów kiedy człowiek nachodzi na Suchej - Żwirowej irysowy pąk dla którego listopad nie jest naturalną porą pączenia.
środa, 7 listopada 2018
Ogrodowe rozkminy - początki ogrodowania
"Ogród – pojęcie z zakresu ogrodnictwa oznaczające miejsce przeznaczone do uprawy roślin." Tyle Wikipedia, sucho i zwięźle. Znacznie więcej znajdzie się pod hasłem ogrodnictwo, tam będzie o tym że hortologia to wyspecjalizowany dział tzw. nauk rolniczych który zajmuje się roślinami sadowniczymi, warzywnymi i ozdobnymi ( kolejność nieprzypadkowa, miejsce w klasyfikacji zależy od wpływu na gospodarkę ). Taa... wiem że jak się człowiek wgapia w ciągnące się kilometrami uprawy sadownicze czy solidną plantację truskawek to ciężko mu to skojarzyć ze słowem ogród. Dla dzisiejszych ludzi to słowo ma bardziej kameralne konotacje, uprawa wielohektarowa nijak nam się nie kojarzy z ogrodami tak jak Park Mużakowski ma dla nas z ogrodem niewiele wspólnego. Skąd to się wzięło? Z wielkiej kariery jednej grupy roślin, która tak zmieniła środowisko że jej uprawy zasługiwały na inną nazwę. Trawy stworzyły naszą cywilizacje, od Bliskiego Wschodu, poprzez Południową i Wschodnią Azję, Amerykę Środkową i Południową i Afrykę z której ponoć wszyscy się wywodzimy , trawy stały za naszym sukcesem. Tzw. rewolucja neolityczna, która na Bliskim Wschodzie miała miejsce ok.10000 lat p.n.e. miała swoje odpowiedniki w innych rejonach świata ( występowały różnice czasowe, ale budowanie cywilizacji zaczynało się zawsze od upraw dających możliwość wykarmienia dużej populacji ). Dzikie trawy zamieniły nam się w zboża która to nazwa natychmiast wywołuje skojarzenie ze słowem rolnictwo. Hym... dziś upraw ziemniaka też się jakoś ze słowem ogród nie kojarzy, wraz ze wzrostem liczby ludności ogrodnictwo nam rolniczeje.
Ogrodnictwo jest tak samo stare jak rolnictwo, a może jest nawet starsze. Trawy nas żywiące zaczęły swoją karierę od miejsc bliskich osiedlom ludzkim, wysiewano je jak najbliżej domów aby móc kontrolować uprawy. Po mojemu to rolnictwo wywodzi się z ogrodnictwa a nie na odwrót. Od niepamiętnych czasów bowiem oprócz traw uprawiano inne rośliny, takie strączkowe na ten przykład. One jednak zostały w przydomowych pieleszach a areał upraw traw nieustannie się rozrastał i zapoczątkował rolnictwo przez duże R. Zacznijmy jednak od tego jak wyglądały w czasach prehistorycznych owe przydomowe pielesze. Z badań dwudziestowiecznych etnologów wyłania się nam taki obraz przejścia od grup łowiecko - zbierackich do tych osiadłych i uprawiających rolę. Pierwsze domostwa były konstrukcjami budowlanymi mającymi służyć wspólnocie, grupy łowiecko - zbieracze budowały tego typu konstrukcje w puszczach Amazonii czy w Papui Nowej Gwinei. Takie obozowisko jest znacznie łatwiejsze do wzniesienia jak i do obrony niż jakieś tam indywidualne domki. Wznosi się to w miarę prosto, porzuca bez żalu i przenosi się w kolejne miejsce. W pobliżu takich osiedli ale nie w ich wnętrzu powstały pierwsze uprawne poletka. Na nich właśnie uprawiano co się uprawiać dało. Kiedy gleba uległa wyjałowieniu przenoszono osiedle i uprawę w kolejne miejsce.
Teraz będzie prostacko i bardzo łopatologicznie. W miejscach w których gleba ulegała cyklicznemu nawożeniu naturalnemu związanemu z corocznymi wylewami rzek powstały pierwsze cywilizacje ( cywilizacje Mezoameryki są ciekawym wyjątkiem, zagadka ich powstania jest niemal tak frapująca jak zagadka ich upadku ). Nie było potrzeby opuszczać domostw i wynosić się w miejsca z jeszcze niewyjałowioną glebą, natura pozwalała na odnowę jej sił witalnych a ludzie mogący prowadzić osiadły tryb życia szybko zaczęli przyswajać sobie wiedzę o gospodarowaniu wodą. Melioracja stworzyła rolnictwo i stworzyła zarazem podział na uprawy polne i uprawy ogrodowe. Nasiona traw jako produkty dające dobre plony, dające się też w miarę długo przechowywać, łatwo przewozić i mające spory zasób kaloryczny zajęły należne im miejsce pośród upraw, stanowiły podstawę diety i areał przeznaczony pod ich uprawę nieustannie się rozrastał. Inne rośliny uprawiano na mniejszą skalę, zaważyła na tym głównie możliwość przechowywania ( zdolność do tworzenia wartościowego kalorycznie i smakowo suszu ) jak i wielkość uzyskiwanych plonów. Ogrody powstałe u początków pierwszych cywilizacji były warzywnikami i sadami. To od potrzeby zapełnienia żołądków zaczęło się ogrodowanie. Oczywiście kiedy jako tako większości społeczeństw starożytnych cywilizacji udało zapełnić się żołądki to pojawiły się takie ogrody które służyły nie tylko sprawom przewodu pokarmowego.
Ogrody ewoluowały w kierunku zaspokajania innych niż czysto materialne potrzeb, choć nie za daleko odbiegało to od spraw ciała - co i raz chwalono cień rzucany przez drzewa ( no chłodek miły był ciałom prażonym przez południowe słońce, hym... to taka potrzeba półmaterialna ). Taki wyewoluowany ogród okazał się być zjawiskiem brzemiennym w wielorakie skutki. W naszym kręgu kulturowym wyobrażenie prapoczątków wiąże się z ogrodem i to bardzo konkretnym. Nazywał się Eden - "A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie" jak stoi to w Dobrej Księdze. Takie echo z przeszłości przypominające nam że podstawą z której wyrastamy jest ogród, miejsce wykrojone z natury, gdzie nie obowiązują do końca jej prawa ( ten lew i jagnię razem spoczywające ) za to w którym próbujemy tworzyć harmonijnie z nami zgraną całość. Takie wspomnienie z bardzo dalekiej przeszłości, niewątpliwie tej cywilizowanej a nie prehistorycznej ( zamieszkiwanie w ogrodzie i to zamkniętym nijak się ma do tych poletek za osiedlem od których zaczęliśmy przygodę z uprawą roślin ). Nieco to zdziwne że nie wspominamy cud pól które tak naprawdę pozwoliły nam osiągnąć sukces cywilizacyjny tylko mityczny ogród, zamknięty świat który uznajemy za ten najwłaściwszy, specjalnie dla nas stworzony. Taa... pokrętne są ścieżki ludzkiego umysłu.
Według mnie stało się tak dlatego że ogrody zaspokajały naszą potrzebę indywidualizmu, pojawiły się w tym czasie kiedy własne cztery kąty otoczone paskiem własnej ziemi stały się marzeniem a potem rzeczywistością coraz większej ilości ludzi. Starożytny ogród przydomowy, który najprawdopodobniej najwcześniej powstał w Egipcie ( przynajmniej stamtąd mamy najstarszą dokumentację istnienia tego typu założeń ) przetrwał w nas jako pragnienie własnego raju, małego kawałka natury kształtowanej w zgodzie z naszymi własnymi przekonaniami. To taka przestrzeń na której bawimy się w Najwyższego i tworzymy własne światy jednocześnie czując że kontynuujemy tradycję która nas, zarówno stadko jak i jednostki stworzyła. Szerokie pola zbóż nastawione na zapełnianie żołądków nam tego poczucia indywidualnej radochy nie zapewniają. Zatem niech żyje Eden i wszystkie jego pomioty, nawet te co mają trzydzieści metrów kwadratowych i cementowe lwy i orły w charakterze ozdóbstw!!!
Dzisiejszy post ozdabiają foty Wielkiego Indywidualisty. Większość ludziów kojarzy Clauda Moneta z impresjonizmem, kierunkiem XIX wiecznego malarstwa. A to Wielki Ogrodnik był, ze swojego ogrodu stworzył dzieło sztuki - chyba nikt tak jak on nie ilustruje mojej tezy o tym że dlatego ogrodujemy bo nie tracąc poczucia bycia częścią natury i naszego stadka, indywidualnie tworzymy własne raje.
Ogrodnictwo jest tak samo stare jak rolnictwo, a może jest nawet starsze. Trawy nas żywiące zaczęły swoją karierę od miejsc bliskich osiedlom ludzkim, wysiewano je jak najbliżej domów aby móc kontrolować uprawy. Po mojemu to rolnictwo wywodzi się z ogrodnictwa a nie na odwrót. Od niepamiętnych czasów bowiem oprócz traw uprawiano inne rośliny, takie strączkowe na ten przykład. One jednak zostały w przydomowych pieleszach a areał upraw traw nieustannie się rozrastał i zapoczątkował rolnictwo przez duże R. Zacznijmy jednak od tego jak wyglądały w czasach prehistorycznych owe przydomowe pielesze. Z badań dwudziestowiecznych etnologów wyłania się nam taki obraz przejścia od grup łowiecko - zbierackich do tych osiadłych i uprawiających rolę. Pierwsze domostwa były konstrukcjami budowlanymi mającymi służyć wspólnocie, grupy łowiecko - zbieracze budowały tego typu konstrukcje w puszczach Amazonii czy w Papui Nowej Gwinei. Takie obozowisko jest znacznie łatwiejsze do wzniesienia jak i do obrony niż jakieś tam indywidualne domki. Wznosi się to w miarę prosto, porzuca bez żalu i przenosi się w kolejne miejsce. W pobliżu takich osiedli ale nie w ich wnętrzu powstały pierwsze uprawne poletka. Na nich właśnie uprawiano co się uprawiać dało. Kiedy gleba uległa wyjałowieniu przenoszono osiedle i uprawę w kolejne miejsce.
Teraz będzie prostacko i bardzo łopatologicznie. W miejscach w których gleba ulegała cyklicznemu nawożeniu naturalnemu związanemu z corocznymi wylewami rzek powstały pierwsze cywilizacje ( cywilizacje Mezoameryki są ciekawym wyjątkiem, zagadka ich powstania jest niemal tak frapująca jak zagadka ich upadku ). Nie było potrzeby opuszczać domostw i wynosić się w miejsca z jeszcze niewyjałowioną glebą, natura pozwalała na odnowę jej sił witalnych a ludzie mogący prowadzić osiadły tryb życia szybko zaczęli przyswajać sobie wiedzę o gospodarowaniu wodą. Melioracja stworzyła rolnictwo i stworzyła zarazem podział na uprawy polne i uprawy ogrodowe. Nasiona traw jako produkty dające dobre plony, dające się też w miarę długo przechowywać, łatwo przewozić i mające spory zasób kaloryczny zajęły należne im miejsce pośród upraw, stanowiły podstawę diety i areał przeznaczony pod ich uprawę nieustannie się rozrastał. Inne rośliny uprawiano na mniejszą skalę, zaważyła na tym głównie możliwość przechowywania ( zdolność do tworzenia wartościowego kalorycznie i smakowo suszu ) jak i wielkość uzyskiwanych plonów. Ogrody powstałe u początków pierwszych cywilizacji były warzywnikami i sadami. To od potrzeby zapełnienia żołądków zaczęło się ogrodowanie. Oczywiście kiedy jako tako większości społeczeństw starożytnych cywilizacji udało zapełnić się żołądki to pojawiły się takie ogrody które służyły nie tylko sprawom przewodu pokarmowego.
Ogrody ewoluowały w kierunku zaspokajania innych niż czysto materialne potrzeb, choć nie za daleko odbiegało to od spraw ciała - co i raz chwalono cień rzucany przez drzewa ( no chłodek miły był ciałom prażonym przez południowe słońce, hym... to taka potrzeba półmaterialna ). Taki wyewoluowany ogród okazał się być zjawiskiem brzemiennym w wielorakie skutki. W naszym kręgu kulturowym wyobrażenie prapoczątków wiąże się z ogrodem i to bardzo konkretnym. Nazywał się Eden - "A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie" jak stoi to w Dobrej Księdze. Takie echo z przeszłości przypominające nam że podstawą z której wyrastamy jest ogród, miejsce wykrojone z natury, gdzie nie obowiązują do końca jej prawa ( ten lew i jagnię razem spoczywające ) za to w którym próbujemy tworzyć harmonijnie z nami zgraną całość. Takie wspomnienie z bardzo dalekiej przeszłości, niewątpliwie tej cywilizowanej a nie prehistorycznej ( zamieszkiwanie w ogrodzie i to zamkniętym nijak się ma do tych poletek za osiedlem od których zaczęliśmy przygodę z uprawą roślin ). Nieco to zdziwne że nie wspominamy cud pól które tak naprawdę pozwoliły nam osiągnąć sukces cywilizacyjny tylko mityczny ogród, zamknięty świat który uznajemy za ten najwłaściwszy, specjalnie dla nas stworzony. Taa... pokrętne są ścieżki ludzkiego umysłu.
Według mnie stało się tak dlatego że ogrody zaspokajały naszą potrzebę indywidualizmu, pojawiły się w tym czasie kiedy własne cztery kąty otoczone paskiem własnej ziemi stały się marzeniem a potem rzeczywistością coraz większej ilości ludzi. Starożytny ogród przydomowy, który najprawdopodobniej najwcześniej powstał w Egipcie ( przynajmniej stamtąd mamy najstarszą dokumentację istnienia tego typu założeń ) przetrwał w nas jako pragnienie własnego raju, małego kawałka natury kształtowanej w zgodzie z naszymi własnymi przekonaniami. To taka przestrzeń na której bawimy się w Najwyższego i tworzymy własne światy jednocześnie czując że kontynuujemy tradycję która nas, zarówno stadko jak i jednostki stworzyła. Szerokie pola zbóż nastawione na zapełnianie żołądków nam tego poczucia indywidualnej radochy nie zapewniają. Zatem niech żyje Eden i wszystkie jego pomioty, nawet te co mają trzydzieści metrów kwadratowych i cementowe lwy i orły w charakterze ozdóbstw!!!
Dzisiejszy post ozdabiają foty Wielkiego Indywidualisty. Większość ludziów kojarzy Clauda Moneta z impresjonizmem, kierunkiem XIX wiecznego malarstwa. A to Wielki Ogrodnik był, ze swojego ogrodu stworzył dzieło sztuki - chyba nikt tak jak on nie ilustruje mojej tezy o tym że dlatego ogrodujemy bo nie tracąc poczucia bycia częścią natury i naszego stadka, indywidualnie tworzymy własne raje.
piątek, 2 listopada 2018
Cmentarne snujki
Jak pięknie nam się popierniczyło, pogoda taka że tylko kwiczeć ze szczęścia gdyby nie ten brzydki szepcik w mózgu "Normalne to to nie jest". Ten szepcik kieruje me ślepia w górę w celu wypatrywania komety i innych znaków grożących. No w listopadzie to winny opadać ostatnie liście, lać deszcze i snuj się po ziemi snuć powinien, taki wpełzający do domów i atakujący ludzi "grypom i depresjom". A tu temperatury z tych wiosennych, czuć zapach ziemi a nie tylko charakterystyczną dla późnej jesieni woń butwiejących liści. No i te promienie słoneczne wydobywające kolory ze wszystkiego z czego da się jeszcze wydobyć. Normalnie tylko rapetką grzebnąć w glebę i do lasu na grzyby się udać albo do ogrodu w ramach ogrodowania zajrzeć. Oczywiście piękna pogoda nie eliminuje jesiennych przypadłości, zwłaszcza tych kocich. W domu tradycyjny o tej porze roku koci szpitalik, bo po co chorować tak sobie jednostkowo jak można urządzić grupowe niedomagania. W związku ze związkiem co i raz wizytuję naszego dohtora z co i raz inszym członkiem naszego kociego stada. Ramię mi niedługo odpadnie od dźwigania kontenerka a mózg od kombinowania forsy ( bestie nie chcą jeździć komunikacją miejską, ryczą w niej okrutnie domagając się wożenia tyłków taksówkami ). Ech, paniska z tych moich kotów!
Małgoś - Sąsiadka zaciągnęła mnie na cmentarz, w charakterze obstawy vipa kontrolującego prawidłowe wykonanie zadania przez członków rodziny. Przy okazji wysłuchałam jaki scenariusz sobie przygotowała z okazji własnego pogrzebu. Hym... i dla mnie jest tam przewidziana rólka, bynajmniej nie jakiś ogon i trzymanie halabardy, nawet kwestie wypowiadam! Małgoś z wyraźną lubością babrała się w takich szczegółach jak szarfy na wieńcach ( stosowność napisów na onych spędza jej sen z powiek ) a ja obserwowałam nowe nagrobki co to wyrosły na cmentarzu jak grzybki wyjątkowo trujące. O Najwyższy Cmentarny, co to się porobiło! Wiem że romskie grzebalnictwo jest ciut insze, znaczy lampki jak choinkowe, mnóstwo dyń, mnóstwo kwiatów, mnóstwo wszystkiego ale tym razem zaskoczyła mnie swoim umiłowaniem wszystkiego najlepszego nie mniejszość etniczna ale ci należący do większości. Mój boszsz... te nasze nowe cmentarze są równie badziewne jak nasze osiedla mieszkalne, cóż to za piękne rezydencje rodacy zmarłym wystawiają, jakie Caringtonowo a nawet chwilami Mar a Lago w hołdzie straszy, śmieszy czy też tumani. Taa... cmentarze zdaje się zmieniają się w miejsca pełne grozy, człowiek zafascynowany oczu oderwać nie może od upiornych nagrobków.
Licheńskie lśnienia, łobabrazki "w kamieniu cieniowane", rzeźby chińskiej proweniencji, złocistości i kolumienki wyrastają wśród pochodzących z głębokiej komuny "lastrikowych" nagrobków ( jednakowych jak bloki z wielkiej płyty ). Społeczeństwo się nam bogaci i zachłystuje tym co uznaje za oznakę statusu. Przypomina mi się anegdotka mojego Taty o tym jak jego znajomy udał się wraz z pracownikiem do Szwecji i podczas tej podróży usłyszał był od owego pracownika zdanko o tym że "Tu bardzo biedni ludzie mieszkają, Pan popatrzy na ten cmentarz - co za bida!". Taa... urok protestanckich cmentarzy nam wyraźnie nie odpowiada, masowo budujemy cóś na kształt castrum doloris uwielbianych przez XVII wieczną polską szlachtę. Cmentarze jednak też umierają, nie każdy zostanie zabytkiem jak Powązki. Za jakiś czas przyjedzie spych i znikną chińskie konglomeraty, białe Marianny, wszelkie złocistości i cud rzeźbki. Sama widzę zamieranie cmentarzy wraz z malejącą liczbą mieszkańców miasta. Pamiętam osoby w czerni odwiedzające sąsiednie groby, dziś same w nich leżą a dzieci i wnuki rozlazły się po świecie. Naturalna kolej rzeczy, pamiętamy tak do trzech pokoleń, wszystko ponad to historia. Płakać nad tym nie ma co, zawsze tak było. Prędzej zadumać się można nad tą optymistyczną pewnością która dziś każe wielu rodakom uważać miejsce spoczynku rzeczywiście za miejsce wiecznie im przypisane. I to w czasie kiedy opłaty cmentarne robią się zawrotnie wysokie, zasiłek pogrzebowy nie starcza na opłacenie kosztów pogrzebu w dużym mieście a tzw. ustawa pogrzebowa jest z epoki króla Ćwieczka. Grzebiemy się przepiąknie, jak w serialu jakimś czy cóś.
No cóż, Fryderyk Wielki wreszcie spoczął obok swoich chartów, Wolfgang Amadeusz Mozart
leży w kawałkach gdzieś tam między innymi mieszkańcami Wiednia, Doris Duke rozsypano zgodnie z jej życzeniem bez ceremonii pogrzebowej nad wodami Oceanu. A nasi przodkowie? Ci z kresów, z cmentarzy pozarastanych przez lasy, ci co to ich wywieźli w różnych kierunkach i śladu po nich nie zostało? Pamiętamy ich mimo że w cud granitowych festungach grobowych nie leżą, literków złotych nie mają ani różyczków z mosiądza. Co roku pod białymi brzozowymi krzyżami w Warszawie świeczki stawiają - to piękny zwyczaj. Pod Mękami Pańskimi, wielkimi krzyżami na cmentarzach pełno ogni dla tych co grobów nie mają. Nie trza marmurów, chryzantem skomponowanych w wymyślne wiązanki, wielogodzinnego stania przy grobach, wystarczy tylko pamięć która zamienia historię w coś nam bliskiego. Taa... tylko z pomnikiem to mniej kłopotów, a pamiętanie bywa czasem wymagającym zajęciem. Prościej pomnik cudny ustawić żeby somsiady wiedziały z jaką familią mają do czynienia niż chcieć pamiętać. To nie jest moralizowanie, przemawia smętne doświadczenie życiowe - nie lubimy zmarłych, tak jak nie lubimy chorych. Rozumiem to, razi mnie tylko hipokryzja w którą obrastamy jak w tłuszcz i która znajduje wyraz w cudnościach nagrobnych. Mam nadzieję że kiedy przyjdzie czas by to co ze mnie zostanie schować, to ustawa pogrzebowa będzie respektowała prawo jednostki do stanowienia co też ma się dziać z jej ciałem post mortem a nie wspomagała interes zakładów pogrzebowych i administracji cmentarzy. Po spaleniu byłabym świetna jako odżywka pod ukochane irysy, Mamelon z kolei twierdzi że powinno się na jej prochach posadzić jakieś fajne drzewo. Tak, wydziedziczę każdego kogo będę podejrzewała o chęć pieprznięcia mi marmura, a za różyczkę z mosiądza nawet postraszę.
Dzisiejsze łobabrazki to XIX wieczne malarstwo "na temat". Dwa pierwsze chryzantemowe malowidła stworzył Claude Monet, trzecie wyszło spod pędzla Pierre Augusta Renoira, scenkę rodzajową "Dzień Wszystkich Świętych" namalował Émile Friant, a panią z chryzantemami James Tissot. Kolejne chryzantemowe dziełko stworzył mistrz martwej natury Henri Fantin - Latour a smutny obrazek ze staruszką Jakub Schikaneder.
wtorek, 30 października 2018
Ogrodowe podsumowanie miesiąca
Wrzesień podsumowałam napisem "Nadal lato" , październik to "Niemal lato". Większość miesiąca upłynęła nam w blasku słonecznych promieni, jedynie trzecia dekada miała w sobie sporą dawkę prawdziwej jesieni. W Centralno - Polszcze kończymy jednak ten miesiąc pławiąc się w niemal letnich temperaturach, jakieś nieprawdopodobne jesienią stopnie na plusie pokazuje termometr zaokienny. Miesiąc był bardziej pracowity niż poprzednie, pogoda sprzyjała więc szczęśliwie dokończyłam cebulowanie ( no bo zaklinanie się wrześniowe że nie dokupię cebul zaklinaniem a jak okazja była to żal przepuścić ). Teraz zostaje mi niecierpliwe wyczekiwanie wiosny, wyglądanie tych krokusów, przebiśniegów i małych irysków. Całej tej pierwszyzny cebulowej tak cieszącej oczy na przedwiośniu. Oczywiście grubszych robót ogrodowych nie ruszyłam, po pierwsze nie miałam siły, po drugie w domu wyskakiwały inne sprawy wymagające mojej uwagi. Jednak cieszę się z tego co udało się zrobić, z porozsadzania niektórych bylin, z posadzenia paru nówek. Zapowiedzi przyszłego sezonu też rysują się ciekawie. Robert przysłał zdjęcia nowych irysowych siewek i selektów przeznaczonych do rejestracji. Wyhaczyłam parę esdebiąt co to w sam raz na Suchą - Żwirową paszą. No i przynajmniej trzy odmiany TB które powinny zaszczycić nasz ogród. Mamelonowi jeszcze nie pokazałam bo w związku zn tzw. pielgrzymką do Rzymu i przedzimowym ( he, he, he ) brakiem miejsca w ogrodzie nie należy jeszcze wykonywać kuszenia ( a jestem pewna że w przypadku jednego TB kuszenie byłoby skuteczne ). Także nie jest beznadziejnie, mimo nadchodzącego listopada, grudnia, stycznia i lutego. Taa, nie jest całkiem beznadziejnie...
piątek, 26 października 2018
Dodupnik
No i się wzięło i się zrobiło, znaczy pogoda zdoopniała. Szaro, buro a w tym tygodniu zaciemnienie. Oj, nie jestem ja szczęśliwa kiedy dookoła robi się buro. Nie żebym tam oprotestowywała deszczowe dni, pochmurność urodna jest, mnie tylko dobija miejska wersja niepogodnej jesieni. Wicie rozumicie, jadowite mgiełki oblepiające wszystko wokół, kolory zszarzałe, ciemność wilgotną a niemiłą zapadającą o trzeciej po południu - wszystkie te syfilizmy miejskie, łącznie z zapachem palonego miału. Natura naga, odarta z zieleni czy koloru przebarwionych liści, niemająca możliwości przykrycia sobą tej miastowizny w najgorszym wydaniu atakującej zewsząd. Zły czar industrializacji rzucony na kolorowy świat. Może przesadzam z tym miastowym złem, może na wsi takie błotno jesienne klimaty są jeszcze cięższe do przeżycia ( hym...Serbinów ) ale tak mi się jakoś ubzdurało że wieś bliżej natury znaczy że świeżo w niej jakby, bardziej swobodnie i mniej dusząco ( także dosłownie ). Pewnie wściekle kolorowe opłotki z rur, domeczki ze szkiełkami w tynku elewacji czy też nowomodne domy z obtujaczonymi tyrawnikami oczu nie cieszą w pochmurne dni ale przestrzeń, pola, lasy "tuż za wsią", nawet pachnące gnojem, są tak jakoś milej nastrajające człowieka. A może tylko mła tak ma?
Może w swej olbrzymiej większości ludzie przedkładają nad wdzięki natury radości miejskie, ten cały blichtr coolorowych świateł i niby lepszego życia tak naprawdę zazwyczaj ograniczony do jednej lub dwóch dzielnic? Może robią tak dla możliwości szybkiego odwiedzenia lepsiejszego świata? Warto im żyć w mrówkowcach, kamienicach, małych domkach na małych działkach upitolonych w rządkach, tłoczyć się na ulicach aby mieć możliwość wspólnego egzystowania z większą ilością ludzi po zapadnięciu zmroku. Bo co tu robić na wsi dzikiej jak prund siędzie, interneta nie ma a za rozrywkę intelektualną to mamy albo zapas ksiunżek albo sklepik z atrakcyjną w zeszłym wieku sklepową prezentującą poglądy na świat takie sprzed dwóch wieków ? A może ludzie nie mają wyjścia albo się wydawa że nie ma wyjścia i pomieszkiwać trza tam gdzie większość pomieszkuje? W miastach, bo praca, bo szkoła dla dzieciów, bo szpital pod nosem. Bo nie nuda problemem tylko zwyczajna ciężka codzienność.
Z moją miastowością jest zdziwnie, trochę inaczej niż u większości ludków. Drzewiej kto mógł a już najwięcej lepsiejsze państwo wyjeżdżało latem na łono natury zostawiając "duszne" miasta. Jesienią późną natura zaczynała pokazywać tę mniej słodką stronę swojego jestestwa i ludkowie salwowali się ucieczką. Zjeżdżało się do miast dla pracy, dla rozrywek ( po czym została nam pamiątka w postaci tzw. sezonu teatralnego ), dla blasków gromadnego życia. No tak, ale ja taka znów strasznie gromadna nie jestem. Hym... po mojemu to natura wiosną i latem rozbuchana ukrywa miejskość miasta i mogę miasto znieść bez strasznego bólu , zimą niestety miejskość odkrywa i mam problema. Domku wiejskiego na zimę ni mam więc tylko mi zostaje udać się wzorem lepiej sytuowanych na jakąś Riwierę czy cóś, niestety sytuowanie nie jest znów tak lepsze a koty nie przepadają za zmianą miejsca, podobnie jak rodzina i sąsiedztwo. Przede mną miejska zima i nie ma się co dziwić tzw. spadkowi nastroju.
Pocieszam się że istnieją kina, jakieś miejsca dla orgii zakupowych, teatr ze spotkaniami baletowymi czy restaurany z ciekawym żarłem. No tak, tylko że to co najbardziej mnie kusi czyli kino i tarzanie się w zakupowej rozpuście ( polowanko na wysorty ) można znaleźć w sieci, niespecjalnie trza mieszkać w samym mieście żeby takimi rozrywkami się nacieszyć ( pod miastem by można, na tych oplwanych suburbiach, gdzie net i tzw. zasięg jest ). Spotkania baletowe tyż nie trwają na okrągło a ciekawość żarciową powinnam w sobie przytępić, ze względu na dobro kręgosłupa. Taa, są takie chwile kiedy mamrotanie Mamelona "Sprzedamy nasz dom i Twoją rezurę i osiądziemy na wybrzeżu w Portugalii" ma jakiś niepokojąco kuszący urok. Na szczęście zdaję sobie sprawę że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, jeszcze sobie zdawam sprawę - jak będzie za parę lat to nie wiem. Styki mi się w mózgu popsowają i będę chciała już tylko słoneczka i spokoju, co łatwo uzyskać gdy nie zna się języka którym porozumiewają się ludzie wokół ciebie. Taa, na pewno nie nirwana bo koszty opieki weterynaryjnej spore, ale taki słoneczny dom starców, bez nerwów na tsunami debilizmu politycznych, bez zgorzknienia powodowanego obserwowaniem szczerzepolskich, no i przede wszystkim bez zimy ze wszystkimi bolączkami które ta pora roku niesie. Jeszcze parę lat i może odkryję że wszystko mam gdzieś i się wypisuję, na razie w cieplejsze rejony, może na portugalskie wyspy? Kto to wie?
Takowe rozmyślania powinny napawać mnie smuteczkiem i przestrachem ale cóś nie napawają, w końcu w życiu nie chodzi o to żeby się ciągle czegoś bać i z czymś układać bo wówczas kończy się śpiewając "Bajo Bongo" zamiast "mniej kompromisowej" francuskiej wersji utworu "Dwa Serduszka". Są możliwości i kto wie czy nie uda się z nich skorzystać. Jakoś nie postrzegam takiej wyprowadzki jako emigracji tylko raczej wybór domu spokojnej starości, z naciskiem na spokojnej. Cio Mary ma nadzieję że never do tego nie dojdzie, twierdzi, moim zdaniem słusznie, że człowiek solidnie zanurzony w rzeczywistości, nawet jeśli ona podława, żyje bardziej świadomie. Totalna alienacja gdzieś tam zawsze zahacza o jałowość. Znaczy emigruj i żyj na całego, broń Najwyższy się nie wypisuj. Tylko mła się wraz z nadejściem zimy coraz częściej wyczerpują siłę baterie i smęci. Co robić, taka pora roku!
Dzisiejsze fotki to zbiorek różności - na pierwszej kubeczek cud urody zwany Pocieszycielskim ( Psie daj znać że u Cię dobrze albo przynajmniej poprawnie, wiadomości gorsze tyż zniosę ) , na drugiej zadanie bojowe wyznaczone przez Cio Mary ( "Larwa zrób to z pigwy" ), jak widzicie zgromadzono materiał, na pozostałych fotkach tzw. resztki ogrodowe focone w smętnej szarości.
Może w swej olbrzymiej większości ludzie przedkładają nad wdzięki natury radości miejskie, ten cały blichtr coolorowych świateł i niby lepszego życia tak naprawdę zazwyczaj ograniczony do jednej lub dwóch dzielnic? Może robią tak dla możliwości szybkiego odwiedzenia lepsiejszego świata? Warto im żyć w mrówkowcach, kamienicach, małych domkach na małych działkach upitolonych w rządkach, tłoczyć się na ulicach aby mieć możliwość wspólnego egzystowania z większą ilością ludzi po zapadnięciu zmroku. Bo co tu robić na wsi dzikiej jak prund siędzie, interneta nie ma a za rozrywkę intelektualną to mamy albo zapas ksiunżek albo sklepik z atrakcyjną w zeszłym wieku sklepową prezentującą poglądy na świat takie sprzed dwóch wieków ? A może ludzie nie mają wyjścia albo się wydawa że nie ma wyjścia i pomieszkiwać trza tam gdzie większość pomieszkuje? W miastach, bo praca, bo szkoła dla dzieciów, bo szpital pod nosem. Bo nie nuda problemem tylko zwyczajna ciężka codzienność.
Z moją miastowością jest zdziwnie, trochę inaczej niż u większości ludków. Drzewiej kto mógł a już najwięcej lepsiejsze państwo wyjeżdżało latem na łono natury zostawiając "duszne" miasta. Jesienią późną natura zaczynała pokazywać tę mniej słodką stronę swojego jestestwa i ludkowie salwowali się ucieczką. Zjeżdżało się do miast dla pracy, dla rozrywek ( po czym została nam pamiątka w postaci tzw. sezonu teatralnego ), dla blasków gromadnego życia. No tak, ale ja taka znów strasznie gromadna nie jestem. Hym... po mojemu to natura wiosną i latem rozbuchana ukrywa miejskość miasta i mogę miasto znieść bez strasznego bólu , zimą niestety miejskość odkrywa i mam problema. Domku wiejskiego na zimę ni mam więc tylko mi zostaje udać się wzorem lepiej sytuowanych na jakąś Riwierę czy cóś, niestety sytuowanie nie jest znów tak lepsze a koty nie przepadają za zmianą miejsca, podobnie jak rodzina i sąsiedztwo. Przede mną miejska zima i nie ma się co dziwić tzw. spadkowi nastroju.
Pocieszam się że istnieją kina, jakieś miejsca dla orgii zakupowych, teatr ze spotkaniami baletowymi czy restaurany z ciekawym żarłem. No tak, tylko że to co najbardziej mnie kusi czyli kino i tarzanie się w zakupowej rozpuście ( polowanko na wysorty ) można znaleźć w sieci, niespecjalnie trza mieszkać w samym mieście żeby takimi rozrywkami się nacieszyć ( pod miastem by można, na tych oplwanych suburbiach, gdzie net i tzw. zasięg jest ). Spotkania baletowe tyż nie trwają na okrągło a ciekawość żarciową powinnam w sobie przytępić, ze względu na dobro kręgosłupa. Taa, są takie chwile kiedy mamrotanie Mamelona "Sprzedamy nasz dom i Twoją rezurę i osiądziemy na wybrzeżu w Portugalii" ma jakiś niepokojąco kuszący urok. Na szczęście zdaję sobie sprawę że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma, jeszcze sobie zdawam sprawę - jak będzie za parę lat to nie wiem. Styki mi się w mózgu popsowają i będę chciała już tylko słoneczka i spokoju, co łatwo uzyskać gdy nie zna się języka którym porozumiewają się ludzie wokół ciebie. Taa, na pewno nie nirwana bo koszty opieki weterynaryjnej spore, ale taki słoneczny dom starców, bez nerwów na tsunami debilizmu politycznych, bez zgorzknienia powodowanego obserwowaniem szczerzepolskich, no i przede wszystkim bez zimy ze wszystkimi bolączkami które ta pora roku niesie. Jeszcze parę lat i może odkryję że wszystko mam gdzieś i się wypisuję, na razie w cieplejsze rejony, może na portugalskie wyspy? Kto to wie?
Takowe rozmyślania powinny napawać mnie smuteczkiem i przestrachem ale cóś nie napawają, w końcu w życiu nie chodzi o to żeby się ciągle czegoś bać i z czymś układać bo wówczas kończy się śpiewając "Bajo Bongo" zamiast "mniej kompromisowej" francuskiej wersji utworu "Dwa Serduszka". Są możliwości i kto wie czy nie uda się z nich skorzystać. Jakoś nie postrzegam takiej wyprowadzki jako emigracji tylko raczej wybór domu spokojnej starości, z naciskiem na spokojnej. Cio Mary ma nadzieję że never do tego nie dojdzie, twierdzi, moim zdaniem słusznie, że człowiek solidnie zanurzony w rzeczywistości, nawet jeśli ona podława, żyje bardziej świadomie. Totalna alienacja gdzieś tam zawsze zahacza o jałowość. Znaczy emigruj i żyj na całego, broń Najwyższy się nie wypisuj. Tylko mła się wraz z nadejściem zimy coraz częściej wyczerpują siłę baterie i smęci. Co robić, taka pora roku!
Dzisiejsze fotki to zbiorek różności - na pierwszej kubeczek cud urody zwany Pocieszycielskim ( Psie daj znać że u Cię dobrze albo przynajmniej poprawnie, wiadomości gorsze tyż zniosę ) , na drugiej zadanie bojowe wyznaczone przez Cio Mary ( "Larwa zrób to z pigwy" ), jak widzicie zgromadzono materiał, na pozostałych fotkach tzw. resztki ogrodowe focone w smętnej szarości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















