Miało być o niegodziwych roślinkach ale grudzień się rozgrudniował i będzie o domowych pieleszach. Wiecie skąd się wzięła nazwa grudzień? - od ziemi zmarzniętej, której grudy nie dały się rozkruszyć. Hym ... nasi słowiańscy przodkowie zdaje się nie obserwowali w tym miesiącu spektakularnych opadów śniegu. Inaczej byśmy mieli śnieżeń. A tak to mamy łyso i grudniowo. Dawniej funkcjonowała też na określenie ostatniego miesiąca w roku nazwa prosieniec, to ponoć od wysypu bab i dziadów proszalnych którzy z okazji adwentu i Świąt Bożego Narodzenia czyhali pod tłumnie odwiedzanymi kościołami, kaplicami czy Mękami Pańskimi. Od staropolskiej nazwy świąt nazywano też grudzień godnikiem lub w zgodzie z kalendarzem liturgicznym jadwentem. W każdym razie abstrachujejąc od zdziwnej etymologii nazw miesięcy niewątpliwie mamy teraz nazimek ( cóś jak przedwiośnie przed wiosną ). W związku z nazimkiem jakoś mła tak mniej roślinnie a bardziej domowo, wicie rozumicie, te wszystkie czyszczenia puszeczków, słoiczków i innego latami zbieranego badziewia, które mła wykonuje dwa razy do roku a jak się uda to tylko raz. Znaczy co robimy? - robimy przedświąteczne porzundki! W liczbie mnogiej je robimy co widać na zdjątkach poniżej. Tradycyjnie świąteczne porzundki zaczyna się od ubabrania stroików świątecznych i ustawienia ich w nieposprzątanym syfilandzie. Hym... no tradycja, tak było u mła, jest i chyba będzie.
Po pierwsze primo wyjęłam wiadro, setkę szmat i szmateczek oraz wzruszająco słabochemicznych płynów do czyszczenia ( z ostrą chemią niby łatwiej czyścić ale samemu można przy okazji sczyścić się z tego świata ). Po drugie secundo ustawiłam to wszystko w miejscu dobrze widocznym ( tzw. pole centralne w kuchni ) i zagrzewam się tym widokiem do pracy. Jak na razie cóś słabo mnie grzeje. Po trzecie tertio załatwiłam sprawę najważniejszą - pogadałam z kotami o represjach jakie wprowadzę o ile ktoś śmie łapą, sznupą lub inną częścią ciała tknąć heilige Weinachtskugel. Partisanen und Banditen, verfluchten Katzen zostaną odcięci od Rindfleich na okres drei Monate. Mam nadzieję że u kotów wytworzy się myślenie "Wir mussten am Fleisch arbeiten" i zostawią świąteczne bombidła w spokoju. Owszem w tym roku będą słoje z ustrojstwami ciężko - kusząco - wabiącymi ( wszystko co ma w składzie piórka, jakieś kawałki niby futerka i przejawia choć śladowe podobieństwo do tzw. ofiary ) ale bombki szklane będą klasycznie wisieć! I światełka lekstryczne będą się świecić więc lepiej żeby nikt kabelka zębem nie tykał. Po tym szkoleniu z elementami BHD ( Bezpieczeństwo, Higiena, Dom ) czuję się jakbym już znaczną część przedświątecznych porzundków wykonała. Co prawda wiaderko, płyny i szmaty wyzywająco stoją na środku kuchni ale nabieram pewnej wprawy w omijaniu ich wzrokiem.
Popakowałam co bardziej kruche świąteczne prezenty, w tym roku jest ich sporo bo bliscy mła czuli się ostatnio słabo ubombieni. Nie każdy decyduje się bombki nietłukące ( Ciotka Elka się zdecydowała po zeszłorocznym rozbieraniu chujinki przez Włodzimierza - straty były zbyt duże, wybombkowanie 85% wg. Ciotki Elki ) więc w tym roku Cio Mary, Wujek Jo, Dżizaas dostaną pod chujinkę szklane cudeńka. Rzecz jasna cudeńka nie są zbyt tego... gustowne ale u Cio i Wujka do ubierania drzewka służą takie szczyty smaku i designu jak mops na piłce, zajączek dosiadający marchewkę czy aniołek ze zdezelowaną aureolą. Mła uważa że z mopsem ustrojonym w rogi renifera i łosiem biorącym kąpiel z kaczuszką wpisała się w te klimaty. Dla Dżizaasa mła zakupiła była dwa kawałki szklanego torciku, bowiem Dżizaas preferuje strojenie kulinarne ( wicie, rozumicie takie szkiełka - lody w rożkach, muffinki z przystrojeniem z brokatowego kremu, jakieś makaroniki ). Ciotka Elka w tym roku też dostanie prezent kulinarny, tylko że taki bardziej dosłowny, znaczy dokuchenny. Muszę poszukać formy do magdalenek albo jakichś uroczych wykrawaczek. Popakowałam szkiełka w celofan dodając duże orzechy włoskie i plasterki suszonej pomarańczy ( nie mogłam sobie odmówić, uwielbiam fragment "Love Actually" w którym Rowan Atkinson wymyślnie pakuje prezentowy zakup ciężko wkurzonemu tym pakowaniem Alanowi Rickmanowi ). Włożyłam też trochę lukrecji dla tych co lubią apteczne smaki ( ja osobiście uwielbiam ).
W celofan zamierzam jeszcze zapakować słoiczki z konfiturą z pigwy ( tylko Ciotce Elce nic nie zapakuję, swój przydziałowy słoiczek uprowadziła i już zdążyła zeżreć - udaję że nie słyszę tego jęczenia że mało ). Cio Mary cóś ostatnio ćwierkała o marmoladzie z mandarynek jako o prezencie miłym jej podniebieniu ( a także podniebieniu jej medycznego guru które mimo cukrzycy nieźle sobie pozwala, jak to medyczni mają w zwyczaju ) ale nie wiem czy uwinę się z tym przed świętami bo ciężko jest znaleźć niekonserwowane owoce a troszki skórki dać trzeba. Rodziny i przyjaciół przeca nie będę truła! Choć czasem mam ochotę, he, he, he. Reszta prezentów zostanie zapakowana w papier z IKEA, w tym roku jak dla mła ikeowy papier do pakowania prezentów jest wyjątkowo ładny. Gdyby wypuścili materiał z tymi wzorami mła by chętnie zakupiła ale niestety jakoś na to nie wpadli. Pościel byłaby urocza. A tak à propos pościeli, niektórzy robią się bardzo bezczelni i odkopują pościel spod narzuty. Podobno lubio spać we franeli ale mła uważa że chodzi o zakazanie. Pościółkę odkopują bowiem tylko wówczas gdy mła się kręci po pokoju, mła nie ma wszyscy karnie leżą na narzucie. Wszyscy a właściwie wszystkie, Felicjan bowiem wyprowadził się do Małgoś - Sąsiadki i śpi z nią oficjalnie choć moim zdaniem nielegalnie ( w końcu niby jest mój ) w wyrze pod kocykiem i jak podejrzewam w pościeli. Jestem u Felka w niełasce od końca października czyli od jego gębowej operacji. Mogę karmić, mogę głaskać ale do domu przychodzi rzadko i głównie po to żeby strzelać focha. Stan jego zdrowia jak na razie zadowalający ( tfu, tfu, tfu! ) ale charakter ma jeszcze paskudniejszy niż miał! I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy nazimkowy wpis.
sobota, 8 grudnia 2018
piątek, 30 listopada 2018
Ogrodowe podsumowanie miesiąca
Listopad nie należy do miesięcy w których wiele dzieje się w ogrodach. Ten co prawda aż do połowy był jakby bardziej październikowy niż listopadowy ale za wiele w ogrodzie nie zrobiłam. Po prawdzie to prawie nic. No bo no bo, tak można nazwać ciąg wymówek który miałam przygotowany z okazji nicnierobienia. Z drugiej strony znacie kogoś kto szaleje w ogrodzie w listopadowy czas? Pogdybałam sobie za to - cóż bym to ja jeszcze chciała w Alcatrazie zapuścić? No ho, ho i jeszcze raz ho! Choć ho, ho, ho to bardziej grudniowe klimaty mła nie przychodzi cóś do głowy insze pohukiwanie kiedy myśli o swoich chciejstwach. Mła pragnie cienia i półcienia wiec na tapecie nieustannie drzewa i krzewy. Mła chciałby żeby w jej ogrodzie porastały takie, których nie trzeba często formować ( to ze względu na jej lenistwo a jeszcze bardziej na dobro kręgosłupa ). Mła wyobraża sobie oczarowy zagajnik, magnoliowy zakątek a nawet nieco bardziej pracochłonny sadek z jabłoni ozdobnych i drzewek z rodziny Prunus. W roli podszytu mła widzi dużo znanych cieniolubów, głównie tych niekłopotliwych ale trafiają się chciejstwa, które świadczą że mła ma nie tyle gust przerafinowany co ona ma gust zwyrodniały. No i że mła cóś nie przywiązuje wagi do kwestii finansowych ( dlaczego te cholerne japońskie rarytety są takie drogie? ! ). Stara to śpiewka, od chyba trzech lat co jesień chcę dosadzać drzewa, znaczy takie są gryplany. Wiosną rzeczywiście kupuję drzewa a potem cały sezon przymierzam ostatecznie dołując je w doniczce jesienią bo cóś do końca nie jestem pewna czy stanowisko jest aby właściwe ( sadzić drzewa pochopnie to prosić się o ogrodowe kłopoty - no więc jak mam jakiekolwiek wątpliwości to nie sadzę ). Taa... mam już sporą kolekcję zadoniczkowanych drzew, he, he, he. W irysowych sprawach mła zarządziła sobie odpoczynek do lutego, odkąd mła nie śledzi co nowego w Tempo Two jesień irysowo jakby uboższa. Na szczęście Robert przesłał był jeszcze w październiku foty nowych siewek to w chwilach ogrodowych zwątpień mła ma się czym pocieszać. Ot i tak wyglądało ogrodowanie listopadowe.
czwartek, 29 listopada 2018
Czarujące grzybki
Dzisiejszy wpis rozpoczyna króciutkie zapoznanie z mniej znanymi z zawierania substancji zmieniających świadomość roślinami. Niektóre są hym... półsławne za sprawą swoich właściwości, insze uchodzą za niewinne roślinki. Jak już wiecie po mojemu to wszystkie są niewinne, dopóki człowiekowi się odlotów, dopieszczeń, uspokojeń nie zachce. Wdychając zapach majowych kłączy tataraku nie myślę o tym jakby tu halucynogeny z niego wyekstrahować , patrząc na kwiaty grzybieni to ja raczej Józia Toliboskiego zrywającego nenufaaaary widzę oczami wyobrazi a nie się upaloną podniecającym suszem z kwiatów. Nie martwię się też że ja tu jakieś pomysły ludziom spragnionym wrażeń podsuwam. Tacy co szukają wrażeń i tak je znajdą i to bez większych problemów ( prędzej odlecą za pomocą pokątnie wyrabianej chemii niż pracowicie będą z roślinek substancje pozyskiwać - taniej, wysiłku mniej i kop jakby większy ). Szczerze wątpię też żeby ogrodnicy porzucili warzywniki ( znaczy ci co się zajmują tą ciężką formą ogrodnictwa ) i zajęli się produkowaniem oszałamiających a mało znanych roślinek. Handlowo to target jest ograniczony bo tzw. "szeroki ogół" woli tradycyjnie odlatywać przy pomocy spirytualiów.
"Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tu decyduje wielkość dawki".
Paracelsus
Zaczynam od grzybków, których w ogrodach raczej się nie uprawia ale potrafią w nich same z siebie występować. Prędzej w tych wiejskich niż tych miejskich ale się pojawiają i w najbardziej miastowych ogrodach. Zazwyczaj na słowo grzyb ogrodnik reaguje lekkim niepokojem bo wiadomo mączniak, czarna zgnilizna itd. . Jednak zaczniemy od tych posiadających spore kapelusze. Dosyć znanym z posiadania halucynogennych właściwości i na pewno niedającym się przeoczyć jest muchomor czerwony Amanita muscaria, moim zdaniem najpiękniejszy ze wszystkich muchomorów. Ten cud jest mniej trujący niż śmiercionośny muchomor sromotnikowy ( co nie znaczy że nie powoduje uszkodzeń wątroby i w ogóle sama z niego bezpieczność ) zapewnia za to odloty trwające od 5 do 6 godzin. Odpowiedzialne za to są wszelkie wspłógrające ze sobą w muchomorze substancje takie jak kwas ibotenowy, muskaryna, muscymol, muskazon, butylotrójetyloamina czy acetylocholina a przede wszystkim psylocybina. Drzewiej medycyna ludowa wykorzystywała czerwone bielą nakrapiane kapelusze muchomorów w leczeniu osłabień i tzw. humorów ( w stanach depresyjnych? ). Oczywiście najważniejszą sprawą było dawkowanie leków z muchomora, ponoć łatwo przekroczyć dawkę terapeutyczną i udać się w świat odleciany a niekiedy nawet odlecieć na stałe. Niekiedy zamiast muchomora czerwonego używano do wywoływania odlotów muchomora plamistego Amanita pantherina, lecz ze względu na jego podobieństwo do muchomora sromotnikowego, jak i silniejsze niż w przypadku użycia muchomora czerwonego działanie toksyn to zapodanie grzybka było bardzo niebezpieczne. Bąblaste purchawki Lycoperdon pospolicie porastające nasze lasy i łąki to źródełko dłuuugiego snu, czasem po spożyciu sporej ilości purchawek występują omamy słuchowe ( na ten przykład prowadzimy rozmowy ze świętymi a nawet dostajemy pouczenia od wszechświata ).
Podobne do purchawek siedliska zajmuje chyba najbardziej znany z halucynogennych grzybków, niejaka łysiczka lancetowana vel kołpaczek lancetowaty Psilocybe semilanceata, taki psiarek niepozorny. Łysiczka zawiera psylocybinę oraz śladowe ilości psylocyny i baeocystyny, substancji silnie psychoaktywnych w związku z czym jest ulubionym grzybkiem narkogrzybiarzy ( tak, jest taki gatunek grzybiarza ). Podobnym gatunkiem ( grzyba nie grzybiarza ) jest łysiczka czeska Psilocybe bohemica, występująca u nas na południu kraju. Cóż, po grzybku inaczej postrzegasz świat, ciśnienie krwi znacznie się obniża i mózg działa na innej częstotliwości, synestezja się zdarza, niepokoje zdziwne oraz widzenia. Po 30 minutach od zażycia człowiek czuje że grzyb powoduje odlocik i w ciągu dwóch godzin przeżywa tzw. trip, choć efekt potrafi się wydłużyć do 6 a nawet 7 godzin. Oczywiście posiadanie łysiczek jest w Polsce nielegalne więc jak rozumiem wszyscy posiadający na własnej posesji powinni drżeć przed policyjnymi nalotami i mieć przygotowane tłumaczenie że oni nie wiedzieli co tam przy dróżce bezczelnie sobie porasta, he, he, he. Co prawda jak nie wiedzą co im na posesji porasta to są podejrzani tym bardziej, każdy dzielnicowy to wie. O ile blaszkowe grzybki zapewniają haluny to sproszkowana huba białoporka brzozowego Fomitopsis betulina działa cós jak kokaina, wyraźnie stymulująco. Poza tym roślina to nadzwyczaj pożyteczna, wyciąg z niej stosowany jest do zapobiegania rozrostowi komórek nowotworowych. Amatorom mistycznych zabaw grzybowych dedykuję historię Ciotki Elki, która uzyskała stan wyższej świadomości po spożyciu grzybów które w jej mniemaniu były twardzioszkami przydrożnymi ( bardzo smaczne a pospolite grzybki, takie po które wystarczy wyjść na ścieżkę na łące i za ich pomocą ożywić mdły sos ) a które okazały się cholerstwem tak ciężko uszkadzającym organizm że Ciotka wylądowała w odtruwalni. Przez lata nie jadła po tym wypadku grzybów, nawet sklepowe pieczarki podejrzewając o silną moc trucicielską.
Największe jednak widzenia i odloty, także te do krainy nigdy - nigdy , powoduje grzyb średnio dostrzegalny nieuzbrojonym w szkiełko okiem. Buławinka czerwona Claviceps purpurea nie wygląda groźnie, nawet zapisana nazwa jakoś tak niczego strasznego nie sugeruje. Jednak nazwa sporysz, związana z tym grzybkiem wywołuje wzmożoną czujność u wszelkich służb związanych z przetwarzaną żywnością. I słusznie! Sporysz zawiera wiele alkaloidów – ergotaminę, ergotynę, ergobazynę, ergotoksynę, aminokwasy: tyrozynę, tryptofan, histydynę, leucynę, kwas asparaginowy, betainę i aminy biogeniczne: histaminę i tyraminę i inne. Masowe zatrucia sporyszem znane z historii powodowały ciężkie i także masowe umieranie, wzmożenie przemocy, straty ekonomiczne takie do granicy zapaści, znaczy nic dobrego z pojawiania się tego grzybka w diecie człowiek nie miał. Do czasu. Jednak zacznijmy od tego czym jest właściwie sporysz. Sporyszem nazywamy przetrwalnik pasożytniczego grzyba jakim jest buławinka czerwona, atakująca około 400 gatunków roślin z rodziny wiechlinowatych. Od nazwy tego przetrwalnika ukuto nazwę choroby, czyli sporyszu zbóż i traw. O tym że z zarażonym grzybkiem zbożem jest coś nie halo wiedziano od bardzo dawna, nazwa sporysz wywodzi się od imienia starosłowiańskiego demona Spora, którego działanie było przyczyną tzw. lekkomyślnych zachowań ( znaczy wiązano go z kultem płodności i plenności ). Zatrucie sporyszem, czyli ergotyzm, znane było dawniej jako "ogień świętego Antoniego" lub "święty ogień" . Skąd taka nazwa? Od mrowienia i "palenia" w kończynach powstającego na skutek silnego i przewlekłego skurczu naczyń krwionośnych który prowadził do martwicy tkanek i zgorzeli ( z chorych zostawała nieraz tylko głowa i korpus, choć znane są opisy utraty części twarzy czy tułowia ).
Imieniem innego świętego nazwano objawy neurologiczne - drgawki i przykurcze o charakterze padaczkowym to wg. niektórych badaczy historii medycyny ów słynny "taniec św. Wita". Po raz pierwszy ( znaczy na piśmie ) zauważono paskudne działanie grzybka występujące na masową skalę w roku 590 we Francji. Następnie co jakiś czas począwszy od roku 857 do 1347 pojawiały się w tym kraju duże ogniska choroby, która była wysoce śmiertelna ( np. w 994 r. w Akwitanii zmarło z tego powodu ok. 40 00. ludzi a w 1129 zmarło ich 14 000 ). Chorobę zaczęto dość szybko odróżniać od innych "morowych zaraz" z powodu jej swoistych objawów. W 996 roku biskup z Metzu założył pierwszy lazaret, do którego w czasie epidemii przybywało codziennie od 80 do 100 nowych chorych. Epidemiczność choroby spowodowała że w roku 1093 papież Urban II założył w Vienne zakon, którego zadaniem było leczenie chorych na "święty ogień". Wrota klasztoru szpitalników miały być pomalowane na kolor ognistoczerwony, coby wszyscy wiedzieli co się tam leczy ( taki symbol pomocy medycznej tych czasów ). W kronikach średniowiecznych istnieją zapiski jakoby w opactwie przechowywano wyschnięte czarne kończyny chorych, którzy zmarli na "święty ogień" ( ciekawe po co? ). W XVI w. choroba traci swój nagminny charakter, zamiast niej pojawia się za to tzw. "rojnica", będącą najprawdopodobniej łagodniejszą postacią zatrucia sporyszem ( mrowienie tylko występowało, szczęśliwie nic człowiekowi nie odpadało jak w dawnych, dobrych wiekach średnich ).
Pod koniec XVI wieku dowiadujemy się jednak że sporysz był przyczyną masowego zatrucia w Lűneburgu ( 1581 )i w Sudetach ( 1590 ) czyli zakres jego masowego występowania się powiększał. Ówcześni medycy akademiccy wiedzieli już wówczas o roli sporyszu i jego niewątpliwym związku z chorobą, w czym upewniają nas "Kroniki" wydziału lekarskiego w Marburgu, które określały "święty ogień" jak też "rojnicę" lub przewlekłą zarazę, chorobą której przyczyną było spożywanie chleba zrobionego z mąki zakażonej sporyszem. W XVI wieku po raz pierwszy zastosowano sporysz jako lekarstwo - w 1588 roku niejaki Wendelin Thallius stosował sporysz jako środek tamujący krew, później używano go jako środka zapobiegającego nadmiernym krwawieniach w czasie porodów ( do dziś środki na bazie ergotaminy, jednego ze składników sporyszu, używa się w położnictwie i nie tylko ). Zatrucia sporyszem o poważnych rozmiarach miały miejsce pod koniec XVII i na początku XVIII wieku w Niemczech, we Francji i na Węgrzech. W Anglii opisywano tylko pojedyncze przypadki zatrucia sporyszem, a wieku XIX zatrucia sporyszem w Europie zdarzały się tylko w Rosji. Ostatnie wielkie zatrucie sporyszem zdarzyło się w roku 1951 we wsi Pont-Saint-Esprit. U wielu mieszkańców wystąpiły halucynacje, a śmierć wskutek zatrucia poniosło 7 osób. Szczęśliwie dziś sporysz prawie nie występuje w zbożach dzięki oczyszczeniu materiału siewnego.
A co dobrego mamy z buławinki czerwonej? - mamy kwas! Konkretnie to dietyloamid kwasu D-lizergowego, jedną z najaktywniejszych substancji psychodelicznych o właściwościach halucynogennych. Jest 100 razy bardziej czynna biologicznie niż psylocybina i 4000 razy bardziej niż meskalina. Po raz pierwszy LSD zostało zsyntetyzowane w 1938 r. przez szwajcarskiego chemika Alberta Hofmanna. LSD okazało się wyleźć poza medycynę, terapeutyczne możliwości jakoś usunęły się w cień kiedy stwierdzono że można kwasem znacząco zmieniać świadomość. Najpierw zainteresowało się CIA a zaraz potem hipisi. Skutek był taki że w 1967 FDA wykreśliła LSD z amerykańskiego lekospisu. Dziś z powrotem wraca się do badań nad kwasem i słusznie bo kryje się tu jeszcze wiele nieprzebadanych aspektów.
Teraz o uzależnieniach - grzyby a konkretnie ich zbiór uzależnia. Wiem bo co roku mnie nosi do lasów. Znam też ludzi uzależnionych od grzybowej i pierogów z grzybami i kapustą. Natomiast używanie grzybów halucynogennych nie skutkuje powstaniem uzależnienia wywołanego bio - chemiczną reakcją wywołującą tzw. "głód", nie ma ciągu, trzydniówek i tym podobnych "radości" które powoduje alkohol czy opiaty. Co nie znaczy że grzyby są bezpieczne i tylko się nimi paść w celu zmiany świadomości ( vide przypadek Ciotki Elki ). Każda substancja wprowadzana do organizmu wywołuje jego reakcję - podanie cukru zalewa nas insuliną, podanie LSD serotoniną. W nadmiarze i cukier i LSD organizmowi nie służą. Natomiast jeszcze raz i z całą mocą - grzyby psylocybinowe nie uzależniają - ani fizycznie, ani psychicznie! Najbardziej zdradliwą rzeczą przy grzybkach to oprócz przedawkowania kończącego się w najlepszym przypadku porzygiem jest możliwość wystąpienia tzw. flashbacku czyli całkiem niespodziewanie nawiedzających człowieka halucynacji. Mija ale mieć znienacka zaburzoną świadomość nie jest fajnie.
Dzisiejszy wpis ilustrują prace Margaret Tarent, Florence May Anderson, Heleny Jacobs oraz nieznanych mi autorek bądź autorów.
"Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. Tu decyduje wielkość dawki".
Paracelsus
Zaczynam od grzybków, których w ogrodach raczej się nie uprawia ale potrafią w nich same z siebie występować. Prędzej w tych wiejskich niż tych miejskich ale się pojawiają i w najbardziej miastowych ogrodach. Zazwyczaj na słowo grzyb ogrodnik reaguje lekkim niepokojem bo wiadomo mączniak, czarna zgnilizna itd. . Jednak zaczniemy od tych posiadających spore kapelusze. Dosyć znanym z posiadania halucynogennych właściwości i na pewno niedającym się przeoczyć jest muchomor czerwony Amanita muscaria, moim zdaniem najpiękniejszy ze wszystkich muchomorów. Ten cud jest mniej trujący niż śmiercionośny muchomor sromotnikowy ( co nie znaczy że nie powoduje uszkodzeń wątroby i w ogóle sama z niego bezpieczność ) zapewnia za to odloty trwające od 5 do 6 godzin. Odpowiedzialne za to są wszelkie wspłógrające ze sobą w muchomorze substancje takie jak kwas ibotenowy, muskaryna, muscymol, muskazon, butylotrójetyloamina czy acetylocholina a przede wszystkim psylocybina. Drzewiej medycyna ludowa wykorzystywała czerwone bielą nakrapiane kapelusze muchomorów w leczeniu osłabień i tzw. humorów ( w stanach depresyjnych? ). Oczywiście najważniejszą sprawą było dawkowanie leków z muchomora, ponoć łatwo przekroczyć dawkę terapeutyczną i udać się w świat odleciany a niekiedy nawet odlecieć na stałe. Niekiedy zamiast muchomora czerwonego używano do wywoływania odlotów muchomora plamistego Amanita pantherina, lecz ze względu na jego podobieństwo do muchomora sromotnikowego, jak i silniejsze niż w przypadku użycia muchomora czerwonego działanie toksyn to zapodanie grzybka było bardzo niebezpieczne. Bąblaste purchawki Lycoperdon pospolicie porastające nasze lasy i łąki to źródełko dłuuugiego snu, czasem po spożyciu sporej ilości purchawek występują omamy słuchowe ( na ten przykład prowadzimy rozmowy ze świętymi a nawet dostajemy pouczenia od wszechświata ).
Podobne do purchawek siedliska zajmuje chyba najbardziej znany z halucynogennych grzybków, niejaka łysiczka lancetowana vel kołpaczek lancetowaty Psilocybe semilanceata, taki psiarek niepozorny. Łysiczka zawiera psylocybinę oraz śladowe ilości psylocyny i baeocystyny, substancji silnie psychoaktywnych w związku z czym jest ulubionym grzybkiem narkogrzybiarzy ( tak, jest taki gatunek grzybiarza ). Podobnym gatunkiem ( grzyba nie grzybiarza ) jest łysiczka czeska Psilocybe bohemica, występująca u nas na południu kraju. Cóż, po grzybku inaczej postrzegasz świat, ciśnienie krwi znacznie się obniża i mózg działa na innej częstotliwości, synestezja się zdarza, niepokoje zdziwne oraz widzenia. Po 30 minutach od zażycia człowiek czuje że grzyb powoduje odlocik i w ciągu dwóch godzin przeżywa tzw. trip, choć efekt potrafi się wydłużyć do 6 a nawet 7 godzin. Oczywiście posiadanie łysiczek jest w Polsce nielegalne więc jak rozumiem wszyscy posiadający na własnej posesji powinni drżeć przed policyjnymi nalotami i mieć przygotowane tłumaczenie że oni nie wiedzieli co tam przy dróżce bezczelnie sobie porasta, he, he, he. Co prawda jak nie wiedzą co im na posesji porasta to są podejrzani tym bardziej, każdy dzielnicowy to wie. O ile blaszkowe grzybki zapewniają haluny to sproszkowana huba białoporka brzozowego Fomitopsis betulina działa cós jak kokaina, wyraźnie stymulująco. Poza tym roślina to nadzwyczaj pożyteczna, wyciąg z niej stosowany jest do zapobiegania rozrostowi komórek nowotworowych. Amatorom mistycznych zabaw grzybowych dedykuję historię Ciotki Elki, która uzyskała stan wyższej świadomości po spożyciu grzybów które w jej mniemaniu były twardzioszkami przydrożnymi ( bardzo smaczne a pospolite grzybki, takie po które wystarczy wyjść na ścieżkę na łące i za ich pomocą ożywić mdły sos ) a które okazały się cholerstwem tak ciężko uszkadzającym organizm że Ciotka wylądowała w odtruwalni. Przez lata nie jadła po tym wypadku grzybów, nawet sklepowe pieczarki podejrzewając o silną moc trucicielską.
Największe jednak widzenia i odloty, także te do krainy nigdy - nigdy , powoduje grzyb średnio dostrzegalny nieuzbrojonym w szkiełko okiem. Buławinka czerwona Claviceps purpurea nie wygląda groźnie, nawet zapisana nazwa jakoś tak niczego strasznego nie sugeruje. Jednak nazwa sporysz, związana z tym grzybkiem wywołuje wzmożoną czujność u wszelkich służb związanych z przetwarzaną żywnością. I słusznie! Sporysz zawiera wiele alkaloidów – ergotaminę, ergotynę, ergobazynę, ergotoksynę, aminokwasy: tyrozynę, tryptofan, histydynę, leucynę, kwas asparaginowy, betainę i aminy biogeniczne: histaminę i tyraminę i inne. Masowe zatrucia sporyszem znane z historii powodowały ciężkie i także masowe umieranie, wzmożenie przemocy, straty ekonomiczne takie do granicy zapaści, znaczy nic dobrego z pojawiania się tego grzybka w diecie człowiek nie miał. Do czasu. Jednak zacznijmy od tego czym jest właściwie sporysz. Sporyszem nazywamy przetrwalnik pasożytniczego grzyba jakim jest buławinka czerwona, atakująca około 400 gatunków roślin z rodziny wiechlinowatych. Od nazwy tego przetrwalnika ukuto nazwę choroby, czyli sporyszu zbóż i traw. O tym że z zarażonym grzybkiem zbożem jest coś nie halo wiedziano od bardzo dawna, nazwa sporysz wywodzi się od imienia starosłowiańskiego demona Spora, którego działanie było przyczyną tzw. lekkomyślnych zachowań ( znaczy wiązano go z kultem płodności i plenności ). Zatrucie sporyszem, czyli ergotyzm, znane było dawniej jako "ogień świętego Antoniego" lub "święty ogień" . Skąd taka nazwa? Od mrowienia i "palenia" w kończynach powstającego na skutek silnego i przewlekłego skurczu naczyń krwionośnych który prowadził do martwicy tkanek i zgorzeli ( z chorych zostawała nieraz tylko głowa i korpus, choć znane są opisy utraty części twarzy czy tułowia ).
Imieniem innego świętego nazwano objawy neurologiczne - drgawki i przykurcze o charakterze padaczkowym to wg. niektórych badaczy historii medycyny ów słynny "taniec św. Wita". Po raz pierwszy ( znaczy na piśmie ) zauważono paskudne działanie grzybka występujące na masową skalę w roku 590 we Francji. Następnie co jakiś czas począwszy od roku 857 do 1347 pojawiały się w tym kraju duże ogniska choroby, która była wysoce śmiertelna ( np. w 994 r. w Akwitanii zmarło z tego powodu ok. 40 00. ludzi a w 1129 zmarło ich 14 000 ). Chorobę zaczęto dość szybko odróżniać od innych "morowych zaraz" z powodu jej swoistych objawów. W 996 roku biskup z Metzu założył pierwszy lazaret, do którego w czasie epidemii przybywało codziennie od 80 do 100 nowych chorych. Epidemiczność choroby spowodowała że w roku 1093 papież Urban II założył w Vienne zakon, którego zadaniem było leczenie chorych na "święty ogień". Wrota klasztoru szpitalników miały być pomalowane na kolor ognistoczerwony, coby wszyscy wiedzieli co się tam leczy ( taki symbol pomocy medycznej tych czasów ). W kronikach średniowiecznych istnieją zapiski jakoby w opactwie przechowywano wyschnięte czarne kończyny chorych, którzy zmarli na "święty ogień" ( ciekawe po co? ). W XVI w. choroba traci swój nagminny charakter, zamiast niej pojawia się za to tzw. "rojnica", będącą najprawdopodobniej łagodniejszą postacią zatrucia sporyszem ( mrowienie tylko występowało, szczęśliwie nic człowiekowi nie odpadało jak w dawnych, dobrych wiekach średnich ).
Pod koniec XVI wieku dowiadujemy się jednak że sporysz był przyczyną masowego zatrucia w Lűneburgu ( 1581 )i w Sudetach ( 1590 ) czyli zakres jego masowego występowania się powiększał. Ówcześni medycy akademiccy wiedzieli już wówczas o roli sporyszu i jego niewątpliwym związku z chorobą, w czym upewniają nas "Kroniki" wydziału lekarskiego w Marburgu, które określały "święty ogień" jak też "rojnicę" lub przewlekłą zarazę, chorobą której przyczyną było spożywanie chleba zrobionego z mąki zakażonej sporyszem. W XVI wieku po raz pierwszy zastosowano sporysz jako lekarstwo - w 1588 roku niejaki Wendelin Thallius stosował sporysz jako środek tamujący krew, później używano go jako środka zapobiegającego nadmiernym krwawieniach w czasie porodów ( do dziś środki na bazie ergotaminy, jednego ze składników sporyszu, używa się w położnictwie i nie tylko ). Zatrucia sporyszem o poważnych rozmiarach miały miejsce pod koniec XVII i na początku XVIII wieku w Niemczech, we Francji i na Węgrzech. W Anglii opisywano tylko pojedyncze przypadki zatrucia sporyszem, a wieku XIX zatrucia sporyszem w Europie zdarzały się tylko w Rosji. Ostatnie wielkie zatrucie sporyszem zdarzyło się w roku 1951 we wsi Pont-Saint-Esprit. U wielu mieszkańców wystąpiły halucynacje, a śmierć wskutek zatrucia poniosło 7 osób. Szczęśliwie dziś sporysz prawie nie występuje w zbożach dzięki oczyszczeniu materiału siewnego.
A co dobrego mamy z buławinki czerwonej? - mamy kwas! Konkretnie to dietyloamid kwasu D-lizergowego, jedną z najaktywniejszych substancji psychodelicznych o właściwościach halucynogennych. Jest 100 razy bardziej czynna biologicznie niż psylocybina i 4000 razy bardziej niż meskalina. Po raz pierwszy LSD zostało zsyntetyzowane w 1938 r. przez szwajcarskiego chemika Alberta Hofmanna. LSD okazało się wyleźć poza medycynę, terapeutyczne możliwości jakoś usunęły się w cień kiedy stwierdzono że można kwasem znacząco zmieniać świadomość. Najpierw zainteresowało się CIA a zaraz potem hipisi. Skutek był taki że w 1967 FDA wykreśliła LSD z amerykańskiego lekospisu. Dziś z powrotem wraca się do badań nad kwasem i słusznie bo kryje się tu jeszcze wiele nieprzebadanych aspektów.
Teraz o uzależnieniach - grzyby a konkretnie ich zbiór uzależnia. Wiem bo co roku mnie nosi do lasów. Znam też ludzi uzależnionych od grzybowej i pierogów z grzybami i kapustą. Natomiast używanie grzybów halucynogennych nie skutkuje powstaniem uzależnienia wywołanego bio - chemiczną reakcją wywołującą tzw. "głód", nie ma ciągu, trzydniówek i tym podobnych "radości" które powoduje alkohol czy opiaty. Co nie znaczy że grzyby są bezpieczne i tylko się nimi paść w celu zmiany świadomości ( vide przypadek Ciotki Elki ). Każda substancja wprowadzana do organizmu wywołuje jego reakcję - podanie cukru zalewa nas insuliną, podanie LSD serotoniną. W nadmiarze i cukier i LSD organizmowi nie służą. Natomiast jeszcze raz i z całą mocą - grzyby psylocybinowe nie uzależniają - ani fizycznie, ani psychicznie! Najbardziej zdradliwą rzeczą przy grzybkach to oprócz przedawkowania kończącego się w najlepszym przypadku porzygiem jest możliwość wystąpienia tzw. flashbacku czyli całkiem niespodziewanie nawiedzających człowieka halucynacji. Mija ale mieć znienacka zaburzoną świadomość nie jest fajnie.
Dzisiejszy wpis ilustrują prace Margaret Tarent, Florence May Anderson, Heleny Jacobs oraz nieznanych mi autorek bądź autorów.
środa, 28 listopada 2018
Jak zostać rośliną wyklętą?
Żeby zostać rośliną wyklętą przede wszystkim trzeba być rośliną znaną. Jak się jest rośliną nieznaną szerszemu ogółowi to sobie można wytwarzać substancje psychoaktywne czy śmiercionośne alkaloidy do stuprocentowej fotosyntezy a pies z kulawą nogą się nie zainteresuje. Ważne jest żeby stworzyć wokół siebie odpowiednie lobby zainteresowane prohibicją na wytwory roślinki wyklętej. Takie lobby najczęściej składa się po połowie z nawiedzonych przekonaniem świętym o dobroci zakazu naiwnych entuzjastów i szczwanych, umiejących liczyć pieniądze gości nie cofających się przed złamaniem prawa. Potem trza smarować politykom, tacy producenci tytoniu swego czasu smarowali u hamerykańskich ustawodawców i działali na legalu, a faceci od uprawy marychy sto lat spędzili w podziemiu bo dali nie tym co trzeba i w dodatku za mało ( historycy zajmujący się działaniami Kongresu i Senatu USA co i raz wynajdują ciekawe kwiatki, cóś jakby śmierdzące ). Kiedy już wprowadzono zakaz albo ścisłą do bólu reglamentację na uprawę rośliny to dzieją się cuda - kapitalizm "na lewo" w dzikim wydaniu tworzy niewyobrażalne fortuny i wpycha w obieg pieniążki dla których trzeba tworzyć nowe instrumenty finansowe. Rzeka forsy spływa z góry unosząc wszystkie łódeczki jak to mawiają zatwardziali liberałowie ekonomiczni, nie dodając jednak przy tym że jak zwykle ci którzy pracują bezpośrednio i najciężej przy wytworzeniu towaru stoją w mule na jakichś dechach a ludzie zajmujący się obrotem handlowym płyną luksusowymi jachtami po turkusowych wodach.
Wszyscy finansowani z nielegalnej kasy od terrorystów począwszy na niektórych agencjach rządowych skończywszy są happy bo mają mnóstwo środków na prowadzenie działalności. Ludziom wmawia się że to dobre rozwiązanie, że to norma że istnieją takie pieniążki w lewym obiegu, całkowicie poza społeczną kontrolą. Wmawia im się też że ich dzieci uzależniają się dlatego że na świecie istnieją marycha, opium i pochodne, kokaina i insze zło a nie dlatego że mają skłonność do uzależnień albo wpisaną w geny i wzmocnioną wychowaniem albo będącą tylko skutkiem wychowania które nie pozwala stawić im czoła rzeczywistości ( takiej jak straszna bieda w krajach III świata i zbyt dużo wszystkiego w krajach wysoce rozwiniętych ) . Ludzie uwielbiają szukać innego winnego niż oni sami więc prohibicyjna retoryka ma wielu zwolenników. Mła znajduje się w głębokiej opozycji do tego prohibicyjnego nurtu, mła uważa że jeżeli dopuszcza się do obrotu wysokoprocentowy alkohol, który wg. WHO jest narkotykiem najtwardszym z twardych to niedopuszczanie innych substancji, często o mniejszej sile rażenia w ogóle mija się z celem i jest hipokryzją nad hipokryzjami. Pieprzymy jak ciężko niezdrowy o społecznym zdrowiu a tymczasem państwo ma monopol na przynajmniej dwa produkty o działaniu uzależniającym ( w jednym wypadku o silnym działaniu zmieniającym świadomość ) które są sprzedawane bez recepty. Gdzie tu logika, matka chrzestna prawa? Mła jest przeciwna wszelkim zakazom wykluczającym lub wysoce ograniczającym, także tym dotyczącym twardych narkotyków, natomiast uważa że powinny istnieć uprawy kontrolowane przez państwo jak też obrót używkami powinien przez państwo kontrolowany. Nie widzę jakiegoś strasznego upadku moralnego w tym że mój kraj mógłby zarabiać pieniążki porównywalne choć trochę ( legal zawsze powoduje obniżkę cen towaru ) z tymi jakie kiedyś zarabiał Pablo Escobar Gaviria. W końcu i tak jest lepiej niż to było za czasów przymusu propinacyjnego, który gwarantował 1% Polaków dochody z rozpijania pozostałych rodaków. Na udawanie czystych i moralnych to my raczej bez szans, więc może lepiej pójść po rozum do głowy. A co do dopalaczy - Tatuś mawia brzydko "Swoje musi wymrzeć", statystycznie młodzi mężczyźni podejmują najwięcej zachowań ryzykownych, chyba nie ma na to rady bo to kwestia ewolucji więc łykną wszystko byleby było ciekawie. Jednak inaczej leczyłoby się ludzi którzy przedobrzyli kiedy na środku którego użyli podany byłby jego skład a kasę NFZ zasiliłyby pieniądze z nałożonej na niego akcyzy. Howgh!
Miało być o występnych roślinach ale z mła się znów wylało i zalało gorącą słowofalą internety. Mła cóś nie lubi zakazów które nie są poparte należytą ( w rozumieniu mła ) argumentacją. Zamiast ze zwykłą Tabazellą macie do czynienia z lwicą Wkurwellą. Na szczęście nie jestem ja jedyna, kupa ludzi kuma jaka to ściema z tą wojną z narkotykami. Dzisiejszy wpis ilustrują obrazy Fernando Botero pokazujące skutki narkotycznych wojen.
Wszyscy finansowani z nielegalnej kasy od terrorystów począwszy na niektórych agencjach rządowych skończywszy są happy bo mają mnóstwo środków na prowadzenie działalności. Ludziom wmawia się że to dobre rozwiązanie, że to norma że istnieją takie pieniążki w lewym obiegu, całkowicie poza społeczną kontrolą. Wmawia im się też że ich dzieci uzależniają się dlatego że na świecie istnieją marycha, opium i pochodne, kokaina i insze zło a nie dlatego że mają skłonność do uzależnień albo wpisaną w geny i wzmocnioną wychowaniem albo będącą tylko skutkiem wychowania które nie pozwala stawić im czoła rzeczywistości ( takiej jak straszna bieda w krajach III świata i zbyt dużo wszystkiego w krajach wysoce rozwiniętych ) . Ludzie uwielbiają szukać innego winnego niż oni sami więc prohibicyjna retoryka ma wielu zwolenników. Mła znajduje się w głębokiej opozycji do tego prohibicyjnego nurtu, mła uważa że jeżeli dopuszcza się do obrotu wysokoprocentowy alkohol, który wg. WHO jest narkotykiem najtwardszym z twardych to niedopuszczanie innych substancji, często o mniejszej sile rażenia w ogóle mija się z celem i jest hipokryzją nad hipokryzjami. Pieprzymy jak ciężko niezdrowy o społecznym zdrowiu a tymczasem państwo ma monopol na przynajmniej dwa produkty o działaniu uzależniającym ( w jednym wypadku o silnym działaniu zmieniającym świadomość ) które są sprzedawane bez recepty. Gdzie tu logika, matka chrzestna prawa? Mła jest przeciwna wszelkim zakazom wykluczającym lub wysoce ograniczającym, także tym dotyczącym twardych narkotyków, natomiast uważa że powinny istnieć uprawy kontrolowane przez państwo jak też obrót używkami powinien przez państwo kontrolowany. Nie widzę jakiegoś strasznego upadku moralnego w tym że mój kraj mógłby zarabiać pieniążki porównywalne choć trochę ( legal zawsze powoduje obniżkę cen towaru ) z tymi jakie kiedyś zarabiał Pablo Escobar Gaviria. W końcu i tak jest lepiej niż to było za czasów przymusu propinacyjnego, który gwarantował 1% Polaków dochody z rozpijania pozostałych rodaków. Na udawanie czystych i moralnych to my raczej bez szans, więc może lepiej pójść po rozum do głowy. A co do dopalaczy - Tatuś mawia brzydko "Swoje musi wymrzeć", statystycznie młodzi mężczyźni podejmują najwięcej zachowań ryzykownych, chyba nie ma na to rady bo to kwestia ewolucji więc łykną wszystko byleby było ciekawie. Jednak inaczej leczyłoby się ludzi którzy przedobrzyli kiedy na środku którego użyli podany byłby jego skład a kasę NFZ zasiliłyby pieniądze z nałożonej na niego akcyzy. Howgh!
Miało być o występnych roślinach ale z mła się znów wylało i zalało gorącą słowofalą internety. Mła cóś nie lubi zakazów które nie są poparte należytą ( w rozumieniu mła ) argumentacją. Zamiast ze zwykłą Tabazellą macie do czynienia z lwicą Wkurwellą. Na szczęście nie jestem ja jedyna, kupa ludzi kuma jaka to ściema z tą wojną z narkotykami. Dzisiejszy wpis ilustrują obrazy Fernando Botero pokazujące skutki narkotycznych wojen.
wtorek, 27 listopada 2018
Oszałamiacze, trujaki i inne niegodziwce z rabatki roślinek występnych
Do napisania tego postu skłoniło mnie przeczytanie kolejnego artykułu z cyklu na świecie istnieją narkomani bo dopuszczamy do istnienia substancji narkotycznych. Cholernie mnie wkurza takie podejście do tematu i szukanie źródełka zła nie tam gdzie ono bije. No zamiast korzystać z leków opioidowych winniśmy cierpieć bo są na świecie ludzie którzy mają skłonność do uzależnień. Dobra, cukier też uzależnia, zakażmy spożywania cukru bo otyłość to plaga w państwach wysoko rozwiniętych ( jednakże nie we wszystkich ). Idąc tym tokiem myślenia zakażmy jeszcze paru rzeczy które nie są wcale potrzebne do przeżycia a jednak nadal ( jakimś cudem ) prawo na ich używanie zezwala a w niektórych wypadkach pozwala nawet czerpać korzyści a państwu to w dodatku jako monopoliście. Oczywiście zwolennicy wszelakiej prohibicji są impregnowani na wiedzę o tym że jeszcze żadna prohibicyjna ustawa nigdy nigdzie nie zlikwidowała w 100% problemu z powodu którego została stworzona. Ba, potrafiła za to wygenerować zjawiska pod tytułem przestępczość zorganizowana czy pranie brudnych pieniędzy, oraz zawsze solidnie wzmacniała praktyki korupcyjne. To nie jest wpis o wolnych konopiach i pochwale używek wszelakich tylko o zdrowym rozsądku, jak ktoś będzie chciał się uzależnić to uzależni się od proszku do prania, kleju butapren, oparów benzyny czy niewinnie wyglądających roślin ruderalnych. Problem nie leży bowiem w substancjach a w potrzebach ludzi, głównie tych którzy słabość psychiczną najpierw wygłuszają a potem wzmacniają substancjami psychoaktywnymi. Cała masa ludzi korzysta z życia w sposób rozrywkowy, niektórzy próbują wszystkiego z ciekawości, inni chcą żeby było im bardziej kolorowo, jeszcze inni chcą zapomnieć - nie wszyscy się uzależniają więc nie ma co zwalać na mak lekarski, tytoń szlachetny, konopie indyjskie, krasnodrzew pospolity a także drzewo kakaowca, krzewy kawowców czy herbaciane. To nie tytoń jest problemem a ludzie którzy go nałogowo palą a właściwie ich potrzeba nałogu. To tej potrzebie niektóre bardzo pożyteczne z punktu widzenia farmacji rośliny zawdzięczają czarny PR. Jak pisałam żadna prohibicja nie zmiecie z planety chęci używania zakazanych ziółek, bo ludzie co i raz znajdują nowe używki. Świat wokół nas napełniony jak ten balon substancjami które mogą być używkami, nie trzeba uprawiać wystarczy wyjść do lasu, na pole a nawet na miejski trawnik i zawsze można znaleźć cóś przy pomocy czego zmieni się świadomość. Obecnie roślinom troszki odpuszczamy, bardziej się koncentrując na walce z nadmiernym pożeraniem medykamentów ( nie ma to jak sobie zrobić haj lekami i uszczęśliwić mózg, a zaraz potem wątrobę, trzustkę i nerki ). Dobra, koniec zapluwania się, przechodzimy do spisu roślinek występnych.
Tytoń - wiadomo że samo zło, bo uzależnienie, bo rozedma i rak płuc, i w ogóle groza. Jednak czy aby tak do końca ten tytoń to paskud? We współczesnych papierosach chemii od jasnej Anielki, substancji wspomagających niby uzależniającą właściwość nikotyny masa a głównie obrywa roślina uznawana niegdyś za świętą a nie dopieszczanie i dosmaczanie tytoniu chemią przez koncerny. Tymczasem tytoń niesie ze sobą pożytki a nie tylko paskudztwa. Tytoń szlachetny Nicotiana tabacum pochodzi z rodziny psiankowatych, jest dalekim krewnym ziemniaków, pomidora i papryki. Polska nazwa rośliny - tytoń - pochodzi od tureckiego słowa tütün, znaczy już wiecie skąd do nas ten używek przybył. Tytoń szlachetny nie jest znany w stanie dzikim, roślina powstała prawdopodobnie w wyniku krzyżówki Nicotiana sylvestris X Nicotiana tomentosiformis. Tytonie pochodzą z Ameryki, do Europy trafiły za sprawą wyprawy Krzysztofa Kolumba. W prekolumbijskiej Ameryce tytoniem się okadzano, Indianie zwijali suszone a najpierw lekko podfermentowane liście tych roślin i wdychali ich dym ( taki prototyp cygara ). Pierwszy tytoń do Anglii sprowadził Walter Raleigh, we Francji jego rozpowszechnienie zawdzięczają niejakiemu Janowi Nicot (od jego nazwiska pochodzi łacińska nazwa rodzaju). Wielki boom na tytoń zrobił się jednak dopiero po dwustu latach od jego odkrycia, wówczas to powstały w Ameryce Północnej, w posiadłościach angielskich ( głównie w stanie Wirginia ) największe plantacje na których uprawiano tzw. białą odmianę tytoniu, nazywaną wirginijską. W okolicach Chesapeake Bay w pocie czoła harowało tysiące niewolników przywiezionych z Afryki coby dostarczyć do Europy najlepszy tytoń, do żucia, do palenia, a przede wszystkim do wdychania bo XVIII wieczną kokainą , używką wyższych sfer była tabaka. Tym, czym dla XVIII wiecznych Karaibów była trzcina cukrowa, dla Karoliny Południowej ryż tym dla Wirginii był tytoń - motorem rozwoju. Jednym z kładących podwaliny pod ten rozwój był dzielny wirginijski plantator George Washington. Tak, tak, Ojciec Narodu starannie dbał coby mu się niewolnicy nie obijali a tytoniowa kasa pozwalała na godne życie. To właśnie działania jego lobby nie zapewniły prawa do dążenia do szczęścia wszystkim zamieszkującym w USA w tym cudzie jakim jest hamerykańska konstytucja. Hym... ci od tytoniu od zawsze mieli za uszami, zaczynali od poganiania niewolników a skończyli na takiej chemizacji tytoniu coby na nim samym oszczędzić a palaczy uzależnić że niektóre papierosy w ogóle nie powinny nazywać się wyrobami tytoniowymi tylko tytoniopodobnymi. Z czasem plantacje trafiły i na inne kontynenty, także i u nas uprawia się tytoń. Teraz o nikotynie - silna neurotoksyna i jako taka może nieść zarówno pożytki jak i tworzyć grozę. Sama nikotyna nie ma bardzo silnego działania uzależniającego, palaczy raczej uzależniają inhibitory monoaminooksydazy, takie substancje którymi leczy się depresje, niedociśnienie tętnicze i parkinsonizmy. Nikotyna w małych dawkach działa na organizm stymulująco, źle się robi kiedy człowiek robi sobie za dobrze. Teraz uwaga będzie mocno - nie dowiedziono na 100% kancerogennego działania nikotyny. Palenie niewątpliwie przyczynia się do powstawania wrażych komórek, pytanie czy odpowiedzialna jest za to nikotyna czy sam proces palenia i wdychania dymu jest do tej pory nierozstrzygnięte.
Krasnodrzew pospolity- koka, krzew kokainowy Erythroxylum coca takimi nazwami określa się roślinę z rodziny krasnodrzewowatych, dziś istniejącą tylko jako roślina uprawna ( przodkowie krasnodrzewu pospolitego najprawdopodobniej pochodzą z niższych rejonów Andów ). Krzew dorasta do 2 - 3 metrów wysokości, jest dość rozłożysty. Kwitnie tak sobie, jego żółtawe kwiaty nie mają znaczenia zdobniczego za to owoce wybarwiają się na piękny czerwony kolor. Oczywiście krasnodrzew uprawia się głównie dla liści, w krajach andyjskich liście nadal są używane tak jak przed wiekami a na eksport pozyskuje się z nich kokainę. Znane są dwa podgatunki tej rośliny Erythroxylum coca var. coca i Erythroxylum coca var. ipadu. Występują na wysokościach od 300 do 2000 metrów nad poziomem morza. Roślinę uprawia się od około 2200 roku p.n. e. , znaczy z tego czasu znajdujemy najstarsze dowody świadczące o uprawie. Odkrycie koki dla ludzkości zawdzięczamy indiańskiemu ludowi Ajmara. W królestwie Inków liść koki odgrywał podwójną rolę – religijną i społeczną, doceniono należycie pożytki które roślina przynosiła ludziom żyjącym na dużej wysokości, do dziś używa się tam liści koki do złagodzenia objawów pojawiających się na skutek rozrzedzonego powietrza i skoków ciśnienia atmosferycznego. Koka to wielkie dobrodziejstwo dla ludzi gór, dlatego uważano ją za roślinę zesłaną przez bogów. Hiszpańscy konkwistadorzy najsampierw starannie zakazali "pogańskiego ziela" po czym, kiedy tylko zauważyli skutki jej zażywania czym prędzej wprowadzili obowiązkowe żucie liści w miejscach takich jak kopalnie. Uprawiano krasnodrzew nie tylko dla wiadomej substancji, roślina zawiera w sobie wiele pożytków - liście koki mają w 100 gramach masy więcej wapnia niż mleko krowie i więcej fosforu niż rybie mięso w tej samej gramaturze, są bogate są w żelazo, potas, cynk i miedź a poza tym m.in. witaminy B1, B2, A, E, C . Ze 100 gram liści koki można uzyskać około grama kokainy. Oczywiście z różnych uprawnych odmian uzyskuje się różną ilość narkotyku - są odmiany z których ze 100 gram liści "nie wyciśnie" się więcej niż 0,01 grama a są takie z których można wyprodukować 1, 2 grama czystej kokainy. Po raz pierwszy ekstrakcji kokainy z liści koki dokonał Niemiec Albert Niemann w 1859 roku. Substancja zrobiła prawdziwą furorę w XIX wiecznej Europie, po kokainową nalewkę i cukiereczki sięgała sama królowa Wiktoria. Jakoś nikomu nie przyszło wówczas do głowy że jest niebezpieczna, uważano ją raczej za dobrodziejstwo pozwalające wyrwać się z nałogu morfinizmu. Jeden z takich nałogowych morfinistów, weteran wojny secesyjnej stworzył orzeźwiający tonik z liści koki i orzeszków cola.Wzmocnił skórką pomarańczy, okrutnymi ilościami cukru i tenże ożywczy napój jako samo zdrowie sprzedawał był w aptece. Tak powstała Coca - Cola, imperialistyczne gazowane zło dobijające dietetyków na całym niemal globie. Do dziś w jej produkcji używa się liści koki, koncern twierdzi że odmian ze znikomą zawartością narkotyku. He, he, he, ta koka jakoś bez przeszkód wjeżdża na teren United States. Można wywalić z Coca - Coli prawdziwy cukier i zastąpić go ohydnym słodzikiem ale na świętość liści koki jednak nikt się nie odważył zamachnąć!
Konopie indyjskie Cannabis sativa subsp. indica, Cannabis sativa subsp. indica ruderalis vel Cannabis sativa subsp. indica spontanea i konopie siewne Cannabis sativa subps. sativa. Taa, po hindusku gandzia, po hiszpańsku marijuana, w rodzimym marycha. Do niedawna odsądzana od czci i wiary , dziś już wiemy że zioło potrafi leczyć stany chorobowe z którymi współczesna medycyna akademicka średnio sobie radziła. Zacznijmy od przedstawienia roślinek - konopie pochodzą z Azji, indyjskie z Kaszmiru, Iranu i Afganistanu, konopie siewne występują naturalnie w górach Ałtaj, Tienszan, na Zakaukaziu i w Afganistanie. Cannabis ruderalis pochodzi z z Azji Środkowej. Dziś już prawie nie spotyka się tego gatunku w stanie czystym, rośliny posiadające cechy ruderalis ( główną cechą, która odróżnia ją od innych gatunków jest fotoobojętność, rośliny kwitną w zależności od swojego wieku, a nie ze względu na cykl dnia i nocy jak w przypadku konopi siewnej i konopi indyjskiej ) mają około 20–80% genów z konopi siewnej lub indyjskiej. Do nas konopie siewne zwane włóknistymi trafiły dawno, dawno temu i od razu stały się roślinami uznanymi za pożyteczne, uprawianymi mimo dużych wymagań glebowych ( podobnie jak tytoń lubią bogate w azot gleby ). Głównie uprawiano je na włókno i olej, oraz paszę ziarnistą dla ptaków. Nie zawierały jakichś szalonych ilości substancji psychoaktywnych i nikt ich nie kojarzył z używkami. Potem się wzięło i pozmieniało i dziś na uprawę konopi wymagany jest tzw. papir. Co prawda ciężko mi sobie wyobrazić tłumy kotłujące się na polach konopi, to raczej nie te czasy kiedy hippie udawali się po makuchy do gotowania makiwary ale państwo czuwa. Zawsze może się bowiem zdarzyć że któś wysieje konopie indyjskie, zawierające znacznie więcej niż te 0, 02 THC występujące w naszych zwyczajnych konopiach. Co to właściwie jest ta marycha? To suszone i czasem sfermentowane kwiatostany żeńskich roślin konopi ( konopie są dwupłciowa ) niejednokrotnie z niewielką domieszką liści. Za działanie psychotropowe marihuany odpowiada głównie zawarty w niej tetrahydrokannabinol (THC) oraz inne kannabinoidy. Podgatunek indyjski oprócz zwiększonej ilości THC ma wyższą zawartość kannabidiolu CBD. Substancja ta, sama nie będąc psychoaktywną, wpływa na efekty wywoływane przez THC. Pewien wpływ na własności marihuany ma także zawartość CBN, będącego produktem rozkładu THC. Taa... zioło indyjskie solidnie rozluźnia, he, he, he. Jako roślina poświęcona Śiwie niejednemu sadhu pozwoliła wznieść się na wyższy poziom medytacji. Jak zwykle całe zło tkwi w nieumiarkowaniu. Nadużywanie marychy przejawia się zespołem amotywacyjnym czyli totalnym wyluzowaniem z życia, jednakże stopień uzależniania jest niższy nie tylko od alkoholu ale i od kofeiny ( jak to odmityczniają nam się mity ). W medycynie maryśka pokazuje najlepsze ja - załatwia silne bóle neuropatyczne w przebiegu stwardnienia rozsianego , wspomaga leczenie bólów nowotworowych w zaawansowanych stadiach choroby ( potrafi zadziałać kiedy tolerowane dawki leków opioidowych już nie działają ), wyłącza bóle w przebiegu urazów rdzenia kręgowego. Naprawdę dobra z niej roślinka, wzmagająca apetyt u niejadków i chęć mówienia u milczków.
Ilustrujący wpis pierwszy obabrazek to fragment obrazu Fernando Botero "La muerte de Pablo Escobar"
sobota, 24 listopada 2018
Owca blackfridayowa
Byłyśmy z Mamim na Black Fridayu i stwierdziłyśmy że nigdy więcej. Panie starsze i tłum dziki, taki z podejrzanym błyskiem w ślepiach, rękoma co to ze trzy metry mają każda z osobna, mózgami wielkości orzeszka laskowego. Never! Żadnego redyku i innych imprez pasterskich z nami w roli starszych a jednak wciąż głupawych owiec. Nie dla nas rozkosze obniżonych cen, zresztą to obniżenie cen to takie szczerzepolskie raczej a nie hamerykańskie, transakcji stulecia nie dokonałyśmy. Mamelon zakupiła przecenione sweterki dla się i Sławencjusza ( jak na ubabranko dla samca cóś mało ten sweterek Sławencjusza przecenili ) a mła nie załapała się na przecenę spodni ( bo złośliwie ich nie przecenili ) i kupiła je drogawo ale przynajmniej pasująco. Z tego wszystkiego mła zrobiła się lekko zła i za ostatnie pieniądze Mamelona ( swoje ostatnie wydała na ten cud krawiectwa ) mła zakupiła była bombki. Mamelon zgrzytała zębami ze względu na : bandyckie zabranie jej kasy, kolejkę jak za starej, niedobrej komuny, mój gust bombkowy rozmijający się o lata świetlne z tym co Mamelon uważa za bombkową doskonałość. Pod pozorem ratowania Sławencjusza od padnięcia z głodu czym prędzej
uciekła z bombkowego sklepiku zostawiając mła obwieszoną towarem jak
jaka chujinka.
Oczywiście będę jej wypominać tę ewakuację ze trzy lata albo i dłużej. Po prawdzie jednak to się jej nie dziwię, sama miałam moment słabości który mnie naszedł po półgodzinie kolejkowania. Jednakże wytrzymałam, bombki są a Mamelon roztacza upiorne wizje dotyczące chujineczki ubabranej przez mła. Moim zdaniem przesadza, wszak nie zakupiłam takiego cudu jak pseudo meksykańska czaszeczka lśniąca srebrnym brokatem ( jeszcze gustowna bombka pod tytułem broń półautomatyczna i mamy dżefko w stylu narcos ) ani św. Mikołaja który z facjaty wyglądał na faceta baaardzo specjalnej troski, ani elfów z plastiku cudnie fosforyzujących w ciemności. Zaprawdę powiadam Wam mogło być gorzej jeśli chodzi o wybór bombeczek, mła nie zaspokoiła swoich najbardziej zwyrodniałych pragnień, zatrzymała się tak w pół drogi - gdzieś w okolicach "małego pokoju" jej dzieciństwa. W tym roku chujinka będzie infantylna a przede wszystkim to w ogóle będzie. Po wielu latach kiedy jej nie było. Koty już są szkolone na okoliczność. Dzisiejszy wpis ozdabiają ilustrację Sir Johna Tenniela do opowieści o koszmarkach pod tytułem "Alicja Po Drugiej Stronie Lustra". Owce, sklepy, niespodziewane ucieczki - taaa, wszystko tu jest. Wylazło z głębokiej podświadomości przeczuciem rozkoszy kapitalizmu czyli wielkich wyprzedaży.
Oczywiście będę jej wypominać tę ewakuację ze trzy lata albo i dłużej. Po prawdzie jednak to się jej nie dziwię, sama miałam moment słabości który mnie naszedł po półgodzinie kolejkowania. Jednakże wytrzymałam, bombki są a Mamelon roztacza upiorne wizje dotyczące chujineczki ubabranej przez mła. Moim zdaniem przesadza, wszak nie zakupiłam takiego cudu jak pseudo meksykańska czaszeczka lśniąca srebrnym brokatem ( jeszcze gustowna bombka pod tytułem broń półautomatyczna i mamy dżefko w stylu narcos ) ani św. Mikołaja który z facjaty wyglądał na faceta baaardzo specjalnej troski, ani elfów z plastiku cudnie fosforyzujących w ciemności. Zaprawdę powiadam Wam mogło być gorzej jeśli chodzi o wybór bombeczek, mła nie zaspokoiła swoich najbardziej zwyrodniałych pragnień, zatrzymała się tak w pół drogi - gdzieś w okolicach "małego pokoju" jej dzieciństwa. W tym roku chujinka będzie infantylna a przede wszystkim to w ogóle będzie. Po wielu latach kiedy jej nie było. Koty już są szkolone na okoliczność. Dzisiejszy wpis ozdabiają ilustrację Sir Johna Tenniela do opowieści o koszmarkach pod tytułem "Alicja Po Drugiej Stronie Lustra". Owce, sklepy, niespodziewane ucieczki - taaa, wszystko tu jest. Wylazło z głębokiej podświadomości przeczuciem rozkoszy kapitalizmu czyli wielkich wyprzedaży.
piątek, 23 listopada 2018
Codziennik - O radościach listopada
No i nastał nam ten czas kiedy za oknem jest już tylko brzydkość późnojesienna, brudnawa i zimna a domowe pielesze kuszą ciepełkiem, kotem gotowym do popieszczeń i dyskretnym migotaniem monitora. Nic tylko nosa z domu nie wyściubiać i gawrę na ostrzejszą zimę szykować. Mła jeszcze się grzebie w jesiennych tematach pod tytułem pigwa w przetworach czy dosuszanie gruszeczków ( bo mła cóś wolno w tym roku idą różne robótki, nie tylko te ogrodowe - mła się znaczy posunęła ) ale powolutku do mła dociera że zaraz grudzień i właściwie będzie po jesieni. Grudzień bowiem ma to do siebie że upływa pod znakiem świąt, nawet dla tych ciężko niewierzących. Tak to już jest że w trzeciej dekadzie owego miesiąca czas zwalnia i dzieją się zdziwności. Ludzie szaleją jak Muminki przed Straszną Wigilią, najsampierw sprzątają wyczynowo, potem się obżerają tymi a nie innymi potrawami do rozpuku, w dni pokoju kłócą się zapamiętale z rodziną a czas obchodów zimowych świąt wieńczą użynając się na imprezie sylwestrowej na której występują obficie posypani brokatem albo świecą w inszy sposób. Grudzień to już prawdziwa zima choć kalendarz spokrewniony z ciałami niebieskimi temu zaprzecza, zatem to ostatnie już chwile kiedy można cieszyć się jesienią. Tak, tak cieszyć - wprawdzie pogoda dodupna za to jednak prawdziwie listopadowa. To jest pewna wartość w czasach gdy wiosna udaje lato a przedwiośnie jakoś tak zanika.
Co robić w listopadowe wieczory? Przede wszystkim przywabiać koty, bez kota żadne listopadzenie nie ma sensu. Mruczenie listopadowe i promieniowanie ciepełkiem jest jedyne w swoim rodzaju, chyba w żadnej inszej porze roku tak ich człowiek nie potrzebuje jak właśnie na przełomie jesieni i zimy. Oczywiście koty zdają sobie świetnie sprawę że są dobrem deficytowym i skąpo rozdzielają łaski. No ale zawsze można kocyk ciepły ustawić na odpowiednią temperaturę i towarzystwo przylezie. Ich ciepełko jest inszego rodzaju niż to elektryczne i szczerze pisząc to grzanie kocyka uważam tylko za przywabiacz grzania właściwego. Mła nie jest niestety na tyle atrakcyjna dla kotów żeby raczyły darzyć ją grzaniem bez przywabiania kocykiem, tak samo jak miska nie jest atrakcyjna bez wypełniającego ją kociego chlania. Taka jest istota rzeczy i nie ma co z nią walczyć - kot stworzenie widocznie interesowne, nawet się nie sili na ukrywanie pobudek ( siły to trza oszczędzać na straszenie myszek a nie na jakieś głupoty ). Po przywabieniu kotów można zalec z lekturą lub też uzupełnić braki filmowe. Mła ostatnio oglądała film Coenów "The Ballad of Buster Scruggs". Nawet te mniej udane filmy Coenów są dobre a co do tego to wcale nie jestem przekonana ( wbrew opiniom krytyków ) że jest to jedno z ich dzieł niespełniających oczekiwań. Rzecz jasna chłopaki bawią się konwencjami bo film składa się z paru historyjek i każdą można opowiedzieć w inny sposób ale braterski pazur widoczny w każdej z nich, po mojemu nawet bardzo widoczny a mła nie przeszkadza różnorodność bo mła widzi jednak pewną spójność. Myślę że ten film jest jak wino, czas mu się przysłuży i hym...krytycy dojrzeją. Mła oblookała też film "UFO" który o dziwo, nie był opowieścią o latających talerzach, porwaniach i tajemniczych eksperymentach a całkiem sprawnie zrobionym filmem o obsesji, cenie jaką się za nią płaci, o postrzeganiu rzeczywistości i o tym jak może wyglądać kontakt i dlaczego nie będzie to kontakt masowy. Fajne kino, w przeciwieństwie do wielu filmów gatunku nie jest taką bajką przy której dziesięciolatki się ślinią z rozkoszy. Jedyny obraz talerzyka co to fruwa jest widoczny przez jakieś dwie sekundy w odbiciu na samochodowej szybie. Jak kto nie lubi gatunku to niech go tytuł nie odstrasza.
Oblookuję też od czasu do czasu nasz najnowszy serial polityczny ale jak dla mnie to on mało wciągający bo fabuła jest zbyt oczywista - politycy kradną. Zaskakujące byłoby gdyby nie kradli!
Sposób zaciemniania też nie dziwi bo do dawna jestem świadoma że "Łap złodzieja!" najgłośniej woła sam złodziej, coby podejrzenia od się oddalić. Skala przekrętów i wyprowadzanej mamony była do przewidzenia po tylu latach "chudych", kiedy to dostępu do korytka nie było. Polityka prorodzinna czyli nepotyzm to tyż norma u politycznych nie wywołująca u mnie okrzyków zdumienia. Jedyne co mnie dziwi to fakt że ktoś się dał nabrać na bożo - ojczyźniane gadki i uwierzył w prawość i sprawiedliwość w politycznym wydaniu. Jak na razie to się rozwija wszystko zgodnie ze sprawdzonymi wcześniej scenariuszami - "Pokażcie im jak się robi naprawdę politykę to się porzygają z obrzydzenia!". Śledzę ale bez specjalnych artystycznych oczekiwań, bo ta władza i tak się kiedyś skończy ( tzn. sondaże coraz bardziej przypominają wizytę u wróżki Heleny, więc wróżę z czego inszego ) a jak mła czuje w lewej pięcie że scenariusz robi się zbyt przewidywalny to uważa poświęcanie czasu na polityczną telenowelę za jego stratę. Tak szczerze pisząc mła w tym wypadku boli tylko to że czujący pismo nosem obecni władcy Cebulandii w obliczu rysującej się czarno przyszłości dopiero zaczną zasysać!
Ogrodowo to w tej fazie listopada mła może jedynie gdybać. No więc gdyby tak - gdyby dosadzić jeszcze więcej drzew. Mła jakoś tak ciągle drzewnie nie usatysfakcjonowana, pewnie dlatego zw w mieście Odzi w ramach przygotowań do Zielonego Expo wycinka trwa w najgorsze ( bo na pewno nie w najlepsze ). Ot i tyle tych listopadowych radości.
Dzisiejsze ilustracje to takie obabrazki ze zbiorku smutkowe bajeczki, niestety nie bardzo wiem kto jest autorem czy autorką poszczególnych prac. Niby są podpisane i ze względu na formę mła podejrzewa że to jest jedna autorka czy jeden autor ale mła jest tak ślepa że nie była w stanie odczytać nazwiska , czego to mła bardzo żałuje ( znaczy jak któś cóś wie ,niech da znać to będziem rozsławiać ). Kimkolwiek jest ten któś kto takie cudeńka narysował są to chwała jej lub mu za prace tak pasujące do listopadowych klimatów.
P.S. Wilczyca wyśledziła to czego ja po samych obrazkach umieszczonych w pliku smutkowe bajeczki dawno, dawno temu nie zrobiłam - Kelly Louise Judd te obabrazki nam sprawiła. Chwała jej!
Co robić w listopadowe wieczory? Przede wszystkim przywabiać koty, bez kota żadne listopadzenie nie ma sensu. Mruczenie listopadowe i promieniowanie ciepełkiem jest jedyne w swoim rodzaju, chyba w żadnej inszej porze roku tak ich człowiek nie potrzebuje jak właśnie na przełomie jesieni i zimy. Oczywiście koty zdają sobie świetnie sprawę że są dobrem deficytowym i skąpo rozdzielają łaski. No ale zawsze można kocyk ciepły ustawić na odpowiednią temperaturę i towarzystwo przylezie. Ich ciepełko jest inszego rodzaju niż to elektryczne i szczerze pisząc to grzanie kocyka uważam tylko za przywabiacz grzania właściwego. Mła nie jest niestety na tyle atrakcyjna dla kotów żeby raczyły darzyć ją grzaniem bez przywabiania kocykiem, tak samo jak miska nie jest atrakcyjna bez wypełniającego ją kociego chlania. Taka jest istota rzeczy i nie ma co z nią walczyć - kot stworzenie widocznie interesowne, nawet się nie sili na ukrywanie pobudek ( siły to trza oszczędzać na straszenie myszek a nie na jakieś głupoty ). Po przywabieniu kotów można zalec z lekturą lub też uzupełnić braki filmowe. Mła ostatnio oglądała film Coenów "The Ballad of Buster Scruggs". Nawet te mniej udane filmy Coenów są dobre a co do tego to wcale nie jestem przekonana ( wbrew opiniom krytyków ) że jest to jedno z ich dzieł niespełniających oczekiwań. Rzecz jasna chłopaki bawią się konwencjami bo film składa się z paru historyjek i każdą można opowiedzieć w inny sposób ale braterski pazur widoczny w każdej z nich, po mojemu nawet bardzo widoczny a mła nie przeszkadza różnorodność bo mła widzi jednak pewną spójność. Myślę że ten film jest jak wino, czas mu się przysłuży i hym...krytycy dojrzeją. Mła oblookała też film "UFO" który o dziwo, nie był opowieścią o latających talerzach, porwaniach i tajemniczych eksperymentach a całkiem sprawnie zrobionym filmem o obsesji, cenie jaką się za nią płaci, o postrzeganiu rzeczywistości i o tym jak może wyglądać kontakt i dlaczego nie będzie to kontakt masowy. Fajne kino, w przeciwieństwie do wielu filmów gatunku nie jest taką bajką przy której dziesięciolatki się ślinią z rozkoszy. Jedyny obraz talerzyka co to fruwa jest widoczny przez jakieś dwie sekundy w odbiciu na samochodowej szybie. Jak kto nie lubi gatunku to niech go tytuł nie odstrasza.
Oblookuję też od czasu do czasu nasz najnowszy serial polityczny ale jak dla mnie to on mało wciągający bo fabuła jest zbyt oczywista - politycy kradną. Zaskakujące byłoby gdyby nie kradli!
Sposób zaciemniania też nie dziwi bo do dawna jestem świadoma że "Łap złodzieja!" najgłośniej woła sam złodziej, coby podejrzenia od się oddalić. Skala przekrętów i wyprowadzanej mamony była do przewidzenia po tylu latach "chudych", kiedy to dostępu do korytka nie było. Polityka prorodzinna czyli nepotyzm to tyż norma u politycznych nie wywołująca u mnie okrzyków zdumienia. Jedyne co mnie dziwi to fakt że ktoś się dał nabrać na bożo - ojczyźniane gadki i uwierzył w prawość i sprawiedliwość w politycznym wydaniu. Jak na razie to się rozwija wszystko zgodnie ze sprawdzonymi wcześniej scenariuszami - "Pokażcie im jak się robi naprawdę politykę to się porzygają z obrzydzenia!". Śledzę ale bez specjalnych artystycznych oczekiwań, bo ta władza i tak się kiedyś skończy ( tzn. sondaże coraz bardziej przypominają wizytę u wróżki Heleny, więc wróżę z czego inszego ) a jak mła czuje w lewej pięcie że scenariusz robi się zbyt przewidywalny to uważa poświęcanie czasu na polityczną telenowelę za jego stratę. Tak szczerze pisząc mła w tym wypadku boli tylko to że czujący pismo nosem obecni władcy Cebulandii w obliczu rysującej się czarno przyszłości dopiero zaczną zasysać!
Ogrodowo to w tej fazie listopada mła może jedynie gdybać. No więc gdyby tak - gdyby dosadzić jeszcze więcej drzew. Mła jakoś tak ciągle drzewnie nie usatysfakcjonowana, pewnie dlatego zw w mieście Odzi w ramach przygotowań do Zielonego Expo wycinka trwa w najgorsze ( bo na pewno nie w najlepsze ). Ot i tyle tych listopadowych radości.
Dzisiejsze ilustracje to takie obabrazki ze zbiorku smutkowe bajeczki, niestety nie bardzo wiem kto jest autorem czy autorką poszczególnych prac. Niby są podpisane i ze względu na formę mła podejrzewa że to jest jedna autorka czy jeden autor ale mła jest tak ślepa że nie była w stanie odczytać nazwiska , czego to mła bardzo żałuje ( znaczy jak któś cóś wie ,niech da znać to będziem rozsławiać ). Kimkolwiek jest ten któś kto takie cudeńka narysował są to chwała jej lub mu za prace tak pasujące do listopadowych klimatów.
P.S. Wilczyca wyśledziła to czego ja po samych obrazkach umieszczonych w pliku smutkowe bajeczki dawno, dawno temu nie zrobiłam - Kelly Louise Judd te obabrazki nam sprawiła. Chwała jej!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















