Rany, po przerwie spowodowanej helikopterem wczoraj solidniej zajrzałam do neta, a dziś sobie jeszcze doprawiłam. Tragedy, skala złodziejstwa rośnie - taki koment trafiłam który ładnie rzecz ujął - "2015 - wystarczy nie kraść, 2017 tamci kradli więcej, 2019 tamci też kradli" - aż się strach bać co będzie w 2020. Dziś się z kolei dowiedziałam że worek z Pandorą który tak pięknie rozwiązał dla nas facet zwany Hakatumbą przywiał do nas z Hameryki liścidło senatorskie. Znając siłę naszej dyplomacji i pragnienie posiadania przez naszych rzundzących F - 35 będących w fazie zaawansowanego projektu, już widzę te dylematy. Lizać tyłek czy dać odpór - oto jest pytanie? Przypomina mi się zdanie Kisielewskiego na temat socjalizmu, no wiecie - ustrój rozwiązuje bohatersko problemy które sam stwarza, he, he, he. Swoją drogą Kisielowi udało się jakoś nie stępieć w nowej dla niego rzeczywistości postsocjalistycznej i nie być hurra optymistą. Bardzo dziś takich ludzi brakuje, widzących jasno rzeczy niemiłe i uwierające i przede wszystkim mających odwagę "własnego zdania". W epoce informatycznej to białe słonie. Stwierdziłam że od występów politycznych rzundząco - łopozycyjnych znów może się mła zrobić helikopter i postanowiłam zająć się sprawami lokalnymi. Znaczy sprawkami miasta Odzi, które ma swoje za miejskimi uszami ( a uszy jak u nietoperza ). Helikopter mła nie grozi, co najwyżej locik dronem ale żyłka gdzie nie trzeba jej nie pęknie.
A w sprawach lokalnych wreszcie ktoś zadał pytanie które i mła sobie od pewnego czasu zadaje - jak to się dzieje że w wyludniającym się szybko mieście jakim jest miasto Ódź, jakoś jest ciągle więcej i więcej ludzi i trza np. ładować pieniędze w transport miejski bo nie wyrabia. No dobra, Ódź spuchła jak wiele polskich miast - ludzie wynoszą się na obrzeża, wioski wokół miasta nam się odwioskowują, ludzie są tam zameldowani i tam płacą podatki ( niższe niż miejskie ) ale pracują w mieście Odzi. Miastowe ludzie czujo się pokrzywdzone bo nie mieszkajo w otoczeniu przyrody, podatki płacą większe i w dodatku część tych podatków jakby nie na ich potrzeby ( u nas była swego czasu granda o tramwaj regionalny ). Jednak opuchlizna miast nie wyjaśnia wszystkiego, mła odnosi wrażenie że liczbę tych co wyjechali na zachód zrekompensowała liczba tych co przyjechali ze wschodu. Czy to się komuś podoba czy też nie witamy w kraju który będzie coraz bardziej wielokulturowy i wieloetniczny, tak mła wynika z oglądu towarzystwa podróżującego z nią w tramwajach. Cała różnica między Cebulandią a Zgniłym to ta że u nas imigranci mogą co najwyżej na pińcet z plusem liczyć jak dzieci posiadajo, zasiłków specjalnych ni ma i dlatego przyjeżdżają pracujący a nie socjalni. Teraz może troszki wolnego miejsca będzie po mieszkańcach Ukrainy bo Niemce otworzyli dla nich rynek pracy ale w Odzi witamy już na ich miejsce Nepalczyków.
Mła te wędrówki ludów nie dziwio, w przeciwieństwie do ciężko zasiedzianych mła wie jak toczy się światek i że nie kończy się on jeno na naszej wsi we której "To praca powinna być i wszystko, żeby człowiek nie musiał się tułać". Zdziwne dla mła jest też to że wszystkie socjologi piszo że my tacy mało atrakcyjni jako miasto i młodzi to mykajo gdzie indziej i atrakcyjniej a mła się wydawa cóś przeciwnie, że dzieciów w jej okolicy jak na jej system nerwowy jest zbyt dużo. Albo ona ma system nadwrażliwy, albo rzeczywiście jej się wydawa albo nasze socjologi wraz z GUS - em muszą zmienić metodę badań ( opieranie się na mitycznym meldunku - sama znam takich co mieszkają od lat nastu a meldunek majo gdzie indziej ) bo we mła się zalągł dysonans poznawczy i nie odpuszcza. No bo naprawdę jest dziwnie - miasto które straciło ponad 12% ludności chyba powinno być zauważalnie mniej ludne? Mła się czuje z lekka oszukana bo ona tłoku nie lubi a tu coraz ciaśniej!
Sprawa nr 2 - lotnisko na Lublinku imieniem i nazwiskiem wieszcza Reymonta nazwane. To jest dopiero zdziwność - otóż mamy lotnisko wybudowane dla biur podróży, czarterowe znaczy. Nasz aeroport obsługuje cztery trasy na stałe ( z tego trzy na Wyspy Brytyjskie i jedną na hub w Monachium - bilety Lufthansy więc tanio nie jest ), jedną w sezonie letnim ( Ateny ) i stadko czarterów które latają na wczasowiska ( bezpośrednio do Burgas, Zakynthos, Antalya, z przesiadkami w Monachium Dominikana i w przyszłym roku Meksyk i Kuba ). Naprawdę w miarę regularne ( niecodzienne jednak ) mają tylko połączenia z Monachium i Stansted kole Londynu. I teraz będzie o nierentowności - nasze nielotnisko jest zdaje się drugim najbardziej po nielotnisku w Radomiu, nierentownym nielotem w kraju a co lecę w insze zagramanice z Warszawy to zawsze kupa luda z Odzi w tych samolotach. Cud, bynajmniej nie mniemany. Liniom nie opłaca się utrzymywać przelotów na trasie z miasta Odzi bo pasażerowie złośliwie migrują na Okęcie albo inny Modlin. Taa... odzianie to przewrotne bestie są, dołożą kasy, wymęczą się ale nie dadzą portu lotniczemu we własnym mieście zarobić.
No, przede wszystkim nie dadzą zarobić zatrudnionym na "odcinku lotniska" specjalistom, kerownikom i inszym z nadania. Marszałek województwa do lotniska nie dołoży bo ono miejskie, miasto dokłada coby wstydu i bankructwa nie było ( i te miejsca pracy ) ale cóś mało wymaga od lotniskowych ( w dobie Bookingu i Airbnb wczasowe loty to jak kolejka wąskotorowa z Odzi Fabrycznej do Mławy, przez Warszawę, Himalaje i Petersburg rzecz jasna ) a skutek jest taki że mła i Mamelon znów polecą z Okęcia, bo nie uśmiecha się im lecieć sześciu godzin z przesiadką do Rzymu jak mogą dolecieć bezpośrednio w dwie i pół a w godzinę z hakiem być na lotnisku w Warszawie ( z którego samoloty do Rzymu latają codziennie ). Teraz polecę klasykiem - nikt mła nie wmówi że białe jest białe a czarne jest czarne, to nie jest problem zbyt małej liczby pasażerów na lotach rejsowych żeby liniom się opłacało, to jest problem polityki związanej z lotniskiem i to zarówno tej miejskiej jak i tej z Wiejskiej. Miasto Ódź może nie jest metropolią z której codzienne odloty do europejskich stolic opłacałyby się przewoźnikom, ale na lotach dwukrotnych czy nawet jednorazowych w tygodniu przewoźnik by nie stracił. "Czy konie mnie słyszą?"- to tak dalej taplając się w klasyce. Cóś z tym nielotniskiem zrobić trza, albo spuścić armii czy tam innemu aeroklubowi i przestać wkładać w nie kasę albo w końcu zrobić z tego misia na miarę naszych możliwości normalnie funkcjonujący obiekt!
Dzisiejsze obabrazki to ódzkie sakralności. Nie wszystkie istnieją bo zmiany były i w ogóle, ale cóś tam się ostało.
P.S. Kropek u Psa w Swetrze pięknieje z dnia na dzień. Jest do wzięcia ( jak dla mła to za poręczeniem lub wstawiennictwem bo kot po przejściach ), najlepiej żeby znalazł się w takim domu który będzie całym jego światem ( Kropek szykuje się na kotka niewychodzącego, znaczy przechodzi szkolenie na lorda ). Całuśny aniołek, na starcie trzeba nieco bardziej niż to ma zwykle miejsce o Kropka dbać. Jak dojdzie do siebie w stu procentach i obejmie ludzia w posiadanie to się dziwić będzie ten ludź jak on bez Kropka w ogóle mógł funkcjonować! To nie było życie tylko jakaś marna wegetacja, ersatz i namiastka! Bez tych przytulasów, bez ocierek i prawie że cmokań! Krokiet i Bigos już na swoich ludziach, przystąpiły do tresowania personelu obsługującego.
wtorek, 6 sierpnia 2019
niedziela, 4 sierpnia 2019
Codziennik - weekendownik leniwca
Tak leniwie mła mija ten pierwszy sierpniowy weekend. No i bardzo dobrze bo ona odpoczywa, oddech ma od wszystkiego, nic nie musi ( a zazwyczaj musi i to jeszcze tak że sama się musi zmuszać do musienia ). Takie domowe wakacje instant, wolne w proszku co to je tylko winem podlać jak się helikopter skończy i gotowe. Spokojne snucie się po domu, po ogrodzie, bez napinki na luziku, no mła się czuje niemal jak główny bohater "The Beach Bum" ( za parę lat ten film będzie kultowy ) optymistycznie olewając skrzeczącą rzeczywistość. Koty dostroiły się do mła, leniwie zaliczają wyro, bazę Felicjanową pod forsycją, okolice największego egzemplarza szałwii lekarskiej. Z wielką niechęcią włażą na robinię czy dachy szopek, zdecydowanie preferują obecnie przebywanie na parterze. Ptocy śpiewajo ale kociego zainteresowania szczęśliwie nie budzą, gdzieś czasem cóś jak myszka zaszeleści ale lepiej oczka mrużyć i się nie interesować. No można na ślimaka bezskorupkowego bardzo groźnie popatrzeć ale na tym łowcza aktywność się kończy.
Przeca to jest czas na mruczenia i ciamkania, na podstawianie łap do całunków i robienie baranków. Za leniwie na kocią naturę, trza uprawiać sielską kocią anielskość. Od czasu do czasu przejdzie mały opad, który powoduje u mła opad powiek, z nagła zaświeci słoneczko co z kolei powoduje u mła tzw. chęć do życia, wszystko to niespieszność działań powoduje ( no bo jak mła już ubierze ubabranek na dżdż to on przestaje dżdżeć a jak mła się naszykuje coby w słoneczną chwilkę ze strojem się wpasić to ta chwilka właśnie mija - więc po co się spieszyć, lepiej leniąc się poczekać w stroju słonecznym na złapanie chwilki ). Małgoś - Sąsiadka bredziła cóś o słodkich wypiekach ale spojrzałam na nią baaardzo karcąco i zaproponowałam natychmiastowe sprawdzenie poziomu cukru w jej krwi. Odpowiedź że glukometr się popsuł była tak jawnie bajkowa że nawet Małgoś cóś tak bez przekonania ją wygłaszała. Propozycja wykonania wypieku upadła bo postraszyłam Małgoś własnym glukometrem ( nie posiadam ale zablefowałam ) i Małgoś nie drążyła tematu. Zresztą mamy borówki hamerykańskie w dużej ilości a to przeca też słodycz. I tak leniwie sobie weekendujemy, przewalając się z boku na boczek w mruczącym towarzystwie i od czasu do czasu straszymy roślinki i owady na Suchej - Żwirowej. No wiecie - jest nam teraz prawdziwie letnio.
I choć to niby jest post o niczym, jeden z wielu zaśmiecaczy netu, to nie tak bez sensu do końca - mła zaobserwowała niepokojące zjawisko i postanowiła zostać tego... ten... sygnalistką. Z tych leniwych sygnalistek rzecz jasna i takich bardzo spóźnionych ( wicie rozumicie, to już truizm a mła się dopiero orientuje ). Otóż mła odnosi ostatniemi czasy bardzo silne wrażenie że sztuka odpoczynku nam zanika co powoduje ludziskom jako gatunkowi problema. Ludzie wyznaczają sobie w czasie wolnym zadania i je realizują po czym wracają do codzienności usatysfakcjonowani ale wcale niekoniecznie wypoczęci. Nie mam tu wcale na myśli tych co to urządzają remonty mieszkania w czasie urlopu. Hym... wiecie, mła to lubi zwiedzać i się kręcić ale to nie znaczy że nie potrzebuje swoich chwil uważności, czasu na podróże wewnętrzne albo na podróże daleko od siebie. I tak jej jakoś przychodzi do głowy że w tych potrzebach wcale nie jest odosobniona. Mła sobie przemyśliwa że sztukę odpoczynku trochę zabija przymus - znaczy wykupilim wywczas i będziemy wypoczywać, nawet jak nam się kurna nie chce, to będziemy. I potem się męczymy zalegając nad basenem w towarzystwie germańskich dzieciaków które mają na nagłośni wmontowane wzmacniacze dźwięku, albo łażąc w upale po niemiłosiernie nagrzanych ruinach, albo też zagubieni w głuszy i dziczy nudzimy się jak mopsy. Z drugiej strony problem jest w nas bo nie potrafimy się oderwać od cycka codzienności i czujemy że nic się nie zmieniło, znaczy wypoczynek męczy. Po mojemu za dużo bodźców nam system nerwowy drażni a my tak na co dzień nie trenujemy wypoczynku. Na siłownie chodzimy ale tam komór wyciszenia ni ma. Hym... yoga? Może to i jakieś wyjście, pewnie lepsze niż odstresowujące prochy czy tam insze używki ( zmęczenie codziennością, swoimi problemami, chęć odfrunięcia i relaksu stoi za miłością części społeczeństwa do wszelkich substancji psychoaktywnych ). A może po prostu techniki relaksacyjne powinny być w programach nauczania i to rozwiązałby sporą część problemu z wlewaniem w się lub wdychaniem. Tak mła sobie rozmyśla, leniwie bardzo.
Dzisiejsze fotki to Sucha - Zwirowa zdjęta po wsadzeniu dodatkowych sześciu perowskii, co jakoś nie wpłynęło na ogólny widok rabaty i leniący się na kuchennym stole krasnoludek, co to był kupiony dla Wujka Jo ale jakoś ostał się u mła.
piątek, 2 sierpnia 2019
Codziennik - odstresownik relaksownik ( częściowo muzyczny )
Egipski wpis wisi nade mną a ja jakaś taka rozlazła, niby upały minęły ale mła cóś się od tego nie polepszyło. Pogoda zjazdowa albo cóś w powietrzu bo powieki mła opadajo w połowie dnia jakby drzemka była czymś niezbędnym ( mła walczy z tym drzemkowaniem ale raz że ciężko jej idzie, a dwa to nie jest do końca przekonana czy robi dobrze bo zdarzył się jej helikopter i mła sobie pomyślała że może jej organizm chce jej cóś powiedzieć tylko nie śmie i tak tego helikoptera próbnie wypuścił ). Mła czuje lata na karku a Małgoś - Sąsiadka nadal pokrzepiająco ćwierka że "Dalej to będzie coraz gorzej!". Resztką sił mła wysłała paczki, których się troszki nazbierało i teraz zrobi sobie wolne od wszystkiego. Politycznie się nie uświadomi bo się jej spokój należy a poza tym mało co i mało kto ma szansę przebić występ pewnej radnej która uznała że rozprowadzana w stolicy okazjonalna wlepka ze znakiem Polski Walczącej i podpisem że Polska walczy z faszyzmem jest skierowana przez totalnych przeciwko rzundzącym. Mła czuła że przepona jej pęknie - ten śmiech naprawdę bolał. No ale nie co dzień jest szansa na takie perełki ( choć polityczni wszelkich opcji starajo się jako mogo ) i mła będzie sobie oszczędzać zwykłych wzruszeń jakie nią targają przy tzw. złodziejskich nowinkach. Mła się musi odstresować a kłótliwość narodowa spotęgowana przez nadchodzące wybory cóś temu nie sprzyja. Ostatnio mła słuchała nieco muzyki z lat osiemdziesiątych XX wieku, czyli z czasu kiedy była piękna i młoda ( teraz jest tylko piękna ) i nawet taki przebój sobie przypomniała, który swego czasu lubiła nucić, ostro fałszując - to się nazywało "Town Called Malice". Tak jakby o nas było, niby stara New Wave a proszę jakie aktualne.
Koty będo się odstresowywać razem z mła, Felicjan, Szpagetka i Sztaflik zgłosiły akces do zalegania, znaczy bez przywabiania kręcą się w okolicach wyrka, jedynie Okularia przedkłada towarzystwo Epuzera nad przebywanie z "mamusią" ( wiadomo, kudy tam mła do błysku Epuzerowych ślepiów, że o innych walorach nie wspomnę ). Mam nadzieję że zaleganie wspólne odbędzie się bez ekscesów, mimo tego że Felicjan zionie miłością do świata jak co niektórzy funkcjonariusze najpowszechniejszego wyznania w naszej Cebulandii ( uwielbiam jak faceci w sukienkach, w koronkowych narzutkach i takich fikuśnych kapelusikach ćwierkajo że samiec to musi spodzień nosić - wiem, jestem złośliwa ale poziom hipokryzji niektórych funkcyjnych wnerwia a to nie pozwala mła się należycie odstresować ). Na miłosne zionięcie Felicjana przygotowała ja sobie przy wyrku rękawice kuchenne, jakby Felicjan zaczął mocno emanować miłością to go spacyfikuje i będzie sobie zalegał w swojej bazie pod forsycją. Czarnule są grzeczne, nawet specjalnie się ostatnio nie leją. Myślę że zawiązały pakt przeciw Felkowi bo podczas jego ostatnich pretensji o miejsce na wyrku dały mu odpór wspólnymi siłami ( co tak go rozwścieczyło że musiałam interweniować ). Teraz patrzę na niego jak spokojnie podsypia przy klawiaturze, no anioł nie kot. Słodka niewinność, nikt nieznający go bliżej nie uwierzyłby że to bydlak z piekła rodem i w dodatku niewdzięczny. Tak, tak, w domu to do Małgoś - Sąsiadki umizganie się odchodzi, z ciotką Elką i Cio Mary jest to samo, ale kiedy spotyka je na Podwórku to udaje że ich nie zna. No jakieś obce baby się czepiają Jego Przebiegłości Władcy Podwórka. Łazi na sztywnych łapach i zapada na głuchotę, wybiórczą rzecz jasna bo trzaśnięcie drzwi lodówki słyszy. Tyż mam stosowną pioseneczkę "Mistaken For Strangers" , nieco późniejszą ale w klimacie indie rock ( no prawie jak New Wave, he, he, he ).
Podczas zalegania mła będzie sobie poczytywać i nawet może coś obejrzy z neta. Tylko takiego żeby zwojów jej nie przegrzało. Może jakieś stare filmidła w myśl zasady inżyniera Mamonia - "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję." Mła ma parę pozycji do których chętnie by wróciła: w cyklu zrozumieć brexit obejrzałaby sobie "Brassed Off', taki film sprzed niemal ćwierć wieku w którym grał Pete Postlethwaite, jeden z moich ulubionych brytyjskich aktorów, następnie "Billy Elliot" bo ten film mła zawsze dobrze robi na jestestwo i "The Full Monty", dla rozebranych facetów rzecz jasna, he, he, he. Może obejrzę sobie też "Le Grand Bleu", to jest jeden z tych filmów do których lubię wracać bo odkrywam w nich cóś nowego, czasem nawet zaskakującego. Mój boszsz... to starocie ale ani padaczki od szybko zmieniających się marvelowych ujęć nie dostanę, ani nie będę się zastanawiała o co kaman i jaką to grę tym razem przeniesiono na ekran. Taka rozrywka dla pani starszej. A niedługo wybiorę się do kina na nowy film Tarantino, jak podreperuję trochę stan organizmu i budżet. Na zakończenie wpisu możecie sobie posłuchać prawdziwe antycznej muzyczki - "Life Is Strange". Piosneczka też z tych które da się podpiąć pod każde czasy. Obrazków dziś nie ma bo macie muzyczkę.
Koty będo się odstresowywać razem z mła, Felicjan, Szpagetka i Sztaflik zgłosiły akces do zalegania, znaczy bez przywabiania kręcą się w okolicach wyrka, jedynie Okularia przedkłada towarzystwo Epuzera nad przebywanie z "mamusią" ( wiadomo, kudy tam mła do błysku Epuzerowych ślepiów, że o innych walorach nie wspomnę ). Mam nadzieję że zaleganie wspólne odbędzie się bez ekscesów, mimo tego że Felicjan zionie miłością do świata jak co niektórzy funkcjonariusze najpowszechniejszego wyznania w naszej Cebulandii ( uwielbiam jak faceci w sukienkach, w koronkowych narzutkach i takich fikuśnych kapelusikach ćwierkajo że samiec to musi spodzień nosić - wiem, jestem złośliwa ale poziom hipokryzji niektórych funkcyjnych wnerwia a to nie pozwala mła się należycie odstresować ). Na miłosne zionięcie Felicjana przygotowała ja sobie przy wyrku rękawice kuchenne, jakby Felicjan zaczął mocno emanować miłością to go spacyfikuje i będzie sobie zalegał w swojej bazie pod forsycją. Czarnule są grzeczne, nawet specjalnie się ostatnio nie leją. Myślę że zawiązały pakt przeciw Felkowi bo podczas jego ostatnich pretensji o miejsce na wyrku dały mu odpór wspólnymi siłami ( co tak go rozwścieczyło że musiałam interweniować ). Teraz patrzę na niego jak spokojnie podsypia przy klawiaturze, no anioł nie kot. Słodka niewinność, nikt nieznający go bliżej nie uwierzyłby że to bydlak z piekła rodem i w dodatku niewdzięczny. Tak, tak, w domu to do Małgoś - Sąsiadki umizganie się odchodzi, z ciotką Elką i Cio Mary jest to samo, ale kiedy spotyka je na Podwórku to udaje że ich nie zna. No jakieś obce baby się czepiają Jego Przebiegłości Władcy Podwórka. Łazi na sztywnych łapach i zapada na głuchotę, wybiórczą rzecz jasna bo trzaśnięcie drzwi lodówki słyszy. Tyż mam stosowną pioseneczkę "Mistaken For Strangers" , nieco późniejszą ale w klimacie indie rock ( no prawie jak New Wave, he, he, he ).
Podczas zalegania mła będzie sobie poczytywać i nawet może coś obejrzy z neta. Tylko takiego żeby zwojów jej nie przegrzało. Może jakieś stare filmidła w myśl zasady inżyniera Mamonia - "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję." Mła ma parę pozycji do których chętnie by wróciła: w cyklu zrozumieć brexit obejrzałaby sobie "Brassed Off', taki film sprzed niemal ćwierć wieku w którym grał Pete Postlethwaite, jeden z moich ulubionych brytyjskich aktorów, następnie "Billy Elliot" bo ten film mła zawsze dobrze robi na jestestwo i "The Full Monty", dla rozebranych facetów rzecz jasna, he, he, he. Może obejrzę sobie też "Le Grand Bleu", to jest jeden z tych filmów do których lubię wracać bo odkrywam w nich cóś nowego, czasem nawet zaskakującego. Mój boszsz... to starocie ale ani padaczki od szybko zmieniających się marvelowych ujęć nie dostanę, ani nie będę się zastanawiała o co kaman i jaką to grę tym razem przeniesiono na ekran. Taka rozrywka dla pani starszej. A niedługo wybiorę się do kina na nowy film Tarantino, jak podreperuję trochę stan organizmu i budżet. Na zakończenie wpisu możecie sobie posłuchać prawdziwe antycznej muzyczki - "Life Is Strange". Piosneczka też z tych które da się podpiąć pod każde czasy. Obrazków dziś nie ma bo macie muzyczkę.
środa, 31 lipca 2019
Codziennik - upalnik, burzownik, gradownik
Na razie robię przerywnik od starożytnych klimatów bo mnie materiał zbierany do kolejnego wpisu przytłoczył swoją objętością i takie sprawozdanko na koniec miesiąca uskutecznię. Chyba Dora wyraziła nadzieję że lipiec powinien być przyrodzie i nam bardziej przyjazny niż czerwiec - no i jak? Po mojemu nijak. Ogród z trudem odżywający po suszy w ostatnich dniach był solidnie grillowany, szczęśliwa z tego powodu to mła nie jest. W dodatku deszcze co to miały poprawić sytuację i nawodnić to co się jeszcze ostało przy życiu, były tak gwałtowne że wypłukały mła kruszywko z podwórkowego podjazdu co naraża mła na nowe wydatki, i to wcale nie takie które by mła cieszyły jak zakup lnianego obrusu za pięć złociszy w lumperionku ( mła się ostatnio udało całkiem przypadkiem takowy nabyć kiedy chroniła się przed gradem - fragment uroczego wzorku na fotce obok ). W temacie ogrodu jest bardziej niż średnio ale mła się nie poddała i część wykopków czeka już na wysyłkę. Mła się troszki obawia chmury na czółku Agniechy bo jest kiepsko z akantami, irysy pojadą na pewno ale akanty? Strach się bać to ruszyć bo człowiek do końca nie jest pewien która część jeszcze żyje a która już zasnęła na amen.
Ze sprawek domowych - koty niegrzeczne więc ( tfu, tfu, tfu! ) zdrowe, Małgoś - Sąsiadka bezczelnie knująca ( chowa słodycze za słoikami z pasteryzowanym szczawiem w nadziei że mła się w ślepia nie rzucą ) więc też zdrowa, mama Wujka Jo - Danka, na wywczasach nad morzem. J jak się sześćdziesiąt lat jeździ nad morze na wakacje to nie ma zmiłuj - brak rytualnej wycieczki mógłby zakończyć się zejściem. Poza tym jak twierdzi Wujek Jo Danka ma setny rok na karku i to sinice powinny się jej bać a nie ona sinic. Tym niemniej jak się domyślacie coroczna wyprawa stulatki nad morze przypominała wszystkie misje Apollo razem wzięte, rodzina tradycyjnie czekała czy aby Wujek Jo nie usłyszy w komórce "Houston, we have a problem." . Na szczęście Wujek Jo usłyszał jedynie "The Eagle has landed." i odetchnęliśmy z ulgą. Danka w dobrej kondycji straszy sinice i jak stwierdziła wreszcie porządnie oddycha ( ostatnie dwa miesiące sporo czasu musiała bidula spędzić schowana w domu przed upałem - bardzo częste wywożenie jej za miasto nie wchodziło w grę bo trzydzieści parę stopni mogłoby ją ubić, z czego na szczęście Danka jako medyk zdawała sobie sprawę i nie dulczyła o "świeże powietrze" ).
Tak przy okazji turystyczno - rodzinnych pieriepałek to mła się zastanawia czy ona aby nie jest "się sadząca". Mła preferuje dość specyficzny sposób wypoczynku, jak to określa Mamelon "wypoczynek męczący". No nie jest z tych co to się uwalą nad wodą i są szczęśliwi bo na chmurki popatrzą a nawet wlezą do wody dla ochłody. Co nie znaczy że mła nie rozumie potrzeby tego typu wypoczywania. Jest całe mnóstwo ludzi i to wcale niegłupich, którzy po ciężkiej pracy tylko w taki właśnie sposób są w stanie się zrelaksować. Mła po prostu tak nie umie bo ja podeszwy swędzą i ciągle by gdzieś latała ( choć bardzo lubi kąpiele w duuużej wodzie, jest pluskaczem ). Mła uważa że lepsza jest szczera preferencja zalegania na leżaczku niż udawane globtroterstwo. Uważa że jeżeli ktoś chce coś zobaczyć tylko z okien turystycznego busu bo tyle mu do szczęścia wystarczy to jest OK, nie wszyscy muszą lizać kolumny po bazach. Denerwuje tylko mła opowiadanie o zwiedzaniu świata przez ludzi którzy spędzili dwa tygodnie w hotelowym getcie i nie wychylili z niego nosa. Równie dobrze mogli by przebywać do Zegrza przekonani że to Szwajcaria, jak to było u wczesnego Machulskiego.
Na fotkach życie ogródkowe, życie domowe ( obrusek okazyjny i mój pseudowypiek z marcepana ) i krótki przegląd tego co w lipcu kwitło ( marnie i w boleściach ). I to by było na tyle.
niedziela, 28 lipca 2019
Ogrodowe rozkminy - ogrody starożytnego Egiptu - część druga
Drzewa w ogrodach starożytnego Egiptu
Po lekturze dotyczącej ogrodów przyświątynnych, pałacowych i tych zwyczajnych już wiecie że przez tak długi okres trwania państwa roślinna szata Egiptu musiała ulec zmianie. Nasze państwo liczy sobie ledwie tysiąc lat z haczykiem a trudno nam dziś wyobrazić sobie że ledwie dwie i ponad pół setki lat temu ziemniaki wyszły z ogrodów Jaśnie Państwa na pola. Państwowość starożytnego Egiptu to prawie trzy tysiące lat - wieki, które przerzedziły papirusowe zarośla nad Nilem, wykończyły hipopotamy i krokodyle. Z drugiej strony pojawiały się nowe rośliny a także zwierzęta , które z wielkich ogrodów przyświątynnych i pałacowych przenosiły się do mniejszych ogródków by z czasem zasiedlać nie tylko ogrody ale gospodarstwa i pola. Dlatego pisząc o roślinach uprawianych w ogrodach pozwolę sobie uczynić podział na ogrody konkretnej epoki. W tym wpisie zajmę się drzewami. Pierwotna szata roślinna Egiptu w "temacie drzew" nie była zbyt urozmaicona za sprawą klimatu. Jak już wiecie z poprzedniego wpisu sadzenie drzew w egipskich warunkach nie zawsze było sprawą prostą. Problemy z wodą, problemy z odpowiednim gruntem. Na ten przykład w stolicy, którą zbudował Echnaton na pustyni, pomimo zniszczeń pozostało jednak wystarczająco dużo śladów po ogrodach które mogły dostarczyć materiału do badań archeologicznych - w Achetaton sadzono drzewa w dołach wypełnionych czarną, bogatą w składniki ziemią, inaczej sadzonki nie miałyby szans. Takie czarnoziemne doły po tysiącach lat są łatwo zauważalne podczas odkrywek w pustynnym terenie. Znaczy kiedy decydowano się zaadaptować nieprzyjazne roślinności tereny ( a decydowano się np. ze względów religijnych ) to wykonywano prace w zakresie nieznanym w innych centrach ówczesnej cywilizacji. Egipcjanie pokonywali pustynię sztucznym nawadnianiem i głównie sadzeniem drzew, ponieważ gdzie drzewa tam cień, gdzie cień tam szansa na niższe temperatury i utrzymanie się zielonego przy życiu. Oczywiście była to nierówna walka, tym bardziej że inne działania tych ludzi np. wypas bydła na naturalnych terenach "jakoś tam zielonych" powodował pustynnienie. Do natychmiastowego przemyślenia - nawadnianie i masowe sadzenia drzew nie wystarczają do utrzymania status quo a tym bardziej do polepszenia sytuacji. Trza nam ograniczać hodowle zwierząt, tym bardziej że wiąże się ona choćby z takimi moralnie paskudnymi sprawami jak transport dalekobieżny. Drzewa pełniły więc szczególną rolę w Egipcie, były najbardziej po jadalnych trawskach cenionym zielonym dobrem.
Stare Państwo
W czasach Starego Państwa do nasadzeń w ogrodach używano głównie roślin rodzimych. Starożytni Egipcjanie chętnie sadzili przy swoich świątyniach i domach drzewo sykomory Ficus sycomorus . Ta miłość datuje sie jeszcze czasów predynastycznych, w zasadzie od początku trzeciego tysiąclecia p.n.e. . Według staroegipskich wierzeń sykomora to drzewo wiecznego życia, święte bo związane z boginią Hathor, której było uosobieniem. Jedno z imion bogini, to pochodzące z Memfis, brzmiało Pani Sykomory. Po śmierci niematerialne części jestestwa Egipcjan ( to nie były dusze w naszym rozumieniu, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana ) znajdowały w sykomorzych gałęziach schronienie, a także pokarm i wodę, które uchodziły za dar bogini. Egipska Księga Umarłych zawiera pragnienie życia po śmierci w konarach sykomory, wieczny domek na drzewie dla tzw. ba. Zresztą według tej księgi drzewo to miało być też siedzibą bogów ( nie ma to jak odpowiednie sąsiedztwo ), a dwie sykomory rosły przy wschodniej bramie nieba, przez którą wyłaniał się bóg słońca Ra w swoim rydwanie ( znaczy pośmiertna miejscówka dla ba jak marzenie ).
No takiego drzewa to nie mogło zabraknąć w żadnym porządnym staroegipskim ogrodzie! Sykomora to nic innego jak figowiec ośli vel figowiec dziki - gatunek odporny na zakusy pustyni ma bowiem szczególne zdolności regeneracyjne - jeśli wiatr odsłoni jej korzenie ona natychmiast tworzy głębiej następne , a gdy zasypie ją piasek to pień i gałęzie potrafią przekształcić się w korzenie i drzewo rośnie dalej w górę. Sykomora zapewniała w ogrodach cień, owoce i jeszcze w ramach bonusu z jej drzewa, lekkiego a odpornego na butwienie można było wykonywać tak ważne dla Egipcjan rzeczy jak trumny. Oprócz figowca oślego w Egipcie wcześnie zaczęto uprawiać figowca pospolitego Ficus carica. W stanie dzikim drzewo występowało na Synaju ale już około roku 2500 p.n.e. na pewno było uprawiane w dolinie Nilu ( zachowały się płaskorzeźby przedstawiające zbiory fig ). Figowce pospolite owocowały nieregularnie i bardzo kapryśnie, Egipcjanie nie znali bowiem aż do IX - VIII wieku p.n.e. mechanizmu ich zapylania a drzewko jest gatunkiem dwupiennym i żeby wyprodukować owoce potrzebowało aż do czasów greckich udziału błonkówki z gatunku Blastophaga psenes. Dopiero Grecy odkryli metodę wspomagania zapyleń zwaną kapryfikacją. Jednym z najwcześniej sadzonych przez ludzi drzew które nie występują w naturze a są efektem krzyżowania gatunków jest daktylowiec właściwy Phoenix dactylifera. W starożytnym Egipcie uprawiano zarówno te których owoce przeznaczano na mąkę, jak i te z których pozyskiwano tzw. miód palmowy i bardzo słodkie ( po ususzeniu ) owoce. Palma daktylowa jest również rośliną dwupienną ale w tym wypadku Egipcjanie jakoś nie mieli problemów z uzyskiwaniem plonów. Z natury za to do ogrodów zawędrowała palma dum Hyphaene thebaica. Egipcjanie cenili sobie "orzeszki" a także owoce z których pozyskiwali coś na kształt melasy. Drzewo miało status świętego a było na tyle ważne że jego owoce znajdowano w darach grobowych dla faraonów.
Święte było też drzewo z egipska zwane iszed Mimusops schimperi , tradycyjnie nazwane persea mimo że ze smaczliwką nie ma nic wspólnego ( często wiązane z symboliką przejścia do zaświatów - np. jego młode pędy były używane do tworzenia bukietów pogrzebowych ). To dorastające do 20 m wysokości drzewo było chyba najświętszym drzewem w Egipcie, choć tłumaczenie nazwy iszed - drzewo szlamowe vel błotne - jakoś tak mało ze świętością współgra. Podobnie jak sykomora nosiło wdzięczną nazwę drzewa życia. Na temat uznania świętości tego drzewa w Egipcie powstało mnóstwo opracowań, ale zdaje się że temat jest jeszcze niewyczerpany. Z ikonografii można "odczytać" jego ważną rolę, często przedstawiano faraona w tzw. pełnej postaci na tle persei. Niewątpliwie było drzewem opiekuńczym władców bądź symbolizowało władcę. Cóś musi być na rzeczy z tą władzą bo w czasach rzymskich powstała ustawa cesarza Arkadiusza zabraniająca wykopywania lub sprzedaży drzew persei w Egipcie. A teraz skąd się wzięła ta pomyłka z nazwą - persea egipska nie jest smaczliwką, choć ma większe prawo do nazwy niż dzisiejsze gatunki zebrane w rodzaju Persea. Persea to nazwa związana ze starożytnym drzewem egipskim na długo przedtem, zanim została wykorzystana do określenia botanicznego smaczliwek. Jest to stara grecka nazwa używana przez Teofrasta dla określenia rodzaju Mimusops, znana już około roku 320 p.n.e. .
Roślinę ponoć nazwano na cześć Perseusza, tego który załatwił był Meduzę. Krótko pisząc to smaczliwki się wzięły i podszyły! Mimusops schimperi przypomina nieco naszą gruszę, ma podobny pokrój, kwiaty, a nawet liście ( z tym że one są zimozielone ). Owoce są podłużne, nieco podobne do kształtu migdałów, duże jak gruszki i zielone jak trawa. Są ponoć słodkie i soczyste. Ta persea jest uważana za roślinę endemiczną w Egipcie i Etiopii. Moją ulubioną przypowieścią o persei jest ta w której wielki kot z Heliopolis chroni święte drzewo przed wężem z zaświatów Apepem. Kot rzecz jasna nie był taki sobie zwykły, to sam Ra - bóg podróżujący słoneczną barką ( oby Felicjan nigdy się nie dowiedział o możliwości boskich wcieleń, he, he, he ) . Tamaryszek bezlistny Tamarix aphylla , drzewo poświęcone Wepwawet uchodziło za to dające najlepszy cień. A to za sprawą następującego zjawiska - nocną porą gdy zwiększa się wilgotność powietrza, tamaryszek absorbuje z pary wodnej sól, która tworzy maleńkie kryształki na jego liściach. O świcie tamaryszek pokryty jest błyszczącymi kropelkami rosy. Gdy z czasem zaczyna przygrzewać słońce, woda z stopniowo wyparowuje, dając przyjemny chłód, który utrzymuje się aż do godzin południowych.
Akacja arabska Acacia arabica vel Wachellia nilotica to roślina natywna dla Egiptu. od dawna cieszyła się uznaniem ze względu na pozyskiwaną z niej gumę arabską czyli żywicę. Guma arabska posiada działanie osłaniające i przeciwzapalne, do dziś można pomocniczo ją stosować w leczeniu biegunki i czerwonki. Zewnętrznie używana w leczeniu stanów zapalnych skóry. Egipcjanie jednak sadzili ją w ogrodach średnio chętnie, jej charakterystyczny parasolowaty kształt nie pojawia się w zbyt wielu przedstawieniach ogrodów. Akacja poświęcona była Horusowi, boskiemu synowi Izydy i Ozyrysa. No cóż, akacja była drzewem bardzo dobrze sobie radzącym na terenach z ograniczoną ilością wody zatem była dość powszechna. Dodatkowo nie była drzewem dającym zbyt wiele cienia. Zatem akację sadzono i owszem, głównie chyba jednak ze względów religijnych a nie z wielkiego upodobania. Wierzba - od czasów prehistorycznych porastać mogło parę gatunków - Salix acmophylla na północy w delcie Nilu, Salix safsaf vel Salix murconata, niewielkie drzewko o wiecznie zielonych liściach rośnie w Egipcie głównie na południu kraju, wzdłuż Nilu i na wyspach nilowych. Jest drzewo wierzbowe świętym drzewem poświęconym Ozyrysowi, zaszczyt ten dzieliło czasem z tamaryszkiem pustynnym. O tym że starożytni Egipcjanie świetnie znali działanie salicylanów informuje nas pochodzący z r.1555 p.n.e. tzw. papirus Smitha, znaleziony w grobowcu koło Teb.
Średnie Państwo
W tzw. kontekście archeologicznym pierwsze ślady oliwki europejskiej Olea europaea odnotowujemy w czasach XII dynastii ( mniej więcej lata 1985 - 1773 p.n.e ). Oliwki nie występują naturalnie w Egipcie, zostały do tego kraju importowane, najprawdopodobniej z terenów dzisiejszej Syrii bądź Palestyny ( tam na pewno rosły od około 3700 roku p.n.e.). Kiedy dokładnie Egipcjanie wpadli na pomysł uprawiania u siebie drzewek zamiast importowania oliwy i drewna to tak do końca nie wiadomo - uprawa drzew oliwnych i produkcja oliwy z oliwek w starożytnym Egipcie to temat mało zbadany, sporo z tym problemów i archeolodzy mają gdybania a z gdybań urastają spory. Na pewno wiemy jedynie że uprawa oliwek zaczęła mieć wymierne znaczenie ekonomiczne w okresie amarneńskim ( 1352 - 1336 p.n.e. ) czyli już w czasach Nowego Państwa. Oczywiście Egipcjanie dorobili oliwnemu drzewku religijne znaczenie, no bo jakże to tak - "na goło" , bez wsparcia Wyższej Instancji porastać?! Oliwki uprawiano na północy i w oazie Fajum, klimat tam taki mniej afrykański. Dorastające do 5 m wysokości drzewko jujuba zwane też drzewem korony cierniowej lub głożyną cierń Chrystusa Ziziphus spina-christi to kolejne drzewo zagadka. Tak do końca to nie jestem pewna kiedy dokładnie przybyło do Egiptu. Czy była to końcówka Starego Państwa, początki Państwa Średniego? Zdaje się że przybyło do Egiptu z Nubii czyli terenów dzisiejszego północnego Sudanu a z Egiptu rozprzestrzeniło się dalej. Są tacy którzy twierdzą że było rośliną natywną dla Egiptu a na terenach Syrii i Palestyny pojawiło się via Półwysep Arabski jeszcze w czasach w których nikt o faraonach nie słyszał. Sprawa do rozstrzygnięcia dla archeologów i botaników, ja tylko odnotowuję że w starożytnym Egipcie mogła porastać krzewiasta głożyna afrykańska Ziziphus lotus jak i drzewo korony cierniowej. Owoce obu tych głożyn są mało smaczne, wymagały doprawienia miodem ale drzewo było cenione w stolarstwie, podobnie jak właściwości lecznicze owoców i liści. Nie należy mylić głożyny rosnącej w starożytnym Egipcie z tzw. daktylem chińskim jak popularnie nazywa się głożynę pospolitą Ziziphus jujuba, to ta sama rodzina ale gatunek inszy.
Nowe Państwo
Drzewa dające cień i poddające się obróbce i niemurszejące drewno, aromatyczną żywicę i słodkie owoce były niezwykle cenione w starożytnym Egipcie nie dziwi więc zatem że mimo trudności starano się sprowadzać nie szczędząc kosztów, nie tylko nasiona ale nieraz sadzonki całkiem pokaźnych rozmiarów jak to było w przypadku drzew kadzidlanych. Na malowidłach w grobowcu Ineni, architekta faraona Totmesa I ( 1504-1492 p.n.e. ) zidentyfikowano dziewiętnaście gatunków drzew rodzimych i tych pochodzących z importu. Ineni nie zapomniał wyliczyć na ścianach swojego grobowca że samych sykomor rosło w jego ogrodzie 90 egzemplarzy, 170 palm daktylowych ogródek posiadał. No bo Ineni był kimś, a ktosie mogły sobie pozwolić na dużą ilość drzew. W czasach Nowego Państwa w Egipcie nowości sadownicze ( i nie tylko ) sprowadzali głównie królowie ale rośliny się z czasem pospolitowały. Tak zadziało się w przypadku dwóch egzotów. Granat właściwy Punica granatum w starożytnym Egipcie nigdy naturalnie nie występował, został "uogrodowany" przez Sumerów gdzieś tak w III tysiącleciu p.n.e.. Do Egiptu sprowadzony najprawdopodobniej został przy końcu rządów Hyksosów i był uprawiany nie tylko w świątynnych ogrodach już około 1550 roku p.n.e. Ceniono go jako drzewo dające owoce jak i roślinę leczniczą. Podobnie rzecz się miała z jabłonią domową Malus domestica, która do Egiptu trafiła w tym czasie co granaty. I z tego samego rejonu, czyli z syryjskich państewek. Egipskie jabłonie były wielogatunkowymi mieszańcami które daleko padły od swojej kazachskiej pramatki, jednak nie wiemy czy Egipcjanie wyróżniali jakieś konkretne odmiany. Być może tak było skoro tysiąc lat później Rzymianie rozróżniali trzydzieści sześć odmian, a może i nie, bo np. u nas w Biskupinie to jakieś 800 lat p.n.e. podjadano jabłuszka leśne ale na prawdziwe szlachetne jabłonie trzeba było na terenach dzisiejszej Polski czekać aż do przyjazdu pierwszych braciszków zakonnych ( cystersów z Pforty w Turyngii którzy sprowadzili szlachetne szczepy do opactwa w Lubiążu w XII wieku ). Za to o tych egipskich jabłoniach wiadomo jedno - rodziły słodkie owoce. Nie winkowate, nie kwachy a sama słodycz według wyczytków papirusowo - grobowych.
Okres Ptolemejski vel Hellenistyczny
W tym czasie do Egiptu dotarło sporo nowości. Pojawiły się śliwy i to od razu w swej najbardziej aromatycznej i soczystej postaci - znaczy brzoskiwnka przybyła. Brzoskwinia Prunus persica vel Persica vulgaris wcale nie pochodzi z Persji, wbrew temu co sugeruje jej nazwa. Badania genetyczne sugerują, że brzoskwinie pochodzą z Chin, gdzie uprawiano je od neolitu ( najnowsze dowody wskazują, że udomowienie nastąpiło już w 6000 roku p.n.e. w chińskiej prowincji Zeijang ). W starożytności uprawa brzoskwiń przesuwała się na zachód, około roku 1000 p.n.e. brzoskwinie na pewno były już uprawiane na terenie dzisiejszego Iranu. Twierdzi się że Grecy poznali się z brzoskwinką w jakiś czas po wojnach perskich, taka legenda chodzi że Aleksander Wielki sprowadził ten gatunek do Europy po tym, jak podbił Persów, chociaż nie ma żadnych historycznych dowodów na to że tak było. W każdym razie w Egipcie brzoskwinia pojawiła się wraz z Grekami. No i z morelą Prunus armeniaca, kuzynką pochodzącą z Azji Zachodniej, której urodzie i przede wszystkim smakowi jej owoców ulegli wcześniej Grecy ( taa... jak to azjatyckie gatunki po przegranych perskich wojnach zaczęły opanowywać "greckie wybrzeża" wygryzając rodzime oliwki, ironia historii ). W Egipcie śliwy uprawiano głównie tam gdzie oliwki - na północy kraju i w Fajum. Kolejny gatunek z rodzaju Prunus który pojawił się w Egipcie to pochodząca najprawdopodobniej z Anatolii czereśnia Prunus avium. Co ciekawe gatunek Prunus cerasus mieszaniec Prunus fruticosa i Prunus avium, pod która to nazwą ukrywa się nasza zwykła wiśnia cóś nie zasmakował i się w Egipcie nie rozgościł. Wydedukowałam że Egipcjanie chyba nie przepadali za kwachami.
Za to prawdziwą karierę zrobiło nasionko owocu który nie ma miąższu. Prunus dulcis czyli migdałowiec powstał najprawdopodobniej na skutek mutacji genetycznej. Dla ludzisków szczęśliwie się złożyło że gdzieś tam w zamierzchłej przeszłości na terenach dzisiejszej Armenii i zachodniego Azerbejdżanu z rodzących wielu gorzkich migdały drzewek gatunku Prunus fenzliana jedno okazało się rodzić owoce pozbawione goryczki. Tak zaczęło się udomowienie migdałowca ( początkowo nie był szczepiony, rozmnażano go z nasion i część drzewek miała cechy rodziny matecznej - nasiona Prunus dulcis var. dulcis są przeważnie słodkie, ale niektóre pojedyncze drzewa wytwarzają nasiona, które są j gorzkie - owoce odmiany Prunus dulcis var. amara są zawsze gorzkie ). Udomowione migdały pojawiają się we wczesnej epoce brązu ( około 3000–2000 p.n.e. na stanowiskach archeologicznych w Azji Zachodniej. Tak po prawdzie to mła ma podejrzenia że migdałowce mogły w Egipcie pojawić się nieco wcześniej niż inne drzewa z rodzaju Prunus, gdzieś tak w schyłkowym Okresie Późnym. Mła tak sobie wymyśliła na podstawie owocu migdałowca znalezionego w grobowcu Tutanchamona ( pogrzeb był tak mniej więcej około 1325 roku p.n.e ), prawdopodobnie sprowadzonego z Lewantu. Oczywiście od grobowego stołu faraona do egipskich ogrodów daleko ale wydaje mi się że ten pochód rodzaju Prunus rozpoczął się wcześniej niż sądzimy ( tylko dowodów nie ma bo owoce były bardzo cenione i zostały wyżarte, he, he, he ). Dobra, to są moje gdybania a nie archeologiczne prawdy prawie objawione, nie przywiązujcie jakiejś szczególnej wagi do tych migdałowych rozkmin.
Z Grekami pojawiło się też w Egipcie drzewo gruszy Pyrus communis, które zdaje się całkiem dobrze rosło na wybrzeżu Morza śródziemnego. Co prawda pochodzące z Zakaukazie drzewo będące wielokrotnym mieszańcem nie było szczególnie wyróżniane, kudy tam do greckich i rzymskich zachwytów nad gruszą, Teofrast z Eresos czy Pliniusz Starszy wprost piali na temat grusz. Tak nawiasem to Pliniusz wymienił w swojej Historia Naturalis odmianę wywodzącą się z Egiptu nazywaną Aleksandria. Przypuszczam że w Egipcie uprawiano znacznie więcej odmian ale ze względów klimatycznych te drzewa, podobnie jak jabłonie, śliwy czy oliwki nie mogły być sadzone w całym Egipcie a jedynie w tej jego części w której panował klimat zbliżony do śródziemnomorskiego. W klimacie południa Egiptu prędzej udawały się banany. Tak, Egipcjanie w Okresie Ptolemejskim zapoznali się z bananem Musa paradisiaca . Banan zwyczajny jest najprawdopodobniej mieszańcem dwóch gatunków dzikich - Musa acuminata i Musa balbisiana, w stanie dzikim takowa roślina nie występuje. Banany wywodzą się z Azji Południowo - Wschodniej, do Egiptu trafiły raczej z najbliższego wschodu lub z południa niż z północy wraz z Grekami. Są takowe domniemania że z Indii via Azja Mniejsza i okolice banany gdzieś tak kole roku 327 p.n. e. trafiły do Afryki. Jednak w Egipcie ta roślina aż do czasów islamskich była raczej ciekawostką ogrodową a nie powszechnie znaną rośliną.
A teraz będzie zaskoczka - pisze tutaj o bananie jako o drzewie ale to wyłącznie przez jego rozmiary bo tak naprawdę to - tadam, tadam, banan jest byliną! Jakby kto nie wiedział jego owoce to jagody! Przy niewielkiej ilości bananów w starożytnych egipskich ogrodach raczej trudno określić czy uprawiano gatunki "mączyste" czy te deserowe. Lepiej niż bananom poszło drzewkom z rodzaju Citrus. Pierwszy pojawił się pochodzący spod Himalajów cytron Citrus medica znany też pod nazwą cedrat. Pierwsze informacje o uprawie cedratu pochodzą z Persji i są datowane na rok 330 p.n.e. - wojska Aleksandra Wielkiego przechodząc przez Persję widziały tam gaje cedratowe, znaczy ze uprawa cytrusów tego gatunku była powszechna. Przypuszcza się że w na terenach dzisiejszego Iranu uprawę cytronu rozpoczęto około V wieku p.n.e.. W Egipcie cedraty nieźle się zadomowiły, szczególnie na północy. Uprawy innych cytrusów to sprawa późniejsza, Egipcjanie, mieszkańcy Mezopotamii, Grecy i Rzymianie nie znali kultywarów cytrusów, żadnych tam cytryn ani pomarańczy. Starożytność miała do czynienia jedynie z cytronem!
To by tak było w skrócie o drzewach uprawianych w ogrodach starożytnego Egiptu. Rzecz jasna nie opisałam wszystkich gatunków, pominęłam wspomniane w pierwszej części wpisu eksperymenty z kadzidlą, które okazały się ogrodniczym ekscesem. Na pewno też udało się mła pominąć insze drzewka, których uprawa nie była typowa ( Myrtus communis na ten przykład, czy nawet bardziej rozpowszechniona morwa czarna Morus nigra ). No wiecie, mła jest amatorką a nie Wielką Myślą. Co do obrazków - to są reliefy, płaskorzeźby i malowidła z okresu Nowego Państwa. Głównie grobowce w Tebach, w Beni Hassan itd. . Są też poglądowe łobabrazki ze świątyń w Karnaku i z Deir el Bahari. No i przede wszystkim jest papirus Hunefera z około roku 1300 p.n.e. z przedstawieniem protoplasty Felicjana. Tak bardziej szczegółowo nie będzie bo to rozkmina ogrodowa a nie przewodnik po Egipcie. O krzewach, pnączach i bylinach uprawianych w starożytnych egipskich ogrodach będzie w części trzeciej.
Po lekturze dotyczącej ogrodów przyświątynnych, pałacowych i tych zwyczajnych już wiecie że przez tak długi okres trwania państwa roślinna szata Egiptu musiała ulec zmianie. Nasze państwo liczy sobie ledwie tysiąc lat z haczykiem a trudno nam dziś wyobrazić sobie że ledwie dwie i ponad pół setki lat temu ziemniaki wyszły z ogrodów Jaśnie Państwa na pola. Państwowość starożytnego Egiptu to prawie trzy tysiące lat - wieki, które przerzedziły papirusowe zarośla nad Nilem, wykończyły hipopotamy i krokodyle. Z drugiej strony pojawiały się nowe rośliny a także zwierzęta , które z wielkich ogrodów przyświątynnych i pałacowych przenosiły się do mniejszych ogródków by z czasem zasiedlać nie tylko ogrody ale gospodarstwa i pola. Dlatego pisząc o roślinach uprawianych w ogrodach pozwolę sobie uczynić podział na ogrody konkretnej epoki. W tym wpisie zajmę się drzewami. Pierwotna szata roślinna Egiptu w "temacie drzew" nie była zbyt urozmaicona za sprawą klimatu. Jak już wiecie z poprzedniego wpisu sadzenie drzew w egipskich warunkach nie zawsze było sprawą prostą. Problemy z wodą, problemy z odpowiednim gruntem. Na ten przykład w stolicy, którą zbudował Echnaton na pustyni, pomimo zniszczeń pozostało jednak wystarczająco dużo śladów po ogrodach które mogły dostarczyć materiału do badań archeologicznych - w Achetaton sadzono drzewa w dołach wypełnionych czarną, bogatą w składniki ziemią, inaczej sadzonki nie miałyby szans. Takie czarnoziemne doły po tysiącach lat są łatwo zauważalne podczas odkrywek w pustynnym terenie. Znaczy kiedy decydowano się zaadaptować nieprzyjazne roślinności tereny ( a decydowano się np. ze względów religijnych ) to wykonywano prace w zakresie nieznanym w innych centrach ówczesnej cywilizacji. Egipcjanie pokonywali pustynię sztucznym nawadnianiem i głównie sadzeniem drzew, ponieważ gdzie drzewa tam cień, gdzie cień tam szansa na niższe temperatury i utrzymanie się zielonego przy życiu. Oczywiście była to nierówna walka, tym bardziej że inne działania tych ludzi np. wypas bydła na naturalnych terenach "jakoś tam zielonych" powodował pustynnienie. Do natychmiastowego przemyślenia - nawadnianie i masowe sadzenia drzew nie wystarczają do utrzymania status quo a tym bardziej do polepszenia sytuacji. Trza nam ograniczać hodowle zwierząt, tym bardziej że wiąże się ona choćby z takimi moralnie paskudnymi sprawami jak transport dalekobieżny. Drzewa pełniły więc szczególną rolę w Egipcie, były najbardziej po jadalnych trawskach cenionym zielonym dobrem.
Stare Państwo
W czasach Starego Państwa do nasadzeń w ogrodach używano głównie roślin rodzimych. Starożytni Egipcjanie chętnie sadzili przy swoich świątyniach i domach drzewo sykomory Ficus sycomorus . Ta miłość datuje sie jeszcze czasów predynastycznych, w zasadzie od początku trzeciego tysiąclecia p.n.e. . Według staroegipskich wierzeń sykomora to drzewo wiecznego życia, święte bo związane z boginią Hathor, której było uosobieniem. Jedno z imion bogini, to pochodzące z Memfis, brzmiało Pani Sykomory. Po śmierci niematerialne części jestestwa Egipcjan ( to nie były dusze w naszym rozumieniu, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana ) znajdowały w sykomorzych gałęziach schronienie, a także pokarm i wodę, które uchodziły za dar bogini. Egipska Księga Umarłych zawiera pragnienie życia po śmierci w konarach sykomory, wieczny domek na drzewie dla tzw. ba. Zresztą według tej księgi drzewo to miało być też siedzibą bogów ( nie ma to jak odpowiednie sąsiedztwo ), a dwie sykomory rosły przy wschodniej bramie nieba, przez którą wyłaniał się bóg słońca Ra w swoim rydwanie ( znaczy pośmiertna miejscówka dla ba jak marzenie ).
No takiego drzewa to nie mogło zabraknąć w żadnym porządnym staroegipskim ogrodzie! Sykomora to nic innego jak figowiec ośli vel figowiec dziki - gatunek odporny na zakusy pustyni ma bowiem szczególne zdolności regeneracyjne - jeśli wiatr odsłoni jej korzenie ona natychmiast tworzy głębiej następne , a gdy zasypie ją piasek to pień i gałęzie potrafią przekształcić się w korzenie i drzewo rośnie dalej w górę. Sykomora zapewniała w ogrodach cień, owoce i jeszcze w ramach bonusu z jej drzewa, lekkiego a odpornego na butwienie można było wykonywać tak ważne dla Egipcjan rzeczy jak trumny. Oprócz figowca oślego w Egipcie wcześnie zaczęto uprawiać figowca pospolitego Ficus carica. W stanie dzikim drzewo występowało na Synaju ale już około roku 2500 p.n.e. na pewno było uprawiane w dolinie Nilu ( zachowały się płaskorzeźby przedstawiające zbiory fig ). Figowce pospolite owocowały nieregularnie i bardzo kapryśnie, Egipcjanie nie znali bowiem aż do IX - VIII wieku p.n.e. mechanizmu ich zapylania a drzewko jest gatunkiem dwupiennym i żeby wyprodukować owoce potrzebowało aż do czasów greckich udziału błonkówki z gatunku Blastophaga psenes. Dopiero Grecy odkryli metodę wspomagania zapyleń zwaną kapryfikacją. Jednym z najwcześniej sadzonych przez ludzi drzew które nie występują w naturze a są efektem krzyżowania gatunków jest daktylowiec właściwy Phoenix dactylifera. W starożytnym Egipcie uprawiano zarówno te których owoce przeznaczano na mąkę, jak i te z których pozyskiwano tzw. miód palmowy i bardzo słodkie ( po ususzeniu ) owoce. Palma daktylowa jest również rośliną dwupienną ale w tym wypadku Egipcjanie jakoś nie mieli problemów z uzyskiwaniem plonów. Z natury za to do ogrodów zawędrowała palma dum Hyphaene thebaica. Egipcjanie cenili sobie "orzeszki" a także owoce z których pozyskiwali coś na kształt melasy. Drzewo miało status świętego a było na tyle ważne że jego owoce znajdowano w darach grobowych dla faraonów.
Święte było też drzewo z egipska zwane iszed Mimusops schimperi , tradycyjnie nazwane persea mimo że ze smaczliwką nie ma nic wspólnego ( często wiązane z symboliką przejścia do zaświatów - np. jego młode pędy były używane do tworzenia bukietów pogrzebowych ). To dorastające do 20 m wysokości drzewo było chyba najświętszym drzewem w Egipcie, choć tłumaczenie nazwy iszed - drzewo szlamowe vel błotne - jakoś tak mało ze świętością współgra. Podobnie jak sykomora nosiło wdzięczną nazwę drzewa życia. Na temat uznania świętości tego drzewa w Egipcie powstało mnóstwo opracowań, ale zdaje się że temat jest jeszcze niewyczerpany. Z ikonografii można "odczytać" jego ważną rolę, często przedstawiano faraona w tzw. pełnej postaci na tle persei. Niewątpliwie było drzewem opiekuńczym władców bądź symbolizowało władcę. Cóś musi być na rzeczy z tą władzą bo w czasach rzymskich powstała ustawa cesarza Arkadiusza zabraniająca wykopywania lub sprzedaży drzew persei w Egipcie. A teraz skąd się wzięła ta pomyłka z nazwą - persea egipska nie jest smaczliwką, choć ma większe prawo do nazwy niż dzisiejsze gatunki zebrane w rodzaju Persea. Persea to nazwa związana ze starożytnym drzewem egipskim na długo przedtem, zanim została wykorzystana do określenia botanicznego smaczliwek. Jest to stara grecka nazwa używana przez Teofrasta dla określenia rodzaju Mimusops, znana już około roku 320 p.n.e. .
Roślinę ponoć nazwano na cześć Perseusza, tego który załatwił był Meduzę. Krótko pisząc to smaczliwki się wzięły i podszyły! Mimusops schimperi przypomina nieco naszą gruszę, ma podobny pokrój, kwiaty, a nawet liście ( z tym że one są zimozielone ). Owoce są podłużne, nieco podobne do kształtu migdałów, duże jak gruszki i zielone jak trawa. Są ponoć słodkie i soczyste. Ta persea jest uważana za roślinę endemiczną w Egipcie i Etiopii. Moją ulubioną przypowieścią o persei jest ta w której wielki kot z Heliopolis chroni święte drzewo przed wężem z zaświatów Apepem. Kot rzecz jasna nie był taki sobie zwykły, to sam Ra - bóg podróżujący słoneczną barką ( oby Felicjan nigdy się nie dowiedział o możliwości boskich wcieleń, he, he, he ) . Tamaryszek bezlistny Tamarix aphylla , drzewo poświęcone Wepwawet uchodziło za to dające najlepszy cień. A to za sprawą następującego zjawiska - nocną porą gdy zwiększa się wilgotność powietrza, tamaryszek absorbuje z pary wodnej sól, która tworzy maleńkie kryształki na jego liściach. O świcie tamaryszek pokryty jest błyszczącymi kropelkami rosy. Gdy z czasem zaczyna przygrzewać słońce, woda z stopniowo wyparowuje, dając przyjemny chłód, który utrzymuje się aż do godzin południowych.
Akacja arabska Acacia arabica vel Wachellia nilotica to roślina natywna dla Egiptu. od dawna cieszyła się uznaniem ze względu na pozyskiwaną z niej gumę arabską czyli żywicę. Guma arabska posiada działanie osłaniające i przeciwzapalne, do dziś można pomocniczo ją stosować w leczeniu biegunki i czerwonki. Zewnętrznie używana w leczeniu stanów zapalnych skóry. Egipcjanie jednak sadzili ją w ogrodach średnio chętnie, jej charakterystyczny parasolowaty kształt nie pojawia się w zbyt wielu przedstawieniach ogrodów. Akacja poświęcona była Horusowi, boskiemu synowi Izydy i Ozyrysa. No cóż, akacja była drzewem bardzo dobrze sobie radzącym na terenach z ograniczoną ilością wody zatem była dość powszechna. Dodatkowo nie była drzewem dającym zbyt wiele cienia. Zatem akację sadzono i owszem, głównie chyba jednak ze względów religijnych a nie z wielkiego upodobania. Wierzba - od czasów prehistorycznych porastać mogło parę gatunków - Salix acmophylla na północy w delcie Nilu, Salix safsaf vel Salix murconata, niewielkie drzewko o wiecznie zielonych liściach rośnie w Egipcie głównie na południu kraju, wzdłuż Nilu i na wyspach nilowych. Jest drzewo wierzbowe świętym drzewem poświęconym Ozyrysowi, zaszczyt ten dzieliło czasem z tamaryszkiem pustynnym. O tym że starożytni Egipcjanie świetnie znali działanie salicylanów informuje nas pochodzący z r.1555 p.n.e. tzw. papirus Smitha, znaleziony w grobowcu koło Teb.
Średnie Państwo
W tzw. kontekście archeologicznym pierwsze ślady oliwki europejskiej Olea europaea odnotowujemy w czasach XII dynastii ( mniej więcej lata 1985 - 1773 p.n.e ). Oliwki nie występują naturalnie w Egipcie, zostały do tego kraju importowane, najprawdopodobniej z terenów dzisiejszej Syrii bądź Palestyny ( tam na pewno rosły od około 3700 roku p.n.e.). Kiedy dokładnie Egipcjanie wpadli na pomysł uprawiania u siebie drzewek zamiast importowania oliwy i drewna to tak do końca nie wiadomo - uprawa drzew oliwnych i produkcja oliwy z oliwek w starożytnym Egipcie to temat mało zbadany, sporo z tym problemów i archeolodzy mają gdybania a z gdybań urastają spory. Na pewno wiemy jedynie że uprawa oliwek zaczęła mieć wymierne znaczenie ekonomiczne w okresie amarneńskim ( 1352 - 1336 p.n.e. ) czyli już w czasach Nowego Państwa. Oczywiście Egipcjanie dorobili oliwnemu drzewku religijne znaczenie, no bo jakże to tak - "na goło" , bez wsparcia Wyższej Instancji porastać?! Oliwki uprawiano na północy i w oazie Fajum, klimat tam taki mniej afrykański. Dorastające do 5 m wysokości drzewko jujuba zwane też drzewem korony cierniowej lub głożyną cierń Chrystusa Ziziphus spina-christi to kolejne drzewo zagadka. Tak do końca to nie jestem pewna kiedy dokładnie przybyło do Egiptu. Czy była to końcówka Starego Państwa, początki Państwa Średniego? Zdaje się że przybyło do Egiptu z Nubii czyli terenów dzisiejszego północnego Sudanu a z Egiptu rozprzestrzeniło się dalej. Są tacy którzy twierdzą że było rośliną natywną dla Egiptu a na terenach Syrii i Palestyny pojawiło się via Półwysep Arabski jeszcze w czasach w których nikt o faraonach nie słyszał. Sprawa do rozstrzygnięcia dla archeologów i botaników, ja tylko odnotowuję że w starożytnym Egipcie mogła porastać krzewiasta głożyna afrykańska Ziziphus lotus jak i drzewo korony cierniowej. Owoce obu tych głożyn są mało smaczne, wymagały doprawienia miodem ale drzewo było cenione w stolarstwie, podobnie jak właściwości lecznicze owoców i liści. Nie należy mylić głożyny rosnącej w starożytnym Egipcie z tzw. daktylem chińskim jak popularnie nazywa się głożynę pospolitą Ziziphus jujuba, to ta sama rodzina ale gatunek inszy.
Nowe Państwo
Drzewa dające cień i poddające się obróbce i niemurszejące drewno, aromatyczną żywicę i słodkie owoce były niezwykle cenione w starożytnym Egipcie nie dziwi więc zatem że mimo trudności starano się sprowadzać nie szczędząc kosztów, nie tylko nasiona ale nieraz sadzonki całkiem pokaźnych rozmiarów jak to było w przypadku drzew kadzidlanych. Na malowidłach w grobowcu Ineni, architekta faraona Totmesa I ( 1504-1492 p.n.e. ) zidentyfikowano dziewiętnaście gatunków drzew rodzimych i tych pochodzących z importu. Ineni nie zapomniał wyliczyć na ścianach swojego grobowca że samych sykomor rosło w jego ogrodzie 90 egzemplarzy, 170 palm daktylowych ogródek posiadał. No bo Ineni był kimś, a ktosie mogły sobie pozwolić na dużą ilość drzew. W czasach Nowego Państwa w Egipcie nowości sadownicze ( i nie tylko ) sprowadzali głównie królowie ale rośliny się z czasem pospolitowały. Tak zadziało się w przypadku dwóch egzotów. Granat właściwy Punica granatum w starożytnym Egipcie nigdy naturalnie nie występował, został "uogrodowany" przez Sumerów gdzieś tak w III tysiącleciu p.n.e.. Do Egiptu sprowadzony najprawdopodobniej został przy końcu rządów Hyksosów i był uprawiany nie tylko w świątynnych ogrodach już około 1550 roku p.n.e. Ceniono go jako drzewo dające owoce jak i roślinę leczniczą. Podobnie rzecz się miała z jabłonią domową Malus domestica, która do Egiptu trafiła w tym czasie co granaty. I z tego samego rejonu, czyli z syryjskich państewek. Egipskie jabłonie były wielogatunkowymi mieszańcami które daleko padły od swojej kazachskiej pramatki, jednak nie wiemy czy Egipcjanie wyróżniali jakieś konkretne odmiany. Być może tak było skoro tysiąc lat później Rzymianie rozróżniali trzydzieści sześć odmian, a może i nie, bo np. u nas w Biskupinie to jakieś 800 lat p.n.e. podjadano jabłuszka leśne ale na prawdziwe szlachetne jabłonie trzeba było na terenach dzisiejszej Polski czekać aż do przyjazdu pierwszych braciszków zakonnych ( cystersów z Pforty w Turyngii którzy sprowadzili szlachetne szczepy do opactwa w Lubiążu w XII wieku ). Za to o tych egipskich jabłoniach wiadomo jedno - rodziły słodkie owoce. Nie winkowate, nie kwachy a sama słodycz według wyczytków papirusowo - grobowych.
Okres Ptolemejski vel Hellenistyczny
W tym czasie do Egiptu dotarło sporo nowości. Pojawiły się śliwy i to od razu w swej najbardziej aromatycznej i soczystej postaci - znaczy brzoskiwnka przybyła. Brzoskwinia Prunus persica vel Persica vulgaris wcale nie pochodzi z Persji, wbrew temu co sugeruje jej nazwa. Badania genetyczne sugerują, że brzoskwinie pochodzą z Chin, gdzie uprawiano je od neolitu ( najnowsze dowody wskazują, że udomowienie nastąpiło już w 6000 roku p.n.e. w chińskiej prowincji Zeijang ). W starożytności uprawa brzoskwiń przesuwała się na zachód, około roku 1000 p.n.e. brzoskwinie na pewno były już uprawiane na terenie dzisiejszego Iranu. Twierdzi się że Grecy poznali się z brzoskwinką w jakiś czas po wojnach perskich, taka legenda chodzi że Aleksander Wielki sprowadził ten gatunek do Europy po tym, jak podbił Persów, chociaż nie ma żadnych historycznych dowodów na to że tak było. W każdym razie w Egipcie brzoskwinia pojawiła się wraz z Grekami. No i z morelą Prunus armeniaca, kuzynką pochodzącą z Azji Zachodniej, której urodzie i przede wszystkim smakowi jej owoców ulegli wcześniej Grecy ( taa... jak to azjatyckie gatunki po przegranych perskich wojnach zaczęły opanowywać "greckie wybrzeża" wygryzając rodzime oliwki, ironia historii ). W Egipcie śliwy uprawiano głównie tam gdzie oliwki - na północy kraju i w Fajum. Kolejny gatunek z rodzaju Prunus który pojawił się w Egipcie to pochodząca najprawdopodobniej z Anatolii czereśnia Prunus avium. Co ciekawe gatunek Prunus cerasus mieszaniec Prunus fruticosa i Prunus avium, pod która to nazwą ukrywa się nasza zwykła wiśnia cóś nie zasmakował i się w Egipcie nie rozgościł. Wydedukowałam że Egipcjanie chyba nie przepadali za kwachami.
Za to prawdziwą karierę zrobiło nasionko owocu który nie ma miąższu. Prunus dulcis czyli migdałowiec powstał najprawdopodobniej na skutek mutacji genetycznej. Dla ludzisków szczęśliwie się złożyło że gdzieś tam w zamierzchłej przeszłości na terenach dzisiejszej Armenii i zachodniego Azerbejdżanu z rodzących wielu gorzkich migdały drzewek gatunku Prunus fenzliana jedno okazało się rodzić owoce pozbawione goryczki. Tak zaczęło się udomowienie migdałowca ( początkowo nie był szczepiony, rozmnażano go z nasion i część drzewek miała cechy rodziny matecznej - nasiona Prunus dulcis var. dulcis są przeważnie słodkie, ale niektóre pojedyncze drzewa wytwarzają nasiona, które są j gorzkie - owoce odmiany Prunus dulcis var. amara są zawsze gorzkie ). Udomowione migdały pojawiają się we wczesnej epoce brązu ( około 3000–2000 p.n.e. na stanowiskach archeologicznych w Azji Zachodniej. Tak po prawdzie to mła ma podejrzenia że migdałowce mogły w Egipcie pojawić się nieco wcześniej niż inne drzewa z rodzaju Prunus, gdzieś tak w schyłkowym Okresie Późnym. Mła tak sobie wymyśliła na podstawie owocu migdałowca znalezionego w grobowcu Tutanchamona ( pogrzeb był tak mniej więcej około 1325 roku p.n.e ), prawdopodobnie sprowadzonego z Lewantu. Oczywiście od grobowego stołu faraona do egipskich ogrodów daleko ale wydaje mi się że ten pochód rodzaju Prunus rozpoczął się wcześniej niż sądzimy ( tylko dowodów nie ma bo owoce były bardzo cenione i zostały wyżarte, he, he, he ). Dobra, to są moje gdybania a nie archeologiczne prawdy prawie objawione, nie przywiązujcie jakiejś szczególnej wagi do tych migdałowych rozkmin.
Z Grekami pojawiło się też w Egipcie drzewo gruszy Pyrus communis, które zdaje się całkiem dobrze rosło na wybrzeżu Morza śródziemnego. Co prawda pochodzące z Zakaukazie drzewo będące wielokrotnym mieszańcem nie było szczególnie wyróżniane, kudy tam do greckich i rzymskich zachwytów nad gruszą, Teofrast z Eresos czy Pliniusz Starszy wprost piali na temat grusz. Tak nawiasem to Pliniusz wymienił w swojej Historia Naturalis odmianę wywodzącą się z Egiptu nazywaną Aleksandria. Przypuszczam że w Egipcie uprawiano znacznie więcej odmian ale ze względów klimatycznych te drzewa, podobnie jak jabłonie, śliwy czy oliwki nie mogły być sadzone w całym Egipcie a jedynie w tej jego części w której panował klimat zbliżony do śródziemnomorskiego. W klimacie południa Egiptu prędzej udawały się banany. Tak, Egipcjanie w Okresie Ptolemejskim zapoznali się z bananem Musa paradisiaca . Banan zwyczajny jest najprawdopodobniej mieszańcem dwóch gatunków dzikich - Musa acuminata i Musa balbisiana, w stanie dzikim takowa roślina nie występuje. Banany wywodzą się z Azji Południowo - Wschodniej, do Egiptu trafiły raczej z najbliższego wschodu lub z południa niż z północy wraz z Grekami. Są takowe domniemania że z Indii via Azja Mniejsza i okolice banany gdzieś tak kole roku 327 p.n. e. trafiły do Afryki. Jednak w Egipcie ta roślina aż do czasów islamskich była raczej ciekawostką ogrodową a nie powszechnie znaną rośliną.
A teraz będzie zaskoczka - pisze tutaj o bananie jako o drzewie ale to wyłącznie przez jego rozmiary bo tak naprawdę to - tadam, tadam, banan jest byliną! Jakby kto nie wiedział jego owoce to jagody! Przy niewielkiej ilości bananów w starożytnych egipskich ogrodach raczej trudno określić czy uprawiano gatunki "mączyste" czy te deserowe. Lepiej niż bananom poszło drzewkom z rodzaju Citrus. Pierwszy pojawił się pochodzący spod Himalajów cytron Citrus medica znany też pod nazwą cedrat. Pierwsze informacje o uprawie cedratu pochodzą z Persji i są datowane na rok 330 p.n.e. - wojska Aleksandra Wielkiego przechodząc przez Persję widziały tam gaje cedratowe, znaczy ze uprawa cytrusów tego gatunku była powszechna. Przypuszcza się że w na terenach dzisiejszego Iranu uprawę cytronu rozpoczęto około V wieku p.n.e.. W Egipcie cedraty nieźle się zadomowiły, szczególnie na północy. Uprawy innych cytrusów to sprawa późniejsza, Egipcjanie, mieszkańcy Mezopotamii, Grecy i Rzymianie nie znali kultywarów cytrusów, żadnych tam cytryn ani pomarańczy. Starożytność miała do czynienia jedynie z cytronem!
To by tak było w skrócie o drzewach uprawianych w ogrodach starożytnego Egiptu. Rzecz jasna nie opisałam wszystkich gatunków, pominęłam wspomniane w pierwszej części wpisu eksperymenty z kadzidlą, które okazały się ogrodniczym ekscesem. Na pewno też udało się mła pominąć insze drzewka, których uprawa nie była typowa ( Myrtus communis na ten przykład, czy nawet bardziej rozpowszechniona morwa czarna Morus nigra ). No wiecie, mła jest amatorką a nie Wielką Myślą. Co do obrazków - to są reliefy, płaskorzeźby i malowidła z okresu Nowego Państwa. Głównie grobowce w Tebach, w Beni Hassan itd. . Są też poglądowe łobabrazki ze świątyń w Karnaku i z Deir el Bahari. No i przede wszystkim jest papirus Hunefera z około roku 1300 p.n.e. z przedstawieniem protoplasty Felicjana. Tak bardziej szczegółowo nie będzie bo to rozkmina ogrodowa a nie przewodnik po Egipcie. O krzewach, pnączach i bylinach uprawianych w starożytnych egipskich ogrodach będzie w części trzeciej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























