wtorek, 6 sierpnia 2019

Lokalności czyli Wiadomości i Niewiadomości Ódzkie

Rany, po  przerwie spowodowanej helikopterem wczoraj solidniej zajrzałam do neta, a dziś sobie jeszcze doprawiłam. Tragedy, skala  złodziejstwa  rośnie - taki koment  trafiłam  który  ładnie rzecz ujął - "2015 - wystarczy nie kraść, 2017 tamci kradli więcej, 2019 tamci też kradli" - aż się strach bać  co będzie w 2020.  Dziś  się z kolei dowiedziałam że worek z Pandorą który tak  pięknie rozwiązał dla nas  facet zwany Hakatumbą przywiał do nas z Hameryki  liścidło  senatorskie.  Znając  siłę naszej  dyplomacji i pragnienie  posiadania przez naszych rzundzących  F - 35 będących w fazie zaawansowanego projektu, już widzę te dylematy. Lizać tyłek  czy dać odpór - oto jest pytanie?  Przypomina mi się zdanie  Kisielewskiego na temat socjalizmu, no wiecie -  ustrój rozwiązuje bohatersko problemy które sam stwarza, he, he, he. Swoją drogą Kisielowi udało się jakoś nie stępieć w nowej dla niego rzeczywistości postsocjalistycznej i nie być hurra optymistą. Bardzo dziś  takich ludzi brakuje, widzących jasno rzeczy niemiłe i uwierające i przede wszystkim mających odwagę "własnego zdania". W epoce informatycznej to białe słonie. Stwierdziłam że od występów politycznych rzundząco - łopozycyjnych znów  może  się mła zrobić  helikopter i postanowiłam zająć  się sprawami  lokalnymi. Znaczy sprawkami miasta Odzi, które ma swoje za miejskimi uszami ( a uszy jak u nietoperza ). Helikopter mła  nie grozi, co najwyżej locik dronem ale żyłka gdzie nie trzeba  jej  nie pęknie.



 
A w sprawach lokalnych wreszcie ktoś zadał  pytanie które i mła sobie od pewnego czasu zadaje - jak to się dzieje  że w wyludniającym się  szybko mieście jakim  jest miasto Ódź,  jakoś jest ciągle  więcej i więcej ludzi i trza np. ładować  pieniędze w transport miejski bo nie wyrabia.  No dobra,  Ódź spuchła jak wiele  polskich miast - ludzie wynoszą się na obrzeża, wioski wokół miasta nam się odwioskowują, ludzie są tam zameldowani i tam  płacą podatki ( niższe niż miejskie ) ale pracują w mieście Odzi. Miastowe ludzie  czujo się pokrzywdzone bo nie mieszkajo w otoczeniu przyrody, podatki płacą większe i w dodatku część  tych podatków jakby nie na ich potrzeby ( u nas była swego czasu granda o tramwaj regionalny ).  Jednak opuchlizna miast nie wyjaśnia wszystkiego, mła odnosi wrażenie że liczbę tych co wyjechali na zachód zrekompensowała liczba tych  co przyjechali ze wschodu. Czy to się komuś podoba czy też nie witamy w kraju który będzie coraz bardziej wielokulturowy i wieloetniczny, tak mła wynika z oglądu towarzystwa podróżującego z nią w tramwajach. Cała różnica między Cebulandią a Zgniłym  to ta że u nas  imigranci mogą co najwyżej na pińcet  z plusem liczyć  jak dzieci posiadajo, zasiłków specjalnych ni ma i dlatego przyjeżdżają pracujący a nie socjalni. Teraz może   troszki wolnego miejsca będzie po mieszkańcach Ukrainy bo Niemce otworzyli  dla nich rynek pracy ale w Odzi witamy już na ich miejsce Nepalczyków.

Mła te wędrówki ludów  nie dziwio, w przeciwieństwie  do ciężko zasiedzianych mła wie jak  toczy się światek i że nie kończy  się on jeno na naszej wsi we której "To  praca powinna być i wszystko, żeby człowiek  nie musiał się  tułać". Zdziwne dla mła jest też to że wszystkie socjologi  piszo że my tacy mało atrakcyjni jako miasto i młodzi to mykajo gdzie   indziej i atrakcyjniej a mła się wydawa cóś przeciwnie,  że dzieciów w jej  okolicy jak na jej  system nerwowy jest zbyt dużo. Albo ona ma  system nadwrażliwy, albo rzeczywiście  jej się wydawa albo nasze  socjologi wraz z GUS  - em muszą zmienić metodę  badań ( opieranie się na mitycznym  meldunku - sama znam takich co mieszkają od lat nastu a meldunek  majo  gdzie indziej ) bo we mła się zalągł dysonans poznawczy  i nie odpuszcza. No bo naprawdę jest dziwnie - miasto  które straciło ponad 12% ludności chyba powinno być zauważalnie mniej ludne? Mła się czuje z lekka oszukana bo  ona  tłoku  nie lubi a tu coraz ciaśniej!




Sprawa nr 2 - lotnisko na Lublinku imieniem i nazwiskiem  wieszcza Reymonta nazwane. To jest dopiero zdziwność - otóż mamy lotnisko wybudowane dla biur podróży, czarterowe znaczy.  Nasz aeroport obsługuje cztery trasy na stałe ( z tego  trzy na Wyspy  Brytyjskie  i jedną na hub w Monachium  - bilety  Lufthansy więc  tanio  nie jest ),  jedną w sezonie letnim ( Ateny ) i  stadko czarterów które latają na wczasowiska ( bezpośrednio do  Burgas, Zakynthos, Antalya, z przesiadkami w Monachium Dominikana i w przyszłym roku  Meksyk i Kuba ). Naprawdę w miarę  regularne  ( niecodzienne jednak )  mają tylko połączenia z Monachium i  Stansted kole  Londynu. I teraz będzie o nierentowności - nasze nielotnisko jest zdaje się drugim najbardziej po nielotnisku w Radomiu,   nierentownym nielotem w kraju a co lecę w insze zagramanice z Warszawy to zawsze  kupa luda z Odzi w tych samolotach. Cud, bynajmniej  nie mniemany. Liniom nie opłaca się utrzymywać przelotów na trasie  z miasta Odzi  bo pasażerowie złośliwie  migrują na  Okęcie albo inny Modlin. Taa... odzianie to przewrotne bestie są, dołożą kasy, wymęczą się ale nie dadzą portu lotniczemu we własnym  mieście zarobić.

No, przede wszystkim nie dadzą zarobić zatrudnionym na "odcinku lotniska" specjalistom, kerownikom i inszym z nadania.  Marszałek województwa do lotniska  nie dołoży bo ono miejskie, miasto dokłada coby wstydu i bankructwa  nie było ( i te miejsca pracy )  ale cóś  mało wymaga  od  lotniskowych ( w dobie  Bookingu i Airbnb wczasowe  loty to jak kolejka wąskotorowa z Odzi  Fabrycznej  do Mławy, przez Warszawę, Himalaje i Petersburg rzecz jasna ) a skutek jest taki że mła i Mamelon znów  polecą z Okęcia, bo nie uśmiecha  się im lecieć  sześciu godzin z  przesiadką  do Rzymu jak  mogą dolecieć bezpośrednio w dwie  i pół a w godzinę z hakiem  być  na lotnisku w Warszawie ( z którego samoloty do Rzymu  latają codziennie ).  Teraz polecę klasykiem  - nikt mła  nie wmówi że białe  jest białe a  czarne jest czarne, to nie jest  problem zbyt małej liczby pasażerów na lotach rejsowych żeby  liniom się  opłacało, to jest problem polityki związanej  z lotniskiem i to zarówno tej miejskiej jak i tej z Wiejskiej.  Miasto Ódź może nie jest metropolią z której codzienne odloty do europejskich stolic opłacałyby się przewoźnikom, ale na lotach dwukrotnych czy nawet jednorazowych w tygodniu przewoźnik by  nie stracił. "Czy konie mnie słyszą?"- to tak dalej taplając się w klasyce. Cóś z tym nielotniskiem zrobić trza, albo spuścić armii czy tam innemu aeroklubowi i przestać wkładać w nie kasę albo w końcu zrobić z tego misia na miarę  naszych możliwości normalnie funkcjonujący obiekt!

Dzisiejsze obabrazki to ódzkie  sakralności.  Nie wszystkie istnieją bo zmiany były  i w ogóle, ale cóś tam się ostało.

P.S. Kropek u Psa w Swetrze pięknieje z dnia na dzień. Jest do wzięcia ( jak dla mła  to  za poręczeniem  lub wstawiennictwem bo  kot po przejściach ), najlepiej żeby  znalazł się w takim domu który będzie całym jego światem  ( Kropek  szykuje  się na kotka niewychodzącego, znaczy przechodzi szkolenie na lorda ).  Całuśny aniołek, na starcie trzeba nieco bardziej niż to ma zwykle miejsce o Kropka  dbać. Jak dojdzie do siebie w stu procentach i obejmie ludzia w posiadanie to się dziwić  będzie ten ludź jak on bez Kropka w ogóle  mógł  funkcjonować! To  nie było życie tylko jakaś marna wegetacja, ersatz i namiastka! Bez tych przytulasów, bez ocierek i prawie  że cmokań! Krokiet i Bigos już na swoich ludziach, przystąpiły do tresowania personelu obsługującego.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Codziennik - weekendownik leniwca



 
Tak leniwie mła mija ten pierwszy sierpniowy weekend. No i bardzo dobrze bo ona odpoczywa, oddech ma od wszystkiego,   nic  nie musi ( a zazwyczaj  musi i to jeszcze tak że sama się musi zmuszać do musienia ). Takie domowe  wakacje instant, wolne w proszku co to je tylko winem podlać  jak się helikopter skończy i gotowe. Spokojne snucie  się po  domu, po  ogrodzie, bez napinki na luziku, no mła się czuje niemal jak główny  bohater  "The  Beach Bum" ( za parę lat ten film będzie kultowy ) optymistycznie olewając skrzeczącą rzeczywistość. Koty dostroiły się do mła, leniwie zaliczają wyro, bazę Felicjanową pod  forsycją, okolice  największego egzemplarza szałwii lekarskiej. Z wielką niechęcią włażą na robinię czy dachy szopek, zdecydowanie preferują obecnie przebywanie na parterze.  Ptocy  śpiewajo  ale kociego  zainteresowania szczęśliwie nie budzą, gdzieś czasem cóś jak  myszka zaszeleści ale lepiej oczka mrużyć i  się nie interesować.  No można na ślimaka bezskorupkowego bardzo groźnie popatrzeć  ale na tym łowcza aktywność się kończy.




Przeca to  jest czas  na mruczenia i ciamkania, na podstawianie łap  do całunków i robienie baranków. Za leniwie na kocią naturę, trza uprawiać sielską kocią  anielskość. Od czasu do czasu przejdzie mały opad, który  powoduje u mła  opad powiek, z nagła zaświeci słoneczko co  z kolei powoduje  u mła tzw. chęć do  życia, wszystko to niespieszność działań powoduje ( no bo jak mła  już ubierze ubabranek na dżdż to on przestaje dżdżeć a jak mła się naszykuje coby w słoneczną chwilkę  ze strojem się wpasić to ta chwilka właśnie mija - więc po co się spieszyć, lepiej leniąc się poczekać w stroju słonecznym  na złapanie chwilki ). Małgoś - Sąsiadka bredziła cóś  o słodkich wypiekach ale spojrzałam na nią baaardzo karcąco i zaproponowałam  natychmiastowe sprawdzenie poziomu cukru w jej  krwi. Odpowiedź że glukometr się popsuł była tak  jawnie bajkowa  że nawet Małgoś cóś tak bez przekonania ją wygłaszała. Propozycja wykonania wypieku upadła  bo  postraszyłam  Małgoś własnym glukometrem ( nie posiadam ale zablefowałam ) i  Małgoś  nie drążyła tematu.  Zresztą mamy borówki hamerykańskie w dużej ilości a to przeca  też słodycz. I tak  leniwie sobie weekendujemy, przewalając się z boku na  boczek w mruczącym  towarzystwie i  od czasu do czasu straszymy roślinki i owady na Suchej - Żwirowej. No wiecie - jest nam teraz prawdziwie letnio.




I choć to  niby jest post o niczym, jeden z wielu zaśmiecaczy netu,   to nie  tak bez sensu  do końca  - mła zaobserwowała  niepokojące zjawisko i postanowiła zostać tego... ten... sygnalistką. Z tych leniwych sygnalistek rzecz jasna i takich bardzo spóźnionych ( wicie rozumicie, to już truizm a mła się dopiero orientuje ).  Otóż mła  odnosi ostatniemi czasy bardzo silne wrażenie że sztuka odpoczynku nam zanika co powoduje ludziskom  jako gatunkowi problema.  Ludzie wyznaczają sobie w czasie wolnym zadania i je realizują po czym wracają do codzienności usatysfakcjonowani ale wcale niekoniecznie wypoczęci.  Nie mam tu wcale na myśli  tych co to urządzają remonty  mieszkania w czasie  urlopu. Hym... wiecie, mła to lubi zwiedzać i się kręcić ale to nie znaczy że nie potrzebuje swoich  chwil uważności, czasu  na podróże wewnętrzne albo na podróże daleko od siebie. I tak jej  jakoś przychodzi  do głowy że  w tych potrzebach wcale nie jest odosobniona. Mła   sobie przemyśliwa że sztukę odpoczynku trochę zabija przymus - znaczy wykupilim wywczas i będziemy wypoczywać, nawet jak nam się kurna nie chce, to będziemy.  I potem się męczymy zalegając nad basenem w towarzystwie germańskich dzieciaków które mają na nagłośni wmontowane wzmacniacze dźwięku, albo łażąc w upale po niemiłosiernie nagrzanych ruinach, albo też zagubieni w  głuszy i dziczy nudzimy się jak  mopsy. Z drugiej strony problem  jest w nas bo nie potrafimy się oderwać  od cycka codzienności i czujemy  że nic  się nie zmieniło, znaczy wypoczynek męczy. Po  mojemu   za dużo bodźców nam system nerwowy drażni a my  tak na co dzień nie trenujemy wypoczynku. Na siłownie chodzimy ale tam komór  wyciszenia ni ma. Hym... yoga? Może to i jakieś wyjście, pewnie lepsze  niż odstresowujące prochy czy tam insze używki ( zmęczenie codziennością, swoimi problemami, chęć odfrunięcia i relaksu stoi za miłością części społeczeństwa do wszelkich substancji psychoaktywnych ).  A może po prostu techniki  relaksacyjne powinny być w programach nauczania i  to rozwiązałby sporą część problemu z wlewaniem w się  lub wdychaniem.  Tak mła sobie rozmyśla, leniwie bardzo.



Dzisiejsze fotki to  Sucha - Zwirowa zdjęta po wsadzeniu dodatkowych sześciu perowskii, co jakoś nie wpłynęło na ogólny widok rabaty i leniący się na kuchennym stole  krasnoludek, co to był  kupiony dla  Wujka Jo ale jakoś ostał się u mła.

piątek, 2 sierpnia 2019

Codziennik - odstresownik relaksownik ( częściowo muzyczny )

Egipski wpis wisi nade mną  a ja jakaś taka  rozlazła, niby upały  minęły ale mła cóś  się od tego  nie polepszyło. Pogoda zjazdowa albo cóś w powietrzu bo powieki mła opadajo w połowie dnia jakby drzemka była  czymś niezbędnym ( mła walczy z tym drzemkowaniem ale raz że ciężko jej  idzie,  a dwa to nie jest  do końca przekonana czy robi dobrze bo zdarzył się  jej  helikopter i mła sobie pomyślała że może jej  organizm chce jej  cóś powiedzieć tylko  nie śmie i tak tego helikoptera  próbnie wypuścił ).  Mła czuje lata na karku a Małgoś  - Sąsiadka nadal pokrzepiająco ćwierka że "Dalej  to będzie coraz gorzej!".  Resztką sił mła wysłała  paczki, których się troszki nazbierało i teraz zrobi sobie wolne od wszystkiego. Politycznie się  nie uświadomi bo się jej spokój  należy a poza tym   mało co  i mało kto ma szansę  przebić występ  pewnej radnej która uznała  że rozprowadzana w stolicy  okazjonalna wlepka ze znakiem Polski Walczącej i  podpisem że Polska walczy z faszyzmem jest skierowana przez totalnych przeciwko rzundzącym. Mła czuła że przepona jej pęknie - ten śmiech naprawdę  bolał. No ale nie co dzień  jest szansa na takie perełki ( choć polityczni wszelkich  opcji starajo się jako  mogo ) i mła  będzie sobie oszczędzać zwykłych wzruszeń jakie nią targają przy  tzw. złodziejskich  nowinkach. Mła się musi  odstresować a kłótliwość narodowa spotęgowana  przez nadchodzące  wybory cóś temu  nie sprzyja. Ostatnio mła słuchała nieco  muzyki z lat osiemdziesiątych XX wieku, czyli z czasu kiedy była piękna  i młoda ( teraz jest tylko piękna ) i nawet taki przebój sobie  przypomniała, który swego czasu lubiła nucić, ostro fałszując - to się nazywało "Town Called Malice". Tak jakby o nas było, niby  stara New Wave a proszę jakie  aktualne.


Koty  będo się odstresowywać razem z mła, Felicjan, Szpagetka i Sztaflik zgłosiły akces do  zalegania, znaczy bez przywabiania kręcą się w okolicach wyrka, jedynie Okularia przedkłada towarzystwo Epuzera nad  przebywanie  z "mamusią" ( wiadomo, kudy tam mła do błysku Epuzerowych ślepiów, że o innych walorach nie wspomnę ). Mam nadzieję że zaleganie wspólne odbędzie się bez ekscesów, mimo tego że Felicjan zionie miłością do świata jak co niektórzy funkcjonariusze najpowszechniejszego wyznania w naszej Cebulandii ( uwielbiam jak faceci w sukienkach, w koronkowych narzutkach i takich fikuśnych kapelusikach ćwierkajo że samiec to musi spodzień  nosić   - wiem, jestem złośliwa ale poziom hipokryzji niektórych funkcyjnych wnerwia a to nie pozwala mła się należycie odstresować ). Na miłosne zionięcie  Felicjana  przygotowała  ja sobie przy wyrku rękawice kuchenne, jakby  Felicjan  zaczął mocno emanować miłością to go spacyfikuje i będzie sobie zalegał w swojej bazie pod forsycją. Czarnule są grzeczne, nawet specjalnie się ostatnio  nie leją. Myślę że zawiązały pakt przeciw Felkowi bo podczas jego ostatnich pretensji o miejsce na wyrku dały mu odpór wspólnymi siłami (  co tak go rozwścieczyło  że musiałam interweniować ). Teraz patrzę na niego jak spokojnie podsypia przy klawiaturze, no anioł nie kot. Słodka niewinność, nikt nieznający go  bliżej nie uwierzyłby że to bydlak z piekła rodem i w dodatku  niewdzięczny. Tak, tak,  w domu to do Małgoś  - Sąsiadki umizganie się  odchodzi, z ciotką Elką i Cio Mary jest to samo, ale kiedy spotyka je na Podwórku to udaje  że ich nie zna. No jakieś obce baby się czepiają Jego Przebiegłości Władcy Podwórka.  Łazi na sztywnych łapach i zapada na  głuchotę, wybiórczą rzecz jasna   bo trzaśnięcie drzwi lodówki  słyszy. Tyż mam stosowną  pioseneczkę "Mistaken For Strangers" , nieco późniejszą ale w klimacie indie rock  ( no prawie jak New  Wave, he, he, he ).


Podczas zalegania mła  będzie  sobie poczytywać i nawet  może coś  obejrzy z neta. Tylko takiego żeby zwojów  jej  nie przegrzało.  Może jakieś  stare  filmidła  w myśl zasady inżyniera Mamonia - "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No… To… Poprzez… No reminiscencję." Mła  ma parę pozycji do których  chętnie  by wróciła: w cyklu zrozumieć brexit  obejrzałaby sobie "Brassed Off', taki film sprzed niemal ćwierć  wieku w którym grał Pete Postlethwaite, jeden z moich ulubionych brytyjskich aktorów, następnie "Billy Elliot" bo ten film mła  zawsze dobrze robi na jestestwo i "The Full Monty", dla rozebranych facetów rzecz jasna, he, he, he. Może obejrzę sobie też "Le Grand Bleu", to jest jeden z tych filmów do których lubię wracać bo odkrywam w nich cóś nowego, czasem nawet zaskakującego. Mój boszsz... to starocie ale ani padaczki od szybko zmieniających się marvelowych ujęć nie dostanę, ani nie będę się zastanawiała o co kaman i jaką to grę tym razem przeniesiono na ekran. Taka rozrywka dla pani starszej. A niedługo wybiorę się do  kina na  nowy film Tarantino, jak  podreperuję trochę  stan organizmu i budżet. Na zakończenie  wpisu  możecie sobie  posłuchać prawdziwe antycznej muzyczki - "Life Is Strange". Piosneczka też z tych które da się podpiąć  pod każde czasy. Obrazków dziś nie ma bo macie muzyczkę.


środa, 31 lipca 2019

Codziennik - upalnik, burzownik, gradownik



Na razie robię  przerywnik  od  starożytnych klimatów bo mnie  materiał zbierany do kolejnego wpisu przytłoczył swoją objętością i takie sprawozdanko na koniec miesiąca  uskutecznię. Chyba Dora wyraziła nadzieję że lipiec powinien  być  przyrodzie  i nam bardziej przyjazny niż czerwiec - no  i jak? Po  mojemu  nijak.  Ogród z trudem odżywający po suszy w ostatnich dniach był solidnie grillowany, szczęśliwa z tego powodu  to mła nie jest.  W dodatku deszcze co to miały  poprawić sytuację i nawodnić to co się jeszcze ostało przy życiu, były tak  gwałtowne  że  wypłukały mła kruszywko z podwórkowego podjazdu co naraża mła na nowe wydatki, i to wcale nie  takie które by mła cieszyły jak zakup lnianego  obrusu za pięć złociszy w lumperionku ( mła się ostatnio udało całkiem przypadkiem takowy nabyć kiedy chroniła się przed gradem - fragment uroczego wzorku na  fotce obok  ). W temacie ogrodu jest bardziej  niż średnio ale mła się nie poddała  i część wykopków czeka  już na wysyłkę. Mła się  troszki obawia  chmury na czółku  Agniechy bo jest kiepsko z akantami, irysy pojadą na pewno ale akanty? Strach się bać to ruszyć bo człowiek do końca  nie jest pewien która część  jeszcze żyje a która już zasnęła na amen.



Ze sprawek domowych - koty niegrzeczne więc ( tfu, tfu, tfu! ) zdrowe,  Małgoś - Sąsiadka bezczelnie  knująca ( chowa słodycze za słoikami z pasteryzowanym szczawiem w nadziei że  mła się w ślepia  nie rzucą ) więc też zdrowa,  mama Wujka Jo - Danka, na wywczasach nad morzem.  J jak się sześćdziesiąt lat jeździ  nad morze na wakacje to nie ma zmiłuj - brak rytualnej wycieczki mógłby zakończyć się zejściem. Poza tym jak twierdzi Wujek Jo Danka ma setny rok na karku  i to sinice powinny się jej  bać a nie ona sinic. Tym niemniej  jak się domyślacie coroczna wyprawa stulatki nad morze przypominała wszystkie misje Apollo razem wzięte, rodzina tradycyjnie czekała czy aby  Wujek  Jo  nie usłyszy w komórce  "Houston, we have a problem." . Na szczęście Wujek  Jo usłyszał  jedynie "The Eagle has landed." i odetchnęliśmy z ulgą. Danka w dobrej kondycji straszy sinice i jak stwierdziła wreszcie porządnie oddycha ( ostatnie dwa  miesiące sporo czasu musiała bidula spędzić schowana w domu przed upałem - bardzo częste wywożenie jej za miasto nie wchodziło w grę bo  trzydzieści parę stopni  mogłoby ją ubić,  z czego na szczęście Danka jako medyk  zdawała sobie sprawę i nie dulczyła o "świeże powietrze"  ).



Tak przy okazji turystyczno - rodzinnych pieriepałek to mła się zastanawia czy ona aby nie jest "się sadząca". Mła preferuje dość specyficzny sposób wypoczynku, jak to określa  Mamelon "wypoczynek męczący". No nie jest z tych co  to się uwalą nad wodą i są szczęśliwi bo na chmurki popatrzą a nawet wlezą do wody dla ochłody.  Co  nie znaczy że mła nie rozumie potrzeby tego typu wypoczywania. Jest całe  mnóstwo ludzi i to wcale niegłupich, którzy po ciężkiej pracy tylko w taki właśnie sposób są w stanie się zrelaksować.  Mła po prostu tak nie umie bo ja podeszwy swędzą i ciągle by gdzieś latała ( choć bardzo lubi kąpiele w duuużej wodzie, jest pluskaczem ).  Mła uważa  że lepsza jest szczera preferencja zalegania na leżaczku  niż udawane globtroterstwo.  Uważa że jeżeli  ktoś  chce coś zobaczyć tylko z okien  turystycznego busu bo tyle mu do szczęścia wystarczy to jest  OK, nie wszyscy muszą lizać kolumny po bazach. Denerwuje tylko mła opowiadanie o zwiedzaniu świata przez ludzi którzy spędzili dwa tygodnie w hotelowym getcie i  nie wychylili z niego nosa.  Równie dobrze mogli by przebywać do Zegrza  przekonani  że to Szwajcaria,  jak to było  u wczesnego Machulskiego.

Więc jeżeli  odnieśliście wrażenie po jej wpisach turystycznych  że mła  ma w pogardzie  leżakowanie przybasenowe, to jest to wrażenie mylne.  Mła po prostu wypoczywa inaczej bo mła lubi dużo widzieć, bo dużo wyobrażeń ( często jak się okazuje  durnych ) nosi w sobie. Jedyne co mła ma naprawdę w głębokiej  pogardzie to bycie w podróży nie wiadomo  po co, znaczy takie jakieś  nieświadome  turystyczne pałętanie się po znanych miejscówach, w sumie  bezcelowe ( bo foty na tle  to sobie można fotoszopnąć  ), bezmyślne i stadne.  Podróże coby u cioci na imieninach  błysnąć że  "Widziało się, Panie tego, ho, ho!". Tak  konkretnie  to się widziało to co wszyscy chcą zobaczyć, najważniejsze jest właśnie  "wszyscy chcą". Tak sobie myślę czasem o tej prawie pustej sali w Pałacu Lobkowitzów, w której tylko Mamelon, mła i "Sianokosy" Breughla i o tym niemalże  ucieleśnionym  Sądzie  Ostatecznym kiedy chciałyśmy dostać się po południu z  Muzeów Watykańskich do Bazyliki  Świętego  Piotra przez Sykstynę.  Myślę o  tych ludziach prowadzących wózek z najwyżej dwuletnim, ryczącym  wniebogłosy , ciężko wystraszonym  dzieckiem, którzy poczuli że koniecznie w tym  momencie życia muszą obejrzeć dzieło tego, jak mu tam,  Michała Anioła.  Myślę o tym nagłym porozumieniu wzrokowym  ze strażnikiem w Galerii  Arrasów, który litościwie rzucił "Fuggite al Gregoriano Etrusco, adesso c'è pace!". Taa... dopiero w domu dotarło do mła  że  fuggite znaczy uciekaj  a nie proszę iść.
 Na  fotkach życie  ogródkowe, życie domowe  (  obrusek okazyjny i mój pseudowypiek z marcepana ) i krótki przegląd tego co w lipcu kwitło ( marnie i w boleściach ). I to by było na tyle.

niedziela, 28 lipca 2019

Ogrodowe rozkminy - ogrody starożytnego Egiptu - część druga

Drzewa w ogrodach starożytnego Egiptu


Po  lekturze  dotyczącej ogrodów przyświątynnych, pałacowych  i tych zwyczajnych już wiecie że przez tak  długi okres trwania państwa roślinna szata Egiptu musiała ulec zmianie.  Nasze państwo liczy sobie ledwie tysiąc lat z haczykiem a  trudno nam dziś wyobrazić sobie  że ledwie  dwie i ponad pół setki lat temu ziemniaki wyszły z ogrodów  Jaśnie Państwa na pola. Państwowość starożytnego  Egiptu to prawie trzy tysiące lat - wieki, które przerzedziły papirusowe zarośla nad  Nilem, wykończyły hipopotamy i krokodyle. Z drugiej strony pojawiały się nowe rośliny a także zwierzęta , które z wielkich ogrodów przyświątynnych i pałacowych przenosiły się do  mniejszych ogródków by z czasem zasiedlać nie tylko  ogrody ale gospodarstwa  i pola.  Dlatego pisząc o roślinach  uprawianych  w ogrodach pozwolę sobie  uczynić podział na ogrody konkretnej epoki. W tym wpisie zajmę się drzewami. Pierwotna szata roślinna Egiptu w "temacie drzew" nie była zbyt urozmaicona za sprawą klimatu. Jak już wiecie z poprzedniego wpisu sadzenie drzew w egipskich warunkach nie zawsze było sprawą prostą. Problemy z wodą, problemy z odpowiednim  gruntem. Na ten przykład w stolicy, którą zbudował Echnaton na pustyni, pomimo zniszczeń pozostało jednak wystarczająco dużo śladów po ogrodach które mogły dostarczyć materiału do badań archeologicznych - w Achetaton sadzono drzewa w dołach wypełnionych czarną, bogatą w składniki ziemią, inaczej sadzonki nie miałyby szans. Takie czarnoziemne doły po tysiącach lat są łatwo zauważalne podczas odkrywek w pustynnym terenie. Znaczy kiedy decydowano się zaadaptować nieprzyjazne roślinności tereny ( a decydowano się  np. ze względów religijnych ) to wykonywano prace w zakresie nieznanym  w innych centrach ówczesnej cywilizacji.  Egipcjanie  pokonywali pustynię sztucznym nawadnianiem i głównie sadzeniem drzew, ponieważ gdzie drzewa tam cień, gdzie  cień tam szansa na niższe temperatury i utrzymanie się zielonego przy  życiu. Oczywiście była to nierówna walka, tym bardziej że inne działania tych ludzi np. wypas bydła na naturalnych terenach "jakoś tam zielonych" powodował pustynnienie. Do natychmiastowego przemyślenia - nawadnianie i  masowe  sadzenia drzew nie wystarczają do utrzymania status  quo a tym bardziej do polepszenia sytuacji. Trza nam ograniczać hodowle zwierząt, tym bardziej że wiąże się ona choćby z takimi moralnie paskudnymi sprawami jak  transport dalekobieżny. Drzewa pełniły więc szczególną rolę w Egipcie, były najbardziej po jadalnych trawskach cenionym zielonym dobrem.

Stare Państwo


W czasach Starego Państwa do nasadzeń w ogrodach używano głównie roślin rodzimych. Starożytni Egipcjanie chętnie sadzili przy swoich świątyniach i domach drzewo sykomory  Ficus sycomorus .  Ta miłość datuje sie jeszcze czasów predynastycznych, w zasadzie od początku  trzeciego tysiąclecia p.n.e. .  Według  staroegipskich  wierzeń sykomora to drzewo wiecznego życia, święte bo związane z boginią Hathor, której było uosobieniem. Jedno z imion bogini, to pochodzące z Memfis, brzmiało Pani Sykomory. Po śmierci niematerialne części jestestwa Egipcjan ( to nie były dusze w naszym rozumieniu, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana ) znajdowały w sykomorzych  gałęziach schronienie, a także pokarm i wodę, które uchodziły za dar bogini. Egipska Księga Umarłych zawiera pragnienie życia po śmierci w konarach sykomory, wieczny domek na drzewie dla  tzw. ba. Zresztą według tej księgi drzewo to miało być też siedzibą bogów ( nie ma to jak odpowiednie sąsiedztwo ), a dwie sykomory rosły przy wschodniej bramie nieba, przez którą wyłaniał się bóg słońca Ra w swoim rydwanie ( znaczy pośmiertna miejscówka dla ba jak marzenie ).

No takiego drzewa to nie mogło zabraknąć w żadnym porządnym staroegipskim ogrodzie! Sykomora to nic innego jak figowiec  ośli vel  figowiec  dziki - gatunek odporny na zakusy pustyni ma bowiem szczególne zdolności regeneracyjne - jeśli wiatr odsłoni jej korzenie ona natychmiast tworzy głębiej następne , a gdy zasypie ją piasek to pień i gałęzie potrafią przekształcić się w korzenie i drzewo rośnie dalej w górę. Sykomora zapewniała w ogrodach cień, owoce i jeszcze w ramach bonusu z jej drzewa, lekkiego a odpornego na butwienie można było wykonywać tak ważne dla Egipcjan rzeczy jak trumny. Oprócz figowca oślego w Egipcie wcześnie zaczęto uprawiać figowca pospolitego Ficus carica. W stanie dzikim drzewo występowało na  Synaju ale już około  roku 2500 p.n.e. na pewno było uprawiane w dolinie  Nilu ( zachowały się płaskorzeźby przedstawiające zbiory fig ). Figowce pospolite owocowały nieregularnie i bardzo kapryśnie, Egipcjanie nie znali bowiem aż do IX - VIII wieku p.n.e. mechanizmu ich zapylania a drzewko jest gatunkiem dwupiennym i żeby wyprodukować owoce potrzebowało aż do czasów greckich udziału błonkówki z gatunku Blastophaga psenes. Dopiero Grecy odkryli metodę wspomagania zapyleń zwaną kapryfikacją. Jednym z najwcześniej sadzonych przez ludzi drzew które nie występują w naturze a są efektem krzyżowania gatunków jest daktylowiec właściwy Phoenix dactylifera. W starożytnym Egipcie uprawiano zarówno te których owoce przeznaczano na mąkę, jak i te z których pozyskiwano tzw. miód palmowy i bardzo słodkie ( po ususzeniu ) owoce. Palma daktylowa jest również rośliną dwupienną ale w tym wypadku Egipcjanie jakoś nie mieli problemów z uzyskiwaniem plonów. Z natury za to do ogrodów zawędrowała palma dum Hyphaene thebaica. Egipcjanie cenili sobie "orzeszki" a także owoce z których pozyskiwali coś na kształt melasy. Drzewo miało status świętego a było na tyle ważne że jego owoce znajdowano w darach grobowych dla faraonów.


Święte było  też drzewo z egipska zwane iszed Mimusops schimperi ,  tradycyjnie nazwane persea mimo że ze smaczliwką nie ma nic wspólnego ( często wiązane z symboliką przejścia do zaświatów - np. jego młode pędy były używane do tworzenia bukietów pogrzebowych ). To dorastające do  20 m wysokości  drzewo było chyba najświętszym drzewem w Egipcie, choć tłumaczenie nazwy iszed - drzewo szlamowe vel błotne - jakoś tak mało ze świętością współgra. Podobnie jak sykomora nosiło wdzięczną nazwę drzewa życia. Na temat uznania świętości tego drzewa w Egipcie powstało mnóstwo opracowań, ale zdaje się że temat jest jeszcze niewyczerpany. Z ikonografii można "odczytać" jego ważną rolę, często przedstawiano faraona w tzw. pełnej postaci na tle persei. Niewątpliwie było drzewem opiekuńczym władców bądź symbolizowało władcę. Cóś musi być na rzeczy  z tą władzą bo w czasach rzymskich powstała ustawa cesarza Arkadiusza zabraniająca wykopywania lub sprzedaży drzew persei w Egipcie. A teraz skąd się wzięła ta pomyłka z nazwą - persea egipska nie jest smaczliwką, choć ma większe prawo do nazwy niż dzisiejsze gatunki zebrane w rodzaju Persea. Persea to nazwa związana ze starożytnym drzewem egipskim na długo przedtem, zanim została wykorzystana do określenia botanicznego smaczliwek. Jest to stara grecka nazwa używana przez Teofrasta dla określenia  rodzaju Mimusops, znana  już około roku 320 p.n.e. .

Roślinę ponoć nazwano na cześć Perseusza, tego który załatwił był Meduzę. Krótko pisząc to smaczliwki się wzięły i podszyły! Mimusops schimperi przypomina nieco naszą gruszę, ma podobny pokrój, kwiaty, a nawet liście ( z tym że one są zimozielone ). Owoce są podłużne, nieco podobne do kształtu migdałów, duże jak gruszki i zielone jak trawa. Są ponoć słodkie i soczyste. Ta persea jest uważana za roślinę endemiczną w Egipcie i Etiopii. Moją ulubioną przypowieścią o persei jest ta w której  wielki kot z Heliopolis chroni święte drzewo przed wężem  z zaświatów Apepem. Kot rzecz jasna nie był taki sobie zwykły, to sam Ra - bóg podróżujący słoneczną barką ( oby Felicjan nigdy się nie dowiedział o możliwości boskich wcieleń, he, he, he ) . Tamaryszek bezlistny Tamarix aphylla , drzewo poświęcone Wepwawet uchodziło za to dające najlepszy cień. A to za sprawą następującego zjawiska - nocną porą gdy zwiększa się wilgotność powietrza, tamaryszek absorbuje z pary wodnej sól, która tworzy maleńkie kryształki na jego liściach. O świcie tamaryszek pokryty jest błyszczącymi kropelkami rosy. Gdy z czasem zaczyna przygrzewać słońce, woda z stopniowo wyparowuje, dając przyjemny chłód, który utrzymuje się aż do godzin południowych.


Akacja arabska Acacia arabica  vel Wachellia nilotica to roślina natywna dla Egiptu. od dawna cieszyła się uznaniem ze względu na pozyskiwaną z niej gumę arabską czyli żywicę. Guma arabska posiada działanie osłaniające i przeciwzapalne, do dziś można pomocniczo ją stosować w leczeniu biegunki i czerwonki. Zewnętrznie używana w leczeniu stanów zapalnych skóry. Egipcjanie jednak sadzili ją w ogrodach średnio chętnie, jej charakterystyczny parasolowaty kształt nie pojawia się w zbyt wielu przedstawieniach ogrodów. Akacja poświęcona była Horusowi, boskiemu synowi Izydy i Ozyrysa. No cóż, akacja była drzewem bardzo dobrze sobie radzącym na terenach z ograniczoną ilością wody zatem była dość powszechna. Dodatkowo nie była drzewem dającym zbyt wiele cienia. Zatem akację sadzono i owszem, głównie chyba jednak ze względów religijnych a nie z wielkiego upodobania. Wierzba   - od czasów prehistorycznych porastać mogło parę gatunków - Salix acmophylla  na północy w delcie  Nilu, Salix safsaf  vel Salix murconata, niewielkie  drzewko o wiecznie zielonych liściach rośnie w Egipcie głównie na południu kraju, wzdłuż  Nilu i na wyspach  nilowych. Jest drzewo wierzbowe świętym drzewem poświęconym Ozyrysowi, zaszczyt ten dzieliło czasem z tamaryszkiem pustynnym. O tym że  starożytni  Egipcjanie  świetnie znali działanie salicylanów  informuje nas pochodzący z r.1555 p.n.e. tzw.  papirus Smitha,  znaleziony w grobowcu koło Teb.

Średnie Państwo


W tzw. kontekście archeologicznym pierwsze ślady  oliwki europejskiej Olea europaea odnotowujemy w czasach XII dynastii ( mniej więcej lata 1985 - 1773 p.n.e ). Oliwki nie występują naturalnie w Egipcie, zostały do tego kraju importowane, najprawdopodobniej z terenów dzisiejszej Syrii bądź Palestyny ( tam na pewno rosły od około 3700 roku p.n.e.). Kiedy dokładnie Egipcjanie wpadli na pomysł uprawiania u siebie drzewek zamiast importowania oliwy i drewna to tak do końca nie wiadomo - uprawa drzew oliwnych i produkcja oliwy z oliwek w starożytnym Egipcie to temat mało zbadany, sporo z tym problemów i archeolodzy mają gdybania a z gdybań urastają spory. Na pewno wiemy jedynie że uprawa oliwek zaczęła mieć wymierne znaczenie ekonomiczne w okresie amarneńskim ( 1352 - 1336 p.n.e. ) czyli już w czasach Nowego Państwa. Oczywiście Egipcjanie dorobili oliwnemu drzewku religijne znaczenie, no bo jakże to tak - "na goło" , bez wsparcia  Wyższej  Instancji porastać?!  Oliwki uprawiano  na północy  i  w oazie Fajum, klimat  tam taki mniej afrykański. Dorastające do 5 m wysokości drzewko jujuba zwane też drzewem korony cierniowej lub głożyną cierń Chrystusa Ziziphus spina-christi to kolejne drzewo zagadka.   Tak do  końca  to nie jestem pewna kiedy dokładnie przybyło do  Egiptu. Czy była to końcówka   Starego Państwa, początki  Państwa  Średniego?  Zdaje się  że  przybyło do Egiptu z Nubii czyli terenów  dzisiejszego  północnego  Sudanu a z Egiptu rozprzestrzeniło się  dalej. Są tacy którzy twierdzą że  było rośliną natywną dla Egiptu  a na terenach Syrii i Palestyny pojawiło się  via  Półwysep Arabski jeszcze w czasach w których nikt  o faraonach nie słyszał. Sprawa do rozstrzygnięcia dla archeologów i botaników, ja tylko  odnotowuję że w starożytnym  Egipcie mogła porastać krzewiasta głożyna  afrykańska  Ziziphus lotus jak i drzewo korony  cierniowej. Owoce obu tych  głożyn są  mało smaczne, wymagały doprawienia miodem ale drzewo było cenione w stolarstwie, podobnie jak właściwości  lecznicze owoców i liści. Nie należy  mylić głożyny rosnącej w starożytnym Egipcie z tzw. daktylem chińskim  jak popularnie nazywa się głożynę pospolitą Ziziphus jujuba, to ta sama rodzina ale gatunek inszy.

Nowe Państwo


Drzewa dające cień i poddające się obróbce i niemurszejące  drewno,   aromatyczną żywicę i słodkie owoce  były niezwykle cenione w  starożytnym Egipcie nie dziwi  więc zatem że mimo trudności starano się sprowadzać nie szczędząc  kosztów, nie tylko nasiona ale nieraz sadzonki całkiem pokaźnych rozmiarów jak to było  w przypadku drzew kadzidlanych.  Na malowidłach  w grobowcu Ineni, architekta faraona Totmesa I ( 1504-1492 p.n.e. ) zidentyfikowano dziewiętnaście gatunków drzew rodzimych  i  tych pochodzących z importu. Ineni nie zapomniał  wyliczyć na ścianach swojego grobowca że samych sykomor rosło w jego  ogrodzie  90 egzemplarzy,  170 palm daktylowych ogródek  posiadał. No bo  Ineni był kimś, a ktosie mogły sobie pozwolić na dużą ilość drzew.  W czasach  Nowego Państwa w Egipcie nowości sadownicze ( i nie tylko ) sprowadzali głównie królowie ale rośliny się z czasem pospolitowały. Tak zadziało się w przypadku dwóch egzotów. Granat właściwy Punica granatum w starożytnym Egipcie nigdy  naturalnie nie występował, został "uogrodowany" przez Sumerów gdzieś tak w III tysiącleciu p.n.e.. Do Egiptu sprowadzony najprawdopodobniej został przy końcu rządów Hyksosów i był uprawiany  nie tylko w świątynnych  ogrodach już około 1550 roku p.n.e. Ceniono go jako drzewo dające owoce jak i roślinę leczniczą. Podobnie rzecz się miała z jabłonią domową Malus domestica, która do Egiptu trafiła w tym czasie co granaty. I z tego samego rejonu, czyli z syryjskich państewek. Egipskie jabłonie były wielogatunkowymi mieszańcami które daleko padły od swojej kazachskiej pramatki,  jednak nie wiemy czy Egipcjanie wyróżniali jakieś konkretne odmiany. Być może tak było skoro tysiąc lat później Rzymianie rozróżniali trzydzieści sześć odmian, a może i nie, bo np. u nas w Biskupinie to jakieś 800 lat p.n.e. podjadano jabłuszka leśne ale na prawdziwe szlachetne jabłonie trzeba było na terenach dzisiejszej Polski czekać aż do przyjazdu pierwszych braciszków zakonnych ( cystersów z Pforty w Turyngii którzy sprowadzili szlachetne szczepy do opactwa w Lubiążu w XII wieku ). Za to o tych egipskich jabłoniach wiadomo jedno - rodziły słodkie owoce. Nie winkowate, nie kwachy a sama słodycz według wyczytków  papirusowo - grobowych.

Okres Ptolemejski vel Hellenistyczny

W tym czasie do Egiptu dotarło sporo nowości. Pojawiły się  śliwy i to od razu  w swej najbardziej aromatycznej  i soczystej postaci - znaczy brzoskiwnka  przybyła. Brzoskwinia Prunus persica  vel Persica vulgaris wcale nie pochodzi z Persji, wbrew temu co sugeruje  jej nazwa. Badania genetyczne sugerują, że brzoskwinie pochodzą z Chin, gdzie uprawiano je od neolitu ( najnowsze dowody wskazują, że udomowienie nastąpiło już w 6000 roku p.n.e. w chińskiej prowincji Zeijang ). W starożytności uprawa brzoskwiń przesuwała się na zachód, około roku 1000 p.n.e. brzoskwinie na pewno były już uprawiane na terenie dzisiejszego Iranu. Twierdzi się że Grecy poznali się z brzoskwinką w jakiś czas po wojnach perskich, taka legenda chodzi że Aleksander Wielki sprowadził ten gatunek do Europy po tym, jak podbił Persów, chociaż nie ma żadnych historycznych dowodów na to że tak było. W każdym razie w Egipcie brzoskwinia pojawiła się wraz z Grekami. No i z morelą Prunus armeniaca, kuzynką pochodzącą z Azji Zachodniej, której urodzie i przede wszystkim smakowi jej owoców ulegli wcześniej Grecy ( taa... jak to azjatyckie gatunki po przegranych perskich wojnach zaczęły opanowywać "greckie wybrzeża" wygryzając rodzime oliwki, ironia historii ). W Egipcie śliwy uprawiano głównie tam gdzie oliwki - na północy kraju i w Fajum. Kolejny gatunek z rodzaju Prunus który pojawił się w Egipcie to pochodząca najprawdopodobniej z Anatolii czereśnia Prunus avium. Co ciekawe gatunek Prunus cerasus mieszaniec Prunus fruticosa i Prunus avium, pod która to nazwą ukrywa się nasza zwykła wiśnia cóś nie zasmakował i się w Egipcie nie rozgościł. Wydedukowałam że Egipcjanie chyba nie przepadali za kwachami.

Za to prawdziwą karierę zrobiło nasionko owocu który nie ma miąższu. Prunus dulcis czyli migdałowiec powstał najprawdopodobniej na skutek mutacji genetycznej. Dla ludzisków szczęśliwie się złożyło że gdzieś tam w zamierzchłej przeszłości na terenach dzisiejszej Armenii i zachodniego Azerbejdżanu z rodzących wielu gorzkich migdały drzewek gatunku Prunus fenzliana jedno okazało się rodzić owoce pozbawione goryczki. Tak zaczęło się udomowienie migdałowca ( początkowo nie był szczepiony, rozmnażano go z nasion i część drzewek miała cechy rodziny matecznej - nasiona Prunus dulcis var. dulcis są przeważnie słodkie, ale niektóre pojedyncze drzewa wytwarzają nasiona, które są j gorzkie - owoce  odmiany  Prunus dulcis var. amara są zawsze gorzkie  ). Udomowione migdały pojawiają się we wczesnej epoce brązu ( około 3000–2000 p.n.e. na stanowiskach archeologicznych w Azji Zachodniej. Tak po prawdzie to mła ma podejrzenia że migdałowce mogły w Egipcie pojawić się nieco wcześniej niż inne drzewa z rodzaju Prunus, gdzieś tak w schyłkowym Okresie Późnym. Mła tak sobie wymyśliła na podstawie owocu migdałowca znalezionego w grobowcu Tutanchamona ( pogrzeb był tak mniej więcej około 1325 roku p.n.e ), prawdopodobnie sprowadzonego z Lewantu. Oczywiście od grobowego stołu faraona do egipskich ogrodów daleko ale wydaje mi się że ten pochód rodzaju Prunus rozpoczął się wcześniej niż sądzimy ( tylko dowodów nie ma bo owoce były bardzo cenione i zostały wyżarte, he, he, he ). Dobra, to są moje gdybania a nie archeologiczne prawdy prawie objawione, nie przywiązujcie jakiejś szczególnej wagi do tych migdałowych rozkmin.

Z Grekami pojawiło się też w Egipcie drzewo gruszy Pyrus communis, które zdaje się całkiem dobrze rosło na  wybrzeżu Morza śródziemnego. Co prawda  pochodzące z Zakaukazie drzewo będące wielokrotnym mieszańcem nie było  szczególnie wyróżniane, kudy tam do greckich i rzymskich zachwytów nad gruszą, Teofrast z Eresos czy Pliniusz Starszy wprost piali na temat grusz. Tak nawiasem to Pliniusz wymienił w swojej Historia Naturalis odmianę wywodzącą się z Egiptu nazywaną Aleksandria. Przypuszczam że w Egipcie uprawiano znacznie więcej odmian ale ze względów klimatycznych te drzewa, podobnie jak jabłonie, śliwy czy oliwki nie mogły być sadzone w całym Egipcie a jedynie w tej jego części w której panował klimat zbliżony do śródziemnomorskiego. W klimacie południa Egiptu prędzej udawały się banany. Tak, Egipcjanie w Okresie Ptolemejskim zapoznali się z bananem Musa paradisiaca . Banan zwyczajny jest najprawdopodobniej mieszańcem dwóch gatunków dzikich - Musa acuminata i Musa balbisiana, w stanie dzikim takowa roślina nie występuje. Banany wywodzą się z Azji Południowo - Wschodniej, do Egiptu trafiły raczej z najbliższego wschodu lub z południa niż z północy wraz z Grekami. Są takowe domniemania że z Indii via Azja Mniejsza i okolice banany gdzieś tak kole roku 327 p.n. e. trafiły do Afryki. Jednak w Egipcie ta roślina aż do czasów islamskich była raczej ciekawostką ogrodową a nie powszechnie znaną rośliną.

A teraz będzie zaskoczka - pisze tutaj o bananie jako o drzewie ale to wyłącznie przez jego rozmiary bo tak naprawdę to - tadam, tadam, banan jest byliną! Jakby kto nie wiedział jego owoce to jagody! Przy niewielkiej ilości bananów w starożytnych egipskich ogrodach raczej trudno określić czy uprawiano gatunki "mączyste" czy te deserowe. Lepiej niż bananom poszło drzewkom  z rodzaju Citrus. Pierwszy pojawił się pochodzący spod Himalajów cytron Citrus medica znany też pod nazwą cedrat. Pierwsze informacje o uprawie cedratu pochodzą z Persji i są datowane na rok 330 p.n.e. - wojska Aleksandra Wielkiego przechodząc przez Persję widziały tam gaje cedratowe, znaczy ze uprawa cytrusów tego gatunku była powszechna. Przypuszcza się że w na terenach dzisiejszego Iranu uprawę cytronu rozpoczęto około V wieku p.n.e.. W Egipcie cedraty nieźle się zadomowiły, szczególnie na północy. Uprawy innych cytrusów to sprawa późniejsza,  Egipcjanie, mieszkańcy Mezopotamii, Grecy i Rzymianie nie znali kultywarów cytrusów, żadnych tam cytryn ani pomarańczy. Starożytność miała do czynienia jedynie z cytronem!


To by tak było w skrócie o drzewach uprawianych w ogrodach starożytnego Egiptu. Rzecz jasna nie opisałam wszystkich gatunków, pominęłam wspomniane w pierwszej części wpisu eksperymenty z kadzidlą, które okazały się ogrodniczym ekscesem. Na pewno też udało się mła pominąć insze drzewka, których uprawa nie była typowa ( Myrtus communis na ten przykład, czy nawet bardziej rozpowszechniona  morwa czarna  Morus nigra  ). No wiecie, mła jest amatorką a nie Wielką Myślą. Co do obrazków - to są reliefy, płaskorzeźby i  malowidła z okresu Nowego Państwa. Głównie  grobowce w Tebach, w Beni Hassan itd. . Są też poglądowe łobabrazki ze świątyń w Karnaku i z Deir el Bahari.  No  i przede wszystkim jest papirus Hunefera z około roku 1300 p.n.e. z przedstawieniem protoplasty Felicjana. Tak bardziej szczegółowo nie będzie   bo to rozkmina ogrodowa a nie przewodnik po Egipcie. O krzewach, pnączach i bylinach uprawianych w starożytnych egipskich ogrodach będzie w części trzeciej.