poniedziałek, 18 listopada 2019

Roma Antiqua - Forum Romanum

Ponieważ  jest  listopad i  mimo  tego że  pogoda  niezłą  jest to  mła  odczuwa  cóś  na kształt  chandry, postanowiwszy  wrócić  pamięcią  do  miłych chwil  wiosennej  podróży.  Nie  traktujcie  wpisu  jako  czegoś  w  rodzaju  przewodnika, to są  tzw. informacje  podstawowe  i  przypominki  mła   co ją w  tej  części  Rzymu  urzekało.




Nie jest wcale  łatwo pisać  mła o  Forum Romanum, jakby z ruin Manhattanu odtwarzać to czym jest dzisiejsze megamiasto. Tak jakoś to czuję.  No i ta  historia  zewsząd  wyłażąca drepczesz ulicami którymi chodził Seneka, Owidiusz, Juliusz  Cezar, Marek Aureliusz, dotykasz ściany domostw, świątyń w których bywali. Ruiny świątyń, barokowe budowle wpisane w antyczne kolumnady uświadamiają że  żadna religia  nie jest wieczna i  jak wszelkie ludzkie dociekania  na tematy mistyczne zmieniają formę płynnie przechodząc w kolejne kulty.  Falujące morze  kultów, takie miałam wrażenie idąc  via Sacra, słynną ulicą starożytnego Rzymu rozciągniętą od Łuku Tytusa do Łuku Septymiusza Sewera. Trwanie w przemijaniu, tak bym podsumowała w skrócie swoje wrażenia z tego dreptania po ruinach "centrum świata". Herbertyzm mła się zrobił.



Zacznijmy od tego że Forum Romanum to nie był jedyny punkt miasta w którym wrzało życie. W Rzymie było całkiem sporo takich punktów, jednak to akurat najstarszy obszar miejski o publicznym charakterze zyskał sławę Forum Magnum. Otoczony sześcioma z siedmiu wzgórz Rzymu: Palatynem, Kapitolem, Kwirynałem, Celio, Eskwilinem i Wiminałem. Prawdziwe centrum miasta a zarazem centrum rzymskiego świata. Miejsce to dla dla Rzymian głównym ośrodkiem życia politycznego, religijnego no i towarzyskiego. Zaczęło się jednak skromniutko, w czasach przed prerzymskich przyszłe Forum Romanum było lekkim bagienkiem, używanym od X do VIII wieku p.n.e. jako nekropolia przez mieszkańców osad okolicznych z wzgórz. Tak było do czasu zbudowania kanału odwadniającego Cloaca Maxima i osuszeniu terenu. Nieprzyjazne dawniej ludziom byłe bagienko  stało się terenem zgromadzeń. Wg. niektórych archeologów stało się to za panowania ostatniego etruskiego króla, gdzieś pod koniec VI wieku p.n.e. . Oczywiście sami starożytni Rzymianie mieli zupełnie inne zdanie na temat tego jak toczyły się losy tego miejsca. Miało to być miejsce bitwy Rzymian z Sabinami ( po której zresztą ostała się pamiątka - nazwa Skała Tarpejska, na której to skale wznoszącej się nad Forum Romanum zginęła zdradziecka westalka Tarpeja ). Romulus musiał przysiąc Jowiszowi świątynię żeby łaskawie zesłał pomysł załagodzenia konfliktu przez porwane Sabinki. Współczesne odkrycia archeologiczne przyznają rację starożytnym Rzymianom, Cloaca Maxima powstała po zjednoczeniu osady rzymskiej (  znaczy  królestwa  Romulusa ) na  Palatynie  i sabińskiej (  w  której  władał  Tytus  Tacjusz  ) na Kwirynale. Etruskowie nie mieli nic wspólnego z zabudową Forum Romanum, które powstało po osuszeniu bagna w latach 729 – 720 p.n.e. .  Wtedy  wzdłuż potoku biec  zaczęła  najsłynniejsza  ulica  Rzymu -  Via  Sacra, ta którą później w triumfalnym pochodzie Cezara do miasta wkraczał pokonany Wercyngetoryks i wjechała Kleopatra.



W czasach republiki Rzymskiej na Forum Romanum pojawiło się wiele dużych i  pięknych budowli jednak czas prawdziwej chwały to lata Cesarstwa Rzymskiego. Nie dość że powstały wówczas liczne świątynie ( począwszy od świątyni boskiego Juliusza Templum Divi Iulii ) i budynki użyteczności publicznej ( Regia, Kuria, Rostra, Tabularium ) to dodano i inne fora ( Forum Cezara, olbrzymie Forum Trajana, Forum Augusta, Forum Wespazjana, Forum Nerwy ), które powiększyły terytorium tworząc jeden wielki, zwarty kompleks. Forum Romanum upadało wraz ze starożytnym Rzymem, w 410 roku doszło do najazdu Wizygotów no i się zaczęło. Mimo postępującej dewastacji jeszcze do VIII wieku zbierali się tu ludzie w sprawach publicznych. Ostatni raz miał miejsce 7 sierpnia 768 roku kiedy to obrany przez  lud  rzymski na Forum Romanum został papież Stefan III vel IV. Do całkowitego zniszczenia tego miejsca przyczynili się jednak nie ludzie a siły natury. W połowie IX wieku rejon Rzymu nawiedziło bardzo silne trzęsienie ziemi. Aż do X wieku z ruin pobierano materiał budowlany wykorzystywany do innych budów. Potem teren zaczęła stopniowo pokrywać ziemia, zarastał on trawą zmieniając się w pastwisko, na którym wypasano bydło. Dawne dumne Forum Romanum, pępek świata nazywano wówczas Campo Vaccino. Największe zniszczenia dokonane ludzką ręką zawdzięczamy jednemu z  najbardziej  znanych mecenasów  sztuki w historii  - papieżowi Juliuszowi II della Rovere, który nie zważając na protesty Michała Anioła czy Rafaela Santi, w latach 1503 – 1513 działał z siłą stada buldożerów ( rzecz jasna nie osobiście ) na masową skalę burząc bardzo dobrze zachowane świątynie i pobierając budulec na potrzeby nowych inwestycji architektonicznych wznoszonych ku swej chwale. Od końca XVI wieku do XIX wieku teren Forum Romanum podnosił się przykrywając pozostałe ruiny. W 1803 roku rozpoczęły się tu pierwsze prace wykopaliskowe odsłaniające ruiny dawnych zabudowań. Kopie się w tym miejscu i dziś, Forum Romanum nadal ma swoje nieodkryte tajemnice.




Mamelon i mła dreptały po Via Sacra śladach cezarów, kapłanów, augurów, senatorów, ekwitów i zwykłego rzymskiego plebsu, zatrzymywały się przy kamiennych ruinach w które wdzierały się barokowe budowle i nie mogły wyjść ze zdumienia że te szlachetnie urodziwe ruiny to jest właśnie to, miejsce w którym ukształtowały się zręby naszej własnej, współczesnej cywilizacji i kultury. A przeca my niby Słowianki. Mła się przypomniało niezłe filmidło włoskiej produkcji pod tytułem "Odrażający, Brudni i Źli", jest tam taka scena w której czarna jak smoła kobieta mówi o sobie i swoich sąsiadach "My Rzymiane". Hym ... Via Sacra jest w wielu ludziach, oni sami czasem nawet nie wiedzą jak bardzo ślady wydeptane na tej ulicy w nich są. Na fotkach powyżej jest Templum Divi Antonini et Divae Faustinae zbudowana w 141 roku n.e. na polecenie cesarza Antonina Piusa dla uczczenia jego zmarłej małżonki Faustyny Starszej,  matki  czworga  dzieci i oddanej  żony. Po śmierci i deifikacji cesarza jego następca Marek Aureliusz w 161 roku n.e. zadedykował świątynię Antoninowi i Faustynie. Ta wzniesiona z peperynu świątynia robi olbrzymie wrażenie z powodu kolumn. Wysokie na 17 metrów, w korynckim porządku wzniesione, wykonane z zielonego marmuru zwanego cipollino przytłaczają takie małe karakany jak Mamelon i mła. Ze  starożytnej  świątyni  ostała  się tylko  kolumnada,  budynek za  nią ma  barokową  fasadę i to już  zupełnie  inna  bajka.  Ale  te  kolumny wystarczyły, żadne   resztki  inszych  świątyń nie uświadomiły nam  tego jak  wyglądała  niegdyś Via  Sacra  tak  jak  ta olbrzymia kolumnada.



Tak  po prawdzie  to  nie tylko  skala  ale  i  uroda  tej  kolumnady  tak  się  mła wpisała  w  pamięć. Wszak  taka  bazylika  Maksencjusza  a  raczej  to  co  z niej  pozostało i przedstawione  jest  na  fotce  nr  1  a tak  bardziej  z  bliska  na  fotce  nr  4, jest  olbrzymie  ale   nie  aż  tak  urodne  coby  mła się  w  pamięć  wryło. Budowla powstała na przełomie wieków III i IV n.e. i jest gigantycznym pokazem maestrii rzymskich inżynierów ( na platformie betonowej 100×65 m postawili trzy nawy , z których główna miała 80 m długości, 25 m szerokości i 35 m wysokości, do tego dochodziły kopuły, kolumny wysokie na ponad 14 m i inne atrakcje architektoniczne ). Bazylika runęła podczas wielkiego trzęsienia ziemi w roku 847 a dzisiaj możemy sobie pooglądać mikrą część jej ruin i kolumnę z nich pochodzącą ustawioną w 1614 roku przed rzymską Bazyliką Matki Boskiej Większej. No ruiny imponujące ale mła jest zafascynowana kolumnami i ruiny świątynne czy insze bez kolumienków jakoś słabiej jej się zapisują w pamięci. Nie pomoże nic że w onej przesławnej bazylice stał pomnik Konstantyna Wielkiego rozmiarów Godzilli , mła obejrzy ale się nie fascynuje. I tak placyk, któren historycznie jest ważny bo na nim wznosiła się Basilica Iulia czy posadzka pozostała po opisywanej przez Pliniusza Starszego i uznawanej za jedną z najpiękniejszych budowli Rzymu Basilica Aemilia posiadają specyficzny surrealistyczny urok obrazów Giorgio Chirico ale ten urok przegrywa starcie z urodą kolumn. Podobnie ma się sprawa z łukami. Na Forum Romanów wznosiły się cztery takie budowle poświęcone triumfom Oktawiana Augusta, Tyberiusza, Tytusa i Septymiusza Sewera, do naszych czasów przetrwały dwa ostatnie. O lokalizację i wygląd dwóch pierwszych toczą się archeologiczne wojny. Mła podziwia ale nie przeżywa.



A  wystarczy że  ze świątynnej  budowli  ostała  się  choć  kolumienka i  mła zaczyna  się  robić  milej  kole  serca. I tak Divus Romulus przy której stoją z boczku jeno dwie kolumny, mimo tego że zachowały się w niej resztki oryginalnego wystroju świątyni z początków IV wieku n.e. nie może wg. mła równać się z urodą ocalałego fragmentu świątyni Westy. Z ogromnej świątyni Wenus i Romy ( hym... skoligacenie bogiń odbyło się za sprawą Gajusza Juliusza Cezara, który jak twierdził był potomkiem Wenery, z którą to przyjemność miał niejaki Anchizes z Troi ) pięknie zapisał się mła w pamięci niewielki i dosyć rzadki lasek kolumn. Świątynia Saturna Aedes Saturni, choć nieduża to za sprawą kolumnady wznoszącej się na ponad 11 m wysokości, zwieńczonej marmurowym belkowaniem mła wprost urzekła. Te jońskie kapitele i te legendy o posągu bóstwa wykonanym z kości słoniowej wypełnionym olejami w celu konserwacji tworzywa - i popatrzeć na kawałek piękna można i czegoś niemalże bajkowego prawie że dotknąć ( dobra, dotknąć nie można a Pliniusz Starszy czasem bajdurzył ale mniej niż insi starożytni znawcy świata ). No i w dodatku ta miłą mojemu materialistycznie nastrojonemu jestestwu sprawa skarbca rzymskiego. Tak, tak, przy świątyni Saturna mieścił się Aerarium Populi Romani , kasa misie, kasa! Mniej wszystkiego ale również urodnie z powodu kolumn prezentują się resztki Templum Vespasiani et Titi. Piękne, podtrzymujące fragment fryzu, zwieńczone korynckimi kapitelami trzy kolumny o wysokości ponad 13 metrów i średnicy 1,57 metra, które kiedyś stanowiły południowo-wschodni narożnik pronaosu ( takiego przedsionka świątyni ). A cud urody pozostały po jednej z najstarszych rzymskich świątyń Aedes Castoris, też trzy ponad 12 metrowe kolumny wzniesione w porządku korynckim z niewielkim fragmentem fryzu. Mniam. Tego nie przebija Aedes Divus Iulius, dziś smętnie bezkolumnowy. Człowiek patrzy i wie w którym miejscu stał ten ołtarz na którym w ogniu i dymie udał się do Wieczności i Chwały Boski Juliusz, no wie że działa się tu historia przez duże H, dotycząca zarazem jednego człowieka i milionów ludzi ale te cegły nie pasą oczu urodą. Nic nie zostało z marmurowych okładzin z Karary, żadnego śladu po jednym z najsłynniejszych dzieł Apellesa "Afrodyta wynurzająca się z morskiej piany", no i ani złamanej kolumienki na pocieszkę. Za to przy śladach po ołtarzu do dziś można zobaczyć kwiaty, kamyczki czy drobne pieniądze - Boski Juliusz nadal jest Boski!




Oczywiście  jak  to w Rzymie,  mieście  wiecznie żyjącym,  antyczne  przeplata  się  z średniowiecznym  i  nowożytnym  tworząc  jedyną w swoim  rodzaju  jakość. Dlatego nie  ma  zdziwka kiedy za  kolumnadą świątyni  Faustyny ujrzy się fasadę kościoła San Lorenzo in Miranda, który swoją nazwę zawdzięcza ponoć pięknemu widokowi który z niego ma się na Forum Romanum. W tym miejscu na którym wzniesiono kościół św. Wawrzyńca miał być ów  święty  upieczony na żelaznej kracie. To raczej legenda bo do miejsca grillowania męczennika przyznaje się parę świątyń pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Poza tym w świątyni Faustyny, a tym był niegdyś ten kościół,  tego typu ofiara raczej by nie przeszła. W tej mieszaninie stylów od wczesnego antyku przez bizantyńskie wtręty ( Kolumna Fokasa ) po monumentalny rzymski barok wcale nie ukryta tylko bezczelnie na wierzchu żyje sobie dusza miasta, Wiecznego Miasta. I ja tam byłam ale nic nie piłam ( a powinnam bo chodzenia dużo ) a Was zachęcam - jak kiedyś los  zagna do Rzymu nie rezygnujcie ze zwiedzania starożytnych ruin. To są prawdziwe ruiny, żaden Disneyland a w dzisiejszym świecie dubajów - srajów to jest wartość!

środa, 13 listopada 2019

Rabatka roślin niegodziwych - bluszcz pospolity

Nie żeby był  morderczy straszliwie ale jednak całkiem anielskiego charakterku roślina nie ma  - bluszcz pospolity Hedera helix  to gatunek wiecznie zielonego pnącza należący do rodziny araliowatych Araliaceae .   Jest jedynym rosnącym u nas przedstawicielem rodziny araliowatych  i  zarazem jedynym w niej pnączem o zimotrwałych  liściach. Gatunek jest reliktem trzeciorzędowym, znane są jego ślady kopalne z górnego pliocenu. W okresie zlodowaceń uciekał na głębokie południe Europy, po ustąpieniu lodowców triumfalnie wracał na  położoną bardziej na północ część kontynentu. Po tzw.  zlodowaceniu północnopolskim powrócił na nasze  ziemie  w młodszym okresie borealnym, czyli ponad 8400 lat temu. przywlókł się do lasów  wespół z takimi roślinami jak  jemioła, lipa czy  dąb ( wcześniej nasze lasy to była głównie  sosna z brzozą, olszą i wiązami ). W okresie wyższych temperatur w okresie atlantyckim ( przed 5000 -2500 p.n.e. ) ), bluszcz wędrował dalej na północ i wschód a zasięg jego występowania na  północy i wschodzie był dalszy niż jest obecnie.  W dzisiejszych czasach bluszcz występuje w lasach na obszarze całego kraju, pospolicie. Najczęściej spotkać go  można w części zachodniej i południowej, nieco rzadziej porasta sobie w w centrum czy  na Podlasiu i Lubelszczyźnie, bardzo rzadko spotyka się go w lasach w północnej części Mazowsza i na Suwalszczyźnie.

Uważa się że stanowiska w Puszczy Białowieskiej to właściwie  wschodnia granica zasięgu występowania tej rośliny. W polskich górach bluszczowanie odbywa się do wysokości około 800 m n.p.m., w Wogezach bluszcz trzyma się na wysokości 1000 m n.p.m., w Alpach występuje nawet na wysokości 1800 m n.p.m. Hym... im bliżej  południa czy atlantyckiej łagodności  klimatu tym wyżej się wspina. Bluszcz pospolity określa się jako gatunek śródziemnomorsko-atlantycki, granica zasięgu biegnie od Szwecji, przez Estonię, Łotwę, Białoruś, Ukrainę aż po Kaukaz i Azję  Mniejszą. Poza naturalnym zasięgiem  jest gatunkiem inwazyjnym ( do Stanów Zjednoczonych został zawleczony w roku 1747 ).  Pojawił się nie tylko w Ameryce  Północnej, porasta sobie  Hawaje, Australię czy Nową Zelandię , można się na niego natknąć zarówno w Indiach, Brazylii czy Afryce Południowej. W Europie mamy z bluszczem ten problem że ze względu na łatwość z jaką uprawiane  bluszcze uciekały z ogrodów  w wielu wypadkach trudno określić czy stanowisko  na którym sobie porasta jest tak naprawdę naturalne. Niekiedy  bluszczowe połacie są  na ten  przykład śladem  po dawno nieistniejących cmentarzach.

Bluszcz można porównać do podstępnego monstrum, niby płasko przy glebie a tu bach - porasta olbrzymie drzewo, które dźwiga dodatkowe kilogramy  potwornego  pnącza. Bluszcze  są    długowieczne,  znamy  okazy  które  żyją  już  około  1000 lat.  Przeważnie  jednak  bluszcz  dożywa  200 - 300  lat.  Przyznacie że  w porównaniu    z  inszymi  roślinami goszczącymi  w  naszych  ogrodach  czy  w  naszych  doniczkach  to jest  naprawdę  cóś. Płożąca się lub pnąca roślina przy pomocy korzeni przybyszowych potrafi  wytworzyć  pędy  dochodzące do długości 20 metrów, czasem z  rzadka  i  w optymalnych  warunkach   do 30 metrów.  Na  maksa  bluszcz osiąga do 70 cm obwodu w pierśnicy (   w najstarszym, zdrewniałym   pędzie ).  Bardzo silnie się rozgałęzia i jako roślina płożąca rozrosnąć się może na rozległej powierzchni,  w Wikipedii  przytaczają  przypadek bluszczyku  rosnącego przy jednym z zamków w Niemczech,  jedna roślina pokryła tam 860 m² skały.  Zadoniczkowany  bluszcz  zachowuje  się  grzeczniej, w uprawie domowej pędy osiągają zaledwie 2 m długości.  No  i  w  domowej  uprawie  bluszcze  nie  zakwitają. Nie ma też zwisających  mocno  rozgałęzionych pędów  nie  wytwarzających korzeni  czepnych,  takich  gałęzi bluszczowych  zwisających  ze  starych  bluszczy  ogrodowych.  Takie  cuda  to  tylko  w uprawie ogrodowej, u  naprawdę starych i  rozrośniętych  egzemplarzy  bluszczu.

Gatunek jest bardzo polimorficzny,  w  literaturze podawane są różne liczby podgatunków w zależności od ujęcia taksonomicznego. Oczywiście istnieją  spory  co  jest podgatunkiem  a  co już  zupełnie  inną  bajką.  Dotyczy  to  głównie  bluszczu  kanaryjskiego Hedera  canariensis, który  różni  się  od Hedera  helix  odmienną liczbą chromosomów.  Gatunek ten  nie   tworzy też mieszańców. Troszki  podobnie jest z opisywanym  dotąd  jako podgatunek bluszczem  irlandzkim Hedera helix subsp. hibernica. Bluszcz irlandzki od pospolitego różni się DNA chloroplastowym, morfologią włosków, ekologią.  Botanicy  doszli  do  wniosku że bluszcz pospolity jako diploid może raczej  być formą wyjściową dla tetraploidalnego bluszczu irlandzkiego.  Obydwa  te gatunki  bądź  podgatunki  bluszczu  są  problematyczne w naszych  warunkach  klimatycznych.  Bluszcz  kanaryjski w  gruncie  po prostu  wymarza ( podobnie  jak  bluszcz  kolchidzki  Hedera  colchica ),  bluszcz  irlandzki udaje  się  w  cieplejszych  rejonach  kraju. Podobnie  jest z podgatunkiem  Hedera helix subsp. poetarum występującym w  naturze w  północno  - środkowej części  basenu  Morza  Śródziemnego i z podgatunkiem Hedera  helix  subsp. rhizomatifera występującym w  południowo - wschodniej  części  Półwyspu  Iberyjskiego.  Najbezpieczniej  uprawiać  u  nas  "czysty"  gatunek czyli bluszcz pospolity  Hedera  helix. Jak  chcemy  zaszaleć z    uprawą odmian  to doczytajmy  która  z nich  ma  większe  wymagania  co  do  ciepełka, żeby  potem  nie  było  płaczów, jęków  i  narzekań. Znanych  jest  około  400 odmian  bluszczu pospolitego, poniżej  tylko króciutki przegląd   odmian.

'Arborescens' – odmiana krzaczasta, znaczy  ma  wzniesione pędy bez korzeni czepnych, liście są  całkowite i zaostrzone, takie typowe dla pędów kwitnących bluszczu.  Ta odmiana  kwitnie i owocuje. Można  ją dostać  u  nas  w  szkółkach.  W   bezśnieżne a  mroźne  zimy może  przemarzać, regeneruje  się  jednak  z korzeni.

'Arbori compact' ( synonim  'Arborescens Nana' ) – pokrój i liście jak u odmiany 'Arborescens', ale rośliny są bardziej gęste i wolno rosną. Mła  posiada od  paru  lat  i może stwierdzić  że roślina  jest  naprawdę compact,   znaczy  rośnie  niezauważlnie.    nie powinno  z  nią   być  kłopotów  w  bezśnieżne  zimy  bo  to maleństwo  wystarczy  kupka  liści  nakryć.   Jakby   kto  chciał  zdziwny  bluszcz  do  słoja  to odmiana  w  sam  raz.

'Argenteovariegata' – odmiana  o liściach nieregularnie biało obrzeżonych, uchodzi  jednak  za  odmianę  o  liściach  pstrych . Rośnie  wolno, jest  zatem  mało ekspansywna.   jak  dla  mła   to  odmiana  raczej  do  doniczek niż  do ogrodów, choć  podobno  udaje  się  tam  gdzie  w  kraju najcieplej.

'Atropurpurea' – liście soczyście zielone, zimą przebarwiają się na silny czerwony kolor.  Mła  zamierza  nabyć  i  przetestować  w  ogrodzie.  Kolor  liści  zimą  piękny, odmiana  o  dużej  mrozoodporności,  przyrost  roczny szybki   bo  pęd przyrasta  o około 1  metra. Do  dostania  w  naszych  szkółkach.

'Aureovariegata' – odmiana złotopstra. Liście są pstre, żółtozielone, niektóre całe żółte, inne całe zielone. To stara odmiana znana od końca XVIII wieku.  Jest  z  tą  odmianą  spory  problem  bo  bardzo  często jako   odmiana  'Aureovariegata' sprzedawane  są  inne  odmiany  bluszczu,  o mniejszej  odporności  na  mróz. Odmiana jak  na  kolorową  jest  dosyć  odporna na  zimową  aurę, jednak we  wschodniej  części  kraju, poza  enklawami  klimatycznymi,  lubi  wymarzać. Za to  całkiem    ładnie  rośnie  w  domu.

'Baltica' – odmiana bałtycka, znaleziono  ją  w 1907 r. koło Rygi. Liście drobniejsze niż u typu, tak do 5 cm długości i szerokości, z małymi klapkami bocznymi, bardzo ciemnozielone z białymi nerwami. Odmiana  wyjątkowo odporna na mróz. Popularna w uprawie w Ameryce Północnej jako 'Baltic Ivy' i znana  głównie  z  tego że   uchodzi za jedną z bardziej inwazyjnych odmian.  U  nas  rośnie  bezproblemowo  na  terenie  całego  kraju i  nie ma  co  ukrywać -  tyż  szybko  zadarnia.

'Boskoop' – odmiana z liśćmi raczej  jasnozielonymi, o wydłużonych i zaostrzonych klapach. W  gruncie  sobie  radzi  ale  nie rozprzestrzenia  się  tak  szybko  jak  gatunek.  Kształt  liści  jest  bardzo  piękny, dla  mła  to  jeden  z  ładniejszych całozielonych  bluszczy.

'Chamkorey' - średniej wielkości liście w kolorze średniej zieleni. Kształt deltoidalny. rośnie średnio szybki, w gruncie uprawiają ją w Rogowie ( czyli wygląda na to że w warunkach centralnej Polski przy odpowiedniej opieca ta odmian się udaje ).

'Crispa' - odmiana  o pięknie  skędzierzawionych, jasnozielonych  liściach .  Dość  dobrze  rośnie  w gruncie.  Tempo  wzrostu średnie.

'Conglomerata' – odmiana skupiona i  z  lekka  krzaczsta. Młode pędy ma grube, spłaszczone, pionowo wzniesione, międzywęźla poniżej 1 cm długości, liście drobne  bo do 3,5 cm długości, silnie pofalowane, krótkoogonkowe. Młode liście rosną ustawione wyraźnie dwustronnie,    jak  w  pruskim  wojsku ten  porządek. Rośnie bardzo  powoli. Wyhodowana została w szkółkach niemieckich w 1875 r. Podczas ostrych zim podobno  przemarza.  Mła  posiada i trochę  się  tych  zim  boi.    Co prawda  roślina  tylko  troszki  większa  niż  'Arbori compact', da  się  łatwo  okryć.  Te  bluszcze  o krzewiastym pokroju  nadają  się do  małych  ogrodów,  na półcienistym  stanowisku moża  z  nich  zapuścić  całą kolekcję  a  wiele  miejsca  ona  nie  zajmie.

'Deltoidea' – odmiana o trójkątnych  liściach. Posiada  tylko pędy  płożące, inszych  nie  wytwarza. Liście do 7,5 cm długości, gęsto ułożone, określane  jako  jajowatosercowate, zwykle bez klap, u nasady większych liści blaszka liściowa nachodzi na siebie krawędziami.  To  jedna  z  delikatniejszych  odmian  o  jednobarwnych  liściach, w surowe zimy przemarza ( w Rogowie jednak uprawiają ).

'Duckfoot' - po naszemu  Kacza  Stópka. liście w kolorze tzw. średniej zieleni i zaokrąglonych końcach. Odmiana pochodząca z USA, gdzie znaleziono ją w latach 70 XX wieku. Uchodzi za dość odporną ale potrafi zrobić zimową niespodziankę po której trudno dochodzi do siebie.

'Erecta' – odmiana wyprostowana jak  sama  nazwa  wskazuje. Wygląda podobnie jak 'Conglomerata', ale liście ma większe, choć  moim  zdaniem te do 6 cm długości i szerokości to  chyba  na  jakichś  wypasionych  egzemplarzach. Na pędach tej  odmiany pojawiają się korzenie przybyszowe, choć roślina nie wspina się (  sztuka  dla  sztuki  znaczy ). Wrażliwa  jak  inne  bluszcze  "krzaczaste", podczas ostrych zim przemarza.

'Glacier' – odmiana  kolorowa, liście szaro-zielone z szerokimi, tępymi klapami i z wąskimi, białymi lub kremowymi brzegami. Znana od 1950 roku, w  gruncie dobrze  rośnie  w   zachodniej Europie. bardzo  popularna  w  USA.   U nas  też  dość odporna, można  sadzić  w  gruncie  ale w czasie ostrych  zim trzeba  się  liczyć  ze  stratami, szczególnie  we  wschodniej   i centralnej  części  kraju. to  jedna  z  tych  nielicznych  kolorowych  odmian bluszczu  która u nas potrafi zakwitać  i owocuje.

'Goldchild' – liście dość  duże, z blaszką marmurkową w ciemnym i jasnym odcieniu zieleni i  złotymi  marginesami. Jak  wszystkie  odmiany   z  wielobarwnymi  liśćmi  najładniej  wybarwia  się  w  półcieniu. To kolejna  z  odmian  o kolorowych  liściach  na tyle odporna  na mróz  że  udaje  się  u  nas w  kraju.   Oczywiście w  jego  cieplejszej  części.   Na  szczęście dla  tych  co  mieszkają  w  chłodniejszych  rejonach ta  odmiana bardzo  dobrze  rośnie  w  doniczkach.

'Gold Dust' – liście typowej wielkości i kształtu mają marmurkowe, żółtawe przebarwienia na blaszce liściowej.  Z  tego  co  mła  udało  się  wyczytać  odmiana  raczej  kapryśna. W  naszych  warunkach  bardziej  do  doniczki  niż  do  gruntu.

'Gold  Finch'  - śliczna  odmiana  o  złoto -  limonkowych liściach.  U  nas  raczej  doniczkowiec.

'Golden  Ingot' - bardzo  dużo  koloru  złotego  na  liściach, marmurkowe  plamy  i  do tego  wąski  zielony  margines. Im  cieplej  tym  więcej innego zabarwienia  niż  kolor  zielony.  Zdaniem mła  typowy doniczkowiec.

'Golden  Girl' - pięcioklapowe  liści obrzeżone  na  żółto.  Brzeg liścia  lekko  marszczony. Odmiana   średnio  szybko  przyrastająca.  Raczej  do  doniczek  ale  pewna  nie  jestem  bo  u  nas n ie  spotyka się  jej  często.

 'Gold Heart' – pędy i ogonki liściowe czerwonawe, liście z wyciągniętą klapką środkową, na brzegach ciemnozielone, w środku złocistożółte serduszko. Blaszka  liściowa  ma  od  4  do 6 cm długości. Odmiana została  znaleziona przed 1950 r. we Włoszech ale  dość odporna na mróz, dobrze zimuje pod śniegiem i  udaje  się   u  nas.   Oczywiście  we  wschodnich częściach  kraju  z nasadzeniami   tej  odmiany  jest  kiepsko  zimą. Tym  bardziej  że ten  bluszcz  raczej  lubi  się  piąć  niż  okrywać. Rocznie  przyrasta o około 0,5  metra, tempo wzrostu  raczej średnie  ale i tak spore  jak  na kolorowolistną  odmianę.

 'Green Ripple' – odmiana  o  ciekawym kształcie liści.  Są  duże, ciemnozielone, pięcioklapowe z zaostrzonymi końcami. Niestety zimą ten  bluszcz lubi  przemarzać bez okrycia. W  warunkach  mła  to raczej  doniczkowiec ale  w  ogrodzie  ś.p. Kattki  na  Żuławach  zrobił  dywanik. W Rogowie tez go uprawiają.

'Green Wave' - odmiana o liściach w kolorze tzw. średniej zieleni, bardziej szerokich niż długich. Mrozoodporność na razie nieznana ( ponoć posadzili go w Wojsławicach ).

 'Iantha' -  odmiana podobna  do  odmiany 'Ivalace'  ale  bardziej  kompaktowa. Uchodzi za  jedną  z  najmniejszych  odmian  bluszczu  pospolitego.

'Ivalace' –  odmiana  odkryta w  USA w  1955  roku.  Nie  do  przegapienia  ze  względu  na  kędzierzawość. Ciemnozielone liście  są  raczej  drobne, tak  do  4 cm  długości, za  to  pofałdowane. Rocznie  przyrasta  od  0,5  do  1  metra.  Zimuje  dobrze  w całym  kraju, na  wschodzie czasem   nieco przemarza  ale  szybko  się  regeneruje.

'Kobold' -  odmiana która  jest sportem  odmiany 'Witchel', takim  charakteryzującym  się  mniejszym  rozmiarem  liści. Lisie mają barwę tzw. średniej zieleni, w większości bez mocnego podziału na klapy, z zaokrąglonym, wydłużonym płatem końcowym lub lekko trzy-klapowane z asymetrycznymi podstawowymi występami. Charakterystyczne jest lekkie marszczenie u nasady liścia.

 'Kolibri' – odmiana  o  liściach marmurkowych z przebarwieniami szaro- i ciemnozielonymi ograniczanymi nerwami, przy brzegach lisie  są  żółtawozielone. U  nas  typowy doniczkowiec choć  znam  takich  co  wysadzili  do  ogrodu i  jakoś im  się  udało ( jak  do  tej  pory ).

'Midget' - odmiana o drobnych, blisko siebie osadzonych liściach o falistych brzegach. Ponoć dobra mrozoodporność.

'Miniature Needleponit' – ciemnozielone, głęboko  wcięte  pięcioklapowe liście  tej  odmiany  osiągają  na  maksa  2,5  cm  długości.  Roślina na pokrój gęsty i choć  nie  jest  krzaczasta i  pędy  się  nie  wznoszą  przypomina  bardziej miniaturową  niską   krzewinkę  niż  pnącze.

'Needelpoint' -  tak naprawdę   to jak  jedna  z  cooleżanek  po  forumie  wyśledziła nie  tyle  nazwa odmiany  co całej  grupy  odmian. Pierwsze  opisy  pojawiły  się  na przełomie lat 50 0  60  w  USA. cechą  charakterystyczną  grupy są  dość  głęboko  powycinane   blaszki ( liście  u odmian tej  grupy  bywają  zarówno  pięcio  jak  i trójklapowe ). W  miarę  odporne  na mróz.

'Parsley Crested' – liście zielone, okrągławe z zaokrąglonymi, słabo wyciętymi pięcioma klapami, na brzegu silnie faliste. Są tacy którzy uwązają że to raczej synonim nazwy starszej odmiany 'Crispa' 9 i po prawdzie to wydawa się mła że mają rację ).

 'Pedata' – liście dość małe, głęboko wcinane, pięcioklapowe, ze środkową klapą wydłużoną. z powodzeniem uprawiają go w Rogowie czyli znosi zimowe spadki temperatur w centralnej Polsce.

'Profesor Seneta' - polska odmiana znaleziona w końcu lat 90. ubiegłego wieku przez Dariusza Wyrwickiego, a wprowadzona do handlu w 2007 roku przez: Acrocona Szkółki Drzew i Krzewów Ozdobnych Joanna Widaj. Nasza odmiana a więc odporna na mróz. Co prawda w ostrzejsze zimy może przemarzać ale łatwo się regeneruje. Odmiana ma stosunkowo duże liście, długości 8-12 cm, najczęściej z 5 klapami, grube, zielone z żółtym, nieregularnym, marmurkowym upstrzeniem. Niektóre liście niemal zupełnie żółte, ale większość jest całkowicie zielonych. Niestety odmiana wytwarza wiele pędów rewersyjnych, całkowicie zielonych, stąd ciągłe pilnowanie z sekatorem coby rewers nie zagłuszył prawilnego wyglądu. 'Profesor Seneta' nie kwitnie i tym samym nie owocuje.

'Ritterkreuz' - odmiana o bardzo nietypowym kształcie liści, rzeczywiście kształt liścia przypomina kryż ( choć nie tylko mła on bardziej kojarzy się z krzyżem maltańskim a nie z niemieckim krzyżem rycerskim ). Jak przystało na krzzyowca odmiana została zarejestrowana przez brata Ingoberta Heieceka w 1981 roku, jako miejsce pochodzenia wpisano klasztorną szkółkę znajdującą się niedaleko Heidelbergu. Odmiana jest ponoć dosyć mrozoodporna.

 'Sagittifolia' – odmiana nazywana  ze  względu  na  kształt  liści strzałkowatą. Liście trójklapowe, do 5 cm długości z najdłuższą klapą środkową i zwykle poziomo odstającymi klapami bocznymi. Odmiana znaleziona  w  Anglii pprzed  rokiem 1867. Nasze  zimy  znosi  z  godnością.

'Sagittifolia variegata' -  niestety  nieco  delikatniejsza  niż 'Sagittifolia' ale  można  pokusić  się  o  uprawę  w zachodniej  części kraju.

'Shamrock' – liście ciemnozielone, trójklapowe, czasem głęboko wcinane aż do powstania liścia podzielonego na trzy listki. Uchodzi za jeden z najładniejszych bluszczy o jednolitych ciemnozielonych liściach. Wyhodowano odmiany z całkiem sporym rozmiarem liści i utworzono z nich grupę Shamrock.

'Spetchley' (Synonim: 'Gnome') - Uchodzi za jeden z najmniejszych bluszczów. Liście ma skórzaste, ciemnozielone, trójpłatkowe z wydłużonym, zaokrąglonym płatem końcowym. Nowe pędy są bordowe. Dosyć mrozoodporny.

'Teardrop' -  blaszki  podobne  do  odmiany  'Deltoides'  ale  o jaśniejszym  kolorze i bardziej  opływowym  kształcie, tempo  wzrostu bardzo wolne.  Raczej  doniczkowiec.

'Thorndale' – liście ciemnozielone, pięcioklapowe, szybko rośnie,  bardziej  jako  pnącze  niż  zadarniacz.  Odmiana uchodząca za bardzo  mrozoodporną.

'Woerner' – odmiana okrywowa, nie wspinająca się, odporna na mróz. Liście ciemnozielone, trójklapowe, słabo wcinane,  o  szerokości 7 - 9 cm   i  długości 6 - 8 cm . Dzięki  tym  bardziej szerszym niż  dłuższym  liściom  wygląda  bardzo  efektownie.

'Wonder' – liście drobne, do 3 cm szerokości, trójklapowe z zaokrąglonymi klapami, pokrój gęsty. Odmiana ponoć wrażliwa na mróz.

'Yellow  Ripple' - liście  ma  jak odmiana 'Green  Ripple'  tylko obwiedzione  złotożółtym  marginesem. Typowy  doniczkowiec.

'Zebra' -  odmiana  o  stosunkowo  niewielkich  liściach,  podbarwionych marmurkowo , z  dużą  ilością  biel.  W  ogrodzie   Poli  na  Dolnym   Śląsku  zimuje jak  do tej pory  bezproblemowo.  Zimą  białe plamy  na  liściach podbarwiają  się  na  różowo.  Ponoć  całkiem  białe  liście  produkowane  przez  tę  odmianę  nie utrzymują  się  długo. Tempo wzrostu średnie.

Dobra, to by było na tyle o odmianach. Teraz o tym dlaczego bluszcz znalazł się w wykazie roślin niegodziwych. Zacytuję Wiki - "Bluszcz rozpowszechniany jako roślina ozdobna, dziczeje poza obszarem naturalnego zasięgu stając się problematycznym gatunkiem inwazyjnym. Do cech decydujących o jego inwazyjnym charakterze należą: łatwość i tempo rozprzestrzeniania się, brak szkodników, odporność na niskie temperatury. Traktowany jest jako gatunek problematyczny ponieważ rosnąc na powierzchni ziemi tworzy gęste agregacje uniemożliwiające rozwój rodzimym gatunkom roślin. Wspinając się na drzewa bluszcz silnie rosnąc ku górze sukcesywnie powoduje obumieranie niższych gałęzi ograniczając dostęp światła. Wbrew obserwacjom z Europy, źródła amerykańskie dowodzą szkodliwego wpływu bluszczu na drzewa, informując o osłabionym wzroście drzew silnie porośniętych bluszczem, o większym ich narażeniu na złamanie lub wywrócenie podczas silnych deszczów, wiatrów lub opadów śniegu. Bluszcz stanowi rezerwuar dla patogenu – Xylella fastidiosa – bakterii wywołującej szereg chorób roślinnych m.in. wiązów, dębów, klonów. Obszary leśne opanowane przez bluszcz nazywane są w USA bluszczowymi pustyniami ( ivy deserts )". No wygląda strasznie. Dla równowagi dodam że strach przed bluszczem czują głównie Amerykanie, na ich kontynencie bluszcz jest gatunkiem obcym i czyniącym większe spustoszenie niż ma to miejsce w rodzimej dla niego Europie ( zemsta za nawłoć, he, he, he ). Europejscy botanicy i ekolodzy nie odsądzają bluszczu od czci i wiary jak ich amerykańscy koledzy. Znaleźli nawet zalety z nasadzeń bluszczowych ( w lasach które sezonowo się przesuszają bluszcz jest pożądany jako roślina niepalna ograniczająca zarówno możliwość jak i zasięg pożarów lasów ). Bluszcz jest rośliną trującą co nie znaczy że nie był wykorzystywany w medycynie ludowej ( wiadomo - dawkowanie czyni różnicę między lekarstwem a trucizną ). Zastosowanie miał szerokie - od leczenia trądzików po leczenia gośćca stawowego. Wykorzystywany był między innymi do leczenia skutków przepicia, nawet dodawano go do trunków coby od razu wyeliminować kaca. Hym... w sumie ta zła prasa to chyba jednak wydumanie. Wszak pożyteczna z niego roślinka. No dobra, trochę niegodziwa.

poniedziałek, 11 listopada 2019

Słojowanie półwyczynowe czyli uprawa roślin w szklanych pojemnikach


Cóś  modne  się  zrobiło  słojowanie, pewnie  dlatego że  wydawa  się  ludziom  mniej  upierdliwe  niż doglądanie  roślin  posadzonych  w  doniczkach.  Mła  nadal  choruje  na prawdziwe  paludarium  w  szklarence  domowej  ale  zadowala  się  uprawą słoikową różnych  takich.  generalnie  uprawa  roślin  w słojach  powinna  być  samograjem, znaczy  odpowiednio posadzone  rośliny ( drenaż pod glebą  solidny  coby  nic  nie  zagniwało ) podlewa  się  po posadzeniu, następnie  zamyka  się  słój pokrywką  lub  zakorkowuje  a w słoju  wytwarza się  mikroklimat który tylko parę  razy  do  roku  wymaga wsparcia dolaniem  przegotowanej, miękkiej  wody w objętości tzw.  angielki  co najwyżej  zapodanej. No  tyle  teoria  a praktyka  sobie, bo  co  słój  i mieszkanie  tym  problema  ze  słojem  insze. Mła  się  nie  będzie  wypowiadać  autorytatywnie  w  temacie  którego  tak  po prawdzie  nie  kuma, jej przepisu  na słój  z  zielonym  nie należy  traktować  jako  słowa  objawionego a raczej  jako  dociekania w  dziedzinie  słoikownictwa z zielonym. Znaczy na  wszelki  wypadek zasięgnijcie  jeszcze  porad  za pośrednictwem  Wujka  Google, mła  nie  jest  ekspertem od słoików.


Zacznę  od  słoja -  nie każden  słój  się  nadawa.  Szczególnie  zdaniem  mła  nie  nadają  się  takie  słoje  które są  wytłaczane  we  wzorki  albo  insze  napisy.  Nie , nie  chodzi o to że  mła  jest  purystką  szklarenkową  co  to  tylko  gładkość szkielną  uznaje   coby  roślinę  było  lepiej  widać.  Wytłaczane  na  szkle wzory mogą  działać  jak  soczewki a to  jest  dla  roślin  niebezpieczne ( poparzenia ).  W  ogóle  ze  słoneczkiem  i  szkłem to ostrożnie, krzywizny  szkła potrafią przeca  skupiać  światełko  a to jest pitu - pitu  o uprawie słoikowej roślin  a  nie  o  robieniu  sposobem  naturalnym  popcornu.  Słoje  z  roślinami najlepiej  ustawiać w rozproszonym świetle, nie  za  blisko okien wychodzących  na  południe  czy  zachód.  Najlepiej  kiedy  słój  jest  duży, zarówno  szeroki  jak  i  wysoki, im  mniejszy słój  tym powodzenie uprawy bardziej  wątpliwe (  zasada  taka   jak  przy  zakładaniu  akwariów  i  oczek  wodnych ). Trzeba  też  zdecydować  się  na to  czy  będziemy   uprawiali rośliny w słoju  zamkniętym  czy otwartym,  bo  to  nieco  inna  bajka jest.  Słoje  zamknięte  wymagają mniej  podlewania ale  prawilno  prowadzone nie  zawsze  są  tak "śliczne" bo zdarza  się że  woda  skrapla  się na ściankach naczyń  (  cóś  za  cóś ).  Wymagają  też  częstej  kontroli  i  wietrzenia bo ekosystem  słojowy  lubi  zagniwać.  Po  mojemu  to  wymagają  one  sporej  dozy  doświadczenia w prowadzeniu, trza  wyczuć  kiedy  czas  na  wodę, kiedy  za gorąco i  trza  zrobić  solidne  wietrzenie, itd. . Wydawa  mła  się  że  prowadzenie  słojów  otwartych  jest lepsze  dla  początkujących  słojarzy.


Teraz  o  sprawie  dla  słoja  z  zielonym  zasadniczej - o  drenażu. W  doniczkach  mamy  dziurki  odprowadzające  wodę, w  słojach  mamy szklane dno i  woda nie ma  gdzie  ujść.  W  prawidłowo prowadzonym  słoju  będzie krążyła  "w   obiegu", znaczy  rośliny  będą  ją pobierały, potem   będą  ją  wyparowywały z  się  a  ona  osadzając  się  na  szkle będzie  spływała  na glebę i zasilała  korzenie roślin.  Wilgotność  powietrza będzie  wysoka  (  w słojach  zamkniętych bardzo  wysoka, w  słojach  otwartych znacznie  niższa ).    Drenaż z    kermazytu, żwiru  (  achtung ze względu  na  ciężar ) pozwala  odprowadzić  nadmiar  wody z gleby i  zwiększa  szansę   uniknięcia  zgnilizny.  Dlatego  lepiej  dla  zdrowia  słoja  żeby  warstwa  drenażu  była  porządna, nie  żadne  parę kulek  kermazytu  w  charakterze  alibi tylko prawdziwa  odsączarka.   Teraz powinno być  o  glebie  ale  zanim  do  tego  przejdziemy   to  trzeba sobie  uświadomić  że  rodzaj  gleby zależy  od  roślin  które  chcemy w słoju  uprawiać i  tu  przechodzimy  do  sprawy  dla  słoja  bardzo  ważnej   to  znaczy  do   roślin  które  mogą  w słojach być  uprawiane.

Niby można  uprawiać  wszystkie które  mają  odpowiedni  rozmiar ale  zdaniem  mła  całą  idea  słoikownictwa  opiera  się  na  tym że uprawiamy w  słoju w  tzw.  warunkach  wiwaryjnych rośliny  których nie  możemy  uprawiać  w  mieszkaniach  ze  względu  na  ich wymagania dotyczące  wilgotności  powietrza, np. mchy, bardzo  wrażliwe paprocie, niektóre  gatunki  storczyków i roślin  bagiennych, czy  owadożerów. Rodzaj  i  ph gleby dostosowujemy do wymagań roślin które  będziemy  uprawiać.  I tak  np. orliczki  jak  Pteris ensiformis czy Pteris  cretica  (  wielobarwne  odmiany jak 'Albo  -  Lineata' czy 'Alexandreae' w  zasadzie   udają  się  tylko  w uprawie  szklarenkowej ) czy Adiantum pedatum subsp. subpumilum  wymagają  innej  gleby  niż  zanokcica  skalna Asplenium  trichomanes.  O  ile  przy  adiantum  i  orliczkach stosujemy  glebę  próchniczą  o  kwaśnym odczynie ( możemy wprowadzić  mech )  to  przy  zanokcicy  i  jej  wapnolubności  trzeba pomyśleć  o lekkiej  glebie  o odczynie  zasadowym  ( o  sadzeniu mchu  możemy  zapomnieć ).  Najlepiej  uprawiać w  słojach  gatunki  minaturowe, wówczas  nie  trzeba  robić częstego  wysadzania rozrośniętych  roślin. O nawożeniu  słojów mła  nic  nie  wie, domyśla  się  jedynie ze  musi  być  bardzo skąpe i bardzo, bardzo  rzadkie.



Teraz  o słojach  mła. Mła  postanowiła  uprawiać  słoikownictwo  otwarte  ponieważ o pierwsze  primo  - korki  do jej słojów  znaleźć  wcale  nie jest  prosto, po  drugie  secundo - mła  czuje  całą sobą  że zgnilizna  zagościłaby  w jej słojach  błyskawicznie.  Postanowiłam  uprawiać  bluszcze, mchy, małe paprocie  i oplątwy.  Tak  po prawdzie  to słoje  pojawiły  się  z powodu  konieczności  przechowania  małych  siewek  Dryopteris sieboldii  od  Sylwika.  cała reszta  jest  dodatkiem.  Część  bluszczy  docelowo  ma  trafić  do  Alcatrazu  a część  delikatniejszych   do  doniczek  (  o bluszczach  szykuję  duży  wpis ), w  słojach  zostaną  tak  naprawdę  mchy  i oplątwy ( może  z  czasem  powędrują   do prawdziwego  paludarium  na  które  ciągle  nie  mogę  się  zdobyć ).

niedziela, 10 listopada 2019

Codziennik - różności listopadowe




Wpisu  nie  powinno  zaczynać  się  od  zdania  "nie na  temat" a  zdania   nie  powinno  zaczynać  się  od  słowa  "więc". Więc tak,  jakoś  tam  egzystujemy w ciągłym  strachu czy  aby  dotrwamy bezawaryjnie  do położenia  nowego  kabelka.  Zdanie  jest słabo  tematycznie powiązane  z  wpisem  bo dziś będzie o  bywaniu, mebelkach   (  nie  wszystkich  bo mła  jest  powolna i  wiecznie opóźniona ) i  troszki o  słojach. Będzie też  o  deprawacji  Mrutka  dokonywanej  przez  Sztaflika i  Epuzera, bo  tego  zjawiska nie należy  zostawić bez opisu. Zresztą od tego   tematu  zacznę - Mrutek  jest  złodziejem! A  nie  był, dostałam  kota  bez  wad  fabrycznych, gotowego  do  użytku.  Zachowywał  się  wzorowo  i bez  zarzutu - kuweta ogarnięta, czekanie  na  posiłek  przy swojej  miseczce  ( szybko  pokumał która  jest jego  ),  miły  stosunek  do innych  zwierząt, otwartość  wobec  ludzi.  Normalnie  zwierz  domowy  jak  się  patrzy. Do  czasu  kiedy  nie  zobaczył  jak Epuzer  sam  się poczęstował wołowiną przygotowaną  do  krojenia w michy (  Epuzer porwał  kawał i udał się za okno biegiem ). Od  tego pamiętnego  zdarzenia  Mrutek  też się  zaczął  częstować i to  wszystkim na  co ma  ochotę, nawet  gdy  to  wszystko znajduje  się  akurat  na moim  talerzu.  Skarcony  pyskuje co  jest zasługą  Sztaflika.  Podłapał od  niej  gadane i zaczął  się  pultać gdy  coś  mu  nie pasi. Prowadzi ze mną  dyskusje  na  różne  tematy, szczęśliwie  jeszcze  głosu  nie podnosi. Czeka  mnie praca wychowawcza bo nie  jest  dobrze  widzieć  kocią  łapkę  wyciągającą pierogi  z talerza.


Mła  nadal  prowadzi życie światowe, znaczy bywa.  Wczoraj  na ten  przykład  była  w  kinie  bo Agniecha  zachwalała  "Boże  Ciało" i słusznie  zachwalała.  Historia  która  niby  jest  szczerzepolska  ale  tak  naprawdę  uniwersalna, na  pewno  warta  była  zobaczenia.  Mła się  teraz  zastanawia leniwie   kto zrobił większy  kawałek  dobrej  roboty (  oprócz  reżysera rzecz  jasna, szczerze pisząc  to nie spodziewałam  się  po  Janku Komasie  aż  tak  dobrego  filmu -   po "Miasto 44" mła  się  długo  odbijało ),  operator  czy odtwórca  głównej roli?   Obaj  się  wznieśli, że  tak  rzecz  ujmę.  Historia inspirowana różnymi  prawdziwymi pieriepałkami podszywających  się  pod  szamana ( nie tylko Patryka  B. ale  i wcześniejszymi  sprawami ) całkiem  zgrabnie  opowiedziana  i  przede  wszystkim świetnie  zagrana i pięknie  sfocona.  Wielowarstwowa, co  kto  z tego  wyciągnie  zależeć  będzie  od  wrażliwości  jaką  posiada -  nie  jest to  kino łopatologiczne.  Mła  zadowolniona  z  seansu postanowiła  sobie  że będzie bywać  w kinie  częściej, bo  filmy  w  spokoju  to  ona może  głównie  nocką  oglądać a zarywanie  nocek  nie służy  jej  urodzie. Mła  zaraz  zakombinuję  jak tu  wyciągnąć  Mamelona, Dżizaasa i  Jądrzeja na   nowy  film  Scorsese. Oprócz ukulturalniań  mła  bywała  w  marketach  budowlanych w celu  nabycia  odpowiedniego zawiasu okiennego  i  puszki  śmieciowej czarnej. Przy okazji  mła  zrobiła interes  stulecia, znaczy  nabyła cebulki "ostatniej  szansy"  za jedyne  2,50 peelena jak  leci za  opakowanie.  Zważywszy  że  mła dopadła za tę  cenę  po 100 cebul  krokusów  botanicznych  w miksie to wyraźnie  się opłacało.  Oczywiście  nie ma  że  nie ma  i cebule  trza  było  wsadzić mimo  tego że  aura to  taka  średnio ogrodowa.  Pod  jarząbkiem  na  Podwórku powinno    po  tym listopadowym  sadzeniu  w marcu  kwitnąć  że  ho, ho!  Za całe 5 złociszy te  200 krokusowych  kwiatków  da  czadu.  Mła  jest  w  tym roku  cebulowo  bardzo usatysfakcjonowana. Ponadto mła  bezczelnie  schowała kolejną  paczuszkę za 2,50 do  lodówki, bo ma  gryplany  jak  to sobie  wiosnę  zimą  w  domu  zapuści.



Na  razie  mła   zapuszcza  dom, bo sprzątać  jej  się  nie  chce. Robi mebelki  i tym robieniem robi  sobie  domowy chlewik.  Niby cóś  tam  sprząta  żeby  się  nie  nosiło ale prawdziwych  porządków  ni ma.  Mła  nie uskutecznia  bo i po co.  W  kolejce  do  czyszczenia i odmalowania czekają  następne  mebelki i  na  tym  mła  się  musi  koncentrować  a  nie  na akcji  sprzątającej.  Poza  tym  mła  nie lubi sprzątać  i  już! Zawsze  ciężko przeżywa  konieczność  sprzątania,  jest  w końcu córką  Tatusia. Do tej  pory mła  odwaliła  dwa  mebelki - komódki  w stylu   Małej  Stabilizacji zrobione  w  Wyszkowie (  wicie  rozumicie  to  czasy kiedy  wchodziło   się  do tzw. meblowego i chciało  się  zamówić  komódkę  z  szafą,  konkretnie  takie  jak  te stojące w sklepie a  sprzedający uprzejmie odpowiadał "To są  wzory.  Szafy  i komody  może  będą  pod  koniec  kwartału ale  mamy  na  stanie kanapę."  ).  Z  podniszczonych  wspomnień  po PRL - u mła  usiłowała  wyczarować  cós  na kształt  "szwedzkiego  designu" ale  wyszedł  jej  "szwecki mybel".  Hym... i tak  lepsze  to od  tego co  do tej pory  stało  na  miejscu zajmowanym  dziś  przez  komódki.  Oczywiście gałeczki  nadal nie zostały  kupione ale  to  nie jest  wina  mła  tylko  tego   że  nie  wie  czy nie będzie  musiała  dołożyć  z własnej  porpony do lekstryczności kamienicznej.  Nie  jestem  tak  do  końca  pewna  czy  Agniecha  będzie  usatysfakcjonowana poziomem  wykonania,  jak  i  ilością  oddanych  do  użytku  mebli  (  co  to  jest  te nędzne  dwie  sztuki?! )  ale  mła  jest  po prostu z natury powolna jak  mucha  w  smole.  Co  do  dopracowania mebelków - mła nie usiłowała  ukrywać  że  one  stare i swoje  przeżyły, nie  szalała  z  superszpachlówkami, pod  kancik  nie  dopracowywała.  Mebelki  wyglądają  hym.. tego.... pseudorzemieślniczo ale  zdaniem  mła  i  tak  lepiej  niż  różne  świeżutkie  okazy  z meblowych  salonów.                                                                                               
Co  do słojowego tematu  dla  Dory  to mła się  zbiera  do napisania.  Kiedy  była  w  Leroju  to uczestniczyła  w pokazie prawilnego  słojowania przeprowadzonym  przez Pana Lerojowego .  Okazało  się że  mła  wszystko  robiła źle i  ona teraz  ma  zgryza  bo  te złe  słoje  własnej  produkcji  cóś się  jej  lepiej  podobały  od  tych  prawilnie  prowadzonych. Mła sobie  musi  jeszcze  raz  temat przegryźć.   A  teraz dla  tych  co majo  jesienno  chandrę - trza  wierzyć  w  wiosnę!

                                                                                                                                                                                        

środa, 6 listopada 2019

Codziennik - w biegu i z dobiegu


Wiem, wiem, słoje i meble  i  w ogóle.  Tylko że  ja  w biegu, tak pomiędzy  załatwianiem   na  najbliższy  możliwy termin koparki wraz  z operatorem, piaskiem, kablem, przeglądem  dachów i kominiarskim   oraz ściboleniem  kasy.  Ciągle  cóś.  Ze  spraw  miłych  to przyjechała  stara  przyjacióła  z Reichu i mła  się  chce też  trochę  nią  nacieszyć.  Skutkiem  tego  wszystkiego  blogowanie  odłogiem  leży i kwiczy.  Ze  spraw naprawdę  ważnych - szukany  jest  bardzo  dobry  dom dla  wrażliwego  kocurka.  Gucio prześliczny jest  piękny  ale   wymagający naprawdę  czułej  opieki  bo kotek  z niego  nieśmiały  i po przejściach. Druga  sprawa  to  wkarw  mła na instytucję  pod  tytułem  GIW.  Najpierw  nieroby nie wykonują należycie  obowiązków  a potem  usiłują  jeszcze przeszkadzać  w  załatwieniu sprawy, którą  sami powinni na  dzień dobry  załatwić.  Zaraz  mła  się  przypominają  nasze  stadniny koni  arabskich i tzw. usłużni którzy  pomogli  w ich rozwaleniu.  No cóż, na  horyzoncie widać  recesję i co poniektórzy  zaczną  dławić  się  władzą.  Mam nadzieję  że będzie to  bolesne i zostanie  zapamiętane (  jak  się  kogoś  nie  da  wychować  to tresura  jest  rozwiązaniem ).  Na  razie  widzę   jeszcze  że usia - siusia ale powolutku i nieubłaganie światek  nam  się  zmienia  i  mimo tego że  nasza  chata  z kraja ta  zmiana  nas  nie ominie.


Mła  bywawszy  trochę  w mieście ( popitki  z Jägermeister z dodatkami  w  roli głównej - nie ma  to jak  jesienne  ziółka ).  Podsłuchawszy  co  nieco na  Off  Piotrkowska.  Gadki  ludzkie  różne, mła  zaciekawiła  opowieść  członkini  komisji  wyborczej ( spuszczę  zasłonę  milczenia, wierzcie  jednak że  poziom  głupoty zdumiał  nawet mła ) i opowieści  lotniskowe. Tak, tak, w  mieście   mła trwa  łobecnie  dyskuszyn  na temat  lotniska pod tytułem Lublinek.  Hym...  mła  sprawdziła  się  w  roli wróżki Wiedzoluby i  obecnie  podziwia piendrolnięcie przedsięwzięcia.  Co prawda  mła  się  nie  musiała  za  bardzo  wysilać, tarotować   czy  w kryształową  w kulę  wgapiać ( nie  wiem czy  pamiętacie jak  mła  jeszcze  przed zejściem  Cooka  i byłej  pamięci  Neckermana prorokowała  bum. ).

To że z lotniskiem  będzie  nie halo wiedział  każdy  kto kiedyś  tam  został nauczony wyciągania  wniosków  z  przesłanek,   żadnej  szczególnej  inteligencji  do tego  nie  było trza. Po  prostu  stawianie na  czartery przy  zwijającym  się  rynku biur  podróży i na przewoźnika którego cena biletów  "dolotowych" na  hub jest  droższa  niż cena lotu  docelowego musiało  się  tak  skończyć.  Ciekawe  co  będzie  dalej bo  na  razie  jest  miotanie i nikt  nic  nie  wie, natomiast budżet  miasta  nie  jest  z gumy ( łódzki  port  lotniczy  nie należy  do  PPL, jest  utrzymywany  przez  miasto ). Mam wrażenie że  urzędnicy  czekają  na  tunel średnicowy  i  koleje  szybkich  prędkości, która  ma być  odpowiedzią  na  wszelkie  problemy komunikacyjne  lotniska ( hym... a jak  nie będzie?  ). W  każdym  razie  historie  lotniskowe zasłyszane powinny  dotrzeć do  Wielkiego Lotniskowego któren  jest  zarazem  Gromowładym.  Przyznam  że  mam  nadzieję  na  solidną burzę z  piorunami, he, he, he.


Ozdobniki dzisiejszego  wpisu  to  fotki starych łódzkich pałaców ( na  fotce 1 i  4  pałac  Karola  Scheiblera,  na  fotce nr 2  pałac Karola Poznańskiego, na  fotce nr 3 pałac jego  tatusia Izraela  Kalmanowicza  Poznańskiego, na  fotce  nr 5  fontanna z ogrodów  tatusiowego pałacu, na  fotce  nr 6 tzw.  willa  Ludwika  Grohmana ). Z meblami  i  słojami  postaram  się  poprawić, howgh!