Ponieważ jest listopad i mimo tego że pogoda niezłą jest to mła odczuwa cóś na kształt chandry, postanowiwszy wrócić pamięcią do miłych chwil wiosennej podróży. Nie traktujcie wpisu jako czegoś w rodzaju przewodnika, to są tzw. informacje podstawowe i przypominki mła co ją w tej części Rzymu urzekało.
Nie jest wcale łatwo pisać mła o Forum Romanum, jakby z ruin Manhattanu odtwarzać to czym jest dzisiejsze megamiasto. Tak jakoś to czuję. No i ta historia zewsząd wyłażąca drepczesz ulicami którymi chodził Seneka, Owidiusz, Juliusz Cezar, Marek Aureliusz, dotykasz ściany domostw, świątyń w których bywali. Ruiny świątyń, barokowe budowle wpisane w antyczne kolumnady uświadamiają że żadna religia nie jest wieczna i jak wszelkie ludzkie dociekania na tematy mistyczne zmieniają formę płynnie przechodząc w kolejne kulty. Falujące morze kultów, takie miałam wrażenie idąc via Sacra, słynną ulicą starożytnego Rzymu rozciągniętą od Łuku Tytusa do Łuku Septymiusza Sewera. Trwanie w przemijaniu, tak bym podsumowała w skrócie swoje wrażenia z tego dreptania po ruinach "centrum świata". Herbertyzm mła się zrobił.
Zacznijmy od tego że Forum Romanum to nie był jedyny punkt miasta w którym wrzało życie. W Rzymie było całkiem sporo takich punktów, jednak to akurat najstarszy obszar miejski o publicznym charakterze zyskał sławę Forum Magnum. Otoczony sześcioma z siedmiu wzgórz Rzymu: Palatynem, Kapitolem, Kwirynałem, Celio, Eskwilinem i Wiminałem. Prawdziwe centrum miasta a zarazem centrum rzymskiego świata. Miejsce to dla dla Rzymian głównym ośrodkiem życia politycznego, religijnego no i towarzyskiego. Zaczęło się jednak skromniutko, w czasach przed prerzymskich przyszłe Forum Romanum było lekkim bagienkiem, używanym od X do VIII wieku p.n.e. jako nekropolia przez mieszkańców osad okolicznych z wzgórz. Tak było do czasu zbudowania kanału odwadniającego Cloaca Maxima i osuszeniu terenu. Nieprzyjazne dawniej ludziom byłe bagienko stało się terenem zgromadzeń. Wg. niektórych archeologów stało się to za panowania ostatniego etruskiego króla, gdzieś pod koniec VI wieku p.n.e. . Oczywiście sami starożytni Rzymianie mieli zupełnie inne zdanie na temat tego jak toczyły się losy tego miejsca. Miało to być miejsce bitwy Rzymian z Sabinami ( po której zresztą ostała się pamiątka - nazwa Skała Tarpejska, na której to skale wznoszącej się nad Forum Romanum zginęła zdradziecka westalka Tarpeja ). Romulus musiał przysiąc Jowiszowi świątynię żeby łaskawie zesłał pomysł załagodzenia konfliktu przez porwane Sabinki. Współczesne odkrycia archeologiczne przyznają rację starożytnym Rzymianom, Cloaca Maxima powstała po zjednoczeniu osady rzymskiej ( znaczy królestwa Romulusa ) na Palatynie i sabińskiej ( w której władał Tytus Tacjusz ) na Kwirynale. Etruskowie nie mieli nic wspólnego z zabudową Forum Romanum, które powstało po osuszeniu bagna w latach 729 – 720 p.n.e. . Wtedy wzdłuż potoku biec zaczęła najsłynniejsza ulica Rzymu - Via Sacra, ta którą później w triumfalnym pochodzie Cezara do miasta wkraczał pokonany Wercyngetoryks i wjechała Kleopatra.
W czasach republiki Rzymskiej na Forum Romanum pojawiło się wiele dużych i pięknych budowli jednak czas prawdziwej chwały to lata Cesarstwa Rzymskiego. Nie dość że powstały wówczas liczne świątynie ( począwszy od świątyni boskiego Juliusza Templum Divi Iulii ) i budynki użyteczności publicznej ( Regia, Kuria, Rostra, Tabularium ) to dodano i inne fora ( Forum Cezara, olbrzymie Forum Trajana, Forum Augusta, Forum Wespazjana, Forum Nerwy ), które powiększyły terytorium tworząc jeden wielki, zwarty kompleks. Forum Romanum upadało wraz ze starożytnym Rzymem, w 410 roku doszło do najazdu Wizygotów no i się zaczęło. Mimo postępującej dewastacji jeszcze do VIII wieku zbierali się tu ludzie w sprawach publicznych. Ostatni raz miał miejsce 7 sierpnia 768 roku kiedy to obrany przez lud rzymski na Forum Romanum został papież Stefan III vel IV. Do całkowitego zniszczenia tego miejsca przyczynili się jednak nie ludzie a siły natury. W połowie IX wieku rejon Rzymu nawiedziło bardzo silne trzęsienie ziemi. Aż do X wieku z ruin pobierano materiał budowlany wykorzystywany do innych budów. Potem teren zaczęła stopniowo pokrywać ziemia, zarastał on trawą zmieniając się w pastwisko, na którym wypasano bydło. Dawne dumne Forum Romanum, pępek świata nazywano wówczas Campo Vaccino. Największe zniszczenia dokonane ludzką ręką zawdzięczamy jednemu z najbardziej znanych mecenasów sztuki w historii - papieżowi Juliuszowi II della Rovere, który nie zważając na protesty Michała Anioła czy Rafaela Santi, w latach 1503 – 1513 działał z siłą stada buldożerów ( rzecz jasna nie osobiście ) na masową skalę burząc bardzo dobrze zachowane świątynie i pobierając budulec na potrzeby nowych inwestycji architektonicznych wznoszonych ku swej chwale. Od końca XVI wieku do XIX wieku teren Forum Romanum podnosił się przykrywając pozostałe ruiny. W 1803 roku rozpoczęły się tu pierwsze prace wykopaliskowe odsłaniające ruiny dawnych zabudowań. Kopie się w tym miejscu i dziś, Forum Romanum nadal ma swoje nieodkryte tajemnice.
Mamelon i mła dreptały po Via Sacra śladach cezarów, kapłanów, augurów, senatorów, ekwitów i zwykłego rzymskiego plebsu, zatrzymywały się przy kamiennych ruinach w które wdzierały się barokowe budowle i nie mogły wyjść ze zdumienia że te szlachetnie urodziwe ruiny to jest właśnie to, miejsce w którym ukształtowały się zręby naszej własnej, współczesnej cywilizacji i kultury. A przeca my niby Słowianki. Mła się przypomniało niezłe filmidło włoskiej produkcji pod tytułem "Odrażający, Brudni i Źli", jest tam taka scena w której czarna jak smoła kobieta mówi o sobie i swoich sąsiadach "My Rzymiane". Hym ... Via Sacra jest w wielu ludziach, oni sami czasem nawet nie wiedzą jak bardzo ślady wydeptane na tej ulicy w nich są. Na fotkach powyżej jest Templum Divi Antonini et Divae Faustinae zbudowana w 141 roku n.e. na polecenie cesarza Antonina Piusa dla uczczenia jego zmarłej małżonki Faustyny Starszej, matki czworga dzieci i oddanej żony. Po śmierci i deifikacji cesarza jego następca Marek Aureliusz w 161 roku n.e. zadedykował świątynię Antoninowi i Faustynie. Ta wzniesiona z peperynu świątynia robi olbrzymie wrażenie z powodu kolumn. Wysokie na 17 metrów, w korynckim porządku wzniesione, wykonane z zielonego marmuru zwanego cipollino przytłaczają takie małe karakany jak Mamelon i mła. Ze starożytnej świątyni ostała się tylko kolumnada, budynek za nią ma barokową fasadę i to już zupełnie inna bajka. Ale te kolumny wystarczyły, żadne resztki inszych świątyń nie uświadomiły nam tego jak wyglądała niegdyś Via Sacra tak jak ta olbrzymia kolumnada.
Tak po prawdzie to nie tylko skala ale i uroda tej kolumnady tak się mła wpisała w pamięć. Wszak taka bazylika Maksencjusza a raczej to co z niej pozostało i przedstawione jest na fotce nr 1 a tak bardziej z bliska na fotce nr 4, jest olbrzymie ale nie aż tak urodne coby mła się w pamięć wryło. Budowla powstała na przełomie wieków III i IV n.e. i jest gigantycznym pokazem maestrii rzymskich inżynierów ( na platformie betonowej 100×65 m postawili trzy nawy , z których główna miała 80 m długości, 25 m szerokości i 35 m wysokości, do tego dochodziły kopuły, kolumny wysokie na ponad 14 m i inne atrakcje architektoniczne ). Bazylika runęła podczas wielkiego trzęsienia ziemi w roku 847 a dzisiaj możemy sobie pooglądać mikrą część jej ruin i kolumnę z nich pochodzącą ustawioną w 1614 roku przed rzymską Bazyliką Matki Boskiej Większej. No ruiny imponujące ale mła jest zafascynowana kolumnami i ruiny świątynne czy insze bez kolumienków jakoś słabiej jej się zapisują w pamięci. Nie pomoże nic że w onej przesławnej bazylice stał pomnik Konstantyna Wielkiego rozmiarów Godzilli , mła obejrzy ale się nie fascynuje. I tak placyk, któren historycznie jest ważny bo na nim wznosiła się Basilica Iulia czy posadzka pozostała po opisywanej przez Pliniusza Starszego i uznawanej za jedną z najpiękniejszych budowli Rzymu Basilica Aemilia posiadają specyficzny surrealistyczny urok obrazów Giorgio Chirico ale ten urok przegrywa starcie z urodą kolumn. Podobnie ma się sprawa z łukami. Na Forum Romanów wznosiły się cztery takie budowle poświęcone triumfom Oktawiana Augusta, Tyberiusza, Tytusa i Septymiusza Sewera, do naszych czasów przetrwały dwa ostatnie. O lokalizację i wygląd dwóch pierwszych toczą się archeologiczne wojny. Mła podziwia ale nie przeżywa.
A wystarczy że ze świątynnej budowli ostała się choć kolumienka i mła zaczyna się robić milej kole serca. I tak Divus Romulus przy której stoją z boczku jeno dwie kolumny, mimo tego że zachowały się w niej resztki oryginalnego wystroju świątyni z początków IV wieku n.e. nie może wg. mła równać się z urodą ocalałego fragmentu świątyni Westy. Z ogromnej świątyni Wenus i Romy ( hym... skoligacenie bogiń odbyło się za sprawą Gajusza Juliusza Cezara, który jak twierdził był potomkiem Wenery, z którą to przyjemność miał niejaki Anchizes z Troi ) pięknie zapisał się mła w pamięci niewielki i dosyć rzadki lasek kolumn. Świątynia Saturna Aedes Saturni, choć nieduża to za sprawą kolumnady wznoszącej się na ponad 11 m wysokości, zwieńczonej marmurowym belkowaniem mła wprost urzekła. Te jońskie kapitele i te legendy o posągu bóstwa wykonanym z kości słoniowej wypełnionym olejami w celu konserwacji tworzywa - i popatrzeć na kawałek piękna można i czegoś niemalże bajkowego prawie że dotknąć ( dobra, dotknąć nie można a Pliniusz Starszy czasem bajdurzył ale mniej niż insi starożytni znawcy świata ). No i w dodatku ta miłą mojemu materialistycznie nastrojonemu jestestwu sprawa skarbca rzymskiego. Tak, tak, przy świątyni Saturna mieścił się Aerarium Populi Romani , kasa misie, kasa! Mniej wszystkiego ale również urodnie z powodu kolumn prezentują się resztki Templum Vespasiani et Titi. Piękne, podtrzymujące fragment fryzu, zwieńczone korynckimi kapitelami trzy kolumny o wysokości ponad 13 metrów i średnicy 1,57 metra, które kiedyś stanowiły południowo-wschodni narożnik pronaosu ( takiego przedsionka świątyni ). A cud urody pozostały po jednej z najstarszych rzymskich świątyń Aedes Castoris, też trzy ponad 12 metrowe kolumny wzniesione w porządku korynckim z niewielkim fragmentem fryzu. Mniam. Tego nie przebija Aedes Divus Iulius, dziś smętnie bezkolumnowy. Człowiek patrzy i wie w którym miejscu stał ten ołtarz na którym w ogniu i dymie udał się do Wieczności i Chwały Boski Juliusz, no wie że działa się tu historia przez duże H, dotycząca zarazem jednego człowieka i milionów ludzi ale te cegły nie pasą oczu urodą. Nic nie zostało z marmurowych okładzin z Karary, żadnego śladu po jednym z najsłynniejszych dzieł Apellesa "Afrodyta wynurzająca się z morskiej piany", no i ani złamanej kolumienki na pocieszkę. Za to przy śladach po ołtarzu do dziś można zobaczyć kwiaty, kamyczki czy drobne pieniądze - Boski Juliusz nadal jest Boski!
Oczywiście jak to w Rzymie, mieście wiecznie żyjącym, antyczne przeplata się z średniowiecznym i nowożytnym tworząc jedyną w swoim rodzaju jakość. Dlatego nie ma zdziwka kiedy za kolumnadą świątyni Faustyny ujrzy się fasadę kościoła San Lorenzo in Miranda, który swoją nazwę zawdzięcza ponoć pięknemu widokowi który z niego ma się na Forum Romanum. W tym miejscu na którym wzniesiono kościół św. Wawrzyńca miał być ów święty upieczony na żelaznej kracie. To raczej legenda bo do miejsca grillowania męczennika przyznaje się parę świątyń pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Poza tym w świątyni Faustyny, a tym był niegdyś ten kościół, tego typu ofiara raczej by nie przeszła. W tej mieszaninie stylów od wczesnego antyku przez bizantyńskie wtręty ( Kolumna Fokasa ) po monumentalny rzymski barok wcale nie ukryta tylko bezczelnie na wierzchu żyje sobie dusza miasta, Wiecznego Miasta. I ja tam byłam ale nic nie piłam ( a powinnam bo chodzenia dużo ) a Was zachęcam - jak kiedyś los zagna do Rzymu nie rezygnujcie ze zwiedzania starożytnych ruin. To są prawdziwe ruiny, żaden Disneyland a w dzisiejszym świecie dubajów - srajów to jest wartość!
poniedziałek, 18 listopada 2019
środa, 13 listopada 2019
Rabatka roślin niegodziwych - bluszcz pospolity
Nie żeby był morderczy straszliwie ale jednak całkiem anielskiego charakterku roślina nie ma - bluszcz pospolity Hedera helix to gatunek wiecznie zielonego pnącza należący do rodziny araliowatych Araliaceae . Jest jedynym rosnącym u nas przedstawicielem rodziny araliowatych i zarazem jedynym w niej pnączem o zimotrwałych liściach. Gatunek jest reliktem trzeciorzędowym, znane są jego ślady kopalne z górnego pliocenu. W okresie zlodowaceń uciekał na głębokie południe Europy, po ustąpieniu lodowców triumfalnie wracał na położoną bardziej na północ część kontynentu. Po tzw. zlodowaceniu północnopolskim powrócił na nasze ziemie w młodszym okresie borealnym, czyli ponad 8400 lat temu. przywlókł się do lasów wespół z takimi roślinami jak jemioła, lipa czy dąb ( wcześniej nasze lasy to była głównie sosna z brzozą, olszą i wiązami ). W okresie wyższych temperatur w okresie atlantyckim ( przed 5000 -2500 p.n.e. ) ), bluszcz wędrował dalej na północ i wschód a zasięg jego występowania na północy i wschodzie był dalszy niż jest obecnie. W dzisiejszych czasach bluszcz występuje w lasach na obszarze całego kraju, pospolicie. Najczęściej spotkać go można w części zachodniej i południowej, nieco rzadziej porasta sobie w w centrum czy na Podlasiu i Lubelszczyźnie, bardzo rzadko spotyka się go w lasach w północnej części Mazowsza i na Suwalszczyźnie.
Uważa się że stanowiska w Puszczy Białowieskiej to właściwie wschodnia granica zasięgu występowania tej rośliny. W polskich górach bluszczowanie odbywa się do wysokości około 800 m n.p.m., w Wogezach bluszcz trzyma się na wysokości 1000 m n.p.m., w Alpach występuje nawet na wysokości 1800 m n.p.m. Hym... im bliżej południa czy atlantyckiej łagodności klimatu tym wyżej się wspina. Bluszcz pospolity określa się jako gatunek śródziemnomorsko-atlantycki, granica zasięgu biegnie od Szwecji, przez Estonię, Łotwę, Białoruś, Ukrainę aż po Kaukaz i Azję Mniejszą. Poza naturalnym zasięgiem jest gatunkiem inwazyjnym ( do Stanów Zjednoczonych został zawleczony w roku 1747 ). Pojawił się nie tylko w Ameryce Północnej, porasta sobie Hawaje, Australię czy Nową Zelandię , można się na niego natknąć zarówno w Indiach, Brazylii czy Afryce Południowej. W Europie mamy z bluszczem ten problem że ze względu na łatwość z jaką uprawiane bluszcze uciekały z ogrodów w wielu wypadkach trudno określić czy stanowisko na którym sobie porasta jest tak naprawdę naturalne. Niekiedy bluszczowe połacie są na ten przykład śladem po dawno nieistniejących cmentarzach.
Bluszcz można porównać do podstępnego monstrum, niby płasko przy glebie a tu bach - porasta olbrzymie drzewo, które dźwiga dodatkowe kilogramy potwornego pnącza. Bluszcze są długowieczne, znamy okazy które żyją już około 1000 lat. Przeważnie jednak bluszcz dożywa 200 - 300 lat. Przyznacie że w porównaniu z inszymi roślinami goszczącymi w naszych ogrodach czy w naszych doniczkach to jest naprawdę cóś. Płożąca się lub pnąca roślina przy pomocy korzeni przybyszowych potrafi wytworzyć pędy dochodzące do długości 20 metrów, czasem z rzadka i w optymalnych warunkach do 30 metrów. Na maksa bluszcz osiąga do 70 cm obwodu w pierśnicy ( w najstarszym, zdrewniałym pędzie ). Bardzo silnie się rozgałęzia i jako roślina płożąca rozrosnąć się może na rozległej powierzchni, w Wikipedii przytaczają przypadek bluszczyku rosnącego przy jednym z zamków w Niemczech, jedna roślina pokryła tam 860 m² skały. Zadoniczkowany bluszcz zachowuje się grzeczniej, w uprawie domowej pędy osiągają zaledwie 2 m długości. No i w domowej uprawie bluszcze nie zakwitają. Nie ma też zwisających mocno rozgałęzionych pędów nie wytwarzających korzeni czepnych, takich gałęzi bluszczowych zwisających ze starych bluszczy ogrodowych. Takie cuda to tylko w uprawie ogrodowej, u naprawdę starych i rozrośniętych egzemplarzy bluszczu.
Gatunek jest bardzo polimorficzny, w literaturze podawane są różne liczby podgatunków w zależności od ujęcia taksonomicznego. Oczywiście istnieją spory co jest podgatunkiem a co już zupełnie inną bajką. Dotyczy to głównie bluszczu kanaryjskiego Hedera canariensis, który różni się od Hedera helix odmienną liczbą chromosomów. Gatunek ten nie tworzy też mieszańców. Troszki podobnie jest z opisywanym dotąd jako podgatunek bluszczem irlandzkim Hedera helix subsp. hibernica. Bluszcz irlandzki od pospolitego różni się DNA chloroplastowym, morfologią włosków, ekologią. Botanicy doszli do wniosku że bluszcz pospolity jako diploid może raczej być formą wyjściową dla tetraploidalnego bluszczu irlandzkiego. Obydwa te gatunki bądź podgatunki bluszczu są problematyczne w naszych warunkach klimatycznych. Bluszcz kanaryjski w gruncie po prostu wymarza ( podobnie jak bluszcz kolchidzki Hedera colchica ), bluszcz irlandzki udaje się w cieplejszych rejonach kraju. Podobnie jest z podgatunkiem Hedera helix subsp. poetarum występującym w naturze w północno - środkowej części basenu Morza Śródziemnego i z podgatunkiem Hedera helix subsp. rhizomatifera występującym w południowo - wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego. Najbezpieczniej uprawiać u nas "czysty" gatunek czyli bluszcz pospolity Hedera helix. Jak chcemy zaszaleć z uprawą odmian to doczytajmy która z nich ma większe wymagania co do ciepełka, żeby potem nie było płaczów, jęków i narzekań. Znanych jest około 400 odmian bluszczu pospolitego, poniżej tylko króciutki przegląd odmian.
'Arborescens' – odmiana krzaczasta, znaczy ma wzniesione pędy bez korzeni czepnych, liście są całkowite i zaostrzone, takie typowe dla pędów kwitnących bluszczu. Ta odmiana kwitnie i owocuje. Można ją dostać u nas w szkółkach. W bezśnieżne a mroźne zimy może przemarzać, regeneruje się jednak z korzeni.
'Arbori compact' ( synonim 'Arborescens Nana' ) – pokrój i liście jak u odmiany 'Arborescens', ale rośliny są bardziej gęste i wolno rosną. Mła posiada od paru lat i może stwierdzić że roślina jest naprawdę compact, znaczy rośnie niezauważlnie. nie powinno z nią być kłopotów w bezśnieżne zimy bo to maleństwo wystarczy kupka liści nakryć. Jakby kto chciał zdziwny bluszcz do słoja to odmiana w sam raz.
'Argenteovariegata' – odmiana o liściach nieregularnie biało obrzeżonych, uchodzi jednak za odmianę o liściach pstrych . Rośnie wolno, jest zatem mało ekspansywna. jak dla mła to odmiana raczej do doniczek niż do ogrodów, choć podobno udaje się tam gdzie w kraju najcieplej.
'Atropurpurea' – liście soczyście zielone, zimą przebarwiają się na silny czerwony kolor. Mła zamierza nabyć i przetestować w ogrodzie. Kolor liści zimą piękny, odmiana o dużej mrozoodporności, przyrost roczny szybki bo pęd przyrasta o około 1 metra. Do dostania w naszych szkółkach.
'Aureovariegata' – odmiana złotopstra. Liście są pstre, żółtozielone, niektóre całe żółte, inne całe zielone. To stara odmiana znana od końca XVIII wieku. Jest z tą odmianą spory problem bo bardzo często jako odmiana 'Aureovariegata' sprzedawane są inne odmiany bluszczu, o mniejszej odporności na mróz. Odmiana jak na kolorową jest dosyć odporna na zimową aurę, jednak we wschodniej części kraju, poza enklawami klimatycznymi, lubi wymarzać. Za to całkiem ładnie rośnie w domu.
'Baltica' – odmiana bałtycka, znaleziono ją w 1907 r. koło Rygi. Liście drobniejsze niż u typu, tak do 5 cm długości i szerokości, z małymi klapkami bocznymi, bardzo ciemnozielone z białymi nerwami. Odmiana wyjątkowo odporna na mróz. Popularna w uprawie w Ameryce Północnej jako 'Baltic Ivy' i znana głównie z tego że uchodzi za jedną z bardziej inwazyjnych odmian. U nas rośnie bezproblemowo na terenie całego kraju i nie ma co ukrywać - tyż szybko zadarnia.
'Boskoop' – odmiana z liśćmi raczej jasnozielonymi, o wydłużonych i zaostrzonych klapach. W gruncie sobie radzi ale nie rozprzestrzenia się tak szybko jak gatunek. Kształt liści jest bardzo piękny, dla mła to jeden z ładniejszych całozielonych bluszczy.
'Chamkorey' - średniej wielkości liście w kolorze średniej zieleni. Kształt deltoidalny. rośnie średnio szybki, w gruncie uprawiają ją w Rogowie ( czyli wygląda na to że w warunkach centralnej Polski przy odpowiedniej opieca ta odmian się udaje ).
'Crispa' - odmiana o pięknie skędzierzawionych, jasnozielonych liściach . Dość dobrze rośnie w gruncie. Tempo wzrostu średnie.
'Conglomerata' – odmiana skupiona i z lekka krzaczsta. Młode pędy ma grube, spłaszczone, pionowo wzniesione, międzywęźla poniżej 1 cm długości, liście drobne bo do 3,5 cm długości, silnie pofalowane, krótkoogonkowe. Młode liście rosną ustawione wyraźnie dwustronnie, jak w pruskim wojsku ten porządek. Rośnie bardzo powoli. Wyhodowana została w szkółkach niemieckich w 1875 r. Podczas ostrych zim podobno przemarza. Mła posiada i trochę się tych zim boi. Co prawda roślina tylko troszki większa niż 'Arbori compact', da się łatwo okryć. Te bluszcze o krzewiastym pokroju nadają się do małych ogrodów, na półcienistym stanowisku moża z nich zapuścić całą kolekcję a wiele miejsca ona nie zajmie.
'Deltoidea' – odmiana o trójkątnych liściach. Posiada tylko pędy płożące, inszych nie wytwarza. Liście do 7,5 cm długości, gęsto ułożone, określane jako jajowatosercowate, zwykle bez klap, u nasady większych liści blaszka liściowa nachodzi na siebie krawędziami. To jedna z delikatniejszych odmian o jednobarwnych liściach, w surowe zimy przemarza ( w Rogowie jednak uprawiają ).
'Duckfoot' - po naszemu Kacza Stópka. liście w kolorze tzw. średniej zieleni i zaokrąglonych końcach. Odmiana pochodząca z USA, gdzie znaleziono ją w latach 70 XX wieku. Uchodzi za dość odporną ale potrafi zrobić zimową niespodziankę po której trudno dochodzi do siebie.
'Erecta' – odmiana wyprostowana jak sama nazwa wskazuje. Wygląda podobnie jak 'Conglomerata', ale liście ma większe, choć moim zdaniem te do 6 cm długości i szerokości to chyba na jakichś wypasionych egzemplarzach. Na pędach tej odmiany pojawiają się korzenie przybyszowe, choć roślina nie wspina się ( sztuka dla sztuki znaczy ). Wrażliwa jak inne bluszcze "krzaczaste", podczas ostrych zim przemarza.
'Glacier' – odmiana kolorowa, liście szaro-zielone z szerokimi, tępymi klapami i z wąskimi, białymi lub kremowymi brzegami. Znana od 1950 roku, w gruncie dobrze rośnie w zachodniej Europie. bardzo popularna w USA. U nas też dość odporna, można sadzić w gruncie ale w czasie ostrych zim trzeba się liczyć ze stratami, szczególnie we wschodniej i centralnej części kraju. to jedna z tych nielicznych kolorowych odmian bluszczu która u nas potrafi zakwitać i owocuje.
'Goldchild' – liście dość duże, z blaszką marmurkową w ciemnym i jasnym odcieniu zieleni i złotymi marginesami. Jak wszystkie odmiany z wielobarwnymi liśćmi najładniej wybarwia się w półcieniu. To kolejna z odmian o kolorowych liściach na tyle odporna na mróz że udaje się u nas w kraju. Oczywiście w jego cieplejszej części. Na szczęście dla tych co mieszkają w chłodniejszych rejonach ta odmiana bardzo dobrze rośnie w doniczkach.
'Gold Dust' – liście typowej wielkości i kształtu mają marmurkowe, żółtawe przebarwienia na blaszce liściowej. Z tego co mła udało się wyczytać odmiana raczej kapryśna. W naszych warunkach bardziej do doniczki niż do gruntu.
'Gold Finch' - śliczna odmiana o złoto - limonkowych liściach. U nas raczej doniczkowiec.
'Golden Ingot' - bardzo dużo koloru złotego na liściach, marmurkowe plamy i do tego wąski zielony margines. Im cieplej tym więcej innego zabarwienia niż kolor zielony. Zdaniem mła typowy doniczkowiec.
'Golden Girl' - pięcioklapowe liści obrzeżone na żółto. Brzeg liścia lekko marszczony. Odmiana średnio szybko przyrastająca. Raczej do doniczek ale pewna nie jestem bo u nas n ie spotyka się jej często.
'Gold Heart' – pędy i ogonki liściowe czerwonawe, liście z wyciągniętą klapką środkową, na brzegach ciemnozielone, w środku złocistożółte serduszko. Blaszka liściowa ma od 4 do 6 cm długości. Odmiana została znaleziona przed 1950 r. we Włoszech ale dość odporna na mróz, dobrze zimuje pod śniegiem i udaje się u nas. Oczywiście we wschodnich częściach kraju z nasadzeniami tej odmiany jest kiepsko zimą. Tym bardziej że ten bluszcz raczej lubi się piąć niż okrywać. Rocznie przyrasta o około 0,5 metra, tempo wzrostu raczej średnie ale i tak spore jak na kolorowolistną odmianę.
'Green Ripple' – odmiana o ciekawym kształcie liści. Są duże, ciemnozielone, pięcioklapowe z zaostrzonymi końcami. Niestety zimą ten bluszcz lubi przemarzać bez okrycia. W warunkach mła to raczej doniczkowiec ale w ogrodzie ś.p. Kattki na Żuławach zrobił dywanik. W Rogowie tez go uprawiają.
'Green Wave' - odmiana o liściach w kolorze tzw. średniej zieleni, bardziej szerokich niż długich. Mrozoodporność na razie nieznana ( ponoć posadzili go w Wojsławicach ).
'Iantha' - odmiana podobna do odmiany 'Ivalace' ale bardziej kompaktowa. Uchodzi za jedną z najmniejszych odmian bluszczu pospolitego.
'Ivalace' – odmiana odkryta w USA w 1955 roku. Nie do przegapienia ze względu na kędzierzawość. Ciemnozielone liście są raczej drobne, tak do 4 cm długości, za to pofałdowane. Rocznie przyrasta od 0,5 do 1 metra. Zimuje dobrze w całym kraju, na wschodzie czasem nieco przemarza ale szybko się regeneruje.
'Kobold' - odmiana która jest sportem odmiany 'Witchel', takim charakteryzującym się mniejszym rozmiarem liści. Lisie mają barwę tzw. średniej zieleni, w większości bez mocnego podziału na klapy, z zaokrąglonym, wydłużonym płatem końcowym lub lekko trzy-klapowane z asymetrycznymi podstawowymi występami. Charakterystyczne jest lekkie marszczenie u nasady liścia.
'Kolibri' – odmiana o liściach marmurkowych z przebarwieniami szaro- i ciemnozielonymi ograniczanymi nerwami, przy brzegach lisie są żółtawozielone. U nas typowy doniczkowiec choć znam takich co wysadzili do ogrodu i jakoś im się udało ( jak do tej pory ).
'Midget' - odmiana o drobnych, blisko siebie osadzonych liściach o falistych brzegach. Ponoć dobra mrozoodporność.
'Miniature Needleponit' – ciemnozielone, głęboko wcięte pięcioklapowe liście tej odmiany osiągają na maksa 2,5 cm długości. Roślina na pokrój gęsty i choć nie jest krzaczasta i pędy się nie wznoszą przypomina bardziej miniaturową niską krzewinkę niż pnącze.
'Needelpoint' - tak naprawdę to jak jedna z cooleżanek po forumie wyśledziła nie tyle nazwa odmiany co całej grupy odmian. Pierwsze opisy pojawiły się na przełomie lat 50 0 60 w USA. cechą charakterystyczną grupy są dość głęboko powycinane blaszki ( liście u odmian tej grupy bywają zarówno pięcio jak i trójklapowe ). W miarę odporne na mróz.
'Parsley Crested' – liście zielone, okrągławe z zaokrąglonymi, słabo wyciętymi pięcioma klapami, na brzegu silnie faliste. Są tacy którzy uwązają że to raczej synonim nazwy starszej odmiany 'Crispa' 9 i po prawdzie to wydawa się mła że mają rację ).
'Pedata' – liście dość małe, głęboko wcinane, pięcioklapowe, ze środkową klapą wydłużoną. z powodzeniem uprawiają go w Rogowie czyli znosi zimowe spadki temperatur w centralnej Polsce.
'Profesor Seneta' - polska odmiana znaleziona w końcu lat 90. ubiegłego wieku przez Dariusza Wyrwickiego, a wprowadzona do handlu w 2007 roku przez: Acrocona Szkółki Drzew i Krzewów Ozdobnych Joanna Widaj. Nasza odmiana a więc odporna na mróz. Co prawda w ostrzejsze zimy może przemarzać ale łatwo się regeneruje. Odmiana ma stosunkowo duże liście, długości 8-12 cm, najczęściej z 5 klapami, grube, zielone z żółtym, nieregularnym, marmurkowym upstrzeniem. Niektóre liście niemal zupełnie żółte, ale większość jest całkowicie zielonych. Niestety odmiana wytwarza wiele pędów rewersyjnych, całkowicie zielonych, stąd ciągłe pilnowanie z sekatorem coby rewers nie zagłuszył prawilnego wyglądu. 'Profesor Seneta' nie kwitnie i tym samym nie owocuje.
'Ritterkreuz' - odmiana o bardzo nietypowym kształcie liści, rzeczywiście kształt liścia przypomina kryż ( choć nie tylko mła on bardziej kojarzy się z krzyżem maltańskim a nie z niemieckim krzyżem rycerskim ). Jak przystało na krzzyowca odmiana została zarejestrowana przez brata Ingoberta Heieceka w 1981 roku, jako miejsce pochodzenia wpisano klasztorną szkółkę znajdującą się niedaleko Heidelbergu. Odmiana jest ponoć dosyć mrozoodporna.
'Sagittifolia' – odmiana nazywana ze względu na kształt liści strzałkowatą. Liście trójklapowe, do 5 cm długości z najdłuższą klapą środkową i zwykle poziomo odstającymi klapami bocznymi. Odmiana znaleziona w Anglii pprzed rokiem 1867. Nasze zimy znosi z godnością.
'Sagittifolia variegata' - niestety nieco delikatniejsza niż 'Sagittifolia' ale można pokusić się o uprawę w zachodniej części kraju.
'Shamrock' – liście ciemnozielone, trójklapowe, czasem głęboko wcinane aż do powstania liścia podzielonego na trzy listki. Uchodzi za jeden z najładniejszych bluszczy o jednolitych ciemnozielonych liściach. Wyhodowano odmiany z całkiem sporym rozmiarem liści i utworzono z nich grupę Shamrock.
'Spetchley' (Synonim: 'Gnome') - Uchodzi za jeden z najmniejszych bluszczów. Liście ma skórzaste, ciemnozielone, trójpłatkowe z wydłużonym, zaokrąglonym płatem końcowym. Nowe pędy są bordowe. Dosyć mrozoodporny.
'Teardrop' - blaszki podobne do odmiany 'Deltoides' ale o jaśniejszym kolorze i bardziej opływowym kształcie, tempo wzrostu bardzo wolne. Raczej doniczkowiec.
'Thorndale' – liście ciemnozielone, pięcioklapowe, szybko rośnie, bardziej jako pnącze niż zadarniacz. Odmiana uchodząca za bardzo mrozoodporną.
'Woerner' – odmiana okrywowa, nie wspinająca się, odporna na mróz. Liście ciemnozielone, trójklapowe, słabo wcinane, o szerokości 7 - 9 cm i długości 6 - 8 cm . Dzięki tym bardziej szerszym niż dłuższym liściom wygląda bardzo efektownie.
'Wonder' – liście drobne, do 3 cm szerokości, trójklapowe z zaokrąglonymi klapami, pokrój gęsty. Odmiana ponoć wrażliwa na mróz.
'Yellow Ripple' - liście ma jak odmiana 'Green Ripple' tylko obwiedzione złotożółtym marginesem. Typowy doniczkowiec.
'Zebra' - odmiana o stosunkowo niewielkich liściach, podbarwionych marmurkowo , z dużą ilością biel. W ogrodzie Poli na Dolnym Śląsku zimuje jak do tej pory bezproblemowo. Zimą białe plamy na liściach podbarwiają się na różowo. Ponoć całkiem białe liście produkowane przez tę odmianę nie utrzymują się długo. Tempo wzrostu średnie.
Dobra, to by było na tyle o odmianach. Teraz o tym dlaczego bluszcz znalazł się w wykazie roślin niegodziwych. Zacytuję Wiki - "Bluszcz rozpowszechniany jako roślina ozdobna, dziczeje poza obszarem naturalnego zasięgu stając się problematycznym gatunkiem inwazyjnym. Do cech decydujących o jego inwazyjnym charakterze należą: łatwość i tempo rozprzestrzeniania się, brak szkodników, odporność na niskie temperatury. Traktowany jest jako gatunek problematyczny ponieważ rosnąc na powierzchni ziemi tworzy gęste agregacje uniemożliwiające rozwój rodzimym gatunkom roślin. Wspinając się na drzewa bluszcz silnie rosnąc ku górze sukcesywnie powoduje obumieranie niższych gałęzi ograniczając dostęp światła. Wbrew obserwacjom z Europy, źródła amerykańskie dowodzą szkodliwego wpływu bluszczu na drzewa, informując o osłabionym wzroście drzew silnie porośniętych bluszczem, o większym ich narażeniu na złamanie lub wywrócenie podczas silnych deszczów, wiatrów lub opadów śniegu. Bluszcz stanowi rezerwuar dla patogenu – Xylella fastidiosa – bakterii wywołującej szereg chorób roślinnych m.in. wiązów, dębów, klonów. Obszary leśne opanowane przez bluszcz nazywane są w USA bluszczowymi pustyniami ( ivy deserts )". No wygląda strasznie. Dla równowagi dodam że strach przed bluszczem czują głównie Amerykanie, na ich kontynencie bluszcz jest gatunkiem obcym i czyniącym większe spustoszenie niż ma to miejsce w rodzimej dla niego Europie ( zemsta za nawłoć, he, he, he ). Europejscy botanicy i ekolodzy nie odsądzają bluszczu od czci i wiary jak ich amerykańscy koledzy. Znaleźli nawet zalety z nasadzeń bluszczowych ( w lasach które sezonowo się przesuszają bluszcz jest pożądany jako roślina niepalna ograniczająca zarówno możliwość jak i zasięg pożarów lasów ). Bluszcz jest rośliną trującą co nie znaczy że nie był wykorzystywany w medycynie ludowej ( wiadomo - dawkowanie czyni różnicę między lekarstwem a trucizną ). Zastosowanie miał szerokie - od leczenia trądzików po leczenia gośćca stawowego. Wykorzystywany był między innymi do leczenia skutków przepicia, nawet dodawano go do trunków coby od razu wyeliminować kaca. Hym... w sumie ta zła prasa to chyba jednak wydumanie. Wszak pożyteczna z niego roślinka. No dobra, trochę niegodziwa.
Uważa się że stanowiska w Puszczy Białowieskiej to właściwie wschodnia granica zasięgu występowania tej rośliny. W polskich górach bluszczowanie odbywa się do wysokości około 800 m n.p.m., w Wogezach bluszcz trzyma się na wysokości 1000 m n.p.m., w Alpach występuje nawet na wysokości 1800 m n.p.m. Hym... im bliżej południa czy atlantyckiej łagodności klimatu tym wyżej się wspina. Bluszcz pospolity określa się jako gatunek śródziemnomorsko-atlantycki, granica zasięgu biegnie od Szwecji, przez Estonię, Łotwę, Białoruś, Ukrainę aż po Kaukaz i Azję Mniejszą. Poza naturalnym zasięgiem jest gatunkiem inwazyjnym ( do Stanów Zjednoczonych został zawleczony w roku 1747 ). Pojawił się nie tylko w Ameryce Północnej, porasta sobie Hawaje, Australię czy Nową Zelandię , można się na niego natknąć zarówno w Indiach, Brazylii czy Afryce Południowej. W Europie mamy z bluszczem ten problem że ze względu na łatwość z jaką uprawiane bluszcze uciekały z ogrodów w wielu wypadkach trudno określić czy stanowisko na którym sobie porasta jest tak naprawdę naturalne. Niekiedy bluszczowe połacie są na ten przykład śladem po dawno nieistniejących cmentarzach.
Bluszcz można porównać do podstępnego monstrum, niby płasko przy glebie a tu bach - porasta olbrzymie drzewo, które dźwiga dodatkowe kilogramy potwornego pnącza. Bluszcze są długowieczne, znamy okazy które żyją już około 1000 lat. Przeważnie jednak bluszcz dożywa 200 - 300 lat. Przyznacie że w porównaniu z inszymi roślinami goszczącymi w naszych ogrodach czy w naszych doniczkach to jest naprawdę cóś. Płożąca się lub pnąca roślina przy pomocy korzeni przybyszowych potrafi wytworzyć pędy dochodzące do długości 20 metrów, czasem z rzadka i w optymalnych warunkach do 30 metrów. Na maksa bluszcz osiąga do 70 cm obwodu w pierśnicy ( w najstarszym, zdrewniałym pędzie ). Bardzo silnie się rozgałęzia i jako roślina płożąca rozrosnąć się może na rozległej powierzchni, w Wikipedii przytaczają przypadek bluszczyku rosnącego przy jednym z zamków w Niemczech, jedna roślina pokryła tam 860 m² skały. Zadoniczkowany bluszcz zachowuje się grzeczniej, w uprawie domowej pędy osiągają zaledwie 2 m długości. No i w domowej uprawie bluszcze nie zakwitają. Nie ma też zwisających mocno rozgałęzionych pędów nie wytwarzających korzeni czepnych, takich gałęzi bluszczowych zwisających ze starych bluszczy ogrodowych. Takie cuda to tylko w uprawie ogrodowej, u naprawdę starych i rozrośniętych egzemplarzy bluszczu.
Gatunek jest bardzo polimorficzny, w literaturze podawane są różne liczby podgatunków w zależności od ujęcia taksonomicznego. Oczywiście istnieją spory co jest podgatunkiem a co już zupełnie inną bajką. Dotyczy to głównie bluszczu kanaryjskiego Hedera canariensis, który różni się od Hedera helix odmienną liczbą chromosomów. Gatunek ten nie tworzy też mieszańców. Troszki podobnie jest z opisywanym dotąd jako podgatunek bluszczem irlandzkim Hedera helix subsp. hibernica. Bluszcz irlandzki od pospolitego różni się DNA chloroplastowym, morfologią włosków, ekologią. Botanicy doszli do wniosku że bluszcz pospolity jako diploid może raczej być formą wyjściową dla tetraploidalnego bluszczu irlandzkiego. Obydwa te gatunki bądź podgatunki bluszczu są problematyczne w naszych warunkach klimatycznych. Bluszcz kanaryjski w gruncie po prostu wymarza ( podobnie jak bluszcz kolchidzki Hedera colchica ), bluszcz irlandzki udaje się w cieplejszych rejonach kraju. Podobnie jest z podgatunkiem Hedera helix subsp. poetarum występującym w naturze w północno - środkowej części basenu Morza Śródziemnego i z podgatunkiem Hedera helix subsp. rhizomatifera występującym w południowo - wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego. Najbezpieczniej uprawiać u nas "czysty" gatunek czyli bluszcz pospolity Hedera helix. Jak chcemy zaszaleć z uprawą odmian to doczytajmy która z nich ma większe wymagania co do ciepełka, żeby potem nie było płaczów, jęków i narzekań. Znanych jest około 400 odmian bluszczu pospolitego, poniżej tylko króciutki przegląd odmian.
'Arborescens' – odmiana krzaczasta, znaczy ma wzniesione pędy bez korzeni czepnych, liście są całkowite i zaostrzone, takie typowe dla pędów kwitnących bluszczu. Ta odmiana kwitnie i owocuje. Można ją dostać u nas w szkółkach. W bezśnieżne a mroźne zimy może przemarzać, regeneruje się jednak z korzeni.
'Arbori compact' ( synonim 'Arborescens Nana' ) – pokrój i liście jak u odmiany 'Arborescens', ale rośliny są bardziej gęste i wolno rosną. Mła posiada od paru lat i może stwierdzić że roślina jest naprawdę compact, znaczy rośnie niezauważlnie. nie powinno z nią być kłopotów w bezśnieżne zimy bo to maleństwo wystarczy kupka liści nakryć. Jakby kto chciał zdziwny bluszcz do słoja to odmiana w sam raz.
'Argenteovariegata' – odmiana o liściach nieregularnie biało obrzeżonych, uchodzi jednak za odmianę o liściach pstrych . Rośnie wolno, jest zatem mało ekspansywna. jak dla mła to odmiana raczej do doniczek niż do ogrodów, choć podobno udaje się tam gdzie w kraju najcieplej.
'Atropurpurea' – liście soczyście zielone, zimą przebarwiają się na silny czerwony kolor. Mła zamierza nabyć i przetestować w ogrodzie. Kolor liści zimą piękny, odmiana o dużej mrozoodporności, przyrost roczny szybki bo pęd przyrasta o około 1 metra. Do dostania w naszych szkółkach.
'Aureovariegata' – odmiana złotopstra. Liście są pstre, żółtozielone, niektóre całe żółte, inne całe zielone. To stara odmiana znana od końca XVIII wieku. Jest z tą odmianą spory problem bo bardzo często jako odmiana 'Aureovariegata' sprzedawane są inne odmiany bluszczu, o mniejszej odporności na mróz. Odmiana jak na kolorową jest dosyć odporna na zimową aurę, jednak we wschodniej części kraju, poza enklawami klimatycznymi, lubi wymarzać. Za to całkiem ładnie rośnie w domu.
'Baltica' – odmiana bałtycka, znaleziono ją w 1907 r. koło Rygi. Liście drobniejsze niż u typu, tak do 5 cm długości i szerokości, z małymi klapkami bocznymi, bardzo ciemnozielone z białymi nerwami. Odmiana wyjątkowo odporna na mróz. Popularna w uprawie w Ameryce Północnej jako 'Baltic Ivy' i znana głównie z tego że uchodzi za jedną z bardziej inwazyjnych odmian. U nas rośnie bezproblemowo na terenie całego kraju i nie ma co ukrywać - tyż szybko zadarnia.
'Boskoop' – odmiana z liśćmi raczej jasnozielonymi, o wydłużonych i zaostrzonych klapach. W gruncie sobie radzi ale nie rozprzestrzenia się tak szybko jak gatunek. Kształt liści jest bardzo piękny, dla mła to jeden z ładniejszych całozielonych bluszczy.
'Chamkorey' - średniej wielkości liście w kolorze średniej zieleni. Kształt deltoidalny. rośnie średnio szybki, w gruncie uprawiają ją w Rogowie ( czyli wygląda na to że w warunkach centralnej Polski przy odpowiedniej opieca ta odmian się udaje ).
'Crispa' - odmiana o pięknie skędzierzawionych, jasnozielonych liściach . Dość dobrze rośnie w gruncie. Tempo wzrostu średnie.
'Conglomerata' – odmiana skupiona i z lekka krzaczsta. Młode pędy ma grube, spłaszczone, pionowo wzniesione, międzywęźla poniżej 1 cm długości, liście drobne bo do 3,5 cm długości, silnie pofalowane, krótkoogonkowe. Młode liście rosną ustawione wyraźnie dwustronnie, jak w pruskim wojsku ten porządek. Rośnie bardzo powoli. Wyhodowana została w szkółkach niemieckich w 1875 r. Podczas ostrych zim podobno przemarza. Mła posiada i trochę się tych zim boi. Co prawda roślina tylko troszki większa niż 'Arbori compact', da się łatwo okryć. Te bluszcze o krzewiastym pokroju nadają się do małych ogrodów, na półcienistym stanowisku moża z nich zapuścić całą kolekcję a wiele miejsca ona nie zajmie.
'Deltoidea' – odmiana o trójkątnych liściach. Posiada tylko pędy płożące, inszych nie wytwarza. Liście do 7,5 cm długości, gęsto ułożone, określane jako jajowatosercowate, zwykle bez klap, u nasady większych liści blaszka liściowa nachodzi na siebie krawędziami. To jedna z delikatniejszych odmian o jednobarwnych liściach, w surowe zimy przemarza ( w Rogowie jednak uprawiają ).
'Duckfoot' - po naszemu Kacza Stópka. liście w kolorze tzw. średniej zieleni i zaokrąglonych końcach. Odmiana pochodząca z USA, gdzie znaleziono ją w latach 70 XX wieku. Uchodzi za dość odporną ale potrafi zrobić zimową niespodziankę po której trudno dochodzi do siebie.
'Erecta' – odmiana wyprostowana jak sama nazwa wskazuje. Wygląda podobnie jak 'Conglomerata', ale liście ma większe, choć moim zdaniem te do 6 cm długości i szerokości to chyba na jakichś wypasionych egzemplarzach. Na pędach tej odmiany pojawiają się korzenie przybyszowe, choć roślina nie wspina się ( sztuka dla sztuki znaczy ). Wrażliwa jak inne bluszcze "krzaczaste", podczas ostrych zim przemarza.
'Glacier' – odmiana kolorowa, liście szaro-zielone z szerokimi, tępymi klapami i z wąskimi, białymi lub kremowymi brzegami. Znana od 1950 roku, w gruncie dobrze rośnie w zachodniej Europie. bardzo popularna w USA. U nas też dość odporna, można sadzić w gruncie ale w czasie ostrych zim trzeba się liczyć ze stratami, szczególnie we wschodniej i centralnej części kraju. to jedna z tych nielicznych kolorowych odmian bluszczu która u nas potrafi zakwitać i owocuje.
'Goldchild' – liście dość duże, z blaszką marmurkową w ciemnym i jasnym odcieniu zieleni i złotymi marginesami. Jak wszystkie odmiany z wielobarwnymi liśćmi najładniej wybarwia się w półcieniu. To kolejna z odmian o kolorowych liściach na tyle odporna na mróz że udaje się u nas w kraju. Oczywiście w jego cieplejszej części. Na szczęście dla tych co mieszkają w chłodniejszych rejonach ta odmiana bardzo dobrze rośnie w doniczkach.
'Gold Dust' – liście typowej wielkości i kształtu mają marmurkowe, żółtawe przebarwienia na blaszce liściowej. Z tego co mła udało się wyczytać odmiana raczej kapryśna. W naszych warunkach bardziej do doniczki niż do gruntu.
'Gold Finch' - śliczna odmiana o złoto - limonkowych liściach. U nas raczej doniczkowiec.
'Golden Ingot' - bardzo dużo koloru złotego na liściach, marmurkowe plamy i do tego wąski zielony margines. Im cieplej tym więcej innego zabarwienia niż kolor zielony. Zdaniem mła typowy doniczkowiec.
'Golden Girl' - pięcioklapowe liści obrzeżone na żółto. Brzeg liścia lekko marszczony. Odmiana średnio szybko przyrastająca. Raczej do doniczek ale pewna nie jestem bo u nas n ie spotyka się jej często.
'Gold Heart' – pędy i ogonki liściowe czerwonawe, liście z wyciągniętą klapką środkową, na brzegach ciemnozielone, w środku złocistożółte serduszko. Blaszka liściowa ma od 4 do 6 cm długości. Odmiana została znaleziona przed 1950 r. we Włoszech ale dość odporna na mróz, dobrze zimuje pod śniegiem i udaje się u nas. Oczywiście we wschodnich częściach kraju z nasadzeniami tej odmiany jest kiepsko zimą. Tym bardziej że ten bluszcz raczej lubi się piąć niż okrywać. Rocznie przyrasta o około 0,5 metra, tempo wzrostu raczej średnie ale i tak spore jak na kolorowolistną odmianę.
'Green Ripple' – odmiana o ciekawym kształcie liści. Są duże, ciemnozielone, pięcioklapowe z zaostrzonymi końcami. Niestety zimą ten bluszcz lubi przemarzać bez okrycia. W warunkach mła to raczej doniczkowiec ale w ogrodzie ś.p. Kattki na Żuławach zrobił dywanik. W Rogowie tez go uprawiają.
'Green Wave' - odmiana o liściach w kolorze tzw. średniej zieleni, bardziej szerokich niż długich. Mrozoodporność na razie nieznana ( ponoć posadzili go w Wojsławicach ).
'Iantha' - odmiana podobna do odmiany 'Ivalace' ale bardziej kompaktowa. Uchodzi za jedną z najmniejszych odmian bluszczu pospolitego.
'Ivalace' – odmiana odkryta w USA w 1955 roku. Nie do przegapienia ze względu na kędzierzawość. Ciemnozielone liście są raczej drobne, tak do 4 cm długości, za to pofałdowane. Rocznie przyrasta od 0,5 do 1 metra. Zimuje dobrze w całym kraju, na wschodzie czasem nieco przemarza ale szybko się regeneruje.
'Kobold' - odmiana która jest sportem odmiany 'Witchel', takim charakteryzującym się mniejszym rozmiarem liści. Lisie mają barwę tzw. średniej zieleni, w większości bez mocnego podziału na klapy, z zaokrąglonym, wydłużonym płatem końcowym lub lekko trzy-klapowane z asymetrycznymi podstawowymi występami. Charakterystyczne jest lekkie marszczenie u nasady liścia.
'Kolibri' – odmiana o liściach marmurkowych z przebarwieniami szaro- i ciemnozielonymi ograniczanymi nerwami, przy brzegach lisie są żółtawozielone. U nas typowy doniczkowiec choć znam takich co wysadzili do ogrodu i jakoś im się udało ( jak do tej pory ).
'Midget' - odmiana o drobnych, blisko siebie osadzonych liściach o falistych brzegach. Ponoć dobra mrozoodporność.
'Miniature Needleponit' – ciemnozielone, głęboko wcięte pięcioklapowe liście tej odmiany osiągają na maksa 2,5 cm długości. Roślina na pokrój gęsty i choć nie jest krzaczasta i pędy się nie wznoszą przypomina bardziej miniaturową niską krzewinkę niż pnącze.
'Needelpoint' - tak naprawdę to jak jedna z cooleżanek po forumie wyśledziła nie tyle nazwa odmiany co całej grupy odmian. Pierwsze opisy pojawiły się na przełomie lat 50 0 60 w USA. cechą charakterystyczną grupy są dość głęboko powycinane blaszki ( liście u odmian tej grupy bywają zarówno pięcio jak i trójklapowe ). W miarę odporne na mróz.
'Parsley Crested' – liście zielone, okrągławe z zaokrąglonymi, słabo wyciętymi pięcioma klapami, na brzegu silnie faliste. Są tacy którzy uwązają że to raczej synonim nazwy starszej odmiany 'Crispa' 9 i po prawdzie to wydawa się mła że mają rację ).
'Pedata' – liście dość małe, głęboko wcinane, pięcioklapowe, ze środkową klapą wydłużoną. z powodzeniem uprawiają go w Rogowie czyli znosi zimowe spadki temperatur w centralnej Polsce.
'Profesor Seneta' - polska odmiana znaleziona w końcu lat 90. ubiegłego wieku przez Dariusza Wyrwickiego, a wprowadzona do handlu w 2007 roku przez: Acrocona Szkółki Drzew i Krzewów Ozdobnych Joanna Widaj. Nasza odmiana a więc odporna na mróz. Co prawda w ostrzejsze zimy może przemarzać ale łatwo się regeneruje. Odmiana ma stosunkowo duże liście, długości 8-12 cm, najczęściej z 5 klapami, grube, zielone z żółtym, nieregularnym, marmurkowym upstrzeniem. Niektóre liście niemal zupełnie żółte, ale większość jest całkowicie zielonych. Niestety odmiana wytwarza wiele pędów rewersyjnych, całkowicie zielonych, stąd ciągłe pilnowanie z sekatorem coby rewers nie zagłuszył prawilnego wyglądu. 'Profesor Seneta' nie kwitnie i tym samym nie owocuje.
'Ritterkreuz' - odmiana o bardzo nietypowym kształcie liści, rzeczywiście kształt liścia przypomina kryż ( choć nie tylko mła on bardziej kojarzy się z krzyżem maltańskim a nie z niemieckim krzyżem rycerskim ). Jak przystało na krzzyowca odmiana została zarejestrowana przez brata Ingoberta Heieceka w 1981 roku, jako miejsce pochodzenia wpisano klasztorną szkółkę znajdującą się niedaleko Heidelbergu. Odmiana jest ponoć dosyć mrozoodporna.
'Sagittifolia' – odmiana nazywana ze względu na kształt liści strzałkowatą. Liście trójklapowe, do 5 cm długości z najdłuższą klapą środkową i zwykle poziomo odstającymi klapami bocznymi. Odmiana znaleziona w Anglii pprzed rokiem 1867. Nasze zimy znosi z godnością.
'Sagittifolia variegata' - niestety nieco delikatniejsza niż 'Sagittifolia' ale można pokusić się o uprawę w zachodniej części kraju.
'Shamrock' – liście ciemnozielone, trójklapowe, czasem głęboko wcinane aż do powstania liścia podzielonego na trzy listki. Uchodzi za jeden z najładniejszych bluszczy o jednolitych ciemnozielonych liściach. Wyhodowano odmiany z całkiem sporym rozmiarem liści i utworzono z nich grupę Shamrock.
'Spetchley' (Synonim: 'Gnome') - Uchodzi za jeden z najmniejszych bluszczów. Liście ma skórzaste, ciemnozielone, trójpłatkowe z wydłużonym, zaokrąglonym płatem końcowym. Nowe pędy są bordowe. Dosyć mrozoodporny.
'Teardrop' - blaszki podobne do odmiany 'Deltoides' ale o jaśniejszym kolorze i bardziej opływowym kształcie, tempo wzrostu bardzo wolne. Raczej doniczkowiec.
'Thorndale' – liście ciemnozielone, pięcioklapowe, szybko rośnie, bardziej jako pnącze niż zadarniacz. Odmiana uchodząca za bardzo mrozoodporną.
'Woerner' – odmiana okrywowa, nie wspinająca się, odporna na mróz. Liście ciemnozielone, trójklapowe, słabo wcinane, o szerokości 7 - 9 cm i długości 6 - 8 cm . Dzięki tym bardziej szerszym niż dłuższym liściom wygląda bardzo efektownie.
'Wonder' – liście drobne, do 3 cm szerokości, trójklapowe z zaokrąglonymi klapami, pokrój gęsty. Odmiana ponoć wrażliwa na mróz.
'Yellow Ripple' - liście ma jak odmiana 'Green Ripple' tylko obwiedzione złotożółtym marginesem. Typowy doniczkowiec.
'Zebra' - odmiana o stosunkowo niewielkich liściach, podbarwionych marmurkowo , z dużą ilością biel. W ogrodzie Poli na Dolnym Śląsku zimuje jak do tej pory bezproblemowo. Zimą białe plamy na liściach podbarwiają się na różowo. Ponoć całkiem białe liście produkowane przez tę odmianę nie utrzymują się długo. Tempo wzrostu średnie.
Dobra, to by było na tyle o odmianach. Teraz o tym dlaczego bluszcz znalazł się w wykazie roślin niegodziwych. Zacytuję Wiki - "Bluszcz rozpowszechniany jako roślina ozdobna, dziczeje poza obszarem naturalnego zasięgu stając się problematycznym gatunkiem inwazyjnym. Do cech decydujących o jego inwazyjnym charakterze należą: łatwość i tempo rozprzestrzeniania się, brak szkodników, odporność na niskie temperatury. Traktowany jest jako gatunek problematyczny ponieważ rosnąc na powierzchni ziemi tworzy gęste agregacje uniemożliwiające rozwój rodzimym gatunkom roślin. Wspinając się na drzewa bluszcz silnie rosnąc ku górze sukcesywnie powoduje obumieranie niższych gałęzi ograniczając dostęp światła. Wbrew obserwacjom z Europy, źródła amerykańskie dowodzą szkodliwego wpływu bluszczu na drzewa, informując o osłabionym wzroście drzew silnie porośniętych bluszczem, o większym ich narażeniu na złamanie lub wywrócenie podczas silnych deszczów, wiatrów lub opadów śniegu. Bluszcz stanowi rezerwuar dla patogenu – Xylella fastidiosa – bakterii wywołującej szereg chorób roślinnych m.in. wiązów, dębów, klonów. Obszary leśne opanowane przez bluszcz nazywane są w USA bluszczowymi pustyniami ( ivy deserts )". No wygląda strasznie. Dla równowagi dodam że strach przed bluszczem czują głównie Amerykanie, na ich kontynencie bluszcz jest gatunkiem obcym i czyniącym większe spustoszenie niż ma to miejsce w rodzimej dla niego Europie ( zemsta za nawłoć, he, he, he ). Europejscy botanicy i ekolodzy nie odsądzają bluszczu od czci i wiary jak ich amerykańscy koledzy. Znaleźli nawet zalety z nasadzeń bluszczowych ( w lasach które sezonowo się przesuszają bluszcz jest pożądany jako roślina niepalna ograniczająca zarówno możliwość jak i zasięg pożarów lasów ). Bluszcz jest rośliną trującą co nie znaczy że nie był wykorzystywany w medycynie ludowej ( wiadomo - dawkowanie czyni różnicę między lekarstwem a trucizną ). Zastosowanie miał szerokie - od leczenia trądzików po leczenia gośćca stawowego. Wykorzystywany był między innymi do leczenia skutków przepicia, nawet dodawano go do trunków coby od razu wyeliminować kaca. Hym... w sumie ta zła prasa to chyba jednak wydumanie. Wszak pożyteczna z niego roślinka. No dobra, trochę niegodziwa.
poniedziałek, 11 listopada 2019
Słojowanie półwyczynowe czyli uprawa roślin w szklanych pojemnikach
Cóś modne się zrobiło słojowanie, pewnie dlatego że wydawa się ludziom mniej upierdliwe niż doglądanie roślin posadzonych w doniczkach. Mła nadal choruje na prawdziwe paludarium w szklarence domowej ale zadowala się uprawą słoikową różnych takich. generalnie uprawa roślin w słojach powinna być samograjem, znaczy odpowiednio posadzone rośliny ( drenaż pod glebą solidny coby nic nie zagniwało ) podlewa się po posadzeniu, następnie zamyka się słój pokrywką lub zakorkowuje a w słoju wytwarza się mikroklimat który tylko parę razy do roku wymaga wsparcia dolaniem przegotowanej, miękkiej wody w objętości tzw. angielki co najwyżej zapodanej. No tyle teoria a praktyka sobie, bo co słój i mieszkanie tym problema ze słojem insze. Mła się nie będzie wypowiadać autorytatywnie w temacie którego tak po prawdzie nie kuma, jej przepisu na słój z zielonym nie należy traktować jako słowa objawionego a raczej jako dociekania w dziedzinie słoikownictwa z zielonym. Znaczy na wszelki wypadek zasięgnijcie jeszcze porad za pośrednictwem Wujka Google, mła nie jest ekspertem od słoików.
Zacznę od słoja - nie każden słój się nadawa. Szczególnie zdaniem mła nie nadają się takie słoje które są wytłaczane we wzorki albo insze napisy. Nie , nie chodzi o to że mła jest purystką szklarenkową co to tylko gładkość szkielną uznaje coby roślinę było lepiej widać. Wytłaczane na szkle wzory mogą działać jak soczewki a to jest dla roślin niebezpieczne ( poparzenia ). W ogóle ze słoneczkiem i szkłem to ostrożnie, krzywizny szkła potrafią przeca skupiać światełko a to jest pitu - pitu o uprawie słoikowej roślin a nie o robieniu sposobem naturalnym popcornu. Słoje z roślinami najlepiej ustawiać w rozproszonym świetle, nie za blisko okien wychodzących na południe czy zachód. Najlepiej kiedy słój jest duży, zarówno szeroki jak i wysoki, im mniejszy słój tym powodzenie uprawy bardziej wątpliwe ( zasada taka jak przy zakładaniu akwariów i oczek wodnych ). Trzeba też zdecydować się na to czy będziemy uprawiali rośliny w słoju zamkniętym czy otwartym, bo to nieco inna bajka jest. Słoje zamknięte wymagają mniej podlewania ale prawilno prowadzone nie zawsze są tak "śliczne" bo zdarza się że woda skrapla się na ściankach naczyń ( cóś za cóś ). Wymagają też częstej kontroli i wietrzenia bo ekosystem słojowy lubi zagniwać. Po mojemu to wymagają one sporej dozy doświadczenia w prowadzeniu, trza wyczuć kiedy czas na wodę, kiedy za gorąco i trza zrobić solidne wietrzenie, itd. . Wydawa mła się że prowadzenie słojów otwartych jest lepsze dla początkujących słojarzy.
Teraz o sprawie dla słoja z zielonym zasadniczej - o drenażu. W doniczkach mamy dziurki odprowadzające wodę, w słojach mamy szklane dno i woda nie ma gdzie ujść. W prawidłowo prowadzonym słoju będzie krążyła "w obiegu", znaczy rośliny będą ją pobierały, potem będą ją wyparowywały z się a ona osadzając się na szkle będzie spływała na glebę i zasilała korzenie roślin. Wilgotność powietrza będzie wysoka ( w słojach zamkniętych bardzo wysoka, w słojach otwartych znacznie niższa ). Drenaż z kermazytu, żwiru ( achtung ze względu na ciężar ) pozwala odprowadzić nadmiar wody z gleby i zwiększa szansę uniknięcia zgnilizny. Dlatego lepiej dla zdrowia słoja żeby warstwa drenażu była porządna, nie żadne parę kulek kermazytu w charakterze alibi tylko prawdziwa odsączarka. Teraz powinno być o glebie ale zanim do tego przejdziemy to trzeba sobie uświadomić że rodzaj gleby zależy od roślin które chcemy w słoju uprawiać i tu przechodzimy do sprawy dla słoja bardzo ważnej to znaczy do roślin które mogą w słojach być uprawiane.
Niby można uprawiać wszystkie które mają odpowiedni rozmiar ale zdaniem mła całą idea słoikownictwa opiera się na tym że uprawiamy w słoju w tzw. warunkach wiwaryjnych rośliny których nie możemy uprawiać w mieszkaniach ze względu na ich wymagania dotyczące wilgotności powietrza, np. mchy, bardzo wrażliwe paprocie, niektóre gatunki storczyków i roślin bagiennych, czy owadożerów. Rodzaj i ph gleby dostosowujemy do wymagań roślin które będziemy uprawiać. I tak np. orliczki jak Pteris ensiformis czy Pteris cretica ( wielobarwne odmiany jak 'Albo - Lineata' czy 'Alexandreae' w zasadzie udają się tylko w uprawie szklarenkowej ) czy Adiantum pedatum subsp. subpumilum wymagają innej gleby niż zanokcica skalna Asplenium trichomanes. O ile przy adiantum i orliczkach stosujemy glebę próchniczą o kwaśnym odczynie ( możemy wprowadzić mech ) to przy zanokcicy i jej wapnolubności trzeba pomyśleć o lekkiej glebie o odczynie zasadowym ( o sadzeniu mchu możemy zapomnieć ). Najlepiej uprawiać w słojach gatunki minaturowe, wówczas nie trzeba robić częstego wysadzania rozrośniętych roślin. O nawożeniu słojów mła nic nie wie, domyśla się jedynie ze musi być bardzo skąpe i bardzo, bardzo rzadkie.
Teraz o słojach mła. Mła postanowiła uprawiać słoikownictwo otwarte ponieważ o pierwsze primo - korki do jej słojów znaleźć wcale nie jest prosto, po drugie secundo - mła czuje całą sobą że zgnilizna zagościłaby w jej słojach błyskawicznie. Postanowiłam uprawiać bluszcze, mchy, małe paprocie i oplątwy. Tak po prawdzie to słoje pojawiły się z powodu konieczności przechowania małych siewek Dryopteris sieboldii od Sylwika. cała reszta jest dodatkiem. Część bluszczy docelowo ma trafić do Alcatrazu a część delikatniejszych do doniczek ( o bluszczach szykuję duży wpis ), w słojach zostaną tak naprawdę mchy i oplątwy ( może z czasem powędrują do prawdziwego paludarium na które ciągle nie mogę się zdobyć ).
niedziela, 10 listopada 2019
Codziennik - różności listopadowe
Wpisu nie powinno zaczynać się od zdania "nie na temat" a zdania nie powinno zaczynać się od słowa "więc". Więc tak, jakoś tam egzystujemy w ciągłym strachu czy aby dotrwamy bezawaryjnie do położenia nowego kabelka. Zdanie jest słabo tematycznie powiązane z wpisem bo dziś będzie o bywaniu, mebelkach ( nie wszystkich bo mła jest powolna i wiecznie opóźniona ) i troszki o słojach. Będzie też o deprawacji Mrutka dokonywanej przez Sztaflika i Epuzera, bo tego zjawiska nie należy zostawić bez opisu. Zresztą od tego tematu zacznę - Mrutek jest złodziejem! A nie był, dostałam kota bez wad fabrycznych, gotowego do użytku. Zachowywał się wzorowo i bez zarzutu - kuweta ogarnięta, czekanie na posiłek przy swojej miseczce ( szybko pokumał która jest jego ), miły stosunek do innych zwierząt, otwartość wobec ludzi. Normalnie zwierz domowy jak się patrzy. Do czasu kiedy nie zobaczył jak Epuzer sam się poczęstował wołowiną przygotowaną do krojenia w michy ( Epuzer porwał kawał i udał się za okno biegiem ). Od tego pamiętnego zdarzenia Mrutek też się zaczął częstować i to wszystkim na co ma ochotę, nawet gdy to wszystko znajduje się akurat na moim talerzu. Skarcony pyskuje co jest zasługą Sztaflika. Podłapał od niej gadane i zaczął się pultać gdy coś mu nie pasi. Prowadzi ze mną dyskusje na różne tematy, szczęśliwie jeszcze głosu nie podnosi. Czeka mnie praca wychowawcza bo nie jest dobrze widzieć kocią łapkę wyciągającą pierogi z talerza.
Mła nadal prowadzi życie światowe, znaczy bywa. Wczoraj na ten przykład była w kinie bo Agniecha zachwalała "Boże Ciało" i słusznie zachwalała. Historia która niby jest szczerzepolska ale tak naprawdę uniwersalna, na pewno warta była zobaczenia. Mła się teraz zastanawia leniwie kto zrobił większy kawałek dobrej roboty ( oprócz reżysera rzecz jasna, szczerze pisząc to nie spodziewałam się po Janku Komasie aż tak dobrego filmu - po "Miasto 44" mła się długo odbijało ), operator czy odtwórca głównej roli? Obaj się wznieśli, że tak rzecz ujmę. Historia inspirowana różnymi prawdziwymi pieriepałkami podszywających się pod szamana ( nie tylko Patryka B. ale i wcześniejszymi sprawami ) całkiem zgrabnie opowiedziana i przede wszystkim świetnie zagrana i pięknie sfocona. Wielowarstwowa, co kto z tego wyciągnie zależeć będzie od wrażliwości jaką posiada - nie jest to kino łopatologiczne. Mła zadowolniona z seansu postanowiła sobie że będzie bywać w kinie częściej, bo filmy w spokoju to ona może głównie nocką oglądać a zarywanie nocek nie służy jej urodzie. Mła zaraz zakombinuję jak tu wyciągnąć Mamelona, Dżizaasa i Jądrzeja na nowy film Scorsese. Oprócz ukulturalniań mła bywała w marketach budowlanych w celu nabycia odpowiedniego zawiasu okiennego i puszki śmieciowej czarnej. Przy okazji mła zrobiła interes stulecia, znaczy nabyła cebulki "ostatniej szansy" za jedyne 2,50 peelena jak leci za opakowanie. Zważywszy że mła dopadła za tę cenę po 100 cebul krokusów botanicznych w miksie to wyraźnie się opłacało. Oczywiście nie ma że nie ma i cebule trza było wsadzić mimo tego że aura to taka średnio ogrodowa. Pod jarząbkiem na Podwórku powinno po tym listopadowym sadzeniu w marcu kwitnąć że ho, ho! Za całe 5 złociszy te 200 krokusowych kwiatków da czadu. Mła jest w tym roku cebulowo bardzo usatysfakcjonowana. Ponadto mła bezczelnie schowała kolejną paczuszkę za 2,50 do lodówki, bo ma gryplany jak to sobie wiosnę zimą w domu zapuści.
Na razie mła zapuszcza dom, bo sprzątać jej się nie chce. Robi mebelki i tym robieniem robi sobie domowy chlewik. Niby cóś tam sprząta żeby się nie nosiło ale prawdziwych porządków ni ma. Mła nie uskutecznia bo i po co. W kolejce do czyszczenia i odmalowania czekają następne mebelki i na tym mła się musi koncentrować a nie na akcji sprzątającej. Poza tym mła nie lubi sprzątać i już! Zawsze ciężko przeżywa konieczność sprzątania, jest w końcu córką Tatusia. Do tej pory mła odwaliła dwa mebelki - komódki w stylu Małej Stabilizacji zrobione w Wyszkowie ( wicie rozumicie to czasy kiedy wchodziło się do tzw. meblowego i chciało się zamówić komódkę z szafą, konkretnie takie jak te stojące w sklepie a sprzedający uprzejmie odpowiadał "To są wzory. Szafy i komody może będą pod koniec kwartału ale mamy na stanie kanapę." ). Z podniszczonych wspomnień po PRL - u mła usiłowała wyczarować cós na kształt "szwedzkiego designu" ale wyszedł jej "szwecki mybel". Hym... i tak lepsze to od tego co do tej pory stało na miejscu zajmowanym dziś przez komódki. Oczywiście gałeczki nadal nie zostały kupione ale to nie jest wina mła tylko tego że nie wie czy nie będzie musiała dołożyć z własnej porpony do lekstryczności kamienicznej. Nie jestem tak do końca pewna czy Agniecha będzie usatysfakcjonowana poziomem wykonania, jak i ilością oddanych do użytku mebli ( co to jest te nędzne dwie sztuki?! ) ale mła jest po prostu z natury powolna jak mucha w smole. Co do dopracowania mebelków - mła nie usiłowała ukrywać że one stare i swoje przeżyły, nie szalała z superszpachlówkami, pod kancik nie dopracowywała. Mebelki wyglądają hym.. tego.... pseudorzemieślniczo ale zdaniem mła i tak lepiej niż różne świeżutkie okazy z meblowych salonów.
Co do słojowego tematu dla Dory to mła się zbiera do napisania. Kiedy była w Leroju to uczestniczyła w pokazie prawilnego słojowania przeprowadzonym przez Pana Lerojowego . Okazało się że mła wszystko robiła źle i ona teraz ma zgryza bo te złe słoje własnej produkcji cóś się jej lepiej podobały od tych prawilnie prowadzonych. Mła sobie musi jeszcze raz temat przegryźć. A teraz dla tych co majo jesienno chandrę - trza wierzyć w wiosnę!
środa, 6 listopada 2019
Codziennik - w biegu i z dobiegu
Wiem, wiem, słoje i meble i w ogóle. Tylko że ja w biegu, tak pomiędzy załatwianiem na najbliższy możliwy termin koparki wraz z operatorem, piaskiem, kablem, przeglądem dachów i kominiarskim oraz ściboleniem kasy. Ciągle cóś. Ze spraw miłych to przyjechała stara przyjacióła z Reichu i mła się chce też trochę nią nacieszyć. Skutkiem tego wszystkiego blogowanie odłogiem leży i kwiczy. Ze spraw naprawdę ważnych - szukany jest bardzo dobry dom dla wrażliwego kocurka. Gucio prześliczny jest piękny ale wymagający naprawdę czułej opieki bo kotek z niego nieśmiały i po przejściach. Druga sprawa to wkarw mła na instytucję pod tytułem GIW. Najpierw nieroby nie wykonują należycie obowiązków a potem usiłują jeszcze przeszkadzać w załatwieniu sprawy, którą sami powinni na dzień dobry załatwić. Zaraz mła się przypominają nasze stadniny koni arabskich i tzw. usłużni którzy pomogli w ich rozwaleniu. No cóż, na horyzoncie widać recesję i co poniektórzy zaczną dławić się władzą. Mam nadzieję że będzie to bolesne i zostanie zapamiętane ( jak się kogoś nie da wychować to tresura jest rozwiązaniem ). Na razie widzę jeszcze że usia - siusia ale powolutku i nieubłaganie światek nam się zmienia i mimo tego że nasza chata z kraja ta zmiana nas nie ominie.
Mła bywawszy trochę w mieście ( popitki z Jägermeister z dodatkami w roli głównej - nie ma to jak jesienne ziółka ). Podsłuchawszy co nieco na Off Piotrkowska. Gadki ludzkie różne, mła zaciekawiła opowieść członkini komisji wyborczej ( spuszczę zasłonę milczenia, wierzcie jednak że poziom głupoty zdumiał nawet mła ) i opowieści lotniskowe. Tak, tak, w mieście mła trwa łobecnie dyskuszyn na temat lotniska pod tytułem Lublinek. Hym... mła sprawdziła się w roli wróżki Wiedzoluby i obecnie podziwia piendrolnięcie przedsięwzięcia. Co prawda mła się nie musiała za bardzo wysilać, tarotować czy w kryształową w kulę wgapiać ( nie wiem czy pamiętacie jak mła jeszcze przed zejściem Cooka i byłej pamięci Neckermana prorokowała bum. ).
To że z lotniskiem będzie nie halo wiedział każdy kto kiedyś tam został nauczony wyciągania wniosków z przesłanek, żadnej szczególnej inteligencji do tego nie było trza. Po prostu stawianie na czartery przy zwijającym się rynku biur podróży i na przewoźnika którego cena biletów "dolotowych" na hub jest droższa niż cena lotu docelowego musiało się tak skończyć. Ciekawe co będzie dalej bo na razie jest miotanie i nikt nic nie wie, natomiast budżet miasta nie jest z gumy ( łódzki port lotniczy nie należy do PPL, jest utrzymywany przez miasto ). Mam wrażenie że urzędnicy czekają na tunel średnicowy i koleje szybkich prędkości, która ma być odpowiedzią na wszelkie problemy komunikacyjne lotniska ( hym... a jak nie będzie? ). W każdym razie historie lotniskowe zasłyszane powinny dotrzeć do Wielkiego Lotniskowego któren jest zarazem Gromowładym. Przyznam że mam nadzieję na solidną burzę z piorunami, he, he, he.
Ozdobniki dzisiejszego wpisu to fotki starych łódzkich pałaców ( na fotce 1 i 4 pałac Karola Scheiblera, na fotce nr 2 pałac Karola Poznańskiego, na fotce nr 3 pałac jego tatusia Izraela Kalmanowicza Poznańskiego, na fotce nr 5 fontanna z ogrodów tatusiowego pałacu, na fotce nr 6 tzw. willa Ludwika Grohmana ). Z meblami i słojami postaram się poprawić, howgh!
Subskrybuj:
Posty (Atom)














