niedziela, 13 listopada 2022

Gduńsk, Gdańsk, Danzig - część siódma

Teraz będzie troszki muzealnie o starym Gdańsku nadrealnym i bardzo kobiecym. No wicie rozumicie, takim przez mła wymyślonym na podstawie jednej lektury, jaką była ramota autorstwa Jadwigi Łuszczewskiej zwanej Deotymą,  czyli powieści "Panienka z okienka". Mła jest z tego pokolenia które chowało się na "Cudnej mieszczce", "Petrze". "Jadwidze i Jagience" czy "Krysi bezimiennej". Takie lektury serwowano niegdyś dziewczętom i mła w wieku lat 9 - 10 została namiętną ich czytelniczką. Swoją fascynację historią mła zawdzięcza tym książkom, tak jak fascynację  kotowatymi zawdzięcza serii książek o Irce i Czarce. Takie to były czasy że ambicją pisarzy było przekazanie oprócz tzw. wartości, troszki wiedzy. Po wielu, wielu latach, kiedy ze mła czas wydawałoby się wyrugował dziecięce zauroczenia, mła zaczęła się zastanawiać na ile lektury jej dzieciństwa stykają z dzisiejszym stanem naszej wiedzy o historii. Zaczęła od opisu gdańskiego orszaku weselnego, od którego zaczyna się akcja powieści Deotymy. Orszaki weselne sprawa znana ale panna młoda per modum Gedanensem czyli ustrojona jak to określa  pisarka "wedle starodawnej gdańskiej mody" była dla niej pewną zagadką. Mła bowiem tkwiła w przekonaniu że suknie ślubne  ery nowożytnej podlegały wymogom mody. No owszem, było tak ale w Gdańsku kobiecy strój ślubny długo zachował średniowieczny charakter, związany z obrzędem. Na tle innych miast Europy Północnej gdańskie panny młode były cóś zapóźnieniem jak te przedproża kamieniczne, jednocześnie stanowiły o oryginalności miejskiego obyczaju. Dla mła stało się to jasne kiedy odkryła Frauen-Trachtenbuch z 1586 roku autorstwa Conrad Lautenbacha. To taki chwalebnik niewieści, zbiór rymowanych strof poświęcony płci pięknej. Mamy tam rymowanki o królowych poszczególnych krain, księżnych i grafiniach a także zwykłych, nieutytułowanych kobietach z różnych zakątków Europy. Z niemiecka idzie to tak: 

Ein Braut zu Dantzig 

Es ligt ein Statt in Preussenland Gar weit berühmbt Dantzig genannt

Wann da ein Jungfraw wol gestalt Ihren Christlichen Kirchgang halt 

Wird sie auff diese weiß geziert 

Wann man sie zu der Kirchen führt 

Ich hab mein Lebtag nie gesehn Ein schöner Braut zu Kirchen gehn

Po naszemu szłoby to mniej więcej tak: 

Panna Młoda z Gdańska

Daleko w Prusach  leży miasto Gdańsk  sławne i znane  

Kiedy dobra chrześcijańska dziewica  do ślubu  w nim zdąża

Ustrojoną w biel zdobioną prowadzą ją do kościoła

W  życiu mym nie widziałem w kościele piękniejszej Panny Młodej

Tłumaczenie nie jest ani dokładne ani piękne ale takie mniej więcej. W końcu jest mojego autorstwa a ze mła żadna tłumaczka, a już zwłaszcza ze starej niemczyzny.  Trudno, znieście to z godnością. Wiem że to tak sobie średnio pasi do urokliwego opisu Deotymy - "Szła panna młoda między dwiema druhnami. Wszystkie trzy miały suknie z najprzedniejszej białopłowej "pawłoki" ( która, jak wiadomo, była uprzywilejowaną tkanką szat koronacyjnych ), a na sukniach płaszcze okrągłe, purpurowe, z gronostajowymi wyłogami u przodu, z bogatą klamrą u spięcia. I, o dziwo! Płaszcze te w górze nie wywijały się żadnym kołnierzem, ale były wszyte w obramowanie złote i wycięte kołem tak szerokim, że nie tylko szyja, ale i skrawek popiersia wykwitały z nich bez osłony. Włosy też wolne od pęt codziennych, jakby drugi płaszcz rozpuszczono, wiły się po ramionach i spływały po barkach. Na włosach każda z nich miała koronę złotą, cudnie wyrobioną w różne liściowe przezrocza i strzeliste pąki. Korona panny młodej była najwyższa." Takie towarzystwo umieścił Anton Möller w swojej "Księdze ubiorów gdańskich". Wydana w 1601 roku przez Jacoba Rhode pozycja składa się z serii dwudziestu drzeworytów, rytowanych według projektu artysty, przedstawiających gdańskie stroje kobiece.   Księga autorstwa Antona Möllera różni się nieco od innych albumów tego typu, które powstawały na przełomie wieków XVI  XVII.   Tytuł dzieła sugeruje że ukazywać ma ono stroje i ozdoby noszone przez gdańszczanki, ale żurnal modowy to to nie jest. Ubiory przedstawiono cóś mało szczegółowo, kroje sukien się powtarzają, tak jak i ich wzory. Wydawać by się mogło że gdańszczanki coś się bez polotu ubierały, bardzo schematycznie. To raczej  stylizacja artysty, który pomijając szczegóły chciał  zwrócić uwagę na najbardziej typowy ubiór gdańskich mieszczek.  Znaczy stroje z kart  albumu są niewątpliwie zgodne z realiami historycznymi, choć je wystylizowano by dać oglądającemu jednorodny obraz lokalnej odmiany ubioru

 
Jak w tym czasie ubierały się gdańskie mieszczki należące do patrycjatu? Tak  jak w całej niemal Europie  - po hiszpańsku. Oczywiście że tak via Antwerpia i parę niemieckich miast, ale to Madryt  był stolicą mody w końcu wieku XVI i na początku XVII. Obowiązywał  fortugał vel verdugado czyli spódnica w kształcie dzwonu ( uzyskiwano kształt za pomocą wałków mocowanych  na biodrach pod spódnicą i wszytych  obręczach w  spódnicy - verdugo do po hiszpańsku oznaczało kosz ), mocno wydłużony i opięty stanik  formowany na gorsecie. Przód zapinano na ozdobne guzy. Taki stanik nieraz usztywniany za pomocą drewnianych lub stalowych listewek i nieco watowany. Kończył się wysoko pod szyję zapiętym, stojącym kołnierzem.  Na kołnierzu oczywiście obowiązkowa kryza vel kreza. W czasie w którym toczy się akcja powieści krezy osiągały szerokość niemal kobiecych ramion, a równocześnie otrzymała skośne nachylenie przez podniesienie w tyle wysokiego kołnierza ( tego typu kołnierze nazywano stuartowskimi ). No cóż, kobiecy weselny strój gdański cóś odbiegał od najnowszych trendów. Stało się tak za sprawą obyczaju o słowiańskim rodowodzie, choć zdaniem  mła był on znany  i na terenach niesłowiańskich. 

Rozpleciny czyli warkocz, impreza odbywająca się przed oczepinami, wówczas przyszłej  małżonce rozplatano włosy, no wicie rozumicie seksownie się kojarzące z pramatką Ewą, a głowa otrzymywała przystrojenie związane ze ślubnym  obrzędem, które  na  niej się trzymało aż do oczepin, czyli ustrojenia  głowy w strój przynależny  kobietom zamężnym ( taki zwyczaj się wykształcił w II tysiącleciu p.n.e. na Bliskim Wschodzie i dłuuugo się utrzymywał w Europie, aż do końca średniowiecza ). Tak pod koniec średniowiecza prezentowały się Panny Młode  na północy Europy, utrzymywało to się jeszcze w czasach renesansu ale powolutku zaczęło zanikać. Stąd zresztą  określenie gdańskiego kobiecego stroju weselnego w albumie z 1601 roku jako dawnego.  Tzw. korona otwarta jako nakrycie głowy Panny Młodej przybyła  do Gdańska z zachodniej Europy, w miastach hanzeatyckich z początkiem ery nowożytnej pojawiła się ona na głowach   patrycjuszek. Już pod koniec XVI była to osobliwość gdańska. Kiedy w Gdańsku korona  na głowie Panny Młodej zaczęła zanikać pod wpływem  coraz bardziej purytańskiego protestantyzmu, pojawiła się w ... szlacheckich dworkach, gdzie całkiem dobrze się miała jeszcze w XVIII wieku ( choć jej formy były już inne ) a także na  arystokratycznych  głowach, po zaniknięciu tzw. łubki. Biel sukni ślubnej to tyż nie była taka powszechna, tak po prawdzie to panny młode ubierano w cóś co mogło lata służyć właścicielce  a nawet być przekazane w spadku dzieciom.

Owszem było na bogato ale też na coolorowo. Taki błękit na przykład się na uroczystości zaślubin sprawdzał ( królowa Bona podczas dwóch swoich ślubów, tego per procura,  jak i właściwego, miała na sobie suknię z weneckiego atlasu w kolorze błękitu, obficie zdobiona  złotymi  blaszkami w kształcie uli ), lubiano też zieleń. Biała suknia ślubna ma królewski rodowód, ponoć jedną z najwcześniejszych "białych sukienek" była ta w która przywdziana była Filipa, córka angielskiego króla Henryka IV, podczas swojego ślubu z władcą Danii. Rzecz miała miejsce w roku 1406. Biały strój miał nawiązywać  do dziewictwa i niewinności, nie tylko jego posiadaczki ale także  tego uświęconego - Maryja była w malarstwie średniowiecznym  przedstawiana w białej sukni. W Kościele Katolickim biel symbolizowała oprócz  niewinności, także radość i świąteczny nastrój. Znaczy w sam raz pasiła do obrzędów weselnych. Wymowa symboliczna ubiorów srebrzystych była taka  jak tych uszytych z białych tkanin, stąd pierwsze suknie ślubne wysoko urodzonych były przetykane srebrem. Z czasem pojawiło się też złoto, dodające splendoru. W Polsce w białą suknię ślubną ze srebrnościami i złocistościami wyposażono królewnę Jadwigę, córkę Kazimierza Jagiellończyka, wydaną za bawarskiego księcia Jerzego. Na biało szła do ślubu nasza "ususzona" dziewica Anna Jagiellonka, co zresztą  nie odbiegało już wówczas od europejskiego standardu dla dam z królewskich rodów. Co ciekawe w Gdańsku do białej sukni dodawano nakrycia przypominające  koronacyjne płaszcze, oblamowane gronostajami. Gdańskie mieszczki epoki renesansu i wczesnego baroku przebierały się z okazji ślubu w późnogotyckie królewny.


Kiedy mła w głębokim dzieciństwie wyobrażała sobie taka pannę młodą to zaraz ona przekształcała się w jej umyśle w osobę z portretu. Mła zapoznała się z portretowaną damą dość wcześnie, na jednej z muzealnych szkolnych wypraw i od początku to ją wyobrażała sobie w gdańskim stroju ślubnym. Najprawdopodobniej, bo historycy sztuki mają różne zdania na temat tego kogo przedstawia portret,  nazywała się Maria Judyta Speymann, była  żoną Johanna Speymanna, bardzo  ale to bardzo wpływowego patrycjusza gdańskiego. Dość wspomnieć  że urodzony w 1563 roku Johann był właścicielem słynnej Złotej Kamienicy, domu  uznanego za taki  który w Gdańsku musowo trzeba zobaczyć. Miał znaczny udział w powstaniu takich  budynków jak: Wielka Zbrojownia, Złota Brama. Stał też wraz z burmistrzem Bartłomiejem Schachmannem za pojawieniem się Neptuna na Długim Targu. Był pomysłodawcą przyozdobienia sali ratusza dziełem Isaaka van den Blocka pod tytułem "Apoteoza Gdańska". Swoim czterem córkom zostawił w spadku oprócz domu przy Długim Targu i dwóch innych kamienic, spichlerz "Pod Lwem" i połowę  spichrza "Konwie", ogród ze strzelnicą i letnimi rezydencjami podmiejskimi ( w jednej zwanej Długim Ogrodem, leżącej co prawda w Nowych Ogrodach, niedaleko Bramy Wyżynnej, znajdowała się urządzona na sposób włoski łazienka z wodotryskami tryskającymi z pachnącymi wodami, ponadto wozownia i domek letni w ogrodzie z fontannami - 8 VII 1623 goszczono w tej posiadłości króla Zygmunta III Wazę, jego żonę Konstancję i królewicza, późniejszego króla Władysława IV, którzy korzystali z tutejszej zdobyczy cywilizacji ). Ufundował też stypendium naukowe dla uzdolnionego młodzieńca, członka swojej rodziny lub tylko ubogiego mieszczanina, z zachowaniem zasady że musi on być protestantem. Bibliotece Rady Miejskiej podarował część swojego księgozbioru i podtrzymał że raz w miesiącu Złota Kamienica miała być udostępniana zwiedzającym ( miał spore zbiory sztuki i modnych w tym czasie tzw. osobliwości ) .
 

Nie że sam się dorobił takiego majątku na handlu zbożem, handlował i owszem, głównie z Italią ( Livorno. Genua i Rzym pasły się tym zbożem ), był patrycjuszem z dziada pradziada. Jego dziadkiem ze strony matki był burmistrz Gdańska Johann Brandes, po którym zresztą odziedziczył imię. Jego dziadek ze strony ojca, Winold, był burmistrzem Orsoy w nadreńskim okręgu Moers. Młody Speymann studiował w Krakowie, Strasburgu, Wittenberdze, Królewcu, Heidelbergu, Padwie, Pizie i Sienie. Nie był  tylko kupcem, z rąk papieskich Klemensa VIII, jednego z najbardziej wykształconych papieży za którego inkwizycja wręcz szalała, otrzymał szlachectwo co jest o tyle zdziwne że Speymann był kalwinem. Jednakże to zboże z Gdańska stało za tym szlachectwem tak mocno że nie ważne jakiego wyznania był człowiek, który je wysyłał. Za ocalenie Państwa Kościelnego od klęski głodu otrzymał zatem Johann to szlachectwo i tytuł rycerza pozłocistego ( eques aureatus - w herbie, w tarczy dwudzielnej w słup w polu prawym srebrnym zielone drzewo, w polu lewym czerwonym - srebrny jeleń skaczący w prawo - cóś pięknego ), jak również specjalny papieski przywilej na wybudowanie spichlerza w porcie Civitavecchia. Nadano mu też wówczas przydomek "von der Speie", utworzony od nazwiska nawiązywał do uratowania Państwa Kościelnego od widma głodu. W Gdańsku sprawował funkcję  ławnika sądu, sędziego, rajcy a w końcu został  burmistrzem. 


Był też burgrabią królewskim. Ożenił się w roku 1596 i to tak że ożenek pozwolił zyskać wpływy pośród szlacheckich elit Prus Królewskich oraz na dworze królewskim. Maria Judyta Bahr była zaślubiona w kościele Najświętszej Marii Panny, tam też została w roku 1625  pochowana ( właściwie to niemal wraz z mężem, przeżył ją ledwie o 8 miesięcy ). O Judycie wiadomo tyle że była córką Judyty z ( Bartschów ) i Szymona Bahrów. Jej ojciec "który dla cnót Najdostojniejszego Króla Zygmunta na sejmie Królestwa Polskiego w roku 1591 został przyjęty do słynnego blaskiem starożytności Rodu Polskiego herbu Rawicz",  co zostało uwiecznione na jego nagrobku ufundowanym przez zięcia. Szymon należał do najbogatszych kupców gdańskich, był dostawcą króla Szwecji Jana III, a następnie bankierem i dostawcą jego syna, Zygmunta III Wazy. Judyta była jedną z dziewięciorga dzieci tej patrycjuszowskiej rodziny wywodzącej się z biedniejszego Starego Miasta. Cała familia była rozsądnie pożeniona, być powinowatym Bahrów oznaczało mieć wpływy. Co wiemy o samej  Judycie z niemiecka zwanej Judith?  Tyle że "wychowała się" na dworze Anny Habsburżanki i że straszy w Złotej Kamienicy, snuje się po korytarzach poszeptując "Czyń sprawiedliwie, nikogo się nie lękaj".  Niby osoba wpływowa, o jej mężu wiemy sporo,  a jedyne co o niej mła wiadomo to  daty jej  urodzenia,  ślubu, śmierci i daty urodzenia przez nią dzieci oraz daty podejmowania z racji pełnionej funkcji ważnych gości. Była,  ale jaka była?  Kim właściwie była, oprócz tego że była matką, patrycjuszką i burmistrzową? Jakoś brak odpowiedzi mła pasuje do portretu pędzla Möllera.

No bo tak po prawdzie to mła ma wrażenie że w tym przedstawieniu Judyta sama jakby mniej ważna, za to jej rola społeczna zgarnia wszystko. I owszem Judyta spogląda na człowieka z portretu ale czy człowiek jest w stanie przez te atrybuty Judytowego stanowiska przedrzeć się do Judyty? Mła się nie przedarła, Judyta równie dobrze mogłaby być Agathe, córką burmistrza Johanna von der Linde jak wysnuto na podstawie podobieństw z obrazem "Alegoria stanu małżeńskiego" przypisywanego Hermanowi Hanowi Młodszemu. Ech, najpierw obraz budził spory atrybucyjne, nie ustalono do teraz jednoznacznie także tożsamości portretowanej, sprawę skomplikowało dodatkowo to że rama obrazu nie jest oryginalna, została dodana nie wiadomo kiedy.  Mła tak sobie myśli że domniemywania historyków sztuki na temat motywu kotary, gatunku owocu trzymanego w  dłoni  przez portretowaną ( kotara była atrybutem rodem z malarstwa włoskiego, którego Speymann byl wielbicielem, owoc  przypomina mła gorzką pomarańczę Citrus aurantium nieporastającą w naszym klimacie, symboliczne znaczenie której było jasne tylko dla erudytów, dominujące  w portrecie  barwy herbu Speymannów  - biel, czerwień, zieleń ) wskazują na Judytę, jednak tak po prawdzie to z powodu konwencji wizerunku kobiecego ( zasadniczo portret jest taki bardziej niemiecko - niderlandzki, jednakże  choćby z racji tej kotary, występującej często w kręgu malarzy weneckich, widać fascynacje późnorenesansowym i manierystycznym  malarstwem włoskim, w którym model był mocno zdystansowany, jakby wyodrębniony a czasem i tak sobie podobny, co  odpowiadało termin gravità, ukutemu  przez Baldassare Castiglione, oznaczającego  powagę i surowość portretowanych twarzy, które miały wskazywać na   zalety ducha modela - ot młoda kobieta z takiej a takiej klasy społecznej, tyle te portrety mówią, chyba że mamy do czynienia z artystą tej klasy co Moro - mła nie jest zwolenniczką podejścia że  modelka jest tu przedstawiona w manierze  sprezzatura, określającej jej subiektywne i emocjonalne  doznania. ) to jest to tak na 55%.   No, może na 60%, w końcu Speymann był  malowany przez Möllera, pomagał mu także zdobyć zamówienia i wiadomo że około 1600 roku Möller pracował dla Speymanna. 

Zatem nawet jak to prawdopodobna Judyta to mła sobie może snuć rojenia o panience z okienka bo z Judyty w tym obrazie mało, za to patrycjuszki gdańskiej w nim pełno. Dodać należy że ta patrycjuszka najprawdopodobniej posiadała już klejnot  szlachecki bowiem ustrojona ponad mieszczański stan ( prawa stanowe dotyczące ubioru dość mocno wówczas egzekwowano ). Patrycjuszkę gdańską sportretowano  w ujęciu do kolan, w cud czerwonej sukni  łączącej elementy mody hiszpańskiej i niemieckiej, figurę podkreśla gors ozdobiony podwójnym złotym łańcuchem. Bransolety o pancerzowym splocie ( tzw. manele ), które zdobią nadgarstki patrycjuszki, znamy też  z  portretów niderlandzkich, angielskich i niemieckich  z drugiej połowy XVI wieku. Tak też jest w przypadku zawieszonego  u pasa pommandera, czyli pojemnika na wonności. Typowymi elementami dla stroju  patrycjuszek gdańskich  są tu czepiec ( wysadzany perłami albo z racji okazji albo urzędu męża ) i plisowany biały fartuch.  Za Deotymą  - "Za kawalerami szły panny także po trzy rzędem. Ubrania ich pstrzyły się różnymi barwami, ale krój miały jeden nieodmienny. Suknia sztywna w ciągnione floresowe wzory, z tyłu mocno powłóczysta, u dołu strefowana kilku pasamonami z ciemnych taśm kamelorowych albo z czarnego aksamitu. Na przód spódnicy spuszczał się długi a wąski fartuszek, w domu zwykle płócienny, a od stroju rąbkowy, powiewny, jakby biała szarfa. Stanik twardy i długi dosadnie zarysowywał utoczenie kibici. Rękawy, podobne do męskich, wydęte, rozporkami zatrzęsione, ściągały się u dłoni pod koronkowy mankiet, a z ramion tworzyły dwie wypukłe bańki, niby dwie podpórki mające podtrzymywać równowagę krezy. Ta ostatnia bywała najrozmaitszych rodzajów; czasem grubo rurkowana, a mała w obwodzie, czasem znów cieniuchna, ledwie troszeczkę falująca, a za to szeroka jakby tarcza. Z jej środka, niby pisklę z gniazda, wystawała główka gładka i mydłkowata, bo przy krezie wszelkie bogatsze ufryzowanie stawało się niemożebnym; głowa musiała być maleńką i okrągluchną, ażeby mogła poruszać się swobodnie w tej ciasnej, ostro prążkowanej konsze. Toteż wszystkie włosy podczesywano w górę i zaplatano w jeden warkocz, którego kręgi ukrywały się z tyłu pod czarną aksamitną bramką lub pod czółkiem z różnobarwnych wstążek."

Teraz trochę o Antonie Möllerze malarzu uznanym za twórcę  "Portretu patrycjuszki gdańskiej", zwanego czasem malarzem Gdańska. Otóż nie urodził się on  w Gdańsku, tam jedynie mieszkał co i raz gryząc się z gdańszczanami na temat różne, głównie religijne   ( był kalwinem ) i artystyczne (  z czystej złośliwości miał jakoby namalować Agathę von der Linde jako personifikację Pychy na obrazie "Sąd Ostateczny" w Dworze Artusa i na tym samym obrazie umieścić w Piekle dostojników miejskich, a siebie samego wśród szczęściarzy uciekających łódką z tych piekielnych czeluści, co na tyle wkurzyło miejskich że mieli zaprzestać korzystania z jego usług ). Na świat  przyszedł w Królewcu w Prusach Książęcych w roku 1563 lub w 1565, jako syn medyka i cyrulika pracującego dla księcia Albrechta. Uczył się w Pradze, w kręgu malarzy związanych z dworem cesarza Rudolfa II. Są przypuszczenia że odwiedził Italię. Na pewno nie był twórcą anachronicznym ( np. w pewien sposób eksperymentował z kolorem - wykorzystywał różne kolory zaprawy, imprimatury i podmalowania do osiągnięcia konkretnych efektów, między innymi białą imprimaturę do rozświetlenia powierzchni obrazu, czy różową zaprawę do namalowania nieba ),  Anton Möller stosował zasady technologii i techniki malarskiej typowej dla przełomu wieków XVI i XVII  w sztuce europejskiej i należy do grona wybitnych artystów, najwybitniejszych malarzy działających w Rzeczypospolitej. W Gdańsku osiadł w roku 1578, tworzył tam obrazy mające zdobić miejskie instytucje, kościoły,  jak też tworzył portrety dla indywidualnych zleceniodawców. No całkiem sporo rysunków, a także  drzeworyty, wspomniany choćby album ubiorów gdańskich. Mła go podziwia za świetlistość barw, już jako dziecko mła  była zafascynowana czerwienią sukni patrycjuszki z obrazu. Naprawdę dobry malarz a jakoś tak w Polszcze słabo znany.  W Gdańsku zostawił po sobie  obrazy malowane dla miasta,  dziś prezentowane w Muzeum Narodowym i dla duchowieństwa prezentowane w kościele  św. Katarzyny i   i Kościele Mariackim. Są też portrety, ten patrycjuszki i portret biskupa Maurycego Febera, będący tak po prawdzie kopią portrety wykonanego przez Crispina Herranta. Oprócz muzeum w Gdańsku, prace Möllera posiada Muzeum Narodowe w Poznaniu. Zmarł w 1611 roku w Gdańsku, pochowany został w kościele Św. Trójcy, którego pastorem był Jacob Fabricius, najbardziej wpływowy i charyzmatyczny kalwinista w Gdańsku. Dobra, tyle na dziś gdańskich reminiscencji.

piątek, 11 listopada 2022

Polskoświątecznie

Świątecznie i marszowo. No to maszerujta, póki jeszcze ma kto maszerować bo zdawa się że w szybkim tempie ilość potencjalnych maszerujących będzie się zmniejszać. Nadprezes nasz najjaśniejszy, który sam jest dziećmi nieobarczony,  wziął się do połajanek inszych niedzieciatych. Nadprezes to sam wyraźnie dziecinnieje. Taa... wg. Nadprezesa  wszystkiemu winne są kobiety  bo złośliwie nie rodzą. Hym... zdaniem mła to winni są mężczyźni bo coraz mniej z nich nadawa się na ojców. Można by oczywiście stwierdzić że   taka dupowata męskość to za sprawą mamuś powstała. No to ja się pytam - a gdzie byli tatusiowie? Ukrywali się przed funduszem alimentacyjnym czy cóś? Jaki  jest stosunek ojców walczących o dzieci w sądach  do tych, którzy się zwyczajnie na nie wypięli. Taa... potężnym problemem nie jest emancypacja kobiet, problemem jest dziecinnienie  mężczyzn i wskazywanie że to , Panie tego, wszystko przez te baby, które nie wiadomo czego chcą. A najczęściej chcą tego żeby dorosły człowiek wziął odpowiedzialność za to co robi. Odpowiedzialność - Dżizzu mła macki opadajo bo dla mła jej brak  jest jak katastrofa, to  jak rak toczący cywilizację Zachodu. Tak, tak, głównym problemem społecznym  jest  brak odpowiedzialności za swoje czyny.  Ekstremalny u obu płci. Brak odpowiedzialności  zarzundów rodzi ekstremalne odpowiedzi typu świroekolodzy blokujący przejazd karetki pogotowia do umierającej kobiety.  No blokowali bo zarzund jest nieodpowiedzialny za planetę, zmniejszyli populację o jedną sztukę - nie będzie już zatruwać Matki Ziemi.  Zarzund wyciągnie wnioski i ukarze jak najbardziej słusznie, bo świroekolodzy to nie coolegi. Coolegi od kretyńskiego zarzundzania srandemią uśmiercili znacznie wincyj osób i co? I jak na razie gówno, choć przeca słusznie byłoby kogoś do odpowiedzialności pociągnąć. Brak ponoszenia konsekwencji działań powoduje w społeczeństwie niby demokratycznym cóś podobne poczucie braku sprawczości do tego jakie mają społeczeństwa w krajach autorytarnych. No dodupnie jest. A zaczyna się to wszystko od takiego osobistego braku odpowiedzialności, np. za wychowanie własnych dzieciów. Lewica uwielbia występować w imieniu takich nieodpowiedzialnych niedojd, bo to bezpieczniejsze niż występowanie przeciw establishmentowi i pilnowanie praw pracowników najemnych ( grzechem prawicy jest za to uważanie że  słabość w ogóle na nic nie zasługuje bo się sama nie finansuje  ) .

Następnym cinżkim schorzeniem  na które na Zachodzie zapadamy jest bezmyślna lekkość bytu, łatwizna wchłaniana bezrefleksyjnie. A potem wylezie  że sobie ludziska wyhodowali jednostkowy i społeczny marazm, strach i wygodne nicniewiedzenie. A jeszcze później  przetoczy się koło  historii napędzane  siłą ludzkiego bezwładu, imposybilizmu  a ludziska zorientują się całe zdumione że któś nad nimi z batem stoi. Taa... będziemy szukać  partii idealnych, nie będziemy łazić na wybory bo trzeba by  głosować po raz enty zamiast na partię idealną na takich, którzy jak najmniej spieprzą,  czyli na mniejsze zło.  Im bardziej masowo będziemy ponad politykę tym bardziej  znajdziemy się pod butem polityków.  A  polityką jest wszystko, ruchy samopomocowe tyż.  Oczywiście mła nikogo nie namawia  do śledzenia teatrzyku politycznego, na to szkoda czasu. Rozsądniej  jest patrzeć  na to co polityczne  robią niż słuchać  co o tym robieniu  mówią. Mła  tak o tym pisze bo nie chciałaby żebyśmy kiedyś  się znaleźli w tym miejscu w którym jest teraz społeczeństwo rosyjskie. W Rosji są przeca normalni, przyzwoici ludzie,  zawsze byli, tylko cóś ich liczba  malała z reżimu na reżim. Zatopiła ich  przytłaczająca większość ludzi nicniechcących,  pozbawionych woli zmian i o zgrozo, zasad etycznych. Dla mła to strasznie smutne że żadne okropności wojny nie wywołały w rosyjskim  społeczeństwie tak widocznego głosowania postawą jak  mobilizacja.  Jakby nie  mieli problemu z gwałtami, mordami na bezbronnych a tylko z koniecznością wysyłki na front. Mła nie chciałaby żeby z nami tyż się tak porobiło. Hym... jeżeli nadal Rosjanie będą akceptować poczynania władzy to przy następnej  mobilizacji nie będą już mieli  możliwości przekraczania granic państwa, będzie  jak za Wujka Josifa.  Na własne życzenie. No chyba że  się wcześniej im państwo rozkraczy. Myślicie  że u nas  to Zachód i niemożliwe jest niewolenie społeczeństwa na jego własne życzenie?  Popatrzcie uważnie na to co nas otacza, na te cukiereczki z trującym nadzionkiem i na radosne otwieranie dzioba by to przełknąć. Srandemia mła nauczyła że umiłowanie zamordyzmu głęboko tkwi w ludziach a miłe,  łagodne starsze panie czy młodzi  mężczyźni zatroskani stanem świata w mgnieniu oka potrafio się zmienić w aktyw zamordystyczny.

Dzisiejszy wpis  ozdabiają cóś niejednoznaczne anioły Malczewskiego. Gdyby mła była pastuszkiem to by się mocno zastanawiała czy aby to bezpieczna taka anielska opieka. To pójdź za mną w wykonaniu takiego anioła cóś by mła nieufnością napełniło. Niedowiarstwo ze mła wychodzi. W Muzyczniku raz na ludowo, znaczy jazzowo.  Cała płyta, mła ją bardzo lubi dlatego świątecznie załącza.

poniedziałek, 7 listopada 2022

Rozmówki okołożyciowe z kotowskimi

 

Mła przeprowadza rozmówki z kotami, jak najbardziej życiowe. Rozmówki są konieczne bo nasza Okularia przeżywa zawód miłosny z tych ciężkich, Kituchna powędrował pod okno takiej jednej lafiryndy, która  raz uciekła z domu i pojawiła się w fabryce i mu zawróciła w głowie. No i to tam u niej, od czasu  sprowadzenia  nazad małpy do chałupy, Kituchna drze sznupę siedząc albo na chodniku albo, o zgrozo, na parapecie. Podobno nawet jest dokarmiany i wystąpiła chęć przysposobienia "tego biednego kotka". Lafirynda jest tricolorką, dość szczupłą. Okularia wie, bowiem udała się nielegalnie za Kituchną na tę ulicę gdzie Kituchna wysiaduje i widziała tamtą. Muam udała się za Okularią, stąd wie o  chęci przysposobienia Kituchny.  Jest gryplan że muam też Okularię przemocą w domu zamknie i Kituchna zobaczy  kogo stracił i karnie przywędruje pod  nasze okno, żeby tym razem u nas drzeć sznupę.  Hym... mła jest za, choć wolałaby  żeby zasiadywanie  przez Okularię w domu się obyło  bez przemocy. Insza rzecz że mła nie wie jak chłopaki, w tym Sztaflik,  zareagowałyby na pojawienie się Kituchny pod oknem. W ogrodzie to i owszem pełna tolerancja ale  na Podwórko dopuszczani są tylko Epuzer i Pusio. Cóś  nie jestem pewna czy aby zespół samiczo - samczy nie pogoniłby Kituchny, mła chciałaby żeby ze względu na Okularię wyjątek  jakby co zrobiły. Szpagetka i mła pocieszamy   Okularię jak umiemy po odkryciu zdrady Kituchny, a to przytulaski, a to wątróbka dodatkowa. Okularia po tych dodatkowych porcjach żarełka jakby bardziej puchata i Marilyniasta.

Sercowe problemy Okularii nie są tymi  jedynymi, kotostwo daje mła popalić aż niemiło. Mruti postanowił zająć się tresurą synów Małgosi  ( synowych nie musiał tresować - od razu wiedziały kto tu zarzundza ) i niestety odnosi sukcesy. Mła wczoraj znalazła Mrutiego we wnętrzu Małgosinego kredensu, wygłosiłam pogadankę skierowaną zarówno do Mrutiego  jak i do synków. Są miejsca które dla kotów są zakazane i nie ma że nie ma! Synkowie Małgosi nie pyskowali, natomiast Mrutek to dał popis - pyszczył głośno i dobitnie. Było nawet o tym że on jest czarnym panterem, melaninowanym jaguarem i  black pumonem ( mła zapodała mu krótko że  nie jest rasistką i wszystko jej jedno czy pierze tyłek pasiasty, ryży, biały czy czarny ). Mrutek zapodał na to mła że on do kredensu wróci jak tylko mła nie będzie w pobliżu a obecnie to mła olewa i idzie fikać do ogrodu razem ze Sztaflikiem, która bardzo szuka komu by tu dowalić. Mła zastanowiło że nie widziała podążającego w tym samym kierunku Pasiaka i czym prędzej  poszła sprawdzić  co się dzieje w chałupie, co okazało się nader słuszną czynnością, bowiem Pasiak właśnie uwalał się na świeżo wypranych firankach. Mła pomna jego strasznych obraz, które mogą zahaczyć o protestacyjny brak łaknienia, zdusiła w sobie wrzask  i po prostu przeniosła Pasiaka na wyro. Wzrok sznupy kociny po tej eksmisji firankowej załączam na fotce poniżej - "Dlaczego to muam zrobiłaś, dlaczego? Tam było świeżo a kocyk jest do dupy! Dwa dni leży.".

Kiedy Pasiak odczekał na  nowym miejscu dla przyzwoitości z kwadrans, po czym polazł do ogrodu, mła postanowiła przebrać pościel - w końcu nikt nie pretendował do zalegania  na wyrze. Tak się mła tylko wydawało, w starej pościeli na absolutnym nielegalu, starannie zawinięta  spała sobie Szpagetka. Jej Trójłapność  była raczej zaskoczona niż oburzona młowymi wytrzepywaniami, w końcu któż by śmiał aktualnie zalegiwaną przez nią pościel przebierać. Mła nauczona doświadczeniem zawinęła Szpagetkę błyskawicznie w kocyk zanim zaskoczenie przemieniło się we wkarw, no i  zostało mła wybaczone. Nawet nie było wracane  do tematu dwóch kuwet. Ostatnio bowiem Szpagetka  zapragnęła mieć dwie kuwety, na to i na to. Jeżeli nie ma dwóch to albo to albo  jest robione poza kuwetą. Insze koty podziwiają, dla nich to jak znać się na zegarku. Mła składa dziękczynienia Najwyższemu Kotowemu że reszta jej stada preferuje glebę pod kasztanowcem i walczy w ten sposób ze szrotówkiem kasztanowiaczkiem  ( znaczy Mrutkowi się tak wydawa ). Szpagetka tyż poleżała w kocyku z kwadrans dla przyzwoitości, po czym wypruła do ogrodu. Mła widziała jak słysząc ryki Mrutkowe w ogrodzie  Szpagetka  zamieniła się w Czarną Szczałę, znaczy przyspieszenie było na pograniczu prędkości kosmicznej. Potem z ogrodu różne kocie wrzaski  dobiegały, mła się wydawało że słyszy charakterystyczny charkotliwy miauk  Kituchny.  Czyżby stado lało niewiernego?

Teraz  troszki o codziennościach mła. Mła była dostała od synowej Małgoś osłonko - doniczkę, do której czym prędzej posadziła cóś słabiej rosnące gatunki gruboszy. Osłonka jest zupełnie w stajlu mła, ciekawe skąd synowa wiedziała?  Czyżby Małgoś knuła? Mła sobie pozwoliła była wydać w sobotę piniądz na chryzantemkę.  Jak się domyślacie piniądz był  taki że mła by się tramwajem porządnie za to nie przejechała. Mła zresztą i tak  chodzi  gdzie może na  własnych nogach, w związku z czym oszczędzi na kupowaniu nowych spodni. Stare, z których  i mła i Mamelon wyrosły, nagle są całkiem dobre. Niestety nie oszczędzi na szewcu, zelówki ściera. Robótki krzyżykowe cóś mła stanęły w miejscu ale mła za to naprawiła starą  serwetkę robiona techniką filet, znaczy pracowicie cerowała lilijkę francuską i to było cerowanie wyczynowe ponieważ Mruti domagał się uwagi. W ogóle kiedy mła  bierze do łapy igłę z nitką to Mrutek czuje się w obowiązku asystować. Mła mało co jest w stanie zrobić kiedy czarny łepek barankuje a czarna łapka jest kładziona  na tamborku. Dlatego mła wyjęła z czeluści szafy w schowku stare ususzone dyńki i granaty, wyciągnęła z pudełka farby akrylowe i robi sobie "wieczny listopad". Zainspirowała mła Mamelon, która zrobiła sobie dyńki z gipsu do odlewów szczękowych ( i z miejsca tak smętnego jak gabinet protetyczny można czerpać jakaś radość  ). Na razie kładę coolory podstawowe, co dalej z tego wyjdzie nie wiem bo koncepcja jeszcze się do końca nie uplingła. Zdaniem Małgoś powinno być ogniście, zdaniem Ciotki Elki złoto, zdaniem mła mocno coolorowo. W Muzyczniku Elżbieta Towarnicka śpiewa tekst Papuszy do muzyki Jana Kantego Pawluśkiewicza. 

P.S. Trzymajcie kciuki z całych sił  za Kocurrkowego Mefju, będzie miał operację!

niedziela, 6 listopada 2022

Rozmówki okołośmiertne

Temat cóś stosowny w ten listopadowy czas. Małgoś i mła prowadzą rozmówki na temat Największej Niewiadomej, nie takie filozoficzne i głębokie jak studnia na posesji Małgosinego dziadka, tylko takie hym... życiowe ( bardziej właściwe wydaje się określenie zwykle śmiertelne ).  Małgoś doświadczona, właśnie się otarła o śmierć więc ma jako zaznajomiona z tematem swoje  przemyślenia, którymi ze mła się dzieli. Otóż zdaniem Małgoś najgorsze w umieraniu jest kończenie się życia. Raz  że świadomość końca egzystencji, jestestwa i wszystkiego znanego człowieczego, dwa strona fizyczna aż do momentu "umierania właściwego" często jest do doopy. Jak to Małgoś zapodała mła - "Nie dość  że stres bo czujesz że to chyba  już, to jeszcze ta kłuta ręka boli jak  diabli". Małgoś jednakże twierdzi że jest taki próg, granica umieranie kiedy "bólność" odpuszcza i to jest umieranie właściwe.  Wg. niej "bólność" psychiczna odpuszcza razem z cierpieniem fizycznym i człowiek przeżywa tą swoją śmierć w spokojności. Małgoś ze  swoich prawie wiekowych doświadczeń życiowych wyciągnęła wniosek że takie zjawisko dotyczy wszystkich zgonów z wyjątkiem tych bardzo gwałtownych. Nawet dawniej ludzie bardzo cierpiący, bez  zapodawanej miłosiernej głębokiej  sedacji,  nie czuli bólu i uspokajali się rozpoczynając umieranie. Po Małgosinemu wychodzi na to że wszystko czego się boimy jest raczej związane z życiem niż ze śmiercią. Hym... to by się zgadzało z tym co  na ten temat ględzą neurolodzy, o czym  mła Małgoś powiadomiła. Na co Małgoś zaćwierkała że do pozyskania takiej wiedzy  to niekoniecznie trzeba  być ciężko uczonym,  bo jej własna  niepiśmienna babcia była świadoma że umieranie to proces,  choć samo słowo proces jej się tylko z sądem kojarzyło,  i "ta chwilka" ma różny czas trwania. Małgoś patrzyła tymi swoimi  prawie niewidzącymi ślepkami na mła, kiwała głową, robiła minę starej sowy i skrzeczała - "Mądrość ludowa". No cóś w tym jest, mądrość ludowa  wszak opiera się na iluś tam latach obserwacji. O wiele dłuższej  niż stricte medyczne badania.


Mła tyż postanowiła być mundra  i zaćwierkała Małgoś o pięciu etapach umierania: zaprzeczeniu, gniewie, negocjacjach, depresji i akceptacji. Małgoś na to że to nie żadne etapy umierania tylko etapy kończącego się życia i to się powinno jakoś inaczej nazywać, np. pięć etapów godzenia się z uciekającym życiem. Oczywiście Małgoś ma rację, pojęcia wprowadzone do psychologii  odejścia przez Elisabeth Kübler-Ross odnoszą się do przygotowania do śmierci a nie do niej samej. Przeca samą śmierć i tak musimy przyjąć do wiadomości  i wziąć na klatę chcąc nie chcąc, bo podobnie jak nasze narodziny nie jest ona od nas zależna. Owszem jak się uprzemy możemy wybrać sobie moment odejścia ale tego że musimy odejść nie możemy zmienić  ( wydawa mię się że świadomość  braku sprawczości jest dla nas źródłem dodatkowej udręki ) . Mła wcale nie jest pewna czy nie bać się tego  co poniektórzy medyczni twierdzą, znaczy że  nie możemy zmienić "na razie". Owszem żywot nam się wydłuża ale w przeważającej liczbie wypadków ten bardzo mocno wydłużony to jest taka egzystencja na poziomie  nie wiadomo  na ile świadomej wegetacji. Mało jest rzeczy smutniejszych  niż sala w ZOLu pełna kończących życie  staruszków, którzy jeszcze nie umierają ale już nie żyją bez wspomagania.
 
Zapewniamy odżywianie, ciepło, wydobywamy z organizmu mocz, niby jest OK ale Małgoś, która widziała taką salę z bliska podczas swojego  pobytu na rehabie po rozwalonym bioderku,  miała do mła prośbę że jakby co to dyskretnie poduszka na twarz albo jeszcze dyskretniejsze zostawienie  na 72 godziny bez żadnej opieki. Strasznie mła tym wtedy zaskoczyła,  kiedy stwierdziła  że taka opieka podtrzymująca życie powinna być stosowana przy młodych osobach w śpiączce ale nie przy staruszkach kole dziewięćdziesiątki, bo to dla staruszków  nic dobrego. Ona nie chce tak skończyć. I mówiła to naprawdę poważnie, żadne tam deklaracje, które przestają obowiązywać kiedy człowiekowi zagląda śmierć w oczy. Zdaniem Małgoś procedury medyczne w przypadku bardzo starych i ewidentnie kończących życie ludzi często służą zarobkowi DPS czy ZOL a niekoniecznie dobru pacjenta.  Cóś w tym jest, bo mła zna  przypadki z takich instytucji podpadające pod terapię uporczywą. Cóż, nasze szpitalnictwo  staruszków wykańcza, DPSy i ZOLe za to tych prawie wykończonych hodują jak długo się da a człowiek kombinuje jakby tu w tryby medycznej maszynki nie wpaść i ze szpitala prosto do DPSu  czy innego ZOLu nie trafić, Choćby z tego powodu że członkowie  rodziny pracują i nie są w stanie zapewnić opieki takiej żeby nie skończyło się to odleżynami czy tam innym zachłystowym zapaleniem płuc.

Małgoś ma swoją ulubioną, domową wizję śmierci - "Przychodzisz do mnie raniutko a ja już sztywna, umarłam kiedy sobie  przyjemnie śniłam o przyjęciu z O.". Oczywiście są pewne zagwozdki ponieważ przy zesztywnieniu pośmiertnym może być problem z otwartą japą, niektórzy bowiem sypiają z otwartą paszczą i chrapią, chrapania zresztą się wypierają jak żaba  błota. Stanowczo odmówiłam opracowania systemu podwiązującego żuchwę śpiącej Małgoś, po moim trupie takie ustrojstwo sobie założy. Złośliwie na noc ściągam ten  bandaż elastyczny, który ma zawieszony nad łóżkiem na drążku do ćwiczeń ( pomocny jest bo Małgoś ma na nim czasem podwieszaną nogę, którą radośnie macha ). Ponieważ nie mam ochoty na wyłamywanie stawów wprowadziłam korektę do słodkich marzeń - Ja przychodzę a Ty tu jeszcze  prawie że ciepła. Szybko sprowadzam koty na ostatnie pożegnanie i zawiadamiam  gołębie. Dalej następuje ulubiona część Małgoś, znaczy po wizycie lekarskiej naszykowanie rzeczy i uzgadnianie szczegółów jej wyglądu z pogrzebnikiem. Oczywiście ukochane  klejnociki mła ma założyć na ostatnie pożegnanie z rodziną a potem dyskretnie zdjąć i rozdać zgodnie z rozpiską. Małgoś cóś nieufna w kwestii drogocenności i słusznie bo tu pogrzebników nie trzeba, Mamelonowa Ciotka Danka wróciła ze szpitala bez  medalika i łańcuszka, nikt nic nie wie czeski film.

Obecna najaktualniejsza kreacja pogrzebowa to popielata szarość i kremowa biel. Małgoś dopuszcza dyskretne położenie delikatnego różu na policzki i "naturalnej" szminki na wargi, poza tym żadnego malowania twarzy. Mła ma za to zlecić pomalowanie  paznokci u rąk na jasny róż, ponieważ biaława siność paznokci zdaniem Małgoś  będzie psuła ogólny efekt stylizacji. Po najbardziej interesującej części Małgoś  tradycyjnie gryplanuje kremację, pochówek i stypę. Z trumną do kremacji za wiele się nie wymyśli  ale za to urna elegancko ciemna, stroik z róż jasnych, nic krzykliwego. Preferowane są kwiaty w odcieniach złota lub kremu, różowość teraz jest dopuszczalna ale to opcja drugiego wyboru. Wieńców nie za dużo, bez ostentacji. Stypa to obecnie obiadek składający się z czerwonego barszczu z domowymi  uszkami i pieczeni w garniturze. Alkohol i owszem ale nie żeby lał się strumieniami. Po obiedzie kawa, herbata, ciasta i jakaś słodkość dla najmłodszych, najlepiej taka żeby  pogrzeb prababci mile im się kojarzył i zapadł w pamięć. Jest bicie się z myślami czy tort  to odpowiedni wypiek na pogrzeb. Taa... Małgoś wyraźnie i na całego delektuje się swoimi sprawami okołośmiertnymi, w zasadzie słusznie bo kiedy niby ma się nimi delektować?


Mła ma wrażenie że przez to planowanie "tego co potem" Małgoś jakimś cudem przeżyje własną śmierć. Pewnie że nie fizycznie ale będziemy grali wg. jej zasad.  No tak, brak sprawczości zdawa się nie będzie spędzał Małgoś  snu wiecznego z powiek. Zdziwnie  z nami jeszcze pobędzie przez to zarzundzanie okołośmiertnością. Jak to zapodała - "Mnie to już  będzie wszystko jedno ale przecież wy jakoś musicie żyć i mnie się wydaje że to co było na stypie teściowej J.  to nie jest dobry sposób na życie. Zupa z ersatzu po  pogrzebie, też coś! To już lepiej tylko jakiś bigos było podać, to pasuje. Jakby na  mojej stypie taki brak szacunku był dla żałobników to ja bym chyba ze wstydu drugi raz umarła".

Dzisiejszy wpis macie zapodany z dzisiejszymi fotkami ogrodowymi. Już jest poważnie listopadowo. W Muzyczniku jesienna piosenka.

piątek, 4 listopada 2022

Gduńsk, Gdańsk, Danzig - część szósta

Mła wraca do zapisków z wypraw, zacznie od gdańskich specyficzności -  od przedproży . Choć tak po prawdzie to  nie była drzewiej tylko gdańska specyficzność, przedproża to w czasie średniowiecza była zwyczajność w miastach niemieckich, zwłaszcza tych położonych w pobliżu Bałtyku. Do Gdańska najprawdopodobniej przyszły wraz z napływem ludności z Lubeki. Na zachodzie Europy zaczęły zanikać  pod koniec średniowiecza a w Gdańsku przeszły transformacje i stały się elementem architektonicznym wyróżniającym miasto.  Na ziemiach polskich  niewiele zachowało się tego typu konstrukcji, można zobaczyć pojedyncze przedproża w Krakowie czy w Toruniu. Kiedyś  były też  w Elblągu ale tam zdawa się nic nie ostało, ponoć też w Olkuszu. Wg. profesora Andrzeja Januszajtisa, znawcy historii Gdańska, oprócz tzw. Starego Portu to przedproża są najbardziej charakterystycznym elementem  wizerunku miasta, czymś unikatowym.  Dobra, to teraz do tego czym właściwie jest przedproże. Przedproże to taki parterowy taras od strony ulicy, wysunięty przed  fasadę i często ogrodzony balustradą. Zazwyczaj o szerokości takiej samej jak fasada ale to nie jest regułą. Geneza tych konstrukcji nie jest do końca jasna, jest parę teorii dotyczących ich powstania, z czego trzy są  tzw. teoriami poważnymi. Najulubieńszą zdawa mła się ta, która przypisuje ich powstanie zagrożeniu powodziami. Miano  budować przedproża po to, żeby wezbrane wody Motławy nie zalewały wnętrza domu przez drzwi wejściowe. Znaczy miało to wyglądać tak - wejście do domu  urządzano wysoko nad poziomem ulicy, w związku z czym pojawiały się schody. Ponieważ schody zajmowały część ulicy przed domem, więc właściciele domów w szczwany sposób wykorzystywali resztę miejsca, budując przy schodach taras, który ułatwiał transport towarów, a po wzniesieniu balustrady mógł zamienić się w salon na wolnym powietrzu.

Za powodziową teorią  w przypadku powstania gdańskich przedproży przemawia choćby to że na schodzącej ku Motławie ulicy Mariackiej, zwiększa  się wysokości przedproży w miarę zbliżania się do rzeki. Hym... jakby oczywista oczywistość, że tak polecę klasykiem. Jednakże i insze teorie powstania   przedprogowych  konstrukcji są ciekawe i przemawiają za nimi niegłupie argumenty, np. teoria zwana piwniczną. Otóż wg. teorii  piwnicznej, ciasnota w piwnicach kopanych na wąskich działkach spowodowała budowanie zejść do nich nie z sieni, tylko z terenu znajdującego się na zewnątrz domów, znaczy prosto z ulicy. Zejścia do piwnic obmurowywano, tworząc tzw. szyję piwniczną i uzyskując tym samym dodatkowe metry. Nad tymi konstrukcjami wznoszono taras, najlepiej taki  zajmujący całą przestrzeń przed domem. Trzecia teoria dotycząca powstania przedproży zwana jest teorią śmieciową , zakłada ona że przedproża pojawiły się z powodu narastania podłoża wokół domów spowodowanego  przez wyrzucane przez mieszkańców odpadków,  na skutek czego trzeba było coraz wyżej przemieszczać wejście i umieszczać przed nim taras ze schodkami. Taa... ależ gdzie i jak tak można imputować, przodki przeca nie były  brudasami. Okazuje się jednak że teoria śmieciowa nie jest pozbawiona  podstaw. W ten sposób przyjęło się wyjaśniać  powstanie przedproży, odkrywanych pod ziemią w Krakowie, Olkuszu i innych miastach. Wykopki miały na to wskazywać. Czy w przypadku Gdańska tyż tak  było? Mła przyznawa że nie ma tak do końca wyrobionego zdania w tej kwestii, choć najbliżej  jej do teorii powodziowej, co związane jest z bliskością Motławy. W końcu podczas powodzi śmieci by odpływały, choć z drugiej strony powódź mogla nanosić  szlam, który wymieszany ze śmieciami był trudny  do  usunięcia. Na pewno "jakby co" to rzeczy przechowywane w piwnicy łatwiej było przenieść na taras przedproża i uchronić je przed zniszczeniem. Wydawa się to mła logiczne i najbardziej prawdopodobne. Jednakże jak to było z gdańskimi przedprożami naprawdę nikt nie wie, tylko sobie gdybamy.


No to już wiemy że partery gdańskich budynków  z powodu położenia miasta na terenach zalewowych były znacznie wyżej usytuowane niż to miało miejsce w innych miastach, wysoko ponad poziomem ulicy, co zmuszało do budowy schodów do drzwi wejściowych. Przedproże gdańskie  wykształciło się w XV wieku, w czasie kiedy miasto wybijało się na samodzielność. Nie bez znaczenia były względy estetyczne powiązane z prestiżem.  Utrzymywano lepiej  porządek przed wejściem do własnego kantoru lub mieszkania z  ulic, które wówczas często gęsto bywały błotniste. W czasie średniowiecza wykształciły się dwa typy przedproży. Pierwszy z nich  to tzw. siedzisko schodkowe, w którym drewniane schody składające się z kilku stopni prowadziły do niewielkiej platformy przed drzwiami wejściowymi. Kamienne płyty  wolnostojące   stanowiły wyłącznie oparcie dla drewnianych poręczy, schody zaś przerzucone były ponad rynsztokiem. Tego typu przedproże nie obejmowało z reguły całej szerokości kamienicy ( podobnego typu przedproże znajduje się np. przy obecnej ul. Straganiarskiej 19 ). Drugi typ przedproża, częściej występujący,  składał się z połączonych ze sobą dwóch form architektonicznych: niskiego podestu i przylegającego do niego, obudowanego wejścia do piwnicy. Na ten  podest prowadził pomost lub schody przerzucone nad rynsztokiem ( do dziś możemy to przerzucanie nad rynsztokiem na ul. Mariackiej zobaczyć, choć teraz to jedynie wody opadowe tymi rynsztokami płyną ). W zależności od szerokości elewacji  budynku schody na podest umieszczone były w  osi wejścia lub z boku.  Tego typu przedproże obejmowało najczęściej całą szerokość elewacji.  Przybudówki,  w których mieściły się zejścia  do piwnic, najczęściej nie łączono z elewacjami

Początkowo przedproża budowano z drewna, przede wszystkim dębowego, bardzo odpornego na wilgoć. Wraz z bogaceniem się miasta sięgnięto po bardziej trwały materiał. Pojawiła się też potrzeba uwidocznienia  prestiżu co bogatszych członków społeczności miejskiej. Tak pojawiły się  rozbudowane, płaskorzeźbione płyty kamienne, które  ustawiano przed schodami ( np. przy obecnej  ul. Mariackiej 1 co mła umieścila na fotce nr.  5, czy też pozostałości płyt kamiennych odkryte przy obecnej  ul. Chlebnickiej, zrekonstruowane przez  Macieja Kilarskiego ). Stanowiły one wówczas główny element dekoracyjny przedproży. Najczęstszym motywem rzeźbiarskim występującym na  tych płytach były motywy religijne i przedstawienia roślinne. Wykonane w jednej płycie kamiennej,  z wapienia  lub z piaskowca,  składały się z dwóch elementów kompozycyjnych: prostokątnej płyciny ( niekiedy  bez dekoracji rzeźbiarskiej ) i okrągłego zwieńczenia ( tu zawsze występowało  dekorowanie  rzeźbą ). Czasem płyty były rzeźbione po obu stronach, choć nie występuje to często - ekstrawagancja dla lepiej uposażonych. Wielkość płyt była zróżnicowana, często ich wysokość dochodziła  lub nawet przekraczała wysokość dwóch metrów.   Zespół gotyckich płyt przedprożnych, odnalezionych na terenie Gdańska, prezentowany jest w lapidarium na dziedzińcu Dworu Artusa, a także w Muzem Narodowym, w tym samym oddziale, gdzie znajduje się tryptyk Memlinga. Już w XVI wieku zaczęto zabudowywać przedproża drewnianymi budami, które stanowiły przedłużenie kramu czyli sklepu, znajdującego się w budynku.Wraz z rozwojem handlowej potęgi Gdańska rosły wymagania Rady Miejskiej względem wyglądu Nowego Miasta. W drugiej  połowie XVI wieku Rada Miejska wydawała zarządzenia nakazujące burzenie szpecących budynki przybudówek. Ten ruch bardzo przyczynił  się do rozwoju wystroju przedproży, choć tak po prawdzie to dopiero w 1597 roku Rada Miejska ostatecznie zezwoliła na  urządzanie przed budynkami. Innego wyjścia nie miała jak przyklepać stan istniejący.

To właśnie wówczas, na przełomie XVI i XVII wieku,   wykształciła się ostatecznie tarasowa forma przedproży obejmujących całą szerokość elewacji kamieniczki, od sąsiedniego budynku oddzielonych tylko wąskim murkiem granicznym. Wszystko oczywiście było podpiwniczone, magazyny znajdujące się w piwnicy, dostępne były bezpośrednio z ulicy i połączone z piwnicami budynku o innym przeznaczeniu. W zależności od wysokości przedproży nad poziomem ulicy, zejście do piwnicy wystawało ponad poziom tarasu ( tak się działo jeżeli na taras wchodziło się po  mniej niż 7 stopniach ) lub nie wystawało. Taras otrzymał bogatą balustradę, wszak wysoko było a tarasy zmieniły swoją funkcję - zamiast składowaniu towarów i prowadzeniu handlu coraz częściej służyły wypoczynkowi  mieszkańców domu. W początkowym okresie balustrady były drewniane lub metalowe, czasem bardzo ozdobne z pięknych gdańskich krat.  Konstruowano taka balustradę z prostokątnych, na ogół kwadratowych kwater,  wypełnionych spiralami. Pojawiał się też  często motyw z centralnie umieszczoną rozetą, którą otaczają drobne spirale ( takie balustrady dziś możemy zobaczyć na ul. Katarzynki 1–3  i na ul Mariackiej  13, gdzie odtworzono balustradę  z około 1630 roku  fotka nr. 18 ). Niekiedy te balustrady były uzupełnione  kutymi, płaskimi elementami w formie groteskowych główek albo i inszych form. Konstrukcję balustrady stanowiły również kute słupki i poręcze.

Stojące przy pierwszym stopniu po obu stronach schodów  bogato rzeźbione słupki kamienne lub typowe  dla Gdańska duże, granitowe kule ( niekiedy o średnicy 80–100 cm ),  łączono z balustradą kutą poręczą. W tym czasie murki graniczne uzyskały kamienne nakrywy z wyżłobioną rynną odprowadzającą wodę z dachu na ulicę poprzez rzeźbione, wystające 50–60 cm przed lico murku kamienne rzygacze o fantastycznych kształtach. Otrzymywały one formę smoków, delfinów, rybich paszcz  itp. Drzwi wejściowe do pomieszczeń pod przedprożami zaczęto otaczać   kamiennymi  portalami . Ponadto w ścianach wysokich przedproży umieszczano okna, które doświetlały pomieszczenia magazynowe i warsztaty pod przedprożami. Na takim ganku biesiadowali majster Schultz  z porucznikiem Kazimierzem Koryckim w ramotce XIX wiecznej autorstwa Deotymy - "A naprzód część jej dolna wysuwała się do widza tarasem ( tak zwanym przez miejscowych mieszkańców beischlagiem), na który prowadziło pięć schodków kamiennych. Taras był ubrany w kwitnące donice i obwiedziony kratką wykutą, a raczej wydzierganą z żelaza; sploty jej pogięte w zakrętne gałązki, miały nawet wiele części suto pozłacanych, zwłaszcza tam, gdzie kowacz powypuszczał z nich liście, szyszki i jabłuszka. Pozłocił on i poręcze od schodków oparte na dwóch kamiennych kulach, owych sławnych ku-lach przedgankowych, które zawsze stanowiły jedną ze znamiennych cech budownictwa gdańskiego. Na tarasie, wzdłuż kraty, pomiędzy zielenią biegły dębowe ławy o rzezanych oparciach. W pośrodku wznosił się stół okrągły, raz na zawsze już wmurowany i wyrżnięty z tegoż samego szarego granitu, co i olbrzymie przedgankowe kule."

Niby  XIX wieczne wyobrażenie ale coś prawdziwe  bo to w tym okresie, w którym się toczy akcja powieści, czyli w pierwszym trzydziestoleciu XVII wieku,  przedproża stały się przedłużeniem reprezentacyjnej sieni kamieniczki mieszczańskiej i w pogodne dni stanowiły swoisty salon. W związku z tym pojawiły się na nich nawet kamienne ławeczki, w "lepszych" kamienicach wsparte na rzeźbionych konsolkach.  Dalej za Deotymą - "Chwal przedawając, gań kupując. Kupca Nie chciej mądrego, szukaj sobie głupca... Tu śpiew został przerwany przez ogromne śmiechy i oklaski. Pan Kazimierz, który siedział odwrócony od ulicy, obejrzał się i teraz dopiero postrzegł, że na wszystkich tarasach, jak mógł okiem sięgnąć i w prawo, i w lewo, siedziało także mnóstwo osób: gospodarze przy szklenicach, panie i panny z robótkami; dzieci bawiły się na schodkach. Wszystkie te grona słuchały z wysokim zajęciem nie znanej dla wielu pieśni Klonowicza, a ostatnie słowa, dobrze trafiające do ich kupieckiego zmysłu, wywołały wielką wesołość. Zaraz też towarzystwa innych ganków odpowiedziały na ten śpiew innym śpiewem: jedni wykrzykiwali pustackie Gaudeamusy, drudzy niemieckie bajeczki o Mądrym Lisie. Na poprzecznej ulicy ozwał się nawet któryś z chorałów Lutra."

Kolejnym etapem rozwoju przedprożalnictwa w Gdańsku było  pojawienie się pełnych balustrad kamiennych na tarasie, tworzonych przede wszystkim z piaskowca, rzadziej z wapienia. oczywiście w co lepszych kamienicach te płyciny kamienne były płaskorzeźbione.  Konstrukcję balustrady stanowiły kamienne słupki, na których wspierała się masywna, również kamienna, profilowana  poręcz. Początkowo leżała wyłącznie na słupkach, później pojawiły się płyciny. Te pierwotne konstrukcje jeszcze bezpłycinowe, często gęsto miały wspaniałe rzeźbienia, poręcze zaś były  opracowane  tak że i w Rzymie by się takiej kamieniarki nie powstydzili.  Kiedy pojawiły się  płyciny, coraz ciekawiej zdobione, często ażurowe, bogato rzeźbione balustrady ( np. przedproże  przy obecnej ul. Piwne 60, odtworzone wg. stanu z roku 1660 ). stały się równie ważne jak elewacje budynków. Zatem  przedproże zaczęło odgrywać taką samą rolę w ideowej wymowie wystroju kamienicy mieszczańskiej jak jej fasada. Motywy płaskorzeźb  nie  były sobie a muzom tworzone, klient płacił, klient wymagał. Na  płycinach balustrad znajdowały się takie motywy   ikonograficzne, które świadczyły o  religijności właścicieli budynków lub ich znajomości świata, kultury. Mamy zatem przedstawienia   biblijne ( ul. Mariacka 17, Długi Targ 18 ), wyobrażenia sztuk wyzwolonych (ul. Mariacka 26 i 36 ), pór roku ( ul. Korzenna 43, ul. Chlebnicka 14, ul. Ogarna 15 ), motywy nawiązujące do mitologii grecko - rzymskiej.  Od czasu balustrad tworzonych z kutych krat nie zmienił się  układ przestrzenny przedproży i zasady wystroju, stały się jednak o wiele bogatsze, bardziej barocco, że tak  rzecz ujmę. 

 

Przedproża rzecz jasna stawiano nie tylko  przed patrycjuszowskimi kamieniczkami, wyrastały też wzdłuż ulic uboższego  Starego Miasta,  na Starym Przedmieściu czy w Dolnym  Mieście. Pojawiły się dość wcześnie, lecz więcej informacji na ich temat mamy dopiero z końcówki wieku XVI i z wieku XVII. na ogół były wykonane z materiałów mniej trwałych, ich wymiary były znacznie mniejsze a wystrój zdecydowanie uboższy. Najczęściej występowały w tych "gorszych" dzielnicach  balustrady drewniane z toczonych tralek lub wyrzynanych desek ( np. balustrady przy ul. Karpia ). Oczywiście  gdyby nie ikonografia z epoki i zapiski kto komu za co to by sobie można tylko gdybać. Przedproża wykonane z drewna nie miały szans z historią, nawet taką w której by nie było  żołnierzy. A co się działo z przedprożami z Nowego Miasta w wieku XVIII?  Zrobiły się rocococococco, znaczy  bogaty wystrój się utrzymał a płyciny wzbogaciły się w motywy zdobnicze charakterystyczne dla stylu  rococco. W połowie XVIII wieku utrzymywała  się moda  pełne balustrady płycinowe o różnej formie, np.  tarcz herbowych. Wszystko  obwiedzione wstęgami i wolutami, z dekoracją rocaille. Motywy płaskorzeźb to nadal tematyka  biblijna, religijna lub alegoryczna, to się nie zmieniło. Głęboki relief płyt ( tak głęboki ze niekiedy płyty sprawiają wrażenie ażurowych ) często podkreślany był barwną polichromią lub złoceniami ( np. przedproże  przy ul. Długi Targ 15 ). Słupki przed schodami miały głównie formy waz ozdobionych motywem rocaille lub motywami roślinnymi. Poręcze otrzymały błyszczące, mosiężne przewiązki.

W drugiej  połowie XVIII wieku Gdańsk zaczął się nieco dusić, znaczy pojawił się problem charakterystyczny dla powstałych w średniowieczu miast Europy, których nie zmógł żaden kataklizm - w obrębie murów miejskich zaczęło brakować terenów budowlanych. Na obszarze Głównego Miasta, bardzo duża część przedproży ( a szczególnie na Długim Targu ) zabudowywana była ponownie drewnianymi budami i to takimi, które nierzadko  osiągały wysokości dwóch kondygnacji budynku.  Te konstrukcje pełniły funkcje usługowe, niekiedy drewno zastępowano murowaną konstrukcją, np. kioskiem z pokojem mieszkalnym ( tak zdarzyło się np. w budynku przy ul. Ogarnej 31, czy w kamieniczce  przy  Targu Drzewnym 3 ). Podobnie jak w XVI wieku ten pęd  do  przekształcania przedproży tak naprawdę w  kamienicę przerwała Rada Miejska, w roku  1761zakazała wznoszenia takich przybudówek. Taa... ale to nie były już czasy wszechpotęgi Rady Miejskiej,   początku XIX wieku przybudówki  na przedprożach wznoszono właściwie masowo. Te przedproża które wznoszono wg. klasycznych, gdanskich prawideł tez nieco się zmieniły w czasie  przełomu XVIII i XIX wieku.  Kamienne balustrady przedproży stały się mniej ozdobne, spokojniejsze w formie, kamienne płyty przedprożne dekorowano charakterystycznymi dla sztuki klasycystycznej  motywami wieńców czy  festonów. Słupkom przedprożnym nadawano formę kanelowanych kolumn lub waz ( takie można zobaczyć przy  ul. Długiej 13 czy  ul. Piwnej 69 ). Triumfalnie  powróciły metalowe kraty, choć w już innej formie - bardzo  geometryczne, często stylizowano je na na formy gotyckie (  no wicie rozumicie - ostrołuki i inne żabki ).

Wiek XIX nie był dla przedproży gdańskich  łaskawy, zmiany w charakterze zabudowy miasta,  szczególnie w drugiej  połowie wieku, walnie przyczyniły się do upadku przedproża jako charakterystycznego elementu gdańskiej ulicy. Stało się tak za sprawą konieczności poszerzenia szlaków komunikacyjnych i  budowy nowoczesnego układu kanalizacyjnego, która miała miejsce  pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku.  Zmieniały się też gdańskie  kamienice, przebudowywano ich partery  na lokale sklepowe czy gastronomiczne, montowano w budynkach duże witryny. Po raz pierwszy o likwidacji przedproży pomyślano  już w pierwszej ćwierci XIX wieku, jednakże to były raczej tzw. zarządzenia papierowe. Dopiero w latach sześćdziesiątych do sprawy zabrano się na poważnie - w roku 1861 wydano administracyjny zakaz budowy nowych i remontowania już istniejących. W roku 1868 nakazano usunięcie w ciągu pięciu następnych  lat wszystkich przedproży, z wyjątkiem mających wyjątkowe wartości artystyczne. Ostatnie przedproże z solidnie zaprzedprożonej   ul. Długiej usunięto w roku 1873. Przy Długim Targu zachowano część przedproży, zwłaszcza w szerszej części placu, po jego zachodniej stronie. Tutaj także, dzięki staraniom działającego w Gdańsku Towarzystwa Ochrony Zabytków, zaczęto montować co lepsze przedproża rozbierane na innych ulicach. Gromadzono rozbierane elementy cennych przedproży z myślą o kolekcjach muzealnych lub odtwarzaniu ich w przyszłości, podczas rekonstrukcji. Gdańszczanie  zapobiegliwi byli. Do końca lat siedemdziesiątych  XIX wieku usunięto z Gdańska około 1800 przedproży. W 1897 roku, kiedy tak to masowe rozbieranie ruszyło historyków, architektów i miłośników zabytków że zaczęły się protesty i akcja w prasie, władze miejskie  ugięły się i  wydały zarządzenie nakazujące pozostawienie w spokoju przedproży na ul. Piwnej, Chlebnickiej, Mariackiej i św. Ducha.

Zarządzenie zarządzeniem a proces likwidacji przedproży trwał.  W roku 1906 na przykład, po regulacji ul. Piwnej, która to niby miała być chroniona przed odprzedprożowaniem,  zlikwidowano na niej wszystkie dotychczas zachowane przedproża. Dopiero na  przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, w czasie kiedy  Gdańsk zachłysnął się  swoją tożsamością,  rozpoczęto proces przywracania przedproży, przede wszystkim   ulicom wokół   kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Przywrócono je na ul. Piwnej i Mariackiej ( nr 9, 10, 18, 19, 20, 22, 32 ). Wykorzystano przy tym przywracaniu zgromadzone przez Towarzystwo Ochrony Zabytków elementy przedproży z rozebranych w XIX wieku. Na realizację całego planu niestety nie pozwoliła fascynacja gdańszczan  Wujkiem Adim, która ściągnęła na miasto grozę II Wojny Światowej w wydaniu  żołnierzy sowieckich. Zniszczenie Gdańska w 1945 roku przeca nie ominęło przedproży, a czego nie zniszczyli Sowieci to zniszczyli tacy, którzy odgruzowywali miasto. Władzom konserwatorskim udało się uratować jedynie niewielką część autentycznego wystroju kamieniarskiego, resztę odtwarzano. Powstał plan odbudowy Głównego Miasta, który  zakładał zachowanie przedproży tam, gdzie istniały przed wojną, oraz odtworzenie ich przy ul. Piwnej, Mariackiej i Długim Targu.

Pierwsze przedproża odtworzono przy Długim Targu. Wykorzystywano przy tym odtwarzaniu  autentyczne elementy wystroju kamieniarskiego i to nie nie tylko z Długiego Targu, także z innych ulic, np. płyty przedproża przy Długim Targu 7 z około roku 1700 pochodzą z ul. Szerokiej 33, jest to jednakże zgodne ze stanem z końca XIX wieku, w którym Długi Targ stanowił miejsce gromadzenia  co lepszych elementów architektonicznych przedproży gdańskich. Wykonywano też kopie utraconych w czasie wojny elementów ( tak zrekonstruowano przedproże przy Długim Targu 5, które tak naprawdę jest kopią  przedproża z ul. Długiej 20 ).  Pojawiły się też całkiem nowe projekty, niektóre z nich zachowywały historyczną formę ( np.  przedproże przy Długim Targu 16 ) a czasem tworzono przedproża współczesne, z wykorzystaniem elementów rekonstruowanych ( jak to przy Mariackiej1 czy Mariackiej 13, gdzie użyto kopii obiektów muzealnych  ). Są też przedproża z dekoracją powstałą w latach sześćdziesiątych XX wieku. Najbogatszą w przedproża  jest ulica Mariacka, gdzie odtworzono stan cóś jakby dawny wykorzystując bogatą historyczną ikonografię i detal kamienny. Przedproża spotkamy też na Długim Targu,  Piwnej, Chlebnickiej, św. Ducha, Ogarnej i na Targu Rybnym. Poza Główny Miastem, przedproża możemy zobaczyć  przy ul. Katarzynki na Starym Mieście. Dziś z przedprożami  kłopot, należą  jak kamienice do  prywatnych właścicieli, czy wspólnot mieszkaniowych. Sypią się, remontować trza a koszty niemałe. Jak znam życie zaraz wlezie jakiś projekt typu sto kamienic czy cóś.