Rabata podjarząbkowa miała nie istnieć, pod jarzębem mącznym ( Sorbus aria ) miała sobie rosnąć trawa trawniczasta. Trawa trawniczasta jednak stwierdziła że są gleby na których wzejść się nie da i do takowych należy mieszanka gliny i tzw. szlaki w okolicach podjarząbkowych.
Miałam albo wymienić glebę ( kasa misiu, kasa ) albo zastanowić się głęboko nad problemem i odpuścić. Zastanowienie głębokie skończyło się tym że pod "Mączystym" ( ksywka nadana jarzębowi mącznemu przez Małgoś Sąsiadkę ) wyrosła góra kompostu, która douroczyła i tak już paskudne podwórko. Przez trzy lata przyszła rabata podjarząbkowa wprawiała w osłupienie odwiedzających nasze włości, no pięknie było, he, he! Ale po tym czasie dysponowałam już czymś na kształt gleby w której coś zdoła wyrosnąć. Zaczęłam się wtedy zastanawiać czy to koniecznie musi być trawnik. Szczerze pisząc to miałam już serdecznie dość dbania o trawsko trawnicze - trawnik zamienił się w Tyrawnik! Nie uśmiechało mi się zapuszczanie zieleniny, której utrzymanie w naszych warunkach klimatycznych we względnym dobrostanie wcale nie jest proste. Nie mam w sobie nic z ogrodnika ( przeważnie dopada to facetów ) dumnego z przepięknego trawnika. Bardzo złośliwie i mało elegancko sobie wtedy myślę że równie dobrze mogliby dbać o "nasadzenia" pól golfowych czy stadionów piłkarskich. Nie da się ukryć że trawniczyć nie umiem i nie lubię choć i w Alcatrazie coś tam na kształt trawnikopodobnej uprawy ogrodowej istnieje.
Umyśliłam sobie że podobnie jak robi to tabazowa Miłka posadzę pod drzewem hosty. Starannie podzieliłam uzyskane od Mamelona egzemplarze ( "zwykła zielona" )i zaczęłam hostowanie masowe wzorując się z kolei na nasadzeniach Oli Almawi. Na szczęście w miarę prędko do mnie dotarło że samymi hostami to ja tej rabaty nie "oblecę". Hosta jednoodmianowa w dużej w masie zaczęła przypominać uprawę warzywka a zwiększenie ilości odmian też sadzonych w odpowiedniej ilości sztuk niewiele pomogło ( poza wprowadzeniem lekkiego niepokoju przez undulaty ). Sałatę miałam na zagonku zamiast ciekawej rabaty! Należało sięgnąć po inne rośliny znoszące cień i dające sobie radę z podjarząbkowymi warunkami glebowymi. Na pierwszy ogień poszły klasyczne zadarnicze - fiołki ( Viola odorata ), jasnota ( Lamium ) i barwinek mniejszy ( Vinca minor ), który jak się okazało nie zdzierżył zbyt ciężkiej gleby i musiał się wyprowadzić za żywopłot z berberysów oddzielający rabatę podjarząbkową od lilaków i mini różanki. Na jego miejsce przylazła a właściwie przypełzła jakaś podejrzana poziomka wytwarzająca rozłogi ( dzikun truskawkowy? ) Hosty natychmiast zyskały na wyglądzie, już nie były sałatą tylko prawie eleganckimi bylinami. Prawie bo jeszcze czegoś tej rabacie brakowało. Rozwiązaniem problemu okazało się posadzenie bylin średniaczków, takich dorastających w porywach do 20 - 40 cm wysokości. Natychmiast zrobiło się ciekawiej. Miodunki ( Pulmonaria ), zawilce leśne ( Anemone silvestris ), pierwiosnki ząbkowane ( Primula denticulata ), bodziszki korzeniaste ( Geranium macrorrhizum )zapewniają radosne kwitnienia wiosenną porą a potem bardzo eleganckie i dobrze prezentujące się ulistnienie. Pozwoliłam sobie z czasem na zapuszczenie na rabacie podjarząbkowej takich roślin które w zasadzie kojarzone są bardziej ze słonecznymi stanowiskami. Floks szydlasty w odmianach kwitnących w pastelowych kolorach zagnieździł się na krańcu rabaty, pojawiły się też małe turzyce ( Carex ). Ostatnio rabata zyskała tzw. piętro będące zarazem jej optycznym zamknięciem. W pewnej odległości od "Mączystego" posadziłam dwie kaliny japońskie ( Viburnum plicatum var. tomentosum ) - 'Mariesii' i 'Dart's Red Robin'. Powolutku to nasadzenie zaczyna nabierać wyrazu. Brakuje mi tylko w nim cebulowej drobnicy wiosennej, może uda mi się w tym roku coś z tym brakiem zrobić.
sobota, 11 stycznia 2014
piątek, 10 stycznia 2014
Styczeń rozwiośniony
No i porobiło się! Zima zwariowała i postanowiła wyjechać do Ameryki. Podejrzewałam że Zima ma nierówno pod kopułą od pewnego czasu - dwa lata temu wycięła numer ostromroźny a bezśnieżny w lutym a w zeszłym roku to w ogóle była jazda z tym odśnieżaniem w kwietniu. Zima nadaje się na jakąś terapię albo cóś, bo chemii lepiej w jej przypadku nie stosować. Zima już się zachowuje odlotowo bez chemicznego wsparcia!
Przy takiej aurze moje wiosenne tęsknoty nabierają siły huraganu nr 5 w skali Fujity, normalnie z trudem się powstrzymuję żeby nie: wyleźć do ogrodu, powalczyć z gwiazdnicą, poprześwietlać krzaczorki, odsłonić delikatniejsze byliny i cebulaki, zabrać się za napowietrzanie trawnika. Muszę siadać na rączkach, tak mnie nosi. A nie ma co ufać szalonej porze roku, stuknięta zima jest nieobliczalna i prognozy metereologów może mieć za nic. Zdroworozsądkowe siedzenie w domu umilam sobie przeglądaniem ofert szkółek netowych i robieniem gryplanów na sezon ogrodowy. Oczywiście jak co roku plany są ambitne ale spoko - spoko, zazwyczaj realizuję jakieś 30% planowanych robót, 25% planowanych zakupów sprzętu ogrodowego i 70% planowanych zakupów roślinnych - ta "planowo - realizacyjna" statystyka nie pozostawia złudzeń co w ogrodowaniu jest dla mnie najistotniejsze. Niestety nie dla mnie zabawy parapetowe, moje próby siewne sabotowane są przez koty. Ani kupna "kocia trawka" ani przyniesiony z natury perzyk nie mają takiego smaku dla wyrafinowanych kocich podniebień jak młode siewki bylin. Rozochocone po "nowalijkach" usiłują dobierać się do roślin pokojowych!
W związku ze związkiem w tym roku nawet nie próbuję wysiewać niczego w domu ( irysy wysiane w zadołowanych doniczkach, zostały wydane na pastwę szczęśliwie mało zimowej pogody ). Po raz kolejny odkładam na rok "zanastępny" zakup czegoś do siedzenia. Alcatraz niby ma kawiaczek ( niewykończony za to starannie schowany ), krzesełka ewentualnie ławeczka bardzo by się przydały. Z drugiej strony placyk podkawiaczkowy czeka na kostkę na którą nie ma kasy w budżecie. Po grzyba mi siedziska jak siedziskowa nie ma! Znaczy obędę się tymi krześlanymi staruszkami co to jeszcze się trzymają. A w ogóle w ogrodzie to ja mało siedzę a Dżizzas woli kocykowanie z kotami ( tzn. walkę o swój kawałek koca ). Gości raczej też mamy swoich to jest takich co to albo kocykują z Dżizaasem i kotami albo ruszają ze mną w piel. Basia miała rację kiedy prorokowała że najczęściej w chwilach odpoczynku będę łaziła z kubkiem kawy po Alcatrazie i "koncepcjonowała". Tak właśnie łażę a moi goście ze mną, znaczy byłaby to tragedia a nie savoir vivre z jakim wypada występować gospodyni gdyby nie wspomniana swojskość gości ( do Alcatrazu nie wpuszczam osób dla mnie "letnich", na ogrodowe bywanie trzeba mieć zaliczony albo dłuuugi staż znajomości albo być ogrodowo zarażonym ).
Jeśli chodzi o plany zakupów narządkowych to pierwszy zakup do Alcatrazu w tym roku mam już za sobą - nowy sekatorek jest schowany w pralnianej szafie. Przede mną zakup wideł amerykańskich a potem przenosiny całej ogrodowej narzędziowni do pomieszczenia kotłowni ( i wtedy pożegnam się z szopką a przywitam z miejscem na żółty magnolnik ). Przenosiny musi poprzedzić malowanie kotłowni, zachwytu tym musem nie czuję ( tak to bywa z tym co człowiek musi ). A teraz najprzyjemniejsze - robię listę chciejstw! W tym roku będzie skromnie bo kasa potrzebna na "prawdziwie niezbędne potrzeby" ale coś tam uda mi się kupić. Dla Ciotki Elki będą "wydulczane" przez nią lilie ( Ciotka jest obecnie w fazie ostrej obsesji orienpetalnej, co i raz słyszę "Tylko pamiętaj" i nie mam szans żeby zapomnieć ), Dżizaas bajdurzy ziółkowo i mamrocze o łanach czosnku a ja bezczelnie mam wizję nowych Pumilotonów wypełnionych esdebiętami. Szykują się w tym sezonie interesujące "wejścia" w tej kategorii irysów. Też mi się łany marzą! Mój Wielki Ogrodowy jest dopiero dziesiąty dzień stycznia, jakiej Ty cierpliwości ode mnie w tej dziwnej pseudozimowej porze wymagasz......
środa, 8 stycznia 2014
Sprawy hostowe
Zacznę od tego że hosty inaczej zwane funkiami przez długi czas dla mnie nie istniały w spisie roślin niezbędnych do ogrodowania. Wynikało to z tego że Alcatraz po wycięciu drzew owocowych nie był ogrodem w którym było wiele miejsc cienistych. Owszem gdzieś tam w okolicach kasztanowca zwanego kasztanem czy w miejscu gdzie cień rzucały klon i jesion można by się pokusić na zapuszczenie funkii ale pod kasztanowcem urządziłam fiołkowisko a w okolicach klonowo - jesionowych znalazły swoje pied-à-terre rododendrony. Przyznam się bezczelnie że gdyby nie inwazja chwastów w okolicach rodkowych to kto wie czy hosty zaszczyciłyby swoją obecnością Alcatraz. Byłaby to oczywiście niepowetowana strata bo rośliny z nich świetne i nadające się do różnego rodzaju kompozycji ale nie ma co udawać że to ich uroda zadecydowała o tym że pojawiły się w Alcatrazie
Głównym powodem ich sprowadzenia do mojego ogrodu była chęć oszczędzenia sobie tzw. pielu. Mamelon, którego ogród był należycie zahostowany, nie musiał tak często schylać grzbietu żeby powyrywać nieproszonych gości. Z natury jestem wręcz patologicznie leniwa więc roślina której posadzenie przyczyni się do zmniejszenia zachwaszczenia i zaoszczędzi wysiłku, wydała mi się wręcz cudem wypaciorkowanym od Wielkiego Ogrodowego. Zaczęłam rozglądać się solidniej za hostami. Na szczęście wspomógł mnie Mamelon, więc początek miałam całkiem dobry bo udało mi się uniknąć zawirusowania przenoszonego przez marketowe tanie hosty. Mamelon obdarzył mnie odmianami 'Blue Angel' i 'Patriot' oraz całkiem sporą gromadką undulat oraz tzw. "zwyczajnych zielonych". Z Szewczykowa przywiozłam sobie sieboldianę 'Elagans' a później otrzymałam wspaniałą paczkę od Wukarencjusza ( zwanego inaczej Talibrą ) z dużą ilością host różnych i różnistych. No i stało się - podłapałam bakcyla! Zaczęłam od przeglądania sklepów i sklepików gdzie trafiałam na egzemplarze pochodzące z podziału. Nie wszystkie miały nazwy, nie o wszystkich mogę powiedzieć że kupiłam roślinę która nie rozczarowała jednak te wczesne zakupy miały przyjnajmniej tę zaletę że szybko orientowałam się jak będą wyglądać dorosłe kępy.
Potem było znacznie trudniej, bo zaczęłam kupować rośliny pochodzące z in vitro. W błogiej nieświadomości byłam pogrążona, więc widok pierwszych sadzonek mną wstrząsnął. Spodziewałam się kopii roślin matecznych a otrzymałam "hostę małoodróżnialną", ledwie półprodukt. Zanim dałam upust niezadowoleniu ( na piśmie miałam zamiar się wylać ) szczęśliwie przyszło mi do głowy doczytać o roślinach uzyskiwanych za pomocą technologii in vitro. Wielki Ogrodowy ochronił bo bym zabłysnęła głupotą jak supernowa. Z doczytków jasno wynikało że uzyskanie odpowiedniego wyglądu trochę czasu zajmie. Nie zostało mi zatem nic innego jak oczekiwać kiedy moje invitrzaki nabiorą cech dorosłej rośliny. Nie da się ukryć że dość długo czekałam, moja 'Frances Williams' i 'Color Glory' zaczęły przypominać siebie po około czterech latach. Bardzo wolno się rozrastały, choć nie są to odmiany uznane za tzw. "powolnice". Przyczyną była zapewne jednokielność sadzonki. Nie nastrajało mnie to jakoś specjalnie miło do hostowych zakupów. Na szczęście przez forumowe łącza ( A -tka, Pumka ) dotarłam do Złotozębnej Muszki i Pollutona, no i otworzył mi się hostowy raj! Ogrody Edenu ( część hostowa ) znajdują się a Holandii i Belgii i to ze szkółek w tych krajach pochodzi olbrzymia większość moich host.
Sprowadzane są ściepowo ( Wielkie Pozdrówka dla Wielkich Ściepatorów ) czyli w ramach wspólnych zakupów i tzw. ściepki. Oczywiście mając dostęp do olbrzymiej oferty miałam tzw. kolorowy zawrót głowy. Wybierałam funkie jarzeniowe, z daleka widoczne - 'Golden Meadows', 'Linda Su', 'Time Tunel', 'Jewel Of The Nil' to pamiątki po tym zachłyśnięciu się ofertą "zagramaniczną". Na szczęście zachłysnęłam się też dziećmi 'Sagae' - odmianę 'Liberty' kupiłam w większej ilości sztuk. Potem już było troszkę spokojniej, choć nadal zdarzały się ekscesy ( nie mogłam się oprzeć innym dzieciom 'Sagae' - od Muszki wyłudziłam 'Magic Fire' a potem donabyłam 'Majesty' ). W Polsce kupiłam swego czasu odmianę 'War Paint' i stwierdziłam że najbardziej ta hosteczka podoba mi się wtedy kiedy zielenieje i całą jej ozdobę stanowią piękne 'karbowanie' liści i falbanki. I tak zaczęło się moje polowanie na jednobarwne hosty z falbankami. W Alcatrazie pojawiły się 'Niagara Falls', 'Neptune', 'Sea Gulf Stream' a w ramach rozbestwienia nabyłam troszkę bardziej kolorowe 'Spring Fling', 'Spartacus' i 'Seducer'. Przy okazji pojawienia się w ogrodzie 'Neptune' dotarło do mnie że piękna hosta niekoniecznie ma liście o sercowatym kształcie. Z Szewczykowa przyjechała wtedy do Alcatrazu wspaniała 'Regal Splendor' zwana "Splendorką" a ze szkółki Fransena przybyła 'Atlantis'. Rok ich przybycia w ogóle okazał się rokiem hostowym. Podczas tabazowego spotkanka w Łodzi, forumowe siostrzaństwo i bractwo uszczęśliwiło mnie nadwyżkami ze swoich ogrodów - dużo tego było, he, he! Nagle okazałam się posiadaczką kilkudziesięciu odmian host, zresztą ku własnemu zaskoczeniu.
Hosty, które zaczęły się rozrastać uświadomiły mi że jak tak dalej będę sobie nabywać i sadzić gdzie popadnie to grozi mi tzw. sałatowisko. I będzie to sałatowisko w słusznym rozmiarze bo jakoś do mnie przemawiają duże hosty, na wdzięki maluchów jestem odporna. Groza sytuacji ukazała mi się po "przybraniu w sobie" odmian 'Sum And Substane' i 'August Moon'. Nic innego tylko rozrastające się hosty odpowiadają za wprowadzenie do Alcatrazu paproci i rutewek. Szukanie roślin towarzyszących hostom to obecnie moje największe zadanie ogrodowe dotyczące cienistej strony Alcatrazu. W pobliżu host sadzę sporo małych cebulaczków wiosennych, zanim wyjdą hosty mogę się nimi cieszyć. Niestety brak "łysych placków" wiosną ma swoją cenę. Ściółkować mogę tylko czymś takim jak zmielona kora czy ścięta trawa, niestety nie dla mnie numery z kartonami, odszczędzające tyle niewdzięcznej pracy ( zanim hosty się rozrosną coś tam zawsze chwaścistego będzie usiłowało rosnąć w ich pobliżu ). Oprócz cebulaczków i paproci hostom towarzyszą bodziszki korzeniaste, dąbrówki, prunelki i całą masa trochę mniej znanych cieniolubów. Staram się żeby na ich tle liście host jaśniały urodą. Usiłuję taki stan rzeczy uzyskać poprzez podkreślenie kontrastu wielkości, faktur i kolorów. Tylko największe hosty sadzę "jednosztukowo", lubię grupy odmianowe i jeżeli sobie mogę na to pozwolić ( kochane finanse wrrrr ) to staram się mieć parę egzemplarzy roślin jednej odmiany. Alcatrazowi dobrze robi takie podejście do sprawy, z jednorodnymi grupami host mój ogród lepiej się prezentuje niż z pojedyńczymi sztukami "rarytetów". W ostatnim czasie kupuję głównie hosty olbrzymki, cóż dla mnie rozmiar ma znaczenie, he, he! Są pięknie zielone i właściwie to kolor i wielkość są w stanie absolutnie mnie uszczęśliwić. Chyba kolorowe fascynacje już mi przeszły, bo oglądając najnowsze oferty oko zawieszam głównie na olbrzymich zielonościach. Mój Wielki Ogrodowy, a dwa lata temu uważałam że może powinnam zapuścić hosty typu streaked ( głównie o te mniejsze mi chodziło - dobre tło dla wielkich zieloności - już wtedy się zaczynała mania zielonej wielkości ) . Co to mi się porobiło.......
Głównym powodem ich sprowadzenia do mojego ogrodu była chęć oszczędzenia sobie tzw. pielu. Mamelon, którego ogród był należycie zahostowany, nie musiał tak często schylać grzbietu żeby powyrywać nieproszonych gości. Z natury jestem wręcz patologicznie leniwa więc roślina której posadzenie przyczyni się do zmniejszenia zachwaszczenia i zaoszczędzi wysiłku, wydała mi się wręcz cudem wypaciorkowanym od Wielkiego Ogrodowego. Zaczęłam rozglądać się solidniej za hostami. Na szczęście wspomógł mnie Mamelon, więc początek miałam całkiem dobry bo udało mi się uniknąć zawirusowania przenoszonego przez marketowe tanie hosty. Mamelon obdarzył mnie odmianami 'Blue Angel' i 'Patriot' oraz całkiem sporą gromadką undulat oraz tzw. "zwyczajnych zielonych". Z Szewczykowa przywiozłam sobie sieboldianę 'Elagans' a później otrzymałam wspaniałą paczkę od Wukarencjusza ( zwanego inaczej Talibrą ) z dużą ilością host różnych i różnistych. No i stało się - podłapałam bakcyla! Zaczęłam od przeglądania sklepów i sklepików gdzie trafiałam na egzemplarze pochodzące z podziału. Nie wszystkie miały nazwy, nie o wszystkich mogę powiedzieć że kupiłam roślinę która nie rozczarowała jednak te wczesne zakupy miały przyjnajmniej tę zaletę że szybko orientowałam się jak będą wyglądać dorosłe kępy.
Potem było znacznie trudniej, bo zaczęłam kupować rośliny pochodzące z in vitro. W błogiej nieświadomości byłam pogrążona, więc widok pierwszych sadzonek mną wstrząsnął. Spodziewałam się kopii roślin matecznych a otrzymałam "hostę małoodróżnialną", ledwie półprodukt. Zanim dałam upust niezadowoleniu ( na piśmie miałam zamiar się wylać ) szczęśliwie przyszło mi do głowy doczytać o roślinach uzyskiwanych za pomocą technologii in vitro. Wielki Ogrodowy ochronił bo bym zabłysnęła głupotą jak supernowa. Z doczytków jasno wynikało że uzyskanie odpowiedniego wyglądu trochę czasu zajmie. Nie zostało mi zatem nic innego jak oczekiwać kiedy moje invitrzaki nabiorą cech dorosłej rośliny. Nie da się ukryć że dość długo czekałam, moja 'Frances Williams' i 'Color Glory' zaczęły przypominać siebie po około czterech latach. Bardzo wolno się rozrastały, choć nie są to odmiany uznane za tzw. "powolnice". Przyczyną była zapewne jednokielność sadzonki. Nie nastrajało mnie to jakoś specjalnie miło do hostowych zakupów. Na szczęście przez forumowe łącza ( A -tka, Pumka ) dotarłam do Złotozębnej Muszki i Pollutona, no i otworzył mi się hostowy raj! Ogrody Edenu ( część hostowa ) znajdują się a Holandii i Belgii i to ze szkółek w tych krajach pochodzi olbrzymia większość moich host.
Sprowadzane są ściepowo ( Wielkie Pozdrówka dla Wielkich Ściepatorów ) czyli w ramach wspólnych zakupów i tzw. ściepki. Oczywiście mając dostęp do olbrzymiej oferty miałam tzw. kolorowy zawrót głowy. Wybierałam funkie jarzeniowe, z daleka widoczne - 'Golden Meadows', 'Linda Su', 'Time Tunel', 'Jewel Of The Nil' to pamiątki po tym zachłyśnięciu się ofertą "zagramaniczną". Na szczęście zachłysnęłam się też dziećmi 'Sagae' - odmianę 'Liberty' kupiłam w większej ilości sztuk. Potem już było troszkę spokojniej, choć nadal zdarzały się ekscesy ( nie mogłam się oprzeć innym dzieciom 'Sagae' - od Muszki wyłudziłam 'Magic Fire' a potem donabyłam 'Majesty' ). W Polsce kupiłam swego czasu odmianę 'War Paint' i stwierdziłam że najbardziej ta hosteczka podoba mi się wtedy kiedy zielenieje i całą jej ozdobę stanowią piękne 'karbowanie' liści i falbanki. I tak zaczęło się moje polowanie na jednobarwne hosty z falbankami. W Alcatrazie pojawiły się 'Niagara Falls', 'Neptune', 'Sea Gulf Stream' a w ramach rozbestwienia nabyłam troszkę bardziej kolorowe 'Spring Fling', 'Spartacus' i 'Seducer'. Przy okazji pojawienia się w ogrodzie 'Neptune' dotarło do mnie że piękna hosta niekoniecznie ma liście o sercowatym kształcie. Z Szewczykowa przyjechała wtedy do Alcatrazu wspaniała 'Regal Splendor' zwana "Splendorką" a ze szkółki Fransena przybyła 'Atlantis'. Rok ich przybycia w ogóle okazał się rokiem hostowym. Podczas tabazowego spotkanka w Łodzi, forumowe siostrzaństwo i bractwo uszczęśliwiło mnie nadwyżkami ze swoich ogrodów - dużo tego było, he, he! Nagle okazałam się posiadaczką kilkudziesięciu odmian host, zresztą ku własnemu zaskoczeniu.
Hosty, które zaczęły się rozrastać uświadomiły mi że jak tak dalej będę sobie nabywać i sadzić gdzie popadnie to grozi mi tzw. sałatowisko. I będzie to sałatowisko w słusznym rozmiarze bo jakoś do mnie przemawiają duże hosty, na wdzięki maluchów jestem odporna. Groza sytuacji ukazała mi się po "przybraniu w sobie" odmian 'Sum And Substane' i 'August Moon'. Nic innego tylko rozrastające się hosty odpowiadają za wprowadzenie do Alcatrazu paproci i rutewek. Szukanie roślin towarzyszących hostom to obecnie moje największe zadanie ogrodowe dotyczące cienistej strony Alcatrazu. W pobliżu host sadzę sporo małych cebulaczków wiosennych, zanim wyjdą hosty mogę się nimi cieszyć. Niestety brak "łysych placków" wiosną ma swoją cenę. Ściółkować mogę tylko czymś takim jak zmielona kora czy ścięta trawa, niestety nie dla mnie numery z kartonami, odszczędzające tyle niewdzięcznej pracy ( zanim hosty się rozrosną coś tam zawsze chwaścistego będzie usiłowało rosnąć w ich pobliżu ). Oprócz cebulaczków i paproci hostom towarzyszą bodziszki korzeniaste, dąbrówki, prunelki i całą masa trochę mniej znanych cieniolubów. Staram się żeby na ich tle liście host jaśniały urodą. Usiłuję taki stan rzeczy uzyskać poprzez podkreślenie kontrastu wielkości, faktur i kolorów. Tylko największe hosty sadzę "jednosztukowo", lubię grupy odmianowe i jeżeli sobie mogę na to pozwolić ( kochane finanse wrrrr ) to staram się mieć parę egzemplarzy roślin jednej odmiany. Alcatrazowi dobrze robi takie podejście do sprawy, z jednorodnymi grupami host mój ogród lepiej się prezentuje niż z pojedyńczymi sztukami "rarytetów". W ostatnim czasie kupuję głównie hosty olbrzymki, cóż dla mnie rozmiar ma znaczenie, he, he! Są pięknie zielone i właściwie to kolor i wielkość są w stanie absolutnie mnie uszczęśliwić. Chyba kolorowe fascynacje już mi przeszły, bo oglądając najnowsze oferty oko zawieszam głównie na olbrzymich zielonościach. Mój Wielki Ogrodowy, a dwa lata temu uważałam że może powinnam zapuścić hosty typu streaked ( głównie o te mniejsze mi chodziło - dobre tło dla wielkich zieloności - już wtedy się zaczynała mania zielonej wielkości ) . Co to mi się porobiło.......
wtorek, 7 stycznia 2014
'Cécile Brunner ' - różany obłoczek
'Cécile Brunner' po raz pierwszy zobaczyłam podczas angielskiej wyprawy ogrodowej. Natychmiast wiedziałam że to jest właśnie to co tygrysy lubią najbardziej a jedyną sprawą która nie po myśli tygrysa się układała była mrozoodporność tej różyczki. Cecylka delikatna jest, kontynentalne, środkowoeuropejskie zimy nie są dla niej łaskawe. Cecylka jest starą różą , wyhodowano ją w XIX wieku. W roku 1880 Maria ( Veuve ) Ducher przedstawiła tę odmianę światu. Mimo że różyczka jest francuskiej hodowli nazwę nadano jej na cześć niemieckiej damy - Cécile Brünner (1853-1927), siostry Ulricha Brünnera ( istnieje wersja że nazwą uhonorowano żonę lub córkę Cécile, urodzoną w 1879 roku ). Nazwy synonimiczne odmiany zachowały oryginalną pisownię niemieckiego nazwiska - 'Mademoiselle Cécile Brünner' lub 'Madame Cécile Brünner'. Tę różę sprzedaje się też czasem pod nazwami 'Mignon', 'Maltese Rose', 'Sweetheart Rose'. Odmiana pochodzi z krzyżowania Polyantha Alba plena x Madame de Tartas. Polyantha Alba plena to odkryta przez Roberta Fortune'a w 1865 roku w Japonii hybrydowa multiflora. Nie wiadomo od kiedy odmiana znana jest w Japonii, najprawdopodobniej liczy sobie ileś tam set lat. Jest przodkiem wielu świetnych róż. 'Madame de Tartas' to róża herbaciana wyhodowana przez H. Bernède w 1859. Od razu zaznaczam że róże herbaciane nie są tożsame z mieszańcami herbatnimi, to zupełnie inna bajka. Są niemal o wiek starsze niż mieszańce herbatnie i znacznie im bliżej do chińskich przodków. Są też niestety znacznie bardziej delikatne niż w sumie dość odporne młodsze "kuzynostwo". 'Cécile Brunner' jest zaliczana do grupy róż Polyantha. He, he drzewiej kojarzyłam z tą nazwą wszystko różane co rosło sobie na skwerach miejskich. Najczęściej kwitły te niskie odmiany w kolorze słusznej jak robotnicza krew czerwieni. Mieszańce herbatnie wydawały mi się w tym czasie i na tym skwerowym tle absolutnym szczytem różanych marzeń. Dopiero solidniejsze wgryzienie się w temat różany pozwoliło mi naprawdę poznać czym jest grupa Polyantha i jakie to genialne różyce. Dziś w Alcatrazie rosną bardzo nieliczne mieszańce herbatnie a róż z grupy Polyantha powolutku przybywa. 'Cécile Brunner' jest odmianą o cieniutkich, prawie bezkolcowych pędach. Kwiaty niewielkie, o góra trzydziestu płatkach ( najczęściej liczba płatków mieści się w przedziale 17 - 25 ) , kwitną klastarami niemal przez cały sezon. Kolor i substancja kwiatów jest jak dla mnie czymś powalającym, wspomnienie woskowych kwiatów epoki wiktoriańskiej. Zapach ma ta róża bardzo delikatny, leciutki ton woni jabłuszek da się wyczuć. Krzew dorasta do 120 cm, odmiana pnąca tej róży, tzw. climbing spokojnie dochodzi do 3 metrów ( uwaga, pnąca 'Cécile Brunner' ponoć kwitnie tylko raz w sezonie ). Do Alcatrazu moja różyczka przyjechała z Serbii, sprowadzona za sprawą Wielkiej Ściepy, która była zorganizowana przez ludzi z forum rosa-net.pl. Zdecydowałam się na zakup trochę innej odmiany a mianowicie 'Perle D'Or' ( zachęcona wynikami uprawy uzyskanymi przez Anię DS ). Coś się pokręciło i zamiast zamówionej odmiany dotarła do mnie Cecylka. Żałować nie żałuję, Cecylka przepiękna a ja tak się rozochociłam że zamierzam sprowadzić więcej odmian do niej podobnych. Na pierwszy ogień chcę dać 'Cécile Brunner White', potem mam apetyt na 'Bloomfield Abundance', no i nie odpuszczę 'Perle D'Or'. Te róże są tak piękne że w razie ostrej zimy jestem je gotowa chocholić ( nie lubię tego robić, oj nie lubię ).
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Niektóre koty
Niektóre koty to mają mnie za nic. No może nie za absolutne zero ale za sługę i podnóżek. Wymyśliły sobie że moim jedynym celem życiowym jest nie tylko utrzymywanie kociego dziadostwa ale też zapewnianie mu nieustającej rozrywki. Najlepiej tę rozrywkę zapewnia świeżo wysprzątane miejsce. Nie ma nic milszego jak przechadzanie się po stoliku z ustawionymi rodzinnymi fotografiami, moje malutkie srebrne cejlońskie pudełko jest wymarzonym "przerzucaczem", znacznie lepszym niż sztuczna myszka, okładki książek dobrze robią na ząbki a stara firanka siatkowa czyli filet służy do treningów wspinaczkowych. Postanowiłam że koniec tego dobrego i pomiędzy pokojem Cioci Dany i Azy a kuchnią pojawią się drzwi. Bestie nieświadome moich zamiarów urządzają tam właśnie pożegnalny Sajgon a ja radośnie knuję. Oj, utnie się niektórym, oj utnie ( jednemu to nawet dosłownie ). Jakby mało było wydatków przyjdzie mi zapłacić za drzwi. Powinnam właściwie przełożyć to na kocią dietę i niektórzy powinni zacząć jadać skromniej. Niestety znam siebie, jedyną osobą rezygnującą z mięska będę ja. Nie mam złudzeń , żaden z moich kotów nie zechce zostać wegeterianinem czy wegetarianką.
Prymat w występkach należy do Felicjana, pieprzony edukator Pumela się znalazł! Dwa lata nie łaził już Felicjan po firankach, teraz się poświęcił i pokazał tej małej gule Pumelowi że tak można! Oj diabelska jest to edukacja czyniona przez Felicjana. Dziewczynki wcale nie lepsze, może nie czynią aż takich ekscesów jak Felicjan ale prują straszliwie sznupy. Wszystko musi być obmiauczane, każdy fakt z ich życia. W tym wypadku palmę pierszeństwa dzierży Sztalflik zwana inaczej Pięknillą. Informuje głośno o wszystkim co przytrafia się jej, innym kotom, ptakom na podwórku czy chmurom na niebie i żeby było jeszcze ciekawiej uskutecznia monologi polegując sobie na kaloryferku. Nie są to żałosne miauczenia tylko nieustanne ćwierkanie. Szpagetka czyli Wdzięczynka jest trochę spokojniejsza wokalnie za to starannie trenuje bycie zawsze ze złej strony drzwi. Razem są dość okrutnym duecikiem wiecznie domagającym się uwagi. Lalek wydawałoby się powinien mieć już okres pustoty i kretynizmów za sobą, w końcu to starszy i dostojny kot obarczony funkcją króla podwórka. Niestety chyba niektóre zwoje lalkowego mózgu poprzepalały się ze starości i od nadmiaru tłuszczyku - Lalek wyraźnie dziecinnieje.
Świadczy o tym choćby ciąg kradzieży moich kapci i wpychanie ich pod szafę ( jak mu się przypomni że tam jest nielegalna zabawka to następuje porykiwanie, bo tego miaukiem raczej nazwać się nie da ). Przez lata ta uciążliwa dla mnie zabawa Lalka nie istniała. Nawet pojawienie się w zeszłym roku małych dziewczynek nie spowodowało że Lalek z zakamarków pamięci wyciągnął i odkurzył starą grę. Dopiero kiedy Pumel postanowił że z nami zamieszka Lalkowi się odmłodniało aż do zdziecinnienia. Na szczęście Lalek jest kotem społecznym i odpowiedzialnym i mimo infantylnych zachowań nie próbuje obudzić w Pumelu tygrysa. Zadowala się praniem i wylizywaniem go naprzemiennie po łepetynie ( takową czynność nazywam małpizmem ), nauczył małego gnojka że kuweta jest dla kota i tym podobnych spraw, więc na tle pozostałego kociarstwa mój zdziecinniały staruszek jawi się jako chluba i ozdoba zwierzęcej części rodziny. Lalek nigdy nie pozwoliłby sobie na wycieczki wśród rodzinnych fotek czy zabawy z pamiątkowym sreberkiem, tylko kapcie są w kręgu jego zainteresowań. Taki stan rzeczy da się znieść z godnością.
Z Pumelem jest znacznie mniej godnie - diabeł wcielony za sprawą Felicjana w nim zamieszkał. Pumel jest obecnie w tym wieku że dopiero poznaje granice tego co wolno dobrze wychowanemu kotu. Z pewnością nie ma ADHD jak to było w wypadku młodziutkiego Felicjana, ot taki wesoły, psotny mały kot. Właściwie to po problemach wychowawczych z Felicjanem można by przy osobie o takim charakterze jak ma Pumel złapać oddech ale mnie po drodze przytrafiły się dziewczynki, które były totalnym "lightem" wychowawczym. Niestety jak pisałam Felicjan po mistrzowsku potrafi obudzić złe skłonności w każdym zwierzaku ( jedyny znany mi kot, który sprowokował jeża do ataku ) i Pumel zamiast rozrabiać jak to się zdarza młodziutkim normalnym kotom zaczyna przejawiać przestępcze skłonności. Zdejmowany z firanki nie właził na nią ponownie dopóki Felicjan nie pokazał mu że można ignorować moje polecenia ( wstępnie w przypadku Pumela wystarczyło poszeleścić gazetą na uchem, po pokazach Felicjana już był konieczny lekki oklep ). Obecnie Pumel wie że pranie tyłka go czeka za włażenie gdzie nie trzeba i jakby odczuwał trochę respektu. Niestety Felicjan kusicielsko miauczy z pokoju Cioci Dany i Azy i wiem ze zastanę go wiszącego na firance! Wszelkie ręczne próby karcenia Felicjana kończą się usiłowaniem pogryzienia mojej osoby, dlatego zostaje mi jedynie argument spryskiwaczowy ( Felicjan nie znosi spryskiwacza, usiłował go pogryźć wielokrotnie, kiedy ten spokojnie sobie stał - dolanie zapachu do wody w spryskiwaczu jest największa karą, Felicjan błyskawicznie odstępuje od czynności zakazanych ).
Moje życie z kotami nie należy do najłatwiejszych - piątka charakterków daje nieźle popalić. Z drugiej strony nasza kanapka wieczorową porą "jak statek mruczący" wpływa sobie w noc. Nic milszego od kota człowiek dostać chyba nie może jak takie zadowolone radosne mruczenie w styczniowy czas. Niektóre koty co to mają mnie za nic pięknie mruczą. Mrrruuu, mrrrruuuuuu, mrrrruuuuu........
Prymat w występkach należy do Felicjana, pieprzony edukator Pumela się znalazł! Dwa lata nie łaził już Felicjan po firankach, teraz się poświęcił i pokazał tej małej gule Pumelowi że tak można! Oj diabelska jest to edukacja czyniona przez Felicjana. Dziewczynki wcale nie lepsze, może nie czynią aż takich ekscesów jak Felicjan ale prują straszliwie sznupy. Wszystko musi być obmiauczane, każdy fakt z ich życia. W tym wypadku palmę pierszeństwa dzierży Sztalflik zwana inaczej Pięknillą. Informuje głośno o wszystkim co przytrafia się jej, innym kotom, ptakom na podwórku czy chmurom na niebie i żeby było jeszcze ciekawiej uskutecznia monologi polegując sobie na kaloryferku. Nie są to żałosne miauczenia tylko nieustanne ćwierkanie. Szpagetka czyli Wdzięczynka jest trochę spokojniejsza wokalnie za to starannie trenuje bycie zawsze ze złej strony drzwi. Razem są dość okrutnym duecikiem wiecznie domagającym się uwagi. Lalek wydawałoby się powinien mieć już okres pustoty i kretynizmów za sobą, w końcu to starszy i dostojny kot obarczony funkcją króla podwórka. Niestety chyba niektóre zwoje lalkowego mózgu poprzepalały się ze starości i od nadmiaru tłuszczyku - Lalek wyraźnie dziecinnieje.
Świadczy o tym choćby ciąg kradzieży moich kapci i wpychanie ich pod szafę ( jak mu się przypomni że tam jest nielegalna zabawka to następuje porykiwanie, bo tego miaukiem raczej nazwać się nie da ). Przez lata ta uciążliwa dla mnie zabawa Lalka nie istniała. Nawet pojawienie się w zeszłym roku małych dziewczynek nie spowodowało że Lalek z zakamarków pamięci wyciągnął i odkurzył starą grę. Dopiero kiedy Pumel postanowił że z nami zamieszka Lalkowi się odmłodniało aż do zdziecinnienia. Na szczęście Lalek jest kotem społecznym i odpowiedzialnym i mimo infantylnych zachowań nie próbuje obudzić w Pumelu tygrysa. Zadowala się praniem i wylizywaniem go naprzemiennie po łepetynie ( takową czynność nazywam małpizmem ), nauczył małego gnojka że kuweta jest dla kota i tym podobnych spraw, więc na tle pozostałego kociarstwa mój zdziecinniały staruszek jawi się jako chluba i ozdoba zwierzęcej części rodziny. Lalek nigdy nie pozwoliłby sobie na wycieczki wśród rodzinnych fotek czy zabawy z pamiątkowym sreberkiem, tylko kapcie są w kręgu jego zainteresowań. Taki stan rzeczy da się znieść z godnością.
Z Pumelem jest znacznie mniej godnie - diabeł wcielony za sprawą Felicjana w nim zamieszkał. Pumel jest obecnie w tym wieku że dopiero poznaje granice tego co wolno dobrze wychowanemu kotu. Z pewnością nie ma ADHD jak to było w wypadku młodziutkiego Felicjana, ot taki wesoły, psotny mały kot. Właściwie to po problemach wychowawczych z Felicjanem można by przy osobie o takim charakterze jak ma Pumel złapać oddech ale mnie po drodze przytrafiły się dziewczynki, które były totalnym "lightem" wychowawczym. Niestety jak pisałam Felicjan po mistrzowsku potrafi obudzić złe skłonności w każdym zwierzaku ( jedyny znany mi kot, który sprowokował jeża do ataku ) i Pumel zamiast rozrabiać jak to się zdarza młodziutkim normalnym kotom zaczyna przejawiać przestępcze skłonności. Zdejmowany z firanki nie właził na nią ponownie dopóki Felicjan nie pokazał mu że można ignorować moje polecenia ( wstępnie w przypadku Pumela wystarczyło poszeleścić gazetą na uchem, po pokazach Felicjana już był konieczny lekki oklep ). Obecnie Pumel wie że pranie tyłka go czeka za włażenie gdzie nie trzeba i jakby odczuwał trochę respektu. Niestety Felicjan kusicielsko miauczy z pokoju Cioci Dany i Azy i wiem ze zastanę go wiszącego na firance! Wszelkie ręczne próby karcenia Felicjana kończą się usiłowaniem pogryzienia mojej osoby, dlatego zostaje mi jedynie argument spryskiwaczowy ( Felicjan nie znosi spryskiwacza, usiłował go pogryźć wielokrotnie, kiedy ten spokojnie sobie stał - dolanie zapachu do wody w spryskiwaczu jest największa karą, Felicjan błyskawicznie odstępuje od czynności zakazanych ).
Moje życie z kotami nie należy do najłatwiejszych - piątka charakterków daje nieźle popalić. Z drugiej strony nasza kanapka wieczorową porą "jak statek mruczący" wpływa sobie w noc. Nic milszego od kota człowiek dostać chyba nie może jak takie zadowolone radosne mruczenie w styczniowy czas. Niektóre koty co to mają mnie za nic pięknie mruczą. Mrrruuu, mrrrruuuuuu, mrrrruuuuu........
Ranek Trzech Króli
Zawsze ich lubiłam, tych trzech lepiej urodzonych. W mojej dziecięcej wyobraźni niemal dowrównywali znaczeniem aniołom, stali znacznie wyżej od wszystkich zebranych przy szopce. Szczerze pisząc to te mniejsze anioły w siermiężnych koszulkach właściwie w moim rankingu zajmowały niższą pozycję od koronowanych , tylko dwa przepięknie skrzydlate ze wstęgą z napisem "Gloria in excelsis Deo" były superaniołami ( tak było w kartonowej szopce Wujka Henryka i absolutnie znajdowało potwierdzenie w świątecznych pocztówkach ). Oczywiście było świetnie jak towarzyszyły im zwierzęta na których przyjechali - konie i wielbłąd. Trzej Królowie z wielbłądem to była absolutna ekstaza - egzotyka pod choinkę, niemal jak XIX - wieczne powieści przygodowo - podróżnicze wydawane specjalnie w okolicach Bożego Narodzenia w celach prezentowo - gwiazdkowych ( już w wieku XX a konkretnie to w 1911 wydano "W pustyni i w puszczy" - absolutny hicior mojej nieletniej Gwiazdki, zarówno w wersji książkowej jak i później w filmowej ). Niestety podły towarzysz Wiesław wykombinował że Trzej Królowie nie będą mieli swojego święta. Cóż w naszej tradycji święto istniało od dawna i jego skasowanie oznaczało okaleczenie Bożego Narodzenia. Towarzysz Wiesław zaatakował postacie stojące przy żłóbku bo samemu żłóbkowi nie mógł dać rady. Parę lat temu prezydent Łodzi, ekonomista dyplomowany, co to zupełnie ma inny światopogląd od mojego, wywalczył przywrócenie święta ku zgrozie innych ekonomistów.
Że też ekonomiści nie wyliczają porządnie ile nas kosztuje marnowanie pieniędzy przez rządzących - etatyzm, biurokracja i nepotyzm, te trzy wielkie grzechy polskiej polityki gospodarczej! Te protesty przeciwko "kolejnemu dniu wolnemu od pracy", to "świętujemy najdłużej w Europie", mylenie wydajności pracy z godzinami spędzonymi w zakładach czy urzędach tylko mnie utwierdziło w moim poglądzie że mam do czynienia nie tyle ze słusznym gniewem ekonomistów co raczej z wrzaskiem ekonomów! Ja cieszę się że przywrócono to święto tak wrosłe w tradycję. Podłe knowania towarzysza Wiesława na nic się zdały, równowaga "szopkowa" została przywrócona. Jedno z najstarszych chrześcijańskich świąt znów trafiło do kalendarza obrzędowego. Drzewiej to dopiero od święta Epifanii zaczynał się karnawał ( Sylwester był wówczas w miarę spokojnie obchodzony w rodzinnym gronie, bale sylwestrowe w polskiej tradycji to nie jest znów tak stara sprawa ). Pamiętam też czasy kiedy tzw. chodzenie po kolędzie zaczynano dopiero od Święta Trzech Króli, współcześnie kolędowanie zaczyna się ekspresowo po Bożym Narodzeniu. Jedno co zostało z czasów mojego dzieciństwa to jest rozpoczynanie w dzień Trzech Króli kolędowania amatorskiego czyli tych wszystkich pochodów z gwiazdą betlejemską, dziwnymi zwierzętami, diabłami i aniołami, Herodami i "zwykłymi pastuszkami". W dużych miastach tradycja zanika, w małych ośrodkach jeszcze unoszą się kolędowe pienia, które kończy dopiero święto Matki Boskiej Gromnicznej.
Święto Trzech Króli szczęśliwie nie uległo komercjalizacji, nie dobija go też przymus "absolutnego tradycjonalizmu", który czyni z polskiej Wigilii z jednej strony wyjątkowe rodzinne święto a z drugiej skojarzony z konsumpcjonizmem i brakiem wyobraźni tę rodzinną świąteczność dobija. W marketach człowiek nie jest nagabywany przez stada Kacprów, Melchiorów i Baltazarów usiłujących wprowadzić "świąteczny nastrój", żadnych kolęd polskich nasze ucho w centrach handlowych nie usłyszy - globalne sieci handlowe przygotowują się już do następnego Święta Handlowca jakim jest Valentine's Day. Można zatem odetchnąć z ulgą i świętować jak się komu podoba dzień w którym bóstwo objawiło się światu. Ja zamierzam się pocieszyć jeszcze trochę bombkami zanim tradycyjnie nazajutrz po święcie rozbiorę moją futurystyczną choinkę i namówić Dżizaasa na upieczenie rogalików z migdałowym nadzionkiem ( ciasta z migdałami kojarzą mi się z królewskim świętem ). O ile pogoda dopisze przelecę się też oblookać szopkę ( dziecko we mnie drzemie ), posłucham starych polskich kolęd i kto wie czy nie skuszę się na oblookanie jednej ze sztuk mistrza Willa z cyklu firmowanego przez BBC. "Wieczór Trzech Króli" jak najbardziej paszący, he, he, choć najprawdopodobniej włączę jednak tradycyjnie ( każdy ma swojego Kevina ) "Shaekspeare In Love" jedyny film w którym Ben Affleck "zagrał" ( dla mnie i dla Dżizaasa to Pan Kłoda bo gra jak drewienko ).
Żeby było już całkiem tradycyjnie to powinnam ranną porą obejrzeć jakiś taki wspominkowy film, najlepiej to dziełko pod tytułem "Bajka o Mrozie Czarodzieju", żeby mi się świąteczne klimaty dzieciństwa przypomniały. Teraz troszkę o obrazkach upiększających ten wpis. To stare polskie pocztówki świąteczne zaprojektowane przez jednego z moich ulubionych ilustratorów książek , Jana Marcina Szancera. Ten człowiek uczynił święta mojego dzieciństwa czymś wyjątkowym. Najmilszym prezentem jaki mogłam otrzymać były książki z jego ilustracjami. Do dziś je posiadam, nijak nie byłam w stanie pozbyć się tych książczydeł z mojej biblioteki ( przegląd czytadełek pani starszej niejedną i niejednego mógłby wprawić w zdumienie, he,he ). Rysunki Szancera, piękne, eleganckie i bardzo stylowe powodowały szybsze bicie kolekcjonerskiego serducha. Podobały mi się zarówno te potraktowane akwarelą jak i "czyste" czarno - białe prace mistrza. Namiętnie zdobywałam pocztówki z ilustracjami z bajek, historia Kopciuszka, Jasia i Małgosi ( najbardziej elegancka Baba Jaga jaką widziałam ) czy przegląd krasnoludków z bajki o Sierotce Marysi do dzisiaj leżą na jednej z półek babcinej biblioteczki ( bezczelnie przeze mnie wykorzystywanej jako serwantka ). Od czasu do czasu przy okazji odkurzań zaglądam do tych skarbów i cieszę się nimi - wspominki mninionego świata. A jak minie już Święto Trzech Króli to będę karnawałować, znaczy namówię Dżizaasa na ekscesy kulinarne. Mam szczwany plan dotyczący faworków i róż karnawałowych!
Że też ekonomiści nie wyliczają porządnie ile nas kosztuje marnowanie pieniędzy przez rządzących - etatyzm, biurokracja i nepotyzm, te trzy wielkie grzechy polskiej polityki gospodarczej! Te protesty przeciwko "kolejnemu dniu wolnemu od pracy", to "świętujemy najdłużej w Europie", mylenie wydajności pracy z godzinami spędzonymi w zakładach czy urzędach tylko mnie utwierdziło w moim poglądzie że mam do czynienia nie tyle ze słusznym gniewem ekonomistów co raczej z wrzaskiem ekonomów! Ja cieszę się że przywrócono to święto tak wrosłe w tradycję. Podłe knowania towarzysza Wiesława na nic się zdały, równowaga "szopkowa" została przywrócona. Jedno z najstarszych chrześcijańskich świąt znów trafiło do kalendarza obrzędowego. Drzewiej to dopiero od święta Epifanii zaczynał się karnawał ( Sylwester był wówczas w miarę spokojnie obchodzony w rodzinnym gronie, bale sylwestrowe w polskiej tradycji to nie jest znów tak stara sprawa ). Pamiętam też czasy kiedy tzw. chodzenie po kolędzie zaczynano dopiero od Święta Trzech Króli, współcześnie kolędowanie zaczyna się ekspresowo po Bożym Narodzeniu. Jedno co zostało z czasów mojego dzieciństwa to jest rozpoczynanie w dzień Trzech Króli kolędowania amatorskiego czyli tych wszystkich pochodów z gwiazdą betlejemską, dziwnymi zwierzętami, diabłami i aniołami, Herodami i "zwykłymi pastuszkami". W dużych miastach tradycja zanika, w małych ośrodkach jeszcze unoszą się kolędowe pienia, które kończy dopiero święto Matki Boskiej Gromnicznej.
Święto Trzech Króli szczęśliwie nie uległo komercjalizacji, nie dobija go też przymus "absolutnego tradycjonalizmu", który czyni z polskiej Wigilii z jednej strony wyjątkowe rodzinne święto a z drugiej skojarzony z konsumpcjonizmem i brakiem wyobraźni tę rodzinną świąteczność dobija. W marketach człowiek nie jest nagabywany przez stada Kacprów, Melchiorów i Baltazarów usiłujących wprowadzić "świąteczny nastrój", żadnych kolęd polskich nasze ucho w centrach handlowych nie usłyszy - globalne sieci handlowe przygotowują się już do następnego Święta Handlowca jakim jest Valentine's Day. Można zatem odetchnąć z ulgą i świętować jak się komu podoba dzień w którym bóstwo objawiło się światu. Ja zamierzam się pocieszyć jeszcze trochę bombkami zanim tradycyjnie nazajutrz po święcie rozbiorę moją futurystyczną choinkę i namówić Dżizaasa na upieczenie rogalików z migdałowym nadzionkiem ( ciasta z migdałami kojarzą mi się z królewskim świętem ). O ile pogoda dopisze przelecę się też oblookać szopkę ( dziecko we mnie drzemie ), posłucham starych polskich kolęd i kto wie czy nie skuszę się na oblookanie jednej ze sztuk mistrza Willa z cyklu firmowanego przez BBC. "Wieczór Trzech Króli" jak najbardziej paszący, he, he, choć najprawdopodobniej włączę jednak tradycyjnie ( każdy ma swojego Kevina ) "Shaekspeare In Love" jedyny film w którym Ben Affleck "zagrał" ( dla mnie i dla Dżizaasa to Pan Kłoda bo gra jak drewienko ).
Żeby było już całkiem tradycyjnie to powinnam ranną porą obejrzeć jakiś taki wspominkowy film, najlepiej to dziełko pod tytułem "Bajka o Mrozie Czarodzieju", żeby mi się świąteczne klimaty dzieciństwa przypomniały. Teraz troszkę o obrazkach upiększających ten wpis. To stare polskie pocztówki świąteczne zaprojektowane przez jednego z moich ulubionych ilustratorów książek , Jana Marcina Szancera. Ten człowiek uczynił święta mojego dzieciństwa czymś wyjątkowym. Najmilszym prezentem jaki mogłam otrzymać były książki z jego ilustracjami. Do dziś je posiadam, nijak nie byłam w stanie pozbyć się tych książczydeł z mojej biblioteki ( przegląd czytadełek pani starszej niejedną i niejednego mógłby wprawić w zdumienie, he,he ). Rysunki Szancera, piękne, eleganckie i bardzo stylowe powodowały szybsze bicie kolekcjonerskiego serducha. Podobały mi się zarówno te potraktowane akwarelą jak i "czyste" czarno - białe prace mistrza. Namiętnie zdobywałam pocztówki z ilustracjami z bajek, historia Kopciuszka, Jasia i Małgosi ( najbardziej elegancka Baba Jaga jaką widziałam ) czy przegląd krasnoludków z bajki o Sierotce Marysi do dzisiaj leżą na jednej z półek babcinej biblioteczki ( bezczelnie przeze mnie wykorzystywanej jako serwantka ). Od czasu do czasu przy okazji odkurzań zaglądam do tych skarbów i cieszę się nimi - wspominki mninionego świata. A jak minie już Święto Trzech Króli to będę karnawałować, znaczy namówię Dżizaasa na ekscesy kulinarne. Mam szczwany plan dotyczący faworków i róż karnawałowych!
sobota, 4 stycznia 2014
Irysy i bodziszki czyli tzw. jazda dowolna
Klasyczny zestaw czyli jazda obowiązkowa to róże i bodziszki. Owszem sprawdzone to i piękne ale u mnie najbardziej poszukiwane jest zawsze towarzystwo bylinowe dla irysów. Najważniejszą sprawą było wybranie bodziszków kwitnących w tym samym terminie co irysy.
Mam takie miejsce na rabacie zwanej Landrynem gdzie rośnie duża kępa irysa syberyjskiego Iris sibirica 'Cambridge', to ona stanowiła pierwszy punkt o który zahaczyłam swój pomysł na nasadzenie. Duża, obficie kwitnąca kępa z bodzichami w tle wydała mi się całkiem udanym rozwiązaniem. Bodzichy miały stanowić neutralne przejście, że tak to nazwę, pomiędzy irysami syberyjskimi a znajdującym się tuż tuż stanowiskiem irysów bródkowych. Bałam się ostrych kontrastów wynikających ze stopnia nasycenia barwą kwitnących kwiatów, marzyły mi się raczej łagodne przejścia, stopniowanie barw i waloru. Za kępą sybiraczka 'Cambridge' wylądowały zatem dwie odmiany kwitnących w odpowiednim terminie bodziszków Geranium pratense - 'Splish Splash' i 'Kendall Clark'. Obydwie odmiany bezproblemowe, bez tendencji do pokładania pędów. Pięknie wykrojone bodziszkowe liście stanowią dopełnienie, bonus od Wielkiego Ogrodowego. Przy trawiastych i monotonnych liściach sybiraczków prezentują się wręcz świetnie. Szczególne znaczenie ma to po chwilach chwały, kiedy na rabacie nie można już zaczepić oka na kwiatach. Morze sybiraczego listowia a w tle liście bródek, często poprzycinanych jak lato mokre - no nie! Taki widok zupełnie człowieka ogrodowo nie kręci.
Bodziszki odpowiednio przycięte i podlewane szybko odbudowują liście i nawet w czasie kiedy nie kwitną stanowią atrakcję rabaty. Trzeba tylko uważać żeby podlewanie ograniczało się do bodzichów i irysów syberyjskich, bródki nadmiaru wody nie tolerują. Następną sprawą do przemyślenia po wybraniu odmian bodziszków był dobór odmian irysów bródkowych. 'Cambridge' jest niemal turkusowy, bodzichy tworzą jasnobłękitną plamę więc było jasne dla mnie że jest to idealne miejsce dla niebieskich irysów. Istniał w mojej głowie projekt rabaty złożonej z irysów bródkowych w chłodnych odcieniach bieli i w niebieskościach, nazwany Zannka 1 ( od imienia pomysłodawczyni, cooleżanki Tabazianki - projekt Zannka został zrealizowany na jej działce ). W skład rabaty Zannka 1 wchodzą następujące odmiany irysów TB - 'Brussels', 'Fogbound', 'Queen Of Angels', 'Sliverado', 'Alabaster Unicorn', 'Crowned Heads'. Od niedawna grupę uzupełniają odmiany 'Haunted Heart', 'Platinum Class', 'Cameo Apperance' ( odmiana która po "rozkępieniu" ma stanowić przejście kolorystyczne do irysów TB o kwiatach w odcieniu różu ). Wszystkie wymienione odmiany jak najbardziej "zniosą" towarzystwo wdzięcznych , jasno kwitnących bodziszków.
Zaczęłam się zastanawiać czy nie wykorzystać w znacznie większym zakresie niż to dotychczas czyniłam nasadzeń z bodziszkiem wspaniałym Geranium x magnificum . Kiedyś tam posadziłam go tak że widoczne były na jego tle kwiaty irysa TB 'Queen Of Angels' ale z racji własnej wspaniałości i okazałości nie wydawał mi się ten bodzich specjalnie dobrym tłem dla wspaniałych i okazałych kwiatów kwiatów irysów TB. Wszystko przemawiało za tym żeby nie dawać dwóch grzybków w barszcz. Jednak bodzichy o ciemnoniebieskich kwiatach korciły. Na rozsadniku rozpoczęłam przyspieszone dzielenie bodziszka odmiany 'Brookside'. To dobry bodzich, twardy ale o delikatnym wyglądzie - mieszaniec Geranium pratense x Geranim clarkei 'Kashmir Purple'. Wymagania ma takie że spokojnie może przy bródkach rosnąć, kwitnie w odpowiednim terminie i zapowiada się na w miarę dobrego partnera dla irysów. jedno co mnie martwi to fakt że z trzymaniem pędów prosto ma u mnie lekki problem, ale być może jest to kwestia wilgotnej i zasobnej ziemi na rozsadniku, no i stałego lekkiego półcienia w tym miejscu przeznaczonym dla młodych roślin.
Dopiero wiosną tego roku trafi ten bodziszek na swoje miejsce docelowe, odpowiednia ilość sadzonek powinna zrobić niezły ansamble dla 'Crowned Heads' i 'Haunted Heart', których stanowiska będą znajdowały się najbliżej bodziszkowych nasadzeń. Planów związanych z bodziszkiem wspaniałym jednak całkowicie nie zarzuciłam. Co prawda wspaniały ma własną, dużą część rabaty na której sobie rośnie w trzech odmianach ale za tło dla niego będą tam "robiły" dwie odmiany sybiraczków - 'Ruffled Velvet' i 'Roaring Jelly' ( ta druga odmiana na zdjęciu ). Mam nadzieję że sybiraczki szybko zrobią solidne kępy bo o bodzichy to jestem spokojna - przyrastają jak marzenie! Niedaleko starej kępy sybiraczka 'Cambridge' wygospodarowałam miejsce dla odmiany irysa syberyjskiego który ma za zadanie wprowadzić nieco cieplejsze tony do chłodnego nasadzenia - wybrałam 'Fond Kiss'. To bardzo piękna i dobrze rosnąca odmiana, która trafiła do Alcatrazu z Irysowa. Już pierwsze kwitnienie upewniło mnie że to był dobry pomysł posadzić tego irysa w otoczeniu jasnoniebieskich bodziszków.
Rabata nie jest jeszcze skończona ( z tym kończeniem rabat jest u mnie tak jak z jedzeniem lodów - zawsze są smaki, których jeszcze nie próbowałam i zawsze są rośliny które chyba będą lepiej wyglądały ) ale jakiś tam jej zarys już widać.
Mam takie miejsce na rabacie zwanej Landrynem gdzie rośnie duża kępa irysa syberyjskiego Iris sibirica 'Cambridge', to ona stanowiła pierwszy punkt o który zahaczyłam swój pomysł na nasadzenie. Duża, obficie kwitnąca kępa z bodzichami w tle wydała mi się całkiem udanym rozwiązaniem. Bodzichy miały stanowić neutralne przejście, że tak to nazwę, pomiędzy irysami syberyjskimi a znajdującym się tuż tuż stanowiskiem irysów bródkowych. Bałam się ostrych kontrastów wynikających ze stopnia nasycenia barwą kwitnących kwiatów, marzyły mi się raczej łagodne przejścia, stopniowanie barw i waloru. Za kępą sybiraczka 'Cambridge' wylądowały zatem dwie odmiany kwitnących w odpowiednim terminie bodziszków Geranium pratense - 'Splish Splash' i 'Kendall Clark'. Obydwie odmiany bezproblemowe, bez tendencji do pokładania pędów. Pięknie wykrojone bodziszkowe liście stanowią dopełnienie, bonus od Wielkiego Ogrodowego. Przy trawiastych i monotonnych liściach sybiraczków prezentują się wręcz świetnie. Szczególne znaczenie ma to po chwilach chwały, kiedy na rabacie nie można już zaczepić oka na kwiatach. Morze sybiraczego listowia a w tle liście bródek, często poprzycinanych jak lato mokre - no nie! Taki widok zupełnie człowieka ogrodowo nie kręci.
Bodziszki odpowiednio przycięte i podlewane szybko odbudowują liście i nawet w czasie kiedy nie kwitną stanowią atrakcję rabaty. Trzeba tylko uważać żeby podlewanie ograniczało się do bodzichów i irysów syberyjskich, bródki nadmiaru wody nie tolerują. Następną sprawą do przemyślenia po wybraniu odmian bodziszków był dobór odmian irysów bródkowych. 'Cambridge' jest niemal turkusowy, bodzichy tworzą jasnobłękitną plamę więc było jasne dla mnie że jest to idealne miejsce dla niebieskich irysów. Istniał w mojej głowie projekt rabaty złożonej z irysów bródkowych w chłodnych odcieniach bieli i w niebieskościach, nazwany Zannka 1 ( od imienia pomysłodawczyni, cooleżanki Tabazianki - projekt Zannka został zrealizowany na jej działce ). W skład rabaty Zannka 1 wchodzą następujące odmiany irysów TB - 'Brussels', 'Fogbound', 'Queen Of Angels', 'Sliverado', 'Alabaster Unicorn', 'Crowned Heads'. Od niedawna grupę uzupełniają odmiany 'Haunted Heart', 'Platinum Class', 'Cameo Apperance' ( odmiana która po "rozkępieniu" ma stanowić przejście kolorystyczne do irysów TB o kwiatach w odcieniu różu ). Wszystkie wymienione odmiany jak najbardziej "zniosą" towarzystwo wdzięcznych , jasno kwitnących bodziszków.
Zaczęłam się zastanawiać czy nie wykorzystać w znacznie większym zakresie niż to dotychczas czyniłam nasadzeń z bodziszkiem wspaniałym Geranium x magnificum . Kiedyś tam posadziłam go tak że widoczne były na jego tle kwiaty irysa TB 'Queen Of Angels' ale z racji własnej wspaniałości i okazałości nie wydawał mi się ten bodzich specjalnie dobrym tłem dla wspaniałych i okazałych kwiatów kwiatów irysów TB. Wszystko przemawiało za tym żeby nie dawać dwóch grzybków w barszcz. Jednak bodzichy o ciemnoniebieskich kwiatach korciły. Na rozsadniku rozpoczęłam przyspieszone dzielenie bodziszka odmiany 'Brookside'. To dobry bodzich, twardy ale o delikatnym wyglądzie - mieszaniec Geranium pratense x Geranim clarkei 'Kashmir Purple'. Wymagania ma takie że spokojnie może przy bródkach rosnąć, kwitnie w odpowiednim terminie i zapowiada się na w miarę dobrego partnera dla irysów. jedno co mnie martwi to fakt że z trzymaniem pędów prosto ma u mnie lekki problem, ale być może jest to kwestia wilgotnej i zasobnej ziemi na rozsadniku, no i stałego lekkiego półcienia w tym miejscu przeznaczonym dla młodych roślin.
Dopiero wiosną tego roku trafi ten bodziszek na swoje miejsce docelowe, odpowiednia ilość sadzonek powinna zrobić niezły ansamble dla 'Crowned Heads' i 'Haunted Heart', których stanowiska będą znajdowały się najbliżej bodziszkowych nasadzeń. Planów związanych z bodziszkiem wspaniałym jednak całkowicie nie zarzuciłam. Co prawda wspaniały ma własną, dużą część rabaty na której sobie rośnie w trzech odmianach ale za tło dla niego będą tam "robiły" dwie odmiany sybiraczków - 'Ruffled Velvet' i 'Roaring Jelly' ( ta druga odmiana na zdjęciu ). Mam nadzieję że sybiraczki szybko zrobią solidne kępy bo o bodzichy to jestem spokojna - przyrastają jak marzenie! Niedaleko starej kępy sybiraczka 'Cambridge' wygospodarowałam miejsce dla odmiany irysa syberyjskiego który ma za zadanie wprowadzić nieco cieplejsze tony do chłodnego nasadzenia - wybrałam 'Fond Kiss'. To bardzo piękna i dobrze rosnąca odmiana, która trafiła do Alcatrazu z Irysowa. Już pierwsze kwitnienie upewniło mnie że to był dobry pomysł posadzić tego irysa w otoczeniu jasnoniebieskich bodziszków.
Rabata nie jest jeszcze skończona ( z tym kończeniem rabat jest u mnie tak jak z jedzeniem lodów - zawsze są smaki, których jeszcze nie próbowałam i zawsze są rośliny które chyba będą lepiej wyglądały ) ale jakiś tam jej zarys już widać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















