Dawno, dawno temu, w zamierzchłych czasach przedogrodowych myślałam że każda róża powtarzająca kwitnienie to remontanka. No niby w zasadzie tak jest ale najczęściej pod tę nazwę rosomanes podpinają grupę zwaną w języku nam obcym, hybrid perpetual. Róże remontanki to mieszańce powstałe w połowie XIX stulecia, pierwsza z nich 'Princesse Helene' Laffaya "urodziła" się 1837 roku. Przełomem było jednak pojawienie się odmiany 'La Reine' tego samego hodowcy w 1842 roku ( w handlu w 1844 roku ). Przyjmuje się że Laffay wyhodował do 1843 roku osiemnaście hybryd nowej grupy róż otrzymanej ze skrzyżowania hybryd róży chińskiej ( głównie samozapylenia róż z grupy Bourbon i róży galijskiej ) z różami portlandzkimi. Była to całkiem inna różana bajka niż do tej pory bywało, rozpoczęła się droga ku dzisiejszym nowoczesnym różom. Kwiaty róż remontanek nie bardzo przypominały różane kwiaty starszych europejskich grup róż. Pierwsze remontanki nie różniły się jeszcze tak mocno od dawnych krewniaczek ale im dalej w las tym więcej drzew - inne róże, inne problemy, inna hodowla a co za tym idzie, inne rosaria i w ogóle możliwości wykorzystania powtarzających kwitnienie krzewów różanych.
'Mrs. John Laing' to jedna z późniejszych remontanek, została wyhodowana przez Henry Benneta w roku 1885. Do handlu wprowadzono ją w roku 1887. Nazwana została na cześć pani Laing, małżonki znanego londyńskiego ogrodnika Johna Laing ( i stąd u mnie ta róża nosi ksywkę "Pani Laingowej" ). Henry Bennet był jednym z pierwszych angielskich wielkich hodowców róż, postacią dość nietuzinkową bo w nieciekawej epoce "dzikiego kapitalizmu" kombinował jakby tu wyżyć z uprawy krzewu, który kojarzył się raczej z rośliną dla tej "lepszej", części społeczeństwa. Zaczynał jako zwykły farmer, skończył jako jeden z najbardziej szanowanych hodowców róż na świecie. Za sukcesem Benneta być może stało przekonanie że róże to nie tylko krzewy dla elit, róże powinny znaleźć się w każdym angielskim ogrodzie ( a już taka 'His Majesty' to obowiązkowo, he, he ).
Niewątpliwie największe różane dzieło Benneta, odmiana 'Mrs. John Laing' przypomina już mocno nowoczesne róże, to znaczy budowę kwiatów ma zbliżoną do mieszańców herbatnich ( choć moim zdaniem zdecydowanie bardziej podobna jest do budowy róż z grupy floribunda ). Kwiaty są duże, średnica kwiatu to ok. 12 cm. W początkowej fazie kwitnienia lekko kuliste, co zawdzięczają dużej ilości płatków. Na szczęście pokrój krzewu mieszańców herbatnich nie przypomina - 'Mrs. John Laing' dorasta w optymalnych warunkach do niemal dwóch metrów, ale wszystkie egzemplarze które widziałam "żywcem" dochodziły tak do półtora metra i to zdaje się był absolutny max. Pewno warunki nie były tak całkiem optymalne, he, he. Poza tym tę różę przycina się wiosną dość silnie, pędy po przycięciu powinny mieć od 40 do 60 cm wysokości. W chłodniejszym klimacie krzew nie zawsze "nadrobi" wzrost. Krzewy tej odmiany róży nie są zbyt szerokie, to może być zarówno wadą, jak i zaletą - wszystko zależy od tego w jaki sposób zamierzamy tę różę potraktować na rabacie. Dla zwolenników rabat mieszanych, nie najszerszy pokrój krzewu bywa właśnie tym "o co chodziło". Mrozoodporność odmiany nie jest z tych najgorszych, ale w zimniejszych regionach lepiej tę różę kopczykować na zimę. Należy pamiętać że National Rose Society Gold Medal to przyznano 'Mrs. John Laing' w 1885 roku, czyli w czasach kiedy podatność liści na chroby grzybowe nie była czynnikiem dyskwalifikującym roślinę jako pretendentkę do nagród. Ja mam w wypadku "Pani Laingowej" nie najlepsze doświadczenia z grzybkami. Wystarczy trochę wilgotniejsze lato i te śliczne jasnozielone liście paskudnieją. No nie jest to róża bezproblemowa. Za to zapach, dobre powtórne kwitnienie, nasycona barwa płatków ( przekwitanie "Pani Laingowej" nie jest aż tak tragicznie paskudne jak to bywa w niektórych różanych wypadkach ) i niemal bezkolcowość pędów wynagradzają niedostatki zdrowia. Czasem ta róża potrzebuje dwóch albo nawet trzech sezonów żeby dobrze się rozwinąć, ale ja mam z nią podobne doświadczenia jak Ania DS - w Alcatrazie na średniej jakości glebie róża "zaskoczyła" już w pierwszym sezonie.
czwartek, 16 października 2014
niedziela, 12 października 2014
Życie miejskie i towarzyskie
Ostatnio ciągle czytam jaka to tragiczna sprawa ten brak życia miejskiego i wynoszenie się na przedmieścia. W ramach walki ze zjawskiem suburbanizacji postanowiłyśmy z Mamelonem wyjść w miasto. To znaczy ja postanowiłam a Mamelon został zmuszony do ruszenia ze mną. Na wycieczkę do miasta został zabrany też Sławek, dla którego przejażdżka tramwajem miała stanowić dodatkową atrakcję ( z naszej trójki to już chyba tylko on nie pamięta kiedy ostatni raz jechał tramwajem ).
Zaczęło się nieciekawie od nagłej zmiany trasy tramwaju, potem było już tylko tradycyjne duszenie w tramwajowym tłoku. Ot, normalka na "regionalnej" trasie w sobotni wieczór. Nasza wyprawa miała na celu oblookanie czegoś co się nazywa Kinetycznym Festiwalem Światła, albo jakoś tak podobnie. Miało nas powalić uwydatnieniem przez światło urody Piotrkowskiej. Napiszę krótko - nie powaliło! Na całej trasie festiwalowej podobała mi się jeno jedna instalacja a Mamelon była w ogóle na nie i miała mordercze zamiary wobec tłumu i mnie jako głównej sprawczyni jej festiwalowej męki. Na Piotrkowskiej w sobotnie wieczory spokojnie nie jest, tym razem została przekroczona faza sobotniej imprezowni i Pietryna zaliczyła dziki spęd stadionowy. Nawet Sławek wysiadł, łomot sprzętu nagłaśniającego i macerowanie w tłumie ruszyły go na tyle że na Placu Wolności zarządził natychmiastowy odwrót. Wrażenie po "kinetyce świetlnej" postanowiliśmy omówić w Manufakturze przy piwku. W czasie gry reprezentacji Polski jeden z głupszych pomysłów, ale co tam.
Pierwsza piwiarnia ( z litości nie wymienię nazwy ) oznaczała dla nas próbę charakteru. Ja rozumiem że cierpliwość jest cnotą ale ile do cholery można czekać na zainteresowanie kelnera swoją osobą. Po kwadransie czekania człowiek ma dosyć. Jedyne co mu zostaje to wyjście z ostentacyjnym szuraniem krzeseł. Druga próba wypicia piwka była udana , lokal nazywa się chyba "Galicja" i był znacznie bardziej me gusta. Przy ciemnym koźlaku omawialiśmy nasze wrażenia z wycieczki "do miasta" i zastanawialiśmy się dlaczego nie czujemy się podkręceni atmosferą. W końcu nie tak dawno wróciłyśmy z Mamelonem z Pragi, gdzie dziki spęd stadionowy w okolicy Rynku Staromiejskiego jest sprawą codzienną i gdzie to zjawisko nam aż tak baaaardzo nie przeszkadzało. No tak, ale bycie parodniowym turystą chłonącym urodę obcego, starego miasta wraz z tłumem da się jeszcze wytrzymać , natomiast wyprawa do dobrze znanej nam dzielnicy własnego miasta w towarzystwie kupy współmieszkańców już tego uroku "odkrywania świata" jest pozbawiona. Impreza zamiast cieszyć zaczyna solidnie męczyć. Człowiek ma dosyć i czym prędzej myśli jakby tu jak najszybciej znaleźć się z powrotem na przedmieściu. Poza tym "wiek spędów" chyba już dla nas minął. OK., koncert, kino , teatr ale masowe świętowanie w "przestrzeni miasta" zdecydowanie za nami ( zresztą zawsze z Mamelonem miałyśmy problem z "tłumną zabawą" ). Wygląda na to że nasz habitat to jednak zdecydowanie przedmieścia. Znaczy nie będziemy budować "żywej tkanki miasta" uczestnicząc w imprezkach miejskich.
Teraz takie sobie przemyślenia dotyczące powolnej agonii Pietryny.Urządzanie masowych imprez nie ożywi tej ulicy, raczej skłoni kolejnych jej mieszkańców do szukania spokojniejszych miejsc do mieszkania. W ogóle urządzanie masówek w centrum starego miasta z problemami komunikacyjnymi jest moim zdaniem głupie ale to w kraju gdzie stadiony sportowe buduje się w centrum dużych miast pewnie nikogo nie rusza. Wspominałyśmy z Mamelonem Piotrkowską z lat naszej młodości, ubogą jak tylko mogła być uboga ulica w czasach komuny ale za to tętniącą życiem. Dziś nie łazimy często na Piotrkowską bo nie mamy po co, za bogato i za pusto. Co z tego że chodniczki z granitu jak dawne sklepiki czy ciekawe knajpki na Pietrynie zdechły. Niespecjalnie dużo jest nawet sklepów dla turystów, choć wyczuwalny jest klimat ledwie dyszącej Wenecji zamienionej w Disneyland . Problemem Pietryny jest traktowanie tej ulicy jako najbardziej łódzkiej z łódzkich ulic, tworzenie deptaka dla niewielkiej ilości turystów przy jednoczesnym odpuszczeniu sobie dbania o standard życia jej mieszkańców. Problem większości miast na półkuli północnej, nic nowego. Ani ja, ani Mamelon, że o Sławku ledwie napomknę, nie będziemy zahaczać o Pietrynę z okazji takiej nocy muzeów czy tam innych podobnych świątek ( do muzeów to ja chodzę od czasu do czasu ranną porą, kiedy tam pusto ). Znaczy żadnego z nas pożytku przy reurbanizacji miasta nie będzie. Przynajmniej dopóki miasto nie stanie się znośne dla mieszkańców suburbii ( lub też suburbiów - nie jestem pewna jak to odmieniać ).
poniedziałek, 6 października 2014
Wielkie robienie zapasów ( w tym to wirytualne )
Jesień pełną gębą! Nie tylko Dżizaas robi zapasy. W Alcatrazie wielkie jesienne bzyczenie - ostatnie kwiatowe żerowisko w pełni kwitnienia. Pszczółki i trzmiele kręcą się ostro koło marcinkowych i sedumkowych kwiatów. Konkurencję podżerającą robią im motyle, ja mam głównie ucztę dla oczu, choć Dżizaas coś tam bredziła o ostatnich listkach mięty ( spoko, zielsko ścięte przed kwitnieniem powinno wypuszczać nowe pędy z młodymi listkami ). Ciekawe czy sister będzie próbowała dosmaczyć miętą dynię, mam nadzieję że ten pomysł się nie zalęgnie pod dżizaasową czaszką, he, he. Prędzej będzie miało miejsce robienie likierku miętowego ( oby udało się mu nadać tym razem barwę zbliżoną do świeżej zieleni ) albo mrożenie listków w celach piernikowo - lukrowych. W każdym razie Dżizaas i pszczółki kombinują jak tu jeszcze korzystać z październikowych dobrutek w Alcatrazie. Zauważam między nimi więcej podobieństw - rano zarówno owady jak i Dżizaas są wyraźnie spowolnione i ospałe, rozkręcają się razem ze słoneczkiem by wieczorem wraz z nadejściem naprawdę "rześkiego" chłodku zamrzeć w ulu ( znaczy Dżizaas w swoim lokum ).
Mamelon i ja odbębniamy jesienną porę na swój własny sposób - mniej praktyki więcej teorii. Znaczy głównie przeglądamy przepisy i kombinujemy jakiego jedzonka w domu nie wykonywać żeby się nie skusić i nie żreć namiętnie. No i nie przejść z fazy muz Rubensa do fazy muz Botero. W końcu już teraz my nie przypominamy pszczółek tylko trzmiele, naprawdę czas najwyższy uważać żeby wałki nas nie zawaliły dokumentnie. Ostatnie zdjątka z Pragi ujawniły smętną prawdę - ani do mnie ani do Mamelona nie pasuje nazwa sylfida. Co prawda obiektyw ponoć dodaje dziesięć kilo ( w naszym przypadku dwadzieścia, he, he ) ale nawet wyminusowany o tę wartość obraz zostawia jeszcze spoooorooo do życzenia. W dodatku mają miejsce nieprzyjemne sytuacje przy mierzeniu ciuchów ( uwięzgnięcie nogawki na udku, czy tradycyjne niedopięcie lub dopięcie wymuszone ze strzelającym guzikiem ). Uwielbiane przez nas ciuchy "gumkowe" nie nadają się niestety na każdą okazję. Tak, tak, w naszym wypadku jednak zdecydowanie lepiej czytać przepisy niż je wykonywać.
Przyjemnie jest wynajdować jakieś słodkości i zachwycać się tzw. możliwościami. Można nawet układać gryplany. Potem jednak lepiej udać się do ogrodu i przystąpić do zabaw ze szpadelkiem i innymi narządkami. Jak te pszczółki wkopywać te cebulki hiacyntów zakupione w Lidlu. À Propos - strzeliłam byka rekordzistę z radością powiadamiając Ewandkę że oto tanizna w tym Lidlu taka że "normatywne" cebule hiacyntów dostanie poniżej złocisza. Bardzo zły głosik w telefonie powiedział "Ale u mnie nie ma Lidla" i teraz w ramach samokarania rozważam zwiększenie liczby godzin spędzonych ze szpadlem. Tak to jest jak człowiek nie myśli tylko kretyńsko się spodziewa że wiadoma sieciówka jest wszędzie.Widać niestety efekt zaatakowania szarej galaretki komórkami tłuszczowymi, zgroza! Jedno szczęście że u Ewandki inna sieciówka ma inne cebule, też niedrogie. Może faux pas z tymi cholernymi hiacyntami zostanie mi wybaczone. Tym bardziej że w ramach poszukiwań kulinarnych znalazłam przepis na nalewkę z owoców czarnego bzu. Nalewki nie są pożerane tylko podpijane i mają działanie lecznicze. W naszym programie antywałkowym nie ma mowy o usunięciu z naszego życia nalewek - zdrowie przede wszystkim, he,he!
Mamelon i ja odbębniamy jesienną porę na swój własny sposób - mniej praktyki więcej teorii. Znaczy głównie przeglądamy przepisy i kombinujemy jakiego jedzonka w domu nie wykonywać żeby się nie skusić i nie żreć namiętnie. No i nie przejść z fazy muz Rubensa do fazy muz Botero. W końcu już teraz my nie przypominamy pszczółek tylko trzmiele, naprawdę czas najwyższy uważać żeby wałki nas nie zawaliły dokumentnie. Ostatnie zdjątka z Pragi ujawniły smętną prawdę - ani do mnie ani do Mamelona nie pasuje nazwa sylfida. Co prawda obiektyw ponoć dodaje dziesięć kilo ( w naszym przypadku dwadzieścia, he, he ) ale nawet wyminusowany o tę wartość obraz zostawia jeszcze spoooorooo do życzenia. W dodatku mają miejsce nieprzyjemne sytuacje przy mierzeniu ciuchów ( uwięzgnięcie nogawki na udku, czy tradycyjne niedopięcie lub dopięcie wymuszone ze strzelającym guzikiem ). Uwielbiane przez nas ciuchy "gumkowe" nie nadają się niestety na każdą okazję. Tak, tak, w naszym wypadku jednak zdecydowanie lepiej czytać przepisy niż je wykonywać.
Przyjemnie jest wynajdować jakieś słodkości i zachwycać się tzw. możliwościami. Można nawet układać gryplany. Potem jednak lepiej udać się do ogrodu i przystąpić do zabaw ze szpadelkiem i innymi narządkami. Jak te pszczółki wkopywać te cebulki hiacyntów zakupione w Lidlu. À Propos - strzeliłam byka rekordzistę z radością powiadamiając Ewandkę że oto tanizna w tym Lidlu taka że "normatywne" cebule hiacyntów dostanie poniżej złocisza. Bardzo zły głosik w telefonie powiedział "Ale u mnie nie ma Lidla" i teraz w ramach samokarania rozważam zwiększenie liczby godzin spędzonych ze szpadlem. Tak to jest jak człowiek nie myśli tylko kretyńsko się spodziewa że wiadoma sieciówka jest wszędzie.Widać niestety efekt zaatakowania szarej galaretki komórkami tłuszczowymi, zgroza! Jedno szczęście że u Ewandki inna sieciówka ma inne cebule, też niedrogie. Może faux pas z tymi cholernymi hiacyntami zostanie mi wybaczone. Tym bardziej że w ramach poszukiwań kulinarnych znalazłam przepis na nalewkę z owoców czarnego bzu. Nalewki nie są pożerane tylko podpijane i mają działanie lecznicze. W naszym programie antywałkowym nie ma mowy o usunięciu z naszego życia nalewek - zdrowie przede wszystkim, he,he!
niedziela, 5 października 2014
'Naples' - irys TB w jesiennych kolorach
Przyjechał od Fafika, w zeszłym roku. Fafik wysadzonkowała się że ho, ho - to było sadzonisko kłączychowe! Nie wiem czy Fafik nie eksmitowała go ze swojego Skraju Raju w całości, bo TB są kłopotliwe kiedy wieją rajskie wiatry. Dodatkowo u Fafika gleba na bródki taka sobie, znaczy muszą być uprawiane na podniesionej rabacie. W każdym razie ofiarowane kłączycho było tak wielkie że odpowiedziałam podzieleniem kłączka na tęskne spojrzenia naszego Pana Paczkowego ( Pan Paczkowy zawsze śle takowe jak pojawiają się kłącza TB, w rewanżu otrzymuję ciekawe pnączka typu cytryniec ). Zakwitł przepięknie w pierwszym sezonie po posadzeniu ( kwiaty na paru pędach, radość dla oczu ). Nie wiem co Fafikowi z tymi coolorkami nie leżało ( bo Fafik nie tylko grymasiła z powodu wzrostu 'Naples' ), może koncepcja nasadzeń się zmieniła na faficzej rabacie ( u mnie tak bywa hym....tego....często ). U mnie 'Naples' robi za "punkt ciężkości" przy wcześnie kwitnących różach, przy ich jasnych kwiatach stanowi ciemny ale ciepły akcent. Teraz metryczka - wyhodował go Thomas Johnson, odmiana została zarejestrowana w roku 2000. Jest wynikiem krzyżowania odmian 'Film Festival' X 'In Town'. Kariera całkiem, całkiem - 'Naples' otrzymał Honorable Mention 2003, Award of Merit 2005. Zakwita wcześnie i "ciągnie" do środka sezonu kwitnień irysów TB. Teraz trochę o zestawianiu tego irysa - wcale nie jest takie łatwe. Odmiana rozwija kolor podczas kwitnienia, znaczy pierwsza trudność. Kolor płatków kopuły zaczyna się od nasyconej niemal do koloru pomarańczy moreli ( ale mi koktajl owocowy wyszedł, he, he ) by w miarę wykwitania przechodzić w brzoskwiniowe tony. Dodatkowo solidnie ciemne dolne płatki i zadmuch na kopule sprawiają że irys jest "optycznie ciężki". Jedyna rada - nasadzać metodą prób i błędów ( naprawianych ). Ja wybrałam opcję dociążania jasnej rabaty, wydała mi się łatwiejsza niż rozjaśnianie irysem 'Naples' ciemnych w odbiorze nasadzeń z tebiaków ( inna sprawa że nie mam aż tak dużo irysów TB w "czarnych" odcieniach ). Odmiana godna, prosta w uprawie, w zestawach wymagająca - ot, tyle o 'Naples'.
piątek, 3 października 2014
Szaleństwa kulinarne Dżizaasa - Cucurbita wszechobecna
Normalnie strach się bać - Dżizaas zapadła na dyniową gorączkę. Dynia jest nie tylko marynowana, ale traktowana jako tworzywo kulinarne do zrobienia "wszystkiego". Zaczynam obawiać się schabowego z dyni! Zaczęło się oczywiście niewinnie, Dżizaas kupiła dwie niezbyt wielkie dynie na zupę i na przetwory. Nawet widziałam w tym jakiś powrót do normalności, po dołującej Dżizaasa wizycie u ortopedy. Niestety to co miało być miłym remedium na zdrowotne kłopoty zamieniło się w orgię. Nie wiem co by powiedział ten biedny konował od kośćca jakby zobaczył ile czasu Dżizaas stoi przy garach, uznaję że byłby wstrząśnięty a nie tylko zmieszany. Jakby mało było tego stania Dżizaas najprawdopodobniej zacznie polowanie na "dynię właściwą", czyli taką która ma odpowiedni miąższ, kolorek i "gotowalność" ( są różne preferencje dotyczące rozpadania się dyniowego miąższu podczas gotowania - wszystko zależy od tego jaką to potrawę z dyni chcemy wykonać ). Ja osobiście za dynią nie przepadam od czasu pomieszkiwania w sąsiedztwie Kanadyjki namiętnie weekendowo rozdającej ciasto dyniowe a właściwie to ciasto nadziewane dynią ( nie wypadało odmawiać, kobita serdeczna była ale nie tylko ja się modliłam żeby jak najszybciej opanowała sztukę robienia Appfelstrudel ). Tak szczerze pisząc to poza dynią marynowaną najwłaściwszym dla mnie sposobem wykorzystania dyni jest jej wydrążenie i postawienie w wydrążowisku świeczki. Obawiam się jednak robienia jesiennych dekoracji. W tym dyniowym szale Dżizaas nie zostawi dekoracyjnego tworzywa w spokoju. Po co dynia dla ozdoby kiedy można ją zeżreć?!
środa, 1 października 2014
Narzędziownia czyli radości domku ogrodnika
Powoli zbliża się moment wyprowadzki z szopy składowej ( wreszcie! ) narządków ogrodniczych. Właściwie moment to radosny bo po wyprowadzeniu narządków zamierzam pozbyć się bynajmniej nie pięknego szopiska. Zamiast paskudnych dech będzie inszy widoczek. Że już ledwie napomknę o nowych terenach nasadzeniowych ( okrutna szopka ma według moich obliczeń coś ze trzydzieści metrów kwadratowych z hakiem ). Na miejscu poszopkowym od dawna planowany jest tzw. Żółty Magnolnik. Niestety żeby nie było za słodko i za przecudnie z wyprowadzką szopkową związane jest przyszykowanie miejsca przyszłego pobytu wyposażenia szopki. Trzeba je przygotować solidnie bo nie piszę się już na żadne wiecznie trwające prowizoryczne schowanko. Na narzędziownię ogrodową postanowiłam zaadaptować część mojej kotłowni. Budyneczek murowany, żadne tam dechy i papa. Przylepione to do mojej oficynki, gdzieś w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia ku zgrozie i ciężkiemu oburzeniu Stryja Mieczysława. Oburzeniu nie było się co dziwić bo swego czasu była to radosna samowola budowlana, a doprowadzenie tego ustrojstwa do stanu zgodnego z normami budowlanymi ( bo rozebranie nie było proste i tanie a toto budynkiem trzeba było nazwać ) i legalizacja spadła na właścicieli, którzy z powstaniem tej przybudówki nie mieli nic wspólnego. Ot, radości komuny!
Przed wprowadzeniem narzędzi ogrodowych kotłownia wymaga "opracowania". Czeka mnie więc malowanie ścian. Na szczęście podłoga z kafli wymaga jedynie umycia. Ze względu na rodzaj opału przeze mnie używanego nie martwi mnie żaden szybko osiadający kurz czy tam inne pyły, ale nie da się ukryć że od czasu do czasu umyć podłogę wypada ( nie za często, nie jestem fanką wychuchania ). Do kotłowni zamierzam wstawić przedpotopowy kredens po sąsiadce ( pomalowałam go na niemal jarzeniowo "jasno - niebiewski" kolor ), w którym zamierzam przechowywać wszelkie narządka z tych drobniejszych, a także "pierdółki ogrodowe" typu nasiona, labelki, mikstury na robale. Większe narządka będą miały swoje wieszadełko na ścianie, a konewki i kosiarka wydzielone "placyki" ( miejsce parkowania kosiarki jeszcze nie jest tak do końca ustalone ). Nawozy i ziemie "specjalnego przeznaczenia" - torfy i inne takie - będą schowane niedaleko pryzmy kompostowej ( może nawet to odgrodzę dechami z rozbiórki szopy ). Plan szopkowy w przeciwieństwie do ogrodowego jest dość ambitny, czasu za dużo nie mogę na jego realizację przeznaczyć. Zobaczymy co uda mi się zrobić w październiku. Są pozytywne sygnały ze strony Dżizaasa, dziś robiła przetwory z dyni - znaczy chyba się dźwiga z fotela boleści. Może uda mi się wykorzystać tę poprawę zdrówka młodszej sister i zaprząc ją do roboty. Tak sobie niecnie knuję!
poniedziałek, 29 września 2014
Zmęczenie posezonowe
Niby było cool bo podróże i towarzystwo, bo sadzenie i całkiem nowe akcje w Alcatrazie ale ten wrzesień jakoś specjalnie miło mi się w pamięci nie zapisze. Za sprawą odejścia Puchowatego rzecz jasna. Ciotka w ramach rekonwalescencji duchowej udała się z krótką ekskursją do starszej córki a ja udałam się do tzw. obowiązków. Oj, tak coś czuję że tego oddechu od nich nie było specjalnie dużo, no ale nie można mieć wszystkiego. Z niepokojem słucham prognoz długoterminowych, czyli jak zwykle przed zimą zaczynam uprawiać pogodę ( ponoć klasyczne zajęcie ogrodników zimową porą, tak twierdził pan Karel Čapek ). W ogrodzie powoli czuję smęty jesienne ale wynikają one chyba raczej z mojego nastroju a nie z rzeczywistego stanu rabat. W tej chwili trwa tradycyjna marcinkowa orgia, czyli jest normalnie jak to we wrześniu w Alcatrazie. Powoli zaczyna się żółknięcie liści na drzewach, ale do złotej jesieni jeszcze daleko. Dżizaas leczy kolana ( wyprawy górskie latem ) i jakoś cicho w związku z tym o pomocy w ogrodzie. Sprawa chyba jest z tych poważnych bo jest też cicho w temacie powideł, gruszek z wanilią i w tym podobnych sprawach. Wieczorkiem usiłuję czytać tzw. literaturę piękną ale zasypiam nad nią w tempie ekspresowym, oblookałam jakieś smętne filmiszcze i stwierdziłam przy końcu dzieła że nie pamiętam już jego początku.
Albo zaczyna się choroba Alzheimera, albo początki jesiennej zarazy czyli podłapałam spleen. Zdecydowanie wolę to drugie, mimo że przypadłość wredna, z tych upierdliwie powracających. No jest jeszcze trzecia możliwość z tym filmem - gniot jak rzadko, "okruch życia'",qrcze, do prędkiego zapomnienia! Jakby było mało tego wszystkiego trzeba liczyć dutki, bo zbliża się czas płacenia za paliwko na zimę. Tak jakoś mi nie tego, jak sobie o tym pomyślę. Dobrze choć że koty w porzo ( tfu, tfu, tfu! ). Była co prawda fala obrazy odczuwalna każdorazowo po moich wycieczkach, ale generalnie nie ma w tej chwili ekscesów. Najprawdopodobniej nieswojo im bez Puszka, nie ma kogo śledzić i przed kim się ukrywać w takich "niewidocznych miejscach" jak to za drabiną korytarzową ( widać cały koci tyłek i sporo przodka ). Oczywiście żeby nie zaspleenieć do końca i pozbyć się niewesołych myśli o finansach, układam plany robocze na październik. Mam zamiar pozbyć się całego przyszopia, wszystkie rośliny w doniczkach wegetujące na przyszopiu chcę w przyszłym miesiącu posadzić - żadnego dołowania! Może nie jest to strasznie ambitne, w tym roku nie ma aż takiej ilości nowych roślin do sadzenia, ale uważam że jak na mnie to starczy. Bezczelnie przyznaję że troszkę muszę odpocząć od ogrodu, odczuwam zmęczenie posezonowe. W końcu do cholery jest niemal październik a ja ogroduję w tym roku prawie od początku marca! Nieskładny ten narzekający post, trudno - cosik jestem ostatnio bez formy nie tylko w ogrodzie.
Albo zaczyna się choroba Alzheimera, albo początki jesiennej zarazy czyli podłapałam spleen. Zdecydowanie wolę to drugie, mimo że przypadłość wredna, z tych upierdliwie powracających. No jest jeszcze trzecia możliwość z tym filmem - gniot jak rzadko, "okruch życia'",qrcze, do prędkiego zapomnienia! Jakby było mało tego wszystkiego trzeba liczyć dutki, bo zbliża się czas płacenia za paliwko na zimę. Tak jakoś mi nie tego, jak sobie o tym pomyślę. Dobrze choć że koty w porzo ( tfu, tfu, tfu! ). Była co prawda fala obrazy odczuwalna każdorazowo po moich wycieczkach, ale generalnie nie ma w tej chwili ekscesów. Najprawdopodobniej nieswojo im bez Puszka, nie ma kogo śledzić i przed kim się ukrywać w takich "niewidocznych miejscach" jak to za drabiną korytarzową ( widać cały koci tyłek i sporo przodka ). Oczywiście żeby nie zaspleenieć do końca i pozbyć się niewesołych myśli o finansach, układam plany robocze na październik. Mam zamiar pozbyć się całego przyszopia, wszystkie rośliny w doniczkach wegetujące na przyszopiu chcę w przyszłym miesiącu posadzić - żadnego dołowania! Może nie jest to strasznie ambitne, w tym roku nie ma aż takiej ilości nowych roślin do sadzenia, ale uważam że jak na mnie to starczy. Bezczelnie przyznaję że troszkę muszę odpocząć od ogrodu, odczuwam zmęczenie posezonowe. W końcu do cholery jest niemal październik a ja ogroduję w tym roku prawie od początku marca! Nieskładny ten narzekający post, trudno - cosik jestem ostatnio bez formy nie tylko w ogrodzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)
.jpg)





