Wczorajsza nasiadówka u Mamelona zaczęła się od dyskusji nad podszywaniem spodni Sławka a skończyła się na netowym przeglądaniu japońskich haftów jedwabnych i kimon autorstwa Itchiku Kuboty ( szczerze polecam oblookanie mistrzowskich prac tego autora, kimonologia na najwyższym z możliwych poziomie - jednym słowem doskonałość ). Pitu pitu, od słówka do słówka i netowych obrazów z cyklu "Zapiera dech w piersiach, odejmuje mowę i ślepniesz na wszystko co nie jest zjawiskiem właśnie oglądanym" przeszłyśmy do własnych wyczynów hafciarsko - szwalniczych. Mamelon wyżywał się twórczo przy szyciu firan i zasłon, a ja swego czasu namiętnie produkowałam haftowane obrazki. Produkcja obrazków była bardzo miła, człowiek miał przed sobą wykonanie tzw. roboty krótkoterminowej i nie musiał się dobijać widokiem niezachaftowanych olbrzymich powierzchni obrusów czy tam innych serwet i poduch. W sam raz robota dla Jej Leniwości. Obrazki powstały dawno temu, w czasach gdy o jedwabiu do haftowania można było jedynie pomarzyć a człowiek był szczęśliwy że pomieszkuje w Odzi bo miał jaki taki dostęp do muliny. Lepsiejsze materiały miały znacznie bardziej praktyczne zastosowanie niż "podkładka" dla początkującej hafciarki i w sumie moje obrazki powstawały na tym co już nikomu na nic przydać się nie mogło. A to batystowa bluzka Cio Mary dożywająca swoich dni w szafie, absolutnie nie nadająca się do żadnej przeróbki, a to prześcieradło na wykończeniu podstępnie wyłudzone od Babci Wiktorii i długo moczone w herbacie gruzińskiej dla nabrania koloru ( herbata gruzińska nie nadawała się zasadniczo do spożycia, za to kolorek z niej pozyskany łapał trwale ).
Obrazki to były maleństwa, w porywach miały pocztówkowe rozmiary, jakieś 10 na15 cm, albo coś koło tego. Jedyny większy z tego czasu osiągnął gigantyczny rozmiar 18 cm na 13, normalne miniatury. Wzorki były autorstwa własnego, czasem inspirowane przedwojennymi pocztówkami a czasem chęcią ocalenia fragmentów ukochanej chusteczki z czasów przedszkolnych, która odchodziła w niebyt z powodu wysmarkania materiału. Sprzedawane wówczas w pasmanteriach wzory haftów ludowych albo Święte Rodziny drukowane na kanwie jakoś mnie nie kręciły. Techniki haftu wyciągałam od Babci Wiktorii, która opanowała za młodu wszelkie hardageny, toleda, krzyżyki, supełkowe oraz cieniowane płaskie i hafty nicią metalową ( te ostatnie za sprawą robót przymusowych, Wiktoria haftowała dystynkcje na wrażych niemieckich mundurach, patriotycznie opluwając podkładki pod złote nici ). Moja edukacja hafciarska została później uzupełniona przez Babcię Wandę, która potrafiła wyczarować cuda ze wstążek. Co prawda haftowanie batystu krzyżykami nie było najmądrzejsze ale za to te maleństwa były dla mnie prawdziwą szkołą haftu ( i nie tylko, bo prześcieradlany podkład był w takim stanie że uczyłam się cerowania, bezczelnie pomijając jednak najmniejsze dziurwy ).
Oto Mamelonku moje wprawki z czasów nastolęctwa, sama nie wierzę że krzyżykowałam na batyście. Obrazki są mocno okrutne, właściwie to szczęście że takie małe, he, he. Wiszą sobie w pokoju Cioci Dany i Azy i szczęśliwie rozmywają się przy godniejszych "powieszeńcach". No i dobrze bo ciężko byłoby mi się ich pozbyć ze względów sentymentalnych.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
niedziela, 28 grudnia 2014
Ćwierćzima
Trochę tylko spóźniona w stosunku do astronomicznej i kalendarzowej siostry przyszła śnieżna zima. Jednak łódzkie jej objawienie nie jest gwiazdą tej klasy jak to z którym ma do czynienia Talibra. Śnieg jest z tych ledwie przykrywających zieloność trawy, o sankach nie ma co marzyć. Mróz jest za to jak najbardziej zimowy, klasyczne grudniowe - 6. Mam nadzieję że to niespecjalnie grube śnieżne okrycie jednak wystarczy alcatrazowym roślinom. Tę niepokojącą mnie kwestię staram się zagłuszyć leniwie optymistycznym "przynajmniej nie trzeba odśnieżać". No cóż, co ma być to będzie - 6 z byle jaką okrywą śnieżną to jeszcze nie jest tragedia. Ptacy u mnie tacy piękni jak u Wiesi nie goszczą, ale armia sikorek nie zawiodła. Zauważyłam też podstępne zbliżanie się do domu miejskich gołębi, śledztwo wykazało że ma to dużo wspólnego z niby już zarzuconymi działaniami Małgoś - Sąsiadki. Nie mam serca straszyć ją opowieściami o "latających szczurach" kiedy w widoczny sposób zamartwia się czy te twarde ptaszydła nie padną aby z niedożywienia i zdaje się że w związku z tym będziemy posiadać "na stałe" jakąś tam populację gołębi. Na wszelki wypadek straszę jednak koty opowieściami o straszliwych bakteriach ( jak najbardziej prawdziwymi, Sztaflik była pokarana długim leczeniem za napad na gołębia ). Podsumowując krótko - zima jest ale z lekka niewydarzona.Tfu, tfu, tfu i trzykrotny obrót przez lewe ramię! - żeby basiora z lasu nie wywoływać. Na "łobabrazku ilustrującym" wspaniała, prawdziwa zima autorstwa Hermanna Vogla.
czwartek, 25 grudnia 2014
Kocie gadki wigilijne - zeznania w sprawie przestępstwa
No niektórzy to sobie w ten najnaj dzień w roku nieźle nagrabili. W wigilijny wczesny poranek obudził mnie łoskot. Oczywiście "kot, kot Pani Matko"! Moja kocia ekipa a właściwie to paskudny gang, usiłował dobrać się ( z powodzeniem niestety ) do rosołkowego mięcha. Przygotowania do przestępstwa miały miejsce dwudziestego trzeciego wieczorem, niestety zlekceważyłam symptomy złego. Jak te dzikie rysie krążyły kociska wokół mnie, kiedy wczoraj przygotowywałam rosołowe produkty. Rzecz jasna nie o marchewkę czy inną pietruszkę tu chodziło, pożądliwe spojrzenia były rzucane na wołowinę i indycze skrzydło. Felicjan tę dzikość serca przeżywał szczególnie silnie, drżał, odsłaniał zębiska i w ogóle rysiował na całego. Pozostała czwórka zadowalała się pomiaukiwaniami i tzw. piskami proszalnymi. Cała akcja była trochę bardziej natarczywie przeprowadzana niż zwykle ma to miejsce przy przygotowywaniu przeze mnie posiłków zawierających mięso, ale nie była aż tak ekstremalna żeby zapaliło mi się w głowie ostrzegawcze światełko. Garnek z powoli dochodzącym rosołkiem przestał interesować koty i moja czujność uległa uśpieniu. Stygnący rosół zabezpieczyłam solidnie odpowiednią pokrywką ( znaczy taką która nijak nie da się ruszyć kocim łapskiem ) i w błogim przekonaniu że oto mam za sobą gotowanie rosołku udałam się przyciąć komara.
Godzina 6. 30 głośna pobudka! Wyrwana ze snu a jednak natychmiast świadoma grozy sytuacji wbiegłam do kuchni bynajmniej nie jak słodka Wenus wstająca z rozkosznych pieleszy tylko wściekła jak Hera, która po raz kolejny zorientowała się że jej mąż nie był w delegacji w sprawach Olimpu u Posejdona czy tam innego Hadesa, tylko bezczelnie rwał jakąś nimfetkę. No blisko było greckiej tragedii, mord miałam w oczach i czułam że najwyższy czas załatwić te kocie harpie. Oczywiście na miejscu zbrodni żadnego winowajcy - gar wywalony, pokrywka hen, hen, mięcho na podłodze i odgłosy szybkiego połykania dochodzące spod stołu. No i zaczęłam ten święty dzień od słówka, którym żadnego dnia lepiej nie zaczynać.
Koty od razu wiedziały że tym razem nastąpiło przegięcie trudnowybaczalne, mięcho i włoszczyznę zbierałam z podłogi bez ich natrętnej asysty. Na szczęście mam zwyczaj solić rosół dopiero po wyjęciu włoszczyzny i części mięs ( wtedy dodaję też korzenie ) bo część mięska wrzucana jest na wrzący wywar z tzw. padlinki czyli mięsa typowo rosołowego, mającego nadać smak wywarowi i zalewanego zimną wodą. Takie niesolone wrzątkowe mięso zazwyczaj dostaje się w sporej części kotom. W części, nie w całości! Teraz banda załatwiła sobie super żarło na święta w dużej ilości. Mięcho przepłukałam, złośliwie zmieliłam z całą włoszczyzną ( to nie jest to za czym koty okrutnie przepadają ) a potem z jeszcze większą złośliwością nasypałam do misek suchego. Mięcho ostentacyjnie schowałam do lodówki. Resztki wywaru zmyłam z podłogi robiąc to bardzo szybko ( bezczelne dziewczątka udawały że usiłują mi pomagać zlizując rosół ).
Dziś w noc wigilijną czekam na wyjaśnienia składane w ludzkim języku polskim i absolutnie nie dam się przekonać że garnek wywaliły krasnoludki. Ani te od Lennarta Hejle ani te ze starych książeczek nie miały z tym nic wspólnego. Oczywiście św. Mikołaj przyniósł czworonożnym całe naręcze rózg! Nie mam w domu żadnych "Good cats"!
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Prezent przedgwiazdkowy ode mnie dla mnie
Zacznę od tego że to nie jest żaden wpis typu "prawdziwa recenzja" tylko pisanina ( szczegółowa ale bez spojlerzenia ) dla wyjechanej, która chciała znać moje zdanie na temat filmu ( bo cosik zawodowym krytykom ostatnio nie dowierza ). Zgodnie z zapowiedzią daną wyjechanej zrobiłam sobie prezent przedgwiazdkowy czyli wywaliłam niemal trzy dychy na seans w kinie IMAX. Trzy dychy to w mojej obecnej sytuacji finansowej sumka nie do pogardzenia ( rachunki, rachunki i święta za pasem ) więc jasne że filmidło nie mogło być mdłe i nijakie. Polazłam na "Interstellar", który wzbudził w tym roku chyba największe kontrowersje wśród filmożerców. Dzieło wspólne braci Nolan jest przez tzw. "zwyczajnych oglądaczy" albo mieszane z błotkiem albo wychwalane pod niebiosa, zawodowi krytycy przyjęli ten film z tzw. mieszanymi uczuciami. Mnie jakoś najbliżej do stanowiska Dukaja, też czuję przez skórę że ten film czeka jeszcze drugie życie i że w jego wypadku nie wystarczy klasyczna, "formalna krytyka" ( no wicie, rozumicie - rozebranie scenariusza, analiza gry aktorskiej, montaż, inne duperele i ogólnie co poeta miał na myśli ale głównie zajmowanie się formą ). Zawodowi krytycy mają w przypadku filmów Sci Fi pod górkę bo nie jest prostą sprawą ocenić czy filmowa forma jest adekwatna do treści jak ma się kłopoty ze zrozumieniem owej treści. Dlatego po wielu filmach, dziś uznanych za najwybitniejsze osiągnięcia gatunku, swego czasu krytyka jeździła jak po łysej kobyle. Można co prawda zająć stanowisko "bo to powinno być lepiej wytłumaczone", ale istnieje wówczas ryzyko że będziemy mieć do czynienia z tzw. wykładaniem ( "Interstellar" jeździ niekiedy blisko krawędzi takiej brzytwy, którą może zarżnąć każdy film, nie tylko Sci Fi ). Czas jest zdaje się najbardziej miarodajnym i obiektywnym probierzem jakości filmów Sci Fi, jeśli po latach mimo zestarzenia się filmowych "technicznych bajerów" nadal zanurzamy się z lubością w stworzonym dla nas świecie to znaczy że jest OK. - film był na tyle prawdziwy ( czyli dotyczący tego co nas świadomie lub podświadomie nurtuje ) że potrafimy go odczuć ( dobrą sztukę się odczuwa, przy kiepskiej zgrzytanie części składowych uniemożliwia taki odbiór ).
Teraz będzie o nas czyli "szerokiej publiczności". Do tej pory uważałam za Stańczykiem że najwięcej wśród nas jest lekarzy. Co prawda istniały jakieś tam opinie że najwięcej jest polityków, historyków i besserwisserów, ale od pewnego czasu ( konkretnie od momentu oblookania postów na polskich forach filmowych ) ja odnoszę wrażenie że największą grupą zawodową w Kraju Kwitnącej Cebuli są astrofizycy. Rany, czego to ja się nie naczytałam a wszystko "mundre" że aż cud, i to w kraju gdzie w programie szkolnym matematyka i fizyka są traktowane jako przedmioty nieporównanie mniej ważne od religii katolickiej. Normalnie dziw nad dziwy że przy takim stopniu edukacji społeczeństwa nie zbieramy zasłużonych laurów w postaci corocznego odbierania noblowskich medali w dziedzinie matematyki, fizyki czy chemii, he, he. Mój bosz.....wcale nie tak łatwo było mi się rozstać z prostym i spójnym newtonowskim modelem uniwersum a tymczasem inni bez trudu odnaleźli się w modelu einsteinowskim. Ba, pojawiły się tzw. orły wyprzedzające, co to mają założenia i wiedzą. Od czasu do czasu co poniektórzy lekko pieprzą od rzeczy przerzucając się cytatami z wielkich fizyków ( nie zawsze "na temat" ) a inni się wysilają podlinkowując filmiki z krótkimi wykładami uświadamiającymi. Mam ambiwalentne uczucia - z jednej strony podejrzewam że "moja racja jest najmojejsza" czyli nasza polska specjalność ( druga po bezinteresownej zawiści ) gra tu niebagatelną rolę i wszystko to jest strasznie powierzchowne, obliczone głównie na dowalenie oponentowi i polepszenie samopoczucia dowalającego, z drugiej strony gdzieś tam we mnie drzemie nadzieja że ludzie naprawdę chcą wiedzieć więcej, szukają po necie tego czego nie dostają w szkole. No, że coś tam drgnęło pod kopułką i włączyli myślenie.
Jaka by nie była motywacja to "Interstellar" zrobił dobrą robotę - popkultura wchłonęła trochę współczesnej fizyki ( to w końcu nie jest poziom niemal obowiązkowych w kinie Sci Fi rozwiązań typu "podróże w czasie to normalka, wystarczy włączyć ten tam tralalala" ) i jest szansa na to że w wyniku tego będziemy mieszkać na mniej płaskiej Ziemi orbitującej za sprawą grawitacji wokół Słońca i trochę więcej z nas będzie miało świadomość że grawitacja wpływa też na tak mało "namacalny" wymiar jakim jest czas ( bo odniosłam wrażenie że w kraju astrofizyków odnajdowanie się w einsteinowskim świecie jest baaaardzo proste dopóki nie przechodzimy do tzw. konkretów he, he ). Jakiś tam procent widzów zacznie się zastanawiać czy np. możliwe jest że może się nam przydarzyć w skali globalnej to co zdarzyło się w Europie w IV wieku - załamanie cywilizacyjne. Jest szansa że niektórych olśni że nędzy ludzkiej nie zlikwiduje żaden ustrój bo jest nas za dużo ( a może nawet z czasem dojdą do wniosku że kontrola urodzin jako remedium na biedę może być równie problemogenna jak jej brak i potrzebna jest kontrola kontroli ). Wow, dużo spraw upchniętych w jednym filmie, od "wysokich" teorii fizycznych po problemy w relacjach dzieci i ich ojców w tzw. rodzinach niepełnych, przymiotnik epicki chyba temu filmu pasi. A przy tym jednak nadal rozrywka, kosmos dziki panie tego i roboty z wgranym poczuciem humoru. Takie sobie rozmyślanka mam po projekcji.
Dżizaasku wyjechany jak chcesz wiedzieć czy warto się do IMAXa na "Interstellar" wybrać to odpowiedź brzmi warto! Tym bardziej że zajawki nowych filmów napawają mnie pewnością że na nic innego w szybkim terminie do IMAXa się nie wybierzesz. Kosmiczne księżniczki, siódmi synowie siódmych synów i tym podobne smoki się szykują. Rozrywka mało Cię rozrywająca. Wyrozrywkuj się lepiej przy "Interstellar".
sobota, 20 grudnia 2014
Pożegnanie jesieni
No i zbliża się zima. Ta niby prawdziwa czyli astronomiczno - kalendarzowa. Za oknem jednak totalna jesień w wydaniu późnolistopadowym. Miały nadejść opady śniegu ale szczerze pisząc coś na to nie wygląda. Mój prywatny koci barometr wskazuje na pogodę "wychodną" - koty znaczy chcą przebywać głównie na tzw. świeżym powietrzu. Może dlatego że wreszcie przestało padać i nie ma już lęku przed zmoczeniem futer. Brykają po dachach szopek, najchętniej nocną porą. Jako naczelny odźwierny ( okienny ) jestem zdrowo niewyspana, bo miauczące ponaglenia ( "wchodzę ale zaraz będę wychodził/a" ) przerywają mi sen. Porządki idą zatem okrutnie opornie, tym bardziej że co i raz mam jakieś konieczne wyjście. Dżizaas za to już niemal na mecie - jesteśmy należycie zakeksowane, zapierniczone a nawet zamakowcowane ( w zamrażalniku siedzą dwa zamrożone makowce ). Ciotka Elka ugotowała genialny bigos i grozi gotowanym sernikiem, Cio Mary dysponuje oprócz tradycyjnej przedświątecznej grypy domowymi łazankami i starannie zamrożonymi pierogami, więc wszystko wskazuje na to że święta przejdą pod znakiem wyżerania jedzonka w którego powstawaniu nie brałam udziału. Znaczy luzik kulinarny.
Jedyne co człowiekowi grozi to sprzedanie przez Cio Mary cholernego wirusa ( oczywiście mamy winnego - Wujek Jo przyniósł zarazę z tzw.kontaktów z ludźmi ). Pogoda sprzyja przenoszeniu choróbska. Najwyższa więc pora pożegnać już jesień i poprosić Wielkiego Pogodowego o mrozik ( bardzo lekki ) i trochę białego puchu ( bez śnieżyc i nadmiaru szczęścia, który zmuszałby mnie do odgarniania wyczynowego ). Na pożegnanie jesieni przygotowałam dla blogożerców tzw. haftowankę tematyczną. Też spuścizna po starych czasach, szczęśliwie dla moich oczu nie wykonywana techniką krzyżykową. To obrazek "pod szkłem", co niestety jest widoczne na moich zdjątkach. Fociłam jak najlepiej umiałam jednak szkiełko "blikało", bądźcie więc z lekka choć wyrozumiali, pleaseee. Teraz o samym obrazku - historia zaczyna się od mojego jesiennego płaszczyka. Miałam kiedyś takowy elegancki "obiekt noszalny". Było to w czasach przedkurtkowych, kiedy jeszcze miałam ambicję żeby "jakoś wyglądać". No cóż, dawno to było i nieprawda, z płaszczyka starannie znoszonego ostała się mało złachana część, która posłużyła za materiał do haftu ( "podkłada", he, he ).
Na tym ciężkawym tweedzie został wykonany haft mulina, kordonkiem i co tam jeszcze było pod ręką. Motyw tym razem nie "burdowy", jesienna orkiestra złożona z drzewnego ducha ( uszy i rogi to wspomnienie po leśnej greckiej mitologii ), ślimaka grającego na lirze i trąbkującego skrzata to mój wymysł własny. Jak wymysł własny to nie mogło być bez zwierząt - na drzewie siedzi Melania a koło skrzata kręci się Tasiemka, uwielbiani członkowie mojej rodziny. Są jeszcze z trudem widoczni przedstawiciele dzikiej fauny - dudek i pająk. A wszystko w rdzawych jesiennych odcieniach ( z wyjątkiem czarnej Melki ) i w jesiennych liściach ( drzewo to zdaje się jarzębinka miała być ). Tym "płaszczykowym", mocno topornym obrazkiem żegnam na blogu minioną jesień.
Jedyne co człowiekowi grozi to sprzedanie przez Cio Mary cholernego wirusa ( oczywiście mamy winnego - Wujek Jo przyniósł zarazę z tzw.kontaktów z ludźmi ). Pogoda sprzyja przenoszeniu choróbska. Najwyższa więc pora pożegnać już jesień i poprosić Wielkiego Pogodowego o mrozik ( bardzo lekki ) i trochę białego puchu ( bez śnieżyc i nadmiaru szczęścia, który zmuszałby mnie do odgarniania wyczynowego ). Na pożegnanie jesieni przygotowałam dla blogożerców tzw. haftowankę tematyczną. Też spuścizna po starych czasach, szczęśliwie dla moich oczu nie wykonywana techniką krzyżykową. To obrazek "pod szkłem", co niestety jest widoczne na moich zdjątkach. Fociłam jak najlepiej umiałam jednak szkiełko "blikało", bądźcie więc z lekka choć wyrozumiali, pleaseee. Teraz o samym obrazku - historia zaczyna się od mojego jesiennego płaszczyka. Miałam kiedyś takowy elegancki "obiekt noszalny". Było to w czasach przedkurtkowych, kiedy jeszcze miałam ambicję żeby "jakoś wyglądać". No cóż, dawno to było i nieprawda, z płaszczyka starannie znoszonego ostała się mało złachana część, która posłużyła za materiał do haftu ( "podkłada", he, he ).
Na tym ciężkawym tweedzie został wykonany haft mulina, kordonkiem i co tam jeszcze było pod ręką. Motyw tym razem nie "burdowy", jesienna orkiestra złożona z drzewnego ducha ( uszy i rogi to wspomnienie po leśnej greckiej mitologii ), ślimaka grającego na lirze i trąbkującego skrzata to mój wymysł własny. Jak wymysł własny to nie mogło być bez zwierząt - na drzewie siedzi Melania a koło skrzata kręci się Tasiemka, uwielbiani członkowie mojej rodziny. Są jeszcze z trudem widoczni przedstawiciele dzikiej fauny - dudek i pająk. A wszystko w rdzawych jesiennych odcieniach ( z wyjątkiem czarnej Melki ) i w jesiennych liściach ( drzewo to zdaje się jarzębinka miała być ). Tym "płaszczykowym", mocno topornym obrazkiem żegnam na blogu minioną jesień.
wtorek, 16 grudnia 2014
Świąteczne krzyżykowanie czyli jak upchać błędy młodości
Dawno, dawno temu, jakieś sto lat przed erą internetu, w jesienne wieczory bawiłam się igłą. Ot, tak dla odprężenia. Tak, tak człowiek nie szanował wtedy wzroku, ponieważ był święcie przekonany że młodość i zdrowie to stan wieczny i nienaruszalny. Dziś mam po tych ekscesach wykonywanych w czasie młodzieńczych złudzeń, sterane nieco ślepka i krzyżykowe haftowanki na tematy świąteczne. Oczywiście hafciki są radośnie kiczowate bo , w czasie mojej młodości w święta Bożego Narodzenia zawsze mi się skręcało w Kiczolandię. Trudno zresztą żeby było inaczej, w końcu świąteczna pora w moim dzieciństwie stała pod znakiem tzw. lamety i brokatu. Wiadomo czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość ( taką umiarkowaną ) trąci. I tak dobrze że jakoś mocno nie kręciła mnie nigdy wata imitująca śnieg, rozłożona na gałęziach choinki i superhit świątecznych przybrań choinkowych lat siedemdziesiątych XX wieku - anielski włos ( czyli pokrojony celofan ).
Nie ma się zatem za bardzo co dziwić że moje haftowanki to stado okrutnie czerwonych Mikołajów, skrzatów w czerwieniach, czerwonych skarpet i butów wypełnionych prezentami, misiów poubieranych w kretyńskie czerwone czapeczki. No po prostu czerwona zgroza! A wszystko to takie gemütlich do zarzygania! Może sama czerwień dominująca w haftowankach nie byłaby tak ciężka do strawienia gdyby nie ten słodyczkowaty wysyp postaci związanych z mitologią Gwiazdki. Dla mnie samej moja niegdysiejsza fascynacja postacią św. Mikołaja vel Gwiazdora jest dziś niezrozumiała. Co ja takiego widziałam w zarośniętym siwym i otyłym staruchu w czerwonym ubranku? Dlaczego akurat jego nie najciekawsza aparycja a nie wysublimowana uroda aniołów robiła na mnie takie wrażenie że pojawił się masowo na moich haftowankach?
Tajemnica tajemnic i zagadka Świnksa! Stan umysłu sprzed lat "estu" odpłynął z nurtem rzeki zwanej Sklerozą i to jest zdaje się w moim wypadku rzeka bez powrotu, he, he. Nijak przyczyny dawnej mikołajomanii nie docieknę, teraz jednak mam dwa wyjścia - haftowanki poduszkowe zostają w szafie i Boże Narodzenia ma w miarę elegancką ( jak na mnie) oprawę, albo świąteczne poduszki wyjeżdżają na widok publiczny, choinkę ubieram "pod poduchy" i mamy tzw. okrutne święta Bożego Narodzenia. No sama nie wiem jak z tego wybrnę - szkoda żeby haftowanki święta przeleżały zamknięte w szafie, a z drugiej strony ta czerwień waląca po oczach i tłustawy dziadek z misiami. Łeeeee. Oczywiście zawsze zostaje możliwość udekorowania czerwonym zestawem kuchni. To chyba jedyne w moim domu pomieszczenie gdzie byłby on na swoim miejscu. W końcu w mojej puszkarni ( uwielbiam emaliowane puchy herbaciane i kawowe, i nie tylko ) a przynajmniej w sporej jej części panuje wieczne Boże Narodzenie. Mikołaje i misie są licznie reprezentowane.
Na ścianę kuchenną powędrują haftowane obrazki, a poduchy ozdobią parapet ( okna w starym budownictwie mają parapety nadające się do poduszkowania ). Lalek, który kuchenny parapet uznaje za swoją bazę, pewnie będzie zachwycony. Mam nadzieję że szybko nie uświni poduch, na wszelki wypadek starannie go wyczeszę i wygłoszę pogadankę pouczającą na temat zakazanych wycieczek do sąsiedzkich szopek z węglem. Kuchenny stół po dziadkach zostanie przykryty odpowiednim obrusem ( zieleń z czerwienią, tradycyjniej już być nie może ) i kuchnia stanie się ostoją świątecznego kiczu, he, he.
Może być, gdyż kucharzenie w święta w moim wypadku odpada, przemknę się co najwyżej żeby sobie ciasta ukroić i kawki nastawić. Mogę sobie wówczas bez zgrozy okiem na Mikołaje i misie rzucić, nawet sylwestrowego kominiarzyka na śwince Szczęśliwce jestem w stanie w czasie krótkiego "przelotu" przełknąć bez bólu. Dzięki Wielki Kamieniczny za odpowiednią kuchnię! A w pokojach zero czerwieni, krzyżykowych haftów i całej tej gwiazdkowej czeredy - bombki z przejrzystego białego szkła, gwiazdki z papieru kredowego i szlus. Wystarczy jedna orgia dekoracyjna w kuchni!
Nie ma się zatem za bardzo co dziwić że moje haftowanki to stado okrutnie czerwonych Mikołajów, skrzatów w czerwieniach, czerwonych skarpet i butów wypełnionych prezentami, misiów poubieranych w kretyńskie czerwone czapeczki. No po prostu czerwona zgroza! A wszystko to takie gemütlich do zarzygania! Może sama czerwień dominująca w haftowankach nie byłaby tak ciężka do strawienia gdyby nie ten słodyczkowaty wysyp postaci związanych z mitologią Gwiazdki. Dla mnie samej moja niegdysiejsza fascynacja postacią św. Mikołaja vel Gwiazdora jest dziś niezrozumiała. Co ja takiego widziałam w zarośniętym siwym i otyłym staruchu w czerwonym ubranku? Dlaczego akurat jego nie najciekawsza aparycja a nie wysublimowana uroda aniołów robiła na mnie takie wrażenie że pojawił się masowo na moich haftowankach?
Tajemnica tajemnic i zagadka Świnksa! Stan umysłu sprzed lat "estu" odpłynął z nurtem rzeki zwanej Sklerozą i to jest zdaje się w moim wypadku rzeka bez powrotu, he, he. Nijak przyczyny dawnej mikołajomanii nie docieknę, teraz jednak mam dwa wyjścia - haftowanki poduszkowe zostają w szafie i Boże Narodzenia ma w miarę elegancką ( jak na mnie) oprawę, albo świąteczne poduszki wyjeżdżają na widok publiczny, choinkę ubieram "pod poduchy" i mamy tzw. okrutne święta Bożego Narodzenia. No sama nie wiem jak z tego wybrnę - szkoda żeby haftowanki święta przeleżały zamknięte w szafie, a z drugiej strony ta czerwień waląca po oczach i tłustawy dziadek z misiami. Łeeeee. Oczywiście zawsze zostaje możliwość udekorowania czerwonym zestawem kuchni. To chyba jedyne w moim domu pomieszczenie gdzie byłby on na swoim miejscu. W końcu w mojej puszkarni ( uwielbiam emaliowane puchy herbaciane i kawowe, i nie tylko ) a przynajmniej w sporej jej części panuje wieczne Boże Narodzenie. Mikołaje i misie są licznie reprezentowane.
Na ścianę kuchenną powędrują haftowane obrazki, a poduchy ozdobią parapet ( okna w starym budownictwie mają parapety nadające się do poduszkowania ). Lalek, który kuchenny parapet uznaje za swoją bazę, pewnie będzie zachwycony. Mam nadzieję że szybko nie uświni poduch, na wszelki wypadek starannie go wyczeszę i wygłoszę pogadankę pouczającą na temat zakazanych wycieczek do sąsiedzkich szopek z węglem. Kuchenny stół po dziadkach zostanie przykryty odpowiednim obrusem ( zieleń z czerwienią, tradycyjniej już być nie może ) i kuchnia stanie się ostoją świątecznego kiczu, he, he.
Może być, gdyż kucharzenie w święta w moim wypadku odpada, przemknę się co najwyżej żeby sobie ciasta ukroić i kawki nastawić. Mogę sobie wówczas bez zgrozy okiem na Mikołaje i misie rzucić, nawet sylwestrowego kominiarzyka na śwince Szczęśliwce jestem w stanie w czasie krótkiego "przelotu" przełknąć bez bólu. Dzięki Wielki Kamieniczny za odpowiednią kuchnię! A w pokojach zero czerwieni, krzyżykowych haftów i całej tej gwiazdkowej czeredy - bombki z przejrzystego białego szkła, gwiazdki z papieru kredowego i szlus. Wystarczy jedna orgia dekoracyjna w kuchni!
niedziela, 14 grudnia 2014
Kleopatra w domowych pieleszach
Dzień deszczowy, z tych paskudnie deszczowych, Felicjan w fazie ostrego ramtamtamkowania ( znaczy zawsze ze złej strony okna ), Sztaflik ryczy bo też chce ramtamtamkować, a Dżizaas właśnie ujadziła mnie stwierdzeniem że porządki to się robi a nie tylko o nich pisze. Przede mną sprzątanie kuchni, a to zawsze działa na mnie depresyjnie. Jakby było mało przeczytałam właśnie info od Pollutona że jej kociczka Pulpet słabuje. Za dużo tego dołującego jak na moją skromną osobę, muszę się odstresować. Podczas sprzątania znalazłam w przedpotopowych szpargałach czasopismo "Uroda" z lat siedemdziesiątych, a tam artykulik o tym jak w ciągu miesiąca zamienić się z zalatanej "kobiety pracującej" w Kleopatrę. No cóż, miło grudniową porą bajki poczytać, a nawet się zaprzeć resztek zaplątanego rozumku czyli totalnie wyłączyć zdrowy rozsądek i choć spróbować pokleopatrzyć. Co prawda nie sądzę że od codziennej kąpieli w mleku nagle wypięknieję ( Kleopatra dysponowała mlekiem oślic a ja to sobie mogę najwyżej UHT na promocji nabyć, coś mi jednak mówi że od tego produktu ani krzty wdzięku mi nie przybędzie ) ale zalecana drzemka popołudniowa jawi mi się jako remedium na moje problemy. Zmarszczek mi raczej nie wyprasuje ale rozumek sterany nieco odpocznie. A rozumek rzecz najważniejsza! Kleopatra w końcu ponoć nie była bardzo urodziwa tylko solidnie cwana ( znaczy jej rozumek bardzo mocno pracował ). No to będę popołudniami drzemkować w nadziei przemienienia się w egipską faraonicę. W końcu każda żeńska istota ma prawo dążyć do bycia Kleopatrą. Może nawet wprowadzę od stycznia "styl życia nie do naśladowania", he, he. Jak rozumku mi po tych drzemkach przybędzie to pewnie nijak już w kleopatrzane bajki roztaczane przez redakcję pisemka nie uwierzę. Dziwne zjawisko - zaprzeć się rozumku żeby rozumek podratować. Normalnie tajemnica starożytnego Egiptu, he, he.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











