poniedziałek, 29 grudnia 2014

Haftowanki dla Anki

Wczorajsza  nasiadówka u Mamelona zaczęła się od dyskusji nad podszywaniem spodni Sławka a skończyła się na netowym przeglądaniu japońskich haftów jedwabnych i kimon autorstwa Itchiku  Kuboty  ( szczerze polecam oblookanie mistrzowskich prac tego autora, kimonologia na najwyższym z możliwych poziomie - jednym słowem doskonałość ). Pitu pitu, od słówka do słówka  i netowych obrazów z cyklu "Zapiera dech w piersiach, odejmuje mowę i ślepniesz na wszystko co nie jest zjawiskiem właśnie oglądanym" przeszłyśmy do własnych wyczynów hafciarsko - szwalniczych. Mamelon wyżywał się twórczo przy szyciu firan i zasłon, a ja swego czasu namiętnie produkowałam haftowane obrazki. Produkcja obrazków  była bardzo miła, człowiek miał przed sobą wykonanie tzw. roboty krótkoterminowej i nie musiał się dobijać widokiem niezachaftowanych olbrzymich powierzchni obrusów czy tam innych serwet i poduch. W sam raz robota dla Jej Leniwości. Obrazki powstały dawno temu, w czasach gdy o jedwabiu do haftowania można było jedynie pomarzyć a człowiek  był szczęśliwy że pomieszkuje w Odzi bo miał jaki taki dostęp do muliny.  Lepsiejsze materiały miały znacznie bardziej praktyczne zastosowanie niż "podkładka" dla  początkującej hafciarki i w sumie moje obrazki powstawały na tym co już nikomu na nic  przydać się nie mogło. A to batystowa bluzka Cio Mary dożywająca swoich dni w szafie, absolutnie nie nadająca się do żadnej przeróbki, a to prześcieradło na wykończeniu podstępnie wyłudzone od  Babci Wiktorii i długo moczone w herbacie gruzińskiej dla nabrania koloru ( herbata gruzińska nie nadawała się zasadniczo do spożycia, za to kolorek  z niej pozyskany łapał trwale ).

Obrazki to były maleństwa,  w porywach miały pocztówkowe rozmiary, jakieś  10 na15 cm, albo coś koło tego. Jedyny większy  z tego czasu osiągnął gigantyczny rozmiar 18 cm na 13, normalne miniatury. Wzorki były autorstwa własnego, czasem inspirowane przedwojennymi pocztówkami a czasem chęcią  ocalenia fragmentów ukochanej chusteczki z czasów przedszkolnych, która odchodziła w niebyt z powodu wysmarkania materiału. Sprzedawane wówczas w pasmanteriach wzory haftów ludowych albo Święte Rodziny drukowane na kanwie jakoś mnie nie kręciły. Techniki haftu wyciągałam od Babci Wiktorii, która opanowała za młodu wszelkie hardageny, toleda, krzyżyki, supełkowe  oraz cieniowane płaskie i hafty nicią metalową  ( te ostatnie za sprawą  robót przymusowych, Wiktoria haftowała dystynkcje na  wrażych niemieckich mundurach,  patriotycznie opluwając podkładki pod złote  nici ). Moja edukacja hafciarska została później uzupełniona przez Babcię Wandę, która potrafiła wyczarować cuda ze wstążek.  Co prawda haftowanie batystu krzyżykami nie było najmądrzejsze ale za to te maleństwa były dla mnie prawdziwą szkołą haftu  ( i nie tylko, bo prześcieradlany podkład był w takim stanie że uczyłam się cerowania, bezczelnie pomijając jednak najmniejsze dziurwy ).


Oto Mamelonku moje wprawki z czasów nastolęctwa, sama  nie wierzę że krzyżykowałam na batyście.  Obrazki są mocno okrutne, właściwie to szczęście że takie małe, he, he. Wiszą sobie w pokoju Cioci Dany i Azy i szczęśliwie rozmywają się przy godniejszych "powieszeńcach". No i dobrze bo ciężko byłoby mi się ich pozbyć ze względów sentymentalnych.

niedziela, 28 grudnia 2014

Ćwierćzima

Trochę tylko spóźniona w stosunku do astronomicznej i kalendarzowej siostry przyszła śnieżna zima.  Jednak łódzkie  jej objawienie nie jest gwiazdą tej klasy jak to z którym ma do czynienia  Talibra.  Śnieg jest z tych ledwie przykrywających zieloność trawy, o sankach nie ma co marzyć. Mróz jest za to jak najbardziej zimowy, klasyczne  grudniowe - 6.  Mam nadzieję że to niespecjalnie grube śnieżne okrycie jednak wystarczy  alcatrazowym roślinom.  Tę niepokojącą mnie kwestię staram się zagłuszyć leniwie optymistycznym  "przynajmniej nie trzeba odśnieżać". No cóż, co ma być  to będzie - 6 z byle jaką okrywą śnieżną to jeszcze nie jest tragedia. Ptacy u mnie tacy piękni  jak u Wiesi nie goszczą, ale armia sikorek nie zawiodła.  Zauważyłam też podstępne zbliżanie się do domu miejskich gołębi, śledztwo wykazało że ma to  dużo wspólnego z niby już zarzuconymi działaniami Małgoś  - Sąsiadki. Nie mam serca straszyć ją opowieściami  o "latających szczurach" kiedy w widoczny sposób zamartwia się czy te twarde  ptaszydła nie padną aby z  niedożywienia i zdaje się że w związku z tym będziemy posiadać "na stałe" jakąś  tam populację gołębi. Na wszelki wypadek straszę jednak koty opowieściami o  straszliwych bakteriach ( jak najbardziej prawdziwymi, Sztaflik była pokarana długim leczeniem za napad na gołębia  ).  Podsumowując krótko - zima jest ale z lekka niewydarzona.Tfu, tfu, tfu i trzykrotny obrót przez lewe ramię! - żeby basiora z lasu nie wywoływać. Na  "łobabrazku ilustrującym" wspaniała, prawdziwa zima autorstwa Hermanna Vogla.


czwartek, 25 grudnia 2014

Kocie gadki wigilijne - zeznania w sprawie przestępstwa


No niektórzy to sobie w ten  najnaj dzień w roku nieźle nagrabili. W wigilijny wczesny poranek obudził mnie łoskot. Oczywiście "kot, kot Pani Matko"!  Moja kocia ekipa a właściwie to paskudny gang, usiłował dobrać się  ( z  powodzeniem niestety ) do rosołkowego mięcha. Przygotowania do  przestępstwa miały miejsce dwudziestego trzeciego  wieczorem, niestety zlekceważyłam symptomy złego. Jak te dzikie rysie krążyły kociska wokół mnie, kiedy wczoraj przygotowywałam rosołowe produkty. Rzecz jasna nie o marchewkę  czy inną pietruszkę  tu chodziło, pożądliwe spojrzenia  były rzucane na wołowinę i indycze skrzydło. Felicjan tę dzikość serca przeżywał szczególnie silnie, drżał, odsłaniał zębiska  i w  ogóle rysiował na całego. Pozostała  czwórka zadowalała się  pomiaukiwaniami  i tzw. piskami proszalnymi. Cała akcja była trochę bardziej natarczywie przeprowadzana niż zwykle ma to miejsce przy przygotowywaniu  przeze mnie  posiłków zawierających mięso, ale  nie  była  aż tak ekstremalna żeby zapaliło  mi się w głowie ostrzegawcze światełko. Garnek z powoli dochodzącym rosołkiem przestał interesować koty  i moja czujność uległa uśpieniu. Stygnący rosół zabezpieczyłam solidnie odpowiednią pokrywką  ( znaczy taką  która nijak nie da się ruszyć kocim łapskiem ) i w błogim przekonaniu  że oto mam za sobą gotowanie rosołku udałam się przyciąć komara.

Godzina 6. 30 głośna pobudka! Wyrwana ze snu a jednak  natychmiast świadoma grozy sytuacji wbiegłam do kuchni bynajmniej nie jak słodka Wenus wstająca z rozkosznych pieleszy tylko wściekła jak  Hera, która po raz kolejny zorientowała się że jej mąż nie był w delegacji w sprawach Olimpu  u Posejdona czy  tam innego Hadesa,  tylko bezczelnie rwał jakąś nimfetkę. No blisko było greckiej tragedii, mord miałam w oczach i czułam że najwyższy czas załatwić te kocie harpie. Oczywiście na miejscu zbrodni żadnego winowajcy  -  gar wywalony, pokrywka hen,  hen, mięcho na podłodze i  odgłosy szybkiego połykania dochodzące spod stołu.  No i zaczęłam ten święty dzień od słówka, którym żadnego dnia lepiej nie zaczynać.
Koty od razu  wiedziały że  tym razem nastąpiło przegięcie trudnowybaczalne, mięcho i włoszczyznę zbierałam z podłogi bez  ich natrętnej asysty.  Na szczęście mam zwyczaj solić rosół dopiero po wyjęciu włoszczyzny i części mięs ( wtedy dodaję też korzenie ) bo  część mięska wrzucana jest na wrzący wywar z tzw. padlinki czyli mięsa typowo rosołowego, mającego nadać smak wywarowi  i zalewanego zimną wodą. Takie  niesolone wrzątkowe  mięso zazwyczaj dostaje się w sporej części kotom. W części, nie w całości!  Teraz banda załatwiła sobie super żarło na święta w dużej ilości. Mięcho przepłukałam, złośliwie zmieliłam z całą włoszczyzną ( to nie jest to za czym koty  okrutnie przepadają ) a potem z jeszcze większą złośliwością nasypałam do misek suchego. Mięcho ostentacyjnie schowałam do lodówki. Resztki wywaru zmyłam z podłogi  robiąc to bardzo szybko ( bezczelne dziewczątka  udawały że  usiłują mi pomagać zlizując rosół ).

Dziś w  noc wigilijną czekam na wyjaśnienia składane w ludzkim języku polskim  i absolutnie nie dam się przekonać  że  garnek wywaliły krasnoludki. Ani te  od Lennarta Hejle ani te ze starych książeczek nie miały z tym nic wspólnego.  Oczywiście  św. Mikołaj  przyniósł czworonożnym całe naręcze rózg! Nie mam w domu żadnych "Good cats"!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Prezent przedgwiazdkowy ode mnie dla mnie


Zacznę od tego że to nie jest żaden wpis typu "prawdziwa recenzja" tylko pisanina ( szczegółowa ale bez spojlerzenia ) dla wyjechanej,  która chciała znać  moje zdanie na temat filmu  ( bo cosik zawodowym krytykom ostatnio nie dowierza  ). Zgodnie z zapowiedzią daną wyjechanej zrobiłam sobie prezent przedgwiazdkowy czyli wywaliłam niemal trzy dychy na seans w kinie IMAX. Trzy dychy  to w mojej obecnej sytuacji finansowej sumka  nie do pogardzenia ( rachunki, rachunki i święta za pasem )  więc  jasne że filmidło nie mogło być mdłe i nijakie. Polazłam na "Interstellar", który wzbudził w tym roku chyba największe kontrowersje wśród filmożerców. Dzieło wspólne braci  Nolan jest przez tzw. "zwyczajnych oglądaczy" albo  mieszane z błotkiem albo wychwalane pod niebiosa,  zawodowi krytycy przyjęli  ten film z tzw. mieszanymi uczuciami. Mnie jakoś najbliżej do stanowiska Dukaja, też czuję przez skórę że ten film czeka jeszcze drugie życie i że w jego wypadku nie wystarczy klasyczna, "formalna krytyka"  ( no wicie, rozumicie - rozebranie  scenariusza, analiza  gry aktorskiej, montaż, inne duperele  i ogólnie co  poeta miał  na myśli ale głównie zajmowanie się formą ). Zawodowi krytycy mają w przypadku filmów Sci Fi pod górkę bo nie jest prostą sprawą ocenić czy filmowa forma jest adekwatna do treści jak ma się kłopoty ze zrozumieniem  owej treści. Dlatego po wielu filmach, dziś uznanych za najwybitniejsze osiągnięcia gatunku,  swego czasu krytyka jeździła jak po łysej kobyle. Można co prawda zająć stanowisko "bo to powinno być lepiej wytłumaczone", ale istnieje wówczas ryzyko że będziemy mieć do czynienia z tzw. wykładaniem  ( "Interstellar" jeździ niekiedy blisko krawędzi takiej brzytwy, którą może zarżnąć każdy film, nie tylko Sci Fi ). Czas jest zdaje się najbardziej  miarodajnym  i obiektywnym probierzem jakości filmów  Sci Fi, jeśli po latach mimo zestarzenia się filmowych "technicznych bajerów" nadal zanurzamy się z lubością w stworzonym dla nas świecie to znaczy że jest OK. -  film był na tyle prawdziwy ( czyli dotyczący tego co nas świadomie  lub podświadomie nurtuje ) że potrafimy go odczuć ( dobrą sztukę się odczuwa,  przy kiepskiej zgrzytanie części składowych uniemożliwia taki odbiór ).

Teraz  będzie o nas czyli "szerokiej publiczności". Do tej pory uważałam za Stańczykiem że najwięcej  wśród nas  jest lekarzy. Co prawda istniały jakieś tam opinie że najwięcej jest polityków,  historyków i besserwisserów, ale od pewnego czasu  (  konkretnie od momentu oblookania postów na polskich forach  filmowych ) ja odnoszę wrażenie że największą grupą zawodową w  Kraju Kwitnącej Cebuli są astrofizycy. Rany, czego to ja się nie naczytałam a wszystko "mundre" że aż  cud, i to w kraju  gdzie w  programie szkolnym  matematyka i fizyka są traktowane jako przedmioty  nieporównanie mniej ważne od  religii katolickiej. Normalnie dziw nad dziwy że przy takim stopniu  edukacji  społeczeństwa nie zbieramy zasłużonych laurów  w postaci corocznego odbierania noblowskich medali w dziedzinie matematyki, fizyki czy chemii, he, he. Mój bosz.....wcale nie tak łatwo było mi się rozstać z  prostym i spójnym newtonowskim  modelem  uniwersum a tymczasem inni bez trudu odnaleźli się w modelu einsteinowskim. Ba, pojawiły się tzw. orły  wyprzedzające, co to mają  założenia i wiedzą. Od czasu do czasu co poniektórzy lekko pieprzą od rzeczy przerzucając się cytatami z wielkich fizyków ( nie zawsze "na  temat" ) a  inni się wysilają podlinkowując filmiki z krótkimi wykładami uświadamiającymi. Mam ambiwalentne uczucia  - z jednej strony podejrzewam że "moja racja jest najmojejsza" czyli nasza polska specjalność ( druga po bezinteresownej zawiści  ) gra  tu niebagatelną rolę i wszystko to jest strasznie powierzchowne, obliczone głównie na dowalenie oponentowi i polepszenie samopoczucia dowalającego, z drugiej strony gdzieś tam we mnie drzemie nadzieja że ludzie naprawdę chcą wiedzieć więcej, szukają po necie tego czego nie dostają w szkole. No, że coś tam drgnęło pod kopułką i włączyli myślenie.
Jaka by nie była motywacja to "Interstellar" zrobił dobrą robotę - popkultura wchłonęła trochę współczesnej fizyki (  to w końcu nie jest  poziom niemal obowiązkowych w kinie Sci Fi rozwiązań typu "podróże w czasie to normalka, wystarczy włączyć ten tam tralalala" ) i jest szansa na to że w wyniku tego będziemy mieszkać na mniej płaskiej Ziemi orbitującej za sprawą grawitacji wokół Słońca i trochę więcej z nas będzie miało świadomość że grawitacja wpływa też na tak mało "namacalny" wymiar jakim jest czas  ( bo odniosłam wrażenie  że w kraju astrofizyków odnajdowanie się  w einsteinowskim świecie jest baaaardzo proste dopóki nie przechodzimy do tzw. konkretów he, he  ). Jakiś tam procent widzów zacznie się zastanawiać czy np. możliwe jest że może się nam przydarzyć w skali globalnej  to co zdarzyło się w Europie w IV wieku - załamanie cywilizacyjne. Jest szansa że niektórych olśni że nędzy ludzkiej nie zlikwiduje żaden ustrój bo jest nas za dużo ( a może nawet z czasem dojdą do wniosku że kontrola urodzin jako remedium na biedę może być równie problemogenna jak jej brak i potrzebna jest kontrola kontroli ). Wow, dużo spraw upchniętych w jednym filmie,  od "wysokich"  teorii fizycznych po  problemy w relacjach dzieci  i  ich ojców w tzw. rodzinach niepełnych,  przymiotnik epicki chyba temu filmu  pasi. A przy tym jednak nadal rozrywka, kosmos dziki panie tego i roboty z wgranym poczuciem humoru. Takie sobie rozmyślanka mam po projekcji.

Dżizaasku wyjechany  jak chcesz wiedzieć czy warto się do IMAXa na  "Interstellar" wybrać to odpowiedź  brzmi warto!  Tym bardziej że zajawki nowych  filmów napawają mnie pewnością że na nic innego w szybkim terminie do  IMAXa się nie wybierzesz.  Kosmiczne księżniczki, siódmi synowie siódmych synów i tym podobne smoki się szykują.  Rozrywka mało Cię  rozrywająca. Wyrozrywkuj się lepiej przy  "Interstellar".

sobota, 20 grudnia 2014

Pożegnanie jesieni

No i zbliża się zima. Ta niby prawdziwa czyli astronomiczno - kalendarzowa. Za oknem jednak totalna jesień w wydaniu  późnolistopadowym.  Miały nadejść opady śniegu ale szczerze pisząc  coś na to nie wygląda.  Mój  prywatny koci barometr wskazuje na pogodę "wychodną" - koty znaczy chcą przebywać głównie na  tzw. świeżym powietrzu. Może dlatego że wreszcie przestało padać i nie ma już lęku  przed zmoczeniem futer. Brykają  po dachach szopek,  najchętniej nocną porą. Jako naczelny odźwierny ( okienny )  jestem zdrowo niewyspana, bo  miauczące ponaglenia  ( "wchodzę ale zaraz  będę wychodził/a" ) przerywają  mi sen. Porządki idą zatem okrutnie opornie, tym bardziej że co i raz mam jakieś konieczne  wyjście. Dżizaas za to już niemal na mecie - jesteśmy należycie zakeksowane, zapierniczone a nawet zamakowcowane ( w zamrażalniku siedzą dwa zamrożone makowce ).  Ciotka Elka ugotowała genialny  bigos i grozi gotowanym sernikiem, Cio Mary dysponuje oprócz tradycyjnej przedświątecznej grypy  domowymi łazankami i starannie zamrożonymi pierogami, więc wszystko wskazuje na to że święta  przejdą pod znakiem wyżerania jedzonka w którego powstawaniu nie brałam udziału. Znaczy luzik  kulinarny.

Jedyne co człowiekowi  grozi to sprzedanie przez Cio Mary  cholernego wirusa  ( oczywiście mamy winnego - Wujek  Jo  przyniósł zarazę z tzw.kontaktów  z ludźmi ).  Pogoda sprzyja przenoszeniu choróbska. Najwyższa  więc pora pożegnać  już jesień i poprosić Wielkiego  Pogodowego  o  mrozik ( bardzo lekki )  i trochę  białego puchu ( bez śnieżyc  i nadmiaru szczęścia, który zmuszałby mnie do odgarniania wyczynowego ). Na  pożegnanie jesieni przygotowałam dla  blogożerców tzw. haftowankę tematyczną. Też spuścizna po starych czasach,   szczęśliwie dla moich oczu nie wykonywana techniką krzyżykową. To  obrazek  "pod szkłem", co niestety jest widoczne na moich zdjątkach.  Fociłam jak najlepiej umiałam  jednak szkiełko  "blikało", bądźcie więc z lekka choć wyrozumiali, pleaseee. Teraz  o samym obrazku  - historia  zaczyna się od  mojego jesiennego płaszczyka. Miałam  kiedyś takowy elegancki "obiekt noszalny".  Było to w czasach przedkurtkowych, kiedy jeszcze miałam  ambicję żeby "jakoś wyglądać". No cóż, dawno to było i nieprawda, z płaszczyka starannie znoszonego ostała się  mało złachana część, która posłużyła  za materiał do haftu  ( "podkłada", he, he  ).

Na tym ciężkawym tweedzie został  wykonany haft mulina,  kordonkiem i co tam jeszcze było  pod ręką.  Motyw  tym razem nie  "burdowy",  jesienna orkiestra złożona z  drzewnego ducha  ( uszy i rogi to wspomnienie po leśnej greckiej mitologii ), ślimaka grającego na lirze i trąbkującego skrzata  to mój wymysł własny. Jak wymysł własny to nie mogło być bez zwierząt - na drzewie siedzi Melania a koło skrzata kręci się Tasiemka, uwielbiani członkowie mojej rodziny.  Są jeszcze z trudem widoczni przedstawiciele  dzikiej fauny - dudek i pająk.  A wszystko w rdzawych jesiennych odcieniach ( z wyjątkiem  czarnej Melki  )  i w jesiennych liściach  ( drzewo to zdaje się jarzębinka miała być  ). Tym "płaszczykowym", mocno topornym obrazkiem żegnam na blogu minioną  jesień.

wtorek, 16 grudnia 2014

Świąteczne krzyżykowanie czyli jak upchać błędy młodości

 Dawno, dawno temu, jakieś  sto lat przed erą internetu, w jesienne wieczory bawiłam się  igłą. Ot, tak dla odprężenia. Tak, tak człowiek nie szanował wtedy wzroku, ponieważ był  święcie przekonany że  młodość  i zdrowie  to stan wieczny i nienaruszalny.  Dziś mam  po tych ekscesach wykonywanych w  czasie młodzieńczych złudzeń, sterane nieco ślepka i krzyżykowe haftowanki na  tematy świąteczne. Oczywiście hafciki są  radośnie kiczowate bo , w czasie mojej młodości w święta  Bożego Narodzenia  zawsze mi się skręcało w Kiczolandię.  Trudno zresztą żeby było inaczej, w końcu świąteczna pora w moim dzieciństwie stała pod znakiem tzw. lamety   i brokatu. Wiadomo czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość (  taką umiarkowaną  ) trąci. I tak dobrze że jakoś  mocno nie kręciła mnie nigdy wata  imitująca śnieg, rozłożona  na gałęziach choinki i  superhit świątecznych  przybrań choinkowych  lat  siedemdziesiątych XX wieku - anielski włos ( czyli pokrojony celofan ).

 Nie ma się zatem  za bardzo co dziwić że moje haftowanki to stado okrutnie czerwonych   Mikołajów, skrzatów  w czerwieniach, czerwonych skarpet i  butów wypełnionych prezentami, misiów  poubieranych w kretyńskie czerwone  czapeczki. No po prostu czerwona zgroza! A wszystko to takie gemütlich  do zarzygania!  Może sama czerwień dominująca w haftowankach nie byłaby tak ciężka  do strawienia  gdyby nie  ten słodyczkowaty wysyp postaci związanych z mitologią   Gwiazdki. Dla mnie samej moja niegdysiejsza fascynacja postacią św.  Mikołaja vel Gwiazdora jest dziś niezrozumiała. Co ja takiego widziałam w zarośniętym siwym i otyłym  staruchu w czerwonym ubranku?  Dlaczego akurat jego nie najciekawsza aparycja  a nie wysublimowana  uroda aniołów robiła na mnie takie wrażenie że pojawił się  masowo na moich haftowankach?

Tajemnica tajemnic i zagadka Świnksa! Stan umysłu sprzed lat "estu" odpłynął z nurtem rzeki  zwanej Sklerozą  i to jest zdaje się w moim wypadku rzeka bez  powrotu, he, he.  Nijak przyczyny dawnej  mikołajomanii   nie docieknę,  teraz jednak mam dwa wyjścia -  haftowanki poduszkowe zostają  w szafie i  Boże Narodzenia ma w miarę elegancką ( jak na mnie) oprawę, albo świąteczne poduszki wyjeżdżają na widok  publiczny, choinkę ubieram "pod poduchy" i mamy tzw. okrutne święta  Bożego Narodzenia. No sama nie wiem jak z tego wybrnę - szkoda żeby haftowanki święta przeleżały zamknięte w szafie, a z drugiej strony ta czerwień waląca po oczach  i tłustawy dziadek z misiami. Łeeeee.  Oczywiście zawsze zostaje możliwość udekorowania czerwonym zestawem kuchni. To chyba jedyne w  moim domu  pomieszczenie gdzie  byłby on na swoim miejscu. W końcu w  mojej  puszkarni  ( uwielbiam emaliowane puchy herbaciane i kawowe, i nie tylko ) a przynajmniej w sporej jej części panuje wieczne Boże Narodzenie.  Mikołaje i misie są licznie reprezentowane.

Na ścianę kuchenną powędrują haftowane obrazki, a poduchy ozdobią parapet ( okna w starym budownictwie mają parapety nadające  się do poduszkowania ).  Lalek, który  kuchenny parapet uznaje za swoją bazę, pewnie będzie zachwycony. Mam nadzieję że szybko nie uświni  poduch, na wszelki wypadek starannie go wyczeszę i wygłoszę pogadankę pouczającą na temat zakazanych wycieczek do sąsiedzkich szopek z węglem. Kuchenny stół po dziadkach zostanie  przykryty odpowiednim obrusem ( zieleń z czerwienią, tradycyjniej już być nie może ) i  kuchnia stanie się  ostoją świątecznego kiczu, he, he.
Może być, gdyż  kucharzenie w święta w moim wypadku odpada,  przemknę się  co najwyżej żeby sobie ciasta  ukroić i kawki nastawić. Mogę  sobie wówczas bez  zgrozy  okiem na Mikołaje i misie rzucić, nawet sylwestrowego kominiarzyka na śwince  Szczęśliwce  jestem w stanie  w czasie  krótkiego  "przelotu" przełknąć bez bólu. Dzięki Wielki Kamieniczny za odpowiednią kuchnię! A w pokojach zero czerwieni, krzyżykowych haftów i całej tej gwiazdkowej czeredy - bombki z  przejrzystego białego szkła,  gwiazdki z papieru kredowego i szlus. Wystarczy jedna orgia dekoracyjna w kuchni!




niedziela, 14 grudnia 2014

Kleopatra w domowych pieleszach

Dzień deszczowy, z  tych paskudnie deszczowych, Felicjan w fazie ostrego ramtamtamkowania (  znaczy zawsze ze złej  strony okna ),  Sztaflik ryczy bo też  chce ramtamtamkować, a Dżizaas właśnie ujadziła mnie stwierdzeniem że porządki to się robi a nie tylko o nich pisze.  Przede mną sprzątanie kuchni, a to zawsze działa na mnie depresyjnie. Jakby było mało przeczytałam właśnie info od  Pollutona że jej kociczka Pulpet słabuje. Za dużo  tego dołującego jak na moją skromną osobę, muszę się odstresować. Podczas sprzątania znalazłam w przedpotopowych szpargałach czasopismo  "Uroda" z lat siedemdziesiątych, a tam artykulik o tym jak w ciągu miesiąca zamienić się z  zalatanej "kobiety pracującej" w  Kleopatrę. No cóż, miło   grudniową porą bajki  poczytać, a nawet się zaprzeć resztek  zaplątanego rozumku czyli totalnie wyłączyć zdrowy rozsądek  i choć spróbować  pokleopatrzyć. Co prawda nie sądzę że od codziennej kąpieli w mleku nagle wypięknieję (  Kleopatra dysponowała  mlekiem oślic a ja to sobie mogę najwyżej  UHT na promocji nabyć, coś mi jednak mówi że od tego produktu ani krzty wdzięku mi nie przybędzie ) ale zalecana drzemka popołudniowa jawi  mi się jako remedium na moje problemy. Zmarszczek  mi raczej nie wyprasuje ale rozumek sterany  nieco odpocznie. A rozumek  rzecz  najważniejsza! Kleopatra w końcu ponoć nie była bardzo  urodziwa tylko solidnie cwana ( znaczy jej rozumek bardzo mocno pracował  ). No to będę popołudniami drzemkować w nadziei przemienienia się w egipską faraonicę. W  końcu każda żeńska istota  ma prawo dążyć do bycia  Kleopatrą. Może  nawet wprowadzę  od stycznia  "styl życia nie do naśladowania", he, he. Jak rozumku  mi po tych drzemkach przybędzie  to pewnie  nijak  już w  kleopatrzane bajki roztaczane przez redakcję pisemka nie uwierzę. Dziwne zjawisko - zaprzeć się rozumku żeby rozumek podratować. Normalnie tajemnica starożytnego Egiptu, he, he.