poniedziałek, 15 stycznia 2024

Gandawa - zamek Gravensteen

Dziś będą wspominki z Gandawy, mła pokaże Wam stary zamek nazywany Gravensteen ( co po flamandzku vel południowoniderlandzku vel poludniowoholendersku oznacza   skałę hrabiów ) Zamek który widzicie na fotkach uchował się cudem, jest naprawdę stareńki, pochodzi z 1180 roku. Drzewiej  był rezydencją hrabiów Flandrii i na takim stanowisku zamkował do 1353 roku. Następnie został przekształcony w sąd, przy okazji otworzono w  nim więzienie miejskie, potem został mennicą, a z czasem nawet nawet fabrykę bawełny.  Obecnie w zamku jest jest muzeum Sprawiedliwości ze zbiorami broni i narzędzi tortur, a sam zamek robi za jedną z głównych atrakcji miasta. Co prawda  Mistycznego Baranka nie przebija ale  prawie każdy odwiedzający Gandawę czuje się w obowiązku podreptać do zamku Gravensteen. Początki obronnego budynku w  miejscu gdzie dziś stoi Gravensteen sięgają  czasów panowania hrabiego Flandrii Arnulfa I ( lata 890 - 965, książę Mieszko kombinował właśnie jak nas ochrzcić przyjmując ryzykownie pierwszą święconą wodę na siebie ).  Miejsce było takie w sam raz na posadowienie jakiejś fortyfikacji, położone pomiędzy dwoma odnogami rzeki Lys, zostało po raz pierwszy ufortyfikowane około roku 1000 roku. Najsampierw sprawę obronności załatwili palisadą,  a później z drewna  przerzucili się częściowo na  kamień i powstały pierwsze mury obronne łączone z palisadą. Wkrótce z tej kupy kamieni ułożonych w sposób trudny do zdobycia powstał zamek czyli prawdziwe mury forteczne i  budynek zamkowy, który był drewniany, no wicie rozumicie, mury z kamienia z Tournai ale budynek mieszkalny zamku z ciepłego drewienka. Zresztą w tym czasie wszystkie budynki wznoszone  na terenie zamku były drewniane, większość z  nich  była zresztą budynkami gospodarczymi. Jednakże dość szybko bo jeszcze  w pierwszej połowie XI wieku mieszkalny budynek drewniany zastąpił budynek wzniesiony z kamienia. Nie bardzo  wiadomo komu przypisać  ten etap budowy zamku, kandydatów jest dwóch: hrabia Baldwin IV ( żył w latach 938-1035 ) i hrabia Baldwin V ( żył w latach 1035-1067 ). Zamek kamienny już wtedy był zamkiem z prawdziwego zdarzenia, posiadał wielką klatkę schodową, miał liczne świetliki, rzadkie w ówczesnych zamkach kominki ( zadowalano się misami z żarem ) i szczyt najnowszej zamkowej mody - latryny. Prawdopodobnie zamek miał też wieżę.

Mniej więcej w czasie budowy zamku przez Baldwinów nastąpiła reorganizacja hrabstwa Flandrii, w wyniku czego zamek został zdegradowany do roli siedziby wicehrabiego. Za panowania Teodoryka Alzackiego ( który żył w latach 1128-1168 ), przebudowano zamek w konstrukcję, która na przełomie wieku XI i XII cieszyła się zasłużoną popularnością na tych terenach, bowiem łączyła funkcje obronne z pewną praktycznością założenia. Ten typ fortyfikowanego zamku nazywał się motte and bailey i był powszechny w całej Europie Zachodniej od X do XIII wieku. Termin jest młodszy niż sam typ budowania podobnych konstrukcji, słowo motte jest francuską wersją łacińskiego słowa mota, a we Francji słowo motte, powszechnie byo używane w odniesieniu do kępy darni, którą wzmacniano sypane kopce na których stawiano budowle. W XII wieku było już używane w odniesieniu do samych zamków. Z kolei słowo bailey pochodzi od normańsko-francuskiego baille lub basse - cour, odnoszącego się do płaskiego podwórca otoczonego murami. W źródłach średniowiecznych nazywano to castellum, dziś określamy to jako zespół podzamcza. Budowanie takiej konstrukcji było dość proste i ... tanie, ot, ścięty stożek z uklepanej ziemi otoczony kamorami. Dla bezpieczeństwa często pojawiała się w takich zamkach fosa. W 1176 roku pożar zniszczył  zamek główny, jak też strawił  zabudowania  dziedzińca.  Zamek został odbudowany w roku 1180 przez Filipa Alzackiego ( żył w latach 1168-1191 ), który  poprzez odbudowę zamku chciał zwiększyć zarówno autorytet własny jak i pozycję hrabstwa. Podwyższono i poszerzono wzgórze czyli motte tak, że  centralna konstrukcję hali z wbudowanym w majestatyczny donżononem vel bastionem ratuszowym  osiągnęła wysokości około 30 m. Brama otrzymała budynek frontowy i połączono ją  z ogrodzeniem z z 24 wystającymi wieżami tzw. échauguettes. Kamienie o różnych kolorach nadawały architekturze w gruncie rzeczy militarnej,  bogaty wygląd.  ​Zamek miał dwie kondygnacje podziemne, czytaj lochy,  i dwie naziemne z ozdobionymi, wspaniałymi sklepieniami, kolebkowymi sufitami. . Na dziedzińcu pojawiła się zamkowa  świątynia,  kościół sint-Veerlekerk,  następca kaplicy z czasów Arnulfa,  który został konsekrowany w dniu 30 czerwca 1216 roku. 

Zamek Gravesteen to był taki miś, którym władcy Flandrii, mówili bogatym mieszkańcom Gandawy że;  "To jest miś na miarę naszych możliwości. My tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom! Mówimy: to jest nasz miś, przez nas zrobiony i to nie jest nasze ostatnie słowo!" No ale czasy się zmieniały, rycerstwo specjalnie się na awanturach w Ziemi Świętej masowo nie bogaciło a kupcy miejscy wprost przeciwnie. Hrabia Ludwik van Male  ( żyjący w latach 1330-1384 ) uznał, że Gravensteen oferował mu zbyt mało komfortu i wyniósł się z zamku. Zamek Gravensteen zmieszczaniał,  w XIV wieku był siedzibą z Rady Flandrii i Sądu Najwyższego Flandrii, Sądu Feudalnego Oudburg i  Ławy Regionalnych Radnych. Sądzono tutaj przestępstwa największego kalibru, np.: cinżkiej obrazy majestatu. Wybudowano oczywiście nowe budynki dla urzędników, dostosowano go. Popracowano  nad lochami  i salami tortur.  Prawdziwy szczyt budownictwa penitencjarnego w XIV  wieku. Zamek służył nie tylko  do takich smętnych spraw, odbywały się w nim  również fety z tych prestiżowych,  przyjęcia i wesela, a także  spotkania Zakonu Złotego Runa. W roku 1353 stworzono stworzono w budynkach zamku t mennicę. W roku 1491 roku Gandawa utraciła jednak przywilej bicia monet z powodu buntowniczej postawy przeciwko cesarzowi Maksymilianowi Habsburgowi.  ​tak sobie zamek trwał aż w  XVIII wieku przestał być potrzebny, jego funkcję przejęły inne budynki w mieście. Podupadły zamek kupił inżynier Jean Baptiste Brismaille i przekształcił go w  przędzalnię bawełny. Istniejące budynki przeznaczył na magazyny bawełny i pokoje dla pracowników. W drugiej połowie XIX wieku przędzalnia, z powodu starości zamku zamku musiała poszukać nowego lokum a  zamek przeznaczono do rozbiórki. Na szczęście projektu  nie zrealizowano, choć było blisko bo dla  mieszkańców miasta zamek był symbolem nadużyć władzy, ucisku feudalnego i tortur. ​ W 1865 roku Gandawa wraz z rządem Belgii rozpoczęła proces mający na celu odbudowę tego wspaniałego zabytku. W roku 1888 rozpoczęto demontowanie wszystkich budynków, które nie zostały zbudowane z kamienia z Tournai. co pozwoliło  odsłonić z wielowiekowych nawarstwień pierwotny, surowe ale imponujące pozostałości średniowiecznego zamku. ​ demontowano także kamieniczki przylepione do zewnętrznej strony  murów. Archeolog Joseph De Waele zdecydował się na odbudowę zamku Gravensteen z czasów Filipa Alzackiego. W 1907 roku odbudowany zamek został udostępniony zwiedzającym.

Wiecie jak to jest z tymi przebudowami XIX i wczesno XX wiecznymi.  De Waele, zainspirowany podejściem francuskiego architekta Eugène’a Viollet-le-Duca , usiłował przywrócić zamkowi jego  wygląd  z XII wieku, tylko mu coś wyobraźnia za mocno pracowała. Wiele szczegółów dodanych przez niego, takich jak płaskie dachy i okna oficyny wschodniej, nie uważa się za zgodne z prawdą historyczną. W 1949 roku  o zamek stoczyła się bitwa. taka, tak, bitwa o Gravensteen.  138 studentów Uniwersytetu w Gandawie zajęło zamek w związku z nowym podatkiem którym obłożono  piwo. Zwycięsko zabarykadowali bramę zamku,  opuścili bronę, a pojmanego  jeńca, jedynego pełniącego służbę wartownika, bestialsko torturowali zamknięciem w szafie. Następnie  wywiesili sztandary wzdłuż murów zamku i starannie obrzucili  policjantów zgniłymi owocami. Niestety państwo belgijskie zwyciężyło, studentów usunięto z zamku. Publiczne protesty poparcia  doprowadziły jednak do ​​tego, że żaden z nich nie został pociągnięty do odpowiedzialności za swoje czyny. Jeśli chodzi o piwo to podatek został. Nie tak dawno o zamku znów było głośno, to w związku z cud pomysłem "na odrobinę nowoczesności". Ponoć gandawian wręcz wykręciło na widok proponowanego piękna. No i to by było na tyle.

niedziela, 14 stycznia 2024

Skutek nocnych wycieczek

Pasiak kwitnie, mimo ran na sznupie, podrapów na uszach, pogryzionej łapie. Żadnego przeziębienia, apetyt jak u młodego wieloryba. A mła?  No a mła po tych przechadzkach w mroźne noce chyrla  porządnie, jazda z gorączką, trzęsawką, kaszlem wściekłym i bólem gardła, glutaniem, laniem i wszystkimi  nieradościami  mocnego przeziębienia. Gorączka nie jest zbyt wysoka bo to nie wirus ale z tych udupiających. Mła uziemiona w domu, wczoraj Mamelon dowiozła żyr  dla mła i kotów, nawet własnoręcznie ugotowaną pyszną zupkę pomidorową z ryżem i kawałek serniczka.  Mła strasznie dużo śpi, jakby cukrzycę miała, choć  nic na paskach po Małgoś nie wychodzi. Bierę witaminę C 1000,  jabłuszka sobie uprużyłam i podjadam, glutając w przerwach obficie. Rozmyślam nad zrobieniem z Pasiaka torebki, takiej futerkowej. Mordkę bym zostawiła, nawet szklane oczka bym wprawiła. Torebki są mniej  groźne dla zdrowia niż kocurki z awanturniczą żyłką.  Na szczęście teraz cała piątka ze mła leży. Wiadomo, jak mam gorączkę to mogę robić za  kaloryfer. Miałam w planach wpis o kościołach Gandawy ale skończyło się na wstawieniu fotek. Idę zalegać, bo po południu ma przyjść Włodzimierz i złożyć sprawozdanie z czynności, znaczy przynieść wyprane  przez się swetry i pokazać kupione buty, po które  pojechał z Irenką.  Mła musi być na chodzie, więc teraz jeszcze się bachnę. Jako ozdobnik dziś wzorek do zrobienia torebki z Pasiaka, a w Muzyczniku ciepła muzyczka. Mła  jak się trochę lepiej poczuje to zrobi challenge z kotami pod Jerusalemę. Przez całe pół godziny.

piątek, 12 stycznia 2024

Tam - tamy info - info - prasówka styczniowa

Mija nam bardzo gorący tydzień polityczny, tak  gorący że niektórzy się poparzyli. Dobra, jedziemy. Nie bójcie się, nie będzie  o prawie, bowiem jak widać, słychać i czuć mamy w kraju do czynienia ze sporem politycznym przebranym za spór prawny. Mam  nadzieję że nie jest to spór tylko o to do której strony politycznej należy "niezależne" sądownictwo. Potwierdzeniem  tego że o politykę chodzi było błyskawiczne doprowadzenie byłego szefostwa resortów bezpiecznych do więźnia, w sytuacji gdy oczekujących na odbycie kary  jest cóś paręnaście tysięcy osób. Czy skazani trafili do pierdla słusznie? Jak najbardziej i moim zdaniem dobrze się stało że upadło wreszcie "My nie wsadzamy waszych a wy naszych". Politycy sprawujący urzędy to nie są święte krowy. Co przy okazji wyszło na jaw? Prawo da się interpretować, co bardzo smuci marszałka Bosaka, któren lubi rozwiązania proste. Na interpretowaniu prawa można daleko zajechać, dlatego ani słychu, ani widu żeby któś tu w sposób prawidłowy a stosunkowo łatwy do wykonania, usiłował  obsadzić Trybunał Konstytucyjny.

No i hasają sobie nasze polityczne rycerze po łąkach usankcjonowanego bezprawia. Jest małe  światełko w tunelu, KRS uwalił pierwszy pomysł ministra Sienkiewicza na zrobienie z mediów narodowych mediów publicznych. Niestety oprócz światełka jest strefa cienia, miejscami głęboka. Nasz nieszczęsny prezydent. Nie chcę kopać leżącego ale Anżej Sebastian powinien bardzo mocno przemyśleć co oznacza pojęcie powagi urzędu. Teraz ma szczwany plan na ułaskawienie zależne od ministra i sądów. No cóż, skończy się jak wszystkie szczwane plany Anżeja Sebastiana. Sprawa skazańców ucieszyła Jarozbawa,  bowiem trza tu elektorat zagonić i policzyć a sama tevałka po ujawnieniu zarobków jej gwiazd mogła nie wystarczyć do spędzenia odpowiedniej ilości luda ( tak nawiasem pisząc posłowie którzy wleźli do TAI, potem nie mogli z niej wyleźć, problem Ramtamtamka, kota który był zawsze ze złej strony drzwi ). Był w Wawie marsz zwolenników opozycji, taki ponad stutysięczny i występy solistów. Co na to władza? Ano nic, pójdzie ścieżką wyznaczoną przez PiSdniętych w trakcie Strajku Kobiet - przeczeka. W końcu organizowanie stutysięcznych miesięcznic kosztuje, no i ile razy można do tej Wawy być zwożonymi. Podczas marszu Jarozbaw oznajmił że on zduplikuje państwo,  czemu mła jest zdecydowanie przeciwna,  ponieważ uważa że jedna małpa latająca z brzytwą w postaci Tuska Wilcze Oczy to jest absolutny limit dla naszej Cebulandii. Kto odpowiada za tę rozrywkę polityczną? Nasze dwa ośrodki władzy - nowe rzundzące i prezydent! Jak z tego bagienka wyleźć? Nadal czekamy na odpowiedź. Aha, Izba Nadzwyczajna może i głąbiasta ale ma instynkt zachowawczy, uznała wynik wyborów. Z ulgą odetchnęli ci co jej nie uznają.

Europa. U somsiadów traktory właśnie zdobywajo wiosnę w styczniu. Nie dziwota w czasie globalnego ocipienia. Chodzi o protest dotyczący braku  dopłat do paliwa do maszyn  rolniczych. Jak wiecie somsiady są tak mocno zekologizowane że zaczyna cisnąć, diesle trują a ci rolnicy to w kółko po tych polach popitalają. Majo chyba nie popitalać tylko czekać na sprzedaż gospodarstw koncernom i ten słynny traktat z Ameryką Południową, którego nie będzie bo Francja cóś nie jest zainteresowana. Niemiecki zarzund uzbrojony w brukselskie dyrektywy działa ale niemiecka maszynka do głosowania, produkcji i płacenia podatków jakby się popsowała. Ludziom się cóś poprzestawiało i nagle uznali że zielony ład jest w odcieniu zieleni jadowitej, traktory wyjechały na autostrady, do nich dołączyły trucki a wczoraj w ramach wisienki na torcie  strajkowały Deutsche Bahn. Dodajcie do tego słabo konserwowaną ostatnio infrastrukturę, co i raz wyrastające miasteczka namiotowe migrantów, zasiłki niewiele niższe od pensji i zastanówcie się jak to się stało że wg. sondaży, AFD, która ma niebezpieczne skrzydełko, zostało drugą partią na którą najchętniej głosowaliby Niemcy. Taa... a tak było ładnie, spokój, Angela miłościwie panująca, woda w bajorku stała i nikt nie podejrzewał że się zaśmierdnie. Gemütlich.

Poprzednie traktory, te w  Holandii, skończyły się zwycięstwem Wildersa w wyborach do parlamentu. Dobrze że  Holendrzy rozpraszają głosy na wiele partii, bo Wilders jest radykalny. No cóż, tak się kończy wciskanie niechcianego szczęścia na siłę. Francja ma nowego premiera, Gabriel Attal jest bardzo przystojny i ma 34 lata. Makaron jakby zauroczony. Nowy premier jest ambitny co cud, i bardzo otwarty, w przeciwieństwie do niektórych z samej wierchuszki politycznej Francji nie kryje że jest gejem. Sympatyczny, ciekawe w którym miejscu wyhodował sobie hipokryzję, tę nieodłączną cechę polityków? Belgom z Belgią nie po drodze, Flandria uznała że część Brabancji OK ale Walonia jest nie do przyjęcia w tym wspólnym stadle. Jakby to ładnie ująć  - po wizytach w Belgii mła rozumie to stanowisko. KE przeżywa chwile chwały, wszyscy pozajmowani na własnych podwórkach, od Hiszpanii po Cebulandię, KE w związku z tym zrobiła się ważna co cud. Spoko, to tak do wyborów do Europarlamentu. Na UK spuszczam litościwie zasłonę milczenia. To jest problem podobny do tego jaki ma Anżej Sebastian, wyżej dupy nie podskoczysz.

Bliski Wschód. Dzieje się. USA i GB w ramach ochrony statków podobno handlowych i nie tylko ich, postanowiły wesprzeć Arabię Saudyjską i dojechać Huti.  W Jemenie od długiego czasu prowadzona jest taka wojna że Gaza to przy tym konflikt z niewielką liczbą ofiar. Jak znam życie to pewnie o skali tej wojny nie słyszeliście, ale  tak to już jest że wojny dzielą się na medialne i niemedialne. Kiedy Żydzi tłuką Arabów tysiącami to jest problem, kiedy Arabowie tłuką Arabów setkami tysięcy to problem jakby znacznie mniejszy. Teraz dotłukiwać będą też okazjonalnie Anglosasi. Dla bardziej dociekliwych - zdawa się że Arabia Saudyjska  i Izrael będą szły w stronę porozumienia. Nie tylko nagłe ruszenie anglosaskich tyłków za tym przemawia, Bibi, chyba najbardziej skorumpowany premier Izraela, ma kłopoty. Tzw. zmiany w sądownictwie w Izraelu się nie udały, ludzie ponownie wychodzą na ulicę, Gaza dogorywa ale jeszcze nie schodzi a Hezbollah też by się chciał pokazać, tym bardziej że Iran wydawa się leżeć obecnie na wulkanie.

A Bibiemu coraz głośniej wypominane są nie tylko stare grzechy ale i to co stało się w izraelskich postkibucach w  październiku ubiegłego roku. Obrywa też za sposób załatwienia sprawy Gazy. Daleki Wschód.  Chiny prężą muskuły ale tak żeby się nie przeforsować, z ich gospodarką jest źle, Europa cóś mruczy o zamknięciu rynku a Wujek Wowa ma jakieś dziwne problemy. Jak nie brak  jaj w imperium to brak kurczaków, kryzys kaloryferowy - mła paczy, oczom nie wierzy bo były  buńczuczne  mowy o stanie gospodarki co to taka twarda że do przerębla zimą by mogła wleźć. Teraz wychodzi na to że PKB wzrosło wraz z przerobem czołgów na froncie. Taa... nikomu od tego lepiej. Gazociągu nr 2 w kierunku Chin nie ma. Ukraina. Jest podobno źle ale mimo mrozów coś rosyjska ofensywa nie ruszyła. Jak nie ruszy do marca do sprawa jest jasna. USA. Trump się wylaszczył ale mózg ten sam co zawsze, Józek stawia na  woal demencji  i mało dyskretny urok  stetryczałości. Mła ma swojego kandydata, któremu kibicuje. Szur z niego jak i ze mła - Robert Kennedy Jr.

A teraz na poważnie. W tym tygodniu odszedł Janusz Majewski, mła ceni sobie jego filmy, odpoczywa przy nich.  Odszedł też ksiądz Isakowicz Zalewski, który czasem wnerwiał mła do białości ale którego zdanie miało dla mła ciężar gatunkowy. To był porządny człowiek. No i to tyle.  Mła zapodawa obabrazki, prace Hermenegildo Anglada Camarasa, dużo cooloru  na pocieszki i w Muzyczniku cóś na odstresunek, paszące do tego co się u nas teraz dzieje.

P.S. Dopiero dziś do mła dotarło. ZZ powołał prokuratora krajowego na  mocy przepisu, który od 6 lat  nie istniał. Brawo. Wszystkie akta na których nie ma właściwego podpisu właśnie robią za papier toaletowy i pultanie coolegów ZZ tego nie zmieni. Ciekawe jakiej wysokości  będą odszkodowania? ZZ ma raka przełyku, ponoć zaawansowanego, zarzutów mu nikt  raczej nie postawi bo tu zdaje się inny sędzia będzie sądził, ale prawnik który taką nominację przyjął chyba powinien beknąć.

wtorek, 9 stycznia 2024

Z polskiego na nasze i inne radości

Mła załatwia sprawy konieczne. Rano na ten przykład miała rozmowę z jedną kotką na temat "Jeżeli niektóre bezzębne sznupy zamiast do kuwety udają się pod komodę w pokoju Cioci Dany i Azy to niech nie będą zdziwione że ich tyłek spotka się z pantoflem i że mogą rezydować w łazience w towarzystwie własnego urobku wyciągniętego spod komody". Nie wiem jak mam się zachować wobec Mrutka, bo z jednej strony praworządnie zawiadomił madkę o świeżo uczynionym przestępstwie a z drugiej to było jednak kapusiostwo. Hym... Mruti za donosicielstwo domagał się nagrody, dodatkowej saszetki. Po tym kiedy mła skończyła rozmowę ze Szpagi, dość burzliwą bo były skrzeki oprotestowujące, wyraźnie usatysfakcjonowany prowadził mła do wiadomego pudełka. Ech… no kapuś, kabluje za żarło. Reszta stadka mniej kontrowersyjna w zachowaniach, choć mła świetnie wie że mają gady za uszami. Mła zastanawia się gdzie  w ten mróz udawał się na wycieczki Pasiak? A udawał się i wracał radosnym krokiem bolero.  Żreć żarł ale mła miała wrażenie że to były deserki po sutym obiadku. Tak w ogóle to Pasiak przypomina kulę z doczepionymi grubymi łapami i ogonem. Sznupa mu się cóś marulowata ostatnimi czasy zrobiła. Sztaflik i Okularia podczas zimniska zalegały w szafie, na młowych wypranych swetrach, które w związku z tym zaleganiem powinny być ponownie wyprane.  Mła paczała na chrapiące kocice z wyrzutem, one na wyrzut nie reagowały, chrapały dalej. Tak to jest  ze stadem, kupczenie, donosicielstwo, szlajanie się i wylegiwanie na zakazanym.

Do netu mła wchodzi z doskoku, bo strach się bać. Polityczne nasze się napiendralają, głównym celem jest zdawa się uświadomienie społeczeństwu na czym polega problem z sądownictwem. Dla mła było mocno zdziwne certolenie się z immunitetami rotacyjnego marszałka ale tak sobie jakoś poczuła zanim pomyślała że rotacyjny cóś wilczymi oczami Donaldinio spogląda i że chyba znów jest prętem po kratach klatki walone w nadziei że stado byłych zarzundzających się rzuci i zaprezentuje idiotyzm w postaci czystej. No i mła się nie zawiodła. Po pierwsze dowiedziała się że polityk we więźniu to jest więzień polityczny, po drugie że w tzw. Izbie Nadzwyczajnej SN siedzą nadzwyczajne głąby, które mają problem ze zrozumieniem na czym polega orzekanie w SN, mła nie wierzyła własnym oczom jak te pierdoły, które w tej izbie stworzyli czytała, po trzecie Anżej Sebastian jest w szczytowej formie mustrowany przez Mastalerka, do którego jeszcze nie dotarło że nie każde tworzywo nadawa się do kręcenia bata. Jest dość śmiesznie choć usiłują nas przekonać że strasznie. Kowalski i Malinowski już się pogubili w prawniczym bełkocie i spokojnie oczekujo aż  Tusek rękoma rotacyjnego cwanie wypiendroli to całe prawnicze towarzystwo. No i po to by taki stan osiągnąć ta heca "z dualizmem prawnym" ma obecnie miejsce. Mła to nawet jest w stanie zrozumieć, bez naprawy sądownictwa dalej nie ruszymy. Nikt rozsądny nie zainwestuje kasy w państwie, w którym sądy tak działają jak to ma miejsce w Cebulandii. Jednakże dla mła ta cała polityczna napiendralanka jest nużąca.

No a mła i tak jest już znużona łobowiązkami. Troszki się jej poluzowało, ale to dosłownie troszki. Poszpitalnie wychudzona Gienia stymulująco opiendrala Włodzimierza, któren się nawet wziął za robienie poświątecznych porządków. Dobre i to, mła nie robi już za coucha i ekonoma. Nadal robi za kucharkę ale to zajęcie jest w stanie wykonywać bez tzw. obciążeń, na ekonoma dla staruszków  mła się słabo nadawa. Postaram się trochę odtego, choć  przed mła sterta papirów, w tym te prawnicze. No ale to nie zmartwienie. Zmartwienie jest gdzieś indziej. Trzymajcie z całych sił  kciuki za Sherlocka  Kocurrkowego, z wodą  gdzie nie trzeba troszki lepiej ale jest potężne zapalenie płuc. Mła ma nadzieję że Sherlock da radę a i z Isią będzie lepiej. Na Kocurrka się w tym roku zwaliło potężnie, jakby mało było nieszczęsnych zdarzeń w zeszłym roku. No i do tego dobijające koszty wetowej opieki a przeca leczyć trza. Ech... Dziś Muzycznika nie będzie, obabrazki tylko będą. Artystki nazywającej się  Anne Siems.

niedziela, 7 stycznia 2024

Sprawozdanko niedzielne

U mła młynek trwa taki cóś mniej więcej jak u Kocurrka, która walczy z przypadłościami swojego stadka. Po kolei: Gienia już  po zabiegu, który był konieczny bowiem grypa nie była grypą a te skoki temperatury do 40 stopni miały przyczynę, której trzeba się było chirurgicznie pozbyć, Włodzimierz trzyma się bo mła go trzyma, z całej siły, Irenka dostała zakaz totalnego rozkładania się ze swoim choróbskiem - mła ma określoną wydolność. Jutro  Gienia wraca ze szpitala. Wszystkie plany mła poszły się bejać, mła obecnie jak ten chomik w kołowrotku. Przebieram łapkami za dnia  i znów nie mogę spać po nocach, choć przeca dni są męczące. Zastanawiam się nad  jakim prochem na sen żeby odespać. Mła tak sobie myśli że taki jest chyba plan Zwierzchności względem mła, no po prostu Najwyższa Zwierzchność pomyślała sobie że mła ma zdobyć sprawność siostry środowiskowej i naszywkę jednoosobowego wydziału pomocy socjalnej. Hym... mła się zastanawia czy to czasem Zwierzchność nie chce mła pokazać że porzucenie  Zuchów  po wyłudzeniu finki było cóś nie w porządku, no i dlatego mła na starość ma zdobywać te sprawności i naszywki. Za dziecięcą pazerność i chętkę bezwysiłkowego zdobycia celu. Toma lo que quieras de la vida y paga por ello, jak ponoć drzewiej mawiali w Hiszpanii. Wpis krótki bo mła zalatana, w garach siedzę na jutro. W ramach ozdóbstwa to na fotce obok to co mła miałaby teraz ochotę robić, znaczy byczyć się jak Mae West i przez telefun z Mamelonem się rozwijać a nie pożywne zupki kombinować. W Muzyczniku  muzyczka z tych paszących do stanu ducha mła. 

czwartek, 4 stycznia 2024

Jednomyślizm

"Bo trzeba mieć swoje zdanie... ludzie głupieją hurtowo a mądrzeją detalicznie."

Wisława Szymborska

Kolejny wpisek przedwyborczoeuropejski. Już dość dawno temu zauważyłam że poprawność polityczna nie jest celem samym w sobie, to tylko etap w  drodze do tzw. jednomyślizmu. Od jednomyślizmu   już tylko kawałeczek do myślozbrodni, mła sobie z tego świetnie zdaje sprawę i dlatego wierzga kiedy tylko natrafi na pławienie się w poprawnościach politycznych i opowieściach o mowie nienawiści. Mła kiedyś tam sobie myślała że wszystko zaczyna się od złych albo dobrych słów ale już z  tego wyrosła, przyczyn ludzkiego postępowania jest znacznie więcej, same słowa mają znaczenie o tyle o ile ludzie chcą je uznać za wyrażające ich myśli. Gdyby nie kryzys ekonomiczny i rozżalenie Niemców na warunki  Traktatu Wersalskiego, to Hitler mógłby się zapluć wykrzykując te swoje gorzkie żale do Żydów a pies z kulawą nogą by za nim nie poszedł. Podobnie jest z innymi guru ludzkości, którzy pod pozorem świetnych a prostych rozwiązań przemycają czyste zło. Takie, które z czasem namiętnie uprawiane przez oportunistów skłania filozofów do dostrzegania jego banalności. Nie same słowa stanowią niebezpieczeństwo, tu się trzeba pochylić nad maksymą Karola Marksa "Byt kształtuje świadomość". Nie traktować tego łopatologicznie wyłącznie przez pryzmat ekonomii, dopuszczać rolę czynnika kulturowego, także przekonań wynikłych z doświadczeń, niekoniecznie wyrażanych  werbalnie. Chyba już najwyższy czas otrząsnąć się z przeświadczenia że jak czegoś nie nazywamy to to nie istnieje. Zamilczanie mało zmienia za  to niesie za sobą grozę kagańca. Sorry, agresja  zbiorowa,  nie pojawiła się u naszego gatunku wraz z mową. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej to jest ignorantem czyli po młowemu głupkiem.

No i mła wychodzi na to że olbrzymia część naszych elit jest upośledzona na umyśle i wpędza nas w poważne tarapaty. Mła zastanawiało dlaczego korporacje wspierają lewicę w promowaniu walki z  hejtem czy "fake" newsami, które czasem  okazują się być ani jednym ani drugim. Doszła do wniosku że to nic  innego tylko strach przed konkurencją i indywidualizmem, który jest motorem postępu ( jak kto nie wierzy niech sobie głęboko przemyśli dlaczego to akurat w zachodniej Europie narodziła się nauka jaką dziś znamy).  Postęp to też nowe technologie a nowe technolgie to nowa elita a żadna elita nie chce się stać byłą elitą, stąd ta miłość ludzi korpo do zamordyzmów. Indywidualizm to myślenie w kontrze, wychwalanie kolektywizmu umysłowego to źle ukryta niezgoda na kontestacje, rozsiewa to brzydki komuszo - faszystowski smrodek. Hym... a te zapewnienia że te poprawności polityczne i walka z mową nienawiści takie dobre są i szczęśliwość społeczeństwom zapewnią nie różnią się znów tak mocno od zapewnień o świetlanej przyszłości snutych przez Hitlera czy Stalina.  No wicie rozumicie, będzie git  jak tylko pozbędziemy się tych inaczej myślących. W naszej chacie, co jest z kraja,  uprawia się myślenie plemienne, które jest niczym innym tylko formą kolektywizmu umysłowego. Poprzednicy pluli na Ursulę i jej towarzystwo, to obecni rzundzący wraz z korpomendiami będą zamilczać europejski bajzel w imię "wyższego dobra". No żeby se kto nie pomyślał! "Demokratyczne" czyli nowe rzundzące, może powinny same pomyśleć o tym że mówienie  można ograniczyć, myślenia nie. Biada władzy, która będzie tego próbowała. 

Mła wie że pisze to w czasie kiedy pan Pietrzak się z panem Królem produkują ( Najwyższemu starość się wyraźnie nie udała, skleroza przenosi obu panów do chwil kiedy sekretarzowali sile przewodniej, zamordystycznej  jak się patrzy i stale szukającej wrogów! ) ale to jest ten sam czas w którym dziennikarkę Jaruzelską się z pracy wywala i po prokuratorach ciąga za wywiad z posłem Braunem. Taa... bo wojny by nie było gdyby  Hitler nie został człowiekiem roku "Timesa". Jaruzelska jest be bo się nie wcinała w słowo jak to prowadzące i prowadzący  serwisy w tevałkach info mają w zwyczaju ( dzięki temu poznaje się poglądy dziennikarek i dziennikarzy, linię polityczną stacji, co mła zresztą guzik obchodzi, na samym końcu jest tu osoba z którą przeprowadza się wywiad, jej zdanie i  uzasadnienie tego zdania wydają się nie mieć dla takich "dziennikarzy" prowadzących wywiady znaczenia  ).  Poseł Braun się wypowiedział i mła jest już pewna że to szczwany lis, który na prostackim, wręcz do ludzi tępych  adresowanym antysemityzmie jedzie bo mu się to politycznie opłaca, pewnie tak samo jechał na sprzeciwie wobec podawaniu dzieciom berbeluchy, tylko tu adresatami byli antysystemowcy, któś w typie mła. Showman i populista, któś fuj. Mła tego świadoma bo jej pokazała córka zamordysty,  cóś liberalna, w związku z czym ponoć wywalili ją z roboty. Przypomina to ścinanie posłańca bo złe wieści przyniósł.

Nie dopuszczając do głosu oszołomów wcale nie likwidujemy oszołomstwa. Zamilczenie bowiem niczego nie likwiduje, jedynie sprowadza do podziemia. Stereotypy trzymają się świetnie, o czym w latach 90 XX wieku bardzo boleśnie  przekonali się mieszkańcy byłej Jugosławii a teraz prawie 50 lat po pożegnaniu z Franco i tzw. amnezji narodowej przekonują się Hiszpanie ( tak się jakoś dziwnie składa że Katalonia niechętna wspólnocie państwowej była republikańska a reszta  Hiszpanii cóś mniej, Andaluzja wręcz wielbiła Franco ). Przy okazji to chyba najwyższy czas z okazji wygrania przez "demokratycznych" wyborów parlamentarnych pozbyć się niektórych sygnalistów. "Demokratyczne",  jak najbardziej słusznie,  się pultajo same z się na rasizmy i antysemityzmy,  więc po cholerę te fundacje do walki z tymi zjawiskami?  Mła się przyzna że ma uczulenia na aktywiszcza pewnego rodzaju, życie na koszt wspierających  u mła przechodzi spoko jeżeli działania aktywistów wymagajo ciężkiego wysiłku, czasem takiego całodobowego, vide ludzie od pomocy chorym czy zwierzakom.  W wypadku kiedy aktywiszcza monitorują i zawiadamiają o działaniach ideolo to bez przesady z tym wsparciem, nie w dobie AI.

No i tyle w temacie jednomyślizmu i "przemocy słownej", który to termin wymyślono by ograniczyć wolność słowa.  Tzw. mowa nienawiści to nic inszego jak ideologiczna pałka. Brak dokładnego zdefiniowania  pojęcia mowy nienawiści jest celowy a nazwanie  przemocą nieprzypadkowe. W mętnej wodzie cóś mało widać i rybki mułem cuchnące da się złowić. Wicie rozumicie, zamulenie rybek jest konieczne.  Cudowne pomysły na kontrolę netu mam nadzieję odejdą w niebyt razem z obecną KE. Bardzo mocno  knuję żeby to towarzystwo z siodła wysadzić, prawdziwy ze mła knuj. Dziś za ozdóbstwo wpisu robią kocie memy a w Muzyczniku kocia muzyczka.

środa, 3 stycznia 2024

Kamienne koronki czyli gotyk brabancki - przebieżka po kościołach Brukseli


Dziś mła zapoda Wam tekst o tym co mła najbardziej w Brukseli przypadło do gustu, gdyby  mła obejrzała tylko te trzy miejsca i nic więcej to i tak uznałaby wycieczkę za udaną, taka to klasa. Mła pokaże Wam zjawiskowy gotyk brabancki w  trzech odsłonach: Cathédrale des Saint-Michel-et-Gudule, położoną na wzgórzu Treurenberg, Église Notre-Dame des Victoires du Sablon na Grand Sablon, Église Notre-Dame de la Chapelle w dzielnicy Marolles. Nie za bardzo wiadomo kiedy na wzgórzu Treurenberg ( z francuska zwanego Mont des pleurs - górą boleści ), w najważniejszym wówczas punkcie Brukseli, miasta na skrzyżowaniu dwóch  szlaków handlowych: pierwszego łączącego hrabstwo Flandrii z Kolonią i drugiego łączącego  Antwerpią i Mons, stanęła budowla będąca miejscem kultu. Historycy zgodnie ćwierkają że już w IX wieku na tym miejscu stała  kaplica poświęcona św. Michałowi, co było przed nią nadal jest zagadką. Tuż obok, w  tzw. pierwszych murach miejskich ( z czasem Bruksela dorobiła się większej ilości murów miejskich ) znajdowała się  Brama Św. Guduli, budynek bramny nieco później służył jako  więzienie o wyjątkowo złej sławie. Pierwszy kościół z prawdziwego zdarzenia powstał na wzgórzu Treurenberg  w połowie XI wieku, oczywiście świątynie zbudowano  w stylu romańskim. W 1047 roku hrabia Lambert II z Leuven i jego żona Oda z Verdun założyli w tym kościele kapitułę  i wykombinowali dla niej relikwię  świętej Guduli, które wcześniej znajdowały się w kościele świętego Gaugerikusa. Kościół na wzgórzu odtąd był  zarówno pod wezwaniem świętego Michała, jak i świętej Guduli. Święty Michał jak wiadomo był archaniołem, a kim była Gudula? Na tych ziemiach wysyp świętych był w  pierwszym tysiącleciu naszej ery  ponadprzeciętny. Święta Gudula była córką księcia Witgera, władcy Lotaryngii i świętej Amalbergii z Maubeuge. Żyła w latach 659 - 721. Jej bratem był święty Emebert, biskup Cambrii, a siostrami były święte: Reinelda i Farahilda. No czujecie bluesa? Jakby było mało wychowywała ją  matka chrzestna, św. Gertruda z Nivelles, ta od kotów. Odpowiednio ukształtowana Gudula miała wszystkie cechy jakie wypadało mieć wczesnośredniowiecznej świętej; skłonność do ascezy, bojaźń bożą, ufność w łaskę Pańską, walecznego ducha. Vita sanctae Gudilae podaje, że pewnej nocy gdy szła do świątyni, diabeł usiłował sprowadzić ją na manowce  zdmuchując płomień  lampy, którą sobie oświetlała drogę. Gudula niezrażona diabelskimi knowaniami wymodliła ogień. Taka to była święta. Św. Gudula wraz ze św. Michałem są patronami Brukseli, ponoć nadal się opiekuje choć miasto potrafiło swojej patronce dopiec. 6 czerwca 1579 roku świątynia będąca wówczas kolegiatą została splądrowana i zniszczona przez wyznawców doktryny Kalwina,  tzw. Geuzen, co oznacza żebraków, choć z żebrakami ci ludzie mieli mało wspólnego, a relikwie świętej, hym... jakby zaniknęli. Ostała się jeno czaszka przechowywana w kościele św. Hildegardy w niemieckim Eibingen.


Przebudowę kościoła "po gotycku" zainicjował na początku XIII wieku książę brabancki Henryk I, nakazał dobudować do kościoła dwie okrągłe wieże.  Ostateczny kształt jaki uzyskał projekt przypadł na czasy jego syna,  Henryka II. Za początek gotyckiej wersji  świątyni przyjmuje się rok w 1226, wzniesiono chór  w latach 1226–1276. Katedrę budowano około 300 lat, to nie jest długo jak na gotyckie katedry. Budowę zakończono w XVI wieku, co spowodowało że budowla zawiera w sobie troszki renesansowych elementów. Na początku XVI wieku  dwuwieżowa fasada, której  projekt  ostateczny  powstał jeszcze  w XV wieku została zrealizowana w duchu minionej już epoki. Wnętrze świątyni jest pozbawione większości dawnego wystroju na skutek splądrowania budynku podczas zamieszek w latach 1579-1580 i podczas rewolucji w 1793 roku ( francuscy rewolucjoniści znani jako sans-culottes, a z polska sankiuloci,  podprowadzili oryginalny carillon ). Na szczęście ocalały niektóre stare witraże, takie z XVI, XVII wieku ( pochodzą z lat 1525-1663 ). Na szczególną uwagę zasługuje witraż w fasadzie zachodniej, przedstawiający scenę Sądu Ostatecznego. Wykonany został w 1528 roku przez witrażystę z Antwerpii, Jana Haecka, na podstawie rysunków Bernarda van Orleya. Haeck i Van Orley byli także twórcami witraży zdobiących północny i południowy transept. Okno północne pochodzi z 1537 roku i przedstawia Karola V i jego żonę Izabelę Portugalską podczas adoracji Najświętszego Sakramentu w towarzystwie swoich patronów Karola Wielkiego i Elżbiety Węgierskiej. Okno południowe pochodzi z 1538 roku i przedstawia szwagra Karola, Ludwika II Węgierskiego, z żoną Marią Węgierską w adoracji Trójcy Świętej w towarzystwie św. Ludwika i Dziewicy Marii. Z szaconkiem obejrzałyśmy, choć zachwyt nas nie zatkał.
 
Kaplicę Matki Bożej Wybawienia zdobią witraże autorstwa malarza szkła Jeana De Labaera, według rysunków Theodoora van Thuldena, jednego z uczniów Rubensa. Witraże  powstałe w latach 1654-1663, przedstawiają epizody z życia Najświętszej Marii Panny. Oprócz tych stareńkich okien w kościele jest też seria piętnastu witraży z XIX wieku w nawach bocznych, autorstwa Jeana-Baptiste'a Capronniera. W XVI i XVII wieku kościół przeszedł kilka przeróbek, te największe to dodanie kilku kaplic; Kaplicy Cudu Najświętszego Sakramentu  ( powstała w  latach 1534–1539 ), Kaplicy Matki Bożej Wybawiającej ( powstała w latach 1649–1655 ) i Kaplicy św. Marii Magdaleny, zwanej także Kaplicą Maesa ( powstała w latach 1672–1675, w stylu barokowym rzecz jasna, na rzucie ośmioboku z kopułą i latarnią, takimi bajerami architektonicznymi ). Prace restauratorskie przeprowadzono w pierwszej połowie  XIX wieku, odnowiono latach 1839–1845  wieże i portale, a następnie ponownie w drugiej połowie XX wieku, w latach 1983-1999 katedrę po raz kolejny gruntownie odrestaurowano. Przy tej okazji podjęto badania archeologiczne, które doprowadziły do ​​odkrycia pozostałości romańskiego kościoła i krypty pod obecnym chórem. Nawę główną zdobią barokowe posągi apostołów umieszczone  na solidnych, cylindrycznych kolumnach, których kapitele ozdobiono ulubioną w brabanckim gotyku kapuchą. Znaczy mła się wydawa że to cóś na kształt liści jarmużu. Barokowe rzeźby wyszły spod zacnych dłut Lucasa Faydherbe, Jerôme Duquesnoy Młodszego, Johannesa van Milderta i Tobiasa de Lelisa. To jest naprawdę wysoka półeczka. Posągi barokowe zastąpiły rzeźby  zniszczone przez ikonoklastów w 1566 roku. To okres zwany Beeldenstorm, na zachodzie Europy przypadający na drugą połowę XVI wieku, w  Europie Środkowej wyznawcy protestantyzmu wcześnie przeszli przez fazę nadgorliwości religijnej. Wyznawców cinżkiego kalwinizmu drażniły nie tylko kolorowe malowidła, generalnie drażniły ich wszystkie przedstawienia, odkryli byli bowiem dla się pełną wersję pierwszego przykazania z Księgi Wyjścia i tak się przejęli tym że "Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym" że niszczyli w świątyniach co im tylko w ręce wpadło. Porządny  kościół kalwiński to proste bielone ściany i duch boży je wypełniający.
 
Hym... brukselczycy odreagowali te kalwińskie ekscesy solidnym manieryzmem "na bogato"  i sutym barokiem. Oczywiście kalwinistom nie udało się zniszczyć wszystkiego, poza tym przenoszono z kościołów do kościołów to co się udało przed nakręconymi "wolą bożą" wandalami ocalić.  Za chórem na ten przykład znajduje się  ( w  okolicy kaplicy Maesa )  marmurowo - alabastrowy ołtarz przedstawiający Mękę Chrystusa autorstwa rzeźbiarza Jeana Mone’a z 1538 roku. Nie wiem czy tam był od chwili powstania czy to taki wędrujący artefakt. W nawie głównej znajduje się  suty barok, ambona wykonana przez rzeźbiarza z Antwerpii ,  Hendrika Fransa Verbruggena w 1699 roku. To jest jedna  z tych niesamowitych ambon, poezji snycerstwa, które urodziły się na ziemiach dzisiejszej Belgii w XVII wieku. Mła w  kościołach Brugii i Gandawy opadała kopara kiedy stawała przed tymi ustrojstwami, podobnie  było w Brukseli.  Ambona w katedrze brukselskiej przedstawia m.in. wygnanie Adama i Ewy z raju, przy czym raj jest mocno egzotyczny. Za sprawą  grzechu pierworodnego w raju pojawiła się śmierć, personifikowana przez szczerzący się szkielecik, bezczelnie wychylający się z figowego listowia. Dwie cud papugi  przyglądają się cielsku kusicielskiego węża, takiego rozmiarami zbliżonymi do anakondy. Urodną Ewę i nieco przytłoczonego jej osobą Adama wygania cud ognistym mieczem strażnik tego zwierzyńca w ogrodzie botanicznym, cherubin,  zresztą  urodny przecudnej, prawdziwie anielskiej,  mła się nie mogła napatrzyć na skrzydła. Całość bogata acz nie na tyle przyciężka żeby mła nie odniosła wrażenia że oto ogród Eden zaraz zacznie się wzbijać w powietrze, wraz  z Madonną, która na zwieńczeniu ambony niepomna na to że trzyma Dzieciątko przebija węża, co symbolizuje odkupienie. W nawach bocznych znajdują się XVII wieczne dębowe konfesjonały, przypisywane dawniej rzeźbiarzowi Janowi van Delenowi, które są jakby rozciągnięciem splendoru dawnej snycerki na większą część katedry.
 

Chór katedralny jest gotycki, posiada trzy prostokątne przęsła i pięcioboczną absydę. tam znajdują się mauzolea książąt Brabancji i arcyksięcia Ernesta Austrii wykonane przez Roberta Colyna de Nole w XVII wieku. Trzypoziomowa elewacja chóru daje po oczach; duże arkady połączone z obejściem, triforium i wysokimi oknami. Na lewo od chóru znajduje się  gotycka kaplica Cudu Najświętszego Sakramentu  w której obecnie mieści się Skarbiec Katedry.  Tam  przechowywany jest słynny Krzyż Drahmal ( znany też jako Krzyż Brukselski ), czyli tzw. relikwiarz krzyżowy z inskrypcją anglosaską z początku XI wieku. Ten krzyż wg. tradycji zawiera najwięcej fragmentów tego prawdziwego krzyża na którym wisiał Chrystus. Przypuszcza się że jest tożsamy z  relikwią zwaną lignum Domini, wysłaną przez papieża Marinusa I w roku 884 Alfredowi  Wielkiemu, królowi Anglosasów. Do Europy kontynentalnej  kryż Drahmal przybył prawdopodobnie w czasach angielskiego króla Stefana toczącego boje z cesarzową Matyldą, znaczy w czasach braciszka Cadfaela, he, he, he. W brukselskiej katedrze krzyż jest od XVII wieku, niestety ten przybytek nie uchronił relikwii od rabunku i profanacji. Przód krzyża był kiedyś pokryty wysadzaną klejnotami złotą płytą, prawdopodobnie zniknęła podprowadzona  przez żołnierzy francuskich pod dowództwem Dumourieza w pamiętnym dla Brukseli roku 1793.  Tył krzyża jest nadal pokryty srebrem, z symbolami czterech ewangelistów na końcach czterech ramion i symbolem Agnus Dei. W kaplicy Cudu Najświętszego Sakramentu   pochowano  Jeana Micaulta, syndyka generalnego Karola cesarza V, i jego żonę Livine o przecudnym nazwisku  Cats van Welle, a także poświęcono im ołtarz, prawdopodobnie zamówiony przez ich syna Nicolasa. Wykonał go renesansowy malarz i projektant tapiserii Jan Cornelisz Vermeyen. Ten ołtarzowy tryptyk  znajduje się obecnie w zbiorach Królewskiego Muzeum Sztuk Pięknych w Belgii..  Na prawo od portalu północnego transeptu znajduje się XVII wieczna  przedstawienie wychowania Najświętszej Maryi Panny przez św. Annę pędzla Jerôme’a Duquesnoya Młodszego, któren bezczelnie skopiował  obraz Rubensa. No, może nie bezczelnie tylko  w hołdzie dla geniusza.

Dobra, teraz o najważniejszym czyli o architekturze. Konstrukcja większej części katedry to gotyk nastojaszczij, oczywiście jest to wersja stylu zwana  gotykiem brabanckim.  Katedra jest zbudowana z kamienia pochodzącego z kamieniołomu Gobertange, który znajduje się na terenie dzisiejszej Brabancji Walońskiej, w sumie niedaleko od Brukseli. Budynek wzniesiono na planie krzyża łacińskiego z długim, trójprzęsłowym chórem zakończonym pięcioboczną absydą otoczoną obejściem. No jest dużawy, znaczy prawdziwa  katedra. Ma 110 metrów  długości, 30 metrów szerokości ( 50 metrów na poziomie chóru ) i 26,5 metra  wysokości ( wieże przy portalu głównym mają  wysokość 69 metrów). Główna czyli zachodnia fasada przypomina bardzo katedry francuskie, znaczy z trzema portalami zwieńczonymi szczytami i dwiema wieżami. tym co odróżnia gotyk brabancki od francuskiego sposobu  budowania katedr jest brak  rozety nad portalem głównym. Zamiast niej  w kościołach Brabancji umieszczano nad portalem  duże ostrołukowe okno. Całość wsparta jest na solidnych, latających przyporach o podwójnych przęsłach, inspirowanych katedrą w Soissons, zwieńczoną sterczynami i rzygaczami. Projekt dwóch wież, zbudowanych w latach 1470–1485, których górne partie ułożone są w tarasy, przypisuje się Janowi Van Ruysbroeckowi, nadwornemu architektowi Filipa Dobrego, temu samemu który stworzył belfort brukselskiego ratusza. Uchodzą za  niedokończone, brakuje im bowiem iglic spotykanych w innych gotyckich katedrach. Zdawa się że pierwotnie miały być znacznie wyższe, w stylu zbliżonym do wieży ratuszowej lub północnej wieży katedry Najświętszej Marii Panny w Antwerpii. Na mła niesamowite wrażenie zrobiła lekkość tej konstrukcji i koronkowe wręcz ornamenty. Hym... jakby to najkrócej ująć - mła zrozumiała dlaczego latające przypory  tak się nazywają. Teraz z inszej bajki, katedra oprócz tego że jest domem sokołów, jest tez "domową" katedrą belgijskiej monarchii. Tu się chrzczą, żenią i wyprawiają nabożeństwa  żałobne władcy kraju czekolady i koronek. 

Kolejnym kościółkiem na naszej  trasie był Église Notre-Dame des Victoires du Sablon  czyli kościół Naszej Pani Zwycięskiej vel Wyzwolicielki w Sablon, świątynia o mieszczańskim rodowodzie. Mieszczańskim i  hym... wojskowym. Historia kościoła sięga początków XIII wieku, kiedy to książę Brabancji Henryk I uznał hym... Szlachetne Bractwo Kuszników za gildię i nadał im pewne przywileje, m.in. prawo do korzystania z działki przy Sablon vel Zavel ( no nie wysilił się, to był wówczas kawałek piaszczysto - gliniastego terenu poza murami miasta, żaden cymes ). W 1304 roku, siostry i bracia z Hôpital Saint-Jean  przekazali gildii kuszników obszar przylegający do Sablon, gdzie kusznicy  przystąpili do budowy skromnej kapliczki poświęconej Matce Bożej. Kaplica ta stała się siedzibą gildii, a z czasem do kuszników doszli szermierze, łucznicy, arkebuzjerzy. No i teraz robi się ciekawie, niejaka  Beatrijs Soetkens miała wizję, w której Najświętsza Panienka cóś mało święcie poleciła jej ukraść cudowną figurę Onze-Lieve-Vrouw op 't Stocxken (  to się tłumaczy  jako Matka Boża na małym kiju,  nie pytajcie mła dlaczego ) z Antwerpii i  przywieźć  figurkę pobożnie do  Brukseli, gdzie miała być złożona  w kaplicy gildii kuszników. No wiecie, taki normalny zabór mienia świętego, w którym Maryja uprawia sprawstwo kierownicze. Na wizje z Najświętszym Autorytetem nie ma mocnych, Beatrijs podprowadziła rzeźbę i ponoć dzięki serii cudownych wydarzeń, czytaj sprytowi własnemu,  zdołała w 1348 roku przewieźć figurkę łodzią do Brukseli, gdzie następnie uroczyście umieszczono ją w kaplicy i czczono jako patronkę gildii, czerpiąc przy okazji korzyści z przebywania cudownej Madonny we własnej świątyni. Tacy to pobożni ludzie zaludniali wówczas Sablon. Gildia kuszników obiecała  organizowanie corocznej procesji zwanej Ommegang na pamiątkę zbożnej kradzieży, podczas której to procesji figura  była niesiona przez Brukselę. Ten Ommegang stał się ważnym corocznym wydarzeniem religijnym i obywatelskim w Brukseli. Mieszkańcy Antwerpii cóś nie podzielali entuzjazmu, do dziś ich stosunek do pomysłów  Brukseli jest tego... ten...  Żebyście zbyt surowo nie oceniali Beatrijs,  w kościele znajduje się też posąg świętego Huberta, wykradziony w przeszłości z Brukseli i zabrany do Antwerpii. Taa...   powrócił stamtąd  triumfalnie w 1348 roku.


Budowę kościoła, który miał zastąpić kaplicę w której mizerocie nie wypadało przebywać podprowadzonej Maryi, rozpoczęto około roku 1400. Cały proces budowy trwał coś ze sto lat. Chór ukończono w roku 1435, o czym świadczą malowidła ścienne datowane na ten okres. Prace przerwano z powodu kłopotów po śmierci Karola Śmiałego w 1477 roku, jednak dość szybko je wznowiono  i po koniec stulecia konstrukcja była  w większej części ukończona. Nawę kościoła oparto na kolumnach  i przykryto siedmioma przęsłami, z czego dwa ostatnie powinny być zwieńczone wieżą, której nigdy nie udało się ukończyć. Sacrarium zbudowane za chórem pochodzi z 1549 roku. Pod koniec XVI wszystko się w Brukseli zmieniło, nastał czas kalwinów i kościół został splądrowany   a podprowadzoną przez  Beatrijs Soetkens figurę Matki Boskiej zniszczono. Dopiero w  XVII wieku, kiedy sytuacja religijna w Brukseli  się wyklarowała  to  ród Thurn und Taxis, którego rezydencja znajdowała się niemal naprzeciw południowego wejścia do kościoła, kazał wybudować w jego wnętrzu dwie kaplice: położoną na północ od chóru kaplicę św. Urszuli ( z lat 1651-1676 ) autorstwa flamandzkiego rzeźbiarza-architekta Lucasa Faydherbe i uzupełnione przez Vincenta Anthony'ego,  oraz kaplicę św. Marka ( z roku 1690 ), znajdującą się na południe od chóru. Kościół Notre-Dame des Victoires du Sablon  miał sporo szczęścia w  pamiętnym dla  Brukseli roku 1795.  Duch przetrwania maluczkich, do których przeca należała ta świątynia okazał się nadal żywy, proboszcz kościoła postanowił ułożyć  się z antyreligijnymi okupantami i ich zwolennikami i  złożył przez przysięgę wierności Republice. Wicie rozumicie, taki odpowiednik polskiego księdza patrioty z  lat pięćdziesiątych XX wieku. Budynek ocalał i mimo tego że kościół pozostawał zamknięty przez kilka lat, nie uległ dewastacji.  Otwarto go dla wiernych  za czasów Napoleona.

Potem niestety nastąpiła nieszczęsna przebudowa Brukseli. W 1872 roku usunięto budynki wzniesione przy kościele. Po tych wyburzeniach kościół wyglądał na tak zniszczony, że natychmiast przystąpiono do prac konserwatorskich. Pierwsze prace powierzono w 1870 r. miejscowemu architektowi Augustowi Schoyowi. No i niby pojechał. Początkowo  Komisja Pomników odmówiła  zatwierdzenia projektu przebudowy, uznając go za zbyt fantazyjny. Prace  Schoya ograniczyły się do : renowacji naw bocznych przy Rue de la Régence,  ponownego otwarcia ostrołukowych okien od strony Rue des Sablons, zamurowanych w XVIII wieku w celu zainstalowania organów i zastąpienia rozety portalu północnego ostrołukowym oknem. Po Schoyu prace nad renowacją budynku  powierzono  belgijskiemu architektowi Julesowi-Jacquesowi Van Ysendijckowi, a następnie jego synowi Maurice'owi.  Teraz zaczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki. Od 1895 do 1912 roku, podczas sześciu kolejnych renowacji ci dwaj architekci stworzyli praktycznie całkiem  nowy kościół, własną wersję brabanckiego gotyku.  Taki budynek, który  w dawnych, złotych latach Sablon nigdy nie istniał.  Dodali dzwonnice, szczyty, ażurowe balustrady, "latające" przypory ze sterczynami, które niczego nie podtrzymywały. Taka zabawa w zdobienie tortu. Od 1917 do 1937 architekt François Malfait dopieścił to dziełko instalując 57 posągów 27 różnych rzeźbiarzy. Na szczęście trochę prawdziwego, dawnego  kościoła przetrwało W kolumnach nawy znajduje się dwanaście posągów apostołów z połowy XVII wieku, wykonanych przez czołowych rzeźbiarzy barokowych tamtych czasów. Triforium wyróżnia się rytmicznymi motywami vesica piscis ( rybich pęcherzy ). Polichromia w chórze pochodzi z pierwszej połowy XV wieku. W kościele znajduje się  wspaniały tryptyk flamandzkiego malarza Michiela Coxie przedstawiający Zmartwychwstanie Chrystusa, a także obraz  Ścięcie Barbary, dawniej przypisywane Erazmowi Quellinusowi, a obecnie przypisywane Gasparowi de Crayerowi. Oczywiście jest tam też wspaniała barokowa ambona, dzieło Marca de Vosa, wykonane w 1697 roku dla nieistniejącej już świątyni augustianów w Brukseli. Zdobią ją medaliony ze świętym Tomaszem z Akwinu, Marią Dziewicą i świętym Tomaszem z Villanova. Podstawę, na której opiera się ambona, tworzą cztery rzeźby: anioła, orła, lwa i wołu. W kościele znajduje się kilka barokowych pomników nagrobnych, głównie w barokowych kaplicach, które zdaniem mła są najciekawszą częścią tego  kościoła. Tam się człowiek natknie na  prace dłuta Jérôme'a Duquesnoya Młodszego, czy Grupello a Jeana van Delena. Są tu też przechowywane skarby innego rodzaju, relikwiarze  itp., między innymi z kośćmi świętej Wiwiny. Większość wyposażenia  wnętrza jest niestety XIX wieczna do bólu. No cóż, kościół  Notre-Dame des Victoires du Sablon, mimo swej niezaprzeczalnej urody i stylistycznej jednorodności bryły budynku jest kościółkiem nieszczerym.

W przypadku kościoła  Notre-Dame de la Chapelle o jednorodnej stylistyce nie ma mowy, fani gotyku nie mogą przeżyć barokowej  wieży. Jeśli chodzi o mła to jej zdecydowanie bardziej pasi ta wieża niż neogotyckie nadbudówki Notre-Dame des Victoires du Sablon. Kościół Notre-Dame de la Chapelle znany też pod skrótową nazwą Kapellekerk,  jest jednym z najstarszych zabytków miasta.  Jego poprzedniczką była kaplica, przebudowana w roku 1210 w kościół. Możność postawienia kaplicy dał benedyktyńskim mnichom z opactwa Grobu Świętego w Cambrai przywilej księcia Gotfryda Brodatego z 1134 roku. Na mocy tego przywileju książe podarował mnichom zbudowaną przez siebie kaplicę, położoną poza murami ówczesnej Brukseli ( extra oppidum Bruxellae ). Wraz z rozwojem miasta i jego wylezieniem za pierwsze mury nasilała się potrzeba rozbudowy świątyni. Kaplica stała się kościołem parafialnym, była to druga parafia Brukseli. Prace nad przebudową zaczęto, jak wspomniałam, w roku 1210, chór i transept budynku wzniesiono stylu romańsko-gotyckim w latach 1250-1275, później w XIV wieku dobudowano co nieco. Bardzo efektowną gotycką nawą zbudowaną w początku XVI wieku. Dlaczego taki późny ten gotyk? Po częściowym zniszczeniu budynku w 1475 roku w wielkim pożarze, który spustoszył okolice kościoła, odbudowywano go w stylu dobrze znanym, takim, który budowniczy z Brabancji mogli budować "z zamkniętymi oczami". Północna Europa była dość odporna na przyswajanie renesansowej mody rodem z Włoch, na północy naszego kontynentu na początku XVI wieku raczej twórczo modyfikowano gotyk, czego najbardziej reprezentatywnym przykładem jest styl Tudorów w Anglii. Kościół Notre-Dame de la Chapelle w swych dziejach był wielokrotnie naprawiany i przebudowywany w następstwie klęsk żywiołowych lub działań ludzkich. Tak to się układało. W roku 1579 kościół został zajęty przez wyznawców kalwinizmu i zamieniony w świątynię reformowaną. Już wiecie z czym się to wiązało, bielenie ścian, rozbijanie posągów i niszczenie obrazów. W 1585 roku, po kapitulacji Brukseli, przywrócono obrządek katolicki ale co wyznawcy kalwinizmu zdążyli poniszczyć to ich. W 1695 roku, po zbombardowaniu miasta przez Francuzów, kościół wymagał pilnych  prac restauratorskich.

W latach 1699-1708 do kościoła dobudowano  wieżę - dzwonnicę, która tak dziś kłuje w oczy maniaków gotyku i tzw. czystości stylu. Barokowa dzwonnica z łupka, zaprojektowana przez brukselskiego architekta Antoine’a Pastoranę zastąpiła iglicę wieży zachodniej. W 1797 roku kościół został zamknięty po raz drugi.Otwarty w 1800 roku jako oratorium, stał się w 1803 roku, w następstwie konkordatu, ponownie jednym z kościołów parafialnych Brukseli. W 1813 roku budynek kościoła po raz pierwszy poddano restauracji, a w następnych zmieniać się zaczęło także wokół świątyni. Do roku 1822 przy kościele znajdował się cmentarz, zlikwidowano go a na jego miejscu powstał plac publiczny, na którym odbywały się targi i jarmarki. To dzisiejszy  Place de la Chapelle. Największe prace konserwatorskie kościelnego budynku rozpoczęły się około 1860 roku.  Kierował nimi architekt Jamaer. Szczęśliwie kościół  Notre-Dame de la Chapelle nie oberwał tak mocno jak inne zabytki Brukseli. Bardziej niebezpieczny okazał się dla  budynku  wiek XX. W pobliżu wiercono tunel dla kolei Północ-Południe, co wzbudziło obawy ekspertów co  stabilność gruntu na którym wzniesiono świątynię. Kościół odnawiano w 1933 roku pod kierunkiem architekta Van Ysendijcka, odrestaurowano wówczas ściany nawy, dach prezbiterium i kaplicę Matki Boskiej. Ten etap prac został ukończony w 1934 roku, w roku następnym wyremontowano nawę północną, a w roku 1937 mury zewnętrzne kaplicy Świętego Krzyża. Restauracja Notre-Dame de la Chapelle została ukończona w latach 1949–1951. Ponownie restaurowano  budynek w latach 1989-1996,  była to renowacja z  tych  gruntownych.  Pracami restauratorskimi  kierował architekt Marcel Mignot. Dziś budynek kościelny  stanowi  rzadką mieszankę stylu romańsko-gotyckiego i o gotyku.

Oczywiście w środku tyż jest interesująco, choć nie aż tak jak mogłoby być gdyby nie kalwińskie umiłowanie prostoty. W  kaplicach bocznych znajduje się interesująca kolekcja obrazów autorstwa Hendricka de Clercka, jest  troszki rzeźb, witraży i kościelnego osprzętu. Chrzcielnica pamięta czasy gotyckiej świetności, pochodzi z 1475 roku.  Drewniana statua Małgorzaty Antiocheńskiej pochodzi z kolei z  XVI wieku. Jest też figura  Nuestra Señora de la Soledad ( to z hiszpańskiego tłumacząc na  nasze Matka Boża Samotna ), którą ofiarowała córka Filipa II. To typowe dla hiszpańskiego imperium przedstawienie Madonny  okrytej czarnym płaszczem, blisko typu stabat mater dolorosa, Matki Boskiej Bolesnej. Oryginał przedstawień Matki Boskiej Samotnej powstał około roku 1565, od typu Matki Boskiej Bolesnej odróżnia go mniejsza ekspresja wyrazu. Hym... czasem mniej znaczy więcej, na mła ta Matka Boska skamieniała w rozpaczy po śmierci syna zrobiła spore wrażenie. Zresztą nie tylko na mła, belgijski dramaturg Michel de Ghelderode opublikował  w 1941 roku utwór "Sortilèges", w którym przetwarza historię Notre - Dame da la Solitude. Opisuje w nim jak posąg Przenajświętszej Dziewicy przybył z kastylijskimi oddziałami Fernando Álvareza de Toledo, krwawego księcia Alby i jak Madonna została zapomniana we Flandrii, kiedy imperium Hiszpanii opuściło na zawsze obecną stolicę Belgii. Dla de Ghelderode była to ostatnia taka Madonna,  wspomnienie po byłej hiszpańskiej prowincji. Dla katolików każde przedstawienie Madonny jest święte, wizerunki mają swoiste życie, opuszczenie świętości w żałobie wzmaga jej osamotnienie spowodowane śmiercią syna. Matka Boża Samotna jest rzeczywiście wyjątkowa, mła się nie dziwi że przed kaplicą w  której znajduje się posąg ludzie zatrzymują się na dłużej.

W kaplicach kościoła znajdują się też inne skarby, jest  dobra kopia obrazu Petera Paula Rubensa "Jezus przekazuje klucze Królestwa Niebieskiego Szymonowi, który stał się Piotrem" czy relikwie świętego  Bonifacego,  vel Vinfrida, apostoła  Niemiec, patrona Holandii i Anglii, któren zginął był śmiercią męczeńską z rąk Fryzów, którym nie przypadła do gustu ewangelizacja. Większość świętych szczątków Bonifacego znajduje się w Fuldaer Dom czyli katedrze w Fuldzie ale troszki świętości rozproszyło się na inne kościoły.  W Notre-Dame de la Chapelle stoi też cud urody ambona z 1721 roku, która jest dziełem Pierre - Denisa Plumiera, urodzonego w Antwerpii rzeźbiarza uznanego za czołowego przedstawiciela tzw. szkoły brukselskiej. Tematem przedstawień jest fragment z z Pierwszej Księgi Królewskiej  - anioł Boży karmiący proroka Eliasza na pustyni. Anioł z tych na których trudno nie zawiesić oka i do tego ta egzotyka. Sklepienie ambony to baldachim rozpostarty pomiędzy palmami.  Mła się przyznawa że chodziła kole tej ambony i mlaskała. Dla mła w ogóle kościół  Notre-Dame de la Chapelle ma specjalne znaczenie. Nie tylko dlatego że jest kościołem polskiej wspólnoty w  Brukseli i swojski napis "Woda święcona" można zobaczyć w okolicach kropielnicy. W tym kościele w roku 1563  wzięli ślub Pieter Bruegel Starszy, zwany też Chłopskim i Mayken Coeke, córka pierwszego nauczyciela Bruegla, Pietera Coecka van Aelsta. Tu też oboje małżonkowie spoczęli, Pieter w  roku 1569 a Mayken w 1578. Obydwoje malowali, choć to Pieter robił w tym stadle za prawdziwą gwiazdę. Mayken najprawdopodobniej malowała miniatury, podobnie jak jej matka, Mayken Verhulst.  Breuglowie założyli prawdziwą malarską dynastię, z trojga dzieci tylko  córka Maria nie malowała. Dwaj synowie: Helse Bruegel, z polska Bruegel Piekielny, czyli Pieter Bruegel Młodszy i Jan, zwany Fluwelen Bruegel, Breuglem Aksamitnym, byli malarzami wybitnymi. Jedyny syn Pietera Bruegla Młodszego, Pieter Breugel III też był malarzem, podobnie syn Jana, zwany Janem  Brueglem Młodszym. Rodzina była spokrewniona z Teniersami, van Kesselami. Kawał historii sztuki stanowią dzieje rodziny Brueglów. W Notre-Dame de la Chapelle Jan Brueghel Starszy ufundował  tablicę upamiętniającą rodziców. Kiedyś nad  ta tablicą wisiał oryginalny obraz Rubensa.


Na mła spore wrażenie zrobiły wspomnienia po witrażach, kościelne okna są szklone zwyczajnym, przejrzystym szkłem, w związku z czym wnętrze kościoła jest bardzo jasne. Można spokojnie podziwiać szczególiki, jak  choćby kapuściane ozdoby  kolumn. Do dobra, podsumujmy sobie troszki tę przebieżkę bo brukselskich kościołach. Gotyk brabancki w kontekście historycznych Niderlandów określany również jako gotyk wysoki, który powstał około XIII wieku, wydawa się mła bardzo podobny do gotyku francuskiego. Znaczy tej jego klasycznej wersji, znanej nam z francuskich katedr. Kościoły budowane były na planie krzyża łacińskiego, z nawami bocznymi, ambitem i wianuszkami kaplic.  Zachowany był wyraźny podział wertykalny nawy głównej - filary, triforium ( termin ma podwójne znaczenie, w  tym wypadku chodzi galerie  grubości muru biegnącą między strefą okien i strefą arkad, w nawie głównej, prezbiterium czy transepcie ) i latarnia ( doświetlenie oknami  górnymi nawy czy transeptu ) przy czym bardzo często triforium i okna latarni zachodziły na siebie. W zasadzie W  Brabancji budowana była tylko jedna wieża zachodnia ( wyjątki stanowią budowle w Antwerpii i Brukseli ). Jak już były wieże to były masywne, często podpierane w  rogach przyporami. do wznoszenia budynków używano kamienia naturalnego. Różyce nad portalem głównym występowały z rzadka, najczęściej  wstawiano zamiast nie ostrołukowe okno. W architekturze świeckiej najczęściej po gotycku budowano ratusze.  ie budynki również nawiązywały do religijnych skojarzeń, miewały  kształty zbliżone do  relikwiarzy z wieżyczkami bocznymi i bardzo bogato zdobioną fasadą.W  ogóle w gotyku brabanckim zdobiono na bogato. Nie tylko rzeźby, wieżyczki, balkony, sterczyny, pinakle i gargulce, bardzo charakterystyczne było wykończenie okrągłych kolumn głowicą z wyrzeźbionymi liśćmi kapusty.

No i to by było na tyle.  Może co najwyżej jeszcze nadmienię że nie ma szans na szukanie w ww. kościołach Brukseli tego charakterystycznego wilgotno kościelnego zapaszku, snującego się po starych świątyniach. Budynki kościelne są ogrzewane, co i raz człowiek czuje powiew ciepłego powietrza. Grzybków na ścianach nie widać, zacieków od witrażowych okien też się nie uświadczy, sucho i ciepło i jakoś tak mało nastrojowo w związku z  tym. Tylko w Notre-Dame de la Chapelle mła się jak w starym kościele poczuła, katedra i Notre-Dame des Victoires du Sablon bardziej mła przypominały muzea. Zresztą tak po prawdzie to częściej wykorzystywane są jako obiekty do zwiedzania a nie świątynie, znak czasu. Jeżeli Was kiedyś zaniesie do Brukseli to mła namawia Was do wstąpienia do tych miejsc, które ją urzekły, warto. Sakralne wycieczki zawsze wzbogacają duchowo, choć często inaczej niż sobie umyślili twórcy katedr i kościołów. Szczególnie polecam Wam inspekcję kościoła Notre-Dame de la Chapelle, trza odwiedzić Bruegla.