czwartek, 14 grudnia 2017
Zeszyciki gwiazd Ciotki Hanki Sz.
Ostatnie dwa posty to alibi dla ogrodowości blogiego, słabiutkie zresztą bo wspominkowo - czerwcowe a nie o tym jak to w ogrodzie w grudniu przepiąknie. Nie jest przepiąknie, choć usunęłam nieco suchatków ( trawy po ciężkim śniegu już nie wyglądały dobrze ) i postraszyłam parę krzakowych pędów sekatorem. Jednak nie da się ukryć że grudzień w naszym klimacie to cóś nie bardzo nadaje się do prac ogrodowych. Z ciężkim westchnieniem zabrawszy się do czegoś na kształt porządków domowych i to takich dokładniejszych. Dokładność i najrzydziurność popłaciła bo naszłam w jednej z szuflad zeszyciki gwiazd Ciotki Hanki Sz. . Nie wiem jak to teraz jest, czy zeszyciki z wycinkami z gazet to jeszcze uprawiane, znaczy czy ktoś jeszcze zajmuje się czymś takim? Podejrzewam że teraz wszystko ludziska trzymajo w chmurze, współczesna wersja zeszycików jakby mniej rzeczywista bo wirtualność mniej realna. Zeszyciki Ciotki Hanki Sz. to najrealniejsza realność, że strawestuje miszcza, choć treść zeszycikowa taka bardziej ulotna i efemeryczna bo zeszycik zapełniony fascynacjami nastolatki, marzeniami o "lepszym świecie".
Trochę o autorce zeszycików - Ciotka Hanka Sz. kobietą prawdziwą była. Dzięki niej poznałam takie słowa jak peniuar, makijaż ( w czasach mojego dzieciństwa obowiązywał maquillage a nie make up ), manicure a także określenia takie jak przyjaciel od serca, zwyczajny małżonek oraz satyr. Znaczy Ciotka niemało cegiełek dodała do mej edukacji, specjalizując się w nauczaniu "kwestii kobiecej". No po prostu gender Ciotka na mnie uprawiała a ja zamiast świadomie protestować chłonęłam w się z ukontentowaniem wiedzę o tym że jak się ma tyłek jak przetak to pod żadnym pozorem nie powinno się nosić niczego z baskinką ( ciekawe czy młodsze pokolenie wie co to jest baskinka, he, he ) albo "że kobieta powinna mieć własne pieniądze bo życie to nie bajka" i że "faceci są całkiem inni".
Pamiętam jak w mieszkaniu ciotczynym, oglądam wraz z Ciotką Hanką jej zeszyciki gwiazd, robione jakieś parę lat przed moim przyjściem na świat. Ja siedmioletnia właśnie odkrywam świat srebrnego ekranu, hollywoodzkiego blichtru i sztucznych, niemal nierealnych piękności, ciotka pachnąca Soir de Paris, szczytem perfumiarskiego luksusu PRL, z sentymentem patrzy na świadectwo czasu swojego cielęctwa . Bosko było! Czym prędzej zapragnęłam sama posiadać takowy zeszycik i przerzuciłam się z lektury gazetek dziecięcych "Świerszczyk" i "Świat Młodych" na periodyki "Ekran" i "Film" ( "Ekran" z mojej ówczesnej perspektywy patrząc był lepszy, więcej zdjęć gwiazd ). Wycinałam fotki namiętnie i przyklejałam klejem roślinnym białym bo guma arabska była fujowa i niszczyła zdjęcia. Niestety nigdy nie udało mi się zbliżyć do idealnych moim zdaniem ciotczynych zeszycików z tego prozaicznego powodu że gwiazdy lat siedemdziesiątych to był już całkiem inny Hollywood. Pituś, osłoda mojego dzieciństwa do czasu urodzenia się Magdzioła, zachwycony oglądał fotki z zeszycików Ciotki Hanki ( "Ma cyce jak rakiety!" - to było zachłyśnięcie się pitusiowe urodą sexbomby Jane Mansfield ), moje wycinki z gwiazdami nie budziły pitusiowego entuzjazmu ( no, ta - Mia Farrow i wszystko jasne ).
Dzielnie jednak wycinkowałam gazety, które z czasem zaczęłam nawet czytać ( "Film" miał zdecydowanie lepiej napisane recenzje i artykuły, "Ekran" był jakby bardziej plotkarski ). No ale moje zeszyciki gwiazd się nie zachowały, zaginęły podczas którejś z przeprowadzek. Gdyby nie to zawieruszenie to może dziś to i ja z sentymentem przeglądałabym wspominki z czasów dzieciństwa i bardzo wczesnego nastolęctwa, opowiadając jakiemuś znajomemu dziecku o wspaniałych gwiazdach kina z lat siedemdziesiątych, które co prawda nie miały superbiustów i pośladków jak jabłuszka czy torsów jak Apollo ale za to jakie zaangażowane były! Świat usiłowały naprawiać, protestowały w różnych sprawach z różnym skutkiem, były za a nawet przeciw i zawsze w awangardzie. Śmieszność rzecz jasna tego Parnasu nie ominęła - za najlepszy numer uznaję przepoczwarzenie się Hanoi Jane w biznes woman Jane od zdrowego stylu życia owocującego figurą nastolatki ( chwała, wieczna chwała skalpelom z Hollywood ). Cóż to się ludziom w życiu nie przydarza, he, he. Takie opowiastki mogłyby spływać z mych ust i zatruwać dziecięcy umysł.
Jednak z braku zeszycików z gwiazdami lat siedemdziesiątych spływać nie będą, znaczy młode umysły bardziej bezpieczne. Jednak nie całkowicie bezpieczne. Na moje dziesiąte urodziny Ciotka Hanka podarowała mi swoje zeszyciki a ja mało czego tak pilnowałam jak tych ciotczynych dokumentów. Moje własne wycinki zaginęły ale ciotczyne nie miały prawa. Czekają sobie w szufladzie aż pojawi się właściwe dziecko, albo kto wie czy nie bardziej dojrzała osoba. W końcu zeszyciki gwiazdowe mają coś około sześciu dych na grzbietach, taa, niemal zabytki z nich są. Znaczy jakby zamieniły się już w dokument, wicie rozumicie - prawda czasu, prawda ekranu. Nie wiem czy dziś bez tzw. przewodnika byłyby "czytelne". Owszem, pod fotkami jest ciotczyne pismo ale informujące tylko kto jest na fotce i na tym koniec. Tzw. soczyste fakty Ciotka Hanka przekazywała ustnie, zatem bez przewodnika zeszyciki nie są tak ekscytujące. Tak przynajmniej mnie się zdaje.
No a jest o czym opowiadać, historie z filmowego światka zawsze były grzesznie ciekawe. Kudy tam dzisiejszym celebrytom do prawdziwych skandali, w czasach kiedy mało co w sferze obyczajowej jest już skandaliczne afery nie są prawdziwie aferalne. Co tam komu po kolejnej sextaśmie gdy pojawiają się programy komputerowe pozwalające tworzyć na podstawie znalezionych w necie filmów i fot pikantne filmiki i fotki dla użytku tych bardziej rozerotyzowanych ( he, he, he, pozdrawiam wszystkich namiętnie selfujących ). Seks nam coś spospoliciał i spowszedniał, teraz rusza nas dopiero przemoc i łamanie prawa. Kto by dziś uwierzył że Ingrid Bergman wywalono z Hameryki za romans z Robertem Rosselinim i porzucenie przez nią męża wraz dziatwą ( choć jak zawsze ta sprawa miała swoje drugie dno, polytyka znaczy ). Tak, tak, działo się to w czasach kiedy w Fabryce Snów orgie i orgietki z udziałem gwiazd i gwiazdeczek były zarówno na porządku dziennym jak i nocnym. Bergmanka wyleciała za brak hipokryzji i lewicującego narzeczonego, no bo jakże to tak - oficjalnie, na chama, bez zgody wytwórni która w latach czterdziestych i pięćdziesiątych miała najwięcej do powiedzenia w życiu prywatnych swoich pracowników. Oczywiście tych przynoszących największe dochody.
Dziś pijarowcy wytwórni dwoiliby się i troili żeby sprawę bardziej rozkręcić, wszak ludziska od zawsze lubią się ekscytować cudzym życiem osobistym. Tylko że dziś takie tam zwykłe rozstanie mało kogo by zainteresowało, trzeba by pokrzywdzonych rozstaniem pokazać na dnie, albo wojnę gwiazd sprowokować żeby to czytelników plotkarskich portali i pisemek jeszcze ruszyło. Znaczy to co dawniej wyciszano dziś starannie by nagłośniono, licząc że zainteresowanie prywatnością gwiazdy przeliczy się na zysk producentów. No nie byłoby cicho sza i wszyscy kochamy naszą Liz i nieważne że pan Ficher odszedł był do niej zostawiając też naszą ale mniej Debbie Reynolds z pociechą. Małżeńskie rozstania w latach pięćdziesiątych nie stanowiły wdzięcznego pola do popisu dla ludzi kreujących wizerunek. Co innego wykorzystywano tworząc relację o tzw. wojnach gwiazd. Zazdrość o superbiust miała być głównym powodem niechęci wzajemnych hollywoodzkich i europejskich diw. No jak to mawiała Babcia Wiktoria o Ciotce Baśce "Stała w tym kościele o pół biustu przed organiściną".
Superbiust był sprawą poważną, w czasach gdy o silikonach ludziom się jeszcze nie śniło tzw. warunki naturalne mogły uczynić aktorkę gwiazdą. Bywało że czyniły gwiazdą kogoś całkowicie pozbawionego talentu aktorskiego, jak miało to miejsce w przypadku Jane Mansfield, największej oprócz Mamie van Doren konkurentki Marylin Monroe do tytułu Najgorętszej Platynowej Blondynki ( blondynki dzieliło się na gorące i zimne, takie w typie Grace Kelly czy Kim Novak ). Biust starano się eksponować za wszelką cenę, we Francji przemysł modowy wymyślił cud urządzenie, dziadka push upów czyli cyckonosz zwany bardotką na cześć Brigitte Bardot, nosicielki tego ustrojstwa. Bardotki wspomagały te mniej obficie wyposażone aktorki w karierze, dopiero lata sześćdziesiąte i pojawienie się modelek typu Twiggi przerwały w filmowym światku supremację supercyców. No ale lata sześćdziesiąte to zmierzch epoki Wielkich Gwiazd, teraz trzeba było choć trochę umieć grać żeby zostać prawdziwą gwiazdą filmową ( rzecz jasna zawsze są wyjątki - Raquel Welch czy Arnold Schwarzeneger ).
W latach pięćdziesiątych droga od gwiazdki do gwiazdy była bardziej zależna od fizyczności aktora. Oczywiście panowie mieli łatwiej, stworzono nawet określenie uroczy brzydal którym radośnie obdarzono Jeana Paula Belmondo. Panie niestety musiały być na tyle ładne żeby bez straszliwych ingerencji chirurgicznych ( no bo coś tam coś tam prawie zawsze robiono, choć czółko podwyższono włosy wyrywając albo zgryzik krzywy naprawiono ). No po prostu bez urody na ekran nie było się paniom co pchać. W Polsce była nawet taka akcja "Piękne dziewczyny na ekrany", między innymi Barbara Kwiatkowska - Less dzięki niej zaistniała w filmowym światku ( był taki hit "Ewa chce spać" ). No ważne też było odpowiednio dobrać sobie pseudo, mało która gwiazda występowała pod prawdziwym nazwiskiem. Cud, jak z inicjałów udało utworzyć się odpowiedni skrócik - MM ( Marylin Monroe ), BB ( Brigitte Bardot ), CC ( Claudia Cardinale ) czy PP ( Pascale Petit ). Redaktorzy filmowo - plotkarskich gazetek kochali te skróty ( a może to wydawcy, wszak mniej farby drukarskiej i mniej za wierszówkę trza było płacić ). Rzecz jasna dobry wygląd i nazwisko nie wystarczały żeby zostać gwiazdą, kwestia talentu, czasem układów towarzyskich zwanych szczęściem ( jak w przypadku Giny Lollobrigidy i jeszcze paru innych osób ).
No i było i przeminęło. Odfrunęło z królikami! Dziś mało kto z "cywilnych" ( czyli nie historyków kina czy pasjonatów starych plot ) interesuje się tematem. Po co? Nowe plotki i ploteczki o filmowych gwiazdach i celebrytach wszelkiej maści nas zajmują. Są tak nachalnie nagłaśniane że nawet jak nie zajmujemy się nimi to cóś tam zawsze do nas dociera. Insza kultura info, teraz podają tych na świeczniku z flakami na wierzchu i nawet jak nie zamawiałeś flaków a włazisz na portal informacyjny po rosołek polityczny czy ekonomiczną pomidorówkę to i tak uraczą cię przy okazji tymi flakami. Co nam zostało z kinowo - gwiazdorskich lat pięćdziesiątych - w kulturze masowej wielka aktorska kreacja Normy Jean Mortenson, która tak zagrała Marylin Monroe że i dziś robi za ikonę, w tej mniej masowej parę dobrych filmów. No i sentymenta.
poniedziałek, 11 grudnia 2017
'Wilanow' - irys TB "radosny"
'Wilanow' to nasz swojski "Wilanów", odmiana autorstwa Zbigniewa Kilimnika, zarejestrowana w roku 2006. Na etapie sieweczki nazywała się ZK-01-10-B, powstała z krzyżowania odmian 'Coral Joy' X 'Fringe Benefits'. Po mamusi taka radosna. Osiąga 76 cm wysokości, kwitnie bardzo wcześnie, z tym że kwitnie długo i wytrwale. Jeszcze w połowie sezonu TB wydaje kwiaty. rozprowadzana jest od 2010 roku przez szkółkę Pana Woźniaka. Moim zdaniem jest znacznie ciekawsza niż rodzice ( Małgoś - Sąsiadka przymusowo edukowana w kwestii irysów mawia parentsy ). Niemal biała 'Coral Joy' ma co prawda uroczą bródkę i zadmuszki przy haftach ale na tym urodność właściwie się kończy. 'Fringe Benefits' to klasyczny pomarańczowy irys z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Niezbyt wysoki, o pięknie pofalowanych płatkach i sporym wigorze ( co u pomarańczowo kwitnących irysów wcale nie jest tak częste ). Odmiana Pana Zbyszka wzięła po rodzicach co mieli najlepszego, jest radośnie urocza i świeża. Zamierzam zestawić ją z nieco o niższymi odmianami irysów BB 'Fantasy Dream' i 'Peach Ice Cream' , kwitnącymi w tym samym czasie . Będzie totalna słodzizna w masie, wicie rozumicie, złocistości, brzoskwinki i morelki - po prostu radosny odjazd!
'Cameo Minx' - irys TB "wysmakowany"
To jest bardzo piękna odmiana do której, przyznaję bez bicia, cóś nie mam serca. Nie bardzo wiem dlaczego bo irys z niej naprawdę świetny i w dodatku mało kapryśny ale nie zapałałam do niego uczuciem tak jak nie zapałałam niegdyś miłością do podobnej w kolorystyce wielce utytułowanej odmiany Schreinera 'Celebration Song'. No nie zajarzyło między nami, choć kolorki wysmakowane, kształt prześliczny i pozwalający bez trudu cieszyć się rozwijającymi się barwami dolnych płatków. Tak, ten irys ma wszystko co powinna mieć dobra odmiana a ja mam jak to się kiedyś mawiało "limfatyczne gusta" ( to określenie szalenie mi się podoba, choć dziś wraz z odejściem do lamusa medycznej teorii "humorów" jest właściwie niezrozumiałe ). 'Cameo Minx' rośnie sobie w ogrodzie Mamelona, gdzie wygląda "na miejscu", po prostu uroczo. Mamelon zresztą pieje na temat tego irysa i składa dziękczynienia za namówienie jej do zakupu ( no wiedziałam że to będzie dobra odmiana dla Mamiego ). Teraz metryczka - odmianę zarejestrował Barry Blyth w roku 2010, w sezonie antypodzkim 2010/2011 rozprowadzać ją zaczęła szkółka Tempo Two. 'Cameo Minx' powstałą w wyniku krzyżowania odmian 'Decadence' X 'Royal Sterling'. Dorasta do 91 cm, ma dobre , mocne pędy i raczej się nie wykłada. Kwitnie bardzo wcześnie i podobno potrafi powtórzyć kwitnienie jesienią. Mamelon nie zaobserwowała u siebie takich ekscesów, więc pewnie to w cieplejszym niż nasz klimacie takie zdarzenia następują. Z tym bardzo wczesnym kwitnieniem to też ponoć przesada, Mamelon twierdzi że i owszem irys jest wczesny ale na pewno nie rozpoczyna u niej sezonu TB.
niedziela, 10 grudnia 2017
Śnięty Mikołaj i cholerna "magia świąt"
No i zaczął się sezon świąteczny, tak pod koniec pierwszej dekady grudnia czuję zbliżającą się "magię świąt". Znaczy alergia na święta już mnie się pokazuje na humorze i w ogóle. Powszechny sposób świętowania w naszym kraju sprowadza się do żarcia i to wcale nie takiego najlepszej jakości. Coś w nas takiego siedzi że ilość zawsze przedkładamy nad jakość. Chyba to spadek po epoce sarmackiej, tak mniemam. Dobrze to widać gdy przestudiuje się tzw. czytelnicze przepisy ciastowe ( Ciotka Elka spragniona nowości zagoniła mnie do przeglądu takowych ). Największym uznaniem cieszą się te ciasta gdzie jest i krem budyniowy i garaletka, byszkopcik w dwóch rodzajach i jeszcze bezę można zmieścić. Szlachetna sztuka umiaru w czasach rozbuchanego konsumpcjonizmu stanowczo obca jest polskiej duszy. Po tych czytelniczych przepisach sądząc współczesne polskie domowe ciastróbstwo to wyraźne ciągotki w stronę różnych ersatzów reklamowanych na prawo i lewo, czasem brak podstawowej wiedzy cukierniczej ( np. zanim dodasz alkohol do kremu maślanego cukier musi być całkowicie roztarty ) i przede wszystkim zero wyrafinowania. Zastanawiam się czy ludziom kubki smakowe wypaliło czy cóś? O stanie wątrób i innych dwunastnic lepiej nie wspominać. Czasem trafi się jakaś perełka przepisowa w oceanie zemst babuń, marlenek, pszczółek z manną czy tam innych podejrzanych wypieków ale to zaprawdę rzadkość. Ech, chyba zostaniemy przy tradycyjnych ciastach, inspiracją będą nam stare książki kucharskie. Najśmieszniejsze jest że ostatnio słodkich wypieków jadamy cóś mało - Ciotka Elka cukrzyk a ja chronię krnąbrny kręgosłup. Ale nie o to chodzi żeby zżerać samemu tylko żeby piec wyczynowo bo Ciotka Elka w ten właśnie sposób odstresowuje się przed tak ciężkim przeżyciem jakim są dla pań domu polskie Święta Bożego Narodzenia. Ja szczęśliwie tylko asystuję przy operacji "Ciasto", więc tegoroczny wyczyn mnie nie wyczerpie.
Rozmyślam sobie o tegorocznych dekorach świątecznych, chyba tylko po to żeby nie rozmyślać o porządkach świątecznych. No niestety, nic mi się nie chce pucować do lśnienia, wypierać do śnieżnej bieli, czy nawet ogarniać po całości. Co ja do cholery, sprzątaczka na siedmiu etatach?! Pogoda nie nastraja do rześkiego "Hej ho, hej ho, do pracy by się szło", pogoda nastraja do wlezienia w gawrę i misiowania. Mokro, zimno i szybko ciemno, przebłyski niby słońca to tak na godzinkę lub dwie - zestaw usypiający. Książki co to miały być przeczytane pochłonięte, filmy co to miały być obejrzane, obejrzane zostały, neta strach włączyć bo polityczni już z lodówki wyglądają a co dopiero z monitorka, po zaprzyjaźnionych blogach coś dużo smętnego info - czworonożni przyjaciele odchodzą - udekoracyjnianie przestrzeni mieszkalnej mi zostaje. Czas na bombki srąbki, gwiazdki i tym podobne szopki. Powyciągam akcesoria z szaf i upieprzę dekora w brudnej chałupie i niech się rozpełza cholerna "magia świąt". Może zapach naćkanych goździkami cytrusów humor mi nieco polepszy, choć na cud wielki nie liczę, do tzw. szampańskiego humoru będzie daleko. Dekoracyjnie to myślę jakby tu zakloszować, bombki w szklanym kloszu wydają mi się należycie zabezpieczone przed złem czarnym, szaro - tygrysim i białym w czarne łatki. No a poza sezonem świątecznym klosik kusi, czegóż to nie można zakloszować. No i to by było na tyle tego postowania o niczym.
Rozmyślam sobie o tegorocznych dekorach świątecznych, chyba tylko po to żeby nie rozmyślać o porządkach świątecznych. No niestety, nic mi się nie chce pucować do lśnienia, wypierać do śnieżnej bieli, czy nawet ogarniać po całości. Co ja do cholery, sprzątaczka na siedmiu etatach?! Pogoda nie nastraja do rześkiego "Hej ho, hej ho, do pracy by się szło", pogoda nastraja do wlezienia w gawrę i misiowania. Mokro, zimno i szybko ciemno, przebłyski niby słońca to tak na godzinkę lub dwie - zestaw usypiający. Książki co to miały być przeczytane pochłonięte, filmy co to miały być obejrzane, obejrzane zostały, neta strach włączyć bo polityczni już z lodówki wyglądają a co dopiero z monitorka, po zaprzyjaźnionych blogach coś dużo smętnego info - czworonożni przyjaciele odchodzą - udekoracyjnianie przestrzeni mieszkalnej mi zostaje. Czas na bombki srąbki, gwiazdki i tym podobne szopki. Powyciągam akcesoria z szaf i upieprzę dekora w brudnej chałupie i niech się rozpełza cholerna "magia świąt". Może zapach naćkanych goździkami cytrusów humor mi nieco polepszy, choć na cud wielki nie liczę, do tzw. szampańskiego humoru będzie daleko. Dekoracyjnie to myślę jakby tu zakloszować, bombki w szklanym kloszu wydają mi się należycie zabezpieczone przed złem czarnym, szaro - tygrysim i białym w czarne łatki. No a poza sezonem świątecznym klosik kusi, czegóż to nie można zakloszować. No i to by było na tyle tego postowania o niczym.
piątek, 1 grudnia 2017
Idzie zima - rady na to ni ma
W tytule wpisu trochę zmodyfikowany tekst starej piosenki Andrzeja Waligórskiego, za oknem pluszy , pruszy i znów pluszy, za mną pluszowe walczą o lepsze miejsce przy źródełku ciepła. No zima, zima już przylazła i to w takiej nieciekawej wersji mokrośnieżnej. Wczoraj do późnego popołudnia nie było żadnego delikatnego śnieżku dekoracyjnie ułożonego na gałązkach drzew i krzewów, przykrywającego polistopadowe brudy tylko zamarzająca chlapa. Auralna doopa panowała za oknami że się tak wypiszę. Wieczorem andrzejkowym jakby bardziej zimowo się zrobiło, śnieg co prawda mokry i ciężki ale za to oblepiający należycie co trzeba ( i co nie trzeba tyż ). Koty natychmiast przyszły do Sweet California czyli na podgrzewane wyro, co bardziej bezczelne osobniki zniknęły w Malibu czyli pod zakazaną kordłą. Z dużym trudem zdobyłam miejscówkę dla się w ten śnieżny wieczorek. No i poczułam lenia co się we mnie rozbiesił! Powinnam zacząć cóś tego, jakby na kształt świątecznych porządków, albo choć zaciasteczkować a ja twardo nic - zalegam jak tylko mi się uda chwilę znaleźć i gapię się przez okno na zaśnieżone Podwórko. No zgroza, Panie, zgroza, jak tu przeżyć świadomie te trzy cholerne zimowe miesiące?! Zasnęłabym jak ta niedźwiedzica w gawrze ale moje młode ( koty znaczy ) mimo zrobienia sobie odpowiedniej tkanki tłuszczowej nijak w sen zimowy zapaść nie chcą. Owszem w dzień chrapią ale o drugiej czy trzeciej w nocy prowadzą dość intensywne życie towarzyskie, takie z wyłażeniem na dwór ( robię za okienną, znaczy wpuszczam przez okno jak tylko słyszę ryk ponaglający ). Ech, tak jakoś przez te ich nocne spacery jestem wymęcona, a wiadomo że takie wymęcenie niczym dobrym nie skutkuje. Rozmyślam o zalanych słońcem klifach wybrzeża Portugalii, o tym poszumie jaki robi "Ołszyn", o porannych mgłach ciepłych i jakby słonawych, o zapachu kwitnących laurowych lasów.
Za oknem zapach zimy ledwie wyczuwalny w miejskim smogu, beżowe niebo i odgłosy protestujących przeciwko zimie tramwajów ( co i raz jakieś spięcia, iskry i zgrzytanie po szynach ). No doopa, doopa, doopa! Gdzie się podziała ekscytacja pierwszym śniegiem, tak mile zapamiętana z dzieciństwa? Dlaczego nie umiem cieszyć się białym i puchatym ( nawet jeśli mokrawym )? Wszak odgarniać jeszcze nie muszę. Co takiego porobiło się z zimą i mną że przestałyśmy się lubić? Zamiast celebrować zimowe rytuały typu herbatka i nalewka marzę o cieplejszych stronach w których całorocznie uprawiać można ogrody i w których świat nie zamiera na parę miesięcy w roku. Chce mi się odcumować miasto Ódź i popłynąć z nim do Ciepłych Krajów ( tym bardziej że ono miasto, gród dumnych meneli mimo tego menelstwa wbrew pozorom cóś tak mało przystaje do Najjaśniejszej Pszenno - Buraczanej, Ziemia Obiecana zatruwa najwyraźniej zdrową, chłopską krew swoich mieszkańców bo une krnąbrne i mało prawomyślne ). I wiecie co? Świetnie wiem że miasto Ódź to byłby okręt flagowy Armady Spragnionych Ciepła i Normalności. Kupa luda by się w ten rejs udała zostawiając za sobą koszmarną pogodę i różne takie rekiny, ośmiornice i inne meduzy unoszone na falach politycznej koniunktury ( nie wiadomo co gorsze - nawiedzeni idioci czy klasyczni oportuniści ). Armada wróciłaby pod koniec marca a paskudna żywina przez zimowy czas trochę by się przerzedziła w tzw. procesie naturalnym, oszczędzając nam nerwów z powodu marnowania naszych własnych pieniędzy na działania pozorne ( tak nawiasem pisząc co to się dzieje z rzundzącymi ze wszystkich opcji że po połowie kadencji markują normalna pracę ). A w czasie zimy na południowym "Ołszyn" poławiali my by perły, łapali słoneczko i nie myśleli smętnie o cenach opału czy tam innego paliwa bo pasaty by nas popychały w kierunku zachodnim, który jest zdaje się kierunkiem preferowanym przez większość mieszkańców Kraju Kwitnącej Cebuli.
Dzisiejszy wpis ilustrują prace Vivien Wu, która mieszka sobie w południowej Kalifornii. Ech!
Za oknem zapach zimy ledwie wyczuwalny w miejskim smogu, beżowe niebo i odgłosy protestujących przeciwko zimie tramwajów ( co i raz jakieś spięcia, iskry i zgrzytanie po szynach ). No doopa, doopa, doopa! Gdzie się podziała ekscytacja pierwszym śniegiem, tak mile zapamiętana z dzieciństwa? Dlaczego nie umiem cieszyć się białym i puchatym ( nawet jeśli mokrawym )? Wszak odgarniać jeszcze nie muszę. Co takiego porobiło się z zimą i mną że przestałyśmy się lubić? Zamiast celebrować zimowe rytuały typu herbatka i nalewka marzę o cieplejszych stronach w których całorocznie uprawiać można ogrody i w których świat nie zamiera na parę miesięcy w roku. Chce mi się odcumować miasto Ódź i popłynąć z nim do Ciepłych Krajów ( tym bardziej że ono miasto, gród dumnych meneli mimo tego menelstwa wbrew pozorom cóś tak mało przystaje do Najjaśniejszej Pszenno - Buraczanej, Ziemia Obiecana zatruwa najwyraźniej zdrową, chłopską krew swoich mieszkańców bo une krnąbrne i mało prawomyślne ). I wiecie co? Świetnie wiem że miasto Ódź to byłby okręt flagowy Armady Spragnionych Ciepła i Normalności. Kupa luda by się w ten rejs udała zostawiając za sobą koszmarną pogodę i różne takie rekiny, ośmiornice i inne meduzy unoszone na falach politycznej koniunktury ( nie wiadomo co gorsze - nawiedzeni idioci czy klasyczni oportuniści ). Armada wróciłaby pod koniec marca a paskudna żywina przez zimowy czas trochę by się przerzedziła w tzw. procesie naturalnym, oszczędzając nam nerwów z powodu marnowania naszych własnych pieniędzy na działania pozorne ( tak nawiasem pisząc co to się dzieje z rzundzącymi ze wszystkich opcji że po połowie kadencji markują normalna pracę ). A w czasie zimy na południowym "Ołszyn" poławiali my by perły, łapali słoneczko i nie myśleli smętnie o cenach opału czy tam innego paliwa bo pasaty by nas popychały w kierunku zachodnim, który jest zdaje się kierunkiem preferowanym przez większość mieszkańców Kraju Kwitnącej Cebuli.
Dzisiejszy wpis ilustrują prace Vivien Wu, która mieszka sobie w południowej Kalifornii. Ech!
sobota, 25 listopada 2017
Codziennik - listopadowe w domu i w zagrodzie
No i wyszło słońce i zaświeciło nad moim zbolałym kręgosłupem. Kręgosłup bardzo tego potrzebował bo ostatkiem sił już się trzymał i to przy wsparciu leków ( i tak dobrze że nie przy wsparciu gorsecika ). Za nadużywanie leków zapłaciłam tzw. klasycznym objawem, nie będę wchodzić w szczegóły, każdego kiedyś ta radość dopadła. Od paru dni degustuję ryżankę, ryż na sypko, wafle ryżowe, niedługo pewnie włos ryży na mnie się pojawi. Cóż, człowiek nie młodnieje a kiedy robi się starszy to jak uczył klasyk "wszystko w nim parszywieje". Ha, nawet własnego tortu na Święto Lasu ja nie spróbowawszy ( dla kręgosłupa to może i dobrze ). Koty w zasadzie OK z wyjątkiem Okularii, która kicha i wymaga w związku z tym zwiększonej ilości pieszczot mogących zatrzymać ją w domu.
Reszta towarzystwa zachowuje się tak jakby codziennie był Black Friday na wołowinę, znaczy ma wymagania żywieniowe na poziomie ludziów przyznających gwiazdki Michelin. Rodzina i sąsiedztwo w granicach normy o ile za normę uznamy próbę mycia okien przez osiemdziesięcioośmiolatkę, której parę miesięcy temu wstawiono po złamaniu protezę biodrową, i która musi przetrzeć szybki "bo pogoda ładna się zrobiła" lub zagnanie przez Cio Mary Wujka Jo na działkę do robót ciężkich pod tym samym pretekstem. Ciotka Elka też nie należy do jasno myślących, zastałam ją przy fabrykowaniu ilości pierogów potrzebnych do nakarmienia armii i to takiej udającej się na Sybir. Tak, bliscy i bliżsiejsi działają czasem w sposób którego nie rozumiem, ba, bywają krnąbrni kiedy usiłuję podjąć działania ratownicze i jeszcze pultania uskuteczniają. Czyli zasadniczo norma.
A co w zagrodzie? A w zagrodzie przedzimowy bezruch. Listopad zerwał już prawie wszystkie liście z dużych drzew, jeno krzewy jeszcze płoną. Pewnie z powodu uogólnionej łysiny ogrodu mimo ładnej pogody czuć zbliżającą się zimę. W naszej strefie klimatycznej ogrodnika to jakoś nie rozrzewnia i mile nie nastraja, zostanie mi tylko rozpamiętywanie zwycięstw i porażek minionego sezonu i oczekiwanie na nowy. Przebieżka po Alcatrazie ujawniła: półtajne ( zieleń lisci krzewów zasłaniała ) wysypisko sąsiedzkie w rejonie sumaka ( do zlikwidowania ale nie przeze mnie - znaczy dintojra będzie ), wiecznie zielone wybarwienie liści nasturcji, ostatki różane, końcówkę chwały berberysów ( w wielkim stylu ), dzielnego cyklamenka i zapowiedź radości przyszłego sezonu czyli puchate pąki magnolii i szczypiorki czosnków oraz, o zgrozo, kły krokusów. Jednak mimo tych prewiosennych zwiastunów odczuwałam już ogrodowe zapadanie w sen. Znacznie ciekawiej było mi na podłódzkim, krótkim spacerku. No, listopadowy Albinoni, te klimaty.
Qrcze, ścierniska urodziwe i ponoć należy się cieszyć że są. Rozmawiawszy z Tatusiem, który nadał że w jego okolicach pola nieogołocone należycie bo wjechać sprzętem ciężko z powodu mokrego podłoża a ręcznie nikt pól nie ogarnie bo to nie czasy w których plonów z pól niezebranych trza było pilnować a wrony kisiło się w beczkach coby zimą jakieś białko zwierzęce na stole się pojawiło. U nas mimo mokrej jesieni aż takich ekscesów nie ma, pola łysawe albo w oziminie.
Niestety jak słoneczko tylko się schowa spleen się rozsnuwa po całości, ciężka późnojesienna paleta bez światła. Smętek smętek smętkiem pogania i jakoś tak ciężko się znów człowiekowi robi na duszy ( tak, posiadam cóś takiego - umysł z turbodoładowaniem prawdopodobnie ). Tylko wyć do księżyca! Ale po ludzku nie po wilczemu bo ponoć wilcze wycie to żaden smutek tylko radosne "heloł".
Reszta towarzystwa zachowuje się tak jakby codziennie był Black Friday na wołowinę, znaczy ma wymagania żywieniowe na poziomie ludziów przyznających gwiazdki Michelin. Rodzina i sąsiedztwo w granicach normy o ile za normę uznamy próbę mycia okien przez osiemdziesięcioośmiolatkę, której parę miesięcy temu wstawiono po złamaniu protezę biodrową, i która musi przetrzeć szybki "bo pogoda ładna się zrobiła" lub zagnanie przez Cio Mary Wujka Jo na działkę do robót ciężkich pod tym samym pretekstem. Ciotka Elka też nie należy do jasno myślących, zastałam ją przy fabrykowaniu ilości pierogów potrzebnych do nakarmienia armii i to takiej udającej się na Sybir. Tak, bliscy i bliżsiejsi działają czasem w sposób którego nie rozumiem, ba, bywają krnąbrni kiedy usiłuję podjąć działania ratownicze i jeszcze pultania uskuteczniają. Czyli zasadniczo norma.
A co w zagrodzie? A w zagrodzie przedzimowy bezruch. Listopad zerwał już prawie wszystkie liście z dużych drzew, jeno krzewy jeszcze płoną. Pewnie z powodu uogólnionej łysiny ogrodu mimo ładnej pogody czuć zbliżającą się zimę. W naszej strefie klimatycznej ogrodnika to jakoś nie rozrzewnia i mile nie nastraja, zostanie mi tylko rozpamiętywanie zwycięstw i porażek minionego sezonu i oczekiwanie na nowy. Przebieżka po Alcatrazie ujawniła: półtajne ( zieleń lisci krzewów zasłaniała ) wysypisko sąsiedzkie w rejonie sumaka ( do zlikwidowania ale nie przeze mnie - znaczy dintojra będzie ), wiecznie zielone wybarwienie liści nasturcji, ostatki różane, końcówkę chwały berberysów ( w wielkim stylu ), dzielnego cyklamenka i zapowiedź radości przyszłego sezonu czyli puchate pąki magnolii i szczypiorki czosnków oraz, o zgrozo, kły krokusów. Jednak mimo tych prewiosennych zwiastunów odczuwałam już ogrodowe zapadanie w sen. Znacznie ciekawiej było mi na podłódzkim, krótkim spacerku. No, listopadowy Albinoni, te klimaty.
Qrcze, ścierniska urodziwe i ponoć należy się cieszyć że są. Rozmawiawszy z Tatusiem, który nadał że w jego okolicach pola nieogołocone należycie bo wjechać sprzętem ciężko z powodu mokrego podłoża a ręcznie nikt pól nie ogarnie bo to nie czasy w których plonów z pól niezebranych trza było pilnować a wrony kisiło się w beczkach coby zimą jakieś białko zwierzęce na stole się pojawiło. U nas mimo mokrej jesieni aż takich ekscesów nie ma, pola łysawe albo w oziminie.
Niestety jak słoneczko tylko się schowa spleen się rozsnuwa po całości, ciężka późnojesienna paleta bez światła. Smętek smętek smętkiem pogania i jakoś tak ciężko się znów człowiekowi robi na duszy ( tak, posiadam cóś takiego - umysł z turbodoładowaniem prawdopodobnie ). Tylko wyć do księżyca! Ale po ludzku nie po wilczemu bo ponoć wilcze wycie to żaden smutek tylko radosne "heloł".
czwartek, 23 listopada 2017
'Urocze Marzenie' - irys TB długo kwitnący
Odmiana 'Urocze Marzenie' została zarejestrowana przez Zbigniewa Kilimnika w roku 2012. Na etapie sieweczki nazywała się ZK-06-101-G, jest wynikiem kryzowania odmian 'Motylek' X 'Romantic Evening'. Winna dorastać do 75 cm ale u mnie była trochę wyższa. Według opisu zamieszczonego w AIS to 'Urocze Marzenie' "early bloom" czyli jest odmiana wcześnie kwitnącą. Od 2015 roku rozprowadza go szkółka Irysek. No i mamy metryczkę z głowy. Irys przyjechał do Alcatrazu z ogrodu twórcy odmiany, Pana Zbyszka Kilimnika. Przyznam ze byłam nieco zdziwiona jego nazwą, na fotkach znalezionych w necie prezentował się co prawda godnie ale delikatności, którą kojarzę z urokiem jakoś się w nim nie dopatrzyłam. Ha, i to jest jeden z tych nielicznych wypadków kiedy irys żywcem widziany zostawia gdzieś tam daleko w tyle, hen, hen, za peletonem swoje fotkowe podobizny. Otóż 'Urocze Marzenie' oglądane na rabacie jest rzeczywiście odmianą pełną uroku i wdzięku, o doskonale zbalansowanych ciepłych i zimnych kolorach, świetnym pofalowaniu płatków wykończonych delikatną, taką nienachalną koronką. I teraz najlepsze - zaczyna kwitnienie bardzo wcześnie a potem kwitnie, kwitnie, kwitnie i kwitnie. Solidnie upączony pęd gwarantuje że przynajmniej do połowy sezonu irys tej odmiany powinien dawać przedstawienie.
Na załączonym obrazku dowód. Nie dość że kwiaty dzielnie się trzymały przez długi jak na irysy czas, to z pączków ciągle wyłaziły nowe. Ostatni kwiat pojawił się na pędzie kiedy zaczęły rozwijać się kwiaty odmian późnych, 'Urocze Marzenie' było u mnie w tym roku najdłużej kwitnącym irysem bródkowym! Tak mi wyszło po sprawdzeniu danych z zeszyciku. Nie wiem jak w innych ogrodach, to jeszcze mało rozpowszechniona odmiana ale jeżeli będzie zachowywać się w nich tak jak u mnie to wróżę jej długie i świetlane życie na rabatach, z których może wygryzać co bardziej grymaśne irysy.
Na załączonym obrazku dowód. Nie dość że kwiaty dzielnie się trzymały przez długi jak na irysy czas, to z pączków ciągle wyłaziły nowe. Ostatni kwiat pojawił się na pędzie kiedy zaczęły rozwijać się kwiaty odmian późnych, 'Urocze Marzenie' było u mnie w tym roku najdłużej kwitnącym irysem bródkowym! Tak mi wyszło po sprawdzeniu danych z zeszyciku. Nie wiem jak w innych ogrodach, to jeszcze mało rozpowszechniona odmiana ale jeżeli będzie zachowywać się w nich tak jak u mnie to wróżę jej długie i świetlane życie na rabatach, z których może wygryzać co bardziej grymaśne irysy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)











