To nie jest post o tym jak zrobić bezproblemowy ogród. Ci którzy chcą go posiadać czytają moje wypociny na własną odpowiedzialność. Jak poczują się urażeni, trudno. Kawa na ławę - ogrodu bezproblemowego nie ma, tylko głupki sądzą że coś takiego istnieje!
Straszne to wieści Meg naniosła do mego salona ( naniosła bo one takie nieprzyjemne jak błotko lepiące się na parkiecie ) - ludziska zapadli na bezproblemowość. Rozmówki ogólnoludzkie w sąsiedztwie bliższym i dalszym przeprowadzone potwierdzają nadciągającą straszność - życie ma być bezproblemowe. Bo brak problemu równa się brak stresu. Na ogrody przekłada się to tak - stresu ma nie być po praca, bo życie, bo w ogóle, no to ogród to już mus oaza spokoju i bezstresowość zapewniona na piśmie. Ludziska są głupie ( Meg może to ode mnie przekazać komu uważa, uważając przy tym żeby nie stracić źródła finansowania ) żywe jest z natury stresogenne, martwe mniej bo mimo tego że samo się nie stresuje to żyjących potrafi zestresować. Codzienność składa się z mniejszych lub większych stresów, potem się umiera i to jest dopiero stres, a jeszcze później się nie żyje i wtedy stres mają inni bo trzeba posprzątać. Chowanie dzieci bez stresów powoduje tylko to że dorośli wyrastający z tak chowanych dzieci mają sraczkę i stresy nieustające i udzielające się innym. Czym skończą się uprawiane bezstresowo ogrody? Głupie ludziska kombinujo, rozważajo posiadanie fototapety z widoczkiem ogrodowym przyklejonej do pełnego ogrodzenia i trawniczków z plastiku ( ten wyrób zrobiłby furorę - nie trzeba kosić, wystarczy od czasu do czasu spłukać wodą dla odświeżenia i jeszcze można sztuczne stokrotki powtykać żeby naturalniej było - mam już nawet nazwy dla wyrobów: "Trawnik prawdziwie angielski" - dla tych co czują że się muszą dopieścić ogrodowo, "Wiejska murawa"- ten ze sztucznymi kwiatkami stokrotek i mleczy, "Trawnik prawdziwy" - wymagający podłączenia do rurek i wężyków w celu produkowania rosy, "Zielony jedwab" - plastkik miętki dla tych co lubiejo połazić boso po trawce ). Nature se ludziska pooglądajo na Animal Planet albo National Geographic i będo szczęśliwe że robaki im się po ogrodzie nie pałętajo. Jak zaczno zdychać na alergię na życie to się będo głupio pytały "Dlaczego?". A Wielki Ogrodowy odpowie im "Dlasrego!" i nawet nie wspomni o tej wolnej woli czy tak jakoś, bo co będzie z głupimi gadał.
Teraz będą ogólności, czyli takie tam rozważania o ludziach. Życie to jeden wielki stres! Zmniejszanie do zera ilości problemów żeby się nie stresować to przepis na położenie się do trumny. Stresu uniknąć się nie da, można tylko sprawić by był czymś motywującym i pobudzającym a nie obezwładniającym. To głównie praca nad sobą, czyli coś czego strasznie nie lubimy robić. Wysiłek, twórcze działanie choćby nim było pozornie nieatrakcyjne przygotowanie podłoża na rabatę ma swoją wartość, to zaniechanie wysiłku i gnuśność psychiczna i fizyczna nas rozwalają. Tak jestem naharowana czy naharowany że już na nic nie mam siły i absolutnie żadnego stresu nie zniosę - typowa gadka ludzi których praca nie polega głównie na wysiłku fizycznym. Takie opowieści to mogą snuć ciężko fizycznie pracujący ludzie, ale o dziwo oni rzadko je snują. Jak człowiek nie jest chory i nie ma żadnych przeszkód żeby trochę na świeżym powietrzu popracował to dobrze żeby to zrobił. Dla niego dobrze. Jak nie ogród to cóś innego ale jednak nie zaleganie na kanapie bo to się źle kończy i to w miarę szybko. Wiadomo im większy ogród tym więcej czasu trzeba mu poświęcić, sama nie daję sobie rady z tym moim metrami ale wtedy należy się zastanowić w jaki sposób zaprojektować ogród tak żeby nie zmuszał do tyrania ale cieszył. Cieszył mnie na ten przykład w ten sposób że będę mogła w nim wykonywać ulubione przeze mnie prace ogrodowe ( mniej pielenia ale zero rezygnacji z ciekawych odmian irysów bródkowych, he,he ) ale nie będą mi spędzały snu z powiek te miejsca ogrodu których nie zdążę "obrobić". Tylko nie zaprojektować tak żeby ten zielony teren nie wymagał ode mnie kompletnie niczego. W okolicy obserwuję jednak że praca w ogrodzie wyraźnie ludzi nie cieszy, istny wysyp żwirków i iglaków bo doopska nie chce się ruszać żeby uwaga, uwaga - około 400 - 500 metrów kwadratowych ( tyle przeważnie na działkach w mojej okolicy zostaje miejsca pod zielone, jak odliczyć te place zabaw czyli miejsca pod grille i skakalnie dla latorośli to z 200 - 300 pod uprawę zostaje ) zagospodarować. Właściciele tego dobra to nie są górnicy przodkowi ani też nie harują po 16 godzin na dobę, wyglądają solidnie i zdrowo. Dlaczego nie chcą otoczyć się czymś co nie jest wiecznie zielone i nie posiada igieł. Bo nie lubią prac ogrodowych. Nie muszą, OK, ale nie powinni też snuć opowiastek o tym że mają ogródki przydomowe ( od pewnego czasu w ramach postępującego u mnie psucia się dobroci charakteru, he, he, brzydko gaszę te opowieści ). Mają po prostu zagospodarowane działki budowlane.
Tak to się będzie rozwijało dopóki ludziska głupie nie poczujo że posiadanie prawdziwego ogrodu nobilituje. Dlatego pracę u podstaw trzeba rozpocząć, paskudną i niewdzięczną - tekścik "Kochana na ogród to trzeba abo mieć czas albo duże pieniądze", tak ulubiony przez żwirko- iglakowców należy z odpowiednią intonacją powtarzać "No tak ja rozumiem, na ogród to trzeba mieć czas i pieniądze", odczekać i podkreślić "Zwłaszcza pieniądze, bo znów iglaki Państwu posadzą i żwirek wysypią". Można stosować też określenia "ogródek bieda - żwirek - tujak", "bieda - trawniczenie", "iglaki po taniości", "zero kasy to zero wyobraźni" ( gówno prawda ale kupa ludzi w to wierzy jak w Matkę Boską Naszybną ) , "Chałupa jak pałac tylko dlaczego taka zieleń miejska dookoła" ( dla bardziej kumatych ), "O znów iglaki i żwirek, to już chyba standard?". Ludzie nie cenią czegoś co nie podnosi im statusu, moim marzonkiem jest żeby ogród bezproblemowy przestał być fetyszem. Bezproblemowy to ma być taki nie najlepiej świadczący o nas. Chciałabym żeby do ludzi wreszcie dotarło że cztery iglaki na krzyż, żwirek po całości albo takiż trawniczek to nie jest ogród tylko ogarnięcie placu po budowie i do ogrodu to jeszcze daleka droga i w ogóle to aspirować trzeba. Niech sąsiedztwo wie że nas stać na byliny albo naprawdę pięknie zakomponowane iglaki ( bo lubimy )! Z najniższych pobudek ludziom niekiedy wychodzą fajne rzeczy a z tych dobrych to na ogół mnóstwo problemów, zastosujmy więc lekki trumpizm a może skończy się era "ogrodów bezproblemowych". No i znowu było złośliwie - mój charakter to klimakter, he, he. Ale ze mnie małpa.
Wpisy dzisiejszy ilustrują prace Cicely Mary Barker, autorki "jedynie słusznych elfów". W 1923 roku opublikowano zbiór rysunków pod tytułem "Flower Fairies of the Spring" no i się zaczęło. Cicely Mary stworzyła taki elfowy alfabeciko - zielniczek dla anglojęzycznych dzieci. Urocze.
sobota, 21 stycznia 2017
piątek, 20 stycznia 2017
Hosty raz jeszcze
Kwitnienie host , Sprawy hostowe , Jak sadzę hosty w Alcatrazie , o hostach napisałam już parę postów. Hostowe fotki pojawiają się też często przy okazji postów poświęcanych cienistym nasadzeniom Alcatrazu. Dlaczego tak o hostach przytruwam? Bo wraz z zapotrzebowaniem na tzw. ogród bezobsługowy ( tak, wiem że to oksymoron - nawet beton "po całości" wymaga uwagi ) coraz więcej osób zerka w stronę host zanęconych towarzyszącą hostom opinią roślin w zasadzie bezobsługowych. No tak, wszystko pięknie i ładnie ale hosty nie zdzierżą każdych warunków ogrodowych i nie do każdego ogrodu pasują. Będą pięknie wyglądać w okolicy niektórych drzew liściastych ale przy większości tak lubianych przez polskich ogrodników iglaków będą wyglądały jak nie z tej bajki. Niby dobre towarzystwo dla rodków ale może niekoniecznie tych porastających w cieniu sosen ( naszłam w dalekim sąsiedztwie cóś takiego, nie grało i widać było że hosty mimo nawodnienia nie były w tym układzie szczęśliwe ). Jednak ludzie twardo sadzo bo ogród z rodkami kojarzy im się z ogrodem z hostami, po wschodniemu tak jakoś.
Ruszyłam na przeszpiegi ( net - szpera ) do miejsc skąd hosty pochodzą czyli do i lasów ogrodów bardzo Dalekiego Wschodu. Pogapiłam się na fotki z ogrodów i wyszło mi że hosty generalnie są tam warzywem ( jadłam, smaczne ). Owszem są uprawiacze host ozdobnych, powstają w tym Oriencie ( głównie w Japonii ) urodne odmiany ale nie oszukujmy się - w klasycznych ogrodach japońskich z hostami krucho. W ogrodach w stylu roji ( takich niewielkich ogrodach przy pawilonach herbacianych ) czy też w ogrodach typu kaiyu - shiki - teien ( znacznie większych ogrodach w których są zbiorniki wodne ) hosty występują sporadycznie. O innych stylach klasycznego japońskiego ogrodowania nawet nie wspominam bo to ogrody strice krajobrazowe ( tak szczerze pisząc to wszystkie stare japońskie style ogrodowe są krajobrazowe, nawet te dwa tutaj wymienione najbardziej przystające do europejskiego pojęcia ogrodu, czyli takiego w którym sadzi się rośliny też dla ich urody a nie tylko dla stworzenia krajobrazu pełnego symbolicznych znaczeń ). Trzeba było zatem pogapić się na dzikie hosty w naturze, na przykład te rosnące w prefekturze Gifu czy te z Kochi na wyspie Shikoku. Niejednemu miłośnikowi host szczęka opadnie na te widoczki. W trawskach i przyczepione do skałek w liściastych lasach. Porastają lasy mieszane charakterystyczne dla umiarkowanej strefy jak i te podzwrotnikowe, na otwartych przestrzeniach za nic mając palące promienie słońca twardo rosną na żyznej ale znów nie podmokłej glebie wśród traw i innych łąkowych roślin. Nic piąknego ogrodowego.
W cieniu jakich drzew najlepiej sadzić hosty? Na pewno nie w cieniu wysysoli ( kuszące brzózki ) i na pewno nie tuż przy pniach. Można założyć system nawadniający i wspomagać ale koszty będą duże. W przypadku Alcatrazu liczę się z przesadzaniem host ( przypadki ze zdjątek powyżej i tego obok ) - tak właśnie nie powinno się sadzić host ( ale się posadziło bo akurat cień tam był ). Owszem, cień magnolki kuszący ale magnolka i hosta zbyt blisko niej posadzona oznacza prędzej czy później marniejącą hostę. Najlepszy cień dają duże drzewa o głębokim systemie korzeniowym, dobrze jak liściaste bo ziemia wiosną szybko się nagrzewa i hosty mają odpowiednio wczesną pobudkę. Jeżeli sadzimy hosty przy drzewach płytko się korzeniących musimy zachować sporą odległość ( częściej łapiemy się na półcień niż na taki prawdziwy cień ). Podasadzenie hostami drzew owocowych? Problematyczne, ale hostomaniacy potrafią. Czy taki zwyczajny ogrodnik mógłby powtórzyć ten numer? No nie do końca jestem o tym przekonana. Ocena czy odległość od pnia jest odpowiednia, tzw. opad świętojański ( część zawiązanych owoców jabłoni i grusz naturalnie spada z drzew w czerwcu ), owocobranie ( czereśnie, wiśnie i śliwy zbiera się w czasie kiedy liście host powinny zdobić ogród ). Problemy z pielęgnacją drzew i z pielęgnacją host - tak to widzę. No i do tego dochodzi tzw. kwestia estetyczna. Cóś nie gra, jak w przypadku tych sosenkowo - rodkowych klimatów. Współczesne ogrodowe hosty sadzi się namiętnie w japońskich ogródkach znajdujących się poza Japonią, zatem kwitnące japońskie wiśnie ( szczęśliwie niedające owoców ) czy japońskie wierzby pojawiają się niekiedy na netowych fotkach jako towarzystwo dla host ( tzw. zespół czar orientu ) ale nie jest to nasadzenie nazwijmy to optymalne. No i z japońskim ogrodem ma to tyle wspólnego co film "Poszukiwacze Zaginionej Arki" Spielberga z filmem dokumentalnym.
Znaczenie lepiej hosty wypadają w okolicy kloników japońskich . Stworzyłam sobie taką kategorię drzewo - krzewków, czyli drzew lub krzewów nieprzekraczających wysokości pięciu metrów takich jak dereń kousa, dereń skrętolistny, oczar japoński, pośredni, wspomniane klony japońskie w okolicy ( dalszej ) których można sadzić hosty. Dodałam stewarcję i magnolie gwiaździstą i mieszańcowe pod warunkiem że okolica w której zamierzamy sadzić hosty będzie bardzo daleka. To tak dla mniejszych ogrodów w Polsce , w tych dużych to odpowiedni będzie ( ten daleko rzucany ) cień buków czy trochę mniej cień grabów. Nie należy kierować się tylko azjatyckim rodowodem drzew zacieniających hostowe stanowiska , perełkowiec czy aralia to nie jest dobre towarzystwo dla host, prędzej grujecznik czy miłorząb będą odpowiednimi drzewami o dalekowschodnim rodowodzie w cieniu których można uprawić hosty. Jak tak się nad tym lepiej zastanowić to wychodzi na to że uprawa host wcale nie jest tak bezproblemowa jak to się na ogół wydaje, stworzenie odpowiedniego stanowiska wymaga albo szczęścia posiadania odpowiednich warunków ( co rzadko zdarza się w ogrodach miejskich ) albo dość długiego procesu tworzenia dla nich odpowiednich stanowisk. No, chyba że zamierzamy posadzić undulatę po całości "żeby chwasty nie wchodziły".
P.S. Dzięks Danieli za "podbudowę merytoryczną" w temacie ogrodów japońskich.
Ruszyłam na przeszpiegi ( net - szpera ) do miejsc skąd hosty pochodzą czyli do i lasów ogrodów bardzo Dalekiego Wschodu. Pogapiłam się na fotki z ogrodów i wyszło mi że hosty generalnie są tam warzywem ( jadłam, smaczne ). Owszem są uprawiacze host ozdobnych, powstają w tym Oriencie ( głównie w Japonii ) urodne odmiany ale nie oszukujmy się - w klasycznych ogrodach japońskich z hostami krucho. W ogrodach w stylu roji ( takich niewielkich ogrodach przy pawilonach herbacianych ) czy też w ogrodach typu kaiyu - shiki - teien ( znacznie większych ogrodach w których są zbiorniki wodne ) hosty występują sporadycznie. O innych stylach klasycznego japońskiego ogrodowania nawet nie wspominam bo to ogrody strice krajobrazowe ( tak szczerze pisząc to wszystkie stare japońskie style ogrodowe są krajobrazowe, nawet te dwa tutaj wymienione najbardziej przystające do europejskiego pojęcia ogrodu, czyli takiego w którym sadzi się rośliny też dla ich urody a nie tylko dla stworzenia krajobrazu pełnego symbolicznych znaczeń ). Trzeba było zatem pogapić się na dzikie hosty w naturze, na przykład te rosnące w prefekturze Gifu czy te z Kochi na wyspie Shikoku. Niejednemu miłośnikowi host szczęka opadnie na te widoczki. W trawskach i przyczepione do skałek w liściastych lasach. Porastają lasy mieszane charakterystyczne dla umiarkowanej strefy jak i te podzwrotnikowe, na otwartych przestrzeniach za nic mając palące promienie słońca twardo rosną na żyznej ale znów nie podmokłej glebie wśród traw i innych łąkowych roślin. Nic piąknego ogrodowego.
W cieniu jakich drzew najlepiej sadzić hosty? Na pewno nie w cieniu wysysoli ( kuszące brzózki ) i na pewno nie tuż przy pniach. Można założyć system nawadniający i wspomagać ale koszty będą duże. W przypadku Alcatrazu liczę się z przesadzaniem host ( przypadki ze zdjątek powyżej i tego obok ) - tak właśnie nie powinno się sadzić host ( ale się posadziło bo akurat cień tam był ). Owszem, cień magnolki kuszący ale magnolka i hosta zbyt blisko niej posadzona oznacza prędzej czy później marniejącą hostę. Najlepszy cień dają duże drzewa o głębokim systemie korzeniowym, dobrze jak liściaste bo ziemia wiosną szybko się nagrzewa i hosty mają odpowiednio wczesną pobudkę. Jeżeli sadzimy hosty przy drzewach płytko się korzeniących musimy zachować sporą odległość ( częściej łapiemy się na półcień niż na taki prawdziwy cień ). Podasadzenie hostami drzew owocowych? Problematyczne, ale hostomaniacy potrafią. Czy taki zwyczajny ogrodnik mógłby powtórzyć ten numer? No nie do końca jestem o tym przekonana. Ocena czy odległość od pnia jest odpowiednia, tzw. opad świętojański ( część zawiązanych owoców jabłoni i grusz naturalnie spada z drzew w czerwcu ), owocobranie ( czereśnie, wiśnie i śliwy zbiera się w czasie kiedy liście host powinny zdobić ogród ). Problemy z pielęgnacją drzew i z pielęgnacją host - tak to widzę. No i do tego dochodzi tzw. kwestia estetyczna. Cóś nie gra, jak w przypadku tych sosenkowo - rodkowych klimatów. Współczesne ogrodowe hosty sadzi się namiętnie w japońskich ogródkach znajdujących się poza Japonią, zatem kwitnące japońskie wiśnie ( szczęśliwie niedające owoców ) czy japońskie wierzby pojawiają się niekiedy na netowych fotkach jako towarzystwo dla host ( tzw. zespół czar orientu ) ale nie jest to nasadzenie nazwijmy to optymalne. No i z japońskim ogrodem ma to tyle wspólnego co film "Poszukiwacze Zaginionej Arki" Spielberga z filmem dokumentalnym.
Znaczenie lepiej hosty wypadają w okolicy kloników japońskich . Stworzyłam sobie taką kategorię drzewo - krzewków, czyli drzew lub krzewów nieprzekraczających wysokości pięciu metrów takich jak dereń kousa, dereń skrętolistny, oczar japoński, pośredni, wspomniane klony japońskie w okolicy ( dalszej ) których można sadzić hosty. Dodałam stewarcję i magnolie gwiaździstą i mieszańcowe pod warunkiem że okolica w której zamierzamy sadzić hosty będzie bardzo daleka. To tak dla mniejszych ogrodów w Polsce , w tych dużych to odpowiedni będzie ( ten daleko rzucany ) cień buków czy trochę mniej cień grabów. Nie należy kierować się tylko azjatyckim rodowodem drzew zacieniających hostowe stanowiska , perełkowiec czy aralia to nie jest dobre towarzystwo dla host, prędzej grujecznik czy miłorząb będą odpowiednimi drzewami o dalekowschodnim rodowodzie w cieniu których można uprawić hosty. Jak tak się nad tym lepiej zastanowić to wychodzi na to że uprawa host wcale nie jest tak bezproblemowa jak to się na ogół wydaje, stworzenie odpowiedniego stanowiska wymaga albo szczęścia posiadania odpowiednich warunków ( co rzadko zdarza się w ogrodach miejskich ) albo dość długiego procesu tworzenia dla nich odpowiednich stanowisk. No, chyba że zamierzamy posadzić undulatę po całości "żeby chwasty nie wchodziły".
P.S. Dzięks Danieli za "podbudowę merytoryczną" w temacie ogrodów japońskich.
środa, 18 stycznia 2017
Wredne zielsko czyli radosne narzekania na niewdzięczność roślin
O radości utyskiwania! Wiecie co to znaczy utyskiwać, znaczy to polskość w sobie pielęgnować, he, he. Nie, nigdy nie jest dobrze tak całkiem, zawsze musi być ta cholerna łyżka dziegciu co cały miód popsowa. Styczeń tak mi mija na rozpamiętywaniu klęsk i półklęsk ogrodniczych, tych wszystkich miało być tak pięknie a wyszło jak zawsze ( "jak dupa z pokrzywy" wieszcz Jeremi wieszczył ). Smętnie dochodzę przyczyn takiego a nie innego zachowania roślin w Alcatrazie, zastanawiam się gdzie popełniłam błędy i czy i jak te błędy naprawić. Czy naprawić pytam siebie dlatego bo czasem naprawiać nie warto ( czuję przez skórę że i tak rzeczywistość wierzgnie i guzik z usiłowań wyjdzie ), jak naprawiać sprawa jeszcze trudniejsza - kosztuje mnóstwo czasu spędzanego na wertowaniu info o roślinach i szukaniu przyczyn dlaczego niektóre zielone może odmawiać współpracy. Czuję się jak ten Sherlock, dedukuję tak wytrwale że mi grozi dekukcja. Otoczenie nie pomaga, zespół pań starszych niczym chór z greckiej tragedii rzuca komentarzami w stylu "Pytasz dlaczego ogórek nie śpiewa", za nic mając moją wizję ogrodu i rarytetność problematycznych roślin ( "Posadź pietruszkę, ona rośnie nawet jak korzonek udziabiesz" ). W chwilach największego zwątpienia gdzieś mi tam zaczyna w głowie wyświetlać się obrazek - Alcatraz zapietruszkowany. Czym prędzej porzucam ten upiorny widoczek i ładuję się w sieć zgłębiać, zgłębiać i jeszcze raz zgłębiać problem ogórków które nie chcą śpiewać. Czasem idą te studia bardzo ciężko, znajduję info ale ono jest napisane przez osobę uprawiająca wredną roślinę w innych warunkach klimatycznych albo w ogóle nie znajduję niczego przydatnego o uprawie. Psuję oczy wślepiając się w monitor i klnę na na internautów, którzy miast zająć się problemem mnie gryzącym wypisują morze głupot. Pracowicie zimę spędzam, tyram ogrodniczo!
Problem nr 1 - bergenie posiadam różne ale to bergenia orzęsiona Bergenia ciliata jest tą najbardziej wredną. Miejsce pochodzenia - południowy Kaszmir i południowo - zachodni Nepal, wschodni Pakistan. No tak, naturalny zasięg występowania rośliny powinien zadziałać studząco na entuzjazm chcących sadzić tę roślinę w ogrodach centralnej i wschodniej Polski ale jakoś nie działa. Pewnie przez to że w sieci łatwo natknąć się na info że luba bergenia spokojnie znosi strefę piątą, a większość z nas ogrodujących "wyczynowo" wypiera z siebie świadomość że strefy USDA przystają do naszej rzeczywistości mniej więcej jak cudny kraj San Escobar do rzeczywistości w ogóle. To nie jest tak że ta bergenia daje ciała kompletnie, ona tylko nie przyrasta u mnie w takim tempie w jakim ja bym chciała ( choć ponoć i tak rośnie się jej u mnie nieźle, w końcu już ją dzieliłam ) i bardzo źle znosi nasze wiosenne zawirowania aury typu majowe przymrozki. Uprawiam jej dwie formy - orzęsioną po brzegach Bergenia ciliata var. ligulata i orzęsioną "po całości" Berenia ciliata var. ciliata. Ta druga wg. moich obserwacji jest trudniejsza w uprawie. Sporym problemem oprócz zimowania ( dobrze okryć stanowisko ale w marcu trzeba szybko usuwać okrycie żeby roślina nie zagniła ) jest tzw. miejskie lato. W miastach temperatura zawsze jest nieco wyższa a tej bergenii to nie służy. Umiarkowane ciepełko, dużo wilgoci w powietrzu i półcieniste stanowisko to przepis na udaną uprawę orzęsionej. Niestety u mnie za sucho i za gorąco, w związku z czym roślinę ratuje całkowity cień. Tylko że w całkowitym cieniu ona jest cieniem samej siebie. Tak, bergenii takich jakie widziałam w Devon to ja się raczej nie doczekam, chciałabym jednak żeby rozrosły mi się w jakąś widoczną z daleka gołym okiem grupę. Na fotkach poniżej widzicie jak to bergeniowe stanowisko wygląda. z daleka cóś niezauważalnie. To jedna z wolniej rosnących bergenii ale żeby tak się ślimaczyć?!
Problem nr 2 - cholerny ambrowiec Liquidambar styraciflua 'Gumball'. Gnojek, paskudnik i jak mawia Mamelon karłowate samo zło ( egzemplarz Mamelona zszedł był z tego świata z powodu tajemniczej choroby objawiającej się całkowitym zaschnięciem liści a potem całej reszty krzaczka ). I u mnie i u Mamelona ambrowiec zachowywał się mało książkowo - niechętnie się przebarwiał jesienią. Mój 'Gumball' posadzony na naprawdę słonecznym stanowisku starał się prezentować te przebarwione liście, najczęściej tak pod koniec października przypominało mu się że dobrze byłoby przynajmniej parę liści czerwonych pokazać. Mamelonowy krzaczek posadzony w lekkim półcieniu dzielnie prezentował zieleń aż do pierwszych mrozów. W tym roku moja roślinka poszła tym śladem - jadowicie zielone liście przywitały grudzień. W miarę jak 'Gumball' rośnie coraz dłużej trzyma liście a one coraz później zaczynają się przebarwiać. Pocieszam się że brak przebarwień to może wina deszczowej jesieni ale niepokojąco stoi mi przed oczami obrazek sprzed dwóch lat - sucha jesień a na krzaczku ledwie parę czerwonych listków. Owszem czerwień z tych odblaskowych ale dużo tego dobra nie było. Podczytuję że ambrowce w Polsce przebarwiają się bez problemów więc błąd leży gdzieś po mojej stronie, ale gdzie? Wystające spod śniegu zmarznięte zielone liście ambrowca nie dają zapomnieć o tym niepowodzeniu ogrodniczym. Cała jestem w nerwach na myśl że może inne rośliny pochodzące z Hameryki, takie o świetnym jesiennym kolorze liści, mogą mi taki numer wywinąć. Qurcze, nasadziłam fotergilii licząc na ogniste październikowe oczarowania!
Problem nr 3 - nerecznica Siebolda Dryopteris sieboldii, zimozielona w lepszych warunkach paproć. U mnie warunki rzadko bywają lepsze także nerecznica budzi się do życia późną wiosną. Coraz późniejszą. W ubiegłym roku późna wiosna wypadła na początku lipca, po tak zwanym odżałowaniu starej rośliny i zakupie nowej. Nowe stanowisko, nowa nadzieja - wybrałam mniej książkowe, nie tak dużo wilgoci, nie za duży cień, tylko gleba należycie kwaśnawa. Może na mniej starannie przygotowanym miejscu roślina poczuje że musi i zacznie jakoś przyzwoicie rosnąć, w końcu jak w innym miejscu Alcatrazu rosną zimozielone paprocie i dają radę. Niektóre nawet dzielnie trzymają frondy ( dobra nie wymagam żeby ten azjatycki skurkowaniec też trzymał ale budzić ma się w kwietniu ).
Problem nr 4 - kielichowiec mieszańcowy Calycanthus x raulstonii 'Venus'. No u mnie to ten krzaczek nie ma w sobie nic ze słodkiej Wenery, to jest ucieleśniona ( ukrzaczona ) Discordia. Wredne zielsko od początku nie chce współpracować z Alcatrazem, zachowuje się gorzej niż jedno z rodziców czyli Sinocalycanthus, wiecznie zagrzybiony. Marność nad marnościami oba egzemplarze tej odmiany kielichowca rosnące w moim ogrodzie - o kwiatach zapomnieć, o pokroju roślin zapomnieć, o szybkim tempie wzrostu zapomnieć. Pamiętać jak wyglądał krzew posadzony w Wisley i mieć nadzieję że kiedyś tam roślina odwdzięczy się za zaproszenie jej do Alcatrazu. Sprawa jest o tyle dziwna że inny mieszańcowy kielichowiec rosnący na tej samej rabacie 'Hartlage Wine' rośnie naprawdę świetnie i w dodatku wyprodukował owoc ( na fotce poniżej ). No i popatrzcie jak fajnie wygląda kwitnący, a 'Venus' nic nie produkuje, jakby chorobę weneryczną w sobie miała. Cztery problemy wystarczą, dalszymi moimi narzekaniami na zielone nie będę Was nudzić ( dzisiaj, ponarzekam przy innej okazji ku poprawie samopoczucia ).
Problem nr 1 - bergenie posiadam różne ale to bergenia orzęsiona Bergenia ciliata jest tą najbardziej wredną. Miejsce pochodzenia - południowy Kaszmir i południowo - zachodni Nepal, wschodni Pakistan. No tak, naturalny zasięg występowania rośliny powinien zadziałać studząco na entuzjazm chcących sadzić tę roślinę w ogrodach centralnej i wschodniej Polski ale jakoś nie działa. Pewnie przez to że w sieci łatwo natknąć się na info że luba bergenia spokojnie znosi strefę piątą, a większość z nas ogrodujących "wyczynowo" wypiera z siebie świadomość że strefy USDA przystają do naszej rzeczywistości mniej więcej jak cudny kraj San Escobar do rzeczywistości w ogóle. To nie jest tak że ta bergenia daje ciała kompletnie, ona tylko nie przyrasta u mnie w takim tempie w jakim ja bym chciała ( choć ponoć i tak rośnie się jej u mnie nieźle, w końcu już ją dzieliłam ) i bardzo źle znosi nasze wiosenne zawirowania aury typu majowe przymrozki. Uprawiam jej dwie formy - orzęsioną po brzegach Bergenia ciliata var. ligulata i orzęsioną "po całości" Berenia ciliata var. ciliata. Ta druga wg. moich obserwacji jest trudniejsza w uprawie. Sporym problemem oprócz zimowania ( dobrze okryć stanowisko ale w marcu trzeba szybko usuwać okrycie żeby roślina nie zagniła ) jest tzw. miejskie lato. W miastach temperatura zawsze jest nieco wyższa a tej bergenii to nie służy. Umiarkowane ciepełko, dużo wilgoci w powietrzu i półcieniste stanowisko to przepis na udaną uprawę orzęsionej. Niestety u mnie za sucho i za gorąco, w związku z czym roślinę ratuje całkowity cień. Tylko że w całkowitym cieniu ona jest cieniem samej siebie. Tak, bergenii takich jakie widziałam w Devon to ja się raczej nie doczekam, chciałabym jednak żeby rozrosły mi się w jakąś widoczną z daleka gołym okiem grupę. Na fotkach poniżej widzicie jak to bergeniowe stanowisko wygląda. z daleka cóś niezauważalnie. To jedna z wolniej rosnących bergenii ale żeby tak się ślimaczyć?!
Problem nr 2 - cholerny ambrowiec Liquidambar styraciflua 'Gumball'. Gnojek, paskudnik i jak mawia Mamelon karłowate samo zło ( egzemplarz Mamelona zszedł był z tego świata z powodu tajemniczej choroby objawiającej się całkowitym zaschnięciem liści a potem całej reszty krzaczka ). I u mnie i u Mamelona ambrowiec zachowywał się mało książkowo - niechętnie się przebarwiał jesienią. Mój 'Gumball' posadzony na naprawdę słonecznym stanowisku starał się prezentować te przebarwione liście, najczęściej tak pod koniec października przypominało mu się że dobrze byłoby przynajmniej parę liści czerwonych pokazać. Mamelonowy krzaczek posadzony w lekkim półcieniu dzielnie prezentował zieleń aż do pierwszych mrozów. W tym roku moja roślinka poszła tym śladem - jadowicie zielone liście przywitały grudzień. W miarę jak 'Gumball' rośnie coraz dłużej trzyma liście a one coraz później zaczynają się przebarwiać. Pocieszam się że brak przebarwień to może wina deszczowej jesieni ale niepokojąco stoi mi przed oczami obrazek sprzed dwóch lat - sucha jesień a na krzaczku ledwie parę czerwonych listków. Owszem czerwień z tych odblaskowych ale dużo tego dobra nie było. Podczytuję że ambrowce w Polsce przebarwiają się bez problemów więc błąd leży gdzieś po mojej stronie, ale gdzie? Wystające spod śniegu zmarznięte zielone liście ambrowca nie dają zapomnieć o tym niepowodzeniu ogrodniczym. Cała jestem w nerwach na myśl że może inne rośliny pochodzące z Hameryki, takie o świetnym jesiennym kolorze liści, mogą mi taki numer wywinąć. Qurcze, nasadziłam fotergilii licząc na ogniste październikowe oczarowania!
Problem nr 3 - nerecznica Siebolda Dryopteris sieboldii, zimozielona w lepszych warunkach paproć. U mnie warunki rzadko bywają lepsze także nerecznica budzi się do życia późną wiosną. Coraz późniejszą. W ubiegłym roku późna wiosna wypadła na początku lipca, po tak zwanym odżałowaniu starej rośliny i zakupie nowej. Nowe stanowisko, nowa nadzieja - wybrałam mniej książkowe, nie tak dużo wilgoci, nie za duży cień, tylko gleba należycie kwaśnawa. Może na mniej starannie przygotowanym miejscu roślina poczuje że musi i zacznie jakoś przyzwoicie rosnąć, w końcu jak w innym miejscu Alcatrazu rosną zimozielone paprocie i dają radę. Niektóre nawet dzielnie trzymają frondy ( dobra nie wymagam żeby ten azjatycki skurkowaniec też trzymał ale budzić ma się w kwietniu ).
Problem nr 4 - kielichowiec mieszańcowy Calycanthus x raulstonii 'Venus'. No u mnie to ten krzaczek nie ma w sobie nic ze słodkiej Wenery, to jest ucieleśniona ( ukrzaczona ) Discordia. Wredne zielsko od początku nie chce współpracować z Alcatrazem, zachowuje się gorzej niż jedno z rodziców czyli Sinocalycanthus, wiecznie zagrzybiony. Marność nad marnościami oba egzemplarze tej odmiany kielichowca rosnące w moim ogrodzie - o kwiatach zapomnieć, o pokroju roślin zapomnieć, o szybkim tempie wzrostu zapomnieć. Pamiętać jak wyglądał krzew posadzony w Wisley i mieć nadzieję że kiedyś tam roślina odwdzięczy się za zaproszenie jej do Alcatrazu. Sprawa jest o tyle dziwna że inny mieszańcowy kielichowiec rosnący na tej samej rabacie 'Hartlage Wine' rośnie naprawdę świetnie i w dodatku wyprodukował owoc ( na fotce poniżej ). No i popatrzcie jak fajnie wygląda kwitnący, a 'Venus' nic nie produkuje, jakby chorobę weneryczną w sobie miała. Cztery problemy wystarczą, dalszymi moimi narzekaniami na zielone nie będę Was nudzić ( dzisiaj, ponarzekam przy innej okazji ku poprawie samopoczucia ).
sobota, 14 stycznia 2017
Zjawisko - egzoty w ogrodach
Post się narodził z zakręcenia - znaczy Megi w swoim poście ogrody bez granic- Findlingspark Nochten zadała przemyślenia na temat "Tryndy długofalowe w ogrodnictwie ogólnym i szczególnym" a ja ciężko wkurzona na politycznych ( co ja mam z tej całej grandy budżetowej? ) polazłam się odstresować do netowych szkółek i natychmiast natknęłam się na egzoty. No i mnie olśniło - tryndy są dwa, przeciwstawne. Z jednej strony pojawia się oferta mnóstwa roślin jeszcze nie testowanych w europejskich warunkach lub też słabiutko przetestowanych, które mogą być tworzywem ogrodowym dla projektantów czy takich zwyczajnych ogrodników. I jakby w odpowiedzi na ten zalew nowych roślin z różnych stron świata całkiem spora rzesza ogrodniczej braci zaczyna sobie zadawać pytanie "Po cholerę odkrywaliśmy Australię czy tam inne Borneo?". Grupa naturalistów preferuje nasadzenia z roślin "zapłotowych" czyli takich występujących w naszej dziczy. Oczywiście nasza dzicz też skażona przybyszami z innych części świata tylko że przybysze już zdążyli wrosnąć w krajobraz, dokonać szkód, zająć te nisze i w ogóle najlepiej o tych obcych zapłotowych nie wiedzieć . Oba tryndy w wydaniu ekstremalnym są ciężkie do strawienia, bo ekstrema tak majo. Sadzenie na siłę egzotów, uporczywa ich uprawa z pominięciem wszystkiego innego zielonego co tylko ma coś wspólnego z miejscem w którym istnieje ogród i wyłączne sadzenie gatunków rodzimych w przekonaniu że zatrzyma to ekspansję gatunków obcych i nie zmieni stanu środowiska ( mrzonki - panta rhei - zawleczenie do Ameryki holenderskiej choroby wiązów nie miało nic wspólnego z sadzeniem "łobcych" w ogrodach, świństwo przyjechało jako drewno, znaczy import szkodników może być pozaogrodowy ) - jazda po krawędzi. W tym poście przyjrzę się jednak bliżej sadzeniu w ogrodzie egzotów, jako tryndowi mocno wspieranemu przez handel.
Czy zastanawialiście się kiedyś co jest a co nie nie jest w Waszym ogrodzie egzotem? Jak to naprawdę jest z tymi swojskimi floksami wiechowatymi, dzielżanami, marcinkami czy jeżówkami? Wiejskie rabaty szczerzepolskie gatunkami obcymi rosną, ogromna część bylin uprawianych w naszych ogrodach to tzw. antropofity - gatunki z innych części świata, obce naszej pradziczy. Przybywają do nas takie rośliny od czasów prehistorycznych, łatwo o to bo Europa i Azja to w sumie jeden kontynent ( łańcuchy górskie nie są zaporą nie do przebycia ) a od Afryki nie oddzielają nas oceany. Z grubsza to antropofity dzieli się na te przywleczone celowo ( kochane ziemniaczki, boskie pomidorki, luba papryka ale także nieuprawiane już dziś rośliny które "uciekły" z pól i ogrodów czyli okrutnie rzecz nazywając - przeniknęły do środowiska ) i te których przywleczenia wcale nie planowaliśmy, po prostu któregoś dnia okazało się że już tu są ( cholerna moczarka kanadyjska ). Klasyfikacja bardziej szczegółowa prowadzona jest "po czasie przybycia" i "stopniu zadomowienia". Mamy metafity które już tak wrosły w środowisko że są jego częścią "niezbywalną", mamy archeofity czyli rośliny zawleczone przed rokiem1500, które pojawiają się na tzw. wtórnych siedliskach ( chaber bławatek, cud niebiewskość błyszcząca w zbożach co to też nie zawsze u nas porastały ), mamy kenofity czyli rośliny zawleczone po roku 1500 które dzielą się na kolejne fity że względu na rodzaj środowiska w którym się pojawiają i trwałość występowania. Znaczy strasznie mundrze i określeniomnożąco, ale nawet bez włażenia w te mundrości szybciutko człowiek się orientuje że środowisko naturalne w którym żyje to sobie stworzył sam, dzicz trwa jedynie w rezerwatach. Co więc jest w takim stworzonym przez człowieka środowisku egzotem?
Egzotem są nowości ale także rośliny które nie radzą sobie bez ludzkiej opieki w naszych warunkach klimatycznych. Tak, tak, egzotami są dalie, kanny , krokosmie, większość uprawianych u nas mieczyków. Jednak nas jakoś okrucieństwo estetyczne nie zatyka kiedy w wiejskim ogródku na rabacie dalie "rwą oczy", nie czujemy że to egzot z Meksyku czy tam innej Gwatemali. Dalie zostały oswojone przez czas, przywykliśmy do nich, wrosły w krajobraz. Bardziej nami wstrząsną tuje z tyrawnikiem wśród pól niż rabata z obcych roślin, wśród których są takie które naszego klimatu nie znoszą. Któż zatem może z całą pewnością stwierdzić że hamerykańskie żywotniki z tyrawniczkiem w pakiecie to za lat sto nie będzie ów sielski swojski ogródek znany z opowieści dziadków do którego tęsknić będą prawnuki, he, he. Czas wpisuje egzoty w krajobraz i jedyne co może takim egzotom wymagającym opieki zagrozić to bogatsza oferta spędzania wolnego czasu. Wymiera powolutku pokolenie działkowców uprawiających rośliny a grillowanie staje się sportem narodowym. Energia skierowana jest w innym kierunku, zielone koło domu czy działka to głównie plac zabaw, grunt żeby tyrawnik był. A jak teren duży to i drzewa, najlepiej iglaste. Egzot w takich "po nowemu" ogrodach jest o tyle mile widziany o ile nie sprawia kłopotów. Ma być efektowny, nieznany w sąsiedztwie i świadczyć o wyrafinowanym ogrodniczym guście właściciela. Jak egzot się sprawdzi i jego uprawa nie będzie upierdliwa to z czasem pojawi się w innych ogrodach a potem ujrzymy go poza nimi. Za sto lat olbrzymia większość z nas ( optymistcznie z tymi nami pojechałam, he, he, ale o ludziów mi chodzi ) nie będzie świadoma że to "cóś obcego".
Taa, może jednak skuszę się na kwaśnodrzew konwaliowy albo sasafras, w miejskich ogrodach więcej nowych egzotycznych nasadzeń uchodzi bezkarnie. Nasze przyzwyczajone do utrwalonej wersji krajobrazu wiejskiego mózgi mogą nie zdzierżyć nowości w takim otoczeniu, dysonansik się pojawia, ale miasto czyli środowisko zmienione w takim stopniu że już bardziej się nie da pod groźbą utraty życia, to inna bajka. W miejskich ogrodach ( takich nie na obrzeżach miast, gdzie już widać pseudodzikie środowisko ) egzotyczne perwersje nie rażą, jak wszystko zielone wygląda na wyalienowane to jeszcze jeden wyalienowaniec niczego nie zmienia. A czas i tak sporo egzotów odegzotyczni.
A teraz o grafice ilustrującej wpis. Nie wiem czy Wam się spodoba, Ciotka Elka twierdzi że jej się podoba pod warunkiem że ktoś to wydrukuje na lnie czystym polskim i ona zrobi sobie wreszcie prawdziwe zasłony, dla mnie może być bez lnu - podobie mnie się! Te na wpół fantastyczne rośliny powstały gdzieś koło 1888 roku. Są takie egzotyczne że bardziej już się chyba nie da. Czuć Williama Morrisa w tle ale temacik potraktowano subtelniej, już w duchu Art Nouveau. Niestety nie udało mi się ustalić nic więcej o artyście noszącym nazwisko Buchert ( pewnie za płytko kopałam ), no ale cieszyć się należy że przynajmniej jego prace do mnie dotarły ( jak dotarły nie bezimienne to i nazwisko nie zginie w powodzi tylu innych ). Paście oczy egzotyką! Nie tylko od egzotycznego San Escobar człowiekowi weselej.
Czy zastanawialiście się kiedyś co jest a co nie nie jest w Waszym ogrodzie egzotem? Jak to naprawdę jest z tymi swojskimi floksami wiechowatymi, dzielżanami, marcinkami czy jeżówkami? Wiejskie rabaty szczerzepolskie gatunkami obcymi rosną, ogromna część bylin uprawianych w naszych ogrodach to tzw. antropofity - gatunki z innych części świata, obce naszej pradziczy. Przybywają do nas takie rośliny od czasów prehistorycznych, łatwo o to bo Europa i Azja to w sumie jeden kontynent ( łańcuchy górskie nie są zaporą nie do przebycia ) a od Afryki nie oddzielają nas oceany. Z grubsza to antropofity dzieli się na te przywleczone celowo ( kochane ziemniaczki, boskie pomidorki, luba papryka ale także nieuprawiane już dziś rośliny które "uciekły" z pól i ogrodów czyli okrutnie rzecz nazywając - przeniknęły do środowiska ) i te których przywleczenia wcale nie planowaliśmy, po prostu któregoś dnia okazało się że już tu są ( cholerna moczarka kanadyjska ). Klasyfikacja bardziej szczegółowa prowadzona jest "po czasie przybycia" i "stopniu zadomowienia". Mamy metafity które już tak wrosły w środowisko że są jego częścią "niezbywalną", mamy archeofity czyli rośliny zawleczone przed rokiem1500, które pojawiają się na tzw. wtórnych siedliskach ( chaber bławatek, cud niebiewskość błyszcząca w zbożach co to też nie zawsze u nas porastały ), mamy kenofity czyli rośliny zawleczone po roku 1500 które dzielą się na kolejne fity że względu na rodzaj środowiska w którym się pojawiają i trwałość występowania. Znaczy strasznie mundrze i określeniomnożąco, ale nawet bez włażenia w te mundrości szybciutko człowiek się orientuje że środowisko naturalne w którym żyje to sobie stworzył sam, dzicz trwa jedynie w rezerwatach. Co więc jest w takim stworzonym przez człowieka środowisku egzotem?
Egzotem są nowości ale także rośliny które nie radzą sobie bez ludzkiej opieki w naszych warunkach klimatycznych. Tak, tak, egzotami są dalie, kanny , krokosmie, większość uprawianych u nas mieczyków. Jednak nas jakoś okrucieństwo estetyczne nie zatyka kiedy w wiejskim ogródku na rabacie dalie "rwą oczy", nie czujemy że to egzot z Meksyku czy tam innej Gwatemali. Dalie zostały oswojone przez czas, przywykliśmy do nich, wrosły w krajobraz. Bardziej nami wstrząsną tuje z tyrawnikiem wśród pól niż rabata z obcych roślin, wśród których są takie które naszego klimatu nie znoszą. Któż zatem może z całą pewnością stwierdzić że hamerykańskie żywotniki z tyrawniczkiem w pakiecie to za lat sto nie będzie ów sielski swojski ogródek znany z opowieści dziadków do którego tęsknić będą prawnuki, he, he. Czas wpisuje egzoty w krajobraz i jedyne co może takim egzotom wymagającym opieki zagrozić to bogatsza oferta spędzania wolnego czasu. Wymiera powolutku pokolenie działkowców uprawiających rośliny a grillowanie staje się sportem narodowym. Energia skierowana jest w innym kierunku, zielone koło domu czy działka to głównie plac zabaw, grunt żeby tyrawnik był. A jak teren duży to i drzewa, najlepiej iglaste. Egzot w takich "po nowemu" ogrodach jest o tyle mile widziany o ile nie sprawia kłopotów. Ma być efektowny, nieznany w sąsiedztwie i świadczyć o wyrafinowanym ogrodniczym guście właściciela. Jak egzot się sprawdzi i jego uprawa nie będzie upierdliwa to z czasem pojawi się w innych ogrodach a potem ujrzymy go poza nimi. Za sto lat olbrzymia większość z nas ( optymistcznie z tymi nami pojechałam, he, he, ale o ludziów mi chodzi ) nie będzie świadoma że to "cóś obcego".
Taa, może jednak skuszę się na kwaśnodrzew konwaliowy albo sasafras, w miejskich ogrodach więcej nowych egzotycznych nasadzeń uchodzi bezkarnie. Nasze przyzwyczajone do utrwalonej wersji krajobrazu wiejskiego mózgi mogą nie zdzierżyć nowości w takim otoczeniu, dysonansik się pojawia, ale miasto czyli środowisko zmienione w takim stopniu że już bardziej się nie da pod groźbą utraty życia, to inna bajka. W miejskich ogrodach ( takich nie na obrzeżach miast, gdzie już widać pseudodzikie środowisko ) egzotyczne perwersje nie rażą, jak wszystko zielone wygląda na wyalienowane to jeszcze jeden wyalienowaniec niczego nie zmienia. A czas i tak sporo egzotów odegzotyczni.
A teraz o grafice ilustrującej wpis. Nie wiem czy Wam się spodoba, Ciotka Elka twierdzi że jej się podoba pod warunkiem że ktoś to wydrukuje na lnie czystym polskim i ona zrobi sobie wreszcie prawdziwe zasłony, dla mnie może być bez lnu - podobie mnie się! Te na wpół fantastyczne rośliny powstały gdzieś koło 1888 roku. Są takie egzotyczne że bardziej już się chyba nie da. Czuć Williama Morrisa w tle ale temacik potraktowano subtelniej, już w duchu Art Nouveau. Niestety nie udało mi się ustalić nic więcej o artyście noszącym nazwisko Buchert ( pewnie za płytko kopałam ), no ale cieszyć się należy że przynajmniej jego prace do mnie dotarły ( jak dotarły nie bezimienne to i nazwisko nie zginie w powodzi tylu innych ). Paście oczy egzotyką! Nie tylko od egzotycznego San Escobar człowiekowi weselej.
piątek, 13 stycznia 2017
Pobieżny przegląd ofert szkółek i Klara od błogosławionego kwiecia
Oddycham głęboko po wczorajszym poście, sorry że na Was tak wylałam "gorzkie żale" ale mnie naprawdę wkarwili. Wszyscy! Tymi gierkami bez znaczenia, ważnymi sprawami leżącymi odłogiem i rozejściem się absolutnie z oczekiwaniami ludzi, fêtes galantes psiakrew! Polityczni całkowicie odjechali, żadna ze stron nie liczy się tak naprawdę z ludersami, a wszyscy razem głęboko wierzą że będą mogli jeszcze długi czas politykować w stylu ostatnich dwudziestu siedmiu lat. Cóż, "kto sieje wiatr, ten zbiera burzę" jak napisano w Dobrej Księdze, nie mnie będzie bolało obudzenie się ze słodkich snów.
Jak na razie to mnie boli rachunek za wodę i ścieki, cóś podejrzanie dużo. Oby to żadna dziurwa ruły nie zniszczyła, działania sprawdzające muszę podjąć. Mamelon ma doła, ja mam doła, Małgoś - Sąsiadka ma wysokie ciśnienie, Ciotka Elka i Cio Mary cierpią na nadaktywność ( inaczej objawianą ) a Lalek ma pchły urojone ( dostał je na widok Rudego podżerającego na parapecie za oknem żarcie dla dzikich kotów - nieustannie Lalentego Hedoniusza muszę iskać, mimo tego że od pcheł futro wolne a przez szybę kontakt z Rudym to tylko był foniczny ). Mam nadzieję że reszta sobie nic nie uroi bo w odpowiedzi na tzw. potrzeby musiałaby mi wyrosnąć trzecia ręka na brzuchu. Za oknem jak na razie spokój, oczekujemy na Dietera czy jak mu tam ( osobiście wolałabym Marlenę albo Helgę ). To że spokój nie oznacza bynajmniej że jest przepiąknie czy cóś - wszawo jest.
Polazłam do pierwszego otwartego w styczniu netowego sklepiku z nową ofertą - oglądałam tzw. rarytety. Oko mnie się zaczepiwszy o Pteridophyllum racemosum, taką japońską kruszynkę porastającą liściaste lasy, no podszyt znaczy i o masę epimediów. Polookałam, polookałam i postanowiłam sobie rarytety odpuścić - za mało cienia mam na ich stanowiska. Drzewa muszą trochę podrosnąć, nie ma zmiłuj. Potem polazłam do Szewczykowa i wyhaczyłam szałwię lekarską o białych kwiatach, taka w sam raz do upchnięcia na przyszłej Suchej - Żwirowej. No i paprotniki mi w oko wpadły, to fajne paprocie, nie potrzebują bardzo wilgotnego podłoża i "poprawnie" rosną w półcieniu. Ponieważ dalej było mi mało poshoppingowałam do sklepu z pnączami. Hym... ciekawe jakie szanse ma na przeżycie w naszych warunkach Clematis armandii? Może takie jak rarytet drzewkowaty z tego sklepu - Sassafras albidum, choć drzewku dawałabym większe szanse. Sasafras do tej pory kojarzył mi się z Luizjaną i kuchnią kreolską ale drzewo porasta też w południowej części stanu Maine, więc nie jest aż tak bardzo ciepłolubne. To ładne "dżewko" o dużych liściach, pięknie się przebarwiających jesienią. U nas będzie znacznie niższe niż w warunkach naturalnych, bardziej krzewiaste niż drzewkowate. Sasafras pasi do ogrodów dendrologicznych ale nie jestem pewna czy każdy ogród naturalistyczny zniósłby sasafrasego. On jest jednak troszki egzotyczny. No i to przebarwianie! Jako obcująca na co dzień z ambrowcem odmiany 'Gumball' przestałam być ciężko wierząca, wizja jesiennego "trzymania" przez sześć tygodni przebarwionych liści jest dla mnie równie odległa jak te siedemdziesiąt sześć hurys z mahometańskiego raju. Owszem 'Gumball' trzymał dzielnie niemal wszystkie swoje liście do grudnia, były piękne, z lekka tylko podmarznięte i jadowicie zielone! Sceptycyzm znaczy we mnie istnieje co do jesiennej orgii kolorystycznej w wykonaniu sasafrasa. Z drugiej strony egzot pasiłby do mojej grandiflorki, znaczy zimozielonej magnolki ( ksywa "Fikus" ). Taa, tylko cypryśnik błotny walnąć w oczko wodne i mam bayou. Może przy następnej wizycie sprawdzającej ofertę pozostanę na stronie oferującej powojniki włoskie. Chyba będzie bardziej bezpiecznie dla Alcatrazu. I to by było na tyle po wstępnej przebieżce po netowych szkółkach.
A teraz obabrazki ilustrujące - Claire Basler jest absolwentką l'Ecole Nationale des Beaux-Arts w Paryżewie. Nazywam ją Klarą od błogosławionego kwiecia . Wicie rozumicie, tych delikatnych kwiatowych osobowości rozrzuconych na srebrnych i złotych tłach. To sztuka dekoracyjna, Claire maluje ściany domostw, panele itd. Mamelon jest jej zagorzałą fanką. Claire podobnie jak Mamelon i ja jest już nieźle rurowata, może dlatego jej prace do nas przemawiają. Mieszka i pracuje w Chateau de Beauvoir, miejscu gdzie ogród zajął wnętrza domu - dosłownie. Poniżej zestawy z różykiem, dla Mamelona to zestawy szczytujące, he, he.
A ja tak w trawiastych klimatach, choć nie do końca pastewnych. Też jest kwiatowo ale nie calkiem ogrodowo.
Jak na razie to mnie boli rachunek za wodę i ścieki, cóś podejrzanie dużo. Oby to żadna dziurwa ruły nie zniszczyła, działania sprawdzające muszę podjąć. Mamelon ma doła, ja mam doła, Małgoś - Sąsiadka ma wysokie ciśnienie, Ciotka Elka i Cio Mary cierpią na nadaktywność ( inaczej objawianą ) a Lalek ma pchły urojone ( dostał je na widok Rudego podżerającego na parapecie za oknem żarcie dla dzikich kotów - nieustannie Lalentego Hedoniusza muszę iskać, mimo tego że od pcheł futro wolne a przez szybę kontakt z Rudym to tylko był foniczny ). Mam nadzieję że reszta sobie nic nie uroi bo w odpowiedzi na tzw. potrzeby musiałaby mi wyrosnąć trzecia ręka na brzuchu. Za oknem jak na razie spokój, oczekujemy na Dietera czy jak mu tam ( osobiście wolałabym Marlenę albo Helgę ). To że spokój nie oznacza bynajmniej że jest przepiąknie czy cóś - wszawo jest.
Polazłam do pierwszego otwartego w styczniu netowego sklepiku z nową ofertą - oglądałam tzw. rarytety. Oko mnie się zaczepiwszy o Pteridophyllum racemosum, taką japońską kruszynkę porastającą liściaste lasy, no podszyt znaczy i o masę epimediów. Polookałam, polookałam i postanowiłam sobie rarytety odpuścić - za mało cienia mam na ich stanowiska. Drzewa muszą trochę podrosnąć, nie ma zmiłuj. Potem polazłam do Szewczykowa i wyhaczyłam szałwię lekarską o białych kwiatach, taka w sam raz do upchnięcia na przyszłej Suchej - Żwirowej. No i paprotniki mi w oko wpadły, to fajne paprocie, nie potrzebują bardzo wilgotnego podłoża i "poprawnie" rosną w półcieniu. Ponieważ dalej było mi mało poshoppingowałam do sklepu z pnączami. Hym... ciekawe jakie szanse ma na przeżycie w naszych warunkach Clematis armandii? Może takie jak rarytet drzewkowaty z tego sklepu - Sassafras albidum, choć drzewku dawałabym większe szanse. Sasafras do tej pory kojarzył mi się z Luizjaną i kuchnią kreolską ale drzewo porasta też w południowej części stanu Maine, więc nie jest aż tak bardzo ciepłolubne. To ładne "dżewko" o dużych liściach, pięknie się przebarwiających jesienią. U nas będzie znacznie niższe niż w warunkach naturalnych, bardziej krzewiaste niż drzewkowate. Sasafras pasi do ogrodów dendrologicznych ale nie jestem pewna czy każdy ogród naturalistyczny zniósłby sasafrasego. On jest jednak troszki egzotyczny. No i to przebarwianie! Jako obcująca na co dzień z ambrowcem odmiany 'Gumball' przestałam być ciężko wierząca, wizja jesiennego "trzymania" przez sześć tygodni przebarwionych liści jest dla mnie równie odległa jak te siedemdziesiąt sześć hurys z mahometańskiego raju. Owszem 'Gumball' trzymał dzielnie niemal wszystkie swoje liście do grudnia, były piękne, z lekka tylko podmarznięte i jadowicie zielone! Sceptycyzm znaczy we mnie istnieje co do jesiennej orgii kolorystycznej w wykonaniu sasafrasa. Z drugiej strony egzot pasiłby do mojej grandiflorki, znaczy zimozielonej magnolki ( ksywa "Fikus" ). Taa, tylko cypryśnik błotny walnąć w oczko wodne i mam bayou. Może przy następnej wizycie sprawdzającej ofertę pozostanę na stronie oferującej powojniki włoskie. Chyba będzie bardziej bezpiecznie dla Alcatrazu. I to by było na tyle po wstępnej przebieżce po netowych szkółkach.
A teraz obabrazki ilustrujące - Claire Basler jest absolwentką l'Ecole Nationale des Beaux-Arts w Paryżewie. Nazywam ją Klarą od błogosławionego kwiecia . Wicie rozumicie, tych delikatnych kwiatowych osobowości rozrzuconych na srebrnych i złotych tłach. To sztuka dekoracyjna, Claire maluje ściany domostw, panele itd. Mamelon jest jej zagorzałą fanką. Claire podobnie jak Mamelon i ja jest już nieźle rurowata, może dlatego jej prace do nas przemawiają. Mieszka i pracuje w Chateau de Beauvoir, miejscu gdzie ogród zajął wnętrza domu - dosłownie. Poniżej zestawy z różykiem, dla Mamelona to zestawy szczytujące, he, he.
A ja tak w trawiastych klimatach, choć nie do końca pastewnych. Też jest kwiatowo ale nie calkiem ogrodowo.
czwartek, 12 stycznia 2017
Jadę po wszystkich dupkach od polityki - post wściekle polityczny
Żałosna komedia na wyżynach władzuni trwa, dziewczęta i chłopcy pilnie pracują nad przeniesieniem konfliktu na ulicę ( ciekawe kiedy się zorientują że nikt z nich nie ma siły przyciągania frontmana grupy rockowej i że jak tzw. naród ich pogoni to wszystkich - od prawa do lewa a największy wpierdol dostaną ci którzy mają problem z dogadaniem się ze wszystkimi ). Słabość instytucji państwa jest porażająca ( w tym wypadku to słowo jest naprawdę uzasadnione ) i jedyne co mnie w tej chwili interesuje to jak najszybsze zakończenie tej kabaretowej orgii o moje jest najmojejsze w wykonaniu władzy wykonawczej i ustawodawczej, a ostatnimi czasy nawet sądowniczej. "Państwu rzundcostwu" palemka za nasze pieniądze bije i jak się ktoś nie ocknie to obawiam się że przykrócenie uciech i "rozwianie wizji" będzie musiało boleć, a boleć w tym wypadku oznacza to czego cholernie się boję. W tym kraju demonstracje dwustu tysięcy do pół miliona ludzi to tylko demonstracje , powyżej pół bańki zaczyna się rewolucja, a jak pisałam żadna ani żaden z polityków nie może liczyć na poparcie tłumów. Za to mogą liczyć na to że ludzie wylezą przeciwko nim jako grupie. Jak się w końcu ludzie zbieszą bo nam kasa unijna zniknie a stara unia wróci do własnego klubu ( już widzę jak słynna grupa wyszehradzka uchwala własne fundusze strukturalne na wyrównanie poziomu życia, po prostu turlam się ze śmiechu ) to przestaną maszerować, mogą nawet olać budowanie własnych komitetów za to zacząć palić cudze a zaraz potem wymienią wszystkich na pierwszego który obieca więcej chleba a mniej igrzysk. Przez niemal trzydzieści lat wolnej Polski nie wprowadzano mechanizmu zabezpieczającego porządku konstytucyjnego przed zakusami "wizjonerów", karwa, co oni przez te lata żyjąc za pieniądze z moich podatków robili?! Problemem tego państwa i nie tylko tego jest fakt że płacimy zbyt duże podatki i wyhodowaliśmy sobie na nich klasę próżniaczą, ludzi żyjących z polityki, którzy nie potrafią wykonywać w sposób profesjonalny swojego zawodu. Pieprzona banda amatorów od najbardziej prawicowego betonu do maoistowskich epigonów. Ślicznie się na ogół wpisujemy w struktury państwowe stworzone przez innych, własnych nie potrafimy wypracować. Może powinniśmy poprosić innych żeby nam je opracowali, byle tych z tzw. wolnego świata. Mój boszsz... a może jest jeszcze gorzej - czyżbym dożyła czasu w którym będą demokratyzować korporacje bo ani państwa narodowe ani ich bloki nie będą w stanie utrzymać struktur społecznych? Ryba psuje się od głowy, obecnie jedzie odorem na kilometr ( i nie chodzi mi o to że politycy mają być bez skazy, mają być skuteczni w zakresie znacznie szerszym niż ich wyłączne interesy ). No nie jest dobrze!
Ten tekst napisałam 23 grudnia zeszłego roku, ale ze względu na tzw. świąteczną atmosferę nie publikowałam. Ponieważ pod koniec roku było ogólnie smętnawo wlewałam w kogo się da otuchę. Nadal patrzę optymistycznie choć bardziej dlatego że perspektywa długoterminowa jest w porzo a nie dlatego że to co już jutro jest takie fajne. Ponieważ prasówkę robię sobie u Mamelona ( u siebie postanowiłam nie włazić do kompa bo mnie nerwy w stronę lodówki rzucają ) różne fajności polityczne docierają do mnie z niejakim opóźnieniem. Od grudnia zeszłego roku zdarzyły się nam: sylwestry na Maderze czy gdzieś tam, jakieś narty, ujawnienie potężnej malwersacji dupka obdarzonego społecznym zaufaniem, podpiszę tę ustawę choć przekonania nie mam w wykonaniu dętego, odkrycie geograficzne San Escobar i obstrukcja sejmowa budżetowa która może przerodzić się w niezłą srakę. Cudne numery, normalnie kabaretowe, z czego dwa mogące mieć dla nas paskudne konsekwencje a jeden z nich jest przy tym sztuką dla sztuki. I ja za to wszystko płacę!
Jeszcze. Jak doprowadzą do stanu że wyrokami sądów będzie można podcierać sobie tyłki to przestanę. To już niedługo z tego co widzę. Zaoszczędzoną kasę wydam na ochronę złożoną z bandytów i na urlopy w San Escobar, do urzędników skarbowych, miejskich i bankowych będzie się strzelać ( pamiętacie ten tekścik z "O Brother, Where Art Thou?" - "Raz złapałem urzędnika! Dobry chłopak." ), a potrzebę demonstracji zaspokoję chadzając na pogrzeby zdechłych z głodu polityków ( zdechłych, zdechłych bo nawet w Luksemburgu czy innej Panamie mają pamięć do wynajęcia ). Właściwie to czego ja się martwię, poradzę sobie w przeciwieństwie do tej bandy uzależnionej od publicznych pieniędzy. Może powinnam się zastanowić do czego mi są właściwie potrzebni. No, na pewno nie do udawania zarządzania państwem i korzystania z mojej kasy. Niech tylko spróbują wyciągnąć rączki po więcej, odgryzę razem ze stawem barkowym przy okazji zarażając wścieklizną, która powoli ale za to systematycznie opanowuje mój organizm.
Wścieklizna czyli do konkretów. Ślepa nie jestem, widzę jak teraźniejsza władza "zarządzaniem kryzysem" przykrywa brak zarządzania państwem ( poprzednia tylko zwyczajnie udawała że cóś robi, opierdzielając się niemal po całości ). I po cholerę ta cała awantura o budżet który na starcie wymaga poprawek?! Czy óne są już tak debilne że myślą że ludek będzie tylko pianę bił bo poprawnie nie było. A ja się pytam co będzie jak nam deficyt podjedzie w górkę przy tak przeszacowanym wzroście. Łunia z dziką radością zrobi to czego wzdraga robić się krajom od nas bogatszym. I będziemy dumnie stali w gównie nie mając kasy. Co wtedy, będzie zarządzanie kryzysem na ulicach jak za pińcet po jakimś czasie będziemy sobie waciki jeno mogli kupować?!
A te z drugiej strony? - gdyby tam był ktoś normalny i na tyle medialny że dałoby się go do ludzi z rozsądną ofertą wysłać to smoleńscy nie mieliby żadnych szans. Powoli to nawet na pisdzielskim Podkarpaciu oczka ze zdumienia przecierajo, jak zapłaco wszytko co trzeba a w "porponetce" bedzie goło to przetro jeszcze bardziej. A te z drugiej strony głównie zajmują się gwiazdorzeniem i pokazywaniem kto jest "najpiękniejszą w świecie". Karwa, żaden! Problemem jednych jest główny nowoczesny a drugich cała "pierwsza linia". W tle chłopstwo i prawactwo które chce być za a nawet przeciw. A poza parlamentem - partia Razem, która chce być zawsze osobno, popłuczyny po komuchach, które nie mogą uwierzyć że gomułkizm wraca i libertarianin zasiadły na "majątku po mamusi". Brakuje tylko tych co byli przyjaźnie nastawieni do piwa. Człowiek marzy o dniu bez polityka i zaraz sobie przypomina co się działo jak ostatni taki miał miejsce.
P.S. Czy nie sądzicie że dobrze by było żeby ktoś kto nie przebywa w kraju dłużej niż sześć miesięcy w roku nie mógł głosować? Zdrowy mechanizm, podobnie jak wymiana połowy parlamentu raz na dwa lata. Myślę że po smoleńskich ( nikt nie włada wiecznie ) przydałoby się parę nowych zapisów w konstytucji, takich ochronnych ale nie tylko. I boszsz... daj nam do tego dobrych prawników, bo ci od ostatniej konstytuszyn dali dupy przy mechanizmach zabezpieczających jej działanie.
O ochronie przyrody w wydaniu pisdzielskim nie piszę bo dostanę apopleksji, smog to w końcu propaganda wiadomych sił a dżewa w Puszczy Białowieszczańskiej powinny rosnąć w szeregu żeby było łatwiej drwalom pracować. Mimo tego że tak naprawdę nie mam na kogo głosować to zagłosuje na każdego kto zaniecha kretynizmów obecnej władzy i starannie rozliczy ją ze szkód prawnych, politycznych i tych które my zwyczajni ludzie będziemy ponosić. No dobra, wykluczam faszystów i maoistów, to jest właściwie to samo gówno co teraz.
niedziela, 8 stycznia 2017
Powojniki - pnącza z lekka niewdzięczne ale lubiane
Powojniki bylinowe udają mi się całkiem nieźle ale w styczniowych roślinnych postach narzekających ( no tak się jakoś składa że że te pierwsze roślinne posty w tym roku są o roślinach na których w jakiś sposób się zawiodłam ) nie mogło zabraknąć miejsca dla roślin z rodzaju Clematis posiadających dłuższe pędy, które przyprawiają mnie czasem ( rośliny nie pędy ) o ból głowy. No bo wicie rozumiecie, lubię jak rośliny budzą się do życia po zimie a nie okazują się być roślinami przeszłymi w stan wiecznego spoczynku. Nie znoszę nagłych ataków chorób grzybowych, takich co to w parę tygodni powodują że z całkiem żwawo wyglądającego pnącza robi się zeschnięte wspomnienie. Lubię też kiedy rośliny których głównych ogrodowym atutem są kwiaty po prostu dobrze kwitną. Obficie, moi Drodzy, obficie!
Najbardziej przypadły mi do serca powojniki pnące o niewielkich kwiatach. Nie dla mnie czar wspaniałych wielkokwietnych hybryd, choć mam ledwie dychających przedstawicieli takiej grupy. Liczba sztuk dwie ( 'Madame Baron Veillard' i 'Proteus' ), żyją jeszcze chyba z przekory wobec mojej wizji Alcatrazu zapowojnikowanego "na drobno" i bardzo starają się nie produkować kwiatów. Żadnych kwiatów, nawet takich najmniej podobnych do tych z fotek odmiany. Wywalić ich nie wywalam, bo jak tak można - roślinę żywą jeszcze?! Trzeba by być ostatnim koszonem, nie obrażając świni. Jest też powojnik nieznanej odmiany, o dość dużych ciemno purpurowych kwiatach, przywleczony do Alcatrazu w zamierzchłych czasach, który w porównaniu do tych dwóch wcześniej opisanych zdechlaków przejawia wigor. No ale właśnie - w porównaniu. Kwitnie ale nie jest to kwitnienie jakiego bym oczekiwała. Jakoś nie po drodze mi z powojnikami o większych kwiatach. W Alcatrazie głównie porastają powojniki z grupy Atragene i Viticella ( ten o purpurowych kwiatach to jednak twarda sztuka, więc myślę że to też chyba ma cóś wspólnego z grupą Viticella ), w wypadku roślin z obu tych grup mogę liczyć na to że ich pędy wyprodukują kwiaty, których będzie więcej niż kilka.
Rosną sobie różnie, są odmiany które corocznie bezproblemowo kwitną ale są i takie które miewają wzloty i upadki. Parę lat temu wprowadziłam do ogrodu pierwszego powojnika z grupy Flammula, 'Sweet Summer Love', licząc na olśniewające widokiem ( morze malutkich kwiatków ) i oszałamiające zapachem kwitnienie. Jak do tej pory jest średnio zarówno z jednym jak i z drugim, być może jest to kwestia stanowiska ( chyba za mało słoneczka, zbiorę się na wykopki ). Znacznie lepiej pnie się powojnikowi 'Anita' z grupy Tangutica. Tangutica to w ogóle dobra grupa dla początkujących ogrodników, żelazne rośliny. Swego czasu na Ciepłym Monstrum porastał sobie taki zwyczajny "czystogatunkowy" , zginął starannie wypielony przez osobę która bardzo, ale to bardzo chciała mi pomóc w ogarnięciu ogrodu i wyrywała w związku z tym to co nie miało sztywnych pędów. Nad powojnikiem solidnie się spociła a ja miast okazać wdzięczność wyraziłam tzw. brzydkie uwagi. Szczerze pisząc to przez moment miałam myśl że szkoda że pieląca nie padła przy tej czynności. Zdarzenie wywarło na mnie takie wrażenie że nawet dziś, gdy ciężko mi ogarnąć ogród, wszelka myśl o pomocy w pieleniu wywołuje u mnie dreszcze. 'Anita' ( krzyżówka Clematis potaninii var. fargesii x Clematis tangutica ) jest trochę bardziej delikatna niż reszta znanych mi powojników z grupy Tangutica, ale nie jest z niej znów jakiś straszny delikates.
Dobra, teraz jak sadzę. Klasyka, znaczy przy różach czepnych lub wysokich krzewach, żadnych trejażyków i innych kratek pod pnącza nie stosuję. Z lekka dziko wspinają się te moje powojniki ale tak właśnie zapowojnikowany Alcatraz mi się podoba. Są też powojniki które kiedyś tam posadziłam przy siatce, cały czas się odgrażam że wykopię tak posadzoną świetną odmianę z grupy Viticella, 'Minuet', ale na odgrażaniu kończę ( jak powinnam robić wykopek to akurat w pobliżu zaczynają kwitnąć wczesnowiosenne rośliny których nie chcę tratować a jesienną porą po prostu o tym zapominam ). Czasem zdarza się że muszę pod powojniki przygotować lżejszą glebę, w niektórych miejscach ogrodu w których je zapuszczam ziemia jest dla nich zbyt ciężka. Powojniki lubią glebę zasobną ale nie ciężką. Superpodłoże powinno być próchnicze, o neutralnym lub leciutko zasadowym odczynie, w miarę przepuszczalne ( a w przypadku Clematis montana nawet mocno przepuszczalne ).
Prawdą jest że na ogół jest dobrze jak powojnikowe "nóżki" rosną w cieniu a im wyżej od gleby tym więcej słońca dobrze robi powojnikowi. Piszę na ogół bo są odmiany ( np. niektóre z grupy Atragene które wolą półcień "po całości"). Czy mimo tego że nie wszystkie powojniki rosną tak jakbym tego od nich oczekiwała zamierzam wprowadzać je dalej do Alcatrazu? Yes, Yes, Yes! Ogród zapnączowany to ogród tajemniczy a ulubione przeze mnie i przede wszystkim przez Alcatraz powojniki o drobnych kwiatach pasują do tzw. dzikich klimatów które sobie dla Alcatrazu wymarzyłam. Mam swoją listę przebojów, powojników hardcorowych jak np. genialna krzyżówka Clematis vitalba z Clematis potaninii 'Paul Farges' czy w miarę prostych w uprawie jak prześliczna odmiana 'Fay' z grupy Viticella. No dużo jeszcze powojnikowego sadzenia przede mną.
Najbardziej przypadły mi do serca powojniki pnące o niewielkich kwiatach. Nie dla mnie czar wspaniałych wielkokwietnych hybryd, choć mam ledwie dychających przedstawicieli takiej grupy. Liczba sztuk dwie ( 'Madame Baron Veillard' i 'Proteus' ), żyją jeszcze chyba z przekory wobec mojej wizji Alcatrazu zapowojnikowanego "na drobno" i bardzo starają się nie produkować kwiatów. Żadnych kwiatów, nawet takich najmniej podobnych do tych z fotek odmiany. Wywalić ich nie wywalam, bo jak tak można - roślinę żywą jeszcze?! Trzeba by być ostatnim koszonem, nie obrażając świni. Jest też powojnik nieznanej odmiany, o dość dużych ciemno purpurowych kwiatach, przywleczony do Alcatrazu w zamierzchłych czasach, który w porównaniu do tych dwóch wcześniej opisanych zdechlaków przejawia wigor. No ale właśnie - w porównaniu. Kwitnie ale nie jest to kwitnienie jakiego bym oczekiwała. Jakoś nie po drodze mi z powojnikami o większych kwiatach. W Alcatrazie głównie porastają powojniki z grupy Atragene i Viticella ( ten o purpurowych kwiatach to jednak twarda sztuka, więc myślę że to też chyba ma cóś wspólnego z grupą Viticella ), w wypadku roślin z obu tych grup mogę liczyć na to że ich pędy wyprodukują kwiaty, których będzie więcej niż kilka.
Dobra, teraz jak sadzę. Klasyka, znaczy przy różach czepnych lub wysokich krzewach, żadnych trejażyków i innych kratek pod pnącza nie stosuję. Z lekka dziko wspinają się te moje powojniki ale tak właśnie zapowojnikowany Alcatraz mi się podoba. Są też powojniki które kiedyś tam posadziłam przy siatce, cały czas się odgrażam że wykopię tak posadzoną świetną odmianę z grupy Viticella, 'Minuet', ale na odgrażaniu kończę ( jak powinnam robić wykopek to akurat w pobliżu zaczynają kwitnąć wczesnowiosenne rośliny których nie chcę tratować a jesienną porą po prostu o tym zapominam ). Czasem zdarza się że muszę pod powojniki przygotować lżejszą glebę, w niektórych miejscach ogrodu w których je zapuszczam ziemia jest dla nich zbyt ciężka. Powojniki lubią glebę zasobną ale nie ciężką. Superpodłoże powinno być próchnicze, o neutralnym lub leciutko zasadowym odczynie, w miarę przepuszczalne ( a w przypadku Clematis montana nawet mocno przepuszczalne ).
Prawdą jest że na ogół jest dobrze jak powojnikowe "nóżki" rosną w cieniu a im wyżej od gleby tym więcej słońca dobrze robi powojnikowi. Piszę na ogół bo są odmiany ( np. niektóre z grupy Atragene które wolą półcień "po całości"). Czy mimo tego że nie wszystkie powojniki rosną tak jakbym tego od nich oczekiwała zamierzam wprowadzać je dalej do Alcatrazu? Yes, Yes, Yes! Ogród zapnączowany to ogród tajemniczy a ulubione przeze mnie i przede wszystkim przez Alcatraz powojniki o drobnych kwiatach pasują do tzw. dzikich klimatów które sobie dla Alcatrazu wymarzyłam. Mam swoją listę przebojów, powojników hardcorowych jak np. genialna krzyżówka Clematis vitalba z Clematis potaninii 'Paul Farges' czy w miarę prostych w uprawie jak prześliczna odmiana 'Fay' z grupy Viticella. No dużo jeszcze powojnikowego sadzenia przede mną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































